niedziela, 2 stycznia 2022

The Swedish Cacao Company Licorice Dark Milk 55% ciemna mleczna z Dominikany z lukrecją

Lubię lukrecję jako jedną z wielu korzennych, ziołowych przypraw. Solona w czekoladach swego czasu trochę mnie intrygowała, bo dobrze zrobione czekolady z solą doceniam (acz coraz rzadziej?). Mimo ogólnego nielubienia soli. Słodycze z soloną lukrecją jednak mnie nie kręcą. Nawet nie to, że jakoś specjalnie brzydzą - to nie moja bajka, omijam je. Obecnie omijam też czekolady mleczne, bo nie satysfakcjonują tak, jak ciemne. Dziwnym jednak wydało mi się - i wpadłam na to dopiero rozważając, czy kupić dziś prezentowaną - że jak już robią czekoladę z lukrecją, to przeważnie mleczną, a lukrecję solą. A tu proszę, stanęłam przed perspektywą zjedzenia mlecznej bez soli, a z lukrecją. Obiektywnie, sam korzeń lukrecji, o wiele bardziej pasuje mi do ciemnych. Solona lukrecja - owszem, chyba do mlecznych. Ta więc wydała mi się tak dziwna, że aż kusząca. Dodatkowym motywatorem był fakt, że w swoich zbiorach posiadałam jeszcze zwyklejszą mleczną z lukrecją, właśnie soloną - z Lidla (na blogu za jakiś czas).
A dzisiaj prezentowana do zwykłych na pewno nie należy. Wszystko dokładnie w niej określono. Kakao zakupiono od kooperatywy Öko Caribe, zaś lukrecję od rodziny Amarelli z regionu Calabria z południa Włoch, gdzie lukrecja rośnie od starożytności. Ten rodzinny biznes ma 300-letnią tradycję i właśnie ze swojej lukrecji jest znany.

The Swedish Cacao Company Licorice Dark Milk 55% to ciemna mleczna czekolada o zawartości 55 % kakao z Republiki Dominikany, z prowincji Duarte z włoską lukrecją.

Po otwarciu poczułam wyraźny zapach mleka, kojarzącego się z takim chłodnym, nalanym do szklanki oraz orzechów. Wyobraziłam sobie laskowe w lepkim maślanym karmelu, może toffi. Na pewno słodziutkiego i pełnego uroku. Zapach był średnio intensywny, przy czym lukrecja jako mielony korzeń może nieśmiało zaznaczyła się w tle (w ciemno bym jej nie wyłapała). Na pewno czułam ją za to po podziale i już przy jedzeniu, ale też bardziej jedynie w tle (może podkręcała chłodny wydźwięk mleka i słodziuteńkość karmelu). Może jak jakieś tabletki / cukierki ziołowo-miodowe?

Przy łamaniu tabliczka trzaskała niegłośno, zdradzając tłustawość / kremowość mlecznej. Wydała mi się nawet tłusto-pylista. Irytowało mnie, jaka to cienizna - w dodatku dość krucha, co nasilało to poczucie. Tłumaczyłam sobie, że niby ma wypukły wierzch, ale... miejscami była aż wklęsła i mierzyła tam... milimetr (miejscami - łaskawie - trochę ponad). Rozpuszcza się to dziadowsko szybko, ucieka przyjemność. Aż przerwałam degustację, by na zdjęciach uwiecznić to chamstwo producenta. 

W ustach rozpływała się łatwo i w średnim tempie. Była gładka w maślano-śmietankowy sposób. Miękła błyskawicznie, kojarząc się trochę z muskaniem pylistych skrzydeł motyli. Gięła się, minimalnie oblepiając usta, by na końcu zniknąć jak tłuste mleko. 

W smaku jako pierwsze poczułam naturalne mleko, niczym ochroniarzami okrążone słodyczą. Wydała mi się urocza i rodem ze słodkości dla dzieci. Pomyślałam o toffi (miodowym?), karmelu (z miodu?) prawie niepalonym, a maślano-mlecznym. Dość szybko zarejestrowałam, że słodziutki wydźwięk podkreśla lukrecja.

Nie przeszkodziło to zaznaczeniu się gorzkości już po paru sekundach. Należała do palenia / prażenia przede wszystkim. Odnotowałam jednak też trochę dymu. Wyłapałam prażone orzechy laskowe; orzechy nieco gorzkawe, ale... które jakby obrosły w słodycz obrosły. Wyobraziłam sobie karmelizujące się, oblewane toffi, miodem i ogólnie zaraz aż gubiące się.

