Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: lukrecja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: lukrecja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 marca 2024

Marabou Premium Fin 70 % Lakrits ciemna mleczna z lukrecją

Gdy wyjęłam tę tabliczkę z paczki, nie umiałam powiedzieć, czy kupiłam ją przypadkiem, myśląc, że to czysta 75%, czy miałam jakiś dziwniejszy nastrój, że uznałam, iż nie zaszkodzi spróbować po długiej przerwie od takich, tabliczki z niesoloną lukrecją. W ogóle niewiele takich zjadłam, więc... chyba nie miałabym tak mieszanych uczuć, co mi było, gdyby nie skład dzisiaj przedstawianej. No, z syropem to się nie lubimy... Acz miałam nadzieję, że potworek przez to z tej czekolady nie wyjdzie.

Marabou Premium Fin 70 % Lakrits to ciemna mleczna czekolada o zawartości 70% kakao z lukrecją, a dokładniej kawałkami lukrecjowymi.

Po otwarciu poczułam dymno-paloną gorzkość, zmieszaną w równych proporcjach ze słodkim syropem kakaowym, które przeplotła nienachalna lukrecja. Wydawało się, że osiadła w dymie i słodyczy. Podkreśliła rześkość i soczystość całości. Lukrecja nadała też chłodnego charakteru nieco cukrowej słodyczy. W palonym, gorzkim wątku odnotowałam do tego kawę, a całość nieco łagodziło śmietankowe echo. Lukrecja znacząco nasiliła się po przełamaniu i w trakcie jedzenia - zrównała się wówczas z palono-gorzką czekoladą.

Przy łamaniu tabliczka raczej chrupała, niż trzaskała, dając się poznać jako delikatna i krucha. Zapewne okrągłe, szkliste kawałki dodatku nadały jej tego efektu. Już w przekroju widać ich sporo.
W ustach czekolada łatwo miękła i rozpływała się średnio szybko (chyba dodatek tak ją nieco pośpieszał). Jawiła się jako właśnie miękkawa, nieco aksamitna. Była tłusto-śmietankowa i zawiesinowa. Łatwo rzedła za sprawą kawałków dodatku. Szybko wylegały z niej na język średniej wielkości, okrągłe i mniej więcej równe, a także trochę malusieńkich, kawałki lukrecjowe. Nie był to czysty korzeń, a twardo-szkliste bryłki (jak szkliste, utwardzone cukierki?). 
Kawałki lukrecjowe rozpuszczały się częściowo wraz z czekoladą, ale zostawały dłużej po niej. Rozpuszczały się wolno, więc sporą część podgryzłam (by rozpuściły się szybciej). Śmiesznie stukały, dzwoniły o zęby. Były krucho-twardo-chrupiące. Jak utwardzony cukier?

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz cukrowego syropu kakaowego. Zaraz nabrał chłodnego charakteru.

Odezwała się lukrecja, delikatnie zaznaczając swoją obecność i na pewien czas odsuwającą się na tyły. To ona jednak jeszcze umocniła chłodny wydźwięk słodyczy.

Przemknęła mi sugestia kwasku, kwasko-cierpkość niemal nieuchwytna. Zalała ją palona kawa. Gorzkawa, nieco cierpka. Osnuł ją jakby chłodny dym... Przywiódł na myśl ognisko, które zagaszono wodą, takie ognisko... zostawione do rana, już chłodne, ale wciąż z palonym aromatem.

Lukrecja w tym czasie nieco się nasiliła, ale nie była bardzo mocna czy nachalna. Jawiła się jako chłodno-słodka, goryczkowata - łatwo o myśl o korzeniu lukrecji, acz nie była w 100% naturalna (sztuczna jednak też nie). Gdy w danym kęsie zebrało się akurat więcej kawałków, przejawiały nawet słonawość.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czekoladowa baza zaczęła zmierzać w maślano-śmietankowym kierunku. Jakby wystraszyła się trochę lukrecji? Zrobiła się zaskakująco maślano-mleczna. Przy tym łagodniejącym wątku wciąż czułam jednak lekką cierpkość kakao w proszku. Przypomniało o gorzkawości, acz bardzo delikatnej.

Skierowało uwagę na spalone drewno z ogniska. Wyłapałam jeszcze akcent wilgotnej, zimnej ziemi. Pomyślałam o drzewach, których korzenie ją porastają. Palona cierpkość kakao zmieszała się też z kawą - jakby ktoś ją nim trochę podkręcił. Kawą jednak zimną już.

Bliżej końca, gdy kawałki mocno się odsłoniły, lukrecja zaczęła nieco spłycać smak czekolady - trochę jakby jeść czekoladę z lodówki. Usta wypełnił mi chłód o nieco pikantnie-słodkim zacięciu. Końcowo czekolada jawiła się jako delikatne, "kakałkowo-cukrowe" tło. Kojarzyła mi się ze słodkim kakao zrobionym na mleku - bo i właśnie mleczna nuta mocniej się zaakcentowała. Acz gdy w kęsie akurat było więcej kawałków, chwilami robiło się jakby słono.

Kawałki na koniec wyeksponowały swój smak. Były intensywne, ale nie siekierowe. Przede wszystkim czułam w nich lukrecję o chłodno-ostrym charakterze, co aż mroziło język, szczypało. Chwilami robiły aluzje do słoności, przemykał w nich kwasek. Sporadycznie słonawość wydawała się mocniejsza, acz kojarzyła się nie tyle z solą, co z sodą. Ogólnie jednak okazały się słodkie w cukierkowym kontekście (jak białe Tic Taki?). Niektóre gryzione w ogóle jawiły się jako głównie cukrowe. Dopiero dosłownie na sam koniec wyłamywało się z nich dodatkowo sztucznie-cukierkowe echo.

Po zjedzeniu został posmak mocno lukrecjowo-cukrowy, chłodny i aż szczypiący w język; czułam lekkie odrętwienie. Echo kawy i palonego kakao też się zaznaczyło, daleko jednak w tle i jakby o okrojonej wyrazistości.

Całość wydała mi się zaskakująco niezła, mimo że nie w moim typie. Mnie było za dużo tych lukrecjowo-cukierkowych kawałków, przeszkadzały mi pod względem struktury. A jednak i tak, mimo dosadnego smaku, nie zdominowały tabliczki zupełnie. Lukrecję czuć wyraźnie bez nieprzyjemnych dodatków (np. chemii, soli), jednak czuć i syrop glukozowy. Niewiele, ale wprowadził cukierkowe echo. Smakowo lukrecja nie była za mocna... a jednak wydaje mi się, że chwilami za dużo do czekolady dodali tych kawałków - gdy trafił się kęs z dużą ich ilości, szły w nieprzyjemnie kwaskawo-słonym kierunku. Sama czekolada smakowała bardzo poprawnie - miała palono-gorzkawe nuty kawy, trochę dymu, ogniska, a nawet lekką ziemistość. Dla mnie jednak ta gorzkawość była za łagodna. Co prawda wyszła cukrowo za słodka, ale też nie tak strasznie, bo wpisało się to w syrop kakaowy. W pewnym momencie zaskoczyła mnie maślano-śmietankowa nuta, ale... mleko w składzie jest, więc to było po prostu ono, a nie nuta kakao.
Zjadłam 2 kostki w sumie z przyjemnością, ale pod koniec to zaczęło mnie trochę męczyć - ze względu na słodycz, smak w porywach tak dosadnie lukrecjowy, a mniej czekoladowy i obecność czegoś, co "tacza się po ustach" i sugeruje sól. Patrząc jednak obiektywnie, nie można jej wiele zarzucić.

