Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: ziele angielskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: ziele angielskie. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lipca 2020

Zotter Wine mleczna 40 % z kremem z białym winem Muscaris na bazie białej i mlecznej czekolady z grappą, pimento, cynamonem i rodzynkami

Początkowo niezbyt mnie ta czekolada ciekawiła. Miała inną nazwę, ale jesienią 2019 widniała jako nowość, mimo że chyba tylko ona się zmieniła. Jakoś przestałam się uganiać za alkoholowymi czekoladami, bo mi wiecznie za bardzo zabijają w smaku czekoladę. W dodatku słodsze kompozycje Zottera przeważnie zaczęły być mi za słodkie. Tę jednak i tak kupiłam, bo (co tu dużo mówić?) Zotter potrafi zaskoczyć i często smakują mi jego czekolady, których w ogóle nie posądziłabym, że są w moim typie. Dopiero po pewnym czasie zorientowałam się, że przecież wszystkie ciemne z różnymi czerwonymi winami były boskie. Dlaczego mleczna nie miałaby taka być? I kolejne pytanie: dlaczego wcześniej, spróbowanie czegoś tak innego od ciemnych z winami, nie wydało mi się atrakcyjne?! No tak... do tej dodano białe wino, a tego nie lubię. Niestety w składzie zauważyłam też grappę, której również nie lubię.
Wino wszakże dodano nie byle jakie, a z własnej winiarni Zottera ze styryjskiego Vulkanland, który nazwę odziedziczył po starożytnych wulkanach, gdzie obecnie rosną organiczne jasne winogrona. Pola te wchodzą w część Edible Zoo Zottera (region Sennkogel i Eselgraben). Winogrona są "przeciskane" w słynnej akademii Silberberg... Co mi w sumie niewiele mówi, bo nie znam się na wytwarzaniu wina. No, ale dotarło do mnie tyle, że samodzielny Zotter także wino potrafi zrobić.
Dopiero w dzień przed degustacją tej, a dzień po degustacji Pacari Allspice uzłmysłowiłam sobie, że... no, lepszej okazji do porównania tej jakże mylącej przyprawy być nie mogło.
Aczkolwiek, już przy pierwszym kęsie zdałam sobie sprawę z innej rzeczy... otóż czekoladę już jadłam - to Muscat Wine with Grapes, zmienili tylko opakowanie, nazwę i kolejność przypraw w składzie. Najpierw mnie to nieźle zirytowało. I tam było wino Muscat Ottonel, w tym po prostu Muscaris (mieszanka szczepu Solaris i Muskat Biały), ale wyrobu Zottera. Nie sądzę jednak by miało to (zwłaszcza dla mnie) jakieś szczególne znaczenie. Biorąc to wszystko pod uwagę, postanowiłam nie dodawać aktualizacji, a napisać nowy post.


Zotter Wine to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao nadziewana (58%) kremem z białym winem Muscaris na bazie białej i mlecznej czekolady z grappą, przyprawą "allspice" (ziele angielskie / pimento) i cynamonem oraz z nasączonymi w winie rodzynkami (2%).

Po rozchyleniu papierka poczułam wyraziście mleczny, niemal śmietankowy, słodki zapach czekolady, która oprócz całej swej wręczkarmelowej słodyczy i łagodności, zawierała nutkę przypraw korzennych. W niemal białoczekoladowo waniliowo-śmietankowej toni doszukałam się soczystszej nuty jasnych winogron. Oprócz tego wyraźnie czułam alkohol.
Po przełamaniu nasiliła się słodka korzenność (powiedziałabym, że cynamon i goździki) oraz słodko-soczysty alkohol.

Tabliczka przy łamaniu, mimo twardej i grubej warstwy czekolady wydającej lekkie trzaski, była miękkawa ze względu na bardzo plastyczne nadzienie. Nieco się rwało / ciągnęło. Cechowała je rzadkawość i delikatna lepkość. Zatopiono w nim całkiem sporo rodzynek: całych (choć drobnych) i jędrnych, które przy łamaniu wyciągały się i zostawały w jednej części, drobinek, jak również parę mikroskopijnych skórek.

