Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: pistacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: pistacje. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 września 2026

Peluso 1964 Cioccolato Di Modica IGP N° 2 Al Pistacchio ciemna 55 % z pistacjami

Mimo że nie cierpię czekolad z kryształkami, w tym głównie typu Modica i ogólnie wyczuwalnych chrupiących kryształków cukru w czymkolwiek, pojedynczym rzutem 3 włoskich tabliczek na Lidle się zainteresowałam. Tylko dlatego, że nadarzyła się okazja dostania ich od ojca. Sama bowiem nie wydałabym na nie ani grosza. Uznałam jednak, że nic nie stracę, jeśli dam im szansę. W końcu wyszukiwanie ciekawych, dobrych tabliczek w góry robiło się coraz trudniejsze, gdy nie chciałam zbankrutować, wydając też na nie, czy zwyczajnie brać na szlaki najtańszych i potencjalnie niezjadliwych. Wracając do czekolady. Te z kryształkami cukru, jakoby grubo ziarniste, bo mielone na tradycyjnych kamieniach do mielenia kakao o nazwie metate, Czekolady di Modica IGP (chronione nazwą pochodzenia) są ponoć największą dumą marki Peluso, założonej w 1964. Jej słodycze ponoć "opowiadają Sycylię". Od lat firma pozostaje wierna lokalnym recepturom i wartościom, tworząc produkty mające być dziełami sztuki. Do swoich czekolad dodają składniki, które rosną właśnie tam, we włoskim słońcu.
Tak się zdarzyło, że sięgnęłam po nią bardzo słonecznego dnia. Niebieskie, bezchmurne - prawie jak włoskie - niebo robiło jej za tło, gdy wyciągnęłam ją na Hali Łabowskiej, koło schroniska. Weszłam tam niebieskim szlakiem z Piwnicznej-Zdroju w dniu, kiedy przez roztopy i stopień zagrożenia lawinowego zrezygnowałam z Tatr.

Peluso 1964 Cioccolato Di Modica IGP N° 2 Al Pistacchio to ciemna czekolada o zawartości 55% kakao z pistacjami; typu Modica (z kryształkami) z miasta Modica (chroniona nazwa pochodzenia).

Po otwarciu rozszedł się ziemisty zapach, któremu towarzyszyła mocno palona kawa, wiórki kokosowe i trochę niedookreślonych orzechów. Pistacje jednak nie znalazły się wśród nich. Z kokosem wiązała się jakby rześkość i świeżość, dodatkowo nakręcone słodyczą kwiatów. Czułam lekką cukrowość, ale zawoalowaną. Czasem czekolada zalatywała trochę polewowo, ale to był marginalny wątek. Do głowy przyszło mi jeszcze soczyste, właśnie kwiatowe lekkie wino czerwone. Możliwe, że też jakiś nieokreślony czerwony owoc. W ciemno powiedziałabym, że czekolada zawiera jakieś 70%.

Tabliczka o niemal czarnym kolorze w dotyku wydała mi się pyliście-aksamitna. Wygląd mamił kremowością, ale... wyglądała trochę jakby rozpuściła się i zastygła. Od razu na spodzie też dostrzegłam kryształki cukru.
Przy łamaniu czekolada dała się poznać jako bardzo twarda i krucha. Wydawała z siebie średnio głośny trzasko-chrzest, w czym spory udział miał cukier.
W przekroju kryształki cukru połyskiwały. Widać, że było ich bardzo dużo, w przeciwieństwie do małych, pojedynczych pistacji. Te stanowiły marginalny dodatek. Gdy odgryzałam kawałek, rozpadał się, rozstrzeliwując po ustach dużo kryształków cukru.
W ustach czekolada rozpływała się szybko, jako że często od razu rozpadała się na kawałki. Początkowo jakby się zawahała, czy w ogóle zacząć, potem zaś zmieniała się w zawiesinę i kiedy cukier się ujawniał i zaczynał się rozpuszczać, bardzo przyspieszała. Ogólnie cechowała ją ziarnistość, piaszczystość, chwilami wręcz szorstkość, ale nie tylko od cukru. Stawała się najeżoną kryształkami, luźną masą, w której większość uwagi przyciągają kryształki cukru. Jak się z czasem okazało, wśród nich znalazły się drobinki niedomielonego kakao. Za nimi czuć pylistą suchość czekolady, którą trochę łagodziła lekka wodnistość i chwilowa namiastka soczystości.
Kawałki pistacji stanowiły mało znaczący dodatek. Niezależnie od tego, kiedy je gryzłam, wypadały tak samo. Gdy jednak robiłam to wcześniej, zupełnie nikły w chrupiąco cukrowej bazie. A jako że nie cierpię chrupiącego cukru, wolałam tego nie gryźć, a pozwalać się rozpuścić.
Pistacje gryzione na koniec były spodziewanie specyficznie miękkie, trochę sprężyste. Większość to naprawdę malutkie kawałeczki, tylko kilka trafiło mi się nieco większych, ale też małych. Zaplątało się kilka trzeszczących skórek. Oprócz pistacji uświadczyłam jeszcze całkiem sporo kamienie twardych i trochę bardziej miękkich drobinek kakao, udających piasek. Czasem próbowały odciągać uwagę od pistacji.

W smaku pierwsza pojawiła się wyraźna, choć łagodna gorzkość. Przeważnie, zupełnie obok, obecność zdradzał też cukier, którego kryształki często rozsypywały się na języku.
Gorzkość miała palony charakter, najpierw serwując mi motyw palonych kadzidełek.

Paloność po chwili wzbogaciła się o paloną kawę, która trochę rozmyła kadzidła, a po chwili... zrobiła się koniecznie słodzoną kawą... kakaową? Zalatującą... polewą kakaową? Gorzkość zmieniła się w zasadzie jedynie w gorzkawość.

W tym czasie cukier roztoczył słodycz. Wydawała się jednak jakby obok gorzkawości, rozchodziła się równolegle. Przemknęły mi przez myśl ciastka z cukrem na wierzchu, a potem słodycz obrała rześki, wręcz trochę kwiatowy wydźwięk. Nabrałabym się, że to jakiś inny niż biały cukier. Rosła szybko.

Nie zastopowała jednak niskiej, choć wyraźnej, gorzkości, która żyła własnym życiem. Narzuciła klimat nieco cięższy niż mają typowe 60%, dorzucając czarną ziemię. Nie szarżowała, nie była bardzo silna, ale swoje powiedziała. Pomyślałam o wilgotnej, świeżej ziemi i przesadzaniu kwiatków.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ta świeżość, wręcz rześkość zmieszała się z jakby rześkością słodyczy, co skojarzyło mi się z kokosem.

Słodycz wpisała się w to z ochotą. Wiórki kokosowe rozgościły się na dobre, po czym wzbogaciły się o trochę orzechów. Na pewno jednak nie pistacje.
Pistacje nie odzywały się gdy ich nie gryzłam.

Gdy z ciekawości pogryzłam pistacje wcześniej, obok czekolady, miały problem z przebiciem się, acz ich jakby naturalnie lekko słonawe echo jakoś tam się pokazywało. I tonęło w ziemi - napędzanej przez drobinki kakao - i cukrze. Ziemi i odrobinka czerwonego wina?

Ziemia z czasem zmieniła się w suche kamienie, żwir i płytę chodnikowa. Przez moment wątek ten zrobił się pierwszoplanowy, mimo równolegle wysokiej słodyczy. 

Wtedy też czasem przemykała soczystość. Nie w każdym kęsie taka sama. Im więcej akurat posypało się kryształków cukru po ustach, tym słabsza była. Ogólnie jednak miała w sobie coś z owoców, ale... nie należała do owoców. Przywodziła na myśl lekkie, rześkie wino truskawkowe, acz bez silnej alkoholowości. Ziemiste nuty trochę przekierowały ją w stronę soczystości nibsów kakaowych.

