Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michel Cluizel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michel Cluizel. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 maja 2023

Michel Cluizel Plantation Mocaya 75 % Mexique / Mexico ciemna z Meksyku

Gdy została mi już ostatnia tabliczka z zakupionych zmienionych i nowych Cluizela, ucieszyłam się. Także odnośnie jej nie miałam wielkich nadziei, mimo że Michel Cluizel Mexique Mokaya 66 % mi smakowała i po zjedzeniu jej uznałam, że na pewno do niej wrócę. Gdy dowiedziałam się o zmianie, jaką było podniesienie zawartości kakao, w pierwszej chwili bardzo się ucieszyłam, ale jak przejadłam pozostałe, entuzjazm opadł.

Michel Cluizel Plantation Mocaya Grand Cru Tapachula 75% Mexique / Mexico to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao pochodzącego z Meksyku, z okolic miasta Tapachula, z plantacji Mokaya.

Po otwarciu poczułam mnóstwo drzew i gorzką kawę, podkreślone mocnym paleniem, prażeniem. To z kolei podkręciły ostrawo-goryczkowate przyprawy. Dołączyły czerwone owoce o nieco egzotycznym wydźwięku. Czułam m.in. kwaskawego granata i chyba czerwone porzeczki. Do głowy przyszła mi też suszona, słodko-kwaśna i nieco scukrzona żurawina. Owoce te podkreśliła drobna pikanteria jakby... soczystego chili i/lub rześkiego pieprzu sancho (syczuańskiego)? Słodyczy było w tym sporo, acz miała zgaszony, jakby suchy charakter. Pomyślałam o suszonych, twardych daktylach. Wszystko to rozgrywało się na łagodnej, maślano-migdałowej bazie, przekładającej się na myśl o mocno wypieczonym (sfajczonym po brzegach?) wieńcu-babce i... mazurku migdałowym, oblanym palonym karmelem (wyobrażenie; nigdy żadnego mazurka nie jadłam).

W dotyku tabliczka była dość sucha. Przy łamaniu okazała się bardzo twarda. Wydawała trzaski-strzały, kojarzące się z wystrzałami z broni palnej, by w końcu pochwalić się nieco ziarnistym, kryształkowym przekrojem, sugerującym zbitość.
W ustach rozpływała się powoli i tłusto, jednak z jakąś sugestią suchości w tle. Cechowała ją zbita maślaność, wydawała się w pewnym stopniu chłodna. Szybko jednak zaczęła się giąć, zmiękła, wykazując jedynie gęstawość, a nie gęstość. Było w niej coś z w miarę kremowej polewy, która smutno rzednie, nie zostawiając po sobie za wiele.

W smaku najpierw pojawiła się chłodna słodycz kojarząca się z lukrecją i anyżem, acz o zredukowanej ostrości. Zaraz zmieniły się w jakiś rześki miód, np. akacjowy. Taki mocno... świeżo-roślinny. 

Zaraz nadciągnęła gorzkość i orzechy. Nie były zbyt zgrane, ale jakoś tam się wiązały... Pomyślałam o orzechach laskowych prażonych nieco zbyt mocno. Palona nuta jednak zostawiła je w spokoju i przywołała drzewa oraz kawę. Kawy było całkiem sporo i to właśnie ona najlepiej zaopiekowała się palonym tonem. Jako że słodycz rosła, mignął mi likier kawowy.

W tym czasie słodycz zrobiła się też cięższa. Poczułam suszone, takie twardo-suche daktyle. Nie były pierwszej klasy, przy nich zakręciły się też inne, już nawet minimalnie soczyste suszone owoce, a miód nieco stracił na znaczeniu. Stał się jakby miodem z przyprawami, które to przyciągają więcej uwagi. Dołączyły do drzew.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do suchych owoców dołączyła słodko-kwaskawa żurawina i inne cierpkie czerwone. Chyba m.in. czerwone porzeczki. Może liofilizowane? Część miała  egzotyczny charakter, który nakręcał... ananas? Jakiś lekki cytrus? Wyłapałam granata, acz jakbym rozgryzła tylko parę kulek, z których polał się słodki sok. Coś cukrowego znalazło się przy większości tych owoców. Grzało w język i... może grzało nie tylko słodyczą? Do głowy przyszło mi soczyste chili, jakby nieco słodkie i... rześki pieprz sansho (syczuański)? Jakiś ziołowy, lekko kwaskawy? 

Miód z przyprawami, w tym z lukrecją, anyżem... obkleił drzewa porządnie. Goryczka znalazła w tym splocie upust jako kardamon i inne korzenności. Pomyślałam o wręcz przypalonym wieńcu-babce maślano-migdałowym, właśnie z przyprawami. Teoretycznie w wariancie jasnym... Waniliowym? Także on zahaczył o lukier... ale karmelowy?

Co bardziej gorzkawo-palone nuty słodycz z czasem zmieniły właśnie w mocno palony karmel. Karmel i daktyle współpracowały, podkręcając się wzajemnie. Z przyprawami raz czy drugi nawet zasugerowały melasę i... likier? Karmelowy? Taki już nieco drapiący.

Z czasem baza zostawiła sobie niewiele gorzkości, a skupiła się na maślano-migdałowym wieńcu. Migdały i orzechy laskowe (już o wiele mniej jednoznaczne) zaczęły odgrywać coraz większą rolę, ale wydawały się trochę hamowane maślanością. Podążało za nimi gorzkawe echo kawy i ziemi. Myślę o czarnej, raczej suchej ziemi, która na końcówce starała się jakoś przyprószyć likierową słodycz - i tak już palono-ostrawą. Echo owoców raczej czerwonych też dołączyło do palety likierów.

W posmaku została ziemia i mocno palone nuty kawy, orzechów, migdałów. Czułam ostro-ciepłe, goryczkowate przyprawy korzenne (chili, pieprz, lukrecję), a także cierpką soczystość owoców czerwono-egzotycznych. Do tego ciężką, niemal cukrową słodycz. Myślałam o scukrzonych, suszonych daktylach i żurawinie, ale też karmelu. Ostała się też sucha cierpkość jakby przypalonego ciasta.

Całość była smaczna, ale nie jakoś szczególnie. Mocno palono-prażona, faktycznie gorzka od kawy, drzew, przypraw oraz kwaskawa za sprawą splotu owoców. Czerwone porzeczki i żurawina, ananas spotkały się z suszonymi daktylami, które to z kolei miały wiele wspólnego z karmelem. Wszystko zdawało się opierać na paleniu, prażeniu. Rześkość, co ciekawe, nie pochodziła od owoców a bardziej od wyjątkowo roślinnego miodu, przypraw (lukrecji). Migdały i orzechy z kolei łagodziły wszystko. Chwilami aż przypalone nuty mi przeszkadzały, ciastowe wybiegi jakoś nie pasowały, a bardziej cukrowo-scukrzone wątki denerwowały, jednak na szczęście nie było tego w kompozycji wiele.
O dziwo był to jeden z mniej tłustych Cluizelów, ale i jego konsystencja zbitego masła, potem lekka wodnistość nie przemówiły do mnie. Mimo wszystko, to pozytywne zaskoczenie... tylko, że jakoś i tak bez szału. I tak jednak marce już podziękuję.
Na pewno od czasów Mexique Mokaya 66 % zmienił się mój gust, ale wydaje mi się, że producent teraz kombinuje, kombinuje, a i tak jakoś nie bardzo wie, w którym tu kierunku pójść i takie jakieś mu te czekolady wychodzą... Ta pewnie miała być mocno gorzka, a wcale nie była jakoś szczególnie gorzka; bardziej palona.

Kawę, korzenność, w tym pieprz i lukrecję, likier, suszoną żurawinę (ale też inne suszone owoce np. śliwki, figi) czułam w Cluizelu Mexique Mokaya 66 %, która choć słodsza, wydawała się bardziej gorzka od samego kakao. Ogólnie wyszła piernikowo. Dzisiaj przedstawiana to sporo różnych, w tym świeższych nut i owoców, i roślin, orzechów. Była bardziej palona, a także jakoś mniej zgrana.


ocena: 8/10
cena: 40 zł (cena półkowa za 70g)
kaloryczność: 581 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 23 marca 2023

Michel Cluizel Plantation El Jardin 75 % Colombie ciemna z Kolumbii

Choć w pierwszej chwili, gdy dowiedziałam się o zmianach Cluizela, poczułam lichą nadzieję, to jednak wraz ze zjadaniem coraz to kolejnych, zmarkotniałam. Czego się spodziewałam? Byłam zła na siebie, że tak głupio dałam się zwieść. Nawet do tych o najwyższej zawartości kakao nie miałam złudzeń. Michel Cluizel Plantation El Jardin 69 % Colombie jadłam w 2018 i mi smakowała, ale cóż... co mi po wyższej zawartości kakao, jak zmienili cukier z trzcinowego na biały, który tak często mi przeszkadza?
Plantacja El Jardin leży nieopodal rzeki Ariani, niektórzy nazywają ją ogrodem. Ciekawe, na co to miało się przełożyć, zmieszane w nowej kompozycji Cluizela.
Planując degustacje, zupełnie przeoczyłam fakt, iż ustawiłam obok siebie dwie tabliczki z Kolumbii - jakoś przez nazwy nieokreślające regionu wprost, umknęło mi to, a dotarło dopiero, gdy sięgałam po Cluizela (chodzi o Naive).

