środa, 29 września 2021

Zotter Labooko Belize Sail Shipped Cacao 72 % ciemna

Zottera Labooko Belize 72 % (recenzja z 2019) już jadłam, ale ostatnimi czasy Zotter sporo w swojej ofercie zmienił, a ja do niektórych czekolad sobie wracam. Przeważnie w związku ze zmianami, czasem choćby miały to być tylko zmiany opakowań. Nowe opakowania Zottera w większości do mnie nie przemawiają, jednak dzisiaj prezentowanej w sumie mi się podoba. Na pewno o wiele bardziej niż starej wersji. Liczyłam, że i smak poszedł w lepszym kierunku. Choć ostatnio o to trudno. Jednak przynajmniej miałam co sobie porównać z nową 82 % (którą też już w 2017 jadłam). Kakao używane do produkcji tej czekolady podróżuje do Hamburga na bezemisyjnych żaglowcach.

Zotter Labooko Belize Sail Shipped Cacao 72 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao Maya z Belize.
Czas konszowania to 21 godzin.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, poczułam ciepło-wytrawny zapach orzechów i drzew, oprószonych przyprawami korzennymi. Może nawet z odrobiną kwiatów, otulających je? Były słodkawe, delikatne i pasujące do tego, jak wspomniane już drzewa rozgrzewało słońce... Albo przypominające ciepło otwieranego piekarnika (z orzechowym wypiekiem w nim)? Nagle, i cały czas epizodycznie w trakcie degustacji, poczułam wilgotny, mocno wypieczony razowy chleb żytni. Z ziarnami zbóż (o trochę "orzechowawym wydźwięku). Razem zasugerowały melasowe, powypiekane aż na sucho (i do przesady)... ciastka? Może nawet krakersy? I na nich na pewno znalazły się ciemne owoce. Jako dżemo-żele? Masy aż spływające z nich? Ciemne, fioletowo-granatowe, a więc opierające się na czarnych porzeczkach i winogronach? Owoce w zapachu były średnio jednoznaczne, ale odpowiadały za soczystość i słodycz.

Przy łamaniu twarda tabliczka trzaskała głośno, ujawniając zwarto-gładki przekrój.
W ustach rozpływała się powoli i aksamitnie. Była kremowo-mazista, zostawiała gładkie smugi, zalepiając nimi i wykazując miękkawą budyniowość. Nie była jednak kremowa w pełnym tego słowa rozumieniu. Połączyła tłustość i soczystość w równych proporcjach, dzięki czemu nie wyszła ciężko. Kojarzyła mi się trochę z tłustawym, pełnym budyniem z rzadkawym sosem.

W smaku pierwsza pokazała się subtelna słodycz migdałów, przechodząca po chwili w wyraziste drzewa. Pomyślałam o masywnych pniach, rozgrzanych słońcem. Ciepło wniosło trochę palonego akcentu, więc i karmel zaraz się zjawił. Był to jednak jakby miodowy karmel. Ciepłe, rozgrzane słońcem drzewa przywiodły na myśl szczyptę przypraw korzennych.

Nagle jednak wemknęły się owoce. Pomyślałam o słodziuteńkiej truskaweczce, ścigającej się z migdałami. Może w tym cieple zarejestrowałam też niemal miodową figę suszoną? Podwyższyły słodycz, a następnie truskawka zajęła się rozprowadzaniem soczystości.

Na soczystej fali przybył kwasek porzeczek... czerwonych i czarnych, z czasem zupełnie zdominowanych przez czarne oraz ogółem owoców leśnych. Przybrały na słodyczy, a truskawki się wśród nich zagubiły. To owoce ciemne, fioletowo-granatowe i z lekką cierpkością. Okazały się bardzo słodkie, mimo że poganiała je bezkreśnie soczysta kwaśność cytryny. Do głowy przyszły mi miękkie i dojrzałe jeżyny oraz niemal czarne winogrona. Może część z nich została przerobiona na jakieś dżemy, syropy, żele z miodem?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wydały mi się nieco podkręcone przyprawami. Także słodkimi korzenno-ciepłymi. Nie było ostro. Przewodził cynamon, może trochę goździków przypiekło mocniej, zaplątała się jakaś goryczka... Chwilami wyłapywałam odrobinę kwiatów, które przez większość czasu raczej podchodziły pod drzewa. Drzewa czy raczej palone, opałowe drewno?

Wzrósł motyw palenia / pieczenia... może chwilami przesadnego (myślę o wypiekaniu w sensie... wypieków). Z racji owocowego kwasku pomyślałam o ciemnym chlebie na zakwasie, który nieco osłabił owocowość, a umocnił wytrawność. Wilgotny żytni... z...  oliwkami... w nim? Takimi lekko cierpkimi, kwaskawo-ostrzejszymi... Które jednak zaraz zniknęły. Chleb za to na pewno był sowicie posmarowany masłem. Słodkawy karmel zasugerował niemal czarny, palony pumpernikiel i... nagle kompozycja zaczęła łagodnieć.

Poczułam mocną maślaność, przez jakiś czas palone orzechy i lekką ciasteczkowość... dziwnie jednak mało słodką. To bardziej pieczona ciasto-mączność (mam na myśli "ciasto" jako surową masę), może nawet krakersowość? Jakby tak coś posmarować masłem... i zarzucić owocami z każdej możliwej strony.

Bliżej końca owoce znów podwyższyły słodycz. Moje myśli krążyły wokół ciemnych winogron, porzeczek i jeżyn, ale też truskawek i... to jako sos / syrop? Znalazła się wśród tego cierpkość - może skórek winogron (którą przejęły od wytrawności, wciągając też trochę przypraw korzennych). Taki trochę aż karmelowo-miodowy, słodki prawie do przesady. Znów wyłapałam suszone figi.

Po zjedzeniu został posmak karmelowo-melasowej, trochę miodowo-figowej słodyczy, której wtórowały ciepłe przyprawy korzenne i drzewa. Czułam, że przełamuje je niejednoznaczna soczystość owoców ciemnych oraz trochę czerwonych. Wszystko zdawało się otoczone kwaskiem cytryny i lekką cierpkością... jej białych włókien, skórek winogron, drzew, przypraw. 

Całość smakowała mi, choć nie wszystkie nuty i ich zestawienia były moje. Wytrawność dziwnie łączyła się z wysoką słodyczą, w dużej mierze owocową i... po prostu maślaność czy za dużo krakersowo-chlebowo-oliwkowych nut przy tych cudnych owocach mi nie leżało. Podobnie z masłem, karmelem akurat z ciemnymi owocami... Jakoś niespecjalnie niby... ale koniec końców tak to się układało, że było "w zasadzie przepysznie". Niebezpiecznie jednak. Karmel na ten przykład... był tak soczysty, że aż miodowo-figowy. A to wyszło ciekawie i harmonijnie.
Struktura za to, mimo iż wolałabym nieco inną, do smaku idealnie dobrana.

Doskonale pamiętałam mnóstwo drzew, ciemne owoce (granatowe / fioletowe; leśne) i chleb z masłem z dawnej Labooko Belize Special 72%, jednak tamta była ogólnie słodsza i łagodniejsza. To raczej tosty z masłem (dzisiejsza chleb ciemny z nim) oraz figi i miód. Mimo iż nuty miała lepsze, spójniejsze, to dziś prezentowana zachwyciła mnie dynamiką i głębią - miała zdecydowanie bardziej jednoznaczne owoce i nie była tak łagodnie maślana.
Jej soczystsze, leśnoowocowe, truskawkowe tony upodobniły ją aż do wersji 82: starej i nowej. Podlinkowane były jednak kwaśniejsze. Obecna 82 % wyszła bardziej serowo-maślano-śmietanowo niż orzechowo-drzewnie-chlebowo, ale wydaje mi się, że w dzisiaj opisywanej ta wytrawna chlebowość tak wyraźnie wyszła przez kontrast ze słodyczą.
Niemal czarne owoce o dżemowym charakterze, pieczono-maślane nuty, miód, zwiewność i ciastowość były bardzo podobne do Standout Maya Mountain Belize 70  % o w sumie także dość podobnej strukturze. 


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 576 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 28 września 2021

Basia Basia Krem z prażonych orzechów nerkowca z kokosem i solą

Bardzo lubię masło orzechowe, ale nie jem go zbyt wiele, bo nie mam kiedy / do czego. Moje idealne to jednak nie te 100 %, a z solą i odrobinką cukru, bo uważam, że "peanut butter" to wyrób specyficzny, musi mieć charakterystyczny smaczek. A kremy z orzechów czyste... spoko, ale nie jadam. Rzadko zdarzy mi się jakimś zainteresować. Niemniej, masło z orzechów nerkowca prażone Primaviki uwielbiam i nawet wracam do niego co jakiś czas (odkąd robią je z prażonych, nie smażonych orzechów, bo z nich - recenzja z 2016 - nie satysfakcjonowało mnie). Nie postrzegam go jako "masło orzechowe", a "krem z nerkowców". Dzisiaj prezentowane zakupiłam myśląc sobie, że może to być coś w podobie, ale udziwnionego. Jadłam kiedyś masło orzechowe z kokosem Nutury i było bardzo smaczne, ale jako ciekawostka, bo... "mało peanut butterowe"?. Obstawiałam, że kokosowy krem nerkowcowy wyjdzie lepiej i... cóż, liczyłam na skojarzenie z niezwykłymi, nerkowcowo-kokosowymi lodami Syrenki (smak np. smak kokosowy), które tak btw chyba w ogóle zniknęły.

