Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Dominikana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Dominikana. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 września 2026

Equal Exchange Organic Dark Chocolate 71 % Cacao Very Dark Cacao from Dominican Republic & Peru ciemna z Dominikany i Peru

Kupując tę czekoladę kompletnie nic nie wiedziałam o niej czy o marce. Wyglądała po prostu na całkiem porządną. I wszystko wskazywało na to, że Equal Exchange faktycznie porządnie przykładają się do swoich produktów, używając dobrej jakości ekologicznych składników. Działają z wanilią z Madagaskaru oraz cukrem z Paragwaju i Kostaryki. Oczywiście na tym sprawdzonych źródeł nie koniec. Kakao kupują od małych spółdzielni rolników, w tym od 2004 z El Quinacho w Sivii w Peru. Ta spółdzielnia została założona w 1970 roku w dolinie rzeki Apurimac i obecnie ma 220 członków. Dba o to, by lokalne społeczności miały godne wynagrodzenie, dobrą pracę, co się chwali.
Oczywiście poczytałam też o samej marce. To amerykańska firma zajmująca się głównie czekoladą i kawą, która obrała model handlu, w którym ma się pod kontrolą każdy element łańcucha dostaw. Założyciele - Rink Dickinson, Jonathan Rosenthal i Michael Rozyne - zaczęli od nikaragujskiej kawy  Fair Trade w 1986 roku, wyrażając solidarność z z rolnikami z Ameryki Łacińskiej w czasach, gdy życie utrudniało im embargo. Potem zaczęli współpracę z plantatorami kakao ACOPAGRO w Peru. Obecnie pozyskują produkty od ponad 40 organizacji zrzeszających drobnych rolników na całym świecie, stawiając na długoletnie relacje oraz wysokiej jakości szkolenia i aktywizację zawodową kobiet.

Equal Exchange Organic Dark Chocolate 71 % Cacao Very Dark Cacao from Dominican Republic & Peru to ciemna czekolada o zawartości 71% kakao z Republiki Dominikany i Peru, z regionu rzeki Apurimac.

Po otwarciu poczułam intensywny, niemal dominujący zapach wanilii i cytrusów. Wtórowało im sporo drzew, których z kolei trzymało się orzechowe echo. Wanilia współpracowała z maślanością, razem z nią tworząc ciastowy wydźwięk. Do głowy przyszły mi maślane waniliowe bułeczki oraz po prostu miękkie, wilgotne ciasto maślane. Cytrusy dopraszały się o wizję babki cytrynowej. Z cytrusów czułam sporo właśnie cytryny, ale też grejpfruta sweetie - słodszego od czerwonego. Cytrusowość wydawała się znacząco osłodzona, niezbyt kwaśna. Wydaje mi się, że zwłaszcza już w trakcie degustacji, za cytrusami kryły się jeszcze kwaśno-cierpkie ciemne owoce. Drzewa wydawały się żywe, acz gdzieś w oddali i palony akcent się zaznaczył, dopowiadając im trochę palonego drewna.

Suchawa, a zarazem dość tłusta w dotyku czekolada była twarda i przy łamaniu trzaskała głośno zupełnie jak suche gałęzie.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i bardzo maziście. Była gęsta i tłusta w sposób maślany z trochę oleistym echem, a także gładka, choć z jakby ukrytą lekką suchością. Niemal do końca zachowywała kształt, z czasem lekko rzednąc w soczystym ujęciu.

W smaku od razu rozbrzmiała przede wszystkim wanilia, a więc też słodycz. Słodycz nie za wysoka, ale średnia i aspirująca do zajmowania pierwszego planu. Choć nie w odosobnieniu.

Szybko zaznaczył się też orzechowy wątek, który część słodyczy pokierował w stronę jakiejś słodkiej, naturalnej masy, np. zdrowszej wersji amerykańskich fudge w wariancie orzechowym. Z dużą ilością masła orzechowe arachidowego. Właśnie fistaszki miały wiele do powiedzenia w orzechowości. Łagodnie prażone i naturalnie słodkawe.

Dzięki orzechom wemknęła się gorzkość. Lekko wzrosła w harmonii z intensywną słodyczą wanilii.

W tle w tym czasie w dodatku zaznaczył się kwasek chyba grejpfruta, co dodatkowo trochę słodycz przełamało.

Słodycz ogólnie rosła znacząco, choć taka wysoka nie była. Dosadna, mocarna z wydźwięku owszem, ale nie zdominowała kompozycji. Wanilia zrobiła trochę miejsca palonego karmelowi (który zajął miejsce krówkowej nutki), za czym optowała paloność. Ta dopiero się rozkręcała.

Słodycz zasugerowała kwaskowi w tle bardzo ciemne, niemal czarne winogrona granatowe. Odciągały uwagę od grejpfruta, jako że były bardziej podporządkowane słodyczy. Nagle bardzo wyraźnie poczułam dżem winogronowy i do głowy przyszło mi połączenie kremu fistaszkowego z galaretką "jelly" z ciemnych winogron (PB&jelly).

Do orzeszków ziemnych dołączyły drzewa, a tuż za nimi bardziej palony motyw. Zasugerował części drzewom wydźwięk palonego drewna, a także otworzył drogę wypiekom.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wanilia zmieniła się w waniliowe maślane bułeczki i waniliową, na pewno jasną i puszystą babkę. Maślaność zaczęła przybierać na znaczeniu, stając na drodze gorzkości i krzyżując jej plany przejęcia pierwszego planu. Na szczęście załagodziła też trochę słodycz. Karmel zrobił się łagodniejszy, choć wciąż palony, bardziej maślany.

Jedna z babek okazała się cytrynowa. Specyficzny motyw cytrynowego wypieku podkręcił zatracający się w pewnym momencie akcent grejpfruta w tle. Jako jednak że ogólnie było słodko, okazało się że to słodszy grejpfrut o zielonej skórce i żółtym miąższu, sweetie. Cytryna też trzymała się słodkiego wydźwięku. Z czasem cytrusy traciły na jednoznaczności, a ich kwasek rozmywał się.

W tym czasie w wypiekach nastąpiła kumulacja maślaności, po czym... nagle do słodyczy dołączyła rześkość, a słodkie bułeczki i babki zrobiły się lekko nasączone wodą różaną. Słodycz nagle dziwnie zaczęła zmierzać ku przesadzie - mimo że tak wiele elementów ją a to przełamywało, a to łagodziło.

Woda różana podpowiedziała rozpraszającym się cytrusom trochę kwasku... dżemu z czarnych porzeczek? Owoce przeszły bez większych zgrzytów właśnie w ten motyw. Motyw bardzo słodki, mimo kwasku i cierpkości.

Palony wątek bardzo się nasilił, mimo że maślaność starała się, by gorzkość nie była za silna. Drzewa do reszty zmieniły się w palone drewno, a orzechy gdzieś się zgubiły. Pewna jednak maślaność, kwasek w połączeniu z palonością zasugerowały wilgotny żytni chleb. Chleb, na który nałożono ogromną porcję soczyście-cierpkiego i bardzo słodkiego dżemu z czarnych porzeczek, słodzonego wanilią.

Po zjedzeniu został posmak mocno waniliowy oraz cytrusów w wydaniu "na słodko", a więc głównie babki cytrynowej. Czułam też lekką kwaskawą cierpkość, zmieszaną ze słodyczą, dżemu z czarnych porzeczek i dużo, bardzo dużo spalonego drewna, ale też drzew żywszych; drzew po prostu.