Czekolada w ustach rozpływała się przyjemnie, w tempie umiarkowanym, mięknąc i zalepiając. Była gęsto-kremowa i gładka, odpowiednio tłusta, dzięki czemu pasowała do znacznie szybciej rozpuszczającego się nadzienia.
Je cechowała już tłustość o wiele bardziej śmietankowa, rzadka i silniejsza. Wyciskało się spod czekolady, maziało i otłuszczało usta. Oprócz dodatku owoców było w zasadzie idealnie gładkie. W zasadzie, bo trafiło mi się parę drobinek pieprzu pimento (nie wiem jednak, czy to efekt przez Zottera zamierzony).
Rodzynki to kilka całych sztuk i połówek w odpowiednim rozmiarze, wszystkie przyjemnie jędrne i soczyste wewnątrz, na wierzchu zaś lekko suchsze. Za tym pewnie stało to, iż zostały nasączone alkoholem. W zasadzie nawet te farfoclo-skórki, których tam się parę znalazło, okazały się soczyste. Drobne, pojedyncze skórki po prostu były i biorąc pod uwagę mazistą konsystencję, na dobre wyszły.

W smaku sama czekolada przywitała mnie silną słodyczą o wydźwięku delikatnego karmelu i mnóstwem naturalnego mleka. Wraz z nutką kakao, kojarzyło mi się to przyjemnie orzechowo-siankowo. Podkarmelizowanie.

Mleczność i karmelowość wzrosły wraz z odsłaniającym się nadzieniem. Przebiło się za sprawą dość mocnego alkoholu, który zaszczypał leciutko w język i rozgrzał gardło. Otworzył drogę cynamonowi. Ten wydał mi się w pewnym momencie wręcz ostro-goryczkowaty. Kompozycja zrobiła się bardzo korzenna; przysięgłabym, że czuję goździki i gałkę muszkatołową. Goryczka przewijała się, coś zasugerowało mi pieprz. Raz i drugi (gdy trafiłam na drobinki), pojawiła się ostrość.

Słodycz nie wystraszyła się, zacnie się temu wszystkiemu podporządkowała, choć dość prędko rosła do poziomu lekkiej przesady. Odebrałam ją jako trochę białoczekoladową. Sporo w niej śmietankowo-maślanych akcentów podkreślonych wanilią, które nakręcały się ze słodko korzennym bukietem i alkoholem. Od razu pomyślałam o czekoladkach Kinder w wersji dla dorosłych. Tu odnalazło swe miejsce wino. Ewidentnie mniej więcej w połowie poczułam białe, niemulące wino. Zaraz jednak doszła do niego też nuta zielonych winogron i ewidentnie winogronowy alkohol. W pewnym momencie wszystko to odebrałam jak przesłodzony, acz mocny likier winogronowy.

Rodzynki poniekąd słodycz przełamały swą soczystością, ale uwypukliły też słodycz i... w pewnym sensie smak wina i grappy. Wydały mi się dość winogronowe jak na rodzynki. Niektóre z nich ewidentnie były podalkoholowione.

Bliżej końca alkohol wydał mi się trochę tłumić poszczególne nuty, ale białej i mlecznej czekolady nie zagłuszył. Zrobiło się bardzo słodko za ich sprawą, a jednocześnie trochę zbyt alkoholowo (nieprzejrzyście).

I właśnie silna, rozgrzewająca, korzennie-karmelowa słodycz pozostała w posmaku wraz z otłuszczeniem / zalepieniem ust i poczuciem alkoholowości, takiej wręcz cukrowej.

We wstępie napisałam, że zirytowałam się, że już jadłam tę czekoladę. Tak, gdy tylko zrobiłam pierwszy kęs, do głowy przyszły mi te alkoholowe kinderki i już wiedziałam, że znam ją. Wprawdzie nie miałam zamiaru do niej wracać, ale trudno. Nowa wydała mi się jednak bardziej ogólnie korzenna niż cynamonowa - a po Pacari Allspice wiem, że to właśnie te "pimento" (ziele angielskie).
Ocenę pozostawiam tę samą, ale niezbyt mnie ta czekolada cieszyła. Owszem, smaczna, ale od razu zaklasyfikowałam ją jako "smaczna, żeby zjeść raz" - a nie wracać. Za miękkie, maziste to dla mnie... za słodko-alkoholowe. Wolałabym gęstsze, bardziej zwarte nadzienie, to pewne. Czekolada nie jest też dokładnie taka sama, bo wino się zmieniło, ale to taka kompozycja, że nie wiem, czy ktokolwiek w jego kwestii wyczuje różnice.


ocena: 9/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, białe wino Muscaris (zawiera siarczany), syrop ryżowy, masło, grappa, odtłuszczone mleko w proszku, rodzynki, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sproszkowana wanilia, sól, cynamon, ziele angielskie / pieprz / papryka pimento (allspice)