Basia Basia Krem z prażonych orzechów nerkowca z kokosem i solą produkuje Alpi Hummus / Alpi Smaki.

Po odkręceniu słoika zaskoczył mnie naturalny, niezwykle intensywny zapach mleka. I to głównie zwykłego, łagodnie słodkawego. Dopiero za nim płynęło mleczko kokosowe i kokos sam w sobie. Orzechy nerkowca zarysowały jedynie delikatne tło dla tej mleczno-kokosowej bomby. Po zlaniu znacznej części oleju i w trakcie jedzenia co prawda orzechy miały już większy udział, ale dominacja tych pierwszych była niepodważalna.

Olej, który wydzielił się naturalnie na wierzchu, zlałam. Nie było go straszliwie dużo na szczęście. Resztę (taką już integralną z masą właściwą) spróbowałam przed jedzeniem przemieszać. Z tym było trochę problemów, bo na samym dnie masa była już dość konkretna, i stawiała opór, a że jestem za leniwa na takie zabawy (i chciałam sprawdzić sobie różne możliwe opcje), to tak to częściowo zostawiłam. Wierzch spokojnie można określić jako ciągnąco-ściekającą z łyżeczki masę, a po przemieszaniu tak ok. do 2/3 słoika) jako rzadkawy krem. Mimo to, masło cały czas trzymało zwartość. Łatwo zauważyć, że zmielono nie tylko orzechy, ale też wiórki; zostawiono jednak ich widoczne drobinki.
Producent przy większości smaków podkreśla, że "najlepiej jeść łyżeczką" - potwierdzam, że zacnie (innych opcji nawet nie chciało mi się sprawdzać).
W trakcie jedzenia krem dał się poznać jako znacząco, ale zrozumiale tłusty. Była to kremowo-maślana tłustość orzechów nerkowca z pobrzmiewającą oleistością w tle, czego połączenie kojarzyło się z miękkim kremem-smarowidłem mlecznym. Wyszło dość... osobliwie, ale na pewno nie źle. Poczucie tłustości zupełnie rozgoniła obecność drobinek orzechów i kokosa. Te nadały aż pewnej chrupkości. Masa rozpływała się w ustach leniwie, powoli, wykazując kremową miękkość. Zalepiała, obklejając podniebienie, zęby i usta, ale nie zlepiała w sensie mordoklejkowym, co jest plusem. Z czasem wykazywała pewną lekkość, robiła się lepką zawiesiną. Wtedy jednak zęby dopadały drobinki wiórków, plączące się między nimi. Nie memłały się jednak. Zaskoczyły mnie, że wyszły chrzęszcząco-chrupko. Orzechy, mimo mikroskopijności, też wykazywały chrupkość. 
Ciekawostka: na dnie trafiłam na połówkę i ćwiartkę nerkowca.
Krem był więc tłusty, ale nie wyszedł ciężko.

W smaku już od pierwszych sekund wyraźnie czuć kokosa w mlecznej toni. Wyszło to naturalnie słodkawo i spokojnie. Smak śmietanki kokosowej mieszał się ze zwykłym, acz słodkawym mlekiem, co najpierw mnie zaskoczyło, ale po chwili osiadło w bardziej orzechowych realiach.

Odezwały się orzechy nerkowca. Weszły poprzez śmietankowość i kontynuowały łagodność. Wydały mi się aż naturalnie maślane, leciutko słodkawe, co uwypuklił kokos.

W pewnej chwili, gdy krem rozpływał się w ustach eksponując drobinki, a pierwsze wątki się już ustabilizowały, orzechy zaprezentowały się dosłownie z każdej możliwej strony. Każda porcja z czasem robiła się coraz bardziej nerkowcowa. Lekko prażona nutka zwróciła uwagę na ich charakter, a i kokos to wykorzystał. Zaserwował nieco prażono-wiórkowy smaczek, który to znów wzajemnie napędzał się z orzechami. 

Minimalną prażoność podłapała sól, przewijająca się epizodycznie i wpisująca się w nią. Podkreślała wtedy charakterek nerkowców, dzięki czemu z czasem (przy każdej łyżeczce) pasta robiła się wyraźniej orzechowa, poważniejsza. Słodycz jednak utrzymywała się do samego końca. Zdarzyło się, że miałam wrażenie iż dosłownie echo soli osiada na ustach, ale potem zasłaniała to wyrazista nerkowcowość.

Po zjedzeniu zaś został posmak głównie orzechów nerkowca oraz duetu mleko&kokos.

Krem bardzo mnie zaskoczył. Przede wszystkim... nie spodziewałam się aż takiej mleczności. Wydawała mi się nie tylko kokosowa. Ogół okazał się delikatny i wyrazisty w tym właśnie, więc zupełnie nie w tym kontekście, co się spodziewałam. Wyszło... słodko. Sól stanowiła dodatek marginalny. To można by określić jako zdrową i pyszną wariację na temat Raffaello (idealizowanego!). Początkowo myślałam, że kokos i mleczność stłamszą nerkowce, ale nie. To druga część do nich należała. Ciekawie wyszedł ten dualizm smaków, nakręcających się wzajemnie, ale jednak nie taki wymieszany. Każda łyżeczka to podróż przez mleko i kokosa do nerkowców.
Niewątpliwie jednak - przynajmniej w moim odczuciu - to jedynie ciekawostka. Mimo iż pyszna, wątpię, bym miała do niej wrócić. Interesująca, słodkawa (a jednak solą odpowiednio przełamana) i tak specyficzna, że nie znajduję dla niej zbyt wielu zastosowań. Po prostu jeść to tak, aby to krem był głównym bohaterem (bez żadnych innych dodatków) albo w ogóle łyżeczkując. Mimo że soli była bowiem ociupineczka, jakoś przez nią nie dodałam jej do jogurtu czy serka, ale to tak raczej, bo... bardzo subiektywnie mi to nie pasuje - to już może nawet element świadomości, że tam po prostu jest. Jeszcze raz podkreślam, że dodaną ilość można uznać za "do podkreślenia" (a mimo to, obecnie wolałabym, by wcale jej nie było, bo w różnych rzeczach mi takie podkreślanie po prostu nie potrzebne).


ocena: 8/10
kupiłam: Carrefour
cena: 22,99 zł (za 210 g)
kaloryczność: 614 kcal / 100 g
czy kupię znów: jakbym znalazła z dobrą datą w dużej promocji to mogłabym

Skład: prażone orzechy nerkowca 80 %, miąższ z kokosa 20 %, sól morska

poniedziałek, 27 września 2021

Zotter Labooko Milk Chocolate Dark Style, no sugar added 70 % Cocoa / 30 % Milk ciemna mleczna bez cukru

Przy Labooko Peru Milk Chocolate 70 % wspomniałam, że takie w podobnym guście tabliczki w ofercie Zottera wciąż są dwie (a nawet trzy, jeśli liczyć linię Squaring the Circle). Jako że Labooko Milk Chocolate "dark style" 70 % (recenzja z 2016) była jedną z moich ulubionych ciekawostek, uznałam, że mogę do niej wrócić, by lepiej takowe porównać. Miałam nadzieję, że nie zmieniła się na gorsze (bo ostatnimi czasy nabawiłam się jakiejś fobii na punkcie zmian produktów - wszystko mi pogarszają!). Bo że się nieco zmieniła, to widziałam: po składzie i kaloriach. To, że wywalono z niej sól, poniekąd wróżyło dobrze, ponieważ ostatnio też ciągle wszystko jest mi za słone (nie używam soli w ogóle), ale... w sumie z Zotterem nigdy nic nie wiadomo. 

Zotter Labooko Milk Chocolate Dark Style, no sugar added 70 % Cocoa / 30 % Milk to ciemna mleczna czekolada o zawartości 70 % kakao bez cukru.

Po rozchyleniu papierka poczułam intensywny zapach mleka o naturalnym i wiejskim wydźwięku, ale też z wyraźnym, nieco dusznym motywem mleka w proszku. Wieś przywiodła na myśl masło... może z odrobinką soli? Czy ja poczułam solone, tanie maślane karmelki?! Na tyłach na pewno za to wyłapałam słodko-soczyste rodzynki... Jakby nasączone miodem? Szybko jednak ukryły się w lekkiej, gorzkiej nutce dymu w tle. Zapach nie był zbyt słodki, ale specjalnie ciemnoczekoladowo-wytrawny też nie.