Z czasem, w połowie rozpływania się kęsa umocniła się słodka ziołowość. Lukrecja wyraźnie wyszła na przód. Przez słodycz toffi, karmelu i miodu, z którego to splotu narastała miodowość, pomyślałam o ziołowych, ziołowo-miodowych tabletkach do ssania. Zawarły lekową nutkę, przy czym podkreślona została naturalność ich. Lukrecja smakowała mielonym korzeniem lukrecji dokładnie, leciutko musnęła język, ale ani go nie odrętwiła, ani innych smaków nie zagłuszyła. Zepchnęła je jednak na o wiele dalszy plan, będąc gwiazdą degustacji. Pobrzmiewała wyważoną pikanterią i goryczką, choć uwypuklała też ogólną słodycz.

Z czasem lukrecja przemodelowała też mleko. Do głowy przyszedł mi idealnie gładki i lepko-gęsty proteinowy deser ze słodzikiem (np. Ehrmann pudding czekoladowy). Słodki, a jednak w pewnym stopniu mdławy. Mlecznie-mdławy? Doszukałam się w nim lekko maślanej nuty. Słodycz wydawała mi się bardzo wysoka, ale chłodna. Mleczny deser też to zimno nieco roztaczał, ale nie mogę powiedzieć, by kompozycja była zimna. Z czasem coraz więcej myśli krążyło wokół lukrecjowo-słodzikowej nucie, ale nie było to jednoznaczne. Krążyły i ocierały się, jednak nie skupiały na niej, bo... zdarzyło mi się też nawet pomyśleć o jakiś... słodziutkich maślanych herbatnikach z miodem i mlekiem... do mleka podanych. Tak jednak słodkich, że aż odciągających od niego uwagę (takich ze złudną odrobinką soli, potrzebnej dla pieczenia?). Płynęła trochę łącząc się miodem z ziołowością.

Bliżej końca wróciło trochę orzechów pod całą tą słodyczą, jednak myśli o korzeniu lukrecji podsunęły mi też lekką ziemię i więcej dymu. Mimo wysokiej, aż za silnej słodyczy jakby słodzikowej i miodowo-ziołowej, goryczka miała się nieźle. Gorzko jednak nie było. Palenie, dym (jakby wyczuwalny w oddali?) przełożyły się na myśl o palenisku ze zwęglonymi pozostałościami, zalanym wodą... Chłodnym już. 

Po zjedzeniu został posmak głównie lukrecji. Wydawał się aż nieco neutralizować czekoladowość. Czułam jej dziwny efekt na końcówce języka - nie było to jeszcze odrętwienie, ale coś wyczuwalnego na pewno (raczej ostrość, nie efekt, jaki daje chlorek amonu, a więc odrętwienie). Kakao jako lekka cierpkość, może nieco prażono-orzechowe prawie zupełnie odpadło w posmaku. Lukrecji towarzyszyła słodycz - w dużej mierze jej własna, ale też jako poczucie silnego zasłodzenia "wszystkim czem" (btw to takie moje i Mamy powiedzonko żartobliwe; na zasadzie "idę se"). W tym słodzikiem, ziołowymi tabletkami do ssania. Lukrecjowość utrzymywała się dość długo, ale nienachalnie.

Tabliczka trochę chłodziła, mimo że nie była zimna... Była też bardzo słodka, a jednak nie taka przesłodzona. Jej słodycz wydawała się nieoszlifowana, ostra w tym sensie. Słodycz miodowo-ziołowa i jednocześnie wręcz miodowo-toffi otulała orzechowe motywy. Wpływała na słodycz, ale nie w pełni. Natomiast mleko zupełnie sobie podporządkowała. Wyszło jak chłodne w szklance, naturalne, a potem jak proteinowy deser. Dziwne uczucie.
Całość poniekąd mi smakowała - lubię smak korzenia lukrecji. Uświadczyłam tu ziołowo-miodowe nuty, które są mi miłe, jednak naturalne mleko zjeżdżało w kierunku niezbyt moim (ogólnie wydaje mi się, że nie miało ogromnego udziału z racji ilości), słodycz zahaczała a to o motywy słodziutkie (toffi), a to słodzikowe, ogólnie wychodząc... bogato, wielosmakowo i za mocno. Mimo że jednoznacznie przesłodzona kompozycja nie była. Lukrecja rosła w siłę wraz z każdą chwilą kęsa, dochodząc do momentu, w którym prawie zupełnie zagłuszała czekoladowość, o co mam żal. Niby przez sporą część jedzenia wszystko wyważone, harmonijne, to jednak... coś bym w proporcjach pozmieniała. By lukrecja aż tak się nie rządziła. Nie pożałowano jej, i może... nawet nie z nią przesadzono, a np. lepiej by się sprawdziło więcej ziaren kakao? Nawet nie kosztem mleka, jak taki mieli zamysł, a tłuszczu lub cukru.
Ogromnym zarzutem jest też cienkość tabliczki oraz zbyt tłuste mleczne rozpływanie się.


ocena: 7/10
cena: 33 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, korzeń lukrecji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.