Słodycz, gdy cukier kończył się rozpuszczać, wydała mi się przesadzona i już, choć wciąż też rześka, jawnie cukrowa. Acz w gardle nie drapała, trzymała się jeszcze średniego poziomu. Acz nadal miała w sobie sporo z kokosa - choć już bardziej miazgi niż wiórków.

Nuta trochę soczyście winnych nibsów ogólnie się w kompozycji raz po raz przewijała i na końcówce przeważnie mocno rosła w siłę.

Zostawione na koniec pistacje smakowały... sobą. Pistacje były bardzo delikatne, naturalnie słodkawe. Przy dwóch zaznaczyła mi się jednak jakby naturalna słonawa nutka. Czasem drobinki kakao je przygłuszały, czasem nie, a po prostu dały o sobie znać obok. Te smakowały gorzko palono, ziemiście i mokrym chodnikiem, a czasami (te nawet jak na ziarna kakao bardzo twarde) jakoś nijako.

Po zjedzeniu został posmak cukru, ale jakby złagodzonego rześkim kokosem. Czułam też motyw ziemi, płyty chodnikowej i soczystego, lekkiego wina czerwonego (truskawkowego?). Było bardzo słodko, ale i gorzko-palono. Czasem udało się też utrzymać pistacjom (zwłaszcza większym kawałkom).

Oceniając, przede wszystkim odcinam się od tego, że bardzo nie lubię typu Modica. Rozumiem, że ona ma być tak kryształkowa, a jednocześnie czuję, że 60% kakao chyba do tego typu czekolady nie jest najlepszym wyborem, bo cukier aż przytłacza. Acz jest to na swój sposób ciekawe, to muszę przyznać. Z kolei obiecany dodatek, czyli pistacje... Ta ilość to jakaś kpina. Nie dość, że dodano ich tak mało, że można by je przeoczyć to jeszcze chowały się w wyrazistym smaku bazy i drobinkach kakao. Nie podobały mi się te drobinki kakao twarde jak kamień - łuska kakaowa? Przy dość ziemiście-kamienno-chodnikowym smaku miałam wrażenie, że chrupie mi tam prawdziwy piasek. A właśnie smak, co najważniejsze. Na plus, że mimo takiej ilości cukru wbrew pozorom nie smakowała samym cukrem, a wręcz wyszła ciekawie rześko słodka w sposób kwiatowo-kokosowy. Płynące obok gorzkawość, nuty ziemi, kamieni i chodnika oraz nibsowy smak świetnie wypadły. To było ciężko-rześkie, kontrastowe w przyjemny sposób, więc naprawdę żałuję, że aż taka ilość cukru i ta kamienna twardość kakaowych drobinek mi tak bardzo przeszkadzały.

W górach jeszcze jakoś szło, ale to, co wróciło do domu i normalnie zweryfikowałabym odczucia i dojadła, niestety za bardzo mnie denerwowało. Gdyby lepiej rozegrali sprawę pistacji, mogłaby mieć 6-7 (zależy, jakby to z nimi wyszło). Podobnie wyższa zawartość kakao na pewno wyszłaby jej na dobre. Tak jawi się jako przeciętna czekolada typu Modica z ciekawym charakterem, ale której odbiór psuły źle zrobione dodatki (pistacji, drobinki nibsów).

Odpadłam po 33g i oddałam Mamie. Jej opinia: "Bardzo dziwna. Ale trochę w sumie z ochotą, taka zaintrygowana zjadłam. Mimo że bałam się o zęby, bo było w niej coś dziwnego, jakby piasek zostawał w gębie. Aczkolwiek właśnie dzięki temu, ogólnie strukturze, wyróżniała się była ciekawa, niespotykana. Właśnie ten piasek złożył się też na tą strukturę chyba. No, cukier jeszcze. Mnie ona się przez to wypowiadała napowietrzona! Zdziwiłam się, bo mimo że 60% kakao, to była zjadliwa, mimo że nie lubię ciemnych. I to mnie strasznie dziwiło. Ona jakby nie była gorzka na te 60%. Bo czasami już 50% jest dla mnie niezjadliwa. A ta była bardzo przystępna. Pistacje nawet czułam, jak na koniec koniec zostały, jakieś 2 czy 3 kawałki. Przebijały nad kakao. Ale mimo wszystko nie chcę całej tej reszty, co dostałam. Trochę mi wystarczyło, by poznać ciekawostkę.".


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Lidlu)
cena: 11,99 zł (za 75g; sprawdziłam)
kaloryczność: 502 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, pistacje

poniedziałek, 20 lipca 2026

Green Touch Czekolada Ciemna 70% z Orzechami z dodatkiem migdałów, orzechów laskowych, pistacji

Ta czekolada wygląda jak jedna z wielu takich niby bardziej eleganckich tabliczek z okienkami, które mocno kojarzą mi się z koszami prezentowymi. Nawet miałam problem z zapamiętaniem nazwy marki. Nie wiem, dlaczego w głowie ciągle siedziało mi Chocolate Bush. Green Touch, polską markę specjalizującą się głównie w herbatach, poznałam przypadkiem, kiedy szukałam najbardziej przystępnej cenowo suszonej lawendy. Jako że i tak zostawała kwestia przesyłki, patrzyłam na sklepy internetowe, w których można dostać też czekolady. Takie, które sprawdzą się w górach, a więc najlepiej z orzechami. 
Otworzyłam ją na Kopie Kondrackiej trochę przez pomyłkę. Planowałam to zrobić dopiero nieco dalej, na Małołączniaku, ale zwyczajnie pomyliłam szczyty, znalazłam sobie miejsce ze dwa-trzy metry pod szczytem, gdzie mniej wiało i zabrałam się za zdjęcia. I to było świetne posunięcie! Na Małołączniaku bowiem wiało tak, że trudno było ustać i oddychać.

Green Touch Ręcznie Robiona Czekolada Ciemna 70% z Orzechami z dodatkiem migdałów, orzechów laskowych, pistacji to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z (20%) orzechami: migdałami, orzechami laskowymi i pistacjami. 

Po otwarciu poczułam intensywny słodko-gorzki zapach czekolady z zaznaczonym soczyście owocowym akcentem (wyraźniejszym, gdy wąchałam wierzch). Przeplotły ją migdały i orzechy: laskowe i jakby jeszcze jakieś niedookreślone. Pistacji w sumie też da się doszukać. Powiedziałabym, że surowe i w skórkach. Pod względem słodyczy i gorzkości wydała mi się bardzo wyważona, acz trochę duszna. Z tym, że dodatki - zwłaszcza gdy wąchałam spód - w udany sposób odciągały od tej duszności uwagę.

Tabliczka była twarda, ale przez to, jak wlepiono dodatki, wydawała się delikatna i krucha. Trzaskała średnio głośno, krucho-chrupko. Orzechowy miks trzymał się średnio porządnie. Kilka dodatków odpadło.
Dodatków nie pożałowano. Postawiono na naprawdę wielkie orzechy laskowe i migdały. Pistacje dodano normalnych rozmiarów. Proporcje zachowano raczej równe.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, łatwo i gładko. Orzechy po pewnym czasie od niej odpadały, a wtedy bardzo dobrze się wczułam w jej maślano tłustą kremowość, w której kryła się jakby lekko suchawa, złudna pylistość. Z czasem narastała delikatna soczystość, a  kawałek z gęsto kremowej masy zmieniał się w gęstą zawiesinę.
Orzechy wolałam gryźć na koniec, jednak struktura nie różniła się od momentu, w którym to robiłam. 
Czekolada znikała bardzo maziście, bardziej tłusto i zostawiając pyliste wrażenie. orzechy nie rozbijały ani nie poganiały jej.
Orzechy, ogólnie mówiąc, były chrupiące. Najbardziej po prostu chrupiące, kruche okazały się orzechy laskowe. Migdały wykazywały bardziej twardość, zaś pistacje miękkość, ale i one potrafiły chrupnąć za sprawą skórki. Pistacje i migdały dodano właśnie ze skorkami. Orzechy laskowe skórka pokrywała tylko trochę w paru miejscach.