Resztę dałam Mamie, mimo że ona nienawidzi lukrecji. Zjadła tyle samo i powiedziała: "Sama ta czekolada dobra, taka niegorzka, bardziej mleczna, że nie powiedziałabym, że ma 70 %. Sama w sobie bardzo mi smakuje. Jak tej lukrecji trafia się mniej, to w porządku jest o dziwo. A jednak jak kawałków zbierze się więcej, to okropnie, aż się słono robi. No czekolada ma być przede wszystkim słodka, a nie jakaś słona... Zepsuli dobrą czekoladę, wystarczyłoby, by tych kawałków dali mniej i było by smacznie, a tak po prostu za dużo tego napchali". Skonsultowałyśmy, że i mnie, i jej trafiła się kostka, gdzie kawałków było w punkt, i kostka, gdzie było ich za wiele. Taka nierówność i niewiadoma nam nie odpowiada. A jednak nie jest to zła czekolada, po prostu ze sporym "ale". Resztę oddałyśmy ojcu. Stwierdził, że: "jak na gorzką może być. Na pewno lepsza niż Loft 75% z kawałkami kakao". (Dostał je przy okazji jednego przyjazdu)


ocena: 7/10
kupiłam: Allegro
cena: 16,99 zł
kaloryczność: 570 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone kakao, tłuszcz maślany, aromat (z chlorkiem amonu) lecytyna sojowa, ekstrakt z lukreccji, syrop glukozowy, substancja glazurująca (wosk pszczeli), barwnik (E153), mleko w proszku

piątek, 21 października 2022

Vosges Chinese 5 Spice 90 % Cacao with Licorice Root ciemna z lukrecją, cynamonem, anyżem, nasionami kopru, pieprzem syczuańskim, goździkami i solą morską; słodzona surowym miodem

Kuchnia chińska mnie nie ciekawi, jednak akurat to, że mnie odpycha, zwalam, na to, że nie zagłębiam się w jej tajniki i kojarzy mi się głównie ze smażonymi daniami. Do tego koszyka skojarzeń wylądowały też wszelkie "danie 5 smaków", "przyprawa chińska miks 5..." itd. Gdy chodzi o tę czekoladę, oczywistym było, że nie muszę się żadnej smażeniny brać, a że Vosges lubię, interesowało mnie, jakie 5 przypraw / smaków, w jaki sposób wkomponują w czekoladę. 
Przepisując skład pomyślałam, że to w sumie przyprawiona jakby Whole Cacao Fruit 86% Whole Cacao Raw Honey. Ciekawe, czy zgadłam. Z opakowania dzisiaj prezentowanej producentka zachwalała, że dodana mieszanka obejmuje wszystkie pięć smaków, jakie wyczuwamy: od słodkiego, przez kwaśny, gorzki, słony i umami. Przypomniała, że przyprawy, wchodzące w jej skład, podobnie jak kakao, są pełne przeciwutleniaczy i minerałów. Ja - już sama - znalazłam ciekawostkę, że pieprz syczuański (jedna z dodanych przypraw) nazywany jest też pieprzem japońskim - no, no, mały zgrzyt kulturowy, co? (żart).

Vosges Lab VHC Chinese 5-Spice 90% Cacao with Licorice Root to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao (miazgi, tłuszczu, pulpy, białka i mąki / proszku), z korzeniem lukrecji, cynamonem cejlońskim, chińskim anyżem, nasionami kopru, pieprzem syczuańskim, goździkami, solą morską; słodzona surowym miodem wielokwiatowym.

Po otwarciu uderzył przede wszystkim słodziutki cynamon. Prawie niepikantny, a mimo to pierwszoplanowy. Miał łagodny charakter, odlegle kojarzący się z kwiatami. Zadbał o obraz słodkiego piernika, a dopiero później dopuścił do siebie wytrawniejsze przyprawy i wyraźnie wyczuwalną czekoladową bazę o mocno ziemistym charakterze. Była palona, gorzka, jednak jakby przykryta dymem. Przy niej raz po raz przebijały się soczyste, acz bliżej nieokreślone owoce. Śliwki? Mignęło skojarzenie z pierniczkami w czekoladzie i nadzieniem owocowym (wieloowocowym?). W pierniku namalowanym przez cynamon znalazły się także goździki i anyż, lukrecja... stanęły tuż obok przypraw wytrawniejszych, które mnie skojarzyły się trochę kminowato (a to pewnie mieszanka pieprzu, nasion kopru etc.). Połączyła je nuta... ciemnego chleba. Takiego z przypaloną skórką, zrobionego na miodzie (i zakwasie?).

Tabliczka o niemal czarnym kolorze wyglądała na bardzo masywną i konkretną, a jej spód sugerował mnóstwo wielkich kawałów dodatków. W dotyku była niby kremowa, ale też zdradzająca pewną pyłkowość (jakby pyłek miał zostać na dłoniach... ale nie zostawał). Dalej zaskoczyła bardzo.
Przy łamaniu była twarda, ale nie aż tak, jak można by się spodziewać. Ujawniła jakby nabąbelkowany, trochę proszkowy przekrój bez widocznych przypraw. Gdy robiłam kęsa, to było jak wgryzanie się w nie do końca utwardzoną, bo wciąż miękkawą (jakby miękko-zawilgoconą) taflę pyłku i masła, trzeszczącą od kryształków. Choć osobliwe, nie było to nieprzyjemne.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, jak na ciemną czekoladę dość szybko. Twardość szybko odrzuciła zupełnie, acz zwartość sobie zachowała. Początkowo, bo zaczynała jako zbitka proszku i masła, przybierająca na miękkości i zmieniająca się w pyłkową, gęstą zawiesinę. Była jakby masą z zawilgoconego, lepkiego pyłu, im bliżej końca, tym bardziej zawiesinowo-wodnistą. Czuć ziarnistość, chwilami proszkowość, pylistość, przemielone przyprawy. Niektóre nawet do chrupnięcia. Była też znikoma ilość drobnych kryształków soli, rozpuszczających się razem z czekoladą. 

W smaku pierwsze rozeszły się delikatne, niemal mgliste kwiaty, tworzące klimat rześkiego poranka. Błyskawicznie dołączył do nich cynamon - słodki, delikatny, szlachetny (ewidentnie cejloński). Zmieszał się z nimi. Razem odpowiadały za niską słodycz, która z czasem ruszyła, trochę rosnąć. Miała jednak wydźwięk ulotny, lekki. Wyobraziłam sobie wielokwiatowy jasny miód z cynamonem. Rześkość czasem trochę chyliła się ku słodzikowi (ale tylko trochę). 

A jednak zza cynamonu wychynęła też gorzkość. Podkręciła także tę cynamonową, wraz z jej pikanterią. Pojawiło się sporo różnych, korzennych przypraw. Pomyślałam o miodowym pierniku z gorzkimi przyprawami. Zgłosił się anyż i korzeń lukrecji, z dziwnie soczystym echem.

Słodsze nuty nagle jakby rozmyła lukrecja. We mgle ukryła miód, zmieniła rześki poranek na mglisty, chłodny poranek, a sama zaprezentowała się ewidentnie jako korzeń lukrecji o słodkim, a jednocześnie dziwnie "korzeniowo" gorzko-goryczkowatym smaku. Wprowadziła chłód, lekko szczypiąc w język. W pewnym momencie wyszła na przód.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa korzeniowa gorzkość lukrecji przywołała czarną ziemię. Ciemną, wilgotną, zimną. Ta nieco lukrecję poskromiła. Mgłę przemodelowała na dym. Zrobiło się gorzko w o wiele bardziej czekoladowym sensie. Ziemię nasączyła odrobinka soku cytryny. Przybyła kwaśność. Do głowy przyszedł mi jakby kwaskawo-cierpki dym. Zdarzyło się, że wyłapałam lekko słonawe echo, podsycające to. Sól była subtelna, szlachetna. 

A potem dym odsłonił piernik. Również czekoladowy, oblany czekoladą. Mocno przypieczony, pełen przypraw piernik o dość ciężkim wydźwięku. Czułam pieprz, coś goryczkowato-ostrego i wciąż cynamon. Odnotowałam kakao w proszku, po czym piernik zmienił się bardziej w pierniczki w czekoladzie. Takie delikatniejsze, bardziej cynamonowo-goździkowe, a więc korzennie słodkie. Czyżby kryło się w nich nadzienie owocowe? Czułam drobny kwasek... Jakby wieloowocowego (na bazie jabłek?) "pierniczkowego", może trochę z dominacją śliwek?

Ta myśl przekierowała przypieczony piernik na chleb... Ciemny chleb z mocno przypieczoną skórką... może chleb ze śliwką... Na pewno bardzo wilgotny, kwaskawy od zakwasu i... chleb zrobiony na miodzie! Jakby z kwaskawym miodem? Delikatna słodycz, która jedynie pobrzmiewała na tyłach pod koniec odważyła się znów zagrać wyraźniej.

Wielokwiatowy miód był rześki, nienachalny i wzbogacony o słodycz przypraw. Te jednak charakteru pod koniec się nie wyzbyły. Chleb podkreślił w nich wytrawniejszy aspekt, a więc też i cierpkość. Znowu do głowy przyszło mi coś kminowego, ale trzymało się to czekoladowych realiów za sprawą nutki pylistego kakao. Raz po raz, w zależności od kęsa, pod koniec podskakiwał smak którejś konkretnej: pieprzu, anyżu, lukrecji, goździków. Zdarzyło się, że nagle miód błysnął mocniej albo np. nagle w chlebie wyłapałam echo soli. Nadało to degustacji dynamiki. Wszystko czuć bardzo wyraźnie, z pobrzmiewającą ziemistą, czekoladową bazą w tle. Acz im więcej mocnych przypraw, tym czekolada bardziej odlatywała ku zwiewnym kwiatom i... Węglowi. Nagle pojawił się węgiel rozrabiany w wodzie. 

Przyprawy jednocześnie grzały i chłodziły język. Na koniec czułam zimne odrętwienie wywołane lukrecją - taką, która nie zapomniała o swym smaku, natomiast w gardle ogrzewanie chili. Sporadycznie pojawiał się kryształek soli, wyraźnie wprowadzając słoność, podjudzającą kwasek. Gdy została drobinka jakiejś przyprawy, czuć ją wyraźnie, ale nie nachalnie. Raz był to anyż, raz goździki, raz pewnie jeszcze co innego. 