Michel Cluizel Plantation El Jardin 75% Colombie to ciemna czekolada o zawartości 73 % kakao z z Kolumbii, z plantacji El Jardin.

Po otwarciu poczułam grillowane warzywa i owoce. Pomyślałam o słodkiej papryce i egzotycznym, słodko-"pomidorowatym" tamarillo z leciusim kwaskiem w tle. Do tego rozchodziła się trochę mydlana słodycz maślanego karmelu i jakby lukrowo-miętowy, słodki chłodek. Zaraz wyobraziłam sobie cukrowe laski miętowe (świąteczne, gwiazdkowe). Plątały się tam jeszcze jakieś czerwone owoce... może jako poncz lub podsuszone? Chodziło mi po głowie coś żurawinowo-jabłkowego. Przykryło to trochę kwiatów, a powagi próbowało dodać palone drewno. W zasadzie... całkiem sporo drewna, trochę goryczkowatego, bo aż spalonego miejscami na węgiel.

Już w dotyku tabliczka była tłusta i kremowa, a zarazem sucha. Przy łamaniu i tak okazała się twarda niemal jak kamień i głośno trzaskająca jak cienkie, suche gałązki. Wykazywała masywność, która trochę kojarzyła mi się z chrupką polewą czekoladową.
W ustach rozpływała się średnio szybko. Potwierdziła swoją tłustość, którą odebrałam jako mocno maślaną. Do tego cechowała ją gibkość, nieco sucha kremowość i gładkość... do pewnego czasu. Kiedy kremowa maź porządnie pokrywała podniebienie, odnotowywałam lekką pylistość.

W smaku pierwsza rozeszła się nijaka słodycz. Niby lekka, a jednak odosobniona, bez wyrazu. Zaraz jednak weszła na karmelową ścieżkę.

Pojawiło się drewno. To był smak drewna nieco kręcącego w nosie, aromatycznego. Wprowadziło lekką gorzkość. Drewno umocniło się. Dołączyła do niego palona nuta, która zaraz zaskarbiła sobie gorzkość. Odnotowałam lekko piernikowy wątek, z cierpkawo-kwaskawą przyprawą (?) albo... takowym miodem? Piernik z pieprzem ziołowym, o!

Umocnił się też karmel, bo drewniana nuta pomogła mu się porządniej "dokarmelizować". Został wyraźnie palonym karmelem. Albo palonokarmelowymi karmelkami.

W tle nieśmiało zagrał kwasek. Czy nawet kwaseczek. Należał do niedookreślonych czerwonych owoców. Było w nich coś egzotycznego.

Karmel w tym czasie jednak sobie darował i stał się bardziej maślany, pozwalając maślaności rozejść się jako baza. Weszła na pierwszy plan, znów czyniąc słodycz bardziej bez wyrazu. A jednak tym razem okazała się już silniejsza. Wyobraziłam sobie gwiazdkowe miętowo-cukrowe laski, którymi to zadrapała nieco w gardle. Mięta... mieszała się ze słodyczą także pudrową, co odbierało jej charakter, acz nieco wciąż chłodziła.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przed oczami wyobraźni stanął mi nieco schłodzony napój / sok w wariancie miętowo-jabłkowym lub... miętowo-jabłkowo-żurawinowym? Czerwone owoce doskoczyły do słodyczy, ciągnąc za sobą odrobinkę kwasku. Przypomniał mi się kwachowaty dereń o strukturze jabłka (o którym pisałam na instagramie) czy świeża żurawina (też była na insta) - tylko że jakby z zupełnie wyciętym kwaskiem. Niby je czuć... a jednak jakoś coś je przygaszało.

Może kwiaty? Suszone i zwietrzałe? Albo wielokwiatowy, scukrzony miód, który i w smaku jakoś w cukrowość poszedł. Przez moment pomyślałam też o miodzie truskawkowym (z wmieszanymi owocami). Trochę drapało od tego w gardle. Truskawki musiałyby być jednak jakieś... liofilizowane? Pudrowo-suche. Podobnie mięta wydała mi się jakaś sucho-zwietrzała.

A jednak w tym wszystkim niepewnie prześmignęła goryczka. Postarała się o charakter kompozycji, przypominając o drzewach. Drewno trochę spalono, aż na węgiel miejscami. Całość była mocno palona. Drewno właśnie zaczęło nieco wypierać maślaną łagodność. Możliwe, że i trochę palonej kawy mu pomogło.

Wtedy mięta przywołała chyba więcej ziół i przypraw... trudnych do połapania, ale pewna dziwna mydlaność i słodycz nagle zasunęły wyraźnie kandyzowany, właśnie mydlany imbir. Trochę ostrawy, do bólu słodki i "smakowo suchy". Pomyślałam o mocno pieczonym pierniku wypełnionym właśnie czymś takim i słodzonym miodem. Może też oblanym cierpkawą polewą kakaową? W towarzystwie piernikowej kawy?

Nad palonym drewnem grillowały się w tym czasie czerwone owoce i słodkie warzywa... Może z orzechami i pestkami? Znowu pomyślałam o soczystym, wytrawniejszym tamarillo i jakiś chyba mi nieznanych. Jak jakaś sałatka głównie owocowa, posypana nimi. Konkretniej fistaszkami? Znów może jednak ta żurawina, ale... jako coś żurawinowego? Owocowe karmelki?

Na koniec zrobiło się łagodniej, znów wzrosła słodycz, więc pomyślałam raczej o jakimś ponczu z czerwonych owoców (w tym truskawek?), napoju czy soku... może z echem mięty i kandyzowanego imbiru? Na pewno czuć jego rozgrzewającą język ciepłą ostrość. Do tego poczułam jakby szczypanie ostro-chłodnej lukrecji. Mimo egzotyki, smaki były tu raczej "gwiazdkowe". Z drewnem palącym się w kominku w tle? I nutką grillowanych orzechów... oprószonych kakao?

W posmaku została głównie maślaność, aż nieco palono-metaliczna i... delikatny kwasek owoców, niezbyt soczysty i niejednoznaczny. Czułam też palone drewno, goryczkę (pestek słonecznika?) i cierpkość - może nawet dym? Wszystko to było otoczone prostą, mdławo-pudrową słodyczą.

Czekolada jakoś mnie nie chwyciła. Struktura przeciętna, a smak dziwny. Stłumiono-nijaki, a jednak wyrazisty w a to maślaność, a to drewno, a to cukierkową miętę czy ogólnie pewną cukierkowość-karmelkowość; mydlany karmel i imbir... Tylko że one same w sobie nie były charakterne, bo jakby wgryzła się w nie cukrowość. Czerwone owoce bardzo niejednoznaczne - raczej twory z nich, a więc poncze i napoje. Ciekawa była nuta wytrawniejszych i egzotycznych owoców, np. tamarillo, ale nie chwyciła. Szkoda, że taka tłumiąca słodycz wszędzie się wemknęła, a kwasek i gorzkość nie rozwinęły się, jak trzeba. Jestem pewna, że gdyby była słodzona cukrem trzcinowym, z łatwością miałaby 8, a nie 7. Z Cluizelem takim jak ten mam zasadniczy problem: równie przyjemny i cukrowy jest J.D. Gross Ekwador 70 % (2020) czy Lindt Excellence Dark 70 % (2021) - tylko że od ceny i półki swoje wymagam...