Tabliczka, choć wyglądała na ciemną, nie trzaskała jak takowa. Wydawała trzasko-pyknięcia; była średnio twarda. Już tu zdradzała tłustość.
W ustach rozpływała się gładko i łatwo z racji wysokiej tłustości. Szybko miękła, po czym zwalniała, by zalepić usta gęstym, bardzo tłustym w kontekście maślano-śmietankowym kremem. Gdy już obkleiła usta, podniebienie i zęby zupełnie, poczułam leciutką proszkowość. Rozpływała się w średnim tempie. Wyszła dość ciężko i jak dla mnie za tłusto. Aż męcząco.

W smaku błyskawicznie uderzyła mnie gorzkość dymu ze znacząco cierpkim motywem. Gorzki dym nieco rozszedł się na boki, a kompozycja dała się poznać jako... wilgotna i mroczna. Pomyślałam o wystygłym naparze (ziołowa herbata? kawa?), a potem o mokrej, ale już lekko podeschniętej z wierzchu glebie i zlanych deszczem skałach. Cierpkiej goryczce udało się zahaczyć o kwaskawo-podszczypującą siarkę. Ciemna ziemia, skały... oczami wyobraźni zobaczyłam wulkaniczną scenerię, acz z kraterem uśpionym, gdzieś w wilgotniejszych tropikach; z wilgotnym ciemnym lasem.

W tle zamajaczyły owoce, przejmując od dymu cierpkość, taninę. Przez moment gdzieś mignęły cytrusy... i jasne winogrona? Nieśmiały grejpfrut na chwilę zdradził swoją obecność. Zarejestrowałam też pomarańcze, które nagle zaskakująco osłodziły kompozycję. Owoce jako smak sam w sobie jednak... były bardzo nieuchwytne.

Nagle po paru chwilach poczułam śmietankę, a następnie mleko. Kontrastowo wyszło nieziemsko słodko w naturalny, mleczny sposób. Mleczność zabłysła, po czym przybrała na tłustości. Mieszać się z nią zaczęła maślana nuta, łagodząca całość. Wyobraziłam sobie mazisty, kremowy i wysoce tłusty ser... mięciutki i idealnie gładki, rozpływający się camembert? Jego skórka była nieco charakterniejsza, podtrzymała podszczypujący efekt.

Mimo słodyczy, naturalne mleczność i maślaność zawarły w sobie sporo soli, czym najpierw nieźle mnie zaskoczyły. Trzymało się to serów, więc tak nie odstawało. Goryczkowato-siarkowe tony, które na trochę w połowie rozpływania się kęsa wycofały się, także z ochotą część tej nuty sobie podciągnęły.

Owoce to wykorzystały i dały się poznać jako wygładzone, nieco winogronowo-rodzynkowe. Powiedziałabym, że to jakiś zdrowy, soczysty karmel zrobiony właśnie z owoców. Może tylko nie pierwszej klasy bo... ususzonych byle jak, że aż zdążyły nieco podfermentować. Ziemiste tło zasugerowało suszone, ale zawilgocone i sczerniałe figi, które smakują słodko-kwaśno i potrafią aż iluzję słoności stworzyć (pisałam o czymś takim na instagramie). 

Niespodziewanie poczułam się, jakbym rozgryzała solone migdały. Dym raz jeszcze spróbował swoich sił. Wilgoć i jego gorzkość stworzyły na chwilę obraz chłodnej, surowej kopalni soli, ale zaraz zmienił zdanie. Na dłużej pokazał się właśnie jako prażone, solone migdały i orzechy. Tłustość jednak po chwili przywołała coś... pieczonego? Poprzez maślaną nutę wkroczył wypiek "niby na słodko, ale z nutką soli". Wyobraziłam sobie puszysty, a jednocześnie bardzo tłusty biszkopto-keks. Wilgotny i rozpływający się w ustach, kryjący dużo rodzynek i na pewno z orzechami (włoskimi?). I migdałami! Migdałami solonymi.
A było w tym i mleko. Swoją wysoką naturalnością stworzyło sielsko-wiejski klimat, ja zaś wyłapałam kolejną porcję-odrobinkę słonawości. Bliżej końca robiło się tłusto i spokojnie... bardzo mlecznie.

Zupełnie jakby tak, czytając książkę o dalekich podróżach, zreflektować się, że trzeba skończyć jedzenie (biszkoptu?), bo kawo-napar się już skończył, dopić mleko i zamknąć książkę. A potem rozejrzeć się po wsi, w której wiosenna mżawka tylko co przestała padać. Powrót do zwykłej codzienności, ale wciąż ze wspomnieniem aż sadystycznych nut.

W posmaku została gorzkość kakao i dymu, dziwne poczucie zawilgocenia... wilgotnej ziemi, tłustego wypieku (słodko-niesłodkiego)? Solone migdały zmieszały się w tym z iluzoryczną soczystością. Wszystko to aż mnie zdziwiło, jak długo i wyraźnie było wyczuwalne. Co ciekawe, nuty posmaku były jakby namalowane na posmaku mleka. Jak... obraz na płótnie. Nie istniałby, gdyby nie płótno. Miałam też dziwne wrażenie, jakby na ustach oprócz warstwy tłuszczu osiadła mi sól.

Zachwyciły mnie gorzkie nuty dymu, skał i te aż mało spożywcze, siarkowo-ziemiste tony. Wyrazistość mleka także mi się podobała, bo nie ingerowała aż tak bardzo w kakaowość. Smak mleka, jego naturalna słodycz, ale też skojarzenie z camembertem wyszły przyjemnie, a i pasowały do migdałów i odrobinki-odrobineczki owoców, przekładając się na wyobrażenie "wypieku niby na słodko" (producent pisał o gofrach, ale szczerze... nie wiem, co to konkretnie mógłby być za wypiek), ale już motywy bardziej słono-tłuste mi przeszkadzały.

Mleko, miodzik, karmel orzechy włoskie  różnią Labooko Peru Milk Chocolate 70 % od niej, ale już cytryny, dym, migdały i niejednoznaczne rodzynki; mleko-śmietanka wyszły bardzo podobnie. To znaczy... cytryny w podlinkowanej wyszły wyraźniej, w dzisiaj opisywanej to jedynie drobny element, i to bardziej na słodko. Zaskoczyło mnie, że to dzisiaj opisywana wyszła słonawo, mimo że to ją soli pozbawiono. Peru Milk Chocolate 70 % cechowało więcej słodyczy, acz wyraźnie czułam pikanterię przypraw; w dzisiaj opisywanej pikanteria była, ale niejednoznaczna.
Słonawość jednak czułam już w dawnej wersji: "dark style" recenzja z 2016. I to o wiele mniej! (A może to kwestia tego, że obecnie nie używam soli?) Tamta była jednak też bardziej owocowa, bardziej spożywcza i przede wszystkim mniej tłusta (o całe 4 g - znalazłam porównanie tabelek w internecie), co w moim odczuciu dawną czyni lepszą. 

Obecnie zdecydowanie wolę Georgia Ramon Shadow Milk 75 % Dark Milk Dominican Republic. Też miała serowo-tłuste zapędy, ale jednak okazała się sernikiem z owocami; orzechy, wino i apteczne nuty przełożyły się na większą harmonię. 


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 65 g)
kaloryczność: 625 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, sproszkowana wanilia

Takie porównanie - ciemne mleczne 70 % obok siebie.

niedziela, 26 września 2021

Carrefour Selection Noir Fleur de Sel ciemna 64 % z solą morską

Ostatnio zrobiłam się sceptyczna - lub raczej ostrożna - w kwestii czekolad z solą. Coraz częściej mi ona przeszkadza, ale nie, że nie lubię czekolad z solą (a może już nie lubię? - ta myśl przyszła już jakiś czas po napisaniu tej recenzji). Po prostu odniosłam wrażenie, że coraz łatwiej, by robiono je byle jak. A że coraz więcej producentów wypuszcza ten wariant, łatwiej na nieudane trafić. Sól dobrze wkomponowaną w czekoladę w odpowiedniej ilości lubię, ale odrzucają mnie np. kule-giganty soli. Nie lubię nierówno rozmieszczonej. Jem sobie jem, zastanawiam się, gdzie dodatek, a nagle... kopalnia soli w jednym miejscu. Nie wierzę w wysoką jakość tej linii Carrefoura, więc trochę się bałam dzisiaj przedstawianej czekolady. Na szczęście przypomniałam sobie o niej w dniu, w którym bardzo się zasłodziłam i uznałam, że kolejnego nawet coś bardziej słonego przejdzie. A u mnie to rzadkość, bo soli w ogóle nie używam i w sumie prawie wszystko mi wiecznie za słone. 