Po zjedzeniu został posmak zarówno przypraw, jak i czekolady, w zasadzie na równych prawach. Z przypraw dowodził delikatny, słodki cynamon i chili (także jako ciepło w gardle), ale czułam też pieprz, lukrecję. Lukrecja starała się zdominować wszystko swym słodko-ostrym, chłodnym smakiem. Przez odrętwianie języka prawie osiągnęła swój cel, jednak cała mieszanka piernikowa, z nieco wytrawniejszym echem oraz ziemią, dymem i cierpkością kakao w proszku dała radę. Wyszła na jaw też dość mocna paloność i węgielność. 

Muszę przyznać, że całość mnie trochę zaskoczyła. To, jak połączyła łagodność (kwiaty, mglisty poranek, miód) z charakterem przypraw (pieprz, goździki, anyż) i mocnymi, niemal setkowymi nutami ziemi, dymu było niewiarygodne. Osiągnęła to dzięki lukrecji i miodowi. Pierwsza zapewniała przejścia od zwiewności do ostrości, miód natomiast połączył słodycz z wytrawnością - jakby za sprawą chleba. Cynamon cejloński wydawał się odpowiadać za słodycz i był tak wyczuwalny, że to też dziwne (skoro jest znacznie łagodniejszą odmianą), świetnie się wpasował. Tabliczka mimo mocniejszych nut, i tak wyszła zaskakująco... Słodko i łagodnie. 
Charakterne przyprawy nie zagłuszyły czekolady, a świetnie do niej pasowały. Zestawienie ostrości, gorzkości, słodyczy i sugestii kwasku, szczypta soli udane - kuchnia chińska lubi takie połączenia, a jednak wcale mi się z żadną chińską mieszanką to nie kojarzyło. Za nic bym jednak nie zgadła % kakao. 
Kompleksowa, ciekawa i po prostu smaczna. Choć konsystencja dziwna i nie moja, raczej ciekawostkowa, też nie wyszła źle. Co więcej zaskoczyła mnie, że przyprawy były prawie na gładko - to jednak dobrze, bo lepiej się wszystko przemieszało (nie chciałabym, by zostawały do chrupania).
Po zjedzeniu zostałam nie tylko z ciekawym posmakiem, ale też z zagwozdką, jak smakują nasiona kopru. Google przyszedł mi z pomocą, że: "jak słodka lukrecja".


ocena: 9/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 6 $
kaloryczność: 536 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, surowy miód, korzeń lukrecji, cynamon cejloński, sól Baja Gold (z Zatoki Kalifornijskiej), anyż gwiazdkowy, nasiona kopru, pieprz seczuański, goździki, owoc kakao (białko kakao, mąka z kakao*), puree z pulpy kakaowej

*to zamiennik kakao w proszku

PS A spragnionych czekolady czystej, zapraszam do aktualizacji recenzji Beskid Cuba 70 %, bo dodałam tam recenzję miniaturki.

niedziela, 3 kwietnia 2022

Naive Lemon Liquorice Specialty Dark Chocolate 66 % ciemna z Boliwii z lukrecją, cytryną i solą

Od dawna nie szukam już dziwności w czekoladach. Albo raczej: nie szukam dziwności dla dziwności. Zawsze dziwność w jedzeniu musiała się u mnie wiązać ze smacznością, jednak niegdyś o wiele więcej radości czerpałam z jedzenia czekolad z dziwnymi nadzieniami, dodatkami etc. Dopuszczałam mleczne, białe, często ważna była dla mnie dziwność. Obecnie natomiast czekoladowy smak jest na pierwszym miejscu i w zasadzie do szczęścia niczego więcej mi nie trzeba. Degustacje po prostu mogę sobie urozmaicić czymś ciekawym. Prawdą jest, że bez czystej ciemnej czekolady nie mogłabym żyć i przeważnie kompozycje z dodatkami czy nieciemne dojadam ciemnymi pewniakami. Jak już decyduję się na dziwność, to np. sprawdzonego producenta i w granicach mojej logiki - tylko to, co rzeczywiście ma szanse wyjść smacznie. Naive (czy też Mulate - firma jedna, marki dwie) umieją czekoladowo opakować różności, stąd dzisiaj przedstawianą musiałam mieć. Lubię lukrecję, a gdy pomyślę o solonej - to intrygujące, jak to kwaskawo wychodzi. I proszę, tutaj lukrecja z kwaśnością owocu. W dodatku w ciemnej, więc zapowiadała się miła degustacja (choć... wraz z kilkoma jedzonymi, zrobiłam się troszeczkę sceptyczna co do lukrecji w czekoladach, bo nieco za bardzo zagłusza mi samą moc kakao). Miła i dziwna, czyli taka, jaką dopuszczam, bo wierzę, że szczerze mi posmakuje. Kakao do dziś przedstawianej zakupiono od kooperatywy El Ceibo. I przy tej okazji dowiedziałam się czegoś o linii Equator - oddaje ona smaki regionu, czyli ogólnie mogą być też z miejsc blisko Ekwadoru, a więc i kakao nie musi z niego pochodzić. Ja wiem, czy Boliwia jest tak blisko? Ponoć z niej pochodzi kakao użyte do produkcji tej czekolady.

Naive Lemon Liquorice Specialty Dark Chocolate 66 % to ciemna o zawartości 66 % kakao z Boliwii z lukrecją, cytryną i solą morską, a dokładniej z kawałkami z lukrecji, cytryny i soli.

Po otwarciu poczułam lekko gorzkawy zapach, przywodzący na myśl skały po deszczu, coś wulkanicznie-dymnego... A jednak złagodzonego masłem i paroma przebłyskami kefiru, który to wnosił nieśmiały kwasek. Zdarzyło mi się pomyśleć o kozim mleku. W trakcie degustacji też o nabiale wędzonym (to jednak było niemal nieuchwytne). Chwilami myślałam o gorzkawej cytrynie, ale... było jednocześnie na tyle słodko, że to może raczej słodka pomarańcza? Do głowy przyszedł mi także karmel, karmelki? Jak by tak jednak potencjalne cytrusy mocno czymś zasłodzić. Niby także odległa, ale wkręcona (podkręcona przez? a może podkreślająca) w skalno-wilgotne nuty pobrzmiewała słodko-chłodna lukrecja. 

W dotyku tabliczka sprawiała wrażenie suchawo-pylistej i kruchej. Przy łamaniu ledwie pykała. Trochę się kruszyła, co nie dziwi z racji proszkowo-ziarnistego przekroju. W obejściu z nią, też już w trakcie jedzenia nie sposób pozbyć się wrażenia, że to trochę "zbitka z proszku".
Dodatek widać od razu, bo wystąpił pod postacią małych, czarnych kawałków. Bardzo trudno o kęs, by o nie nie zahaczyć... właściwie nie da się go zrobić - niektóre były chyba przemielone prawie zupełnie (na drobne kryształki).
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie i bez oporu. Co prawda niemal do końca utrzymywała formę i kształt (mniej więcej), ale upuszczała sporo soczystych fal. Dodatki czuć językiem bardzo szybko - podkręcały soczystość. Fala za falą przynosiła proszkowość, ziarnistość. Fale "kremu z drobinkami" trochę zalepiały. Czekolada nie była tłusta, a nieco kremowa jak... owocowo-śmietankowe, lekko pyliste lody, które rzedną. Wyłaniające się z niej drobinki do pewnego momentu rozpuszczały się w większości wraz z nią. Trochę jednak z nich zostawało twardawego... czegoś (co nawet trudno wyodrębnić). Rozgryzione wcześniej "obok czekolady" całościowo skrzypało-chrupało to jak cukier. Wolałam pozostawić kawałki samym sobie, by się rozpuszczały. Nakręcały soczystość jak "cukier z soku" (wymyślam, nie wiem, czy istnieje coś takiego). Drobinki przełożyły się na skojarzenie z... czasami w odniesieniu do serów z grudkami-drobinkami używa się słowa "grainy" - i właśnie tak ogółem z "grainy serem" ta tabliczka mi się skojarzyła ("grudkowata", "ziarnista" tego nie oddają).

W smaku od początku po ustach konsekwentnie zaczęła rozchodzić się pewna siebie gorzkość, jakby nieodzownie nasączona zachowawczą słodyczą (taką... goryczkowatą słodyczą np. leków i słodziku?). Mignęła smolistością, pewnym ciepłem, który z czasem sama podała w wątpliwość. Jakby nagrzane słońcem, wulkaniczne skały / góry zlał deszcz. Chłodny deszcz. Utworzyła burzowy klimat. Wydała mi się nieco przesiąknięta cytrynowo-lukrecjowym dodatkiem.

