wtorek, 31 grudnia 2019

Krakakoa 85 % Pulukan Bali ciemna

Jako ostatnią czystą Krakakoa wytypowałam tę o najwyższej zawartości kakao. W zasadzie nie mam nic do dodania, oprócz tego, że liczyłam, iż trafię na moc nut smakowych, nie zaś na tłuszcz. Jeśli o samo kakao chodzi, przed otwarciem i odkryciem opisu znalazłam tylko, że pochodzi z trudno dostępnego regionu Jembrana, gdzie aż roi się od szpaków balijskich (Bali Mynah). Właśnie przedstawiciel tego gatunku zdobi opakowanie.

Krakakoa 85 % Pulukan Bali to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao z Bali (jednej z wysp Indonezji), regionu Jembrana, okolic miasta Pulukan.

Po otwarciu poczułam delikatny (zarówno gdy chodzi o natężenie jak i charakter) zapach kwiatów (suszonych polnych? odległych róż w kolorze herbacianym? nienachalnych) i przypraw, dość ciężkich. Te wydały mi się wręcz lekko wytrawne, plątała się przy nich chlebowa nuta. Na myśl przyszła mi też herbata (to jednak luźne skojarzenia). Kryła się w tym też soczystość.... ale nie czysto owocowa, a jakby twarogowa (?), minimalnie cytrusowa. W trakcie jedzenia widziało mi się to jako ciemny chleb z chłodnym twarogiem, herbatą i przyprawami.

Przy łamaniu musiałam użyć sporo siły, gdyż tabliczka odznaczała się prawie kamienną twardością. Trzaskała bardzo głośno, w sposób ciężki... Wydała mi się chrupka.
W ustach rozpływała się powoli i dość opornie z racji silnej, zbitej tłustości. Przypominała twardawą plastelinę lub bardzo zwarty, gliniasty twaróg, który dopiero z czasem zlepiał usta i podniebienie. Bliżej końca miała skłonności do pylistych i ściągających efektów.

Już w trakcie robienia pierwszego kęsa poczułam gorzki dym, a tuż za nim gorzkawe przyprawy. W żadnym wypadku nie były jednak ostre. Odbijały w kierunku gorzkich, suchych orzechów. Te wprowadzały subtelną słodycz i lekką maślaność. Podczas degustacji przed oczami miałam ziarenka - na początku kardamonu. Podobne mu, lekko goryczkowate przyprawy, a i on sam zostały zaraz osnute dymem.

Z tego wyłaniała się cierpkość. Najpierw sugerująca coś mniej spożywczego, dymnego i ziemiście-asfaltowego. Pojawiła się kwasowość, która mniej więcej w połowie okazała się cierpko-słodką aronią, czarnymi porzeczkami i wiśniami. Ciemnymi owocami niezbyt dojrzałymi, ale już słodkimi. Trochę jakby... w towarzystwie suchych liści herbaty? Drzew? Sucho-gorzkich orzechów?

Nie, te aspekty prawie zupełnie przykryła nuta skórki cytryny: zarówno kwaśna, jak i goryczkowata. Druga połowa to właśnie znów goryczkowatość ziaren, tym razem jednak jako miks ziaren w ciemnym, wilgotnym chlebie na zakwasie. Na zakwas i ziarna zwracały uwagę owoce - one bardziej kierowały ruchem i wplatały słodycz, niż były istotne jako one same.

Kompozycji tej wilgotną bym jednak nie nazwała... Soczystość owoców była w pewien sposób ciężkawa. Bliżej końca skłaniała się nieco ku herbacie i kwiato-przyprawom, ale je wszystkie usadzał gorzki dym. Mimo to dostarczały trochę słodyczy, w momencie gdy chlebowy zakwas zmierzał do asfaltu i ziemi. Zamknąwszy oczy, widziałam dym i rozgrzany teren: asfalt biegnący przez czarną ziemię.

W posmaku pozostał dym i owoce (głównie cytryna i aronia), jak również wyrazistsze orzechy włoskie i mocne, lecz już nie tylko gorzkie, ale słodkawe w kwiatowy sposób (?) przyprawy, które to właśnie jako zwieńczenie wyeksponowały się tak, że aż mnie zaskoczyły.

Całość bardzo, bardzo mi smakowała, choć na drodze do zupełnego uniesienia i zachwytu objawiającego się jako 10/10 stanęła tłusta konsystencja (i za słaby zapach, acz na to mogłabym przymknąć oko).
Podobało mi się to, jak wystąpiły w niej poszczególne smaki. Odważna i wyrazista gorzkość nie była siekierą, ale i do takich delikatnie-przystępnych nie da się jej zaliczyć; nie za mocna kwasowość pokazała się w różnych aspektach, a nie tak czysto jako ona sama. Niska słodycz wydała mi się jedynie przemycana przez owoce i kwiato-przyprawy. Nienachalna, a konkretna.

Z Bali przypomina mi się jedynie znacznie słodsza Akesson's 75 % Trinitario Bali Sukrama Farms. Różnią je przede wszystkim owoce (w Akesson's syrop malinowy i rodzynki), ale i kwestie natężenia / przedstawienia. Moja ukochana Akesson's to kwiatowe przyprawy, cierpkość bzu i ziół (Krakakoa aronii, wiśni i dymu / popiołu) oraz drzewa, nie zaś "krakakoawata" przyprawo-herbata. Obie suszkowate i dosadne w przekazie.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 18 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 640 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

poniedziałek, 30 grudnia 2019

Tabliczka Arachidowa orzechowa z kawałkami orzeszków arachidowych i chrupkami ryżowymi

Czasem kupię coś i potem żałuję, gdy mi nie odpowiada, czasem nie kupię i żałuję, gdy czytam o tym same dobre słowa... To chyba normalne. Są jednak złe rzeczy, których zakupu nie żałuję i są dobre, których żałuję. Teraz trochę wyjaśnień w kwestii tych drugich. Pewnie nikt oprócz mnie nie kojarzy tabliczki Chałwowej Light Sugar. Była obrzydliwa, ale z aspiracjami do tak "obrzydliwej, że aż smacznej". Niemniej, nie żałuję, że ten twór spróbowałam. To w sumie nie czekolada, niestety producent wszędzie pchał tekst "z miłości do czekolady". Zjechałam, nie żałuję ani kupna, ani krytyki. Jakiś czas temu kupiłam dwie kawolady Pralusa i... żałuję. Przekonałam się bowiem ostatnio, że kawowe słodycze mi nie leżą. Te prawdopodobnie są dobre, ale żałuję, że je mam. W kwestii dzisiaj przedstawianej... cóż, długo się zastanawiałam, czy w ogóle próbować. Kupiłyśmy ją z Mamą, bo ona ma słabość do rzeczy fistaszkowych (śmiejemy się ze wszędobylskich "peanutów" - no bo... jak brzmi np. "Jeżyki Peanut"?!), a słodycz jej nie straszna. Ja postanowiłam, że oj tam, nie umrę jak zafunduję sobie takie przejście od Chałwowej do Pralusów. W sumie... mogło to być dobre, nikt nie udawał, że to czekolada, więc spoko. Swoją drogą: niespoko i to wyjątkowo wydało mi się określenie "chrupka ryżowa".

Tabliczka Arachidowa to tabliczka orzechowa (analogicznie do białej czekolady, tylko nie z tłuszczu kakaowego, a orzechów) z kawałkami orzeszków arachidowych i chrupkami ryżowymi (zbożowymi), produkowana przez P.W. SPOMET. Pojawiła się jako pojedynczy rzut w Biedronkach latem 2018.