środa, 24 czerwca 2020

Pacari Allspice ciemna 60 % z Ekwadoru z zielem angielskim / pimento

Przy Dolfinie Noir Orange & Spices Edition Limitee w mojej głowie powstał pomysł na... recenzencką markizę! Tak, było to w upalnym czerwcu i dziwne rzeczy przychodziły mi do głowy. Chodzi jednak o mini-serię, jaką utworzyłam: Pacari Orange - Dolfin Orange & Spices - i... idealna na zakończenie dzisiaj przedstawiana. Pacari nie ma bowiem odpowiednika dla tej limitki Dolfina, czyli czekolady i z pomarańczą, i z przyprawami, ale ma dwie różne. I tak właśnie tematycznie mi to wszystko pasowało. Dzień przed degustacją dotarło do mnie, że Pacari to bardzo konkretna marka i dobrze sprawdziłam, co znaczy "allspice". Coś mi się kojarzyło, że nie tylko ogólnie przyprawy korzenne, ale konkretnie "ziele angielskie". I... dobrze czułam, że "coś nie tak". Ale wyszło coś zupełnie niespodziewanego. Pacari chodzi o ziele angielskie, czyli właściwie... pieprz! Tak jakby, właściwie o pimento... czyli ziarenka papryczek, co nazywa się pieprzem w sumie... ale nie jest nim do końca. Anglicy, którzy najechali regiony Ameryki Środkowej, mając z tym do czynienia myśleli, że to lokalna mieszanka przypraw (cynamonu, gałki muszkatołowej i goździków), więc nazywali to "allspice". A to takie inne dziwo.
I tu zaczęłam się trochę bać, że gdy chodzi o "berries"... a co, jeśli w tabliczce znajdę kulki, a nie (jak sugeruje skład) ekstrakt?
I tak oto, przeciągając w czasie i po drodze zjadając Dolfina z pieprzem różowym nawet nie wiedziałam, że skomponowała mi się jeszcze lepsze seria, hah! Niestety jednak ciągle trafiało się coś atrakcyjniejszego i minęło kilka miesięcy nim wreszcie wzięłam się za dziś prezentowaną. Co w sumie też nie było takie złe, bo padło na późną jesień - w której to smaki też się wpisała.
Może jeszcze tylko parę słów o tym, jak czekolada do mnie trafiła. Otóż złożyłam zamówienie na (wtedy) nowe, orzeźwiające smaki, ale wróciło do Pacari do UK, bo ponoć "adresat nie żyje". Ja jednak, jeszcze niepochowana!, napisałam do Pacari, by sprawę wyjaśnić. Postanowili wysłać ponownie i aby mi to wynagrodzić, chcieli dołożyć bonusowe miniaturki wszystkich smaków. Wtedy jednak wyszła Allspice i zagadnęłam, czy nie mogliby dołączyć jej zamiast miniaturek. Zgodzili się, a ja miałam ochotę tańczyć z radości (na szczęście nie na własnej stypie).

Pacari Allspice / Pimenta dulce to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Ekwadoru z przyprawą pimento, czyli "allspice"; pieprzem / zielem angielskim.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach... przypraw korzennych! I wyraziście pieprznego piernika. Czekolada raz jeszcze mnie zaskoczyła, ponieważ były to rozgrzewająco-ostre, ale słodkie tony, przywodzące na myśl goździki, a także wyraźnie (a złudnie) cynamon i pieprz, zakrawające o goryczkę. Goryczkę... piernika właśnie, bardzo odważnie przyprawionego. Goździkowy wątek z niego łączył korzenność ze słodyczą karmelu. Ta okazała się dość wysoka, a przez to wszystko, kojarząca się z mocno wypieczonymi ciastkami korzennymi. Goździkowo-pieprzne przyprawy nie były jednak ciężkie. Cechowała je niemal roślinnie-kwiatowa rześkość, stanowiąca most do reszty nut wycofanej czekolady. To z kolei lekka ziemistość, przy której nieodzownie trwał ciężko-zawilgocony motyw róż. Kojarzyły się trochę perfumowo. Także je otaczał nienachalny karmel. Doszukałam się jeszcze odrobinę soczyście-cytrusowego akcentu.

Ciemna tabliczka była bardzo twarda. Trzaskała, jakby była nie dość, że pełna i gęsta, to jeszcze... wilgotnie esencjonalna. Ziarnisty przekrój potwierdził, iż nie ma w niej wtopionego dodatku.
W ustach rozpływała się bardzo powoli, ale gładko i z łatwością. Istotnie była zbita i gęsta, ale nie tłusta. Nieco zalepiała, znikając jak trochę rzadkawe lody. Nie była jednak wodnista, a przyjemnie mazista.