W wyrazistej, ale nie mocnej, gorzkości pojawił się dym i popiół. Wyłoniły się z niego... orzechy? Też jakby nieco spopielone... Zaraz po popiele pomyślałam o białych tabletkach, lekach ogółem, proszku (jak takie leki do rozrabiania, np. smecta). Wśród smug deszczu płynących po skałach pojawiły się też strużki... siarkowej cytryny? (Może jak jakieś leki typu Febrisan? Miałam z tym do czynienia chyba raz w życiu, więc to raczej wyobrażenie.) Ta połączyła goryczkę z soczystością i słodyczą. Pomyślałam nagle o orzeźwiających lemoniadach ze sporym udziałem skórki cytrynowej. Niby orzeźwiające, niby cytrynowe, a jednak też znacząco słodkie.

Ewidentnie słodkie. Dym, białe leki i palone nuty, cytrusy przeniknęła słodycz. Nasączyła je jeszcze wyraźniej. Była w pewnym stopniu lekka, ale i ostrawa. Przebijała się przez inne nuty, kojarząc się trochę ze słodzikiem. Lukrecję poczułam już w połowie rozpływania się kęsa, zanim jeszcze dodatki wyłoniły się na dobre. Wprowadziła chłód, ale nie zagłuszyła czekolady.

Ta zaczęła jednak łagodnieć. Gorzki dym, leki i skały przez orzechy stały się... delikatną, maślaną czekoladą? Drobny kwasek i cierpkość podszepnął kozie mleko i kefir. Maślaność bazy paradoksalnie nasilała się w konfrontacji z dodatkami. Jedynie domniemanie soli chyba je podkreśliło.

Kumulacja nut łagodniejszych, a więc maślaności i mleczności (acz wciąż z pewnymi mocniejszymi tonami) słodycz uczyniły wyraźniej karmelową. To już nie były dosłodzone cytrusy, a palony cukier. Choć wymieszany z maślanością... słonawo-kwaskawym, a jakby jedynie sugestywnym wątkiem, uraczył mnie karmelem. Tylko że jednak  wciąż z pewnym lekowo-słodzikowym echem? Pod karmelem ukryć się próbował jakiś cytrynowy lek do rozrobienia; już nie lemoniada.

Właśnie karmel pod koniec starł się z lukrecją, po czym dystyngowanie wycofał się. Po tym, jak czekolada prawie już zniknęła, lukrecja dziwnie jakby oczyściła sobie pole chłodkiem, naniosła na niego więcej swojej ostrawo-chłodzącej słodyczy. Na sam koniec dominowała, lecz tła nie zagłuszyła zupełnie. Wtedy przedstawiła się jako słonawo-kwaskawe salmiakki. W wersji szlachetnej i głównie lukrecjowo-korzeniowej, ale jednak niepodważalnie salmiakowej.
Pojedyncze drobinki dodatku ssane i rozgryzane wyszły właśnie jak salmiaki - lukrecjowo-cytrynowo. Niektóre podkręcały słone echo, wciąż jednak w takim stopniu, że uwierzyłabym, iż to złudzenie (a nie realny dodatek). Gdy rozpuściło się z nich to, co miało się rozpuścić, chyba zostawała mikroskopijna drobinka lukrecji-korzenia. Chwilami kryła się w nim lekka goryczka.

A jednak w posmaku została nie tylko lukrecja jako lukrecja-korzeń, a zrównana z salmiakiem. Karmel, jakby trochę słodzikowy, i dymna paloność, pewna skalistość też miały się nieźle; do nich dołączyła niecytrynowa (?) nuta cytryny. Po tym wszystkim nawet posmak był w pewnym stopniu kwiatowy... kwiatowo-zwiewny. I trochę... kozi. Kozio-lukrecjowo-lekowy? Nieco cierpki.

Całość smakowała mi, acz nieco zaskoczyła. Myślałam, że kompozycja będzie się skupiała na dodatkach, w tym cytrynie, a tymczasem... nie. Sama czekoladowa baza była świetnie wyczuwalna dość długo jako przyjemna gorzkość dymu, skał, popiołu a także słodycz karmelu. Cytrusowo-lukrecjowa nutka zadbała, by nie wyszła za słodko. A jednak cały czas słodko było, tylko tak... w sposób nieoczywisty (co jednak nie w pełni mnie przekonało - wolałabym niższą). Podkreśliła też niestety maślaność, ale że i "ciekawie mleczne nuty", nie miałam nic przeciwko. Lukrecję najlepiej czuć na koniec, ale i to nie jakoś napastliwie; po prostu wyraźnie. To... naturalna lukrecja i szlachetny salmiak w jednym. A jednocześnie ani cytryna, ani sól (o tej w ogóle zapominałam, że jest jako dodatek) nie były wyczuwalne same w sobie tak mocno. Interesująca i udana ciekawostka, nie da się ukryć.
Z jednej strony dodatek a'la kryształki cukru nie jest w moim typie, ale z drugiej to właśnie dzięki temu, że nie dodano tego na gładko, najpierw długo mogłam cieszyć się smakiem czekolady.


ocena: 8/10
cena: 33 zł (za 57g; cena półkowa)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lukrecja 10%, cytryna 5%, sól morska 1%

poniedziałek, 10 stycznia 2022

Soder Garden Liquorice Flavour Milk Chocolate mleczna z soloną lukrecją / kawałkami słonych cukierków o smaku lukrecjowym / salmiakki

Śmiesznie się stało, bo przypadło, że w jednym tygodniu jakoś zaplanowałam dwie tabliczki reprezentujące skandynawskie przysmaki - zupełnie przypadkiem! Oba w dodatku słodko-słone.
Obecnie kupując czekolady o wiele więcej zastanawiam się, czy dana ma szansę posmakować mi na tyle, bym miała zjeść całą z ochotą. Czy to starość, czy co... przestały mnie kręcić warianty po prostu dziwne. Wolę smaczne, jednoznacznie smaczne. Przy Swedish Cacao Company Licorice Dark Milk 55% rozpisałam się trochę o tym, co myślę o lukrecji. Wspomniałam też, że nie lubię soli. Faktycznie, nie lubię - u mnie jej nie znajdziecie (ciekawostka: gdy kupię np. wędlinę, która dla mnie wydaje się za słona, potrafię ją opłukać), jednak... dopuszczam, że w czekoladach czasem może wyjść ok (w ogóle dopuszczam, że wiele rzeczy dobrze zrobionych może dobrze wyjść). Dzisiaj opisywana wyszła jako limitka z wariantami nie dla mnie, więc ograniczyłam się tylko do tej. Przerażała perspektywa zaczukrzenia się totalnego, a i gramatura niezbyt mi odpowiadała. Swoją drogą... co kłębi się w głowie producenta przy robieniu ryzykownych wariantów właśnie jako 200gramowe giganty? Wydaje mi się, że wiele osób byłaby bardziej skłonna zaryzykować i kupić, gdyby to były klasyczne 100 g.

Soder Garden Scandinavian Style Liquorice Flavour Milk Chocolate to mleczna czekolada śmietankowa o zawartości 33 % kakao z kawałkami słonych cukierków o smaku lukrecjowym (czyli salmiakki; "z salmiakami"?); dostępna w Lidlu w ramach tygodnia skandynawskiego.

Po otwarciu trafiłam na cukrowo słodki zapach czekolady o nieco śmietankowo-orzechowym, nieco ambitniejszym podszyciu oraz - również słodki - motyw lukrecjowo-ziołowych cukierków / tabletek do ssania. Połączenie tego, wraz leciutkim waniliowym aromatem w tle, dało aż miodowy efekt. Wydało mi się to kręcące w nosie. Po przełamaniu i w trakcie jedzenia wydawało mi się, że wyłapałam też nutkę soli, przez którą czekolada jakby jeszcze nabrała słodkiego uroku... miodowo-orzechowego toffi?

Już w dotyku czekolada wydała mi się tłusto-proszkowa; przy łamaniu pykała lekko. I tak pewnie z racji grubości. W przekroju widać średniej i drobnej (na żadne giganty nie trafiłam) wielkości kawałki cukierków lukrecjowych (w zasadzie widoczne już jako kropki). Dodano ich dużo, ale nie przesadnie. Nie najeżyły niemiło czekolady. Wystąpiły i w wierzchach, i spodzie kostek - chyba bez żadnej reguły.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, gęsto i kremowo. Była tłusta w śmietankowo-maślany sposób, co neutralizowała lekka chropowatość.
Czarne cukierki zaczynały się rozpuszczać wraz z nią i kończyły jakiś czas po niej (ciekawostka: zmieniały kolor z czarnego na szklisto-biały). Gryzione chrupały jak chrupiąco-szkiełkowy (oczami wyobraźni patrzyłam na samochodowe szyby rozbite na drobne kryształki), trochę twardawy cukro-karmel rozchodzący się na cukrowe grudko-kryształki. Znikały, nie sprawiając problemów, nie obklejając zębów czy coś. To one (cukierki, nie zęby) były solone - sól osobno nie wystąpiła.
Mój sposób na nią to - jak zwykle - pozwolić wszystkiemu swobodnie się rozpuszczać. Nawet cukierkom już po czekoladzie, acz nie ukrywam, że już gdy ona zniknęła, podsysałam je, a parę razy rzeczywiście nadgryzłam.