Brakowało mi odważniejszej piernikowości Michel Cluizel Plantation El Jardin 69 % Colombie, a także tego, że jej słodycz poszła w banany, było ogólnie więcej owoców. Nowa wersja wydała mi się mocniej palona, jakby paleniem producent próbował ukryć biały cukier.


ocena: 7/10
cena: 40 zł (cena półkowa za 70g)
kaloryczność: 581 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 13 marca 2023

Michel Cluizel Plantation Vila Gracinda 73% Sao Tome ciemna z Wysp Świętego Tomasza

Sama nie wiem, co mi do głowy przyszło, że marka, której wyroby są mi za słodkie i za tłuste, mogła się jakoś ogarnąć i stworzyć coś wartego mojej uwagi? Trochę byłam na siebie zła, że dałam się im nabrać, na te wszystkie zmiany jak choćby zwiększenie zawartości kakao... A jednak każdemu może się udać coś zrobić dobrze, ludzie jednak mają umiejętność uczenia się... chyba jednak nie ci od Cluizela. No, albo po prostu mój gust, a profesjonalnych degustatorów od Akademii Czekolady się różni, trudno. Mnie tam tylko czekała kolejna potencjalnie niesatysfakcjonująca nowa wersja - wszak Michel Cluizel Vila Gracinda 67 % z 2016 znam.

Michel Cluizel Plantation Vila Gracinda 73% Sao Tome to ciemna czekolada o zawartości 73 % kakao z Sao Tome / Wysp Świętego Tomasza, z okolic miasta Santo Amaro, z plantacji Vila Gracinda. 

Po otwarciu poczułam mocno palony zapach, w którym mignęła mi ledwo uchwytna kawa. O wiele więcej czułam nut grillowanych... węgla, drewna i... grillowanej słodkiej papryki? Aż zwęglonej i wplatającej trochę wytrawnie-ciężkiej soczystości. Do głowy przyszedł mi też jakiś wieloowocowy, egzotyczny sok, chyba właśnie na bazie owoców czerwonych. W świeżości, w którą się wpisywały, czułam także jakby świeżego, kwaskawego kokosa i ogólnie pewną roślinność, "zieloność". Trochę ziół? Może nawet nieśmiałe orzechy próbowały łączyć to z drewnem? Na pewno odnotowałam jeszcze słodkie, ciężkie ciastka korzenne. Mocno wypieczone i przesłodzone białym cukrem.

Tabliczka przy łamaniu wydawała głośne trzaski, choć już i kremową tłustość zdradzała. Jej twardość skojarzyła mi się z masywną polewą.
W ustach rozpływała się  umiarkowanie wolno, bardzo łatwo. Była gładka i tłusta w maślano-śmietankowy, kremowy sposób. Jedynie gęstawa, bardzo gibka i plastyczna. Pokrywała podniebienie dosłownie na chwilę i znikała już rzadziej, jakby na nic, bez echa. Nie mogłam odegnać skojarzenia z aksamitną, acz polewą.

W smaku najpierw polało się mleko w aż zaskakującej ilości, po czym baza zrobiła się mleczno-maślana. Łagodna, słodkawa w jakby naturalny sposób.

Pojawił się kokos, właśnie też trochę mleczny, trochę jak miazga-miąższ, a więc krem z kokosa. Mignął mi drobniusieńki kwasek, który zaraz się schował. Obok rosła słodycz, stąd przed oczami stanęła mi biała czekolada. Biała czekolada z mnóstwem wyprażonych wiórków kokosowych. Biało czekoladowa nuta płynęła cały czas, obok wszystkiego innego, raz po raz zaznaczając swoją cukrową obecność w gardle.

Wiórki wniosły lekką goryczkę, po czym kokosowość odeszła na dalszy plan. Na pierwszy wkroczyło przesłodzone ciasto czekoladowe o całkiem wysokiej gorzkości i chyba z nutką chili. Podkręciło palony wątek, bo samo było chyba aż poprzypalane.

Przewijała się za tym wszystkim soczystość. Pomyślałam o grillowanej papryce, której trzymała się maślana nuta, a potem wyobraziłam sobie jakieś gęste danie paprykowo-maślane, z ananasem (gdybym miała wskazać kuchnię, byłby to Meksyk). W tle przemknęła mi też chyba nektarynka... Soczyste, niby wytrawne, a jednocześnie słodkie i kwaskawe. Z dodatkiem soku z cytryny? Trochę jak wytrawne czerwone wino z rozgrzewająco-soczystym motywem. Pomyślałam też o kwaskawych ziołach, łąkach... Jakby kwaskawo-soczystej trawie?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz wzrosła znacząco. Towarzyszyła pierwszoplanowym nutom i trochę irytowała. Należała do najzwyklejszego, białego cukru, ale wciąż sugerowała też maślano-mleczną białą czekoladę.

Gorzkość trochę na zasadzie kontrastu wydała się przy niej nie tyle wyższa, co uwypuklona. Po cieście przemknęła do węgla i drewna. Wyobraziłam sobie zwęglone drewno, a potem grillowane, palone orzechy. Niezbyt jednoznaczne... Na pewno czułam laskowe, ale chyba też brazylijskie i fistaszki. Z czasem zaserwowały sporo tłustości, maślaności. Wyszły łagodnie niczym orzechowo-czekoladowy krem na ich bazie. Palona goryczka mignęła mi kawą, ale ta znów się schowała wśród drzew.

Z czekoladowego ciasta wyjrzało jednak chili... przemieszało się z nutką czerwonego dania i pod wpływem jego delikatnej owocowości wyciągnęło skądś czerwone owoce. Były niejednoznaczne, nieco egzotyczne, niektóre dość ciężkie. Jak owoce dzikiej róży? Tylko że słodycz próbowała się w nie wgryźć, skandyzować. Dodatkowo napędziły ciężkość.

Drobna pikanteria też była ciężka. Słodycz nie odpuszczała jej ani na krok, więc pomyślałam o przyprawach korzennych... może nawet ciastkach? Albo... jakiejś przyprawionej kawie (z Meksyku? wydźwięk przypraw i dań tak mi się kojarzył). Dolało się do niej mleko, a ciastka... może to biała czekolada z ciastkami korzennymi (jak np. Ambiente Speculoos Blanc). Te wątki łagodziły całość.

Soczystość walczyła do końca. Pod koniec, choć z czerwonych nic się nie wyklarowało, chyba bardziej wyłonił się słodko-kwaskawy ananas i... ananas kandyzowany. Zagłuszył tego świeżego. Wychwyciłam też kandyzowaną skórkę cytryny.

Na sam koniec nasiliła się palono-węglowa, drzewna nuta. Podkreśliła rześkość - nie soczystość - należącą do roślin. Wydała mi się nawet lekko ziołowa, trochę ostrawa, ale nie ostra. Ciepła, choć odświeżająca. Znów pomyślałam o orzechowo-czekoladowym kremie.

Po zjedzeniu został posmak palono węglowo-drzewny, orzechowo-kwaskawy (kokosowy?), trochę cytrusowo-egzotyczny i cukrowo słodki, przy czym czuć ordynarność białego cukru. Do tego lekka soczystość niezbyt określonych czerwonych tworów - owoców, ale z wytrawniejszym, paprykowym zacięciem. Korzenność wyszła jako ciepło.

Całość poniekąd mi smakowała, ale zupełnie bez szału. Wytrawniejsze nuty (papryka, ciężkie czerwone owoce) zupełnie nie pasowały do ordynarnej, cukrowej słodyczy. Mocne palenie jakoś mi nie podeszło, mimo że zaserwowało sporo przyjemnych drzew i węgla. Korzenność nie domagała, a orzechowych i roślinnych akcentów wolałabym więcej. Bardzo intrygująca była nuta białej czekolady, ale ogólnie mleczności i maślaności mi w tym za wiele. Owoców z kolei mało, ale tu akurat nie wiem, czy więcej by pasowało. Egzotyczna nuta w zasadzie wystarczyła, była w porządku.

Wyszła bardziej cukrowo ordynarnie od Michel Cluizel Vila Gracinda 67 % z 2016 (podlinkowanej pomogła wanilia). Była też mocniej palona. Podlinkowana przytoczyła ciekawe nuty kwaskawych ziół, kwaśną śmietankę skonfrontowała z owocami, a dzisiaj przedstawiana pobrzmiewała świeżo-kwaskawo, miała śmietankowe i owocowe nuty, ale wszystkie one jakby nie zgrywały się i nie miały w sobie tego czegoś. Miałam wrażenie, jakby producent zwiększył nie tyle zawartość miazgi kakaowej, co tłuszczu. Choć nie była rzadka, brakowało mi w niej gęstości.