W smaku czekolada przywitała się prostą, duszną słodyczą. Towarzyszyła jej lekko palona gorzkość. Nie była mocna, ale wyraźna.

Słodycz odważnie rosła. Odnotowałam wanilię, która wyraźnie ją podniosła, ale jednocześnie podyktowała szlachetniejszy wydźwięk. Z dusznej zrobiła się jakby przydymiona, choć aspirowała do wysokiej.

W tle zaznaczyła się lekka, słodka soczystość, a także akcent drzew, do którego po chwili dołączyły orzechy.

Gorzkość miała w sobie coś z sadzy, jakby paleniska, obok którego leży suszące się drewno, ale łagodniała. Uległa waniliowej słodyczy. Coraz mocniej pobrzmiewały obok niej łagodzące migdały i nieokreślone orzechy nawet w kęsach bez dodatków.
W kęsach z laskowcami ogólna orzechowość wyszła nieco mocniej niż z pistacjami. Niegryzione orzechy laskowe lekko się wtrącały do smaku bazy. W kęsach z migdałami za to migdały starały się dorównać kroku nutom bazy i trochę tonowały słodycz. Czekolada w pobliżu migdałów znacząco nimi przesiąkła. Jedynie pistacje prawie się nie zdradzały.

Gdy z ciekawości pogryzłam dodatki obok, nie wykorzystały w pełni swojego potencjału. Wydawały się przygłuszone wanilią, cukrem i cierpkością bazy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czekolada serwowała coraz więcej owocowych przebłysków. Przyszedł mi do głowy kompot wiśniowo-śliwkowy. Słodki, lekko cierpki, ale nie kwaśny... tak może tylko z sugestią kwasku. Przemykał jednak tyłami, nienachalnie.

Niegryzione orzechy laskowe i migdały trochę odciągały uwagę od kompotowego wątku, ale tak, że to skojarzenie zupełnie nie uciekało. Zostawało echo owoców tych owoców, choć nie bardzo jednoznaczne.

Z czasem łagodniejsza baza przywodziła na myśl naturalny krem z miksu wielu różnych orzechów. Robiło się coraz łagodniej, słodycz ryzykownie rosła, aż nagle... Krem zmienił się w zdrowe, naturalne trufle cierpko kakaowe z niedokładnie zielonych różnych orzechów, w tym migdałów i laskowych. Wyobraziłam sobie naturalne "raw barowe" kulki, nierzadko nawet z dodatkiem słodko-soczystych wiśni i śliwek. Drzewny akcent podbił ich naturalność, a wanilii zasugerował nieco żywiczny akcent.

Dodatki gryzione na koniec okazały się wyraziste. Wszystkie bardzo dobre, ale migdały wręcz zniewalające. Niesamowicie naturalnie słodkie, jakby same w sobie w porywach lekko marcepanowe, słodziutkie i takie... Łagodniejsze, lekko maślane, a jednocześnie z charakterem że względu na skórkę. Orzechy laskowe i pistacje dały się poznać jako słodkie, ale z epizodycznie pojawiającym się szlachetnym, gorzkawym echem skórek. Wydawały się surowe. Ewentualnie prażone w sposób znikomy.

Po zjedzeniu został posmak soczyście kompotowej, słodkiej czekolady z drzewną cierpkością oraz dodatków. Migdałów, orzechów laskowych lub pistacji, w zależności od tego, co akurat było w kęsie. Migdały wyprzedzał w posmaku czekoladę, pistacje i laskowe stały z nią na równi.

Tabliczka zaskoczyła mnie pozytywnie. Sama czekolada smakowała dobrze, niebanalnie. Drzewna nuta i wątek śliwkowo-wiśniowego kompotu wynagrodziły łagodną gorzkość. Słodycz mimo że miała duszne skłonności i bardzo rosła, w ogólnym rozrachunku nie wyszła bardzo za wysoka. Wolałabym, by baza była mniej tłusta, ale i to nie było jakieś bardzo natarczywe. Dodatki mogłyby być porządniej wtopione, ale i tak jak były, nie było źle.
Dodatki okazały się gigantycznym plusem. Już bardzo dobre orzechy laskowe i pistacje mnie cieszyły, ale tak boskie migdały w ogóle rozkochały w sobie. W dodatku orzechów nie pożałowano, a proporcje były świetne.
Małe poprawki i byłaby czekolada z orzechami idealna. Zdziwiłam się, że odebrałam ją lepiej niż Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Gorzka Mix Orzechowy (ukochanego Beskidu!). Sowite sypnięcie dodatków zrobiło robotę.


ocena: 9/10
kupiłam: greentouch.pl
cena: 22,90 zł (za 85g)
kaloryczność: 549,5 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Składniki: czekolada ciemna (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; ekstrakt waniliowy), orzechy 20% w zmiennych proporcjach (migdały, pistacje, orzechy laskowe)

niedziela, 15 marca 2026

(Cukiernia Staropolska) ChocoLu Czarna 03 Ręcznie Robiona Czekolada Deserowa z Pistacjami ciemna 56 % z pistacjami

Tak wyglądające, duże tabliczki z okienkami, przeważnie z wielkim napisem "bez cukru" widywałam już od dawna. Nigdy się jednak nie interesowałam, bo słodzikowe czekolady zwyczajnie omijam. Pewnego dnia w Auchan trafiłam jednak na zmiany w dziale ze słodyczami i sporo czekolad zniknęło, pojawiło się wiele innych, których dotąd nie widziałam. Wiele było tam dubajskich lub po prostu z pistacjami i wtedy ta właśnie przyciągnęła mój wzrok. Z pistacjami, ale nie dubajska, taka niby porządniejsza, ręcznie robiona (co na mnie wrażenia nie robi, ale jak rozumiem ma sprawiać wrażenie, że produkt jest lepszej jakości?), ale z cukrem, nie słodzikiem. Wyglądało na to, że w górach może mi pasować. Niestety, źle skojarzyłam, że ma 72% kakao, bo i takie napisy na tych tabliczkach kiedyś widziałam, ale jak się okazało, koniec końców nieświadomie wzięłam z innej linii. Marka ChocoLu nic mi nie mówiła, więc w domu znalazłam ich stronę internetową. Okazało się, że należy do firmy Cukiernia Staropolska. Tę znałam za sprawą marki Miiau. Ze strony dowiedziałam się, że Miiau to linia premium. No, czyli wychodziło na to, że... Linia ChocoLu jest "tą zwyklejszą"? Z tego, co poczytałam, starają się mieć produkty dla wszystkich: białe, mleczne, ciemne, dla cukrzyków i dbających o linię czekolady bez cukru, proteinowe i BIO. Niestety, mimo że brzmiało ładnie, po tych, które jadłam, zrobiłam się trochę podejrzliwa.
Tabliczkę otworzyłam oczywiście w górach, ale nie na żadnym szczycie, a na podejściu. Gdzieś w drugiej części zielonego szlaku z miejscowości Tri Studnicky na Krywań, zaraz po specyficznych zakrętasach, gdzie uznałam, że akurat jest ładny widok i jeszcze była przestrzeń, nim ścieżka się zwęziła.