W smaku czekolada najpierw rozlała po ustach morze, wręcz ocean pełnego mleka i śmietanki. Zdziwiłam się, jak zachowawczo słodka była. Wydała mi się błoga-urocza, sielska i aż dziecięca jak jakieś lody śmietankowe (lub czekoladki z nadzieniem mlecznym - choć lody bardziej pasują do efektu lukrecji). Było w tym coś... rześkiego.

Cukrowość zaczęła rosnąć dopiero po chwili. Wtedy to już nie miała oporów przed błyskawicznym osiągnięciem poziomu przesady. Goniła ją... jeszcze większa ilość cukru i... lukrecjowo-ziołowa nutka. Mieszając się, zaobfitowały w jasny miód. Zaraz jednak pomyślałam o cukrowych cukierkach lukrecjowych (salmiakki) i tabletkach do ssania (może lukrecjowo-miodowych?). Ich motyw pojawiał się prędko, gdy tylko pierwsze zaczęły się trochę wyłaniać spod czekolady.

Ta jakoś w połowie rozpływania się kęsa wydała mi się bardziej maślana. Słodycz przeszła w sferę toffi, pod którym wychwyciłam nutkę orzechów. Kompozycja wciąż była bardzo, bardzo śmietankowa, przez co pomyślałam o jakimś skondensowanym mleku toffi. Albo o lodach w tym wariancie, biorąc pod uwagę lekki, chłodząco-gryzący efekt, jaki lukrecjowe cukierki wywoływały na języku. Cukier się w to wpisał, acz przejawiał nieco ambitniejsze skłonności. Oprócz miodu, mignął waniliową nutką. Wszystko to prędko drapało w gardle i jakby nieco szczypało - pewnie pomogła w tym lukrecja.

Kumulującą się słodycz zaczęłam postrzegać jako cierpko-ziołowo miodową; "skondensowanie mleczna" i maślana baza bliżej końca zrobiła więcej miejsca cukierkom lukrecjowym. Okazały się... przede wszystkim słodkie, przy czym... dość przystępnie. Cukrowe, ale jakby nieco przygłuszone. Jeszcze dorzucały słodyczy do ogółu (jakby jej było mało!). Warto zauważyć, że to niepodważalnie salmiakki, a więc lukrecja z chlorkiem amonu - skandynawskie cukierki; smakowało to więc właśnie salmiakkowo, a nie samą, zwykłą lukrecją (np. sproszkowanym korzeniem).

Cukierki lukrecjowe wyszły lukrecjowo słodziutko. Im czekolady mniej, tym one bardziej odrętwiały język i wychodziły na przód. Drobna, jakby chłodząca ostrość lukrecji-korzenia też była wyraźna. Upuściła kwasek... który chwilami mieszał się ze słonawą nutką. Ta zaś jakby się wtapiała w  otoczenie. Słonawość cukierków pobrzmiewała, ale nie wychylała się jakoś szczególnie. Odebrałam je za to jako dziwnie... smakowo kwaskawo-musujące?

Lukrecjowe cukierki sprawiły, że potem resztka czekolady smakowała jeszcze bardziej słodziusio i śmietankowo-maślanie, a także kojarzyła się z takowymi lodami. Podsyciły w niej te aspekty, acz na koniec (salmiakki) to one dominowały. Wciąż jako zaskakująco zachowawcze, słodkie w sposób trochę udający słodzik. 
Same, bez czekoladowego otoczenia jeszcze tupnęły kwaśnością, odrobinką soli, ale zasnuły się koniec końców słodyczą. Zaś rozgryzając je, miałam wrażenie, że rozgryzam "cukierkowe grudki słodziko-cukru". Wprawdzie smakujące lukrecją i z nutką soli, która... w zasadzie rzadko trafiała się już na koniec-koniec, ale... nie napastliwe. 

Po zjedzeniu został posmak głównie słodkiej lukrecji mieszającej się z salmiakkami, z ich chłodząco-pikantnym efektem odrętwiającym język, trochę kwaskawo-"musująca" nuta. Czułam też kwasek jako nutkę soli... czekolada natomiast wydawała się aż wyzerowana... prawie. Bo jej słodycz i lekka mleczność ostały się ale w tle.

Całość wyszła w zasadzie całkiem nieźle, tylko że strasznie słodko. Chyba sól i lukrecja to uwypukliły. Żadna z nich nie była jednak nachalna. Lukrecji sporo, ale w punkt, a soli - w punkt, czyli mniej, ale tak, że dobrze czuć. Jednocześnie mleczno-śmietankowy, maślano-skondensowany splot wyszedł dość głęboko. Czekoladowość nie została zabita, ale ogólnie wystawiona na próbę. Ciekawe, że sól była tak... subtelna.
Do cukierków lukrecjowych nie mam wielkich zarzutów - wyszły zaskakująco przystępnie, ale właśnie cukrowo-salmiakkowo. Nie obraziłabym się, by była to naturalniejsza, czystsza lukrecja. Nazwa czekolady raczej ją sugeruje (acz nie łudziłam się; w zasadzie nie rozmyślałam, jak wyjdzie).
Słodycz doskwierała mi już przy jakiś 25 gramach, a dwie ostatnie kostki z nałożonej sobie porcji (50g, czyli 8 kostek) dosłownie zmęczyłam (by już nie odwijać i sreberkować kilka razy). To był błąd, bo zacukrzyło mnie to zupełnie i aż jakby mi serce przyspieszyło. Niemniej, uznałam, ze czekoladę w paru podejściach na jakieś wykładowo-gorsze dni sobie zostawię, by skończyć. Były trzy podejścia i utwierdziłam się, że to porządnie wykonane czekoladzisko, ale jednak niezbyt moje i w końcu zaczęła mnie nudzić i irytować (bo został miesiąc do końca ważności) i ostatnie 4 paski chciałam wepchnąć Mamie. Zgodziła się, mimo że nie cierpki lukrecji; a także soli w większości słodyczy. Uznała, że jej za słona, a "tak to nawet ta lukrecja nie przeszkadzała". Stąd i końcówka wylądowała u ojca. On na nic nie narzekał.

Z podobnych jadłam Marabou Black Saltlakrits, która wydała mi się bardziej o wiele bardziej cukrowa ("w tym cukry" Marabou to 62g, w dzisiejszej 45,7g) i może czekoladowa w tym, ale bardziej tania. Dzisiaj prezentowana to mleczno-śmietankowe, zacukrzone uderzenie, acz wyższej jakości. Kawałki cukierków były drobniejsze, przystępniejsze, ale z kolei bardziej po prostu cukierkowo-cukrowe. Muszę przyznać, że takie złagodzenie kontrowersyjnych salmiakków wyszło im na dobre. Czuć wyraźnie, a jednak zostały tak obudowane, że wyszły smacznie i przystępnie; nie zabiły dobrej czekolady. Marabou była intensywniejsza, ale tak po chamsku, niepozytywnie.

PS Podkreślałam tak czy "z lukrecją", czy "salmiakkami", bo lukrecja to przyprawa-korzeń, a salmiakki to cukierki z dodatkiem chlorku amonu, który nadaje jej bardziej cierpko-słonego smaku i wywołuje odrętwienie, czy jak to nawet piszą "częściowe / miejscowe chwilowe stracenie czucia na języku".


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: 6,99 zł (za 200g)
kaloryczność: 544 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, śmietanka w proszku 14%, kawałki słonych cukierków o smaku lukrecjowym 12% (cukier, chlorek amonu, syrop glukozowy, aromat, olej słonecznikowy, substancja glazurująca: wosk pszczeli biały i żółty, barwnik: węgiel roślinny), miazga kakaowa, mleko w proszku pełne 4%, słodka serwatka w proszku, lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat waniliowy

niedziela, 2 stycznia 2022

The Swedish Cacao Company Licorice Dark Milk 55% ciemna mleczna z Dominikany z lukrecją

Lubię lukrecję jako jedną z wielu korzennych, ziołowych przypraw. Solona w czekoladach swego czasu trochę mnie intrygowała, bo dobrze zrobione czekolady z solą doceniam (acz coraz rzadziej?). Mimo ogólnego nielubienia soli. Słodycze z soloną lukrecją jednak mnie nie kręcą. Nawet nie to, że jakoś specjalnie brzydzą - to nie moja bajka, omijam je. Obecnie omijam też czekolady mleczne, bo nie satysfakcjonują tak, jak ciemne. Dziwnym jednak wydało mi się - i wpadłam na to dopiero rozważając, czy kupić dziś prezentowaną - że jak już robią czekoladę z lukrecją, to przeważnie mleczną, a lukrecję solą. A tu proszę, stanęłam przed perspektywą zjedzenia mlecznej bez soli, a z lukrecją. Obiektywnie, sam korzeń lukrecji, o wiele bardziej pasuje mi do ciemnych. Solona lukrecja - owszem, chyba do mlecznych. Ta więc wydała mi się tak dziwna, że aż kusząca. Dodatkowym motywatorem był fakt, że w swoich zbiorach posiadałam jeszcze zwyklejszą mleczną z lukrecją, właśnie soloną - z Lidla (na blogu za jakiś czas).
A dzisiaj prezentowana do zwykłych na pewno nie należy. Wszystko dokładnie w niej określono. Kakao zakupiono od kooperatywy Öko Caribe, zaś lukrecję od rodziny Amarelli z regionu Calabria z południa Włoch, gdzie lukrecja rośnie od starożytności. Ten rodzinny biznes ma 300-letnią tradycję i właśnie ze swojej lukrecji jest znany.

