wtorek, 2 maja 2023

Michel Cluizel Plantation Mocaya 75 % Mexique / Mexico ciemna z Meksyku

Gdy została mi już ostatnia tabliczka z zakupionych zmienionych i nowych Cluizela, ucieszyłam się. Także odnośnie jej nie miałam wielkich nadziei, mimo że Michel Cluizel Mexique Mokaya 66 % mi smakowała i po zjedzeniu jej uznałam, że na pewno do niej wrócę. Gdy dowiedziałam się o zmianie, jaką było podniesienie zawartości kakao, w pierwszej chwili bardzo się ucieszyłam, ale jak przejadłam pozostałe, entuzjazm opadł.

Michel Cluizel Plantation Mocaya Grand Cru Tapachula 75% Mexique / Mexico to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao pochodzącego z Meksyku, z okolic miasta Tapachula, z plantacji Mokaya.

Po otwarciu poczułam mnóstwo drzew i gorzką kawę, podkreślone mocnym paleniem, prażeniem. To z kolei podkręciły ostrawo-goryczkowate przyprawy. Dołączyły czerwone owoce o nieco egzotycznym wydźwięku. Czułam m.in. kwaskawego granata i chyba czerwone porzeczki. Do głowy przyszła mi też suszona, słodko-kwaśna i nieco scukrzona żurawina. Owoce te podkreśliła drobna pikanteria jakby... soczystego chili i/lub rześkiego pieprzu sancho (syczuańskiego)? Słodyczy było w tym sporo, acz miała zgaszony, jakby suchy charakter. Pomyślałam o suszonych, twardych daktylach. Wszystko to rozgrywało się na łagodnej, maślano-migdałowej bazie, przekładającej się na myśl o mocno wypieczonym (sfajczonym po brzegach?) wieńcu-babce i... mazurku migdałowym, oblanym palonym karmelem (wyobrażenie; nigdy żadnego mazurka nie jadłam).

W dotyku tabliczka była dość sucha. Przy łamaniu okazała się bardzo twarda. Wydawała trzaski-strzały, kojarzące się z wystrzałami z broni palnej, by w końcu pochwalić się nieco ziarnistym, kryształkowym przekrojem, sugerującym zbitość.
W ustach rozpływała się powoli i tłusto, jednak z jakąś sugestią suchości w tle. Cechowała ją zbita maślaność, wydawała się w pewnym stopniu chłodna. Szybko jednak zaczęła się giąć, zmiękła, wykazując jedynie gęstawość, a nie gęstość. Było w niej coś z w miarę kremowej polewy, która smutno rzednie, nie zostawiając po sobie za wiele.

W smaku najpierw pojawiła się chłodna słodycz kojarząca się z lukrecją i anyżem, acz o zredukowanej ostrości. Zaraz zmieniły się w jakiś rześki miód, np. akacjowy. Taki mocno... świeżo-roślinny. 

Zaraz nadciągnęła gorzkość i orzechy. Nie były zbyt zgrane, ale jakoś tam się wiązały... Pomyślałam o orzechach laskowych prażonych nieco zbyt mocno. Palona nuta jednak zostawiła je w spokoju i przywołała drzewa oraz kawę. Kawy było całkiem sporo i to właśnie ona najlepiej zaopiekowała się palonym tonem. Jako że słodycz rosła, mignął mi likier kawowy.

W tym czasie słodycz zrobiła się też cięższa. Poczułam suszone, takie twardo-suche daktyle. Nie były pierwszej klasy, przy nich zakręciły się też inne, już nawet minimalnie soczyste suszone owoce, a miód nieco stracił na znaczeniu. Stał się jakby miodem z przyprawami, które to przyciągają więcej uwagi. Dołączyły do drzew.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do suchych owoców dołączyła słodko-kwaskawa żurawina i inne cierpkie czerwone. Chyba m.in. czerwone porzeczki. Może liofilizowane? Część miała  egzotyczny charakter, który nakręcał... ananas? Jakiś lekki cytrus? Wyłapałam granata, acz jakbym rozgryzła tylko parę kulek, z których polał się słodki sok. Coś cukrowego znalazło się przy większości tych owoców. Grzało w język i... może grzało nie tylko słodyczą? Do głowy przyszło mi soczyste chili, jakby nieco słodkie i... rześki pieprz sansho (syczuański)? Jakiś ziołowy, lekko kwaskawy? 