(Cukiernia Staropolska) ChocoLu Czarna 03 Ręcznie Robiona Czekolada Deserowa z Pistacjami to ciemna czekolada o zawartości 56% kakao z prażonymi pistacjami; ręcznie robiona.

Po otwarciu poczułam bardzo słodki, trochę cukrowy zapach budyniu waniliowego z motywem aromatu, w którym było jednak coś niejasnego. Jakby wanilię okroić ze szlachetności. Mieszała się z echem kwiatów. Za nimi stanęła prosta, palona cierpkość. Pistacje czuć lekko ogólnie, a nieco mocniej przy wąchaniu spodu. Krył się przy nich akcent migdałów i siana, rozgrzanego słońcem. Powiedziałabym, że pistacje były prażone minimalnie. 

Tabliczkę zdobiło sporo małych i malutkich kawałków pistacji oraz kilka całych dużych pistacji. Trzymały się nieźle, acz przy łamaniu czy odgryzaniu kawałka, sporo drobnicy odpadało. Całe pistacje trzymały się zatopione porządnie.
Przy łamaniu czekolada dała się poznać jako masywnie twarda. Trzaskała przy tym głośno i chrupko, z pełnym zacięciem.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, początkowo jawiąc się jako zbita, jednak z czasem coraz bardziej jakby luźno, a do tego tłusto i miękko. Była zbita, acz średnio gęsta. Czuć w niej drobną pylistość, ale nie suchość, a także kremową gładkość. Tę jednak urozmaicały kawałki dodatku.
Kawałki pistacji odpadały od czekolady i przeważnie turlały się po ustach. Tylko nieliczne starały się długo pozostać zatopione w czekoladowej mazi.
Niezależnie od tego, kiedy gryzłam pistacje, były delikatne i miękkie. Zarówno kawałki, jak i całe. Całe chyba nawet bardziej miękkie. Skórki trafiały się rzadko.

W smaku występ zaczęła silna, cukrowa, ale nie czysto cukrowa, słodycz. Podążało za nią echo... Czegoś. Czegoś waniliowego? Słodkiego aromatu, chwilowo trudnego do uchwycenia. Pomyślałam o budyniu waniliowym, ale to też nie był w pełni on.

Delikatna cierpkość szybko zaznaczyła swoją obecność. Gorzkość niby też, ale wydała się bardzo ostrożna.

Przy niej jednak słodycz zrobiła się bardziej odważna, prawie dosadna. Zdecydowała się na budyń w wariancie zabajone. Budyń o śmietankowej bazie i... zdecydowanie przesłodzony.

Gorzkość i cierpkość też trochę wzrosły lekko, acz ogólnie silne nie były. Pojawiło się w nich trochę drzew i palony motyw. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o suchym lesie, w którym jest gorąco i trochę duszno. Mimo to, w tle przemknęła mi ledwo uchwytna... soczystość? 

Niegryzione pistacje nie zabierały głosu. Zwłaszcza kawałki. W przypadku całych niby dało się ich z czasem doszukać, ale pozostawały bardzo w tyle.
Gdy na próbę parę razy z ciekawości pogryzłam pistacje obok czekolady, wychodziły nijako, trochę udawały siano i orzechy bez nazwy, a czekolada przy nich wydawała się do bólu słodka, trochę jak cukrowo-budyniowa masa czekoladowa.
Gdy spróbowałam samej czekolady, miała w sobie coś siankowo-orzechowo-migdałowego, ale pistacjami nie przesiąkła.

Słodycz nie odpuszczała. Z czasem budyń zabajone stał się słodko drapiącym, dosadniejszym likierem jajecznym.

Gorzkość prawie odpuściła, choć leciutka cierpkość się utrzymała. Drzewa i las też pobrzmiewały, przy czym ostatni wytoczył jeszcze motyw siana. Suchych, rozgrzanych traw w rzadszej części lasu. Do tego zaplątał się niejasny orzechowy akord. Czasem jakby odrobinkę kierował uwagę na pistacje.

W fuzji cierpkości i drzew tym razem wyraźnie odnotowałam soczystość. Pomyślałam o mieszance czarnych i czerwonych porzeczek oraz o malinach. Były słodko-cierpkie, a o kwasku jedynie tęsknie wspomniały.

Pistacje gryzione na koniec smakowały bardzo delikatnie. Przesadzona słodycz bazy nie dawała o sobie zapomnieć, co trochę przeszkadzało. Zwłaszcza w odbiorze kawałków. Te były nijakie. Całe pistacje wykazały się za to wyrazistym smakiem. Wydały mi się prażone naprawdę minimalnie, udające surowe i z dobrze wyczuwalnym duetem słodyczy i wytrawności.

Po zjedzeniu został posmak w dużej mierze niedookreślonego aromatu i pistacji (w przypadku całych pistacji lub z rzadka kawałków) lub jak połączenie nijakich orzechów z sianem (w przypadku większości kawałków). Za nimi stanęła silna cukrowość i motyw budyniu waniliowo-zabajone, który wiązał się z aromatem, a na samym końcu lekka cierpkość kakao i echo gorącego, suchego lasu, drzew. Czułam się trochę przesłodzona, ale nie było jeszcze tak źle, jak się obawiałam.

Tabliczka okazała się w zasadzie w porządku jak na to, czym miała być, ale sprawę pistacji można by rozwiązać o wiele lepiej (dać tylko całe albo całe i połówki, wielkie kawałki, nie zaś taką drobnicę), a ja wolałabym ciemną, bardziej gorzką bazę (% kakao koniecznie do zwiększenia kosztem cukru!). Ta przynajmniej miała dość ciekawy wydźwięk słodyczy - budyń waniliowy i zabajone, choć mnie przesłodził, nie był zbyt nachalny czy sztuczny. Wizja suchego lasu i siana na plus, ale szkoda, że kawałki pistacji ją podchwyciły i też poszły w jakieś siano.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 18,69 zł (za 105 g)
kaloryczność: 552 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, aromat), pistacje 4,8%

poniedziałek, 26 stycznia 2026

VC (Viral Concept) Dubai Style Filled with Pistachio & Kadayif biała z kremem pistacjowym i ciastem kadayif / kataifi

W Dniu Matki ojciec wysłał mi zdjęcie dziś przedstawianej czekolady, bo jego Partnerka dostała ją w prezencie i pomyśleli o mnie, czy będę chciała spróbować, to by nie otwierali, poczekali, aż zrobię zdjęcia i wezmę, ile chcę. Zrobiło mi się niezwykle miło, mimo że jestem bardzo sceptyczna do wszystkiego, co płynące na fali mody na dubajskie czekolady. A do tego trzyma mnie zniesmaczenie Germiyan Angel Hair Chocolate. A jednak... jedzona przeze mnie "dubajska" - Beskid Chocolate Dubai Chocolate Dark Chocolate Filled with Pistaccio Ganache -  nie była taka typowa, bo z ciemną czekoladą. A typ zakłada, że ma być chyba mleczna lub biała. Faktycznie, ciemna była trochę za ciężka. Może więc warto spróbować jej takiej... bardziej typowej?

VC (Viral Concept) Dubai Style Filled with Pistachio & Kadayif to czekolada biała barwiona z nadzieniem pistacjowym z kawałkami pistacji oraz ciastem kadayif / kataifi; "dubajska".

Po otwarciu poczułam delikatny, nieprzesłodzony zapach jakby smażono-karmelizowanych - ale nie zupełnie na słodko? - ciastek i wafelków. Pomyślałam o  tłustych feuilletine, ale nie za bardzo cukrowych, a kierujących się w wytrawniejszą stronę. Czułam też pudrowo słodką, truskawkową nutę leciutko truskawkowych lodów mlecznych (bardziej gelato). W mocno palonych, niesłodkich waflach. Przewinęły się jeszcze duszne pianki marshmallow truskawkowe i słodkie chrupki kukurydziane o smaku truskawkowym (np. Flipsy). Po przełamaniu do wszystkich tych ciastkowo-waflowych nut doszła jeszcze orzechowość - może i pistacje? Acz w ciemno trudno byłoby je uchwycić.