Carrefour Selection Noir Fleur de sel to ciemna czekolada o zawartości 64 % kakao z solą morską; marki własnej Carrefour, zatwierdzona przez Gault&Millau.

Rozrywając sreberko poczułam mocno palony zapach kawy. Był dość gorzki, ale uładzony orzechowo-węglowym tłem. Wydało mi się to lekko przykurzone, rozprowadzone na tłuszczowo-maślanych meandrach jakiś... mocno wypieczonych: ciast-babek, wafli (przekładanych kremem). Kryło się w tym pewne... podsycenie. Niby sól nie zdradzała swojej obecności, ale mam wrażenie, że niektóre czekolady z nią specyficznie pachną - i tu taką sugestię chyba wyłapałam. Co więcej, kawa wydawała mi się lekko "zatłuszczona", a jako że mleczno-śmietankowo nie pachniała... myślę tu raczej o słodkościach, kremach kawowych, może cappuccino - to konkluzje z wąchania podczas jedzenia. Wtedy też wyłapałam dosłownie namiastkę soczystości... jakby suszonych moreli? Słodycz za to trzymała się na boku, będąc przyjemnie nie za silną. Właśnie może z morelami trochę zaflirtowała?

Twarda i głośno trzaskająca tabliczka rozpływała się z lekkim oporem i dość długo. Po paru chwilach jednak robiła się przynajmniej przystępna, gdyż miękła i oblepiała sobą usta, wykazując namiastkę drożdżowości. Wprawdzie wyszła dość ulepkowato, ale jeszcze nie źle. Tłustość na granicy "do przyjęcia", podobnie jak i z ciężkością. Jedynym, co warto pochwalić to sól: wymieszana dość integralnie (parę razy językiem coś poczułam, ale rozpuszczała się spójnie z masą), nie dodana na gęsto i żadnych atrakcji w postaci zaskoczenia solnymi kryształko-kulami. Ilość - doskonale w punk! Trafia się w każdej kostce, ale nie kęsie i to dosłownie trochę, acz wyczuwalnie.

W smaku odgryzając kawałek kostki poczułam cukrowość gonioną przez gorzkość węgla. Jako pierwsza rozwinęła się słodycz; szła bezkompromisowo. Rosła w kontekście cukrowym i lekko lukrowym. Może nie wzrosła do poziomu przesady, ale jej wydźwięk był tandetny. Pomyślałam o zasłodzonych kremach z wafelków o bliżej nieokreślonym, słodko-tłustym smaku.

Gorzkość rozchodziła się jednak tuż-tuż za nią. Stopień palenia był wysoki i zakrawał o spaleniznę, czym torowała sobie drogę. Prędko jednak łagodniała. Wyobraziłam sobie zalewaną kawę rozpuszczalną z lekko węglowym podszyciem. Palona gorzkość podciągnęła sobie od słodyczy trochę tłuszczowo-maślanych motywów, po czym ściągnęła skojarzenie z waflem.
Tu jednak pomyślałam o grubych, mocno wypieczonych waflach poprzekładanych kremem (domowa robota, gdzie się na składnikach oszczędza, ale "jeszcze nie jest źle") z naciskiem na pieczoność i nutkę... soli?

Wafel mocno wypieczony i w porywach słonawy raz po raz wydobył skądś orzechy. Mignęła przy nich sól, jakby były to sztuki prażone i lekko podsolone, po czym kryła się, a one osiadały w waflowo-kremowych tonach. Tłusto-cukrowy (jakby... beżowego koloru?) krem się z tym mieszał, umożliwiał to. Kawa... może z pianką? Tylko czy kawową, czy mleczną? Wyobraziłam sobie... spienioną śmietankę? Całość w drugiej połowie rozpływania się kęsa łagodniała, że wydała mi się maślana. Krem w waflach mógł być... albo delikatnie orzechowy, albo jak z wariantów "cappuccino" (wafli raczej tanich). Za to  słodycz wydała mi się po tym nieco ambitniejsza, niż tylko cukrowa. Może lekko waniliowa?

Maślaność chwilami podkreślała... sól. Leciutko, bo była jej odrobinka, ale jednak. A gdy pojawiło się więcej... zdarzyło jej się ową maślaność przeszyć i jakby nasączyć. Bliżej końca nieśmiałe owoce skradały się drogą utorowaną solą. Odległa soczystość tchnęła w kompozycję pewną zwiewność, nadała jej lekkości. Z racji wysokiej słodyczy pomyślałam o suszonych owocach i tym, jak to suszone owoce potrafią naturalnie się scukrzyć. O, jakby smak "cukru z owoców?" Zaraz jednak uciekały, gdy pojawiała się wyraźniejsza sól. Jej małe debiuty jednak nie trwały zbyt długo, bo na końcówce znikała, pozwalając o sobie zapomnieć, a uwypuklając kakao.

Słodycz jednak trwała niestrudzenie, nadal miała się w najlepsze. Maślaność zrobiła się jak jakiś mocno przypieczony wypiek, konkretny wafel. Warianty zdecydowanie ciemne, bo uwypuklone kakao zaserwowało całkiem sporo cierpkości. Jakby jakiegoś sosu / syropu kakaowego? Orzechowego? Z leciutką goryczką i cierpkością, powoli wlewanego do kawy?

Po zjedzeniu czułam smakowitą cierpkość kakao prostego, nie szlachetnego, a właśnie palono-syropowego. Niestety też wysoka słodycz utrzymała się. Smak jednak nie był bardzo ciężki. Nawet aspirował do lekkości, choć o to trudno, bo po zjedzeniu zostało fizyczne poczucie tłustości.

Zaskoczyła mnie pozytywnie, bo spodziewałam się czegoś tłusto-cukrowego z okrutnym dodatkiem, a dostałam... przystępną, prostą czekoladę ciemną o poziomie słodyczy do przyjęcia i z dobrze zrobionym dodatkiem. 
Maślano-tłuszczowość, wypieki, kremy orzechowe (a dokładniej orzechowo-migdałowe) i ogrom cukru czułam również w Carrefour Equateur 60 %, ale tamta miała więcej owocowych nut (śliwki) i przyprawy korzenne. Mimo to, Equateur była tak ciężka, toporna (chwilami kojarzyła się z przesmażonym pączkiem!), że zdecydowanie wolę prostszą, konsekwentną w swych smakach dzisiaj prezentowaną. Sól spisała się na medal.
Palenie-prażenie, kawę i orzechy (konkretnie fistaszki) czułam w 72 %, która jednak była bardziej moja, bo bardziej gorzka i ciekawsza ("wizja kawowego Snickersa").
Gdy tak pomyślę o podobnych jej... Hm, Luximo Premium Czekolada ciemna 70 % z solą może i jest lepsza ogółem, ale przez formę dodatku po zmianach, wolę trzymać się od niej z daleka, więc mimo ocen wolę Carrefoura. Wyszła gorzej, bardziej tanio od J.D. Gross 56 % z solą morską,. Lepsza na pewno od tłusto-cukrowej Moser Roth Sea Salt 52 % i... w sumie trochę podobna do Auchan Dark Sea Salt 47 %, z tym tylko, że... ta ostatnia była słodsza i aż śmietankowo-łagodniejsza, co wynika z zawartości kakao. Na pewno jest to propozycja lepsza od Lindt Excellence Sea Salt 47 %, ale każda jest 7ką w swojej kategorii (bo zawartości kakao bardzo się różnią).


ocena: 7/10
kupiłam: Carrefour
cena: 5,99 zł (za 100 g)
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa, sól morska 0,3%, naturalny aromat waniliowy

sobota, 25 września 2021

Zotter Chocolate Banana mleczna 40 % z Ugandy z bananowym kremem z mlekiem, miodem i cytryną oraz warstwami czekolady białej malinowej

Przeskok z nadziewanej miętowej Choceur do czystej miętowej Auchan podsunął mi myśl, że z bananowymi posiadanymi zrobię podobnie. Z racji tego, że było to po zjedzeniu Raaka 66% Bananas Foster Unroasted, kolejność odwrotna, ale co tam. Zottera Chocolate Banana (recenzja z 2018r.) jadłam już, ale nieco go zmieniono. 
Nie zmieniła się jednak akcja, w którą czekolada jest wpisana. 50 centów z każdej sprzedanej czekolady trafia na projekt pomocy doraźnej Caritas „Czekolada dla szkoły” (więcej o projekcie) w Ugandzie.
Dzięki temu do około 600 dzieci ze szkół podstawowych trafiają szkolne obiady- często to ich jedyny posiłek w ciągu dnia. W dłuższej perspektywie w pewien sposób zabezpiecza to także pracę i płacę nauczycieli.
I tak chciałam po raz kolejny do tej tabliczki wrócić; trzymałam tylko kciuki, by zmiany wnętrza nie były na gorsze. Bo że opakowanie zmieniono na brzydsze to pewne (śmieszna sprawa: długo mi zajęło określenie, co z nim jest nie tak - widziałam, że coś mi nie pasuje, ale nie wiedziałam, co. Zagadka: co się zmieniło?).