Pierwszą myślą przy powąchaniu było "orzeszki w lukrze", ponieważ poczułam splot wyraźnie arachidowy i mdląco-słodki. Było w tym mnóstwo margaryny, co kojarzyło się trochę z Pierrotem, w wersji białej oraz tanim masłem orzechowym z margaryną i cukrem. Po dłuższym czasie doszukałam się też wręcz słodko-cukierkowego motywu. Gdy się nad tym zastanowić, to jakby fistaszkowy, cukierkowy olej. Sama dziwna arachidowość mogła by być smakowita, jednak całość (gdy porządnie się rozeszła), wydała mi się zbyt obrzydliwa. Do tego stopnia, że za kolejne czynności zabrałam się niechętnie.

W dotyku tłuste to i gładko-śliskie, jakby zaraz miało topić się w palcach, jak tablica z oleju i masła, dziwna. Przy łamaniu jakby trochę krucha, ale wciąż tłusta. Przekrój ujawnił sporo kawałków orzeszków średniej wielkości.
W ustach rozpływało się to gładko... Szybko znikało, ale w sumie masa szybko się nie rozpływała. Długo pozostawała właśnie zbitą masą, zlepiającą dodatki. Tłustość tego graniczyła między grudą masło-margaryny, a olejem. Jakby ta pierwsza opływała drugim, choć... i wodnistości w tym sporo.
Orzeszki to chrupiące, zacne sztuki. Średnio lekkie chrupki ryżowe cechowała świeżość, dzięki czemu chrupały przyjemnie, nawet zostawione na koniec.

W smaku już od pierwszej chwili prym wiódł cukierkowy olej. Sztucznawa słodycz wprawdzie nie była zbyt silna, ale wyraźnie zaznaczyła się już na początku.

Oleistość, smakowa tłuszczowość czy raczej bezsmak tłuszczu zaraz ruszyły w kierunku coraz bardziej fistaszkowym. Wyraźnie czułam arachidowość, która mieszając się z margaryną przypominała tę z nadzień różnego rodzaju batonów (Pierroty itp.). Orzeszkowy smak był stłamszony i duszno-stępiony... jakby wyprany, choć był. Brakowało mu charakteru, nie kojarzył się np. z masłem orzechowym. Miałam wrażenie, jakbym jadła coś pierrotowatego w białej polewie. Nie, nie czekoladzie. Słodka mdłość wydawała się smakiem wiodącym. Mimo że w sumie nie był to nawet cukier w cukrze... ale oprócz niego kiepsko było o cokolwiek.

Przy rozgryzaniu dodatków poczucie margarynowej nijakości paradoksalnie nasilało się. Słodycz trochę słabła gdy gryzłam orzeszki. To zacne sztuki, pełne smaku. Prażone nieprzesadnie, niektóre mocniej, inne leciutko. Raczej bez cukrowej otoczki, choć w tej słodko-oleistej toni trudno stwierdzić. Ogólnie były jednak w całości jedynym pozytywnym elementem - naprawdę mi się podobały.

Chrupki ryżowe wydawały się nie mieć smaku własnego... Choć może neutralnawo-słodkawe były? Ok, przy zjedzonej przeze mnie ilości w sumie gdybym nie wiedziała, że tam są, mogłabym je smakowo po prostu przeoczyć.
Na pewno nie wniosły soli.

Całość wydała mi się paskudna. Oleista do bólu i słodka... dziwnie. Słodziuteńki tłuszcz i niepewny smak fistaszkowo-margarynowy. Owszem, podbijany orzeszkami przy nich samych, ale też nijaki i tyle. Genialne były same orzeszki, ale... co z tego, jak przez resztę nie dało się jeść?
Tłuste, śliskie, ulepkowato-najeżone, do chrupania, bez błogiego rozpuszczania się o smaku... żadno-słodkim... coś. Bleh. Prawie całość trafiła do Mamy. Zgodziła się ze mną, że jedynie orzeszki były smaczne. "Ale ten tłuszcz wokół nich..." - i tu pokręciła głową. Fu.


ocena: 2/10
kupiłam: Biedronka (Mama kupiła)
cena: 2,99 zł (Mama zapłaciła)
kaloryczność: 546 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: odtłuszczone orzeszki arachidowe, cukier, tłuszcze roślinne: olej kokosowy, olej rzepakowy), 20% orzeszki arachidowe, 10% chrupka ryżowa (mąka ryżowa, cukier, kasza kukurydziana, mąka pszenna, ekstrakt słodowy jęczmienny, sól), lecytyny sojowe

sobota, 28 grudnia 2019

Lindt Excellence Figue Intense Noir Avec eclats de Feuilletine ciemna 48 % z figami i wafelkami

Tę czekoladę postanowiłam otworzyć niedługo po Zotter G.Nuss.Tafel Cashews, żeby mieć bardzo "spersonalizowaną serię". O co chodzi? Otóż przy podlinkowanej pisałam, że nerkowce to w sumie jedyne orzechy, jakie zdarza mi się tak o chrupać np. do oglądania. Z kolei suszone figi to jedne z nielicznych suszonych owoców (bo jeszcze daktyle i morele), które tak same jadam (inne raczej jako pojedyncze strzały). Co prawda uważam je za tak pyszne, że już niczego im nie trzeba, przez co nawet Pacari Fig do mnie nie przemówiła tak w pełni, ale lubię tę linię Lindta mimo przesłodzenia i miękkości, więc nie mogłam jej nie kupić.
A tak już przy ogarnianiu posta uznałam, że warto zerknąć, co to "Feuilletine" - w tłumaczeniu na angielski wprawdzie "biscuit", ale to jakieś ciastko-prażynko-chrupki francuskie, dodawane do pralin. Jedząc odebrałam je jako wafelki, może i prażone (znając producentów: karmelizowane w cukrze). Ciekawe to, choć zdania sobie na temat tego dodatku nie wyrobiłam.

Lindt Excellence Figue Intense Noir Avec eclats de Feuilletine to ciemna czekolada o zawartości 48 % kakao z figami i kawałkami wafelków (chrupek?) typu Feuilletine.

Już podczas rozrywania sreberka uderzyła mnie woń przecukrzono-cierpkawej czekolady o wydźwięku kawy i sosu / syropu lub nawet likieru czekoladowego i/lub kawowego. Jej cukrową słodycz wzmacniały zrównane z nią niemal podfermentowane, słodziuteńkie figi. Za nimi stał również zaskakująco soczyście-świeży, wręcz winogronowy motyw.