Gruba tabliczka była ciężka i konkretnie-delikatna. Choć wyglądała na plastikowo-masywną, ani trochę nie była twarda. Gruba warstwa czekolady łamała się miękko, prawie rwała, a wnętrze zdecydowanie się rwało i wręcz ciągnęło. Nitki ciasta kataifi trochę się kruszyły i sypały wokół. Kiedy robiłam kęsa, czekolada wgniatała się w nadzienie, a zielonkawy krem mocno się spod niej wyciskał. 
Ciasto kataifi okazało się warstwą otuloną z obu stron kremem pistacjowym, w którym widać parę drobinek pistacji. Zatopiono w nim bowiem malusieńkie i małe kawałki oraz trochę wręcz kropeczek.
Acz bardzo, bardzo trudno wygrzebać sam krem, bo nitki ciastka bardzo się w niego wmieszało. 
W ustach czekolada rozpływała się dość szybko. Była gęsta i tłusta w maślano-śmietankowy sposób, a także lepka. Zmieniała się gęsty, bagienkowaty krem. Ani śladu plastikowości czy ulepkowości. 
Nadzienia szybko wyłaniały się spod niej.
Rzadsze pistacjowe wykazywało plastyczną miękkość i oleistość. Rozpuszczało się dość szybko i zaraz znikało. Wyszło raczej gładko, choć i pylistość w nim poczułam. Urozmaicały je kawałki pistacji. Były małe i średnie, mieszały się w jedno z ciastem.
Ciasto kataifi dodało chrzęstu i konkretu. Było twardawe i nie rozpuszczało się. Starałam się gryźć je bokami, tak, by nie gryźć czekolady i kremu. Wówczas twardo, czasem wręcz kamiennie chrupało. Pistacje plątały się wśród nitek, odróżniając się od nich miękkością.
Całość zostawiała mocno otłuszczone usta.

W smaku czekolada przywitała się wysoką słodyczą i mocno mlecznym smakiem. Słodycz rosła dość szybko, dając się poznać jako trochę cukrowa. Mleko nie dało mu się jednak zagłuszyć. Było pełne i po chwili wzbogaciło się o śmietankę, a także... echo mleka truskawkowego. W tle przewinęła się nuta lodów śmietankowych, leciutko pobrzmiewających truskawkami.
Czekolada spróbowana osobno okazała się nieprzesiąknięta nadzieniem, lekko truskawkowa i szybko zasładzająca w cukrowy sposób. Nadzienie trochę tonowało jej słodycz.

Słodycz rosła, a ja pomyślałam jeszcze o piankach marshmallow lekko truskawkowych i... truskawkowych chrupkach kukurydzianych (dokładniej Flipsach)? Nadzienie po chwili zaczęło dołączać do czekolady, nie zagłuszając jej. Do samego końca miała sporo do powiedzenia.

Krem pistacjowy kontynuował mleczno-śmietankowy wątek. On jednak trochę rozbił tę mocną mleczność bardziej oleiście-nijakim, wręcz trochę wodnistym smakiem. Był średnio słodki, jednak wyraźnie czuć jego cukrową naturą. Znacząco dosładzała go czekolada, pod którą chwilami zdawał się podpinać. Pistacje delikatnie z niego pobrzmiewały. Wyszły naturalnie, ale bardzo stłamszono. Do tego stopnia, że można by zapomnieć, że tam są.
Gdy spróbowałam kremu osobno, był średnio słodki, mleczno-oleisty i mało pistacjowy, że aż trzeba się tego smaku doszukiwać.
Wyłaniające się pistacje leciuteńko podkręcały pistacjowość, ale w całokształcie nie były najlepiej wyczuwalne. Ogólnie krem szybko się zatracał w duecie czekolady i ciasta.

Ciasto kataifi po chwili bardzo podkręcało skojarzenie z truskawkowymi chrupkami kukurydzianymi, a po chwili ogólnie z chrupkami. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nawet niegryzione umacniało się i trochę rozganiało smak kremu i czekolady. Niegryzione jednak nie było zbyt wyraziste.

Kremu i czekolady jednak robiło się szybko coraz mniej i trudno powstrzymać się od gryzienia.
Ciasto gryzione, czy to obok czekolady razem z kremem, czy już bliżej końca, jak te prawie znikały wyszło jak niesłodkie, wytrawniejsze wafle duńskie do lodów. Z dziwnie wyciętą cukrowością. Gdy spróbowałam go osobno, wyszło niczym wytrawno-neutralna, mocno przypieczono-wysmażona wersja wafelków feuilletine. Było to trochę ciastowe, ale w sposób neutralny.
Gryzione wcześniej pistacje gubiły się w cieście i cukrowości.

To krem i czekolada dodawały całości słodyczy. Kontrast ten wyszedł dziwnie. Mdłość oleju, cukrowość i pudrowe truskawkowe echo czekolady kontrastowo splatały się i kłóciły ze sobą. Końcowo, mimo że smak był w sumie też wytrawny, cukrowość trochę drapała w gardle. Truskawkowe echo prawie zniknęło, a do końca pobrzmiewająca czekolada poszła bardziej w cukrowo-śmietankowym kierunku. Jej smak wyraźnie długo się utrzymywał.

Ciasto gryzione na koniec smakowało bardziej wytrawnym, przesmażono-wypieczonym wafelkiem i robiło drobne aluzje do przypalonej skórki chleba. Na koniec, gdy zostało same, kojarzyło mi się jeszcze z przypalonymi orzechami i niesłonymi paluszkami pszennymi.
Gryzione na koniec pistacje wyszły trochę pistacjowo, ale łagodnie. Łatwo, by zgubiły się wśród ciasta, ale tu już wyraźniej się wyłaniały.

Po zjedzeniu został posmak wytrawnych, wysmażono-wypieczonych waflo-chrupek (?) oraz cukrowość aż drapiąca w gardle. Czułam też nutę oleju i nijakość, mdłość, dziwnie mieszającą się z pudrowo truskawkowym, z kolei słodziusim echem.

Dziś przedstawiana tabliczka była bardzo uboga w pistacjowy smak, za to słodka i śmietankowa. Niestety też trochę oleista. Biała, śmietankowa i nieprzesłodzona, ale słodka wyraźnie czekolada na równych prawach rozbrzmiewała z ciastem, które... kompletnie mi nie pasowało. Wytrawnie-smażone i dziwne. Struktura bardzo nie w moim guście: za miękko, za rozlazło, za tłusto.
Ta tabliczka wydaje się jednak w miarę porządnie zrobioną dubajską czekoladą, bez taniości i tandety. Okazała się więc pozytywnym zaskoczeniem, bo nastawiłam się na paskudztwo, a była w zasadzie... całkiem w porządku jak na to, czym miała być. Gdyby pistacje były w niej wyraźniejsze, mogłaby i 6 zdobyć. A jako że 1 z dwóch warunkujących dubajkość rzeczy uciekła, no to jest średnio. Acz nie obrzydliwie. Jestem pod wrażeniem, że takie składniki mnie nie obrzydziły.

Gdy tak pomyślałam o Beskid Chocolate Dubai Chocolate Dark Chocolate Filled with Pistaccio Ganache, to muszę przyznać, że biała czekolada mniej przytłacza tego typu nadzienia i bardziej pasuje. Z kolei gdy pomyślałam o Germiyan Angel Hair Chocolate, echo truskawek dziś przedstawianej zostało o wiele lepiej zrobione, bo ze względu na delikatność, nie raziło sztucznością.