Zotter ChocolateBanana Chocolate for School to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao z Ugandy nadziewana kremem z bananów, mleka, miodu i odrobiną cytryny oraz z cienkimi warstwami czekolady białej malinowej.

Rozchylając papierek poczułam mleko, masło i orzechy układające się w lekko karmelowo słodką czekoladę z zaznaczonym kakao i... gdy nachylałam się nad spodem, wyraźnie pudrowo-malinową nutą. Stał przy tym leciuteńki kwasek. Z kolei gdy wąchałam wierzch, dołączył do tego smakowity, słodki banan. Dopiero po przełamaniu doszło do eksplozji banana. Dosłownie jakbym wąchała bardzo dojrzały, aż miękki owoc! Połączył aż ciężkawą słodycz z soczystością. Niestety jednak pudrowość i przerysowanie innymi owocami (maliny, cytryny) nie ukryło się.

Przy łamaniu tabliczka wydała mi się konkretna i miękkawa jednocześnie... Może bardziej masywna niż konkretna? Na pewno nie twarda, ale i nie miękka. Czekolady trzaskały, a gęste i dość plastyczne nadzienie sugerowało że może mięknąć.
W ustach czekolada mleczna rozpływała się gęsto kremowo i dość tłusto. Robiła to z łatwością, ale nie spieszyło jej się. Biała malinowa nieco ją rozrzedzała, ale w sumie wyszła dość podobnie, tylko że bardziej soczyście. Już ona jednak zasugerowała leciutką pudrowość. Nadzienie okazało się integralnie... gęste.
Ono jednak specjalnie tłuste nie było, tylko trochę maślano-śmietankowe, a w dużej mierze niczym zmiksowane banany. Właściwie to lekko podmiksowane (rozgniecione?), bo to bardziej... papka z mięciutkich bananów? W kremie odnotowałam też marginalną śliskawość owoców (bananów mniej miękkich?) i pylistość. Mieszały się z czekoladami na budyniowo-smoothiową gęstwinę.
Rozpływało się nieco szybciej niż mleczna czekolada, która zostawała na koniec.

Mleczna czekolada przywitała mnie wyrazistym smakiem mleka i lekką słodyczą karmelu, który wplótł orzechowo-maślany motyw. Wykazała się zaskakująco wysoką gorzkawością (acz nie gorzkością).
Z czasem rosnąć zaczęła maślaność i śmietankowość, napędzana białą owocową czekoladą. 
Ta podniosła słodycz, dodała słodką pudrowość (aż cukierkową), ale też soczysty kwasek malin. Maliny przebiły się przez czekoladę i chwilowo wyszły zaskakująco wyraziście jako owoce słodkie i dojrzałe. 

Po paru chwilach słodka pudrowość pochłonęła kwasek i odbiła w kierunku bananowym. Nagle wyraźnie poczułam świeżego i dojrzałego banana. W wyjściu na pierwszy plan pomogła mu delikatna gorzkawo-mleczna czekolada.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poczułam się, jakbym po prostu... banana jadła. Mocno słodki, dojrzały, a więc niemal zasładzający, ale... jednak z pewną soczystością. Ta wydała mi się nieco podkreślona cytryną (acz też jakąś kwaśno-słodką). Nie zaburzyła jednak poczucia, że czekolada jest bananem dosłownie nadziana. Wyobraziłam sobie niemal czarnego, miękkiego i... wraz z rozpływaniem się mieszającego się z mlekiem, jak jakieś papu-smoothie, przecier. 
Silna słodycz mrugnęła do miodu i wanilii, nawet lekkiej mdlącej pudrowości, które z jednej strony bananowość podkreśliły, ale i sprawiły, że zrobiło się niebezpiecznie słodko. Po zjedzeniu 1/3 tabliczki mnogość słodyczy aż zaznaczyła jakoś w tym momencie (już przy każdym kolejnym kęsie) swoją obecność w gardle, lekko... drapiąc (co podkreślił cynamon?).

Z czasem, bliżej końca, malinowa czekolada znów przypomniała o soczystości i kwaśności (zawiązała sztamę z cytryną). Smak malin czułam przy każdym kęsie. Parę razy chwilowo zrównała się z bananem, gdy akurat trafiłam na jej grubszą warstwę. Osłabiała banana, nie mieszała się z nim i mimo że go nie zagłuszała, to... jakoś przeszkadzała. Czułam lekką pudrowość, słodziaśność, ale i kwasek (bardziej cytrynowy niż malinowy chyba).

Pod koniec wszystko zrobiło się nieco bardziej mleczne, jak... banan zmiksowany z mlekiem i... z posmakiem czekolady (też szczyptą cynamonu?). Ta na koniec znów domknęła kompozycję (bo i rozpływała się najwolniej), kontrastowo wychodząc przyjemnie gorzkawo-orzechowo.

W posmaku zostały banany, mleko i odrobinka czekolady. Było bardzo słodko, ale w świeżo owocowym, soczystym stylu, a jedynie z echem pudrowych malin.

Całość wyszła bardzo słodko, ale i bardziej mlecznie czekoladowo niż dawna wersja. Wciąż była cudownie bananowa, ale w nowej chyba i mleczność, i maliny odegrały większą rolę. Maliny dziwnie uwypukliły pudrowość i kwaskawość, co gryzło mi się z obłędną bananowością i przyjemnie gorzkawą czekoladą mleczną. To wciąż pyszna tabliczka, ale ze zgrzytem i przerysowana. Miałam wrażenie, jakby Zotter próbował podkręcić słodycz bananów "inną" (pomyślałabym, że przesadzam, ale pojawiła się i słodka serwatka, i pełny cukier...), a i czekolady większą rolę odegrały. Trochę ruszone proporcje i już coś nie gra. 
O ile Labooko Raspberry - recenzja z 2016r. (mimo obecnej niechęci do białych) uważam za udaną ciekawostkę, tak tu pogorszyła sprawę. Już w dawnej wersji mi przeszkadzała, a w obecnej było jeszcze gorzej. 


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 518 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mleko, suszone banany, odtłuszczone mleko w proszku, syrop skrobiowy, suszone maliny, miód, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, koncentrat soku cytrynowego, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), słodka serwatka w proszku, sproszkowana wanilia, pełny cukier trzcinowy, sól, cynamon

piątek, 24 września 2021

Georgia Ramon Guatemala 75 % Sierra de las Minas Q'Eqchi Mayas Farmers Trinitario ciemna z Gwatemali

Mam takie marki, o których ciepło sobie myślę jako o moich satelitach (to pewnie przez zainteresowanie kosmosem), bo ciągle jakoś wokół mnie krążą. Może nawet nie "jakoś", bo staram się, by przynajmniej ich jedną tabliczkę w szufladach mieć. Taką właśnie jest Georgia Ramon. Ostatnimi czasy do różnych czekolad robiłam powroty, bo je pozmieniali i chciałam zobaczyć, jak dokładniej. GR z Gwatemali miała już Georgia Ramon Guatemala 72 % Trinitario (recenzja z roku 2019), ale zmienili ją, podwyższając zawartość kakao. Uznałam to za wielki plus i prędko zakupiłam nowość. Zazwyczaj bez trudu umiem powiedzieć, które opakowanie bardziej mi się podoba. W tym przypadku miałam problem, bo i majańska piramida była piękna, i papuga zachwycała.

Georgia Ramon Guatemala 75 % Comite de Cacao de la Sierra de las Minas Q'Eqchi Mayas Farmers Trinitario to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao trinitario z Gwatemali, z regionu pasma górskiego Sierra de las Minas od farmerów z plemiona (?) Q'eqchi.

Gdy tylko otworzyłam papier, oczami wyobraźni zobaczyłam kwiaty i drzewa oplecione pnączami i bluszczem. Były stare, masywne, zapomniane i z pewną kurzowością, pergaminem, pudrem w tle. Krył się w tym orzech włoski. Zapach jednak nie był nudny; wydawał się wręcz nasączony (staro-drzewnie zawilgocony?)... jakby tak wszystko to zmoczył owocowy deszcz pod egidą czerwonych porzeczek. Wraz z nimi plątały się kwaśno-słodkie leśne, może niezbyt dojrzałe jeżyny... Nawet trochę odbijające ku winu? Ewentualnie odrobince syropu owocowego? Słodycz była, ale na niskim poziomie. Odebrałam ją jako pudrową, acz nie owocową. Bardziej jako należącą do teoretycznie maślanych kruchych ciastek (bez maślaności?).