Drzewa, śmietanka, chili, niby wytrawniejsze zapędy, a jednak przesadzoną słodycz czułam w 100% Czekolady Sao Tome 60,7 %. Dzisiaj opisywana może nawet nie była aż tak mocno cukrowa, ale nuty  masła i mleka pozwoliły słodyczy szaleć.


ocena: 7/10
cena: 40 zł (cena półkowa za 70g)
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

piątek, 10 lutego 2023

Michel Cluizel Plantation Mangaro 71 % Madagascar ciemna z Madagaskaru

Najpierw o tej tabliczce myślałam raczej pozytywnie, bo choć ma tylko 70%, to jednak na Cluizela to i tak sporo. Mało tego, już mająca 65% - co prawda w roku 2015 - mi smakowała i uznałam wtedy, że mogłabym do niej wrócić. Obecnie do 65% bym nie wróciła na pewno, ale nowej tabliczki z tamtego regionu byłam trochę ciekawa. I nie ukrywam, że zastanawiałam się, jak to taki ceniony w świecie Cluizel wypadnie w zestawieniu z Halbą Coop Naturaplan 82 % Madagascar Chocolat Noir bio. Moje optymistyczne nastawienie jednak znacząco zmalało po nowych lub pozmienianych czekoladach tej marki, które spróbowałam przed dzisiaj prezentowaną. Wciąż nie są czymś, co mnie satysfakcjonuje.

Michel Cluizel Plantation Mangaro 71% Madagascar to ciemna czekolada o zawartości 71 % kakao z Madagaskaru, z dystryktu Ambanja, okolic miasta Ambohimarina, z plantacji Mangaro.

Po otwarciu poczułam mocno palony, trochę wędzony zapach. Wyraźnie czułam przyprawy korzenne o znaczącej pikanterii. Na przodzie znalazło się chili, potem imbir, a także kardamon. Ostatni utworzył gładkie przejście do nut palono-pieczonych, reprezentujących drzewa, drewno oraz poprzypalane wafle i andruty. Czułam również bardzo wysoką i duszną słodycz, przez którą pomyślałam o jakimś tłustym, ciężkim cieście... francuskim? Z lukrem, wyraźną cukrowością. Może to jakieś pączki hiszpańskie / tzw. gniazda? Do tego dołączyło niewiele owoców: jakby podwędzone cytrusy (jako masy i przeciery?) oraz trochę ciemnych jeżyn i żurawiny... przyprawionej jakoś wytrawniej (bo też jako jakaś masa / sos). 

Już w dotyku kremowo-tłusta tabliczka przy łamaniu wydawała głośne trzaski. Była twarda i konkretna, masywna. Przypominała jednak trochę polewę. Przekrój miała zbity i nieco ziarnisty.
W ustach rozpływała się łatwo, w tempie umiarkowanie wolnym. Okazała się w większości gładka. Wykazywała tłustość mieszaniny masła i śmietanki oraz kremowość. Na chwilę jakby gęstniała, po czym rzedła, pokrywając swoją minimalnie soczystą mazią podniebienie i wykazując pod koniec lekką pylistość. Cały czas chyliła się ku polewie.

W smaku najpierw rozlała się odrobinka mleka. Mignęło w nim echo kefiru. Mleczność wprowadziła słodkie, lukrowane croissanty, ciasto francuskie i tłusto-słodkie, lepkie pączki hiszpańskie / "gniazdka". Cukrowość i maślaność, tłustość uderzały, po czym ogólnie trochę się rozchodziły. Tłustość słabła, słodycz rosła.

W kolejnych sekundach zaczęły pojawiać się kwaśno-soczyste przebłyski cytrusów. Najpierw niezbyt jednoznaczne, głównie cytrynowe.

Po bardzo słodkich wypiekach pojawiły się mniej słodkie andruty i wafle. Niosły ze sobą pieczono-palony wątek. W całości okazał się istotny. Andruty przez jakiś czas wyszły chyba najwyraźniej, acz potem wesoło machały do tych słodszych i tłustszych wypieków. Cały czas w tle drapał biały cukier i lukier.

Owoce w tym czasie zdążyły się nieco rozwinąć. Po cytrynie przyszedł grejpfrut... bardzo jednak słodki i raczej nie czerwony, a biały / żółty i/lub sweetie... Zaraz przygłuszyło go słodkie, średnio soczyste pomelo. Powiązało niski kwasek i słodycz, ale wskazało też drobną cierpkość. Była soczysta. Przemknęła chyba też pomarańcza.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa obok palonej nuty odnotowałam ciepło, a że soczystość i w nie weszła, pomyślałam o świeżym, a następnie marynowanym imbirze. Odrobince... i wchodzącym w jakieś słodzone masy z owoców cytrusowych. Z wędzonych cytrusów? Wyobraziłam sobie jakieś lepkie nadzienie do opisanych na początku słodko-tłustych wypieków. Tym andruty zdążyły dopowiedzieć faworki (znane też jako chrust) obsypane wilgotniejącym, lukrującym się cukrem pudrem.

Palone i wędzone nuty mieszały się z wypiekami, które z czasem zmieniły się w drzewa i drewno. Uplasowała się w nich niska gorzkość. Płynęła spokojnie, trochę onieśmielona innymi nutami. Mimo to, drzewom udało się wedrzeć na pierwszy plan. Nuty, a dokładniej głównie imbir, o ostrzejszych zapędach przeistoczyły się w przyprawy korzenne o gorzkim charakterze. Pomyślałam o kardamonie, pieprzu... i jednak znów czymś ostrzejszym? Np. chili? 

Słodycz natomiast miała się bardzo dobrze. Cały czas wracała do lukru, chwilami swoją ordynarną, zwykłą cukrowością irytowała. Zwłaszcza, gdy dosładzała cytrusy / cytrusowe masy. Drapała w gardle.

Z czasem za cytrusami, głównie pomelo, pojawiły się owoce ciemniejsze; ciemno-czerwone. Tkwiła w nich cierpkość... ale czymże były? Jeżyno-jagodo-aronią? Przemknęła myśl o dojrzałym, aż miękkim i słodkim ciemnym agreście Pojawiły się też inne kwaskawe owoce - jakieś zielone? Pomyślałam o agreście z kolei zielonym oraz zielonych jabłkach, ale i one zaraz zniknęły.

Wróciła bardziej mleczna nuta, acz z dopowiedzianym wędzonym charakterem. Coś może jak wędzony twaróg? Choć też z lekkim kwaskiem, zdawał się łagodzić, wyciszać kompozycję, wciągając w siebie cytrusy i wypieki.

Po zjedzeniu został słodko-cierpkawy posmak pomelo, a także wafli i drzew, związanych z mocno pieczono-wędzonym wątkiem. Do tego czułam lukier i cukier, wraz z przesłodzeniem - też na poziomie gardła, co podkreśliła lekka pikanteria.

Całość wyszła w zasadzie w porządku, ale bez polotu. Przesłodzona lukrem i cukrem, tłusto-pieczona, pełna ciast francuskich i pączków, andrutów miała też przyjemne nuty drzew, pomelo i innych cytrusów, przypraw. Szkoda jednak, że ciemno-czerwone owoce były tak nikłą nutą, że nie dało się ich ponazywać. Ciekawie wyszła mleczna nuta, ale też jakoś niezbyt mi pasowała. Wędzenie intrygowało, ale jemu przydałoby się inne towarzystwo. Kompozycja głównie słodka, acz z owocową kwaśnością niepodważalnie. To jednak kwaśność mocno dosłodzona i... cierpiąca na osamotnienie ze strony gorzkości. Gdyby nie ta słodycz, naprawdę mogłoby być ciekawie.

Czekolada przypominała Cluizela Mangaro 65 % (recenzja z 2015). Też czułam w niej wyraźne wędzenie, cytrusy ze wskazaniem na skórki, mleczność, pikantne przyprawy, ciemno-czerwone owoce. A jednak... mimo wyższej słodyczy, która to była miodowo-waniliowo-kajmakowa, tamta jakoś bardziej "grała". Różne owoce typu winogrona, jabłka lepiej zagrały niż... bardziej madagaskarskie dzisiejszej. Pomelo, przyprawy i nawet wafle dzisiejszej byłyby zacne, gdyby nie ta straszna lukrowość. Słodycz dzisiaj opisywanej miała po prostu bardziej chamski wydźwięk. I nie pomogła nawet gorzkawość, która... no, była za słaba ogółem, więc może nie dziwne, że nie miała, jak pomóc.


ocena: 8/10
cena: 40 zł (cena półkowa za 70g)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

wtorek, 24 stycznia 2023

Michel Cluizel Plantation Riachuelo 70 % Bresil ciemna z Brazylii

Do Cluizela jestem bardzo sceptycznie nastawiona, choć jego tabliczkom raz czy dwa udało się smacznie wyjść. Michel Cluizel Plantation Riachuelo 70% Bresil w 2020 już jadłam, nie zamierzałam do niej wracać, ale czekoladę zmieniono. Zmieniono też ogólnie asortyment, więc uznałam, że jednak sprawdzę, co tam u nich się porobiło. Na pewno nie zmienił się region - samo serce lasu deszczowego brzmiało tak kusząco! Ale czy w wydaniu Cluizela...?