Otrzymałam jeden pasek, ale zjadłam ledwo pół i drugie oddałam Mamie. Jej opinia: "Jestem pozytywnie zaskoczona. Jak na coś takiego... nastawiłam się na coś złego, a ona nawet niezła była. Nie niesmaczna. Do tego nadzienia jednak chyba bardziej mleczna by pasowała i wtedy byłaby ok. Tak słodko, pistacji nie czuć, ale jakoś to wyszło... nieobrzydliwie, o wiele lepiej niż ta z anielskimi włosami*".
*Mama miała na myśli Germiyan Angel Hair Chocolate.


ocena: 5/10
kupiłam: poczęstowałam się (ale czekolada kupiona w Żabce - widziałam w gazetce)
cena: - (jak wyżej: cena to 19,99 zł)
kaloryczność: 542 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada biała (50%: cukier, tłuszcz kakaowy 24,6%, pełne mleko w proszku 14%, demineralizowana serwatka w proszku,, laktoza, koncentraty roślinne: krokosz barwierski, rzodkiewka; lecytyna słonecznikowa), kremowe nadzienie pistacjowe (37,5%: cukier, pistacje 29,5%, oleje roślinne: słonecznikowy i bawełniany; odtłuszczone mleko w proszku, demineralizowana serwatka w proszku, lecytyna sojowa, aromat, sól, barwniki: E141, E100), ciasto kataifi / kadayif (12,5%: mąka pszenna, olej słonecznikowy, sól)

sobota, 27 grudnia 2025

Germiyan Angel Hair Chocolate biała (polewa) z kremem pistacjowym i pismaniye (turecką watą cukrową) z nutą truskawek

Męczy mnie moda na pistacje i dubajskie produkty, mimo że nic z tego nie kupuję. Nie rozumiem jej, jedzona czekolada Beskid Chocolate Dubai Chocolate Dark Chocolate Filled with Pistaccio Ganache była niezbyt smaczna, inne takie produkty w dodatku ze złym składem na pewno nie smakują lepiej, a że są drogie... No nie rozumiem. Jakiś czas temu ojciec znalazł w internecie jednak coś jeszcze dziwniejszego: czekoladę za jakieś 200 zł z "włosami anielskimi". Nie trzeba było długo czekać, by podobne zawitały do sklepów. Wtedy to kupił taką natychmiast i, po tym jak zjadł ze swoją partnerką, stwierdził, że jest bardzo ciekawy mojej opinii. I podczas kolejnej wizyty u mnie, wręczył mi tę oto tabliczkę. Łatwo się domyślić, że mój sceptycyzm ledwo może się zmieścić w jakichkolwiek słowach. Czym w ogóle są te anielskie włosy? Pişmaniye, czyli turecki składnik ponoć przypominający konsystencją watę cukrową lub wełnę, a w smaku ponoć podobny do chałwy. Powstaje poprzez połączenie prażonej w maśle mąki z rozciąganym cukrem, formowanym następnie w cienkie, delikatne nitki. Coś takiego widywałam w jakiś Kuchniach Świata i internecie, jako słodkości z Turcji kształtem przypominające małe gniazdka. A jak to niby ma wyjść w czekoladzie? Miałam się przekonać na czekoladzie tureckiego producenta, Germiyan, o którym dotąd nic nie słyszałam.

Germiyan Angel Hair Chocolate to biała "czekolada" (w zasadzie sam producent przyznał, że "wyrób mleczny") barwiona i nadziewana kremem pistacjowym oraz pismaniye, czyli turecką watą cukrową, częściowo o smaku truskawek.

Po otwarciu poczułam intensywny, słodko truskawkowy zapach dziwnie znajomy, ale trudny do nazwania od razu. Po chwili olśniło mnie: truskawkowe chrupki kukurydziane (konkretniej Flipsy - nigdy chyba nie jadłam, ale ojciec się nimi zajadał, stąd zapach znam; ja wolałam czekoladowe). Sztucznawe, ale nie mocno, słodkie, ale też bez przesady. Biała czekolada, i może jakby czekoladki (ale białe) z nadzieniem mleczno-margarynowo-truskawkowym trzymały się tyłów. W zasadzie to byłoby nawet w pewien sposób przyjemne, ale właśnie: gdybym wąchała takie chrupki, nie zaś czekoladę.

Bardzo nie podobał mi się wygląd wyjętej z opakowania tabliczki już od początku - wyglądała jak plastik, atrapa z domku Barbie. Po przełamaniu było jeszcze gorzej - to wcale nie wyglądało spożywczo, a tym samym kusząco.
Tłusta w dotyku tabliczka była masywna i ciężka, konkretna. Przy łamaniu jednak szybko okazało się, iż jest bardzo delikatna i łatwo, by się rozwaliła. Bardzo gruba czekolada nie pasowała do delikatnego nadzienia. O ile warstwa zielona była miękka i cienka, tak druga, ta wata cukrowa... Wyszło dziwacznie. Rwało się i wystawało z czekolady - przekładało się na zupełny brak spójności. Część włosów się osypywała. W dotyku okazały się mięciutkie niczym sztuczne włosy (np. lalki?) połączone 1:1 z lekko zawilgoconą watą cukrową. Nie była to jednak wata cukrowa taka zwyczajna, na patyku znana z festynów... Była... dziwniejsza.
W ustach czekolada rozpływała się trochę niechętnie, ale w sumie dość szybko. Była tłusta i początkowo stała się udawać gładką, jednak zdradzała pylistość. Dała się poznać jako dość zwarta i gibka niczym miękka polewa. Rozpuszczała się oleiście. Ze względu na jej ilość, przytłaczała nadzienia i zostawała najdłużej, końcowo jawiąc się jako ulepek.
Szybko wyłaniały się z niej nadzienia. Pistacjowe rozpływało się w średnim tempie, podpinając się pod czekoladę. Okazało się tłuste w miękki, trochę oleisty sposób. Wykazywało jednak też pewną śmietankowość. Zgrało się w sumie z czekoladą.
Wata cukrowa bardzo odróżniała się od reszty, nasiąkała szybko i szybko się rozpuszczała. Rozpuszczała się... jak wata cukrowa, trochę wodniście. Włosy gryzione potrafiły subtelnie skrzypieć, trzeszczeć trochę jak chmurkowa chałwa i rozmokły cukier.
Struktura dziwaczna, trudno jeść to komfortowo i czysto. W dodatku dość szybko po podziale włosy traciły swą lekkość i trochę się zbijały. Czyli... jak rozumiem jest to do zjedzenia natychmiast?

W smaku czekolada od początku roztoczyła mleczno-margarynowy motyw, do którego szybko dołączyła słodycz. Najpierw średnio wysoka, a już po chwili bardzo wysoka i jawnie cukrowa. Czekolada pobrzmiewała sztucznymi truskawkami. Potem starały się od nich odciągać uwagę nasilająca się margaryna i mleko, ale... finalnie mieszały się w jeden, plastikowy wątek.
Z czasem, zwłaszcza gdy spróbowałam ją osobno, do cukru dołączała wanilina (w ogóle jednak kryła się w sztucznej truskawkowości). Ogólnie smakowała więc margarynową białą polewą, naperfumowaną truskawkami.

Nadzienia szybko dawały o sobie znać i wychodziły przed czekoladę (swoją drogą, pewnie nimi przesiąkła - wniosek po wczytaniu się w skład).