Czekolada była smaczna, ale żałuję, że aż tak waniliowa. Jej słodycz była intensywna, ale średnio wysoka, nie przesadzona, więc tu bardziej problem miałam z tym, jak wanilia rozpychała się wśród nut samego kakao. Fistaszki, drzewa i drewno, na koniec trochę żytniego chleba wyszły smacznie i spójnie, mimo że wszystkiego trzymało się bardzo mocne palenie. Nic z tego nie nakręciło jednak silnej gorzkości, bo było też sporo masła. Szkoda. A jednak maślaność w połączeniu z wanilią przełożyła się na wizję bułeczek i babek, więc też nie było źle. Waniliowe wypieki i babka cytrynowa współgrały z cytrusami w wydaniu na słodko, podobnie jak czarno porzeczkowy dżem z chlebem na koniec. Nudno nie było, a wadom i tak udało się przeobrazić w coś przyjemnego, więc "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło".


ocena: 8/10
kupiłam: iHerb
cena: 22,13 zł (za 80g)
kaloryczność: 567 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, nierafinowany pełny cukier trzcinowy, mielone ziarna wanilii

wtorek, 28 lipca 2026

Beskid Chocolate Barrel Aged Chocolate Hispaniola Barrel Aged 70 % Czekolada gorzka z ziaren kakao leżakowanych w beczce po burbonie i piwie typu stout ciemna z Dominikany

Nie jestem fanką smakowych, infuzowanych degustacyjnych czekolad. Czasem dopuszczam danie takim szansę, ale nigdy nie są moim wyborem. Abym się skusiła, za czymś takim musi stać marka, której jestem pewna. A Beskidu jestem. Zwłaszcza, że dziś przedstawiana bazowała na naprawdę zacnym kakao, którego smak (który poznałam dobrze za sprawą czystym ciemnych tabliczek, m.in. Beskid Chocolate Dominikana Hispaniola BIO Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao; nowa 2024) według mnie naprawdę miał szansę stworzyć z whisky coś pysznego. Niestety jednak dopiero na krótko przed samą degustacją dotarł do mnie wyraźnie fakt, że powinnam się nastawić także na aromaty stouta. Kakao dojrzewało bowiem przez 7 miesięcy w dębowych beczkach po burbonie Woodford Reserve oraz imperialnym stoucie Browarny Craft Beer – Bestie. Ten ponoć ma nuty palonego słodu, ciemnej czekolady i subtelnej słodyczy. A ta whisky... wow, jej opis mnie zaskoczył. Ponoć zawiera ponad dwieście wyczuwalnych nut: od mocnego zboża i drewna, po słodkie aromaty przypraw, owoców i nut kwiatowych".

Beskid Chocolate Barrel Aged Chocolate Hispaniola Barrel Aged 70 % Czekolada Gorzka z ziaren kakao leżakowanych w beczce po burbonie i piwie typu stout to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Hispaniola z Republiki Dominikany, które leżakowało w beczkach po burbonie Woodford Reserve i imperialnym stoucie Browarny Craft Beer - Bestie.

Gdy tylko rozcięłam folię, uderzył bardzo silny, głęboko czekoladowy zapach, kojarzący się z podwójnie lub nawet potrójnie czekoladowym brownie, któremu towarzyszyła słodycz krówko-karmelu i czekoladowa kawa mokka z nieco mlecznym elementem, ale i goryczką. Przechodziła w kawowo-czekoladowy sernik ze słodką warstwą ze śmietany. Bardzo wyraźnie wszystko to przeplotła jakby karmelowo-pikantna, dosadnie alkoholowa i słodka w szlachetny sposób whisky. Choć z czekoladowością stworzyła wizję czekoladowych trufli z whisky, głównie wydawała się z nią ścigać. Ich zawodom z oddali przyglądała się lekka goryczka ciemnego, też jakby czekoladowego, piwa oraz motyw bardziej rześki, kwiatowy. Lekko zahaczający o owocową egzotykę? Pewna część alkoholowości wiązała się z tym soczystym motywem. Po głowie snuł mi się owocowo smakujący koniak i brandy mandarynkowa.

Niestety tabliczka trafiła do mnie źle zatemperowana. Ech, coraz częściej na takie trafiam. 
Masywna tabliczka podczas łamania trzaskała średnio głośno i kruszyła się przez miejscowe złe zatemperowanie.
W ustach czekolada rozpływała się powoli wolno, bardzo długo zachowując zbity kształt, mimo mazistości. Podniebienie pokrywała maziście-soczystymi smugami, a raz po raz czuć w niej jakby chropowatość, pylistość - właśnie złe zatemperowanie.

W smaku pierwsza ruszyła niemal urocza słodycz krówek. Po chwili zaznaczyła się na tym etapie subtelna, jeszcze nie tak jednoznaczna whisky (bardziej jako "szlachetna alkoholowość") i poprowadziła je w stronę poważniejszego, palonego karmelu.

W tle przemknęły kwiaty, przygotowujące grunt pod rześkość. Ta szybko dała się poznać jako owocowa. Z alkoholową dosadnością whisky, która w tym czasie się rozkręcała, przywodziły na myśl koniak i mandarynkową brandy. Cytrusy nieco się nasilały i z czasem mandarynki wystąpiły jako owoce, nie tylko jako nuta alkoholu. Cytrusy, do których podkrada się coś egzotycznego?

Swą obecność delikatnie zaznaczyła torfowa ziemia, puszczając jednak przodem coś innego...

Whisky rozbrzmiała bardzo wyraźnie. Mimo że realnych procentów nie było w tej tabliczce, czuć jej alkoholową mocarność, splecioną z ciężko karmelową słodyczą. Właśnie jakoby za sprawą wątku alkoholowego znacząco wzrosła słodycz, a ja pomyślałam o specyficznym "cukrowym szkiełku" (czyli warstwie, jaka czasem pojawia się w czekoladach z płynnym alkoholowym nadzieniem np. Lindt Whisky).

Gorzkość bazy nie zwlekała i ruszyła, nasilając się znacząco. Była palona, trochę kawowa niczym palone ziarna kawy... Rozsypane na czarną, wilgotną ziemię? Odnotowałam motyw ciemnego, słodko-goryczkowatego piwa, ale nie piwo jako takie. Z alkoholi wyraźnie dominowała whisky.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa soczystość i lekki kwasek zaserwowały mi jeszcze trochę owoców w tle: już nie tylko mandarynki, ale też, a nawet bardziej mango i ananasa... może nawet winogrona? Robiące aluzje do mocnej grappy? Wydawało się, że kwiaty trochę próbowały je ukryć.

Ziarna kawy i ziemia nieco złagodniały, stając się czekoladową kawą mokka. Kawą z nutką pomarańczy? I śmietanką?

Część kwasku odłączyła się od owoców, idąc w kierunku kwaskawego sernika z warstwą śmietanową na wierzchu. Sernika czekoladowego, w dodatku jakby... ze skórką pomarańczy nasączoną whisky? Jakbym tak jedząc sernik trafiła raz za razem na nią właśnie, a po chwili... zagłuszył to mocny ananasowy alkohol - brandy ananasowa?

Whisky poniekąd zdawała się walczyć z czekoladowością, spierać się o dominację. Tu czekoladzie przyszło z pomocą... piwo? Jakby mocno czekoladowe piwo, a po chwili mocno czekoladowe brownie z piwem, którym czuć goryczkę słodu i kawy. Za ich sprawą na znaczeniu mocno przybrał palony wątek. Pomyślałam też o mocno alkoholowych czekoladowych cukierkach "trufle". Przez moment z mniej jednoznacznym alkoholem.

Goryczka z czasem przechwyciła plączące się tu i ówdzie kwiaty i pokierowała je w ziołowym, dosadniejszym kierunku. Goryczka i cierpkość ziół szybko zatonęła w pikanterii whisky, która wróciła bardzo wyrazista. Whisky, właśnie pikanterią i specyficzną, alkoholową słodyczą - ale bez alkoholu! - aż jakby rozgrzewała gardło i przyprawami piekła w język.

Wykorzystała to ziemia, porządnie wieńcząc końcówkę.

Po zjedzeniu został posmak whisky i słodu prosto z piwa, zupełnie, jakbym wypiła trochę jednego i drugiego oraz mocno czekoladowego brownie, w którym czekoladowość podkręcono kawą i palonym słodem. Whisky jawiła się jako niemal karmelowo słodka i pikantna, gryząca tym samym w język. Obecna soczystość wraz z nią udawała koniak i/lub owocową brandy. Mandarynkowo-pomarańczowo-ananasowe echo z owoców w posmaku miało najwięcej do powiedzenia, acz i ono nie było bardzo intensywne.

Czekolada na pewno była interesująca i niewątpliwie smaczna, ale nie chwyciła mnie tak, jak robią to czyste ciemne tabliczki tej marki. Mocne nuty alkoholi walczyły z czekoladą, która z jednej strony wydawała się tym zmotywowana i nakręcała się w swej czekoladowości, z drugiej... ja czułam się przytłoczona whisky. W moim odczuciu to wszystko było nazbyt chaotyczne. A jednak muszę przyznać, że wielbicieli whisky, powinna w sobie rozkochać. Bardzo subiektywnie wystawiłabym jej 8, ale nie ma zamiaru odejmować punktów za to, że wolę czyste czekolady do dodatków. Chyba wśród czekolad smakujących alkoholem to prawdziwa gwiazda.