Przy łamaniu tabliczka głośno trzaskała, była twarda, ale w żaden wyjątkowy sposób.
W ustach rozpływała się powoli, zachowując zbitą formę, acz zupełnie bez oporu. Była trochę tłustawa, ale po paru chwilach sok lał się z niej i lał. Zupełnie jakby... maso-grudka z zimnego masła orzechowego nie była w stanie pomieścić / utrzymać hektolitrów soku. Chwilami zaplątała się w niej chropowata sugestia, acz całościowo była raczej gładka jak kremowe masło orzechowe.

W smaku jako pierwszy pokazał się słodki, łagodny karmel maślany. Palony minimalnie i nie powalająco słodki... wydawał się pokrywać jakiś również nieco maślany herbatnik. Wyobraziłam sobie ciastko z herbatnikiem i gęsto-lepkim, nieco ciągnącym karmelem (maślano-śmietankowym?). Ciastko musiało być suche i "pustawe" w środku (wyobraziłam sobie coś a'la Jeżyki; pasowałby chyba wariant Cherry - istnieje! Ja jednak nie jadłam żadnych, więc to tylko wyobrażenia).

W tle pojawiła się owocowa, kwaskawa nuta czerwonych porzeczek. Zaraz wzbogaciły się o odrobinkę słodyczy, a ja pomyślałam o czerwonoporzeczkowym soku... Soku owocowym ogólnie i mieszaninie soczyście kwaskawych owoców czerwonych... Słodycz znów nieco wzrosła, także ta ogólna. Częściowo weszła w pudrową tonację, ale głównie to delikatnemu karmelowi pozostała wierna. 

Owoce... porzeczki i leśne zaczęły nasączać swą soczystością wspomniane ciastka. Może była w nich jeszcze jedna warstwa? Krem owocowy koloru pudrowo-różowego? Niewątpliwie jednak kwaskawo-soczysty. W pewnym momencie nawet... wiśniowy krem (ale nie jednoznaczny)? Myśli zaczęły obracać się wokół syropu (malinowego?), może jakiś... jasnych czereśni?

W połowie kompozycji słodycz nieco się rozeszła, a pudrowość zmieniła się w bardziej neutralną kurzowość. Zrobiło się poważniej. Nagle uderzyły orzechy (jakby i one znalazły się we wspomnianych już ciastkach z karmelem?). Sporo włoskich - głównie - zostało podrasowanych drzewnym motywem. Gorzkawość nabrała charakteru stając się gorzkością. Pomyślałam o masywnych, wiekowych drzewach.

Z czasem odnotowałam nawet nieco... drzewną pikanterię? Popielną goryczkę? I cierpkość dymu, choć palonej nuty nie było prawie wcale. Pojawił się za to gorzkawy kardamon, puszczający oko do pieprzu. Przytoczone gorzkości zajęły miejsce łagodnych nut. Popiół i przyprawy zostawiły sobie jednak orzechy, a, pojawiły się w ich pobliżu kwiaty. Mało wonne, bardziej roślinne, wilgotne i... zawilgacające. Umożliwiły owocom kolejne natarcie. 

Kwaśność przekuła kompozycję. Uderzyła cytryna, otwierając drogę taninie wina, a potem czerwonym porzeczkom oraz całej mieszaninie innych czerwonych (jasnym czereśniom?) i leśnych. Chwilami przez gorzkość i przyprawy myślałam o dżemach / syropach, ale porzeczki i cytryny tak się wzajemnie nakręciły, że... soczystość bliżej końca prześcignęła przyprawy. Cytryna jednak przygarnęła do siebie maślano-ciastkowe nuty. Pomyślałam o cytrynowych ciastkach... Może kruchych maślanych z soczystym kremem-masą cytrynową? To dlatego, że mimo kwaśności, wciąż było słodko - i to bez kontrastu.

Po zjedzeniu został posmak właśnie kwaskawy, cytrynowo-porzeczkowy, z charakterem dymu. Lekka gorzkość kojarzyła się z orzechami, starymi drzewami i... ciastkami wyciągniętymi z zakurzonej szafki. 

Całość bardzo przypadła mi do gustu; nie wiem jednak czy tak dużo bardziej niż dawna 72 % (szkoda mi kwiatowych nut i słodyczy miodu tamtej). W dzisiaj opisywanej przede wszystkim znalazła się gorzkość, której tak mi w tamtej brakowało. "Dzisiejsza" miała ciekawy wydźwięk starych drzew, goryczki i cierpkość nut... pozostałych po paleniu, ale bez palenia. Goryczka przypraw, a maślaność jedynie jako "maślane coś", nie "maślaność ogólna". Ciastka były ciekawym skojarzeniem, ale już pudrowa słodycz mi nie grała; karmel przeważał (i też nie był to specjalnie "mój karmel"). Na szczęście tylko chwilami się wychylała. Spokój, jakim emanowała ta czekolada chwilami wyszedł nudno, owoce... chwilami nie były zbyt moje, ale wtedy wkraczały orzechy, soczystość oraz gorzkość i nakręcały resztę.

Karmel, drzewa i przyprawy czułam również w 72 %, ale podlinkowana była niewątpliwie słodsza już w tych nutach (karmelowo-miodowa; przyprawy to głównie cynamon), bardzo kwiatowa i owocowa w sensie słodko-owocowym (maliny, czereśnie, morele, także syropy). Czułam w niej migdały i aż śmietankę migdałową; w 75 % to raczej ciastka i orzechy - i to w gorzkość wkomponowane! Pozytywnie odebrałam też strukturę.

Zestawienie karmelu i czerwonych owoców przypomniało mi GR Ghana 75 %, która to jednak miała diametralnie inny wydźwięk: mimo kawy, uroczo słodziutko marmoladkowo-karmelowy.


ocena: 9/10
cena: 28 zł (za 50 g; cena półkowa)
kaloryczność: 546 kcal / 100 g
czy kupię znów: może i mogłabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 23 września 2021

Huzar Miód gryczany

Jedząc codziennie na śniadanie miód gryczany z Carrefoura (prod. Sądecki Bartnik) Mama ciągle czuła niedosyt w kwestii miodu gryczanego... i coraz bardziej chciało jej się mojej dobrej masy makowej z dobrym, gryczanym miodem (mowa o "mojej yulowej")... I w końcu kupiła kolejny miód pode mnie i pod moją masę, ha! Huzara obie w miarę lubimy, bo kiedyś już i ten miód u nas był. Jako że zorientowałam się, iż go nie recenzowałam, postanowiłam to nadrobić, bo warto.

Huzar Miód gryczany to miód gryczany pszczeli nektarowy, a właściwie mieszanka miodów pochodzących i niepochodzących z Unii Europejskiej.

Już po odkręceniu słoika wyraźnie czuć wyrazistą słodycz, w której niczym w ruchomych piaskach, zdawała się zatapiać gorzkawość, drapiąco-goryczkowata nuta gryki. Uwypukliła głębię i przenikliwość ciemnego miodu.

Konsystencja wydała mi się zachwycająco gęsta, tworząca cudne, kręte stożki, gdy lałam go z łyżeczki, a na łyżeczce tworzył wypukłość. Z ust też tak szybko nie znikał, pozostawiając w nich gładki efekt.

W smaku jako pierwsza uderzyła mnie mocna słodycz. Smagnęła niczym błyskawica, zasłodziła, po czym pozwoliła na rozejście się głębokiego smaku gryki. Niczym burzowe grzmienie leciutko goryczkowata nuta uwypukliła głębię ciemnego miodu. 

Po paru sekundach wyłapałam jakby karmelowo-paloną, szlachetną nutę, wciąż związaną z gryką, by następnie osiadła i przemieszała się z zasładzającą słodyczą. Ta była bardzo, bardzo wysoka. Przy większej ilości chwilami aż osłabiająca zasadniczy smak miodu gryczanego.

Słodycz i gryczaność aż leciutko drapały: w gardle, w nosie niczym... alkoholowe ciepło. Było to jednak pożądane i ambitne.
Po zjedzeniu został posmak miodu szlachetnego, jakby nieco palonego, ciemnego. Nie było to słodziusie, a charakternie poważne. Gdyby tak jeszcze było w tym miodzie odrobinkę więcej wręcz pikanterii gryczanych... Jednak muszę przyznać, iż choć jadałam lepsze, obecnie w tej cenie na lepszy nie trafiłam (Tesco przed zmianami był lepszy). Ach, aż mi Bartnika Mazurskiego się przypomniał! Ten to był dopiero pyszny...


ocena: 9/10 (nuty smakowe, jakość w odniesieniu do ceny)
kupiłam: Biedronka (Mama kupiła)
cena: 29,99 zł (za 1 kg; chyba promocja)
kaloryczność: 327 kcal / 100 g
czy znów kupię: możliwe (tylko w promocji; w sensie jako razem z Mamą)

środa, 22 września 2021

Auchan Dark Mint ciemna 47 % z miętą

Trafiając na zupełnie nie w moim guście dodatki / nadzienia, zaczęłam wybiegać myślami, co by było, gdybym pozwoliła sobie jeść tylko czyste ciemne czekolady, bo takie sprawiają mi najwięcej radości. Myśli zintensyfikowały się po dwóch paskudnych "sposobach na syrop glukozowy": na chrupiąco w J.D. Gross 56 % Pistacja i na miękko w Choceur Pfefferminz. Byłam tego typu psuciem czekolady zdegustowana. Popatrzyłam więc na te z dodatkami, jakie jeszcze miałam i jako że wciąż chodziła za mną miętowa czekolada (tylko że czysta), uznałam, że niedługo po Choceur będzie to odpowiedni czas dla dzisiaj przedstawianej. Chociaż... przerażała mnie tak niska zawartość kakao przy czystej (toleruję taką z dodatkami)... Tesco finest Swiss Dark Chocolate with Peppermint miała wprawdzie niewiele więcej, bo 55 %, ale zawsze coś. Obstawiałam, że tej auchanowej bliżej będzie do ulepkowatego Lindta Excellence Mint / Menthe.