Ciemna i lśniąca tabliczka łamała się z łatwością. Nie była miękka, ale zdradzała kremowość i tłustość. Wydawała się lekko krucha - za sprawą dodatków? Tych na oko nie było tak bardzo dużo, wystąpiły w formie rozmaitych drobinek, waflowych płatków i cząstek-kostek. Przy robieniu kęsa całość (od dodatków) ni skrzypi, ni chrupie.
Czekolada w ustach rozpływała się łatwo, szybko mięknąc i zalepiając już na trochę dłużej. Gęsta, gładka i mocno maślana (chyba nawet jak na Lindta) masa leniwie odsłaniała dodatki. Tych dodano mnóstwo - trudno o najdrobniejszy kęs bez jakiejś drobinki. Nie powiedziałabym, że fig dodali więcej, proporcje wydawały się równe.
Figi dodano pod postacią średniej wielkości kostek, kojarzących się z kandyzowanymi owocami. Były suchawe, zwłaszcza z wierzchu... tak dziwnie cukrowo-suchawe. Początkowo twardawe, przy rozgryzaniu rozpadały się częściowo na jakby grudki z cukru, choć gdy nasiąkały, rozkręcała się ich żelowo-przecierowa strona. Odebrałam je więc jako przecierowe owocowe twory, zagęszczono-podsuszone cukrem. Wydaje mi się, że i jakieś pojedyncze pozostałości po pesteczkach się zaplątały.
Kawałki chrupacza były z kolei po prostu dziwne: większe płatki i mniejsze kawałki. Najpierw trafiłam na mniejsze - w pierwszej chwili wzięłam je za kryształki cukru. Drobne, mikroskopijne wręcz trzeszczały / skrzypiały, ale i trochę rozpuszczały się. Oblepiały zęby na sekundę, by zaraz po tym zniknąć. Momentami udawały pesteczki fig.
Sporo było jednak tych płatków, które wyszły jak skrzypiąco-trzeszcząco-chrupiące wafelki (gdy skupiłam się na tych, które pozostały na koniec skojarzyły mi się z niewiarygodnie cienką miniaturką wafli duńskich do lodów). Zachowywały świeżą twardawość szkiełka-wafelka, miękły bardzo niechętnie. Gdyby były grubsze, pewnie pełnoprawnie można by je nazwać dość twardymi.
O ile przy braniu wszystkiego pod lupę miałam się do czego czepiać, tak całościowo, w trakcie jedzenia na wady łatwo oko przymknąć. Dodatki bowiem w udany sposób udawały kawałki posiekanych, suszonych fig: kostka jako takie scukrzone skórki ususzonych, a drobinki wafelko-chrupek do złudzenia przypominały pesteczki, wafelki-płatki zaś... ot, były, ale wciąż plus za niecodzienność i jakość.

W smaku najpierw poczułam przede wszystkim słodycz. Na starcie za silna, rosła błyskawicznie.
Szybko pojawił się w niej odległy motyw trochę kojarzący się z fioletowymi winogronami, sprawiający, że nie był to czysty cukier.

Ścigał go palony smaczek kakao, dodający lekką cierpkość i namiastkę gorzkawości. Wydźwięk miały z granicy kawy, a jakiegoś sosu / likiero-nalewki. To drugie nasilał "owocowawo-słodki" posmak. Figowa nalewka? Wszystko to zostało jednak złagodzone dużą ilością masła.

Czekolada, lekko naaromatyzowana winogronowo lub przesiąknięta dodatkiem, przygotowała więc już i tak bardzo słodką bazę pod wejście słodziuteńkich i delikatnych fig. Ich smak miarowo wzrastał wraz z odsłanianiem się kostki. Niestety, kostka serwowała też sporo cukru od siebie samej. Najpierw pomyślałam o figach jasnych, słabo ususzonych (jedynie lekko podsuszonych?)... takich mocno słodkich, jakby podfermentowanych. Nasilało się także skojarzenie z fioletowymi winogronami, ale mniej więcej w połowie wyraźnie, na pierwszym planie czuć figi. Bardzo słodkie, trochę przełamane neutralniejszym wątkiem, ale i soczyste. Raczej suszone, ale i o świeżych pomyślałam. Ingerowała w nie bowiem podkręcona do przesady słodycz. Przesłodzone figi nie zatraciły naturalnego smaku i cukrem nie waliły, nawet trochę soczystości upuściły, ale nie sposób w tej tabliczce nie wyłapać ogólnej skłonności do przesady.

Kawałki "prażynek" widziały mi się jako cukier, z minimalnie pszennym posmakiem, bo w trakcie rozpływania się wszystkiego, gubił się ich smak własny. Ujawniał się bliżej końca. Podbijały cukrowość, by zaraz wprowadzić element cukrowo-wafelkowy, w sumie pasujący do reszty. Kilka wydało mi się zaskakująco palono-prażonych (podkreślały skojarzenia z suszonymi, a nie świeżymi figami).

Cukrowość, jaka podskoczyła wraz z dodatkami, bliżej końca rozpływania się kęsa coraz bardziej męczyła, ale że figi nie odpuszczały, a przywróciły motyw winogron, który zrobił się bardziej aromatowo-cierpkawy, tragedii nie było. Maślana baza pozwoliła im działać, a lekka cierpkość przypomniała o sobie, wchodząc pomiędzy nie.

W posmaku, oprócz przesłodzenia, zostały figi suszone, mocno podcukrzone, lekko soczyście-słodki wątek i maślana, bardzo łagodna czekolada ciemna, wciąż z leciutką goryczką. Czułam też naaromatyzowanie, wręcz perfumowość figowo-winogronową, podchodzącą pod do bólu cukrowy likier czy coś tego typu. Nie obyło się bez cukrowo-palonych wafelków ("cukrowych" należy podkreślić).

Całość zaskoczyła mnie tym, jak pozytywnie ją odebrałam, mimo że wiele elementów bym zmieniła. Smakowo nie zrobiła na mnie wrażenia przeogromnego, bo jednak do bólu cukrowo-przecukrzona i maślana w stopniu, który już przekroczył moją granicę tolerancji (zbliżyła się aż do Tesco finest Swiss Dark Chocolate with Orange Pieces & Almonds, która wręcz mleczną udawała!), ale... właśnie figowe nuty w czekoladach często się z maślanością łączą... Słodko... no słodko strasznie, ale i wyraźnie figowo, a iluzja winogron (czyżby dodali ich naturalny aromat?) też mi się podobała. Miękko-tłusta struktura, kawałki, które kojarzyły się z kandyzowanymi owocami i trzeszczące drobinki, kojarzące się trochę z cukrem to coś skrajnie nie w moim typie, ale jednak tak wyraźnie czuć owoce, że miałam wrażenie, że to miękki, czekoladowy krem z posiekanymi figami (i wafelkami). Nieidealny, ale wciągający w swej nieidealności. Wady zlewały się z zaletami, mimo że przeważały. Ewidentnie wafelkowe płatki to dodatek niecodzienny i naprawdę dobrze zrobiony.
To czekolada, którą zjadłam ze smakiem, zasłodziłam się nią aż do zamulenia (w sumie to myślałam, że umrę). Zjadłam ją bowiem na raz (100 g czekolady / dzień to moja norma, średnio 6 dni w tygodniu, tak na oko): nie była więc tak przesłodzono-tłusta itp., że aż problematyczna, ale tak mocno osadzona w kategorii "ciekawostka na raz", że wracać do niej nie miałabym za dużej ochoty. Interesująca, ale na raz. Jako taką, uważam, że należy jej się ta sama ocena (mimo wszystkich, dość wielu wad Lindta), co Pacari Fig. Tamta była ciemną czekoladą z figami, zaś Lindt to jakby "tabliczka figowa", cała kompozycja. Dodatki w sumie wykonane porządnie, ale jednocześnie miałam wrażenie, że zbyt rozpraszające uwagę - ja bym po prostu kawałki fig dodała zamiast części dziwnych cząstek.


ocena: 8/10
kupiłam: Allegro
cena: 8-9 zł (nie pamiętam)
kaloryczność: 521 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, kawałki figowe 7% (cukier, puree z fig 31%, pulpa cytrynowa, błonnik owsiany, substancja żelująca: pektyny; aromaty), tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, kawałki ciastek 3% (mąka pszenna, cukier, oleje roślinne: słonecznikowy, rzepakowy; laktoza, białka mleka, sól, ekstrakt słodu jęczmiennego, substancja spulchniająca: wodorowęglan sodu; lecytyna słonecznikowa, przeciwutleniacz: E306), lecytyna sojowa, aromaty

piątek, 27 grudnia 2019

Schogetten Airy Dark Cherry ciemna 50 % z napowietrzonym / bąbelkowym mlecznym kremem o smaku wiśniowym

Tę czekoladę kupiłyśmy z Mamą jako kompromis. Otóż stanęłyśmy przed wyborem, który smak z serii wziąć. Mama była za mleczną z nadzieniem waniliowym, ja za tym, żeby nie kupować żadnej Schogetten. Gdy jednak zobaczyłam tę, zawahałam się i usłyszałam pytanie Mamy, która chyba czyta mi w myślach: "Ciekawe, czy smakuje jak bombonierka?". Pomyślałam, że może jednak uprzeć się na tę? Mama kocha wszelkie wiśnie w likierze, bombonierki i liczyła, że to czymś takim będzie smakować. Nie cierpi ciemnej czekolady, ale za bardzo lubi wiśniowy smak i... za bardzo była przekonana, że przecież lubię próbować, że to przecież ciekawe itd. A ciekawość w moim przypadku znowu wygrała z rozsądkiem i prawami logiki.