Baza Beskid Chocolate Dominikana Hispaniola BIO Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao; nowa 2024 do rozpoznania, ale w ciemno mogłoby to uciec, bo jednak uwaga skupiała się na przepychankach czekolady z whisky, a jeszcze i piwo co nieco wtrąciło.
Podobnie jak w podlinkowanej czułam tu sporo krówko-karmelu, kwiatów, sernika, ziół, trochę mandarynek i mango, cytrusy i pikanterię, ale inaczej rozłożyły się siły. Dziś prezentowana wyszła bardziej mandarynkowo-pomarańczowa, do czego doszedł ananas, mniej w niej było krówek, zniknęły soczyste daktyle i orzechy. To whisky zdawała się w dziś przedstawianej rozdawać karty, a i jej smak bardzo silnie czuć. W dodatku sprawiła, że słodycz wydawała mi się jakaś taka dosadniejsza i aż trochę przytłaczająca. Piwo nutami palonymi, słodowymi też to i owo pozmieniało, wydobyło i rozkręciło kawę, jak mi się zdaje, ale nie było aż tak imperatywne jak whisky.
Nie przekonuje mnie zabarwianie smaku kakao, a już tym bardziej dwom różnymi alkoholami. Ciekawe, czy można było by nadać kakao smak whisky delikatniejszy, gdyby tak np. dojrzewało w beczkach o wiele krócej?


ocena: 9/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 34,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

niedziela, 5 lipca 2026

SOL Dark Chocolate Dominican Republic 75 % cacao ciemna z Republiki Dominikany

Gdy została mi ostatnia tabliczka ukraińskiej marki Sol, poczułam smutek. Bardzo się bowiem z nimi polubiłam i przyzwyczaiłam, że jakaś sobie na mnie spokojnie czeka. Co ciekawe, przekładając czekolady i raz po raz trafiając na tę, pomyślałam, że ma przepiękne opakowanie. Takie proste, ale łączące rzadko spotykane, a lubiane przeze mnie połączenie granatu i beżu. Tak jak pozostałe Sol, pod względem opisu, nut była enigmatyczna. Co jest zarówno plusem, biorąc pod uwagę niespodziankowość, tajemniczość, jak i minusem, bo lubię wiedzieć dużo o kakao, z jakiego zrobiono daną tabliczkę.


SOL Dark Chocolate Dominican Republic 75% cacao
 to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Republiki Dominikany.

Po otwarciu uderzył prędko łagodniejący, nieco octowy zapach czerwonych owoców. Wydawały się skwaśniałe, bardzo kwaśne, a jednocześnie mocno osłodzone świeżymi figami i bananami. Figi tchnęły w tę kompozycję pewną lekkość, niemal kwiatowość. Do słodyczy dołożyły się też suszone owoce: figi z kolei suszone, suszone morele. Suszone owoce podkreślał trochę maślany karmel. Ogółem więc trochę się tej słodyczy nazbierało tak, że z łatwością zajęła wysokawo-średni poziom. Nie rządziła się jednak jakoś szczególnie ze względu na wyrazistą rozgrzaną czarną ziemię, która rozbrzmiewała tuż obok. I do niej zakradło się chyba trochę owoców jako wędzony susz owocowy.

Tabliczka ze względu na twardość, podczas łamania, trzaskała głośno.
W ustach czekolada rozpływała się raczej powoli, przeistaczając się w gęsty, tłusto maślany krem, który jednak z czasem dość łatwo rzedł. Gdzieś w tle zaznaczało się lekko suchawe wrażenie, mimo ogólnie narastającej delikatnej soczystości.

W smaku pierwszy przemknął niedookreślony czerwony owoc, niosący trochę kwasku i cierpkości. Nie zdążyłam się jednak na nim skupić, a moją uwagę już przyciągnęło coś innego.

Niesamowicie jednoznaczne suszone mango wskoczyło na pierwszy plan. Było ciężkawo słodkie i bardzo, bardzo wyraziste. Zbudowało egzotyczny klimat, a po chwili dołączyło do niego trochę świeżych fig i bananów. Na boku zaczęło robić się nieco kwiatowo.

W tle powoli, spokojnie zaczęła się też rozwijać wysublimowana gorzkość.

Suszone mango wniosło też motyw suszenia, suszonych owoców. Tu pojawiło się też sporo suszonych fig i trochę chyba takich bardzo suchych, niesoczystych moreli.

Czerwono owocowy przebłysk z początku nie dał o sobie zapomnieć. Wciąż to tu, to tam pobrzmiewał czerwono owocowy akcent. Z czasem nieco się nasilił, kojarząc się z cierpkimi suszonymi, niesłodzonymi wiśniami.

Ten motyw zmotywował resztę owoców, by jeszcze rozkręcić swą słodycz. Zaczęła zbliżać się do wysokiego, nieco drapiącego poziomu. Oto w tym samym momencie do suszonych owoców dołączył miód, a te egzotyczne utworzyły wizję chlebka bananowego. Chlebka bananowego z przypieczonymi na wierzchu plasterkami świeżych fig i... z suszonymi owocami w środku? Do głowy przyszło mi jeszcze ciasto z suszonych owoców "sticky pudding" z miodowo-toffi-karmelowym sosem (ale wyobrażone, bo bez daktyli, które w normalnym przepisie stanowią bazę). Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa owoce zaczęły współpracować, przemieszały się wszystkie.

Szlachetna, nienachalna gorzkość podchwyciła suchy motyw i zaserwowała mi jednoznaczną wizję czarnej, gorącej ziemi. Stonowała więc słodycz, która tuż przed poziomem ewidentnie wysokim się zatrzymała i wróciła do raczej średniego.

Gorzkość trochę pozmieniała też wydźwięk słodyczy, kierując miód w poważniejszą, palono karmelową stronę. Miodowe echo zmieniło się w cierpki pyłek, pierzgę (moje o nich wyobrażenie?).

Gorzkość chwilami wydawała się wręcz nieco dymna... Rozgrzana ziemia zadomowiła się na pierwszym planie.

Bananowy chlebek z suszonymi morelami, suszonym mango i suszonymi wiśniami wypuścił na przód te właśnie najkonkretniejsze, cierpko-kwaskawe suszone wiśnie. Im dym raz czy drugi zasugerował trochę wędzony ton, ale owoce jednak na niego nie przystały.

Świeże figi przywołały na pomoc jasnofioletowe, też świeże figi oraz kwiaty i trochę na przekór słodyczy i gorzkości wywalczyły nieco miejsca w kompozycji na rześkość, świeżość. Chwilami także mango chyliło się ku świeżemu, zapewniając namiastkę egzotycznego kwasku.
Karmel zaczął łagodnieć, pokazując się jako karmel bardziej maślany. Łagodniała też owocowość.

Końcowo dymu zebrało się więcej, a motyw owoców przeszedł wręcz w... ocet winny? Wino bezalkoholowe? Acz jakby z kwaśnością przyciszoną dymem. Wydawało się to za to wręcz pikantne.

Po zjedzeniu został posmak bananów, świeżych fig i suszonego mango, budujących egzotyczny klimat, przepleciony kwiatami i niemal octowym kwaskiem czerwonych owoców. Czułam też wyważony motyw niemal miodowej, lekko karmelowej słodyczy i gorącej ziemi, związanej z dymną pikantnawo cierpkością, wręcz... sadzą?