Michel Cluizel Plantation Riachuelo 70% Bresil to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Brazylii, ze stanu Bahia, z plantacji Riachuelo.

Po otwarciu smagnął zapach słodkiego wina i zniknął niemal równie szybko jak się pojawił na rzecz całej mieszaniny czerwonych owoców. Były niezbyt jednoznaczne, choć na pewno słodkie i o egzotycznym charakterze. Pomyślałam o granacie. Do tego czułam chleb ze sporą ilością masła i prażoną nutę. Podkreśliły ją drzewa, rośliny, liście. Wraz z owocami wprowadziły trochę rześkości, jednak wszystko i tak zdawało się osnute ciężkością cukru (choć nie była chamsko cukrowa). Może też odrobiną dymu? Całość była znacząco słodka od wyjątkowo delikatnych, jasnych suszonych fig.

Tabliczka już w dotyku wydawała się tłusta i kremowa, jednak wciąż twarda. Przy łamaniu wydawała średnio głośne, ale bardzo masywne trzaski. Była trochę jak dość krucha tafla ze stwardniałego, gęstego kremu.
W ustach rozpływała się łatwo, w tempie dość szybkim jak na ciemną. Potwierdziła i tłustość, i kremowość. Przypominała gładką mieszankę ciepłego masła i śmietanki. Ochoczo rzedła, z czasem wykazując lekką, aksamitną pylistość i namiastkę wymykającej się z niej soczystości.

W smaku pierwszy uderzył słodki splot karmelu, miodu i fig. Suszone figi szybko rozgoniły konkurencję, zostając w zasadzie osamotnione. Słodycz jednak nie zelżała; była bardzo wysoka.

Tuż-tuż za nią mknęła jednak soczysta, ledwie kwaskawa wiśnia. Słodko-kwaśny owoc rozlał po ustach swój sok, zapraszając inne owoce. Na pewno pojawiły się słodkie zielone winogrona i jakieś różne czerwone owoce. Już znacznie słodsze. Do tego stopnia, że wydawały się aż rozmyte, nieokreślone. Przyniosły egzotyczny klimat, a ja pomyślałam o słodkim, dojrzałym granacie. Właściwie może raczej o soku z niego, aspirującym do słodkiego wina? Pojawiła się w nim lekka cierpkość (może nieco kakaowa jak nibsy?)

Z czasem przybył też masłem smarowany chleb... I szyk zdania nie jest pomyłką, bo to właśnie masło grało tu najistotniejszą rolę. Przez pewien czas kompozycja wydawała mi się głównie maślana, mimo soczystego echa. Ciemnawy, acz raczej delikatny, jakiś razowy chleb pod nim był mniej istotny. Może w ogóle to jakiś pseudochleb, np. "pieczywo chrupkie"?  Wprowadził tylko pieczono-prażoną nutkę.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa maślaność zrobiła się bardziej orzechowa. Lekkie prażenie wydobyło z tego nerkowce. Orzechy nerkowca przez moment wydały mi się zaskakująco jednoznaczne. Doszły do nich blanszowane, delikatne migdały. Przemieszały się z suszonymi figami, kojarząc się trochę z miękkawym surowym batonem ("raw bar") - chleb właśnie w niego się zmienił. Słodycz bez kompromisów wciąż rosła, aż drapiąc w gardle jak mieszanka jasnych, soczystych suszonych fig i miodu. Wyłapałam przy nich ordynarność białego cukru. Niestety w dużej mierze przygłuszyła orzechy.

Do głowy przyszły mi jasne wafelki z kremem śmietankowym. Do maślaności właśnie słodka, delikatnie mleczna śmietanka dołączyła, także wpisując się w przesadzoną słodycz. 

Jednocześnie owoce wirowały w soczystości. Granaty spośród czerwonych dominowały, innych nie umiałam nazwać. Były jakieś słodkie, jedynie z domniemaniem kwasku, egzotyczne... z granatem za to odważnie balował soczysty, słodki ananas i marakuja. Wtórowały im słodkie, świeże figi adriatyckie... (o różowym miąższu, zielonej skórce) I znów poczułam jasne winogrona. Jakby suszyły się... przełożyły się na pewno na spójność kompozycji. Daleko w tle pomykała nutka... słodka, ale niby kwaskawa... jakby cytrusowa, ale niekoniecznie. Trochę rodzynkowa.

Z czasem lekko pieczono-prażona nuta zawalczyła o gorzkość. Za orzechami i migdałami odnotowałam trochę drzew, może... ziemistość? Chlebowo-rawbarowa nutka zaczęła zdradzać jakby grzybową naleciałość... Pieczone, wymieszane z masłem grzyby i orzechy...? Nie uczyniły jednak kompozycji zbyt wytrawną. O gorzkości też trudno mówić; to jedynie jakaś namiastka goryczki. Wyobraziłam sobie, pod wpływem tych waflowo-chlebowych akcentów, pieczywo chrupkie (ciemne?) posmarowane zacukrzonym kremem kakaowym, właśnie z wyraźnie zaznaczonym pylistym kakao. A jednak też zdecydowanie za słodkim.

To słodycz bowiem dominowała cały czas. Pod koniec znów połączyła owoce, mało jednoznaczne, bardziej ogólnie suszone i karmel. Co wytrawniejsze nuty zamknęły soczyste owoce czerwone do butelki, zmieniając je w czerwone, słodkie wino z odrobinkę pikantniejszym wykończeniem. Drapało i rozgrzewało, przy wsparciu miodu, cukru i słodkich, suszonych, acz soczystych owoców.

Posmak należał do kwaskawych rodzynek, słdokiego karmelu, miodu, fig i po prostu cukru. Czułam jednak też egzotycznie kwaskawego echa chyba marakui i innych. Niewątpliwie czułam maślaność, trochę orzechów i pieczony wątek.

Całość w sumie mi smakowała, ale też zasłodziła tymi wszystkimi figami, karmelami i miodami. Dużo masła, przez co nutki chleba czy orzechów, migdałów, ziemi nie mogły się spod jego rządów wyrwać - szkoda. Egzotyczne owoce i wiśnie odegrały zacną, ważną rolę. Przełamały nieco słodycz soczystością, ale jednak i one nie wyszły na pierwszy plan. Wiśnie, figi, ananas i marakuja - bardzo ciekawy splot, a jednak... zabrakło mu pasującego otoczenia.

Dawna, mimo wysokiej słodyczy, wciąż była dość gorzko-kwaśna. Migdały i drzewa je łączą, podobnie jak egzotyczne owoce, jednak dawna miała więcej charakteru. Bardziej kakaowa, bardziej pieczona (jak kakaowy wafelek)... ogólnie jakaś "bardziej". Jeżyny i nibsy, rumianek z niej uprzyjemniły mi maślaność. Dzisiaj przedstawiana jakoś jakby na tej maślaności się skupiła. I choć oprócz niej czułam sporo orzechów (dawna była bardziej maślana i kwaśno śmietanowa), to jednak wciąż za mało, by mnie zachwycić. Nie mogę powiedzieć, by było z nią coś nie tak, po prostu mnie nie chwyciła. Smakowo może jeszcze by wyciągnęła na 8, ale i konsystencja mi nie odpowiadała.


ocena: 7/10
cena: 39 zł (cena półkowa za 70g)
kaloryczność: 570 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

środa, 28 grudnia 2022

Michel Cluizel La Laguna 70 % Guatemala ciemna z Gwatemali

Nie trafiam na zbyt wiele czekolad z Gwatemali, ale jak już, to zazwyczaj mają bardzo smaczne nuty. Dlatego gdy Michel Cluizel pozmieniał swoją ofertę, a tabliczki zyskały nowe opakowania, postanowiłam dać szansę nowej wersji czekolady stamtąd tej właśnie marki, mimo że ogólnie jej specyfika nie jest w moim typie. Michel Cluizel Plantation La Laguna 70 % Guatemala jadłam w 2021 i uznałam, że w zasadzie mogłabym do niej wrócić pod pewnymi warunkami. Stąd i powrót. Nie spodziewałam się, że wyjdzie lepiej, ale liczyłam na miłą degustację. Zwłaszcza, że już się naczytałam o plantacji, położonej w górskim lesie Alta Verapaz (w centralnej Gwatemali), gdzie przepływa rzeka Cahabón, mijająca po drodze do jeziora La Laguna jakieś 4800 ha plantacji. Nie dość, że życiodajna, to może ta woda miała być jeszcze "nutodajna" (trochę żartuję) dla kakao rosnącego jakieś 475-600 m n.p.m.