Auchan Dark Mint to ciemna czekolada o zawartości 47 % kakao o smaku miętowym.

Gdy tylko otworzyłam sreberko, poczułam wyrazisty zapach cukierkowej mięty oddający moje wyobrażenie o miętowych, cukrowych laskach (lizaki rodem z zimowych / gwiazdkowych filmów i reklam) oraz mięty nieco wygładzonej. Ta z kolei przytoczyła gorącą czekoladę z miętą i piankami (miętowymi?). Sama w sobie wydała mi się aż maślana, delikatna i tylko trochę kakaowo cierpkawa, acz z wyczuwalnym kakao bez dwóch zdań. Ostatni akcent wplótł też miętę nieco bardziej ziołową. Nie było zbyt wytrawnie, trochę tylko gorzkawo; a bardzo słodko. Na szczęście nie było to ordynarne, napastliwe, a i chłodziło leciutko. Mimo słodyczy, nie przytłaczało cukrem.

W kwestii wyglądu - w przypadku czekolad z Auchana już się z czymś takim spotkałam: z jednej strony tabliczka była dwa razy grubsza niż z drugiej, ech (grubsza prezentuje się znacznie lepiej, gdy chodzi o smak i jej zachowanie).
W dotyku tabliczka wydała mi się twarda i kamienna, ale z zapowiedzią ulepkowatości.
Trzaskała bardzo głośno, ponieważ w istocie była się bardzo twarda. Przekrój sugerował wręcz ziarnistość, już nie ulepkowość.
W ustach z kolei rozpływała się łatwo, acz powoli. Długo zachowywała kształt i formę, ale prędko miękła i gięła się, a z czasem coraz bardziej zlepiała usta w sposób gęsto-kremowy. Wykazywała odpowiednią, a więc nie za wysoką tłustość (jakby czekolad śmietankowych?) i aksamitność. Zdarzyło jej się wydać jakby aż gładko-śliskawą, ale i to w końcu zaskoczyło na taki... śmietankowo-maślany tor.

W smaku zaszarżowała słodycz cukru, przybierającego postać cukrowej pianki... miętowej? Tak, tak, mięta dosłownie rzuciła się na nią i na mnie. Rozbłysła, leciutko zaszczypała w język swym chłodem, po czym umożliwiła jeszcze dosadniejsze rozejście się słodyczy. Przede wszystkim cukrowa, wyszła też trochę ziołowo, chwilami aż pieprznie. Chłodziła miętą... cukrowo-ziołową, naturalną, przy czym jednak chwilami aromat wyłamywał się - było czuć, że to z niego pochodzi mięta. Słodycz podszyła leciutka gorzkawość, przywodząca na myśl paloną, delikatną kawę lub...

Po paru chwilach poczułam się, jakbym wypiła gorącą czekoladę. Oczywiście miętową, ale jednak czekoladę. Była gęsta, zrobiona na pełnym mleku, może ze śmietanką, ale smakująca dość wytrawnie. Była to gorąca czekolada ciemna, w dużej mierze maślana. Kryło się w niej palone ciepło i leciuteńka cierpkość. Raz po raz przewinęła się w tym lekka orzechowość. W połowie rozpływania się kęsa maślaność zaczęła rosnąć i umacniać łagodną czekoladowość. Pomyślałam też o nadziewanych czekoladkach miętowych.

Mięta wyczuwalna cały czas trochę chłodziła i odświeżała. Zgrała się ze słodyczą, która prędko wzrosła do poziomu przesady. Reprezentowały cukrowość, ale też miętowe twory: pianki, kremy, nadzienia. Drapanie w gardle nie wydawało się jednak wywołane jedynie cukrem (a także "aromatowością"?). Mięta cukiernicza niemal zrównała się z czekoladowością, trochę ją onieśmieliła, ale nie zagłuszyła. Splotły się palono-gorzkawą nutą, co pomogło mięcie cukierniczo-cukrowej i przytoczyło wyobrażenie o piciu miętowej gorącej czekolady w zimowy dzień.

Pod koniec w cierpkawości wyraźniej znalazło swoje miejsce kakao, ale to też przywołało lekką ostrość mięty, a chłodzący aspekt sprawił, że to aż leciutko podszczypywało język. Konsekwentnie pieprzna mięta i gorąc gorącej czekolady podłapały konwencję, toteż efekt był ciekawy. Może nawet jakby tak podkręcić gorącą czekoladę likierem miętowym? Słodycz też już zdążyła wzrosnąć do poziomu aż... przypiekającego. Swoim natężeniem drapała w gardle i lekko w język. Aromat miętowy również miał w tym mały udział.

Po zjedzeniu został posmak mocno miętowy wraz z miętowym odświeżeniem, lekko szczypiącym ochłodzeniem oraz nieco ziołowo-palony, gorzkawy powiązany z kakao. Odnotowałam cierpkość, która otarła się o sugestię kwasku. Było w tym echo mięty cukierkowo-aromatowej, ale przesłodzenie i odświeżenie poszczególne ewentualne gorsze posmaki zasłaniały. Czułam tłustość, ale raczej jako warstwa na ustach (która w sumie nawet mnie - ! - nie przeszkadzała) niż smak, bo ten był lekki dzięki mięcie.

Całość wyszła szokująco przyjemnie jak na tak niską zawartość kakao i słodycz / wydźwięk. Ani tłustość, ani przesadzona cukrowość nie dawały się strasznie we znaki dzięki mięcie i jej w punkt chłodzącemu elementowi. A ta... nie zabiła czekolady, była wyrazista, ale w realiach spożywczych. Może niespecjalnie w moich klimatach, ale nie mam większych zarzutów, gdy o jakość chodzi. Nie było zbyt ciężko, choć... nie mogę też powiedzieć, by było błogo rześko, ale jej wyważenie to w przypadku czekolady plus. Oczywiście wolałabym, smakowała bardziej gorzko, bardziej... ciemnoczekoladowo, ale ogólnie spodziewałam się gorszego ulepka, a tak... mimo że nie zachwycająca, to całkiem przystępna i do zjedzenia. Wśród jej podobnych wypada bardzo, bardzo dobrze. Przesłodzona, ale jeszcze znośnie.
Na pewno lepsza od ulepkowatego, niemożliwie cukrowego Lindta Excellence Mint / Menthe Intense. Wyszła nie tak tłusto, a chłodząco i cukrowo, ale jak gorąca czekolada. Jednocześnie wciąż daleko jej do pysznej i poważniejszej Tesco finest Swiss Dark Chocolate with Peppermint. Mimo lichej zawartości kakao, udało jej się zwrócić uwagę na lepsze aspekty niż np. ciężka, nieodświeżająca Moser Roth Dark Mint.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 5,49 zł
kaloryczność: 515 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie (chyba że, gdyby mnie na miętową naszło, z desperacji w promocji?)

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa, aromaty

wtorek, 21 września 2021

Auro Chocolate Saloy Philippine Origin 70 % Reserve 2018 ciemna z Filipin

Zawsze przy wyborze, od jakiej czekolady poznawać daną markę, mam mały kłopot. Boję się, że trafię albo na najlepszą (wolałabym ją zjeść przy którymś podejściu do marki), albo na najgorszą (nie chciałabym się zrazić). Pierwsza zjedzona Auro (Filipino 42 % Milk Chocolate Banana Chips) mnie nie chwyciła, ale nie zaważyło to na decyzji o kupieniu ciemnych. Uznałam, że skoro z mlecznymi mi nie po drodze, a i dodatki obecnie do mnie rzadko kiedy w pełni przemawiają, więc ciemne to co innego. Poza tym, marka filipińska robiąca kakao z regionów tego kraju (podają nawet dokładne współrzędne geograficzne)? Byłam ciekawa, bo to raczej rzadkość. Nie podobało mi się jednak, że mówi się o nich (oni sami mówią?), że są złotem Filipin (Au to chemiczny symbol złota). Poza tym, na Akademii Czekolady sowicie ją nagradzają (a do czekolad takich mam mieszane uczucia, bo odbieram je albo jako pyszne, albo jako łagodne i nudne, więc nigdy nic nie wiadomo). Nie lubię "przechwalenia słownego", ale... może po spróbowaniu do chwalących i ja miałam dołączyć? Wszak ludzie już je jedli, po prostu ja nie. Na początek wybrałam taką dość niepozorną, bo o niższej zawartości kakao... ale jakiego kakao! Prosto z górskich lasów tropikalnych.