Czekolada była pyszna i ciekawa. Podobało mi się, jak figi i mango pokazały się z dwóch stron: suszone i świeże. Świeżym towarzyszyły banany, stanowiąc o egzotycznym klimacie, a suszone mieszały się z innymi suszonymi owocami, a więc morelami. Z czasem za sprawą suszonego mango, suszonych wiśni i chlebka bananowego wszystko to układało się w jedność. Trochę jasnych śliwek i kwiatów, które przybyły potem, ciekawie przeplatały się z miodem i karmelem. Ogrom gorącej ziemi ciekawie przekierował miód w cierpki pyłek, a octowo-winna końcówka nadała temu głębi. Całość jednak mimo wszystko aż trochę zasładzała. Nie było to jednak denerwujące, a nawet jakby... zrozumiałe. Taki wydźwięk. A gdyby tak była odrobinę mniej słodka i miała mniej tłusto maślaną, a potem rzadko znikającą konsystencję, zgarnęłaby 10 i uznałabym ją za najlepszą tabliczkę tej marki.


ocena: 9/10
cena: 250 UAH (około 24 zł; za 70g)
kaloryczność: 592,65 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym do niej wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

niedziela, 18 stycznia 2026

Beskid Chocolate Wild Willy Suszona Wołowina BBQ Czekolada Gorzka 72 % Kakao ciemna z Dominikany z suszoną wołowiną z przyprawami

Po Beskid Chocolate Wild Willy Suszona Wołowina Żurawina Czekolada Mleczna 42 % Kakao przyszła pora na dziś przedstawianą. Choć podlinkowana w pierwszej chwili wydała mi się ciekawsza ze względu na błędne wyobrażenie o żurawinie, od razu założyłam, że dziś przedstawiana bardziej mi posmakuje. Acz nie pomyślałam, że do tej dodano inaczej przyprawioną wołowinę. W jej przypadku bowiem to już nie był blend, jak podlinkowana mleczna, a kakao Hispaniola z Dominikany. Czyżby dobrali przyprawy do nut bazy? BBQ brzmi dobrze, acz nie byłam przekonana, czy dobrze do czekolady. Zwłaszcza tej, która w wykonaniu Beskidu ma raczej słodkie nuty.
Dziś przedstawianą wzięłam na trasę na Krzyżne, na które jednak niestety nie doszłam przez brak czasu. Czas na czekoladę jednak znalazłam, idąc z Gęsiej Szyi przez Wolarczyska i Czerwony Staw w Dolinie Pańszczycy. Właśnie przy stawie o niesamowitych kolorach.


Beskid Chocolate Wild Willy Suszona Wołowina BBQ Czekolada Gorzka 72 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao Hispaniola z Republiki Dominikany z suszoną wołowiną w przyprawach BBQ, wyprodukowana we współpracy z Wild Willy.

Po otwarciu poczułam zapach głównie mięsa o odymiono-wędzonym charakterze w towarzystwie wina, splatających się z nie za słodką, soczystą czekoladą. Pomyślałam o cytrusach, w tym pomarańczach i mandarynkach, ale też owocach czerwonych. Wspomniane cytrusy przybrały wydźwięk wina pomarańczowego, a czerwone mieszały się z przyprawami. Te porządnie wyłoniły się po przełamaniu i w trakcie jedzenia. Na pewno czułam oregano i pomidory, paprykę w proszku (może słodką?), ale też pikanterie chyba pieprzu. Chwilami wszystko to robiło aluzje do żółtego sera i wędzonego twarogu. Słodycz jawiła się jako jasno miodowa.

Na spodzie raczej nie widać dodatków, doszukałam się ze dwóch czy trzech prześwitów. 
Tabliczka była twarda, acz przy łamaniu trzaskała średnio głośno jak suche, grube gałęzie. Przekrój trochę rozwiał wątpliwości: w czekoladzie zatopiono trochę małych kawałków suszonego mięsa (acz nie oddawało to rzeczywiści, bo mięsa było mnóstwo, acz zakamuflowało się).
W ustach czekolada rozpływała się gęsto-maziście i powoli. Była maślano tłusta i zbita. Trochę miękła, acz kształt zachowywała niemal do końca. Szybko wyszło na jaw, że bogato urozmaicają ją malutkie, małe i parę średnich kawałków wołowiny. Abstrahując od nich, charakteryzowała ją idealna gładkość. Zrobienie kęsa bez mięsa w zasadzie było niemożliwe.
Wiele kawałków to dosłownie drobinki. Niektóre pokrywały przyprawy, chyba głównie pieprz, a ja miałam wrażenie, że zaplątało się też trochę przypraw luzem.
Gdy na próbę spróbowałam pogryźć kilka kawałków obok czekolady, były twarde jak kamienie i twardo chrupały. Utwierdziłam się, że było tam też sporo przypraw.
Zdecydowanie wolałam zostawiać dodatki na koniec. Czekolada znikała, a suszone mięso zdążyło trochę nasiąknąć, acz nigdy nie wyzbywało się swej twardości.
Kawałki wołowiny gryzione na koniec zachowały twardość, ale w kontakcie z zębami, trochę... troszeczkę w pewnym stopniu miękły. Zrobiły się trochę żujne, ale wciąż konkretne. Twarde w suszony sposób, jak prawdziwe beef jerky powinno być (a nie gumowe jak podrabiane masówki).
 
W smaku od razu przeważnie czułam paloną gorzkość i lekką soczystość. Mięso tylko w niektórych kęsach już w tym momencie, szybko dawało o sobie znać. Jak już to robiło, nie miałam problemu z powiedzeniem, że to właśnie suszona wołowina, ale mocno przyprawiona.

Soczystość zawahała się. Być bardziej ciężko owocową czy...? Wahanie okazało się chwilowe. Rozbrzmiało wytrawne czerwone wino i ocet winny. I... Jabłkowy?

Czekolada nie zdecydowała się na silną gorzkość. Roztoczyła raczej twaróg... Twarożek? Twaróg z pomarańczą? I z echem jabłek. Delikatna słodycz podszepnęła sernik, ale... Doleciała nutka odymiono-wędzona i pomyślałam o twarogu wędzonym.

Wytrawny, mięsny acz nie dosadnie jednoznaczny, wątek dołączył do kompozycji. Mięso przejawiało lekką soczystość, co zgrało się z narastającym motywem wina. Zrobiło się trochę bardziej soczyście, bardziej owocowo i do wina dołączyły wiśnie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mięso przeważnie pobrzmiewało jeszcze lekko, ale w asyście wyraźnych przypraw. Tym odwagi nie brakowało. Jak się już odezwały, zaraz i uderzyły.

Czułam na pewno sos sojowy, ale nie mocną słoność. Coś ziołowego, prawie pikantnego... Ale w sumie nic jednoznacznego. Podbiły palony wątek samej czekolady. Od razu nie skojarzyło mi się to z sosem czy marynatą barbeque czy grillem, acz takowy klimat trochę to-to miało.

Ze dwa razy na próbę pogryzłam dodatki obok czekolady. Mięso gryzione wówczas było jakby prawie pozbawione mięsnego smaku. Bardziej czuć w nim wtedy słoność i przyprawy. Raz mignął mi pieprz, raz coś ziołowego - czyli dużo zależało od danego kawałka.

Wraz z wyłaniającym się przyprawionym mięsem, bardzo rosła słodycz. Blisko jej było do jasnego miodu, acz nie powiedziałabym, że to miód w 100%. Zaplatały się tam jeszcze zioła, dodające słodyczy goryczki. Gorzkość nieśmiało zasugerowała... Herbatę? Bardziej jakiś napar. Może echo miodu karmelizowane go? Na pewno lekko drapiącego w gardle.

Zioła i przyprawy chwilami wydawały się jednością. Raz po raz wyłaniało się coś warzywnego... Soczysty pomidor? Kryjący się jednak w motywie czerwonych owoców i wina.

W niskiej, ale wyraźniej gorzkości czekolady doszukałam się jakby od środka ją łagodzących orzechów i czegoś... Strączkowego? Zrobionego z sowitą dawką przypraw z miodem. Przy większej ilości mięsa z przyprawami, czasem pojawiała się też myśl o jakimś przyprawionym egzotycznym daniu z owocami... Cytrusami i/lub mango?
Z kolei gdy kawałków trafiło się mniej, zawitała myśl o miodowych krówkach.
Jako że nie dało się zrobić kęsa bez dodatków, mogę tylko gdybać, że baza ogólnie nimi przesiąkła.

Gdy czekolada znikała, przyprawy wychodziły na przód. Często poprzez pikanterię. Nie musiałam gryźć kawałków dodatku, by je poczuć. Kawałki wołowiny smakowały bardzo różnie.