Wata cukrowa "włosy" zaserwowała cukier z lekko pszenną nutą. Mignęły echem chemicznych truskawek, które czasami się wycofywały, a czasami próbowały wyrwać się niemal na przód*. Było w nich coś landrynkowego, do głowy przyszły biało-czerwone cukierki typu znalezione w internecie Roshen Yogurtini. Słodycz rosła, a włosie zaczynało przybierać wydźwięk prostu waty cukrowej, acz właśnie z chemicznie truskawkowym echem.
*Gdy popróbowałam "włosów" z różnych części tabliczki, miejscami były lekko różowe i mocno truskawkowe, miejscami białe i albo wcale, albo jedynie z truskawkowym echem.

Truskawkę starało się tonować zielone nadzienie. To wchodziło spokojniej, kontynuowało margarynowy motyw czekolady, do którego dodało... słodkie chrupki kukurydziane (jak Flipsy, ale tym razem w wariancie nieistniejącym, bo orzechowo-nugatowym). Było średnio słodkie, a także śmietankowo-maślane. Pistacje w nim czuć dopiero po chwili, nie mocno, a jako pistacjowe chrupki (wyobrażenie). Z czasem jawiły się jako prostu jako taka wytrawniejsza orzechowość.
Gdy spróbowałam kremu osobno, potwierdziło się, że był mało pistacjowe. Pistacje rozmywała margaryna i śmietanka.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nadzienia zaczynały słabnąć. Echo włosia i dogorywające pistacje chyba zawalczyły o nutkę... słodkich - orzechowo-owocowych? - chrupek kukurydzianych? Tonęło to jednak w smaku wracającej do gry już drapiąco słodkiej, margarynowo-śmietankowej "czekolady". Chemiczny posmak różowej części nadzienia wzmocnił jej sztuczność i w głowie rozgościły mi się karmelki owocowo-jogurtowe.

Po zjedzeniu został posmak chemicznych truskawek (dawno tak okrutnie sztucznych nie czułam!), cukrowy jak waty cukrowej i może coś około sztucznie orzechowo-chałwowy. Pistacje prawie się ukryły. Maślaność, margaryna i śmietanka za to miały się dobrze. W gardle drapało, ale posmak nie był taki bardzo słodki.

Czekolada okazała się dziwna. Smakowo w bardzo niepozytywny sposób przez sztuczną nutę truskawek oraz nieprzyjemna przez rozwalającą się, niespójną strukturę. A jednak... gdy zapomnieć o tej sztucznej nucie, było w tym coś ciekawego: nijaki (ale nie tragiczny) krem pistacjowy i wata cukrowa stworzyły niecodzienny, w zasadzie interesujący duet. Taka wata cukrowa nie pasuje mi do czekolady, ale znów - ciekawostkowo można spróbować. Niestety całości nie pomogła beznadziejna polewa z wierzchu, której jak na złość dano bardzo dużo.
Jakby nie patrzeć, żałuję, że do mnie trafiła akurat taka tak kiepska jakościowo, polewowo-margarynowa tabliczka. Widziałam w internecie, że były i warianty w mlecznej czekoladzie... Uwierzę, że lepszej jakości ciekawostkowo mogła by wyjść lepiej, bo niska ocena nie wynika w żadnym razie z dziwności anielskiego włosia! Wynika głównie z chemii i margaryny.

Ojciec wypytywał, co ja myślę. Swoją opinię streściłam mu mniej więcej tak ("Tafla barwy jednorożcowej w smaku słodka w stopniu zabójczym, margaryna gra w niej drugie skrzypce w akompaniamencie chemicznych truskawek. Włosie próbujące udawać watę cukrową wraz z warstwą barwy dojrzałego siniaka po jednorożcowym kopycie, układa się w motyw chrupek truskawkowych Flipsów, sowicie zaprawionych cukrem. Chemia niczym manna z nieba oprósza to wszystko. Twór dość... Okrutny") i gdy zapytałam go, odpisał: "Zjedzone, wrażenie takie samo chociaż mniej bajkowe. My używaliśmy bardziej przyziemnych określeń, niemających nic wspólnego z aniołami. A. czuła tylko bardziej maliny niż truskawki. Wolimy już te dubajskie, na 100%. Twojej nie chcemy!".

Stąd Mama skończyła z resztą mojej. Jej opinia początkowo nie była aż tak skrajna, ale... Cóż, opisała: "W pierwszej chwili zapachniała mi nawet ładnie, jakoś tak znajomo, ale nie wiem czym. Struktura trochę dziwna, ale to, że się rozwarstwia mi jakoś nie przeszkadzało. Te włosy jednak trochę mnie obrzydzały. Wyglądały jak prawdziwe włosy, a niefajnie coś takiego jeść. No, ale to takie dziwne i bardzo ciekawe, więc jako ciekawostka w sumie fajnie tak spróbować, jednorazowo. W smaku w pierwszej chwili jakoś lepiej to odebrałam, ale im więcej jadłam... No, ta polewa na wierzchu była zła. Najgorsza. Sztuczna i niesmaczna. Trochę tam ogólnie aromat truskawkowy czuć, nie jakoś strasznie, ale i tak było niesmacznie. Te włosy jak wata cukrowa, w smaku może i fajne. Krem zielony słaby, bo nijaki. Nie czułam w nim pistacji. No kiepskie.".


ocena: 2/10
kupiłam: dostałam od ojca (a on kupił chyba w Dealz)
cena: ok. 25 zł (z tego, co sprawdziłam)
kaloryczność: 525,7 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: polewa 65% (cukier, w pełni uwodniony olej roślinny palmowy, mleko w proszku, serwatka w pełni w proszku, emulgator: lecytyna słonecznikowa E322, polirycynooleinian poliglicerolu E476; aromat: wanilina; naturalny barwnik: hibiskus), krem pistacjowy 25% (cukier, w pełni uwodniony olej roślinny słonecznikowy, odtłuszczone mleko w proszku, pistacje 19%, emulgator: lecytyna słonecznikowa E322; sól, naturalny natur aromat pistacjowy, naturalny barwnik chlorofil E141, wanilia), wata cukrowa 10% (cukier, glukoza, mąka pszenna, syrop cukrowy, w pełni uwodorniony olej roślinny palmowy, woda, regulator kwasowości kwas cytrynowy E330, naturalny aromat: truskawka; barwnik: burak)

środa, 3 grudnia 2025

Lindt Excellence Pistachio Dark Chocolate ciemna 47 % z karmelizowanymi pistacjami i solą

Niby nowość, ale nie nowość. W 2020 Lindt Excellence Pistache Grillee Noir A la pointe de sel pojawiła się i zaraz chyba zniknęła. Przywrócili w trochę zmienionej formie, pewnie korzystając z mody na pistacje. I, jak można się było spodziewać, pewnie wychodząc z założenia, że ludzie i tak kupią, nawet jak obniżą ilość pistacji. By sprawdzić, jak to wyszło, sama bym nie kupiła, ale od ojca przyjęłam. I zabrałam tabliczkę pewnego gorącego majowego dnia w góry zupełnie mi nieznane, słowackie Góry Czerchowskie. Poszłam żółtym szlakiem z Hertnika przez Bukovy Vrch i Chochulkę na Velką Javorinę, gdzie też zabrałam się za dziś prezentowaną czekoladę. Szczyt był trochę zalesiony, ale co nieco widać i... na szczęście było tam trochę cienia, bo cały czas bałam się, że czekolada zaraz mi popłynie (nie popłynęła). Potem wróciłam na Chochulkę.

Lindt Excellence Pistachio Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 47% kakao z kawałkami karmelizowanych pistacji i solą.