W smaku czekolada od pierwszej chwili upuściła ogrom słodyczy o palonym, wykwintnym wydźwięku. To palony, wręcz odymiony, karmel, karmelowo-korzenne tony, ale także kwiaty i ciężkie, perfumowe róże - zawilgocone, może we mgle... bądź dymie. Wydźwięk był bardzo ciepły. W kolejnych sekundach poczułam rozgrzewanie przypraw korzennych, wciąż osnutych karmelową słodyczą.

Nad tym jednak, jak rozchodził się smak całości i poszczególne nuty, jakby otworzył się parasol pieprzu i... jakby wisiał w powietrzu. Trochę jak deszcz przed burzą - gdy już jest pewne, że zaraz się zacznie, ale jeszcze jest cisza. Tak więc wyraźnie czuć sugestię pieprzu: najzwyczajniejszego, czarnego, ale który puścił przodem resztę.

Przysięgłabym, że czułam słodko-goryczkowate goździki i gałkę muszkatołową. Owszem, ciężko-ostry pieprz jakby je napędzał, ale sam w sobie nie wydawał się być na pierwszym miejscu. Przyprawy odebrałam jako... dziwnie świeże, a przy tym ciężkie. Różana, zawilgocona baza świetnie je otuliła. Pieprz sprawiał wrażenie niemal kwiatowo-rześkiego.

Od tych cięższych nut odeszła lekka goryczka, płynąca ewidentnie z kakao. Słodycz podszepnęła paloną kawę, kawę tylko co zaparzoną i... kawa polała się, ale wraz z ziemistością. Wykorzystała to nutka cytrusów, choć zaraz (za sprawą przypraw) zrobiło się na powrót bardziej po prostu czekoladowo. W połowie czułam odważnie przyprawiony, pieprzny piernik czekoladowy i subtelną czarną kawę. W gardle z kolei rozgrzanie, acz nie palenie. Bukiet przypraw zdawał się uwypuklać karmelową słodycz. Zrobiło się troszeczkę maślano za sprawą tłuszczu kakaowego i łagodnie. Doszukałam się orzechów.

Bliżej końca słodycz palenia, a więc karmelu, kawy i piernika, wydała mi się goryczkowato-odymiona i przyprawiona na maksa. Wyraźniej czułam już samą pieprzność, ale wciąż wydawało mi się, że korzenność tej tabliczki była o wiele bardziej złożona.

Po wszystkim czułam leciutkie pieczenie w język i posmak... pieprzu, ale wciąż nie na pierwszym planie, a tak "bokami", w gardle, jakby w nosie... oraz posmak realnie słodko-gorzkawy, jak po mocno, ale szlachetnie słodkim pierniku i karmelowo-korzennych ciastkach. Była w tym pewna delikatność, ale... pieprz "i reszta" zdawały się naprawdę nieźle rozgrzewać. Tu jednak pewna rześkość wydobyła z korzennie-słodkich odmętów kwasek cytryny, co mieszało się z rześkością pieprzu.

Całość odebrałam jako niezwykle... sugestywną. Otóż niewątpliwie była intensywna, ale wszelkie jej mocne nuty nie tyle uderzały, co pobrzmiewały. W zasadzie silniejsze i w większej ilości były te delikatne, słodkie, jednak tak się uzupełniały, że to aż niewiarygodne. Gdzie nie wszedł mocno przyprawiony piernik, tam wpasował się karmel i kwiaty. Wysoka słodycz karmelu i ta korzenna, a z czasem coraz bardziej maślano-karmelowa, w końcu zaczęła mi trochę nie pasować, bo wolałabym bardziej ziemiście-gorzką kompozycję, ale ogół i tak mi się podobał.
Może nie brzmi, ale wyszło bardzo przystępnie. Acz charakternie. To naprawdę świetne doświadczenie.
Nie dziwię się Anglikom, że myśleli, że to mieszanka rozmaitych przypraw. Co więcej, zakochałam się w rozwiązaniu Pacari - że nie dodali żadnych kawałków / kulek, a ekstrakt.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od pacarichocolates.uk
cena: -
kaloryczność: 559 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa, wyciąg z pieprzu pimento / ziela angielskiego (0,15%)

niedziela, 12 lutego 2017

Zotter Muscaris Grapes mleczna 50 % nadziewana kremem z karmelowej i mlecznej czekolady z białym winem Muscaris, cynamonem i zielem angielskim

Po pysznej czekoladzie Zotter Muscat Wine with Grapes wiedziałam już, że krem z białym winem w wykonaniu Zottera jest mistrzostwem. Wcześniej aż nie ciągnęło mnie do czekolad z nim, bo po prostu o wiele bardziej wolę czerwone, a białej od razu kojarzyło mi się z raczej słodkimi kompozycjami. Po tej wspomnianej jednak wszystko się zmieniło i po kolejną sięgnęłam z ogromną chęcią, mimo że wątpię, że wyczuję jakąś wielką różnicę w samym winie (reszta składników i kolejność tych samych w czekoladach różnią się i to nie trochę).
Tym bardziej, że tutaj dodano półsłodkie wino z winogron szczepu Muscaris, które ma rzekomo nuty gałki muszkatołowej. Żeby to podkreślić, Zotter doprawił czekoladę zielem angielskim, inaczej pimentą nazywaną pieprzem jamajskim (a piszę to, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości dot. tłumaczenia składu).