Ogólnie można rzec, że gryzione na koniec mięso okazało się o wiele wyraźniejsze niż gryzione wcześniej. Acz też nie zawsze tak przejrzyście, bo trzymały się go przyprawy. Niektóre kawałki były słabiej, inne mocniej przyprawione. Słoność i pieprzność odsłoniły smak suszonej wołowiny, nie do pomyślenia z czymkolwiek innym. Powiedziałabym, że czasem podkreślały ją właśnie pieprz i lekka słoność. Czasem było w niej coś octowo-soczystego. A czasem suszona wołowina pobrzmiewała cichutko. Co jakiś czas trafiałam na lekko palono-cukrową słodycz. Często przewijały się jeszcze zioła, w tym oregano oraz echo paprykowo-pomidorowe. Rzadko, ale jednak dość mocno rozbrzmiewał czosnek, który psuł wszystko. Był okropny.

Po zjedzeniu został posmak głównie przypraw i suszonej wołowiny. Było pikantnie. Ziołowo-pieprzne nuty pojawiały się niemal zawsze, podobnie jak lekka słoność, integralna z mięsem. Gdy jednak trafiłam na czosnek (zdarzyło mi się ze dwa razy), zagłuszał wszystko. Przyprawy ogólnie trochę zagłuszały mięsność. Czekolada nieśmiało stanęła za nimi jako winno-cytrusowa soczystość, lekko ziołowa cierpkość i słodycz. Czasem wydawała się zwyklejsza, czasem lekko miodowa. Dość często na języku czułam też pieczenie pieprzu.

Czekolada nie rozkochała mnie w sobie. W mięsie czułam niedosyt mięsnego smaku, a za dużo było mi przypraw nie w moim guście. Były zbyt imperatywne w stosunku do czekolady. A jak już trafiłam na czosnek, w ogóle byłam zniesmaczona. Czekoladowa baza nie w pełni współgrała z mięsem, acz nie mogę powiedzieć, że nie pasowała. Lekką ziołowość, twaróg i twaróg wędzony, pomarańcze, owoce czerwone i wino, ocet winny z odrobinką orzechów starał się, jak mógł. Słodycz była w porządku, przyjemnie udawała miodowa, ale choć nie przesadzona, wydawała się trochę zbyt... Zwykła? Nie charakterna? Baza jakby starła się odciąć od dodatków. A te, przez takie ich podrobione, też nie wyszły tak wyraziście, jak mogłyby.
Czy rozpoznałabym bazę kakaową, Beskid Chocolate Dominikana Hispaniola BIO Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao z 2024? W zasadzie czuć nuty tego kakao, ale to nie była dokładnie ta sama czekolada. Raz, że bardzo zmieniły ją dodatki, a dwa, że posłodzono ją białym cukrem i zwiększono zawartość kakao.

Wolałam mniej, adekwatnie przyprawiona wołowinę z Beskid Chocolate Wild Willy Suszona Wołowina Żurawina Czekolada Mleczna 42 % Kakao.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od wildwilly.pl
cena: 28 zł (za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 437 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
 
Skład: ziarno kakao, cukier, suszona wołowina 5% (szynka wołowa ligawa, pomidory suszone, ocet jabłkowy, sól himalajska, nierafinowany cukier trzcinowy, cebula, papryka, burbon, czosnek, przyprawy), emulgator: lecytyna sojowa

czwartek, 8 stycznia 2026

Chocolates Sole Chocolate Puro 56 % Cocoa Dark Chocolate Republica Dominicana Organic con Canela / with Cinnamon ciemna z Dominikany z cynamonem

Gdy tylko pogoda na wiosnę w Tatrach jako tako się ustabilizowała i zima nawet tam już odpuściła, oczywiście w nie ruszyłam. Może niezbyt rozsądnie wybrałam trudną trasę, ale... po prostu byłam wygłodniała tych wszystkich tatrzańskich smaczków. Ruszyłam zielonym szlakiem z parkingu w Uzkiej Dolinie i poszłam na Baranec przez Mladky i Maly Baranec. Znacząco pod górę, ale to bardzo przyjemny fragment. Wzięłam tam ze sobą tabliczkę hiszpańskiej marki, której jeszcze nie znałam, lecz miałam już parę różnych tabliczek kupionych. Sole to rodzinna firma, robiąca organiczne czekolady, z Barcelony. Wyglądali na bardzo w porządku, tym bardziej że degustacyjne hiszpańskie czekolady sobie cenię. Może i nieco zwyklejsze miały być dobre? Jako ciekawostkę znalazłam, że Sole słodzą swoje cukrem trzcinowym z Brazylii. Nim spróbowałam którąś z zamówionych czekolad marki Sole, jak wspomniałam, kupiłam kolejne. Robiąc bowiem większe zamówienie tabliczek z dodatkami w góry, wypatrzyłam je w przystępnej cenie i uznałam, że dam szansę trochę w ciemno, a potem jeszcze nie umiałam przejść obok innych, jakie zawitały do Auchan. Wszak nawet gdyby posiadane czyste wyszły niesatysfakcjonująco, z dodatkami to przecież co innego. A po prostu ciemnej czekolady z cynamonem to nie jadłam... Nigdy? Wszystkie mi znane były z mieszankami przypraw, gdzie cynamon może i dominował, ale nigdy nie był jedynym, tytułowym dodatkiem, albo z cynamonowymi ciastkami, czymś w cynamonie itd. Czystą po prostu z cynamonem to jadłam mleczną (Dolfin mleczna z cynamonem z Cejlonu) lub białą (Cacao Sampaka White Chocolate Ceylon Cinnamon). Ale ciemną z cynamonem? Nie! A dziwne, bo w sumie to nie jest rzadka przyprawa. 

Chocolates Solé Chocolate Puro 56 % Cocoa Dark Chocolate Republica Dominicana Organic con Canela / with Cinnamon to ciemna czekolada o zawartości 56% kakao z Republiki Dominikany z cynamonem.

Po otwarciu poczułam dominujący, mocny cynamon o ostrych skłonnościach, któremu towarzyszyła palona czekolada i który znacząco osłodziła wanilia. Zarówno czekoladowa lekka gorzkość, jak i średnia, nie za wysoka słodycz były palone. Gorzkość szła w cynamonową kawę, natomiast słodycz przypominała karmel o bardzo ciepłym wydźwięku, który zapewne podyktował cynamon.

Tabliczka była twarda jak kamień, a przy łamaniu trzaskała, jakby była zbita i bardzo pełna, trochę krucho, ale nie głośno, raczej średnio.
W ustach rozpływała się w tempie średnio-wolnym, jakby powierzchownie mięknąc. Sprawiała wrażenie twardej, konkretnej wewnątrz. Kształt zachowywała niemal do końca. Połączyła mazistą kremowość z wręcz ziarnistością, za którą stał cynamon. Była dość tłusta, trochę maślaną i faktycznie pełna, konkretna.

W smaku od razu przywitał mnie cynamon i złożona goryczka. Sam cynamon zawarł ją w sobie, jednak bazą gorzkości szybko okazała się palona czekolada. Po chwili zaznaczyła się też średnia słodycz.

Gorzkość wzrosła właśnie w palonym kontekście, serwując czarną kawę. Paloną, ale w sumie łagodną. Jak i sama gorzkość - była wyraźna, ale w sumie łagodna. Szybko przyszła mi na myśl kawa z cynamonem.

Cynamon umacniał się, idąc w ostrawo-gorzkawym kierunku, jednak nie brakowało mu też specyficznej, korzennej słodyczy. Słodycz cynamonu podkreślała wanilia - do odnotowania, jednak początkowo nie tak bardzo jednoznaczna, co później. Cynamon robił się coraz ostrzejszy, jednak ogół nie był mocno pikantny. Charakterny cynamon cały czas przypominał o kakao, podkreślał je. Nie tyle nawet samą kakaową gorzkość, co smak - i kawa zmieniła się w kawę cynamonowo-kakaową.

Słodycz rosła spokojnie, ale konsekwentnie. Długo trzymała się średniego poziomu. Miała lekko palony, karmelowy ton, który w jedno mieszał się z cynamonem. Wanilia dopiero po paru chwilach pokazała się wyraźniej jako ona sama, ale od razu podyktowała szlachetność słodyczy i utrzymała ją, wraz z cynamonem, do końca.
Cynamon był mocno wyczuwalny, poniekąd rządził kompozycją, jej nutami, ale nie zdominował jej. Pozwolił bazie porządnie rozbrzmieć.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do głowy przyszedł mi słodko cynamonowy karmel i... Melasa? Ciężkawa, ale jakoś niecodziennie nie aż tak mocno palona i... Nagle się zatraciła. Wanilia wypchnęła ją z gry.