Po otwarciu poczułam palony zapach czekolady o kawowym charakterze oraz karmelu. A w zasadzie karmelizowania i przy skupieniu się, karmelizowanego czegoś, może i "jakiś orzechów". Pistacje w zasadzie się ukryły, a ja doszukałam się echa marcepanu w cukrowo słodkiej, trochę wanilinowej czekoladzie. "Powiedzmy, że pistacje" pokazały się trochę po połamaniu i w trakcie jedzenia. Wychwyciłam wtedy też lekko słonawe echo. Całość była przesłodzona i miała w sobie sporo z likierowego syropu. Niby odnotowałam nieśmiałą gorzkawość, ale... Miałam wrażenie, że to palony słód, który tylko udaje kakao. 

Tabliczka była tłusta i ulepkowata, jedynie twardawa przy łamaniu. Trzaskała jednak niezbyt głośno, w kruchy sposób. Słychać było leciutkie kruche chrupanie dodatków. A tych dodano średnią ilość, co widać już w przekroju. Były miejsca bez nich, ale też takie, gdzie kawałek dosłownie siedział na kawałku. 
W ustach czekolada szybko miękła i rozpływała się także dość szybko. Zalepiała i zmieniała się w bezkształtną, maślano tłustą, mazistą masę. Nie wydawała się przesadnie najeżenia kawałkami pistacji i pojawiła się w niej kremowość. Dodatki szybko się z niej wyłaniały, ale nie wpadały, a trzymały czekolady. Minimalnie - pod tym względem wyszła lepiej od tej z 2020. Mniej pistacji wyszło na dobre dla struktury.
Pistacje dodano do niej różnej wielkości. Większość kawałków to w zasadzie drobinki, wiele było małych i średnich oraz dosłownie parę większych. Bez wątpienia były karmelizowane, choć w różnym stopniu. Na większości wyraźnie czuć warstewkę palonego cukru, na innych była subtelna. 
Pistacje stukały karmelem o zęby. Rozpuszczał się wraz z czekoladą. Wśród kawałków pistacji raz po raz przewijały się duże kryształki soli. Częściowo rozpuszczały się, częściowo zostawały na koniec. Trafiłam też na kilka szklistych płatków karmelu bez pistacji.
Aby gryźć pistacje wcześniej, obok czekolady, trzeba było się trochę nagimnastykować, bo czekolada lepko je okrywała. Gdy jednak udało mi się je wyłuskać, chrupały, jawiąc się jako twarde za sprawą karmelu. Rzęził twardo (ale nie w negatywnym sensie), cukrowo.
Wolałam gryźć pistacje dopiero na koniec.
Pistacje gryzione na końcu w większości były miękkawe, ale wciąż także jeszcze lekko chrupkawe. Jak na paru został jeszcze karmel, chrupały, wykazując twardawa chrupkość. 
Niestety zdarzało się, że obok pistacji zostały jeszcze kryształki soli.

W smaku czekolada uderzyła słodyczą, za którą podążał palono-prażony motyw. Ułożyło się to w trochę likierowy sos, wlany do palonej kawy.

Słodycz rosła bez żadnych oporów, zapewniając, że sos bazuje na cukrze. Cukier zagościł na dobre na pierwszym planie, ale pobrzmiewało za nim wręcz karmelowe echo.

Kiedy spróbowałam trochę czekolady osobno, czuć w niej nutkę karmelu, ale nie pistacji. Ani trochę nimi nie przesiąkła. Dała się wtedy poznać jako zabójczo słodka i gorzkawa w minimalnym stopniu.

W tle pojawił się motyw lekko słodowo-zbożowy, który próbował zdobyć się na gorzkawość. Na pewno wiązał się z prażenio-paleniem. Może likier był orzechowy? Marcepanowy? Przemknęła mi drobna, czekoladowa ni sztuczność, ni plastik, a także maślaność, która bardzo łagodziła kompozycję.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa raz po raz pojawiała się słoność, rozchodząca się od kryształków. Zagłuszały taniość. Przeważnie w tym momencie odzywały się kawałki pistacji, ale bynajmniej nie smakiem pistacjowym, a palonym cukrem. Wyraźnie bardzo słodkim karmelizowaniem (nie samym karmelem). Nuta palenia była raz delikatniejsza, raz mocniejsza, ale zawsze słodka i bez goryczki.

Lekka czekoladowa gorzkawość próbowała się wychylić zza tego wszystkiego, ale jej nie szło. Osiadła w palonym wątku, przywodząc na myśl zbożową kawę oraz preparowane zboże w czekoladzie z mlecznym nadzieniem (coś jak Kinder country?).

Słodycz rosła i drapała w gardle. Rosła i rosła bez litości.

Pistacje w zasadzie cały czas się ukrywały. Tonęły w przesłodzonej, likierowo-karmelowej toni.

Gdy z ciekawości pogryzłam kawałki obok czekolady, pozostały stłumione cukrem. Karmel z nich gryziony był jako tako wyczuwalny, acz słabiej, niż gdy się trochę rozpuszczał. W zasadzie tu mogło być karmelizowane cokolwiek, choćby jakiś popcorn.

Gryzione na koniec pistacje smakowały mocnym prażeniem, ale na szczęście jeszcze bez goryczki. Motyw karmelizowania przewijał się, ale nie zawsze. W przypadku wielu kawałków pistacje wyszły nijako, jak "jakieś orzechy". Czasem w ogóle wydawały się nawet nie orzechami, a czymś zbożowym (i wcześniej karmelizowanym). To że to pistacje czuć co parę kęsów, gdy trafiał się większy kawałek. Wówczas rozchodził się średnio mocny, naturalnie słodkawy smak pistacji. 

Pistacje nie wydawały się słone w sensie posolone (skład nie rozjaśnia sytuacji, bo na opakowaniu w dwóch językach pistacje nie są solone, a w dwóch są). Czasem jednak na koniec sól została i wtedy zagłuszała wszystko inne.

Po zjedzeniu zostało cukrowe przesłodzenie, które na dobre rozgościło się jako drapanie w gardle, a także posmak mocnego karmelizowaniem, prażenia i soli. Czułam też lekką cierpkość udającą kawę, trochę echo słodu i plastikowy akcent czekolady.

Czekolada wyszła w pewnych sprawach lepiej niż Lindt Excellence Pistache Grillee Noir A la pointe de sel z 2020. Struktura mniej zlepkowo-ulepkowa, choć też nie była idealna. Pistacje za bardzo porobili, przez co uciekał ich smak. Czekoladowa baza kiepska, aż smutno mi się zrobiło. Miękka i okrutnie słodka, trochę plastikowa i z jakby udawana gorzkością. Sól całkiem nieźle tu wyszła, bo takiej bazie nie przeszkadzała i było jej mniej niż w podlinkowanej (a jednak w podlinkowanej jest dodatkiem tytułowym, w dzisiejszej nie, więc tak w sumie powinno być - i skoro w dzisiaj przedstawianej soli w tytule nie ma, to może w ogóle nie powinno jej być?). Nie posolono samych pistacji, co je ratowało. 
W górach łatwo szła, mimo zasładzania. W domu trochę gorzej, ale co miałam, dojadłam.

Czuję, że nowej wersji nie powinnam skrzywdzić niższą oceną niż podlinkowanej, ale jednocześnie czuję że tamtą oceniłam łaskawie. Chociaż... Lindt Excellence Pistache Grillee Noir A la pointe de sel z 2020 roku wydawała się mniej plastikowa, gdy chodzi o bazę, a biorąc pod uwagę, jak kiepsko ostatnio wychodzą nowe Lindty, kiedyś pistacjowa Excellence mogła smakować nieco lepiej (a nie tylko ja zrobiłam się bardziej krytyczna).


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam
cena: nie znam
kaloryczność: 536 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład; cukier, miazga kakaowa, pistacje karmelizowane 10% (pistacje, cukier*), tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyny sojowe; naturalny aromat, sól morska 0,15%

*Na opakowanie w dwóch językach po cukrze jest jeszcze sól, w dwóch nie ma.