The Swedish Cacao Company Licorice Dark Milk 55% to ciemna mleczna czekolada o zawartości 55 % kakao z Republiki Dominikany, z prowincji Duarte z włoską lukrecją.

Po otwarciu poczułam wyraźny zapach mleka, kojarzącego się z takim chłodnym, nalanym do szklanki oraz orzechów. Wyobraziłam sobie laskowe w lepkim maślanym karmelu, może toffi. Na pewno słodziutkiego i pełnego uroku. Zapach był średnio intensywny, przy czym lukrecja jako mielony korzeń może nieśmiało zaznaczyła się w tle (w ciemno bym jej nie wyłapała). Na pewno czułam ją za to po podziale i już przy jedzeniu, ale też bardziej jedynie w tle (może podkręcała chłodny wydźwięk mleka i słodziuteńkość karmelu). Może jak jakieś tabletki / cukierki ziołowo-miodowe?

Przy łamaniu tabliczka trzaskała niegłośno, zdradzając tłustawość / kremowość mlecznej. Wydała mi się nawet tłusto-pylista. Irytowało mnie, jaka to cienizna - w dodatku dość krucha, co nasilało to poczucie. Tłumaczyłam sobie, że niby ma wypukły wierzch, ale... miejscami była aż wklęsła i mierzyła tam... milimetr (miejscami - łaskawie - trochę ponad). Rozpuszcza się to dziadowsko szybko, ucieka przyjemność. Aż przerwałam degustację, by na zdjęciach uwiecznić to chamstwo producenta. 

W ustach rozpływała się łatwo i w średnim tempie. Była gładka w maślano-śmietankowy sposób. Miękła błyskawicznie, kojarząc się trochę z muskaniem pylistych skrzydeł motyli. Gięła się, minimalnie oblepiając usta, by na końcu zniknąć jak tłuste mleko. 

W smaku jako pierwsze poczułam naturalne mleko, niczym ochroniarzami okrążone słodyczą. Wydała mi się urocza i rodem ze słodkości dla dzieci. Pomyślałam o toffi (miodowym?), karmelu (z miodu?) prawie niepalonym, a maślano-mlecznym. Dość szybko zarejestrowałam, że słodziutki wydźwięk podkreśla lukrecja.

Nie przeszkodziło to zaznaczeniu się gorzkości już po paru sekundach. Należała do palenia / prażenia przede wszystkim. Odnotowałam jednak też trochę dymu. Wyłapałam prażone orzechy laskowe; orzechy nieco gorzkawe, ale... które jakby obrosły w słodycz obrosły. Wyobraziłam sobie karmelizujące się, oblewane toffi, miodem i ogólnie zaraz aż gubiące się.

Z czasem, w połowie rozpływania się kęsa umocniła się słodka ziołowość. Lukrecja wyraźnie wyszła na przód. Przez słodycz toffi, karmelu i miodu, z którego to splotu narastała miodowość, pomyślałam o ziołowych, ziołowo-miodowych tabletkach do ssania. Zawarły lekową nutkę, przy czym podkreślona została naturalność ich. Lukrecja smakowała mielonym korzeniem lukrecji dokładnie, leciutko musnęła język, ale ani go nie odrętwiła, ani innych smaków nie zagłuszyła. Zepchnęła je jednak na o wiele dalszy plan, będąc gwiazdą degustacji. Pobrzmiewała wyważoną pikanterią i goryczką, choć uwypuklała też ogólną słodycz.

Z czasem lukrecja przemodelowała też mleko. Do głowy przyszedł mi idealnie gładki i lepko-gęsty proteinowy deser ze słodzikiem (np. Ehrmann pudding czekoladowy). Słodki, a jednak w pewnym stopniu mdławy. Mlecznie-mdławy? Doszukałam się w nim lekko maślanej nuty. Słodycz wydawała mi się bardzo wysoka, ale chłodna. Mleczny deser też to zimno nieco roztaczał, ale nie mogę powiedzieć, by kompozycja była zimna. Z czasem coraz więcej myśli krążyło wokół lukrecjowo-słodzikowej nucie, ale nie było to jednoznaczne. Krążyły i ocierały się, jednak nie skupiały na niej, bo... zdarzyło mi się też nawet pomyśleć o jakiś... słodziutkich maślanych herbatnikach z miodem i mlekiem... do mleka podanych. Tak jednak słodkich, że aż odciągających od niego uwagę (takich ze złudną odrobinką soli, potrzebnej dla pieczenia?). Płynęła trochę łącząc się miodem z ziołowością.

Bliżej końca wróciło trochę orzechów pod całą tą słodyczą, jednak myśli o korzeniu lukrecji podsunęły mi też lekką ziemię i więcej dymu. Mimo wysokiej, aż za silnej słodyczy jakby słodzikowej i miodowo-ziołowej, goryczka miała się nieźle. Gorzko jednak nie było. Palenie, dym (jakby wyczuwalny w oddali?) przełożyły się na myśl o palenisku ze zwęglonymi pozostałościami, zalanym wodą... Chłodnym już. 

Po zjedzeniu został posmak głównie lukrecji. Wydawał się aż nieco neutralizować czekoladowość. Czułam jej dziwny efekt na końcówce języka - nie było to jeszcze odrętwienie, ale coś wyczuwalnego na pewno (raczej ostrość, nie efekt, jaki daje chlorek amonu, a więc odrętwienie). Kakao jako lekka cierpkość, może nieco prażono-orzechowe prawie zupełnie odpadło w posmaku. Lukrecji towarzyszyła słodycz - w dużej mierze jej własna, ale też jako poczucie silnego zasłodzenia "wszystkim czem" (btw to takie moje i Mamy powiedzonko żartobliwe; na zasadzie "idę se"). W tym słodzikiem, ziołowymi tabletkami do ssania. Lukrecjowość utrzymywała się dość długo, ale nienachalnie.

Tabliczka trochę chłodziła, mimo że nie była zimna... Była też bardzo słodka, a jednak nie taka przesłodzona. Jej słodycz wydawała się nieoszlifowana, ostra w tym sensie. Słodycz miodowo-ziołowa i jednocześnie wręcz miodowo-toffi otulała orzechowe motywy. Wpływała na słodycz, ale nie w pełni. Natomiast mleko zupełnie sobie podporządkowała. Wyszło jak chłodne w szklance, naturalne, a potem jak proteinowy deser. Dziwne uczucie.
Całość poniekąd mi smakowała - lubię smak korzenia lukrecji. Uświadczyłam tu ziołowo-miodowe nuty, które są mi miłe, jednak naturalne mleko zjeżdżało w kierunku niezbyt moim (ogólnie wydaje mi się, że nie miało ogromnego udziału z racji ilości), słodycz zahaczała a to o motywy słodziutkie (toffi), a to słodzikowe, ogólnie wychodząc... bogato, wielosmakowo i za mocno. Mimo że jednoznacznie przesłodzona kompozycja nie była. Lukrecja rosła w siłę wraz z każdą chwilą kęsa, dochodząc do momentu, w którym prawie zupełnie zagłuszała czekoladowość, o co mam żal. Niby przez sporą część jedzenia wszystko wyważone, harmonijne, to jednak... coś bym w proporcjach pozmieniała. By lukrecja aż tak się nie rządziła. Nie pożałowano jej, i może... nawet nie z nią przesadzono, a np. lepiej by się sprawdziło więcej ziaren kakao? Nawet nie kosztem mleka, jak taki mieli zamysł, a tłuszczu lub cukru.
Ogromnym zarzutem jest też cienkość tabliczki oraz zbyt tłuste mleczne rozpływanie się.


ocena: 7/10
cena: 33 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, korzeń lukrecji

wtorek, 19 listopada 2019

Anthon Berg Salmiak Lakrits / Liquorice Dark ciemna 57 % z Ghany z lukrecją i kawałkami salmiaków / salmiakk

Marka Anthon Berg nigdy mnie nie ciekawiła, ale nie jest mi obca. Widywałam tego sporo w internecie wśród słodyczy zza granicy, ale były to jakieś czekoladki i marcepany, a więc twory kompletnie mnie nie interesujące. Na widok czekolad jednak aż oczy mi się zaświeciły. Nie, żeby właśnie ze względu na samo logo, ale ze względu na dodatki jednej z nich. Solona lukrecja - to tak dziwne, że zawsze mnie kusi. Zależało mi na spróbowaniu wreszcie jakiejś lepszej czekolady z nią, bo Fazer Salmiakki czy Marabou Black Saltlakrits to raczej niezbyt wysoka półka (choć nie ukrywam, że Marabou mi smakowała) i... mleczne. Jak już zdecydowałam się na zamówienie, to ze względu na przesyłkę, kupiłam wszystkie smaki, ale i tak poznawanie marki zaczęłam właśnie od tej najważniejszej.