Michel Cluizel La Laguna 70% Guatemala to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Gwatemali, z departamentu Alta Verapaz, z plantacji La Laguna.

Po otwarciu błysnęły soczyste, ciemne owoce. Zaraz pomyślałam raczej o soku z nich, a potem rozeszło się palone drewno. Za jego sprawą baza miała charakter ogniska tylko co zagaszonego wodą i jeszcze trochę dymiącego. Była bowiem wilgotna w wydźwięku... też trochę jak wilgotne skały... Przy któych znajdowało się jeszcze więcej zawilgoconego drewna. A jednak pieczone nuty także miały się nieźle. Mignęły mi pieczone ziemniaki, później raczej soja, odpowiadająca za gorzkość, ziemistość. Wprowadziła trochę ziół, wraz z ich pikanterią. Ta z ochotą mieszała się z drapiącą słodyczą miodu i karmelu. Nieco zakrywała owoce, ale je także wyraźnie cały czas czuć. Głównie śliwki, wiśnie... może jako sok lub nawet pikantniejsze wino czy porządnie przyprawiony dżem. Pieczono-palony wątek złączył wytrawniejsze pieczone nuty z owocami, obfitując w pieczone jabłka. Też przyprawione, np. kardamonem i pieprzem.

Kremowa, acz twarda w dotyku tabliczka trzaskała jak gałązki, raczej delikatnie. Gdy jednak kawałek odgryzałam, udawała masywny i twardy, trzeszczący krem.
W ustach rozpływała się łatwo i jak na ciemną szybko. Była bardzo kremowa i tłusta. Łączyła w sobie cechy rozpuszczanego w cieple masła i śmietanki. Pokrywała podniebienie gładkimi smugami, przy czym zdradzała lekką pylistość. Mimo że próbowała grać gładką. Wyszła jednak raczej rzadkawo, jakby masywny krem, w który się zmieniała, rozrzedzono wodą i sokiem owocowym (takim z lekko lepkawo-cukrowym efektem?), co jednak na soczystość niespecjalnie się przełożyło.

W smaku pierwsza pojawiła się wysoka słodycz, zaraz jednak łączyła się z rześkością. Pomyślałam o powietrzu w czasie mżawki i odrobinie jasnego miodu. W oddali chyba przewinęło się nieśmiałe echo miodowo-jabłkowego kompotu.

Szybko zaczęło robić się bardzo maślanie, nawet trochę mlecznie - wciąż w słodkim kontekście. Słodycz od rześkości się jednak nie odcięła i częściowo przeszła w słodkie zioła, trochę kwiatowe - jak rumianek i mięta? Nie zdążyłam jednak ich uchwycić, a już pojawiła się szczypta słodkiej lukrecji i bardziej korzenno-wytrawniejsze wątki. Niepewny kardamon i goryczkowato-kwaskawa kozieradka-przyprawa stanęły zupełnie obok kumulującej się słodyczy. Z nią został... cynamon?

W tym czasie pojawiła się też palono-pieczona nuta. Wniosła cierpkość kakao, kojarzącą się z sosem... mignęła mi myśl o jakimś trochę cukrowym sosie-syropie śliwkowo-wiśniowo-kakaowym. Wyłapałam w nim nutę kakao w proszku, ale to zaraz utonęło w gorzkości. Na pierwszy plan weszła poprzez nią soja, może w parze z ciecierzycą, chyba pieczona. Chwilami dominowała. Obok rozgościło się palone drewno. Palone, ale już zagaszone wodą. Znowu miałam obraz jeszcze dymiącego, zagaszonego chlustem wody ogniska. Drewno i soja (też ciecierzyca?) wiązały się z lekką nutą ziemi. Doszukałam się tam też pieczonych ziemniaków, a potem więcej soi, drewna. Drewno wilgotniało coraz bardziej, a soja zrobiła się... gotowano-duszona, a nie pieczona.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pieczoność połączyła się z owocami. Dzięki temu wyszły wyraźniej. Wydały mi się pieczone i słodko-kwaskawe, niejednoznaczne. Wyobraziłam sobie krem-masę z owoców typu curd (zrobione na bazie owoców, masła, jajek, cukru smarowidło - nigdy nie jadłam). Dopiero gdy przeszył je leciuteńki kwasek żółtych tropikalnych... czyli chyba ananasa, jakoś zaczęły się przedstawiać. Chwilowo pieczone jabłka i pieczone śliwki były bardzo słodkie, ewidentnie dosłodzone, co aż trochę drażniło, ale wciąż soczyste. Momentami miodowość narastała, by potem osiąść raczej w cukrowości. Z czasem śliwki zetknęły się z czymś czerwonym, trudnym do uchwycenia; może wiśniami... Przez sekundę pomyślałam o soku lejącym się z wyciskanych, drylowanych wiśni. Owoce przybrały wtedy bardziej świeżą, surową formę. Chyba zarejestrowałam jagody, a wiśnie i śliwki, konkretnie czerwone, zapewniły mnie o swojej obecności.

Słodycz za to rosła bez kompromisów, szybko zaznaczając się w gardle. Chwilami wydawała mi się zwyczajnie cukrowa, ale w zasadzie kamuflowała się pod tym względem. Mało wyrazisty miód przełożył się na pewne gryzienie, tym samym mieszając się z ziołami. Wciąż było to w pewien sposób rześkie, ale już nie w pełni... Pojawiło się więcej przypraw: lukrecji, ziołowego, a więc i rześkiego, i ostrego pieprzu, zielonego kardamonu, który łączy w sobie niemal roślinną świeżość, słodycz i goryczkę niezwykle niską. Utrzymywały gorzkość, jednak w wersji bardzo złagodzonej, może z miętową mgiełką. Drewno zdawało się zaś wręcz wodą rozmywane, a zioła świeże i zielone.

Tylko słodycz szalała i aż drapała, co nuty ziół i korzennych przypraw (w tym cynamonu?) potęgowały. Z czasem ziołowa nuta dołączyła do drewna, też znikając. Ostała się delikatnie gorzkawa soja, robiąca czasem za bazę.

Końcówka stała się bazowo mocno maślana, choć owoce wciąż czułam. Głównie śliwki i wiśnie, jagody jako jakiś sok-syrop czy kompot z ziołowym echem... Może nawet ziołowe wino? A także jabłka jako słodka, gładka masa-krem owocowo-maślany, jakiś curd albo właśnie też przesłodzony sok i/lub kompot.

Po zjedzeniu został posmak rześkich ziół, trochę czerwonych owoców (wiśni?), soi i zawilgocone drewno, odpowiadające za lekką gorzkość. Do tego mocne przesłodzenie miodowo-cukrowe, drapiące i trochę kojarzące się z soso-syropami.

Od dawnej Michel Cluizel Plantation La Laguna 70% Guatemala (2021) bardziej palona i maślana, a mniej owocowa. Nowa wersja wydała mi się słodsza w sposób bardziej jawny (obstawiam zmianę cukru). Okazały się podobnie drzewno-zawilgocone, dużo w nich ziół, pikanterii, ale i owoców nie brakowało. W dawnej to głównie sok z wiśni, jeżyny i jagody, ale też ananasy i jabłka, a dzisiaj przedstawiana to śliwki i wiśnie, oraz ananasy i jabłka, z tym, że w wersji jakby nieco złagodzonej. Obie jednak miały w sobie coś kompotowego, syropowego ogółem. Co więcej, dawna była bardziej serowo-mleczna, dzisiaj opisywana maślana, więcej w niej pieczono-wytrawniejszych nut - soja okazała się niemal motywem przewodnim. Te nuty niby wprowadzały wytrawność, ale niekoniecznie napędzały czekoladową gorzkość (kawa wyczuwalna w dawnej świetnie to robiła). Dawna wydawała mi się czekoladowo-szlachetniejsza. Bardzo żałuję, że tak intrygująca nuta jak soja trafiła na takie przesłodzone, niesatysfakcjonujące otoczenie. Podobnie zioła nie miały szansy rozwinąć skrzydeł.
Konsystencja cluizelowo tłusta, a w dodatku wodnista, co zupełnie mnie nie chwyciło. Ogół niby dobry, ale marka w moim odczuciu zmieniła się... wciąż tkwiąc w złym punkcie (jak na czekolady tej klasy).