Schogetten Airy Dark Cherry to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z napowietrzonym mlecznym kremem o smaku wiśniowym (40%).

Po rozerwaniu sreberka zaskoczył mnie smakowity, bardzo słodki, ale i dość naturalnie soczysty zapach likieru wiśniowego i wiśni. Likierowość wiązała je wraz z wycofaną, bardzo słodką, ale i goryczkowatą czekoladą. Wydźwięk bombonierki w niezłym tych słów znaczeniu.

Kostki sprawiały wrażenie w porządku. Wierzchnia warstwa czekolady odznaczała się średnią grubością, a wnętrze wydało mi się mało jak na takie coś napowietrzone. Jedno do drugiego mocno przylegało.
W ustach czekolada rozpływała się w miarę w średnim tempie, łatwo. Kremowo-gładko, raczej tłustawo i spójnie z wnętrzem. Ono okazało się bowiem dość zbite i zwarte i także kremowe. Efekt bąbelkowania / pykania był drobny, ale wyczuwalny (tylko że słabo).
Całość wydała mi się raczej kremowo-tłusta, niż lekka. Zalepiała usta, stając się gęsto-kremową masą. W sumie względnie przyjemnie.

Jako pierwszą poczułam słodycz czekolady, do której doszła palono-gorzkawa nutka. Jakiejkolwiek gorzkości stanęła na drodze maślaność. Wyłapałam jednak lekką cierpkość, szybko podbitą przez delikatną wiśnię, którą czekolada niewątpliwie przesiąkła. Przekierowało to moje myśli ku likierowi.

Nadzienie smakowało bardzo słodko i wiśniowo. Najpierw mignęło lekkim, sztucznie-cukierkowym kwaskiem. Do czekolady dołączało jednak jako fala mleka, poprzez maślaność. To mleczność wyraźna, trochę śmietankowa, jednak przez otoczenie wprowadziła mleczność tanich pralinek, uniemożliwiając całości stanie się poważniejszą czy ambitniejszą. Przez to, gdy nieco wyraźniej wkroczyła także wiśnia, środek wydawał mi się cukierkowy, jak wiśniowa guma (rozpuszczalna typu Mamba?) lub po prostu balonowa. Bardzo, bardzo słodziaśny, dziecięcy i nienaturalny... Mieszający się z pudrowością, nakręconą mleczno-mdłym posmakiem.

Bliżej końca wiśnia zawracała wraz z czekoladą na wyrazistszy tor, serwując nawet odrobinkę kwasku i posmaku bombonierki... Lekko likierowej, ale wciąż głównie słodkiej. Pojawił się motyw bliżej nieokreślony, niespożywczy zwiastun słodkiego, cytrusowego czegoś (w notatkach zapisałam: "Ludwik"), ale nagle tuż obok poczułam prawie autentyczną soczystość.

W posmaku pozostała cukrowo-cukierkowa wiśnia tak słodka, że aż mdląca. Sztuczna. Czułam także delikatną, cukrowo-ciemną czekoladę w towarzystwie jakby pudrowej mleczności. Nie miałam wrażenia mlecznej czekolady, co to, to na pewno nie.

Całość... miała momenty, które gdyby były kontynuowane, mogłyby przynieść coś dobrego. Niestety, nie przyniosły i niestety, to tylko momenty. Jej konsystencja wyszła jednak przyjemniej niż Terravita 70 % Wiśniowa. Nie tak dziwnie miękko, ale kremowo, lekko pykając (co odciągało uwagę od tłustości). Sama czekolada przeciętnie niezła, a nadzienie... cóż, szkoda, że nie postawili na prawdziwe wiśnie (proponuję sproszkowane? sok?), a ograniczyli się do aromatu. Jakościowo bowiem takiej totalnej, zatrważającej tragedii nie było, ale te cukierkowe nuty aż mdliły. Smutne jest to, że mimo iż w zasadzie przeciętna, miała taki posmak, że po kostce musiałam zapić czarną herbatą.
Resztę oddałam Mamie - nie czuła bąbelkowania, a i całość jej nie smakowała, choć tak skrajnych odczuć i skojarzeń co ja, nie miała. Stwierdziła tylko, że o dziwo "ta czekolada na wierzchu, mimo że ciemna to zjadliwa, ale środek... no wiśniowy, ale tak dziwnie, jak guma jakaś".


ocena: 3/10
kupiłam: centrum handlowe Jubilat
cena: 3,57 zł (za 95g; Mama zapłaciła)
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, koncentrat buraka czerwonego, aromaty, ekstrakt wanilii 

czwartek, 26 grudnia 2019

lody Gelatelli Premium Słony Karmel

Dzieląc zamrażarkę z Mamą, która latem dzień w dzień zjada pół pudła 0,5 litrowych lodów, nam obu obiecałam, że nie będę zawalać miejsca, robić paroletnich przestojów itp. Miałam zamiar względnie systematycznie wyjadać to, co kupowałam. Szło mi średnio. W końcu uznałam, że trzeba wreszcie zjeść kupione rok wcześniej, a nie ciągle odkładać je w czasie. Mama namawiała mnie, bym kupiła sobie (wówczas) nowość Grycan - smak solony karmel, bo jej smakowały mimo że autentycznie były słone (przez co pomyślała, że mogą mi smakować). Ja jednak nie lubię lodów tej marki (wyjątkiem są chałwowe, przez które zdycham od cukru, gdy już je jem), a solony karmel... Wydał mi się ryzykownym smakiem, bo obecnie (i na moment pisania, i publikacji) wszystko jest mi za słodkie / za słone. Dzisiaj prezentowane lody jednak przez to namawianie Mamy zaległy mi w głowie i denerwowały swoją obecnością. Bałam się kumulacji cukru i soli, ale uznałam, że jak już kupiłam, trzeba zjeść. Pozytywnie nastawiało tylko podobieństwo tej linii Gelatelli do smaków Haagen-Dazs i to, że np. Kruche Ciasteczko Cookie były genialne, a Belgijska Czekolada bardzo dobra.

Gelatelli Premium Słony Karmel Lody karmelowe z kawałkami karmelu to "lody karmelowe z sosem o smaku słonego karmelu (10%) i kawałkami słonego karmelu (8%)".

Lody pachniały słodko: wyraziście słodko-mlecznie i cukrowo-karmelowo. Były w tym, że tak powiem, konsekwentne, harmonijne. Kojarzyły mi się z mlekiem z tubki.