Auro Chocolate Saloy Single Estate Philippine Origin 70 % Dark Chocolate Reserve 2018 to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao (zbiór z roku 2018) z Filipin, z plantacji Saloy, z okolic miasta Davao.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, uderzył mnie zapach słodko-wiśniowego wina czerwonego, goniony przez palone drewno i orzechy. Wino roztoczyło soczystość, którą błyskawicznie podchwyciły wiśnie i zmieniły się w łagodnie słodkawy, kwaskawy jogurt wiśniowy. Taki sowicie posłodzony aż nieco drapiącym w nosie miodem. W tle znalazła się sugestia cytrusów, jednak nie była zbyt istotna. Wyraźniej zagrało drewno z kominka, może jakieś drewniane, opalane meble (?) i sporo palono-grillowanych orzechów. Jako że było też szlachetnie słodko, do głowy przyszły mi pekany w mnóstwie palono-przypalonego syropu klonowego. Słodycz i jednak pewna łagodność wydźwięku drobny kwasek i przypaloną nutę zamknęły w... naleśnikach (?). A chwilami (w trakcie degustacji) czułam się, jakbym prawie wsadzała nos do słoika z miodem, który "stał w pobliżu naleśników" (nie mogąc się zdecydować, czy do naleśników z wiśniami bardziej pasuje on czy syrop klonowy).

W dotyku dość kamienna czekolada podtrzymała to wrażenie przy łamaniu. Trzaskała bardzo głośno, chwaląc się swoją masywnością.
W ustach rozpływała się jednak łatwo, choć kamienną masywność chwilę i tu kontynuowała. Później jednak jej masywność zmieniała się. Kawałek w ustach zdawał się coraz bardziej miękkawy i aksamitny. Zachowywał wprawdzie formę i kształt, ale... opływał niczym gęste lody śmietankowe z mnóstwem owocowego sosu. Z czasem ten lał się w najlepsze. Dzięki niemu ani przez moment, mimo konkretności, nie wydała się zbyt tłusta.

W smaku od początku słodycz zadbała o delikatne tło. Zaczął jasny, uroczy wręcz miodzik (zwłaszcza przy odgryzaniu kęsa "miodzik aż bucha" po ustach). Po chwili onieśmielił go jednak syrop klonowy o lekkiej nucie spalenizny, a więc integralny z pewną goryczką. Drzewny, karmelowy... zaczął taki właśnie klimat budować, by z czasem nieco złagodnieć.

Być może to dlatego, że w ciągu kolejnych sekund słodycz została nagle przecięta na wskroś kwaśnością. Wiśnie podrasowane sokiem z cytryny wywołały w ustach soczyste tsunami. Trafiły na słodycz, która nieco je ugłaskała, ale i tak miały świetną okazję do pochwalenia się swoim charakterem. 
Wiśnie soczystsze, słodkawe, świeże mieszały się chyba z jeżynami... ale zaraz raczej wymieszały się z jogurtem... pojawił się smak "wiśni jogurtowych" (?). Przy cytrynie plątało się coś egzotycznego, jakby nieco aż gryzącego... Ananas? I poczułam kwasek nabiału, wciąż z sugestią cytryny w tle, acz... to było coś łagodnego i słodkawego zdecydowanie. Zupełnie jakby tak... dodać to, a więc jogurt i wiśnie (jogurt wiśniowy?), słodzidło na jakieś... delikatne, pulchne naleśniki? Wiśnie zajechały trochę szlachetnym, słodkim winem czerwonym. Wydźwięk z dynamicznego i słodziutkiego łagodniał w spokojnym stylu.

Poprzez paloność weszła gorzkawość. Była subtelna, a jednocześnie głęboka. Skojarzyła mi się z drewnem w kominku, ogniskiem... drewnem płonącym, ale i opalanym. Wypalanymi... rzeczami (miskami?), ale też grillowanymi i palonymi orzechami. Niektóre chyba się nieco poprzypalały, ale wciąż były smakowite. Orzechy z ogniska? Niezbyt jednoznaczne, ale pewnie pekany się tam znalazły.

Z czasem sok owoców wciąż lał się w najlepsze, ale by nie zrobiło się za lekko, pilnowały skórki orzechów... trochę przypalone brzegi naleśników (wyglądające jak kora?), mocno podrasowane palonością i ziołową nutą (ta także z owocami znalazła porozumienie). To nadało im suszono-palonego (pieczonego?) charakteru.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa swoją obecność dosadnie zaznaczyło wino. Przejęło pałeczkę od wiśni i wlało się powoli w poszczególne nuty. Nasączyło drewniano-orzechowe tony, podrzucając do skojarzeń jeszcze beczki z winem. Wtedy czerwone, soczyste wino wyszło niemal na przód. Nie zapomniało jednak ani o kwasku, ani o słodyczy.

I wino, i jogurt zyskały słodycz z tła. Miarowo zmieniała się, w pewnym momencie znów wydając się aż uroczą, miodzikową. Niczym jasny miód, którym posłodzono jogurt. Kompozycja ogólnie bardzo złagodniała na pewien czas. Miodem też potraktowano orzechy... miodem i syropem klonowym? Jednak po tym słodziutkim epizodzie słodycz znów zaczęła przybierać na palonym charakterze. Syrop klonowy otulił orzechy i nieco je aż przygłuszyły, a mimo to wzrosła gorzkość.

Cała wypalaność i drewno wykorzystały to, wybijając się znów przed naleśnikowe złagodzenie, ale i one nie wróciły już do wcześniejszych siebie, jakby nieco w pewien sposób odpuściły... Poczułam cierpkość jakby winem podkreśloną... a że nuta miodu wniosła pewne drapanie, razem podgrzały atmosferę i zmieniły się... w nieco ostrawe zioła (też trochę kwiatowe?). Goryczkowate, suszone... Albo palone? I to nie zioła-zioła, a jakby wymknęły się z wina.

Pod koniec zioła wmieszały się w wino, a gorzkawość zrobiła mały ukłon w stronę kawy. Była to jakaś dziwna, trochę drewniana, delikatna kawa, ale jednak. Palone ziarna... razem z orzechami również słodycz przywoływały.

W posmaku pozostały właśnie słodkie, karmelowo-drzewne nuty, a więc znów raczej syrop klonowy, acz wyjątkowo delikatny jakiś, a także drewno palone i kawa. Echo kwasku też było: cytryny oraz ni jogurtu, ni wiśni... Czułam się, jakbym po takiej małej przekąsce siedziała nad ogniskiem i raczyła się ziołowo-ostrzejszym winem... blisko drewnianej chatki.

Tabliczka wyszła niecodziennie dynamicznie falowo. Słodziuteńka i kwaśna, z czasem zrobiła się poważnie, szlachetnie słodka i gorzkawa, spokojna, stateczna, by potem znów jeszcze troszeczkę na aż uroczo-słodką łagodność sobie pozwolić i pozostawić mocniejszy posmak. Krążyła od miodu do syropu klonowego, od wiśni podkreślanych kwaśnymi cytrynami i odrobinką innych owoców (egzotycznego ananasa?) do wina (z ziołowymi akcentami). Konsekwentna była jedynie w kwestii palenia i drzew, co świetnie wyważyły naleśniki i jogurt - połączyły wszystkie nuty tak, że do siebie pasowały.
Wolałabym silniejszą gorzkość, ale w sumie... nawet i z tymi mniej moimi nutami mnie zachwyciła.

Całość bardzo mi smakowała, bo nuta drewna i owoców nieco skojarzyła mi się z ukochanymi Domori IL100% Blend i IL Blend 70 %. I... tak pod względem nut (drewna w kominku, alkoholu) bliżej jej do 100 % co prawda, ale słodyczą to chyba i 70 % przebiła. 
Orzeźwienie i wytrawne nuty, zioła, przyprawy zafundowała mi Georgia Ramon Philippinen / Philippines 75 % Sweetened with Coconut Blossom Sugar, ale jednak była bardziej pikantna i bogata w zupełnie inne owoce (egzotyczne, ale choćby ananas zaplątał się wspólny). Podobny był też wypiek - w GR nieokreślony, w Auro naleśniki (wiem, że je się smaży, ale gdy mówię o nutach w czekoladach, często to abstrakty).


ocena: 10/10
cena: 25 zł (za 60g; cena półkowa)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy kupię znów: może kiedyś?

Skład: miazga kakaowa, cukier muscovado, tłuszcz kakaowy