Przypomniała mi odlegle też konfiturowo-sokowo-sosową, z wytrawniejszymi nutami fasolkowo-fistaszkowymi i drożdżowymi Standout Chocolate Lachua Guatemala 70 %, wspomniana jednak była słodka głównie dzięki owocom żółtym, których było w niej mnóstwo, a także cudnie ziemista.


ocena: 8/10
cena: 39 zł (cena półkowa za 70g)
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

środa, 30 listopada 2022

Michel Cluizel Los Ancones 73 % Repulique Dominicaine ciemna z Dominikany

Michel Cluizel nigdy nie był marką, którą specjalnie ceniłam. Jego tabliczki, choć z przyjemnie wyczuwalnymi nutami, zawsze były mi jednocześnie za - i to irytująco - słodkie oraz przesadnie tłuste. Wszystko to pewnie wynikało z lichej zawartości kakao. Tę ostatnimi czasy producent pozmieniał; cała marka się zmieniła, zmieniły się opakowania tabliczek. Zainteresowałam się, czy wraz z tym wszystkim wreszcie wspomniane wady... wyeliminowano? Niby nie chciałam robić sobie za wielkich nadziei, ale wszystkie nowe o wyższej od standardowej zawartości zakupiłam. Na początek jednak postanowiłam wziąć "tak jakby powrót", a mianowicie region, który już w wykonaniu Cluizela jadłam, ale go zmienili. To było Los Ancones 67 % Saint Dominque, przy której w 2016 pomyślałam, że może nawet mogłabym do niej wrócić. Przy dzisiejszych oczekiwaniach od dobrych czekolad bym tego nie zrobiła (poniżej 70% przy takich nie schodzę), więc podniesienie zawartości kakao było mi tu na rękę. I naprawdę ciekawił mnie efekt! Czy twórca dobrze sobie radzi z wyższą?

Michel Cluizel Los Anconès 73 % Repulique Dominicaine to ciemna czekolada o zawartości 73 % kakao trinitario z Republiki Dominikany, z okolicy miasta Santo Domingo, z plantacji Los Ancones.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach wiśni, osadzony w wytrawnie cierpkawej czekoladowości, że natychmiast pomyślałam o wiśniach w ciemnej czekoladzie (może suszono-soczystych?) oraz nutkę suszonych, słodkich moreli. Owoce wydały mi się ciężkie i nieco duszne, a mało soczyste. Do tego pojawił się słodki aż cukrowo-karmelowo likiero-koniak z echem winogron. Ten do moreli dołożył trochę rodzynek. Zaprosił coś wytrawniejszego i orzechy... Orzechy palone, że aż nieco gorzkawe? Ta wytrawność wydała mi się z kolei nieco soczysta (choć ta soczystość nie wiązała się z owocami), a jednocześnie palona... Może orzechowo-kawowa? I znów myśl o czymś w ciemnej czekoladzie, a dokładniej o ziarnach kawy w niej. Daleko w tle wychwyciłam sugestię kwasku (niepewnie raz niby zapisałam cytrusy, ale z kilkoma znakami zapytania), jakby coś marynowano-duszonego... ale nie kwaśnego.

Już w dotyku lśniąca tabliczka była kremowa, ale oczywiście twarda. Trzaskała / pykała lekko, wciąż utrzymując wrażenie kremowości. Brzmiała jak cienkie, suche gałązki.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, jak na ciemną wręcz szybko; łatwo. Była gładka i kremowo-tłusta, trochę jak masło rozpuszczające się w cieple, trochę śmietankowa. Roztaczała w ustach maziste, tłuste smugi po czym dość łatwo znikała.
Zostawiała po sobie lekko pyliste wrażenie.

W smaku pierwszy po ustach rozlał się soczysty, słodki sos wiśniowy. Zasugerował, że zaraz przytoczy odrobinkę kwasku - już zbierał się w sobie. Wzrosła słodycz w wydaniu karmelowym... wręcz cukrowym. Cukrowa słodycz trzymała się trochę owoców... i jednocześnie karmelu, wychodząc dzięki temu nieco poważniej i kojarząc się z... koniakiem? Takim, w którym doszukać się można winogronowej nutki. Sos wiśniowy częściowo zmienił się w wiśnie w likierze.

Owoce na pewno jednak nie były motywem wiodącym, bo szybko rozeszła się także nieco "sosowata" czekoladowość i orzechy laskowe, tworząc delikatną ramkę.

Owoce w tle przypominały o swojej obecności, acz były bardzo subtelne. Na pewno nie soczyste, a słodkie, scukrzone. Wciąż czułam wiśnie, może mieszające się z innymi czerwonymi owocami w wydaniu słodkim - właśnie jako jakiś sos lub czekoladki "wiśnie w likierze". Dołączyły do nich suszone, jakieś scukrzone morele i inne. Rodzynki? Z czasem traciły na jednoznaczności, upuściły trochę kwasku. Subtelnie podkreślonego cytrusem, np. deserową pomarańczą... suszoną? W głowie miałam sosy owocowe...

I sosy słodkie, acz nie owocowe. Orzechowe? Już od karmelu, cukrowo-palonego wątku z początku rozchodziła się palona nutka, obfitująca w orzechy laskowe. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o gorzkości palonych orzechów, co miało aż trochę kawowe zapędy. Orzechy trzymały się czekoladowości. Zaprosiły "coś w ciemnej czekoladzie". Jak się po chwili okazało: palone ziarna kawy w czekoladzie.

Gorzkość ogólnie była jednak łagodna. Wydała mi się dziwnie złamana, wygładzona pewnym chłodkiem... Chłodkiem, rześkością, który odciągał też nieco uwagi od owoców. Lukrecja zawinęła się delikatnie, otuliła gorzkość, musnęła orzechy i... zasugerowała kwasek / cierpkość? Wydobyła też ledwo uchwytną nutkę cytrusów. Raz po raz przemknęła lekka goryczka skórki pomarańczowej (suszonej?).

Wróciły myśli o cierpkawych, kakaowych sosach i polewach dobrej jakości. Ta rześkość z kolei przywróciła owoce, że tym razem czekolada / polewa kakaowa otulała soczyste, jędrne wiśnie. Pokusiły się o sugestię kwasku, ale bez realnej kwaśności.

Drobną, dziwnie soczyście-rześką wytrawność, przypisałabym do... ziemi? Wyobraziłam sobie korzenie drzew... jakby jakieś palone, zwęglone? I... zawilgocone? Bardzo odlegle przypomniała mi się ziemista Pacari z oliwkami. Motyw łagodzącego chłodu lukrecji słabł, a przez orzechowo laskowy wpływ wydał mi się nieco orzechowy (jak jakiś orzechowo-roślinny zamiennik masła, ale nie np. po prostu margaryna). Zawinęła się też łagodna nutka kawy.

Po zjedzeniu został posmak cukrowo-palony, taki.. karmelowy (ale nie do końca), posmak jakby owocowych sosów (raczej z czerwonych owoców, ale nie tylko). Było bardzo słodko, acz w palonym stylu. Do tego czuć sporo orzechów i jakby masła wege z orzechów; chłodek taki może bardziej gryzący (ale nie wyraźnie lukrecjowy). Ostała się także cierpkość jak po pyliście kakaowym sosie kakaowym.

Całość w zasadzie mi smakowała, ale nie porwała. Ciężkie owoce (sos wiśniowy, "winogronowawy" aspekt koniaku, suszone morele i pomarańcza) wyszły ciekawie, palone orzechy laskowe, "coś w czekoladzie ciemnej" również ciekawe i smaczne. Słodycz na szczęście wydawała się sosowato-palona, nie chamska, ale jednak i tak jakoś za bardzo mi się na przód pchała. Chyba przez to, że gorzkość była taka "wychłodzona", złagodzona. Lukrecję niby czuć, lekką wytrawność, ale bardzo delikatnie. Kwasku wcale, acz dobrze, bo by nie pasował. W zasadzie to jakość podobna do dawnej wersji, tylko że mniej słodka, co wyjaśnia zawartość i rodzaj cukru.
Także w dawnej czułam wiśnie i alkohol, ale ewidentnie "obok", w dzisiejszej chwilami były to wiśnie w likierze; też była palona, z nutami suszonych owoców i lukrecji; trochę ziemista. Dzisiaj opisywana wyszła po prostu... mniej czysto słodko. Co ciekawe, w obu producent pisał o nutach zielonych oliwek - te w dzisiaj przedstawianej czuć o wiele mniej - to chyba przez kontrast (przy słodyczy dawnej bardziej zwracałam na nie uwagę).