Miód z przyprawami, w tym z lukrecją, anyżem... obkleił drzewa porządnie. Goryczka znalazła w tym splocie upust jako kardamon i inne korzenności. Pomyślałam o wręcz przypalonym wieńcu-babce maślano-migdałowym, właśnie z przyprawami. Teoretycznie w wariancie jasnym... Waniliowym? Także on zahaczył o lukier... ale karmelowy?

Co bardziej gorzkawo-palone nuty słodycz z czasem zmieniły właśnie w mocno palony karmel. Karmel i daktyle współpracowały, podkręcając się wzajemnie. Z przyprawami raz czy drugi nawet zasugerowały melasę i... likier? Karmelowy? Taki już nieco drapiący.

Z czasem baza zostawiła sobie niewiele gorzkości, a skupiła się na maślano-migdałowym wieńcu. Migdały i orzechy laskowe (już o wiele mniej jednoznaczne) zaczęły odgrywać coraz większą rolę, ale wydawały się trochę hamowane maślanością. Podążało za nimi gorzkawe echo kawy i ziemi. Myślę o czarnej, raczej suchej ziemi, która na końcówce starała się jakoś przyprószyć likierową słodycz - i tak już palono-ostrawą. Echo owoców raczej czerwonych też dołączyło do palety likierów.

W posmaku została ziemia i mocno palone nuty kawy, orzechów, migdałów. Czułam ostro-ciepłe, goryczkowate przyprawy korzenne (chili, pieprz, lukrecję), a także cierpką soczystość owoców czerwono-egzotycznych. Do tego ciężką, niemal cukrową słodycz. Myślałam o scukrzonych, suszonych daktylach i żurawinie, ale też karmelu. Ostała się też sucha cierpkość jakby przypalonego ciasta.

Całość była smaczna, ale nie jakoś szczególnie. Mocno palono-prażona, faktycznie gorzka od kawy, drzew, przypraw oraz kwaskawa za sprawą splotu owoców. Czerwone porzeczki i żurawina, ananas spotkały się z suszonymi daktylami, które to z kolei miały wiele wspólnego z karmelem. Wszystko zdawało się opierać na paleniu, prażeniu. Rześkość, co ciekawe, nie pochodziła od owoców a bardziej od wyjątkowo roślinnego miodu, przypraw (lukrecji). Migdały i orzechy z kolei łagodziły wszystko. Chwilami aż przypalone nuty mi przeszkadzały, ciastowe wybiegi jakoś nie pasowały, a bardziej cukrowo-scukrzone wątki denerwowały, jednak na szczęście nie było tego w kompozycji wiele.
O dziwo był to jeden z mniej tłustych Cluizelów, ale i jego konsystencja zbitego masła, potem lekka wodnistość nie przemówiły do mnie. Mimo wszystko, to pozytywne zaskoczenie... tylko, że jakoś i tak bez szału. I tak jednak marce już podziękuję.
Na pewno od czasów Mexique Mokaya 66 % zmienił się mój gust, ale wydaje mi się, że producent teraz kombinuje, kombinuje, a i tak jakoś nie bardzo wie, w którym tu kierunku pójść i takie jakieś mu te czekolady wychodzą... Ta pewnie miała być mocno gorzka, a wcale nie była jakoś szczególnie gorzka; bardziej palona.

Kawę, korzenność, w tym pieprz i lukrecję, likier, suszoną żurawinę (ale też inne suszone owoce np. śliwki, figi) czułam w Cluizelu Mexique Mokaya 66 %, która choć słodsza, wydawała się bardziej gorzka od samego kakao. Ogólnie wyszła piernikowo. Dzisiaj przedstawiana to sporo różnych, w tym świeższych nut i owoców, i roślin, orzechów. Była bardziej palona, a także jakoś mniej zgrana.


ocena: 8/10
cena: 40 zł (cena półkowa za 70g)
kaloryczność: 581 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.