Anthon Berg Salmiak Lakrits / Liquorice Dark to czekolada ciemna o zawartości 57 % kakao z Ghany z lukrecją i kawałkami salmiaków (nie wiem, jak to odmieniać), czyli solonej lukrecji.

Po otwarciu poczułam smakowity zapach gorzkawo-palonej czekolady o mocno orzechowym charakterze. Wyczułam także sól, w kontekście cytrusowo-rześkim, dzięki czemu przejawiała pewną soczystość, rześkość.

Średnio ciemna tabliczka (koloru raczej ciemnej mlecznej) łamała się z trzaskiem, ładnie, jednak twardą bym jej nie nazwała. Jakby udawała krucho-miękkawą? A jednak twarda była. I sowicie wypełniona dodatkiem.
Niektóre kawałki lukrecji miały białawo-czarny, inne brązowawy kolor. Znalazły się tam większe i mniejsze. Ilość? W sam raz, żeby poczuć, ale nie mieć wrażenia, że tabliczka jest nimi zbyt najeżona.
W ustach czekolada rozpływała się dość leniwie i kremowo. Stawała się miękkawą, zalepiającą masą. Tłustawa, acz nie przesadnie, z iluzją pyłku. Niechętnie wypuszczała chrupacze ze swej toni, acz językiem dość szybko zaczęłam na nie trafiać. Kawałki dodatku rozpuszczały się bardzo powoli, wolniej niż czekolada, przez co zawsze trochę zostało na koniec. Rozgryzane, były chrupiąco-trzeszczące, całkiem w porządku w obyciu, bo ani się nie lepiły, ani twardością nie uraczyły.

W smaku czekolada przywitała mnie intensywnym smakiem orzechów, podkreślonych gorzkością. Orzechów mocno palonych, palonych trochę w kontekście piernikowo-mulistym... Ziemistym.

W tym czasie rozwinęła się również słodycz. Wspięła się na wysoki poziom, ale nie miała imperatywnych zapędów. Wpisała się w otoczenie, błądząc przy nutach palonych, trochę wręcz odymionych. W oddali za nimi pobrzmiewała lukrecja. Miałam wrażenie, że czuć ją w całej tabliczce, a nie tylko przy dodatkach (skład zdaje się to potwierdzać).

Ziemistość nieco odłączyła się od reszty, stając się niezależną. Odnalazłam w niej wilgoć i wręcz cytrusową soczystość; ogólna gorzkość bardzo złagodniała.

Palony motyw zaczął zmieniać się w suszony, dość szybko przywołując zioła. Z racji ziemistości i pewnej mulistości... wydały mi się zawilgocone, niesuche. Tu właśnie odnalazła się słodycz. W pewnym momencie naprawdę bardzo silna, po czym przełamała się. Zaserwowała mi smak cukierków anyżowych, które podkreśliła soczysta ziemia. Znów sił spróbował akcent cytrusów. Kwaskawość przełożyła się na nutę słodko-tabletkową. Lekowo-ziołowy kwasek wraz z silną słodyczą mniej więcej od połowy otworzył lukrecji drogę do dominacji. Chwilami kojarzyła mi się ze słodzikiem, epizodycznie migała mi sól, choć nie jako po prostu słoność. Wszystko podporządkowało się salmiakkom, gdy ujawniać zaczęły się kawałki.

Smak lukrecji na wszystko spuścił chłodno-słodką, ziołowo-kwaskawą zasłonę. Poczułam odrętwienie języka. Kwaskawość nasiliła soczystość, ziemi udało się przebić. Lukrecja tchnęła w nią pikanterię, przez co znów pomyślałam o ziemistym pierniku. Mulisto-ziemista gorzkawość cudownie mieszała się z ziołowością lukrecji, acz kompozycja wciąż była bardzo słodka.

Kawałki turlające się po języku w czekoladowej masie chwilami przyjemnie, nienachalnie podszczypywały kwaskawo-słonawym smakiem.
Gdy rozpuszczały się, lub gdy pod koniec pojedyncze gryzłam, wydawały się kwaskawo-ziołowo-słonawe, ale przede wszystkim słodkie. Gdy czekolada już zniknęła, a ja pogryzłam parę drobinek, odebrałam je jako cukrowo-przygaszone.

W posmaku pozostała słodzikowo-lekowa pikanteria lukrecji, dziwne poczucie kwasku i soli z nią powiązane, a także smakowita, orzechowo-ziemista czekoladowość. Lekka cierpkość przełożyła się na poczucie drobnej suchości, nakręcanej też odrętwieniem języka, ale ogólnie było rześko. Lukrecja utrzymała się znacznie dłużej.

Tabliczka chwilami wyszła mało czekoladowo, bardzo zaś salmiakkowo. W żaden jednak sposób nie odrzucająco, a wciągająco i intrygująco. Chwilami głębia czekolady, jaką czułam, nie przestawała mnie zachwycać tym, jak poradziła sobie z dziwnym dodatkiem. O tak, solona lukrecja jak nic właśnie do ciemnej (a nie mlecznej) czekolady pasuje. Wyszła wkomponowana, nie tak niecodzienna. Dziwna, mocna i... smaczna. Idealne zgranie orzechów i leków oraz ziemi i "kwaśno-słonych" ziół.
Jedynym moim zarzutem jest za silna słodycz. O ile te kawałki, w porządku, niechby sobie były takie cukrowe, tak czekolada mogłaby mieć 70 % kakao.
Smakowała mi o wiele, wiele bardziej niż Marabou, ale oceny zbliżone, bo jednak półka inna, a i Marabou jest skierowana do odbiorców, oczekujących od czekolad "trochę" czegoś innego, niż ja.


ocena: 8/10
kupiłam: Allegro
cena: 11 zł
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: miazga kakaowa, cukier, kawałki salmiaków - solonej lukrecji 8% (cukier, sproszkowana lukrecja 6%, tłuszcz kakaowy, chlorek amonu 3%, syrop glukozowy), tłuszcz kakaowy, sproszkowana lukrecja, olej rzepakowy

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Fazer Salmiakki mleczna z nadzieniem o smaku solonej lukrecji

Nie ukrywam, że salmiakki to jeden z tych dziwnych tworów spożywczych, które kuszą mnie, wywołując w tym samym czasie zmarszczenie brwi. Nigdy nie wiem, jak to ma niby wyjść, czego się spodziewać i... no nie wiem. Z soloną lukrecją dotychczas jadłam tylko Marabou - i była to zupełnie inna forma, bo z dodatkiem twardym i chrupiącym. Nadzienie? Hmm... Nie pozostało nic, jak tylko spróbować.


Fazer Salmiakki Salmiakkitaytesuklaa Mjolkchoklad med salmiakfyllning to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z nadzieniem salmiakki (salmiakkowym?), czyli z nadzieniem o smaku solonej lukrecji.

W pierwszej chwili po otwarciu poczułam niewiarygodnie cukrową i mocno mleczną czekoladę. O dziwo jednak nie było to tanio-ulepkowe. Gdy tylko ruszyłam tabliczkę (moja była nieco połamana), a już zwłaszcza gdy ja ją przełamałam (nie mówiąc już o "rozdziabaniu" kostki do zdjęć), nad czekoladą rozniósł się słodki zapach lukrecji. Był silny, wyrazisty i niemal napastliwy wraz z wyraźną solą i mocno chłodnym motywem.

Zaskakująco ciemna tabliczka była twarda, czekolada stanowiła grubą warstwę, a nadzienia było... tak średnio, prawie mało. Gęste, lekko się ciągnęło, w niektórych miejscach prawie płynne, w innych trochę wyschło (mimo że termin ważności miała jeszcze 7 miesięcy).
W ustach czekolada rozpływała się łatwo, choć nie za szybko, bo w gęsto-tłusty sposób. Cechowała ją silna proszkowość.
Nadzienie nie było tłuste, a raczej... dziwnie-śliskie. W większości niemal płynne, ale bardzo gęste, lekko tylko lepiące. Szybko wyciskało się spod czekolady, ale rozpływało się nie tak szybko, jak można by się spodziewać, gdyż mieszało się z nią (obniżając poczucie proszkowości). Scukrzone miejsca o stałej konsystencji przypominały gumkę, która rozchodziła się na cukrowo-gumkowate grudki.