Herbato-kawa z orzechami Amano Macoris Dominican Republic 70 % trochę skojarzyła mi się z nutami kawy i korzeni drzew dzisiejszej, ale wspomniana była zupełnie inna.
Palona i wyraźnie smakująca orzechami laskowymi była też Definite 70 %, ale w niej znalazło się o wiele więcej kwasku (dokładnie cytrusów). Mimo to, Definite wyszła o wiele bardziej chamsko cukrowo niż karmelowo-sosowy Cluizel.


ocena: 8/10
cena: 40 zł (cena półkowa za 70g)
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

sobota, 12 czerwca 2021

Michel Cluizel Plantation La Laguna 70 % Guatemala ciemna z Gwatemali

Mogę jeść czekolady lepsze i gorsze, ale zawsze w końcu nadchodzi moment krytyczny, w którym po prostu muszę sięgnąć wreszcie po dobrą czystą ciemną. Cluizel nie jest moją ulubioną marką, ale swoje potrafi. I... mając w szufladach całkiem sporo nowych marek do testowania, zachciało mi się czegoś, po czym wiedziałam, czego się spodziewać. I... niczym konkretnym oprócz tego się nie kierowałam. Ciekawa jednak sprawa z zakupem tej czekolady: jakoś sobie weszłam na stronę Sekretów Czekolady, patrzę... a tu nieznana mi tabliczka Cluizela. I to wcale nie nowość, w dodatku "ostatnie egzemplarze". Nie wiem, jak ją przegapiłam. Ważne jednak, że zauważyłam. Marka w ofercie ma też mleczną, ale mnie zainteresowała tylko ciemna. Wreszcie i Cluizel dobił "aż" do 70 % (zawsze ubolewałam nad jego niższymi zawartościami w okolicach 60 %).

Michel Cluizel Plantation La Laguna 70 % Guatemala to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Gwatemali z departamentu Alta Verapaz z plantacji La Laguna.

Już rozrywaniu sreberka towarzyszył zapach lejącego się bez końca soku wiśniowego, swoją słodyczą - podrasowaną kwaskiem i cierpkością - mieszającego się z jeżynami i ciemnymi, drobnymi jagodami. Szybko wśród nich pojawił się też charakterny twaróg oraz mleko... i ser... białawy, ale twardy - jakiś kozi? Przy nim sok wiśniowy wydał mi się odbijać w kierunku wina o leciutkiej pieprznej pikanterii. To zaś otworzyło drogę wilgotnej, czystej ziemi i drzewom. Takich z grubą, miejscami odpadającymi, zwilgotniałą korą? I... liśćmi i... poważniejszym wątkiem czegoś skórzanego?

W dotyku tabliczka wydała mi się idealnie kremowo-gładka, a przy łamaniu prawie nie trzaskała; jedynie pykała, mimo że była twarda. Cechowała ją kruchość niektórych ciemnych mlecznych.
W ustach rozpływała się łatwo w tempie umiarkowanym, choć jak na ciemną raczej umiarkowanie-szybkawym. Okazała się rzeczywiście niemal idealnie gładka, wręcz trochę tłusto-śliskawa i drożdżowo gęsta. Nieco miękła, stając się maślano-drożdżową grudką, roztaczającą tłuste smugi i nagle znikającą bez echa. Mimo wszystko nie wyszła zbyt ciężko.

W chwili zrobienia kęsa w smaku rozbłysła słodycz, po czym została zepchnięta w stan dziwnego zawieszenia przez... eksplozję ciemnych, soczystych, słodko-kwaskawych owoców: jeżyn, porzeczek, jagód.

Po ustach zaś rozszedł się twaróg, kozi biały ser twardy... taki mleczny, bez ostrości, soli itp.. Chwilami czekolada wydawała mi się zaskakująco tłustomleczna. "Ser" był łagodny, dość mleczny i zarazem wyrazisty.

Nagle nasączać go zaczęły soczyście-kwaskawe, a jednocześnie bardzo słodkie owoce: ciemne jeżyny, jagody i sok wiśniowy. Odrobinę ściągnęły.

Owoce uwolniły słodycz, która okazała się silna i jakby opływająca wszystko. Z zawieszenia wyszła poprzez owocowość i chłodzącą słodzikowość. Wydała mi się mdława, po czym miała parę miodowych zawirowań. Mieszała się z nimi z sokiem wiśniowym, jakby to może bardziej jakiś słodki, czerwonoowocoy syrop był. A może... syrop drzewny? Z brzozy lub klonu?

Owoce w tym czasie rozlewały w najlepsze swój słodko-cierpkawy smak. Robiły się coraz bardziej ściągające. Podeszły pod wino, które to nasączyło i tak już wilgotną czarną ziemię. Ta reprezentowała gorzkość, było w niej trochę drzew i sugestia palonych drewienek; skóra - może nieco odymiona. To też kawa, czarna i lekko ziemista, wnosząca odrobinkę prażoności. Też odrobinkę pikanterii? Takiej... ziołowej? Tym samym odebrała owocom nieco cierpkości, a sama zmieszała się z chłodzącą słodyczą.

W drugiej połowie rozpływania się kęsa było rześko i chłodnawo, jakby nieco miętowo, może szałwiowo, ostrawo...

Owoce schowały się częściowo za ziemią. Już nie były to tylko czerwone. Dołączyły do nich żółte: w tym może ananasy i kwaskawe jabłka? Słodycz, zwłaszcza ta miodowa, ale i ziołowo-drzewna, zasugerowała jakieś rodzynki - słodkie, choć wciąż robiące kwaskawe wybiegi. Taki właśnie owocowy susz, może coś kompotowego (wiśniowy kompot)? zamknęło kompozycję do pary ze skórą (lub skórą owoców?).

Po zjedzeniu został posmak soczyście słodko-kwaśnych czerwono-czarnych owoców leśnych i soczyście słodsza nuta egzotyczna (rodzynki), karmelowawy miód (sok z drzew?) i ziołowy chłodek, mieszający się z ziemistą kawą. O tak, kawa w posmaku jakoś nagle dziwnie się wyeksponowała, łącząc cierpką goryczkę ze słodyczą.

Całość uważam za pyszną, jednak nie podobała mi się jej niemal śliskawo-maślana konsystencja i nagłe znikanie. O wiele bardziej wolałabym, by poszła w czysto drożdżowo-kremowym kierunku, a nie zawisła pomiędzy tym. Wyraziste owoce i wino kupiły mnie, ale też brakowało mi silniejszej gorzkości ziemi, kawy. Ta wydawała się bardzo uładzona słodyczą, która to miała ciekawy wydźwięk, jednak było jej za dużo. Wyszła tak roślinnie, miodowo-drzewnie (brzoza, klon?), że nawet chwilowa słodzikowość nie wydała mi się wadą. Wręcz przeciwnie - miło wprowadziła zioła.

W Georgii Ramon Guatemala 72 % czułam "miód malinowy" i "inne mleko", coś roślinnego, co pod względem wydźwięku można porównać z miodowo-sokowym, mleczno-serowym i znów ziołami / sokiem z drzew dzisiaj opisywanej. GR wyszła jakoś za łagodnie. Zotter Labooko Guatemala 75 % z kolei kwaśny w owoce czerwone i cytrusy, był łagodny, bo maślany i orzechowy, ale jakby po prostu taki miał być. Cluizelowi bliżej do niego, ale... nie wierzę, że to piszę... to Cluizel wydaje się wyróżniać największym charakterkiem mimo najniższej zawartości kakao (!). To... pazurki schowane w porównaniu do pazurków przyciętych i przypiłowanych. Ser, wiśnie, czerwone owoce (raczej jako dżemy niż soki), drzewa to też Utopick 75 % Chivite Guatemala. Ta miała bardzo podobną konsystencję (z tym, że Cluizel był gładszo-drożdżowy, bez lepkości).
Może to wszystko wynika stąd, że od tamtych spodziewałam się mocy i charakteru, a od Cluizela nie i po prostu milo mnie zaskoczył? A może ogarnął się, że warto odejść od delikatności? Ocenę trochę podciągnęłam, ale powiedzmy, że to za zmiany w dobrym kierunku.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 26 zł (za 70g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 570,8 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym wrócić, gdybym np. dostała

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, wanilia burbońska