Wanilia przywołała kawę, która traciła pewność siebie. Odzyskała ją, ale jako cynamonowa latte. Z wyraźną kawową bazą. Wizja ta nie utrzymała się jednak długo, bo mleczność zaraz jakoś zniknęła.

Słodycz poszła w kierunku maślanego kremu z orzechów laskowych z cynamonem - wyobraziłam sobie słodką masę do np. tortów najwyższej jakości. Raz czy drugi zrobiła nawet nieśmiałą aluzję do kremu orzechowego, słodzonego bananami, ale to było tak ulotne, że w przypadku wielu kęsów umykało. Słodycz końcowo graniczyła z przesadą, ale w ostatniej chwili się zatrzymywała. Cynamon trochę modyfikował ten efekt, narzucając rozgrzewanie nie od słodyczy, a ostrości.

Pikanteria całkiem znacząco wzrosła do poziomu prawie wysokiego, jednak tak splotła się z palonym kakao, że nie odbierałam tego jako ostrość. Kakao w zestawieniu z cynamonem, wyszło bardziej cierpko. Cynamon przy wsparciu słodyczy jakby miał ochotę zaznaczyć się w gardle, lecz nie robił tego.

Po zjedzeniu ostał się posmak cynamonu, łączącego w równych proporcjach słodycz, ostrość i goryczkę oraz waniliowej kawy. Czułam jej palony motyw, trochę złagodzony słodko kremową maślanością.

Byłam w szoku, jak świetnie zagrał cynamon, lekko gorzka czekolada i charakterna słodycz. Ta wydawała się tak wyraźnie waniliowa, że upierałabym się, że jest dodana. Kawowy charakter bazy idealnie pasował do tych przypraw! I nawet wysokość słodyczy w żadnym wypadku nie wyszła tu na minus. Wszystko pasowało, współgrało, podkreślało się i uzupełniało!


ocena: 10/10
kupiłam: Allegro
cena: 16,46 zł
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: raczej nie

Skład: kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, cynamon 2%

niedziela, 28 grudnia 2025

Allo Simonne Chocolat Noir Zorzal 70 / 70 % Zorzal Dominican Republic Dark Chocolate ciemna z Dominikany

Allo Simonne... Chciałam napisać, że brzmiało znajomo, ale w zasadzie złapałam się, że niekoniecznie. Bardziej kojarzyłam na oko - logo? Marka z niczym mi się jednak nie kojarzyła, więc i pewnie dlatego zwróciłam na nią uwagę, gdy zamawiałam. Lubię w końcu poznawać te, o których istnieniu nie wiedziałam. Jak przeczytałam w internecie, jest to firma z Kanady, z Montrealu dokładniej, a tę tabliczkę zrobili z delikatnie prażonych ziaren, bo chcieli wyeksponować ich delikatność. Acz biorąc pod uwagę, że rezerwat Zorzal czasem określa się jako sanktuarium flory i fauny i mając już pewnie doświadczenie, spodziewałam się bogatego bukietu. Właśnie z Zorzal bardziej kojarzy mi się bogactwo nut niż jakaś szczególną łagodność. Hm. Do zweryfikowania!

Allo Simonne Chocolat Noir Zorzal 70 / 70% Zorzal Dominican Republic Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Republiki Dominikany, z regionu Reserva Zorzal.

Po otwarciu przywitał mnie lekko palony, ale palony wyraźnie cukier, w zasadzie karmel, kontrastowo stojący obok delikatnych, białych kwiatów oraz mieszanki czerwonych słodko-cierpkawych owoców: jakby czerwonych borówek, porzeczek oraz truskawek. Wyszły świeżo, co podkreślały kwiaty oraz pod co podłączył się akcent wilgotnej ziemi. Pomyślałam też o ziemistej herbacie i naparze. Ziół ogólnie czułam sporo. Przełożyły się na poważniejszo-wytrawniejszy wydźwięk. Najpierw przemknął mi rozmaryn, acz nie byłam go zbyt pewna. Jałowca i gałki muszkatołowej już owszem.

Niezbyt ciemna, twarda tabliczka trzaskała głośno, jakby była pełna. Przy łamaniu trochę się kruszyła. Dotyk sugerował suchość i pylistość, ale i kremowości nie mogłam jej odmówić.
W ustach rozpływała się średnio wolno i właśnie kremowo. Kształt zachowywała długo, z tym że miękła, kojarząc się z maślano-śmietankowym kremem "ganache", który... podpieczono? Którym np. nadziano ciasto i który wypłynął. Było to zwięzło-tłuste, a jednocześnie złudnie suchawe i... mimo gładkości, czułam jakby skrytą pylistą suchawość. Z czasem pojawiła się też lekka soczystość z echem wody, ale podległa tej złudnie pylistej kremowości.

W smaku pierwsza przemknęła słodycz - powiedziałabym, że raczej prosta, wręcz jakby zwykłego cukru... No, może trochę palonego, ale jeszcze nie karmelu. Odnotowałam rześkość, a że słodycz rosła, do głowy przyszedł mi bardzo, niemal czysto słodki jasny miód. Taki prawdziwie kwiatowo wielokwiatowy.

Rześkość przedstawiła się jako świeże owoce. Opozycyjnie do słodyczy, zaserwowały trochę soczystej cierpkości. Przewodziły czerwone porzeczki, czerwone borówki i inne jakby leśne czerwone, acz trudniejsze do nazwania; bardziej rozmyte. Do głowy przyszło mi coś cierpko-słodkiego podobnego do wiśni, ale nie wiśnia... żurawina?

Owoce przemieszały się w jedno ze słodyczą, obfitując w mocno truskawkowy motyw.

Cierpkość w tle zmieniła więc wydźwięk z owocowej na bardziej ziołowo-przyprawowy. Czyżby przemknął mi rozmaryn? Coś świeżo goryczkowatego... Do głowy przyszła mi jeszcze gałka muszkatołowa i jałowiec.

Ogólna słodycz miała wysokie aspiracje, ale aż tak bardzo wysoka nie była. Trzymała się raczej średnio-wysokiego poziomu. Cukrowo-karmelowo-miodowo coraz bardziej podporządkowywał się truskawkom i suszonej żurawinie, choć potrafiła zasugerować, że zaraz może zaznaczyć się w gardle.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa jednak owocowa słodycz zrobiła trochę miejsca kwaśności. Wśród truskawek zaczęły pojawiać się kwaśniejsze sztuki, a żurawina i czerwone porzeczki, acz jakby pozbawione kwasku, wzrosły na znaczeniu. Z rozmywającej się, czerwono owocowej toni wyszły odważniejsze owoce dzikiej róży. Cierpkość z przypraw i ziół wróciła do owoców.

Wtedy właśnie przyprawy o goryczkowato-cierpkim charakterze zatonęły w ziołach. Te wsparła odrobina wilgotnej ziemi, a ja pomyślałam o ziołach świeższych, ale nie zupełnie świeżych, a zaparzonych na... napar? Zaplątała się przy nich kwiatowa nuta.

Polała się herbata, tuż obok ziołowego naparu. Herbata czarna, a dosłodzona miodem. Było bowiem słodko, a miodowemu akcentowi spodobały się herbaciane realia. Zaraz pomyślałam jeszcze o herbacie z nutką dzikiej róży: gorzkawej, ale nie siekierowej i z lekkim kwaskiem, choć też słodzonej kwiatowym miodem.

Posłodzona herbata wydobyła końcowo z cukru bardziej palony motyw i wszystko zakończył już wyraźnie palony karmel. Gorzkość niemal zniknęła, zrobiło się wręcz maślano, a jednak ziołowy napar i miód pokusiły się aż o pikantnawy efekt na języku.

Po zjedzeniu został posmak truskawek i dzikiej róży, może i innych czerwonych owoców, ale znacznie mniej oczywistych oraz ni herbaty czarnej, ni ziołowego naparu. A może ich mieszaniny? Czuć w nich lekką pikanterię, osiadłą na języku. Na pewno była to jednak herbata czy napar dość łagodny. Lekko gorzkawy, ostrawy, ale łagodny.