Gęsta i kremowa, dziwnie proszkowa masa rozpuszczała się wolno. Cechowała ją tłustość śmietanki, jednak miałam wrażenie, że była trochę wodnista (przez mleko odtłuszczone?), a mimo twardości, dodatkowo rozrzedzał ją sos. Lody nie były więc zbite.
Sos okazał się raczej rzadkawy, lejący i trochę wodnisty. Ciągnął się i lepił. Jego ogromną ilość przeplatała całą masę, z czasem coraz bardziej się z nią mieszając. Odebrałam go jako śliski. Niezbyt mi się podobał.
Jem lody bardzo topiące się, toteż kawałki karmelu, póki do nich doszłam, też się nadtapiały. Raczej miękkawe, lekko pochrupujące jak z natury suche, ale rozmokłe i już rozpuszczające się, krówki z grudek cukru. Jawiły mi się jako jaśniejsze, scukrzone grudki w sosie, bo przy nim jakoś się trzymały. Przez to o ilości aż nie umiem się wypowiedzieć. Raczej tak średnio dużo. Skonsultowałam z Mamą - nie zwróciła na nie uwagi, więc obstawiamy, że było mało i właśnie wtapiały się w resztę (gdy Mama je kończyła, kręciłam się w pobliżu, zaglądając jej przez ramię i wyjaśniając, że czyham na kawałki karmelu, ale jakoś specjalnie go nie znalazłyśmy - może ze trzy-cztery wyraźnie kawałki).

Lody od pierwszej łyżeczki uderzały cukrem. Szybko jednak rozchodził się także mocno mleczno-śmietankowy smak. Wydało mi się to nie tyle głębokie, co stężone. Niestety szybko odnotowałam też mleko w proszku. Wysunęło się na pierwszy plan.
Mieszało się to w proporcjach równych, toteż pomyślałam o mleku wręcz zagęszczonym cukrem, zacukrzonym do granic możliwości mleku skondensowanym i mleku z tubki oraz...

... Gdy tak masa lodowa zaczynała się coraz bardziej mieszać z sosem...  O kajmaku. Mleko z tubki o smaku karmelowym lub kajmak wymieszany z mlekiem w proszku i bonusowym cukrem.

Sos karmelowy smakował jak... jak cukrowo-maślany karmel czy właśnie bardziej kajmak (lub toffi?). Był przeraźliwie słodki, a całości podyktował klimat mleka z tubki o smaku karmelowym. Soli przy nim doszukałam się dosłownie odrobiny... Bardziej życzeniowo.

Czyżby kawałek się znalazł?
Kawałki karmelu również były cukrowo-karmelowe, zasładzające i w sumie smakowo pomiędzy masą, a sosem. Wyróżnikiem byłaby tu jednak maślaność. Pojawiła się przy nich odrobińcia-odrobineczka soli. Dziwnie, na zasadzie kontrastu, jeszcze bardziej podkręciła cukrowość.

Wszystko zacukrzało natychmiastowo. Pozostawał po tym nieprzyjemny posmak mleka w proszku i słodkiego, skondensowanego mleka z tubki o smaku karmelowym.

Lody uważam za niewypał. Zarówno, gdy chodzi o jakość, jak i smak. Były karmelowe, owszem, ale soli tam nie czuć. Gdyby to był chociaż mocno palony karmel... A to nie, taki cukrowo-kajmakowy. Podobało mi się, że karmel topił się, nie był kamieniami bez smaku, ale z plusów to tyle. Dobrze, że na śmietance, ale czuć, że próbowali zaoszczędzić na reszcie. Waliły mlekiem w proszku (po co dodawać do lodów mleko w proszku?!), a odtłuszczone chyba dodało wodnistości. Porażka. Smak skondensowanego karmelowego (z tubki) to już kwestia bardzo indywidualna. Czuję jednak, że w innym zestawieniu mogłoby smakować.
Nawet połowy nie zjadłam, oddałam Mamie. To chyba pierwsze Gelatelli, które tak skończyły. Jej bardzo smakowały, "bo takie no... bardzo słodkie". Zapytana, jaki słodki smak czuje: "no słodki". Powiedziałam jej, że to solony karmel, na co z ulgą odparła, że soli jednak za grosz. Dopytywałam ją, czy czuła karmel... cóż... "No czego chcesz? Był tam ten karmel"; wytłumaczyłam, że tak, sos - i że ja też go widziałam / czułam, ale czy według niej smakował karmelem. "Może toffi bardziej, jakieś... mleko skondensowane". Gdy cisnęłam w kwestii samej masy lodowej, nawet nie wiedziała, o co mi chodzi ("No jak to jakie? Słodkie, jak te wszystkie lody, same w sobie są słodkie, takie same" - odnosiła się do tych, które producenci bez tołku nazywają zamiennie waniliowymi, śmietankowymi itp.). Podsumowała tak: "Karmelowe czy nie, wiesz, bardzo mi smakują. Aż je sobie zapiszę i jeszcze je kupię."
Gorsze od Haagen-Dazs Caramels Salted Caramel - zwłaszcza przez to mleko w proszku i wodnistości, ale i z racji tego, że Gelatelli były mniej słone. Kojarzyły mi się z gorszą jakościowo (prochomleko!), o wiele słodszą wersją Sol & Mar Helado Dulce de Leche (też lidlowych, które w dodatku nawet nie miały być słonokarmelowe).
Skojarzyły mi się z lodowo-karmelową wersją czekolady Lindt Creation Macarons Vanille (wybaczcie, recenzja dopiero 23.01).


ocena: 6/10
kupiłam: Lidl
cena: 8,99 zł (za 430g / 500ml)
kaloryczność: 275 kcal / 100 g; 237 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: 32 % bita śmietana, mleko odtłuszczone, cukier, 12 % mleko zagęszczone słodzone (mleko zagęszczone, cukier), mleko zagęszczone odtłuszczone słodzone (mleko zagęszczone odtłuszczone, cukier), żółtko jaja, mleko w proszku odtłuszczone, masło solone (masło, sól), syrop cukru skarmelizowanego, syrop glukozowy, syrop cukru inwertowanego, emulgator: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych; skrobia modyfikowana, regulator kwasowości: dufosforany; naturalny aromat, sól

środa, 25 grudnia 2019

(Cachet) Biedronka Czekolada gorzka 70 % ciemna

Gdy odkryłam, że niektóre belgijskie czekolady dla Biedronki robi producent Cachet (Kim's Chocolates), zaczęłam je postrzegać jako pewniaki. Dobra, z karmelem i solą może mnie nie zachwyciła, ale jakoś karmelowe Cachety ogólnie do mnie nie przemawiają. Jeśli chodzi o ciemne tej marki - dotąd wspominam je albo bardzo dobrze, albo jako genialne. Co do tej nie miałam więc wątpliwości. Ciekawiło mnie jednak, czy będzie smakowała tak samo, co 70 % spod logo Cachet. Oczywiście kupiłam ją, by to sprawdzić. I w sumie nie tylko. Cachety z dodatkami tak mnie zachwyciły, że chciałam poznać jak najwięcej ich czystych propozycji.

Biedronka Czekolada gorzka 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao produkowana przez Kim's Chocolates dla Biedronki.

Po otwarciu poczułam dość słodki i mocno palony zapach. Paloność osadziła się we wręcz przesadzonym kontekście, choć trzymała się smakowicie gorzkawej kawy. Tonowała ją lekka śmietankowość albo raczej maślaność jakiś wypieków, przyprawionych lekko korzennie. Bardzo silna okazała się wanilia, nadająca słodyczy charakteru nieco wręcz pudrowej, acz nie mocno. Doszukałam się też słodziuteńkiego, przenajsłodszego akcentu "śliweczek i malinek" jako jakiś śmietankowy krem, a więc niewnoszących specjalnie owocowości.

Przy łamaniu tabliczka była bardzo twarda. Trzaskała donośnie i ani myślała łamać się równo po liniach. Robiła to, jak chciała. Przy robieniu kęsa okazała się kamienna.
W ustach zaś potrzebowała chwili, by w ogóle zacząć się rozpływać. A gdy już do tego doszło, sprawiała wrażenie zwartego, powoli mięknącego kremu. Stawała się właściwie zbitą, zwarto-tłustą grudką, w której pojawił się pyłek. Wydawała się cudacznie zamszowa. O dziwo całkiem to miłe w odbiorze, na pewno ciekawe.