W smaku czekolady przewodził cukier i mleko. Niczym niepohamowana słodycz szalała, a mleko balansowało na pograniczu wyrazistego i smakowitego, a takiego mniej smakowitego, zajeżdżającego mlekiem w proszku. Przy drugim czy trzecim kęsie wydawała się ulepkowata.

Cukrowość rosła wraz z nadzieniem, jednak bardzo szybko nabrała chłodzącego wyrazu. Efekt był bardziej chłodno-odświeżający niż mięta, a następnie wszystko zdominował smak lukrecji. Jej silny, ziołowo-słodki smak na moment zupełnie wyeliminował mleczną czekoladę. Do lekkiej cierpkości dołączyła silna sól i kwasek.

Kwasek oscylował pomiędzy kwasem soli, a sztuczno-octowym kwasem, co wykorzystał ziołowo-słodko-lekowy smak. Lukrecja mieszająca się ze słono-kwaśnym motywem zaczęła odrętwiać język, stała się w pewien sposób ostra. Mocna sól wydobyła czekoladę, ale podkreśliła jej ulepkowość. Sól bliżej końca piekła w język.

Równocześnie wciąż było jednak cukrowo... Tak, że aż to wszystko zadrapało słodyczą w gardle. Bliżej końca kwaśna słoność i lukrecja zostały złagodzone cukrowo-mleczno-maślaną czekoladą.

Po czekoladzie pozostało znaczące odrętwienie języka, poczucie przesłodzenia i lukrecjowo-ziołowy, słony posmak z "lekowym efektem" oraz cukrowo-czekoladowy motyw.

Zdziwiłam się tym, jak koniec końców odebrałam tę tabliczkę. Była zadziwiająco mocno lukrecjowa, taka lukrecjowo-ziołowa, mimo że zastosowano same aromaty. Coś odrętwiało końcówkę języka, całość odświeżała / ochładzała usta. Wyszła niemal ostro-kwaśno i bardzo słono, a przy tym cukrowo. Było w tym coś smakowitego, ale sama cukrowo-proszkowomleczna czekolada mnie męczyła. 

Smaczno-zwykła, z niezwykłym nadzieniem. Była tak słodka, że w sumie aż tak nie szokowała smakiem, a jednocześnie czuć w niej salmiakki bardzo wyraźnie. Myślę, że ciemna czekolada (nawet taka 50 % - bliżej nieokreślona, czy to ciemna, czy trochę mleczna) wyszłaby tu lepiej, nawet gdyby też miała być cukrowa. Mleko i lukrecja... chyba mnie nie przekonuje, bo podkreśliło to tę ulepkowatą mleczność. Wyszło gorzej od Marabou pewnie z racji dominacji czekolady.
Całej nie dałam rady przez cukrowość, więc 5 kostek poszło do Mamy, która po niecałej jednej wyrzuciła. Według niej to czekolada była smaczna, a nadzienie paskudne (Mama nie cierpi lukrecji, ziołowości i kwaśności czy soli w większości słodyczy). Nie żal mi w sumie, że tak skończyła.


 ocena: 7/10
kupiłam: Scrummy
cena: 9,99 zł
kaloryczność: 475 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, maślanka w proszku, syrop glukozowy, chlorek amonu, aromaty, emulgatory (zawiera lecytynę sojową), sól, barwnik: węgiel roślinny (E153)

środa, 8 sierpnia 2018

Naive Orange Liquorice ciemna 63 % z Ekwadoru z lukrecją i pomarańczą

Uwielbiam lukrecję, więc tylko kwestią czasu było sięgnięcie po nowość bardzo lubianej przeze mnie marki Naive. Zakochałam się w samym opakowaniu - ta czerń i kolorowa meduza (uwielbiam motywy meduz w pracach wykonanych np. akwarelami) zacnie wyróżniają się na tle jednolitych, jasnych kartoników Naive.
Dopiero w okolicach degustacji zwróciłam uwagę na to, że czekolada zawiera nie tylko lukrecję, ale i pomarańczę. Sprawiło to, że po czekoladę nie sięgałam jako po "na pewno smaczną tabliczkę", a jako po "tabliczkę intrygującą". Jakoś nie mogłam sobie takiego duetu w czekoladzie wyobrazić i nawet fakt, że pomarańcza wystąpiła pod postacią olejku mi nie przeszkadzał (dopuszczam możliwość, że olejek też może wyjść smacznie).

Naive Orange Liquorice to ciemna czekolada o zawartości 63 % kakao z Ekwadoru z lukrecją i olejkiem pomarańczowym.

Po otwarciu najpierw czułam przede wszystkim słodko-gorzką olejkową pomarańczę, która jednak nie była strasznie nachalna, a w pewien słodko-perfumowy sposób wkomponowana w kwiatowy, ciemnoczekoladowy klimat. Ten, gdy pomarańcza trochę się rozeszła, uwolnił sporo ciepłych nut drzew, orzechów, jakby masła migdałowego. Była w tym roślinność przypominająca kwiaty... podsuszone (ale nie ziołowe), ale i wilgotne, wzmocnione przez pewien... Chłodek?

Tabliczka o ciemnym kolorze czekolad śmietankowych lekko trzaskała, brzmiała na tłustą i pełną; wydała mi się też trochę krucha.
W ustach rozpływała się tłusto, maziście oblepiając usta i odsłaniając trzeszczący pyłek. Odebrałam to jako neutralnie dziwne.

W smaku w pierwszej chwili poczułam subtelną gorzkość, kojarzącą się ze skórkami migdałów. Zaraz wezbrała słodycz i łącząc się z wytrawnie gorzką nutą, utworzyła stabilny obraz ciemnoczekoladowego sosu.

Słodycz rosła szybko, ale była jakby odległa. Odebrałam ją jako zawilgocono-kwiatową.
W tle zaznaczał się też lekki, perfumowy (kwiaty łączące się z perfumami?) akcent pomarańczy. Było w tym ciepło, coś na kształt syropu. W pewnym momencie syrop pomarańczowy zaczął nawet dominować.

Gorzkość przez to wszystko stała się bardziej neutralna w orzechowy sposób. Pomyślałam o migdałach, maśle migdałowym i jakimś dobrym kremie migdałowym.

Migdały i orzechowość rozkręcały się za sprawą ciepłych nut z tła. Te wychodziły na przód. Delikatnie pomarańczowa, bardziej perfumowo-roślinna nuta była gorzko-słodka, a z czasem w ogóle pomarańcze zaczęły tonąć w smaku syropu, lekarstwa. W miejsce kwiatów zaczęła wchodzić coraz silniejsza ziołowość, taka bardzo kojarząca się z lekami słodycz i korzenna pikanteria - o tak, to lukrecja. Zrobiło się ostro i zarazem chłodno. Nie paraliżowała języka, ale była bardzo wyraźna i naturalna.
Lukrecja wchłonęła słodycz, stłumiła olejek pomarańczowy i połączyła się z gorzko-słodkim smakiem czekolady, który odebrałam jako "węgielkowy".

W posmaku pozostawała właśnie słodko-ostra i zarazem chłodna lukrecja oraz węgielkowa czekolada. Było bardzo słodko, ale nie cukrowo. Gorzkawo, ale bardziej syropowo-wytrawnie, niż tak kakaowo.
Lukrecjowa słodycz pozostawała najdłużej.

Muszę przyznać, że czekolada wyszła zupełnie inaczej, niż się spodziewałam. W sumie smakowała mi, tu nie ma wątpliwości, ale... Wyszła dość ciężko, nie orzeźwiająco czy soczyście. Słodycz bardzo silna, ale od razu poprzełamywana. Chłodek, pikanteria, pomarańcza - wraz z silną słodyczą wyszły korzennie, ale też... Jak korzenne perfumy? Nie było w tym jednak przesady, Naive jak zwykle okazała się wyważona.

Nie pasowała mi tłusto-trzeszcząca struktura, ale smak zaskoczył mnie pozytywnie. Owszem, pomarańcza była olejkowa, ale nieźle się to zgrało z cudnie kwiatowymi nutami ekwadorskiego kakao, które to również genialnie zeszło się z lukrecją. Biorąc jednak pod uwagę naturalną słodycz lukrecji, czekolada mogła mieć więcej kakao, a mniej cukru i tłuszczu. Nie wiem, czy nie wystawiłam jej krzywdzącej oceny, ale jednak słodycz i zwłaszcza tłustość dyskwalifikują ją u mnie z możliwości zgarnięcia czegoś więcej.


ocena: 7/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 27,99 zł (za 55 g)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lukrecja, olejek pomarańczowy, sól morska