Czekolada mi smakowała, jednak żałuję, że czasami słodycz wychodziła tak prosto i tak jakby przed szereg. Trochę cukrowa, mało karmelowa, a dopiero z czasem nabierająca karmelowego wydźwięku słodycz i jasny miód na szczęście nie była jedyną słodyczą w kompozycji. Słodkie truskawki i żurawina osładzające porzeczki i dziką różę, jakieś różne niejasne czerwone owoce odebrałam już znacznie lepiej. Część słodyczy mi się podobała, ale ogólnie było jej za dużo. Do tych owoców pasowałby silniejszy kwasek, a ten jakoś się nie rozwinął. Akcent ziemi, przyprawo-zioła, a w końcu ziołowy napar i czarna herbata to wątek przewspaniały i jak dla mnie, mógłby sobie pozwolić na mocarność. Bo, choć wyraźny, starał się mieć łagodniejszy, spokojniejszy wydźwięk. I tak, twórcy co sobie założyli, to osiągnęli. A ja dzięki temu złapałam jakieś rozeznanie w celach, dążeniach marki.


ocena: 8/10
cena: £8.95 (za 56g; około 45 zł)
kaloryczność: 607 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowe, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 25 listopada 2025

Beskid Chocolate Dominikana Hispaniola BIO Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 90 % Kakao ciemna z Dominikany

Zawsze bardzo mnie kuszą nowe ciemne czekolady Beskidu. Niezależnie od tego, czy uda im się zdobyć kakao z nieodkrytego wcześniej regionu, czy np. kakao, na którym już działali, ale w nowym wydaniu. Dobrym przykładem jest Hispaniola z Dominikany, z którego już sporo Beskid miał tabliczek. Wszystkie jednak 70-85% kakao albo mleczne, więc dziś przedstawiana bardzo się wyróżniała. Pamiętałam, że Beskid Dominikana Hispaniola Bio 85 % mnie zachwyciła, a biorąc pod uwagę, że posłodzono ją cukrem kokosowym, który według mnie niezbyt pasuje do czekolad, bo jest zbyt imperatywny, dzisiaj opisywana budziła wielkie nadzieje.


Beskid Chocolate Dominikana Hispaniola BIO Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 90% Kakao to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao trinitario z Republiki Dominikany z regionów Hato Mayor i El Seibo; wersja po zmianach 2023/24.

Po otwarciu przemknął zapach mocno wypieczonych, słodkich w trochę karmelowy sposób, ciastek korzennych, mieszających się z orzechami oraz motywem nabiału złożonego z maślaności, łagodnego, tłustego sera (żółtego?) i kwaśnej śmietany. Obok stanęły owoce, jakby trochę przygaszone... nie tyle palonym, co dymnym motywem. Dym bowiem też stanowił tu ważny element. Czułam też ananasa, coś bardziej cytrusowo-słodko złożonego (do głowy przyszedł mi jackfruit, acz jadłam tylko suszonego) oraz sok z suszonych śliwek. Z nimi wiązał się mało jednoznaczny akcent ciemnych owoców: wiśni i jakiś leśnych? Goryczka, łącząc się z owocami, zaobfitowała jeszcze w grejpfruta. Z orzechów wyróżniłam prażone arachidy w ciągnącym karmelu (jak ze środka np. Snickersa), jakieś kwaskawe... piniowe (?) i gorzkawe włoskie. Ostatnie cudownie zgrywały się z dymem i serem (może jednak nie tak łagodnym?).

Tabliczka była twarda i głośno trzaskała podczas łamania. Wydawała się krucho-chrupka i zarazem skalista.
W ustach rozpływała się kremowo i powoli. Była gęsta, tłusta i ciężkawa. Bardzo długo zachowywała kształt, roztaczając po ustach lepkie fale. Fale, które z czasem robiły się coraz bardziej soczyste i rzadkie.
Po zniknięciu czekolada zostawiała lekko cierpkie wrażenie.

W smaku przywitała mnie słodycz kwiatów. Była lekka, ale wyraźna i rosła nieznacznie, zajmując miejsce raczej z tyłu. Trafiły tam na... odrobinkę karmelu?

Na przód wskoczyła gorzkość. Pomyślałam o gorzkości dymu, mieszającej się z orzechami włoskimi, które i trochę słodyczy kryją, zapewniając spójność przekazu na linii słodycz-gorzkość.

Podpłynęła pod nią maślaność, budująca grunt pod raczej wytrawniejszy wydźwięk, choć ten nie od razu rozbrzmiał. Pod maślaność podpięły się bowiem orzechy arachidowe, w wydaniu kremu 100%. Prażone i zmielone na pastę bardzo oleistą, z wyraźnie wydzielonym olejem.

Z gorzkości dymu - i okopconego drewna? -  ostrożnie wyłoniły się zioła, a po sekundzie czy dwóch przemknął kwasek. Kwasek ziół? Te zaznaczyły swą obecność, lecz nie spieszyły z rozwojem. Kwasek za to poszedł w kierunku bardziej owocowym. Pomyślałam o czerwonych podwędzanych, ale niezbyt jednoznacznych. Ich soczystość wydawała się jakby hamowana i dość wytrawna. Kolejnym skojarzeniem był sok z wędzono-suszonych kwaśnych śliwek węgierek. Z czasem jednak motyw czerwono-ciemnych owoców osłodził się za sprawą owoców leśnych. Ten owocowy miks zaczął trochę się wyciszać.

Kwiaty prawie zupełnie zniknęły na rzecz ziół. Z tym, że zioła zapewniały coraz to wyższą gorzkość, nie słodycz. Trochę słodyczy znalazło się w owocach. Gdy ciemne słabły, pojawiały się inne. Jakby żółte, ale trudne do nazwania.

Po prażeniu, jakie roztaczały orzechy, większość słodyczy zrobiła się bardziej palono-karmelowa. Acz cały czas raczej wycofana. 

Do orzechów włoskich i kremu z prażonych fistaszków mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dołączyło więcej różnych. Przemknęła myśl o słodkawych pistacjach, jakiś niedookreślonych tłustych orzechach... A potem je wszystkie umocnił motyw palonego drewna.

Ogólna gorzkość dołączyła też do owoców pod postacią grejpfruta. A ten wywołał trochę cytrusów. Pomyślałam o cytrynie, ale nie tylko. Coś było w tym cytrusowego, ale nie jakiś konkretny cytrus.

Cytrusy obudziły śmietanę, subtelną, trzymającą się na boku.. Kwaśna śmietana z ochotą łączyła się z ziołami. Ziołowa śmietana po chwilę przeszła raczej w... ser? Mleczno-maślany, a jednak trochę kwaskawy ser żółty w ziołach.

Kwaśność cytrusów nie pędziła przed siebie. Cały czas trzymała się poziomu raczej średniego. Była spokojna i pozwoliła się osłodzić... żółtym owocom... w tym chyba ananasowi. Do głowy przyszło mi coś łączącego ananasa z bananami, ale ani ananas, ani banany. Może jakiś jackfruit (z opisu w internecie pasuje; tak wyobrażam sobie jego smak)? I wciąż też owoce czerwono-leśne trochę przy tym pobrzmiewały.

Zioła wróciły z nową mocą. Pomyślałam o palonych ziołach, a owoce dodatkowo trochę przysłonił dym. Podszepnął tu i ówdzie wędzone akcenty (owocom, serowi). Gorzkość zrobiła się mocna, a ziołowość podpowiedziała karmelowi nieco wręcz korzenny ton.

Ton... ciastek korzennych, bardzo mocno przypieczonych? Aż z lekką goryczką? Na języku osiadła pewna pikanteria. Jedzonych w towarzystwie lekko podwędzonej, ciemnej herbaty. Goryczkę podchwyciły orzechy, które wyraźnie zdominowały orzechy włoskie. Może też częściowo jako krem 100%?

Po zjedzeniu został posmak trochę maślany, maślano-serowy oraz orzechów głównie włoskich, ale w zasadzie nie tylko. Na pewno czułam kwasek cytrusów z przewagą cierpkawego, goryczkowatego grejpfruta (więc też nie taką czystą, mocną kwaśność), owoce żółte i sporo goryczkowatych ziół w towarzystwie cierpkiej herbaty. Do nich chyba wróciły kwiaty z początku.