W smaku najpierw poczułam stłumioną słodycz, która po chwili okazała się względnie wycofana i stateczna. Na jej płaszczyźnie sugestia waniliowo-śmietankowa mieszała się z najzwyklejszą, prostą, ale nie silną słodyczą.

Daleko w tle odezwała się cierpkość. Była znikoma, kakałkowo-drzewna albo wręcz drewniana. Delikatnie gorzkawa, jak pianka kawy (bardziej ona niż sama kawa). Miała suchy wydźwięk, trochę palony, który coraz bardziej łagodziła niewyrazista maślaność. Przybrała trochę duszny, ciężkawo-łagodny charakter. W zasadzie nawet nie jestem jej zupełnie pewna... to taka maślana śmietankowość... kremowość - coś jak jakieś lody albo krem (deser)?
Drewno i masło chwilami chyliły się ku orzechom lub odrobinie przypraw korzennych.

Obok tego, słodycz w swej waniliowo-śmietankowej toni znalazła miejsce dla jakiegoś czerwonoowocowego, bardzo słodkiego tworu typu krem truskawkowo-malinowy. Bladoróżowy, delikatny i słodki... Może jakieś mleczko?

Delikatna cierpkość i drewniana gorzkawość z mgiełką kawy (przez strukturę czułam jakby "smak zapachu pylistej, suchej kawy rozpuszczalnej") podłapały owoce. Cierpkawość uwypukliła się jako bardzo, bardzo odległe śliwki w czekoladzie i może też winogrona. Była to słodka cierpkawość, robiąca jedynie aluzje do kwasku, zwłaszcza że te drugie jakoś tak splatały się z truskawkami (po zamknięciu oczu widziałam jakiś różowawo-fioletowawy, jasny krem).

Druga połowa, po tych jednak nieco konkretniejszych owocach, za sprawą pylistej cierpkawości należała do kawy. Wciąż pobrzmiewało w niej maślane drewno lub jakiś wypiek. Po tym wszystkim słodycz wydala się dziwnie pudrowa, palono-waniliowa, oczami wyobraźni widziałam przesuszoną laskę wanilii.

Końcówka ani trochę nie była owocowa. Mimo silnej i pewnie trwającej słodyczy, jawiła się głównie jako paloność. Odnalazłam w niej kawę i drewno.

Posmak był jednak bardziej cierpkawo-owocowy i palono-kakałkowy. Nieco mniej suchszy, jakby soczyście kawowy, ale wciąż ciepły.

Całość wyszła statecznie i spokojnie, ale nie jednorodnie. Słodycz płynęła od waniliowo-śmietankowej przez śmietankowo-owocową po waniliową. Niestety cały czas pobrzmiewała w niej też taka prosta. Ogólnie nie była silna, ale znacząca. Gorzkawość z kolei cechowała zmienność, mimo że była bardzo delikatna. W zasadzie adekwatniejsze byłoby określenie: "neutralność". Maślano-drewniany, delikatniusio kawowo-przyprawiony smak i tak wydawał się bardziej długotrwały i wszechobecny niż odrobina owoców. Truskawkowy krem śmietankowy i winogrona, śliwki w czekoladzie... Przykryte były bardziej suchawymi i kremowymi nutami.
Muszę przyznać, że mi to smakowało, choć było za tłuste... smakowo. Ogrom kremów, słodyczy dosadnej (ale nie za silnej), trochę mnie przytłoczył, ale z kolei drewniano-kawowe nuty widzę jako ciekawe i smakowite. Mogłyby być tylko mniej łagodne. Podobnie z owocami - smakowite zestawienie (maliny / truskawki, winogrona i śliwki w czekoladzie), ale brak mu impetu.
Mam wrażenie, że biały cukier i kakao w proszku (dobrze przynajmniej, że nie odtłuszczone) strasznie stłamsiły coś, co bez nich (a np. z cukrem trzcinowym) mogłoby wkraść się do moich ulubionych.

Okazała się bardzo podobna do Tesco Swiss 72 %. Podobnie palona, gorzkawo-delikatna, maślana i kawowa, słodka w sposób waniliowo-śmietankowy i z cierpkimi owocami. Biedronkowy Cachet był jednak bardziej drewniany i truskawkowo / malinowo - śliwkowo / winogronowy, niż orzechowo-jeżynowa Tesco. Smakowały mi mniej więcej na tym samym poziomie. Np. J.D. Gross Ekwador 70 % była o wiele słodsza i bardziej głęboko-wyraziście kawowa, a powiedzmy Millano-Baron Luximo Premium Ekwador 72 % przypalono-tania. Szczerze, spodziewałam się, że skieruje się ku Auchan 70 % lub Fair z Aldi 70 %, ale tamte były o wiele pyszniejsze, ambitniejsze.


ocena: 8/10
kupiłam: Biedronka
cena: 4,99 zł
kaloryczność: 533 kcal / 100g
czy kupię znów: kiedyś mogłabym

Skład: miazga kakaowa, cukier, kakao w proszku, lecytyna sojowa

wtorek, 24 grudnia 2019

Terravita Czekolada Mleczna z nadzieniem mlecznym

Czekolada z mlecznym nadzieniem nawet najwyższej jakości widzi mi się jako coś nudnego. Pomijając już fakt, że przeważnie "mleczny / śmietankowy" krem jest po prostu białym nadzieniem, które nie wiadomo z czym zjeść (w przenośni, bo najlepiej z wierzchem, czyli czekoladą; wątpię, by dodanie go np. do rosołu miało wielki sens - nie sprawdzałam). Tego palucha pokazała mi jednak Mama, a ja... jak nigdy takie jakieś zimowe opakowania, słodkie grafiki nie robią na mnie w sklepach wrażenia, tak to przemówiło. Tym bardziej, że wiedziałam, że idzie do mnie paczka od Terravity. Chciałam mieć pełniejszy ogląd ich oferty i tak coś czułam, że z racji tego, czego ja oczekuję od czekolady, spróbuję, ocenię, a resztę oddam Mamie (która z kolei uważa, że im czekolada słodsza i bardziej mleczna, tym lepiej). Od razu uspokoję Was, że jadłam to latem 2019, więc nie, rok nie trzymałam.

Terravita Czekolada Mleczna z nadzieniem mlecznym to czekolada mleczna o zawartości 32 % kakao z nadzieniem mlecznym, które stanowi 50 % całości. U mnie w formie batonika-paluszka 31 g, edycja z zimy 2018.

Gdy tylko otworzyłam papierek poczułam nienachalny, ale zadowalająco wyrazisty zapach słodziuteńkiego mleka. Taki... rodem z czekoladek dla dzieci, odrobinę waniliowy.

Paluszek już w dotyku zdradzał tłustość, łamał się lekko, z pyknięciem. Nadzienie wydawało się konkretne i gęste, choć minimalnie proszkowo-kruche.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo i kremowo-tłusto, zalepiając w gęsty sposób.
Nadzienie kontynuowało i gęste zalepianie, i tłustą kremowość. Ono jednak było bardziej maziście-miękkie w margarynowy sposób. Odebrałam je jako zwarto-plastyczne. Obie części wydawały się spójne i mięknące w tłusto-mleczny, pełny sposób. W tym wszystkim zaplątała się lekka proszkowość, ale nie przeszkadzała jakoś specjalnie.

Sama czekolada w smaku przywitała mnie silną słodyczą i głęboko mlecznym smakiem. Po chwili dołączyła waniliowa nuta, a potem cukrowość zaczęła rosnąć.