Zotter Muscaris Grapes to mleczna czekolada 50 % nadziewana kremem z karmelowej i mlecznej czekolady z białym winem Muscaris, rodzynkami (?) oraz cynamonem i zielem angielskim.
Przy rodzynkach dałam ten znam zapytania, bo w mojej czekoladzie nie było ani jednej rodzynki.

Po rozchyleniu papierka poczułam zdecydowany zapach mocno kakaowej mlecznej czekolady i coś jakby likier waniliowo-rodzynkowy. Taka znacząco alkoholowa słodycz w przyjemnym towarzystwie przypraw korzennych. Od razu skojarzyło mi się z klimatami grzańcowo-ponczowymi.
Po przełamaniu czekolady zapach zrobił się wyraźniej winny i przyprawiony, a także nieco karmelowy.

Gruba warstwa czekolady zdrowo trzaskała, a nadzienie okazało się miękkie, tłuste i wręcz maziste. Nie było w nim rodzynek, przez co moja uwaga cały czas skupiała się na konsystencji.

Kremowej czekolady było na szczęście sporo, ale ta maślana, a więc bardzo tłusta (może wręcz śliska) mazistość po prostu mnie męczyła. Skutecznie odebrało mi to przyjemność z jedzenia. Ani jednej rodzynki, która by to przełamała...

Smak jednak robił, co mógł, by uratować sytuację. Czekolada jak zwykle była pyszna, bo nie za słodka i mocno kakaowo-mleczna. Minimalnie nasiąkła alkoholem, co przyjemnie wyszło z odrobinką wanilii.

Nadzienie dochodziło do głosu bardzo szybko za sprawą cynamonu i lekkiej ostrości na stałe scalonej z alkoholową nutką. Dało to jakby "pieprzny" efekt, ale w sumie nie wiem, co było zasługą wina, a co przypraw - tak świetnie zostały wyważone.
I właśnie: wyraźnie czuć nie za słodkie białe wino, ale nie jest to smak nachalny, tylko idealnie wpleciony w resztę.

Ta reszta jest jednak bardzo słodka, co wydało mi się ryzykowne. Na szczęście cynamon i duża ilość czekolady jakoś dały sobie z tym radę.
Wyraźnie czułam tu śmietankowo-maślane toffi (zapewne zasługa połączenia w kremie karmelowej i mlecznej czekolady), z naciskiem (zwłaszcza z czasem) na "maślane", co przestawało mi się już podobać.

Robiło się "tłusto słodziaśnie", ale od zatłuszczenia wywołanego masłem ratowała nuta błądząca między przyprawami, czyli konkretem ziela (taka gorzkawa mgiełka), cynamonem, a słodkimi smakami. Była to taka lekkość, soczysta słodycz suszonych owoców, co w połączeniu z przyprawami nadawało przyjemnie korzennego charakteru. W tym smaczku, niewątpliwie podkreślanym przez wino(a może pochodzącym od niego?), znalazła się pewna rodzynkowość, co przypadło mi do gustu, biorąc pod uwagę brak całych.

Jak na brak rodzynek ta czekolada smakowała zaskakująco rodzynkowo (albo raczej "suszono owocowo"). Ogółem smakowała dobrze, tylko po prostu... ta konsystencja skutecznie uprzykrzała mi jedzenie. To było o wiele za tłuste, a rodzynki mogłyby tu być taką odskocznią, czymś przerywającym tłustość. Na pewno napędziły by i rodzynkowość i sam smak wina (w końcu miały być nim nasączone). Tak wyszło przyjemnie "likierowo", korzennie i toffi, czyli smacznie, no ale jednak za dużo tłuszczu i tyle. Ogromny potencjał zmarnowany, wielka szkoda.


ocena: 7/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, białe wino Muscaris, syrop glukozowy z cukru inwertowanego, proszek karmelowy (odtłuszczone mleko, serwatka, cukier, masło), masło, rodzynki (3%), pełny cukier trzcinowy, grappa, sól, lecytyna sojowa, wanilia, cynamon, pimento (ziele angielskie)