Czekolada rozkochała mnie w sobie ze względu na wyrazistą, dominującą gorzkość. Sporo dymu, orzechów włoskich i ziół, podwędzane akcenty świetnie pasowały do wytrawniejszych, choć znikomych, motywów śmietany i sera żółtego. Kwaskawo słodkie owoce żółte, trochę ciemnych i czerwonych oraz cytrusowych stanowiły nieoczywisty i nienachalny dodatek. Słodycz w ogóle wyszła przyjemnie niska - ciekawie przeszła od kwiatów, przez karmel po ciastka korzenne, a i do owoców zawitała.
To jedna z lepszych czekolad, jakie ostatnio jadłam!
Wyszła bardziej harmonijnie niż Beskid Dominikana Hispaniola Bio 80 % czy Beskid Dominikana Hispaniola Bio 85 % z cukrem kokosowym - wytrawność zgrała się z leciutką słodyczą. Mam wrażenie, że w nich jednak wyższa słodycz na zasadzie kontrastu podkręcała sie z wytrawniejszymi tonami.


ocena: 10/10
kupiłam: Beskid Chocolate (dostałam)
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 475 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

poniedziałek, 20 października 2025

Feletti Le Tavolette Monorigine Republica Dominicana 70 % Cacao Cioccolato Extra Fondente / Extra Dark Chocolate ciemna z Dominikany

Choć jadłam niedawno Cokoladovna Lana RAW BIO 73 % czy Soar 78 % Dominicana Republic Dark Chocolate, takiej zwykłej, najzwyklejszej tabliczki z Dominikany to nie jadłam już bardzo dawno. Czy dziś przedstawiana miała wpasować się w taką najzwyczajniej smaczną czekoladę z dominikańskiego kakao?

Feletti Le Tavolette Monorigine Republica Dominicana 70 % Cacao Cioccolato Extra Fondente / Extra Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Republiki Dominikany.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach słodko-kwaśnego dżemu brzoskwiniowo-morelowego, mieszającego się z jakąś twarogowo-drożdżową bułką, wieńcem. Wypiekiem, bo i pieczony motyw był dość istotny. Słodycz stała na średnio-wysokim poziomie, jednak choć cukier trochę się wychylał, wydawała się głównie owocowa. Na styku słodyczy z drobnym kwaskiem przemykał jeszcze akcent wiśniowy. W oddali zaznaczył się żywy, świeży zapach lasu mieszanego.

Tabliczka była twarda i trzaskała adekwatnie głośno podczas łamania. Jej dźwięki przywodziły na myśl grube gałęzie, bynajmniej nie suche, którym wcale nie widzi się złamać, ale jednak ulegają. 
W ustach rozpływała się wolno i maślano. Przybierała postać gęstego kremu, może trochę budyniu. Niby starała się trochę zachować kształt, ale nieszczególnie. Początkowo była gładka i zbita, z czasem jednak wyłamywała się lekka proszkowość, a pod koniec robiła się lekko ściągająco-cierpka. Wspomniana proszkowość odciągała uwagę od sytej tłustości.

W smaku przywitała mnie cierpko-słodka wiśnia. Wiśnia dojrzała, miękka i... po chwili osłodzona wielkimi, ciemnoczerwonymi, bordowymi czereśniami.

Wiśnie i czereśnie przemieszały się w jedno, a za sprawą tych drugich znacząco wzrosła słodycz. Pokazało się brownie z wiśniami, w którym cierpko-kwaśne owoce zyskały towarzystwo sporej dawki cukru. Cukrowość trochę się wyłamywała, lecz ogół nie był mocno słodki. Słodycz doskoczyła do średnio-wysokiego poziomu i się go trzymała. Gorzkość również była wyraźna, lecz nie wysoka.

W tym czasie w tle pokazały się drzewa. Zapuściły tam korzenie i przez całą degustację tło należało właśnie do nich, jednak bez trudu raz po raz wychodziły też na przód. Za sprawą soczystych owoców one również zaraz zrobiły się wyraźnie świeższe, żywsze. To z całą pewnością nie jakieś tam drzewa, a wonny las górski!

Słodycz owoców i cukru rozjaśniła wypiek. Już nie w głowie mi było brownie, a jakieś... muffiny migdałowe; babka, wieniec z mąki migdałowej. Wypiek, do którego ewentualnie trochę kakao mogło zostać dosypane, ale który mocno kakaowy czy czekoladowy nie był. Gorzkość pobrzmiewała łagodnie - może nie była mocna, ale nie dawała o sobie zapomnieć. Wypiek wydawał się trochę miodowy - bo z kolei cukier chwilami starał się, by o nim zapomniano.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o łagodniejszej babce, wieńcu twarogowy z... dżemem morelowo-brzoskwiniowym? Dżemem, który zrobiono z miodem? Owocowość nie słabła, a zmieniła wydźwięk. Kwaśność bardzo zelżała, pojawiała się już tylko jako przebłyski.

W połączeniu moreli z brzoskwiniami na pewno dominowały tu słodkie, dżemowe morele, jednak... kwaśność po chwili znów spróbowała trochę wzrosnąć. Wiśnie i czereśnie oddaliły się, prawie w ogóle wypadły z gry, a mi przemknęło coś... cytrynowego? Jeśli była to cytryna, to też trochę osłodzona... miodem?

Nie, jednak kwaśność nie wróciła, acz lekkie kwaskawe echo pobrzmiewało. Wypiek musiał to być na pewno twarogowy. Twaróg, twarożek - to było wyraźnie wyczuwalne. Nabiał lekko cierpki i trochę... kakaowy? Czyżby... poprzez cierpkość znów próbowały wkraść się ni wiśnie, ni czereśnie? Acz nawet za łagodne, by sprecyzować.

Pieczona nuta związana ze słodkimi wypiekami jeszcze bardziej podkręciła żywy las, kontrastowo bardzo świeży. On też zdradzał leciutki kwasek i... nawet pewną pikanterię lasu, a mi do głowy przyszła rześka sceneria górska, las na początku szlaku. Gorzkość niby się wycofała, ale cierpkość kakao wyraźnie czułam. Nakręcała się z... lekko ziołową? pikanterią.

Końcowo z wypieku wyłoniła się maślaność, jednoznacznie łagodząc kwasek i nieco wyciszając słodycz, choć ta już i tak zdążyła zbliżyć się do gardła (acz jeszcze w nim nie drapała). Ostała się tylko słodycz miodowego dżemu morelowego.

Po zjedzeniu został posmak morelowo-brzoskwiniowego dżemu, z akcentem ciemnych, wielkich czereśni. Swoją obecność zaznaczył też cukier, lecz słodycz była średnio-wysoka, nie denerwująca. Dużo dały motyw świeżego lasu i wypieku - wypieczonego wyraźnie, ale nie za mocno. Goryczka, cierpkość kakao odżyły i zaznaczyły się w posmaku wraz z iluzją pikanterii.

Czekolada bardzo mi smakowała. Była bardzo drzewno-leśna, świeża niczym górski las, a jednocześnie cały czas wyraźnie pieczona, za czym optowały motywy wypieków: brownie, muffin, babek i wieńczy z owocami, końcowo twarogowych. Owoce przechodziły od wiśni, przez czereśnie po morelowo-brzoskwiniowy dżem - ciekawe przejście. Cukier trochę nadto czuć, ale nie w stopniu przeszkadzającym. Słodyczą raczej to owoce się zajęły. Kwaśność przyjemnie przeplotła to wszystko, gorzkość była delikatna, ale i jej nie brakowało. Jak dla mnie mogłaby być trochę mniej słodka, ale nie było źle.

Trochę przypominała (Leclerc) Marque Repère Equador Collection inspiree Republique Dominicaine Noir 70 % Cacao o nutach wypieków z morelami. We wspomnianej czułam jednak śliwki czerwone - to by też w zasadzie jako tako pasowało do wiśni i czereśni dzisiejszej. Na szczęście słodycz dziś przedstawianej nie była tak ciężka - dużo dobrego zrobił tu żywo-rześki las.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 13,49 zł
kaloryczność: 607 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny ekstrakt waniliowy