Wraz z nadzieniem słodycz wciąż rozszerzała swe wpływy, ale na szczęście także mleczność się rozwinęła. Niestety, im mocniejszy był jej smak, tym bardziej zagłuszała wanilię, zastępując ją mlekiem w proszku. Mimo to, z wciąż docierającą waniliową czekoladą, wydźwięk był uroczy i dziecięcy. Cukier jednak zaczął zabijać ten urok dość prędko.

Bliżej końca cukrowe nadzienie brało górę nad resztą, a mieszanina mleka smakowitego z tym proszkowym zupełnie uległa, pozostawiając pole czystemu cukrowi. Zaczął drapać w gardle bez litości.

Gdy kawałek już zniknął, czułam zacukrzenie i drapanie w gardle, ale też posmak dziecięcej, mocno mlecznej czekola...dki. Bo w sumie nie czekolady. To było... kinderkowe, ale jak kinderki ze wspomnień (bo obecne wydają się mniej do siebie podobne; ciekawostka: już jako dziecko uważałam je za trochę za słodkie i wolałam... czekolady ciemne, podkradane babci).

I właśnie: całość była jak czekoladki dla dzieci ze wspomnień, a nie te, które walą cukrem i mlekiem w proszku. Paluszek Terravity był cukrowo-słodki do granic możliwości ale też mocno mleczny. Owszem, czuć mleko w proszku, ale w sumie najpierw też wanilię. Nie walił nieprzyjemnymi posmakami na kilometr (były lekkie), choć może to dlatego, że schowane pod cukrem. To chyba najlepsza czekolada mleczna z mlecznym nadzieniem, jaką ostatnimi czasy jadłam (oczywiście z tej półki). Fakt, po kostce oddałam Mamie, bo było mi już zdecydowanie za słodko (!), ale też dlatego, że szukała czegoś, co by smakowało jak kinderki sprzed lat. Przyznała mi rację, że zdecydowanie to za cukrowe, ale swoją część zjadła w parę minut (i przeżyła).


ocena: 6/10
kupiłam: Tesco
cena: 0,69 zł (za 31g - promocja)
kaloryczność: 567 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, serwatka w proszku, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii), nadzienie (tłuszcz palmowy, cukier, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz mleczny, emulgatory: lecytyna sojowa, E476; aromat)

niedziela, 22 grudnia 2019

Domori Trinitario 70 % Madagascar ciemna z Madagaskaru

Poznawszy wiele nowych marek, po paru wielkich odkryciach, a po powrocie do setki Menakao (zmienionej), jakoś poczułam... a, niech będzie tak poetycko, coś na kształt nostalgii... Już od jakiegoś czasu myślałam o rozpoczęciu serii nowych Domori, lecz Menakao podsunęła mi, żeby zacząć od "nowej-starej". Chodzi o tabliczkę, która w zasadzie nowością nie jest - myślę tu o Domori Sambirano Madagascar 70 % (recenzja z 2016r.). Zmieniono jednak opakowanie, gramaturę (teraz to zaledwie 25 gramów) oraz kaloryczność, co zasugerowało mi, że może i w czekoladzie wprowadzono zmiany (sprawdzone: wcześniej była to mieszanka trinitario i criollo). Z całej odświeżonej serii regionalnych z kakao trinitario upolowałam jednak tylko tę. A odpowiedź na pytanie "dlaczego akurat tę?" powinna być oczywista dla tych, którzy mnie znają nieco lepiej. Lemur - i nic więcej mówić nie trzeba.

Domori Trinitario 70 % Madagascar Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Madagaskaru, z doliny rzeki Sambirano.

Po otwarciu uderzył mnie soczysty zapach wiśni i jeżyn, może też czarnej porzeczki, z czego wszystkie były minimalnie kwaskowate, a głównie słodkie i niemal słodko-podfermentowane.
Gonił je ogrom mlecznych nut: niemal kwaskawej śmietany, kefiru i twarogu, które to dopiero otwierały drogę kwaśności cytrusów, z cytrynami na czele. Te wiązały w spójną całość owocowe nuty wraz z lekkim prażeniem nibsowej kawy i drzew rozgrzanych słońcem. Przy tych cieplejszych wątkach doszukałam się rodzynek i może suszono-świeżawych (albo niedosuszonych?) fig, zataczających krąg do słodkich wiśni. Zapach był niby poważny, ale jakby jednocześnie kwiatowo lekki.

Ciemna tabliczka była twarda na tyle, by trzaskać / pykać głośno, ale zapowiadając coś bardziej kremowego, niż suchego.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i nieco opornie. Pozostawała zbita przez cały czas, dość tłustawa, ale odznaczała się nadzwyczajnie aksamitną gładkością. Kremowa i błoga, miękła i pozostawiała smugi, jakby sama siebie trochę skąpiła.

Robiąc pierwszy kęs, w pierwszej sekundzie poczułam cierpkość owoców, ale szybko zmieniło się to w ogrom słodyczy wiśni o minimalnej cierpkości.

Zaraz po nich wchodziła gorzka kawa, o dość soczystym wydźwięku. Wraz z nią pojawił się znaczący motyw prażenia, który jednak sam w sobie był delikatny. Na jego fali przybyły kwaskawe nibsy, a zaraz za nimi rozgrzane słońcem drzewa. Czułam ciepło.

Nibsową cierpkawość goniły cytrusy. Nie było ich wprawdzie dużo, ale cytryna i lekki grejpfrut cierpkością i kwaśnością sprawiły, że klimat zrobił się i soczysty, i prażony zarazem. Zaraz obok popłynął kefir, kwaskawa śmietanka... albo i śmietanka?... droga mleczna w zasadzie.

Mniej więcej w połowie kompozycja łagodniała. Poczułam mleczny smak, który z czasem wydał mi się trochę maślany. Znów to łagodne drzewa, drewno i kora przepływały przez to wszystko. Skojarzyło mi się to z tartą lub... czymś takim innym, lekko orzechowym, przyprawionym na korzenną nutę. Słodki cynamon i maślane orzechy nerkowca? Coś zrobionego z nich, posłodzonego miodem i podkreślonego leciutką, korzenną pikanterią... albo po prostu ciepłem. Ciepłem korzenno-kawowym. Oczami wyobraźni zobaczyłam kawę z pianką, na której leżały sobie przyprawy, pod którymi pianka ta powoli się uginała. A przy kawie za wszelką cenę trzymały się cierpkawe, prażone nibsy.

Po maślano-korzennym złagodzeniu, kwaśność odchodziła na tyły, by jedynie pobrzmiewać w nasilającym się smaku wiśni i jeżyn... albo porzeczek. Ogólnie owoców leśnych. Zdążyły dojrzeć, dzięki czemu smakowały słodko. Mimo to, doszukałam się przy nich czegoś wręcz wytrawnego (w starej wersji nazwałam to "miodową botwinką" - tutaj... no nie wiem). Prażoność podszeptywała im odrobinę karmelu, a te w odpowiedzi wysunęły trochę niedosuszonych, jasnych fig. Świetnie łączyły się z orzechowymi / nerkowcowo-drzewnymi nutami.
Końcówka była więc łagodna i w dużej mierze słodka. Powiedziałabym, że to jakiś mleczno-maślany, orzechowy wypiek i mnóstwo, mnóstwo słodkich, wręcz podfermentowanych owoców. Leśny miks, niemal miodowo-karmelowe figi i jagódki - słodkie, słodziuteńkie, przesłodzone przez matkę naturę.

W posmaku pozostała delikatnie gorzka kawa oraz łagodność orzechowo-maślana i pianki kawowej, a także ciepło... prażenie / korzenność... Nie taka mocna, ale jednak silniejsza niż soczysty wątek cytrusów i ogólnie słodkawych owoców. Czułam też wiśnie i drzewa. Mieszanina ta wyszła smakowicie, acz trochę w denerwujący sposób zbyt zawile, nie do określenia.

Całość bardzo mi smakowała. Wyszła intensywnie, ale nienachalnie. To niecodzienne wydanie Madagaskaru, wydaje mi się bardzo podobne do starej wersji (różnica: tamta była bardziej drzewno-drewniano-orzechowa, ta nibsowo-słodkokorzenna). Powiedziałabym jednak, że wyszła mniej prażona, choć wciąż ciepła... Może jakby dłużej konszowała? Jakby bardziej wygładzona.
To idealne wyważenie cierpkości i kwasku z przyjemnie niską słodyczą. Mnóstwo wiśni, malutko cytrusów, a wręcz karmelowo-miodowo-korzenne figi i rodzynki splatały się z gorzkawą kawą i maślano-łagodnymi orzechami. Mleczno-nibsowe akcenty jakby co pewien czas przekierowywały smaki, by nie było zbyt nudno.

Tabliczka niby łagodna, a jednak z pazurem. Stateczna gorzkość kawy i nienachalna słodycz z kwaśnością w pełni naturalną, owocowo-nabiałową, a więc taką "słodką kwaśnośnią" zachwyciła mnie, jak i poprzednio. Zaskakująca, "inna", a jednak harmonijna, bez nagłych dziwnych niespodzianek. Niby spokojna, ale... spokojnie zmienna. Pyszna i ciekawa, jednak to nie do końca ten "mój" Madagaskar (wolę m.in. Menakao).


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady (dostałam)
cena: -
kaloryczność: 533 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

sobota, 21 grudnia 2019

Heidi WinterVenture Gingerbread mleczna z przyprawami piernikowymi i ciastkami

Z Heidi dziwna sprawa. Nie cierpię tej marki, nie mam zamiaru kupić żadnego jej produktu więcej, co sobie postanowiłam już dość dawno. Kiedyś trafiłam akurat na trzy naprawdę smaczne i gdy tylko po przeprowadzce miałam okazję kupić inne, zrobiłam to. Co otworzyłam, okazywała się okropna, więc konsekwentnie trafiały do rodziców. Mamie Heidi się spodobała ("bo takie ciekawe, inne"), a tata... "Aby słodko". Niestety zapamiętał sobie, że skoro zawsze dostaje ode mnie jakieś Heidi, muszę je lubić i uważać za dobre. Około rok wcześniej obdarował mnie tak ciemnymi Luximo (bo ja przecież lubię takie z różnych krajów), tak tym razem wpadły mi Heidi... Idzie się załamać (żeby było śmieszniej, jest to czekolada z zeszłego roku, otwarta jakoś na przełomie lata i jesieni 2019, więc nie wiem, jak ma się do tego, co jest w sklepach; w tym roku na szczęście żadnych baboli od taty nie będzie). Miałam nawet nie otwierać, a oddać Mamie, ale że opakowanie ładne, a ja zbieram opakowania tylko tych czekolad, które sama jadłam, powtarzając sobie, że to właśnie zimowe (WinterVenture Apple & Cinnamon i WinterVenture Orange & Cinnamon) były dwie z trzech smacznych wspomnianych.

Heidi WinterVenture Gingerbread to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z herbatnikami i przyprawami do piernika ("i smakiem piernika" - wg producenta).

Rozerwawszy sreberko, uniosłam brwi nie wierząc w to, co poczułam. Trafiłam bowiem na pikanterię pieprzu i cały bukiet innych ostrych, korzennych przypraw, wraz z cynamonem... Przez moment wystraszyłam się, że odbije w kierunku coli, ale im dłużej wąchałam, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że przyprawy piernikowe pachną tu ładnie. Coś plastikowo-sztucznawego należało raczej do cukrowo-mlecznej czekolady, która była jedynie tłem.

W dotyku tabliczka wydała mi się sucho-tłustym, plastelinowym ulepkiem, a przy łamaniu krucho pykała jedynie za sprawą dodatków. Było w niej bowiem sporo większych i średnich kawałków ciastek o, na oko, twardej strukturze.
W ustach czekolada rozpływała się szybko, kremowo i trochę wodniście. Wydała mi się odpowiednio tłustawa, z lekko proszkowym motywem, pojawiającym się bliżej końca.
Ciasteczka początkowo wykazały się chrupkością, gdyż były świeże i nieźle wypieczone. Okazały się lekkie, mimo że tłustawe. Nasiąkały i miękły, acz rozpływały się dopiero na koniec.

Zanim jeszcze na dobre się wgryzłam w kostkę, poczułam cukier gnany przyprawami korzennymi o wyraźnej ostrości.
Słodycz rosła szybko i jakby miała się nigdy nie zatrzymać. Łaskawie dopuściła do siebie całkiem przyjemny smak mleka i maślaność. Nie zdołały jej osłabić, ale odrobinkę odciągały uwagę od czystej cukrowości.

Przyprawy rozwijały się obok słodyczy, nie łagodziły jej. Mniej więcej w połowie przecinały ją tak, że po prostu czułam ich ostry smak na tle szalejącego cukru. Dotarła do mnie dosadna, spora ilość ostro-gorzkawego pieprzu, ale i więcej właśnie gorzkawych przypraw. Gałka muszkatołowa? Kardamon? Na pewno coś rozgrzewającego. Też bardziej słodko-pikantnego... Imbir i cynamon - miałam wrażenie, że to je głównie czułam, gdy zaczęły wyłaniać się kawałki ciastek.

Ciastka na pewno nie były korzenne, a po prostu herbatnikowe. Delikatne i słodkawe, pozostawiające tłuszczowy posmak. Mieszając się z czekoladą, podkreślały jej mleczność. Z kolei im, połączenie nadało wydźwięku ciastek maślanych. Rozgryzane na koniec i tak jednak nie zneutralizowały słodyczy.

W posmaku pozostały przyprawy korzenne: ostre i gorzkawe, ale także specyficznie słodkie. Bardzo wyraziste, w towarzystwie delikatnych herbatników i mleka. Wszystko to obok przecukrzenia i drapania w gardle, utrzymujących się w zasadzie już od początku. Po zjedzeniu kawałka było to tylko oczywiście zwielokrotnione.

Chciałoby się powiedzieć, że ta czekolada była niczym słodziutkie mleko z przyprawami piernikowymi oraz herbatniki w nim maczane, ale trzeba by zmienić kolejność i proporcje. To cukier zawilgocony mlekiem z dosypanymi przyprawami oraz herbatnikami.
Spodobało mi się to, że zamiast np. pchać ciastka korzenne (które zazwyczaj wychodzą jak kamienie o smaku kartonu), dodali herbatniki swoją drogą, przyprawy swoją. Potencjał duży, ale... ale cukier. Dużo cukru. Szkoda tej pikanterii... Po raptem kostce dosłownie przytkało mnie od cukru. Napisałabym, że "nie miałam ochoty na więcej", ale właśnie... w sumie miałam, tylko że przez cukier nie dałam rady i reszta poszła do Mamy. Smutne. Jej smakowała, bo uznała, że przyjemnie korzenne i wyjątkowo dobre ciastka.


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 526 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, ciastka 8,8% (mąka pszenna, cukier, olej palmowy, syrop glukozowy, skrobia kukurydziana, słodka serwatka, lecytyna sojowa, substancje spulchniające: wodorowęglan amonu i wodorowęglan sodu; sól, aromaty: wanilii, masła), odtłuszczone mleko w proszku, mieszanka przypraw do piernika 0,5%, lecytyna sojowa, naturalny aromat wanilii