Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lody: masło orzechowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lody: masło orzechowe. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 października 2022

lody Ice Cream United Peanut Butter

Kiedy trochę rozczarowały mnie lody Ice Cream United Vanilla Cookies (bo choć pyszne, to jednak z "ale"...), pomyślałam, że pójdę za ciosem i zdecyduję się na drugi dość ryzykowny w takim razie wariant (w zasadzie to był ostatni, jaki kupiłam). Rzeczy masłoorzechowe raczej rzadko w moim odczuciu wychodzą tak "peanut butterowo", jak bym chciała, więc jestem sceptyczna. W przypadku lodów... sama nie wiem. Perspektywa jedzenia przemrożonego masła orzechowego jakoś niezbyt mi się jednak widziała (po Karamell & Salz byłam w sklepie nazbyt optymistyczna i chyba założyłam jakieś przysłowiowe różowe okulary). A jednak ogólnie marka bardzo mnie zaintrygowała zamiennikiem cukru białego - trzcinowym. I właśnie na minimalnie słodkie, na maksa czekoladowe lody się nastawiłam przy Schokolade. I cóż, tego nie dostałam. Choć same lody były dobre, zawalił dodatek. W takim razie może nic straconego? Może lody dzisiaj przedstawiane też miały być dobre, bo bez wątpliwego dodatku? Bałam się początkowo tylko, czy "wątpliwe" nie przedstawi się tu masło orzechowe. Tak sobie myślałam, aż do dnia, kiedy przeczytałam opis i skład (nie mam pojęcia, jak to się stało, że akurat tego wariantu nie czytałam albo czytałam ogłupiona w sklepie). A tam... maślane karmele, kajmaki i co państwo tylko chcecie... a nie ukrywam, że nawet gdy ogólnie byłam o wiele większą entuzjastką lodów, karmelowe warianty raczej omijałam. Masło orzechowe i karmel to pewnie coś idealnego dla niektórych, mnie niezbyt pasowało (łagodnie mówiąc).

Ice Cream United Peanut Butter (by Lukas Podolski) to lody o smaku fistaszkowym z (10%) sosem dulce de leche (o smaku kajmakowym) i (10%) kawałkami karmelu maślanego w czekoladzie 7%

Po otwarciu poczułam mocno fistaszkowo-nugatowy zapach. Po chwili przeszedł w bardziej jakby  nugat o smaku masła orzechowego, trochę duszno-ciężkawy. Wyraźnie "na słodko", o co zadbał karmel... Czy raczej, mimo lekkiej, palonej nuty, kajmak, coś niemal krówkowego. Za tym stała mleczność, śmietanka - bardzo naturalna, jakby też naturalnie słodkawa baza. W trakcie jedzenia, raz czy dwa, zajechało mi to sztucznawo-alkoholowym, słodkim karmelem (jak trochę pawełkowy karmel z batona typu Mars?).

Masa lodowa była gęsta i kremowa. Choć nie była twarda jak kamień, trafiłam na twardawość wynikającą jakby z ewidentnego zagęszczenia (masłem orzechowym). Właśnie także gęstością mogła się pochwalić. Wydała mi się ciężka, dość tłusta. W ustach tłustość ta okazała się nugatowa, jak fuzja śmietanki, masła orzechowego i... zagęszczonego, skondensowanego mleka. Kajmak wmieszano więc prawie na gładko do bazy lodowej. Trafiały się bowiem ciągnąco-gumiaste (bo przymrożone), śkliskawe grudki. Krem fistaszkowy wmieszano natomiast idealnie (nie trafiłam ani na grudeczkę masła orzechowego). Baza topiła się powoli, niechętnie... Bardziej po prostu miękła na puszyście-gęstą, ciężkawą chmurkę... Z motywem spieniono-skondensowanego mleka.
W pudle znalazło się dużo równych kulek wielkości do 0,5 cm, składających się (mniej więcej po równo) z czekolady i karmelu. Czekolada je pokrywająca nie była kamieniem, miękła i gięła się. Nieco ulepkowata, ale dość tłusto-kremowa, jak średniej, ale znośnej jakości polewa czekoladowa. 
Większość kulek zawierała ewidentnie kawałki karmelu, inne (nieliczne) nadziano sosem karmelowym albo po prostu rozwaliły się, a karmel się rozpuścił - obstawiam to drugie (bo lody jem mocno stopione).
Kulki w miarę szybko dochodziły od zamrożenia do siebie, acz ja i tak najpierw wybierałam je z masy na talerzyk, a do ust brałam po paru chwilach.
Karmel okazał się łatwym, przystępnym do gryzienia tworem nieco szklistym, tłustym... czasem nieco bardziej grudkowato-krówkowym. Ogólnie jednak można go podsumować jako chrupiąco-trzeszczące karmelki. Rozpuszczał się łatwo, zębów nie obklejał. Najlepszym sposobem jedzenia tego czegoś to... niejedzenie. Wywalałam, bo smak był daleki od zjadliwego.

W smaku sama masa lodowa od razu dała się poznać jako bardzo, bardzo słodka i wyraźnie mleczna. Doszła do tego słodko-maślana nugatowość, wnosząca fistaszki. Chwilami były wyraźniejsze, chwilami jakoś zanikały. Wyszły nieco duszno, słodkie masło orzechowe przywodząc na myśl tylko sporadycznie. Były bardziej jakby nugatowe, z mlecznym wątkiem (nie wiem, dlaczego skojarzyło mi się to z nijako-słodkim nugatem z Marsa).

Nugatem mleczno-karmelowym w zasadzie. Słodycz odegrała ważną rolę. Łatwo o skojarzenie z karmelowym mlekiem, mlekiem skondensowanym i... kajmakiem. Kajmakowo-fistaszkowym nugatem? Z czasem, gdy fistaszkowość gubiła się w słodyczy, a - zwłaszcza po zagarnięciu dodatków - baza udawała zasłodzone cappuccino. Co więcej, gdy trafiałam na fragmenty słabo przemieszane, to kajmakowo-maślana słodycz podskakiwała i stawała na pierwszym planie. Całość wyszła więc dość niedookreślona.

Mocnym dosładzaczem okazał się dodatek. 

Karmel w czekoladzie był bardzo słodki. W zasadzie już czekolada roztaczała cukrowość, aczkolwiek mleczności nie mogę jej odmówić. Niestety i tak zawarła ulepkowaty motyw. 
Karmel spod niej odzywał się szybko jako słodkie i sztuczne karmelki z tłuszczowym posmakiem. Chwilami przytaczał lekko palony wątek.
Kulki z lejącym błyskawicznie zacukrzały. 
Ogólnie sztuczny karmel z kulek podkreślał słodycz i kajmakowo-karmelowość bazy, ale spłycał ją, wplatając sztuczność jakby... sztuczną słodycz. To tanie, cukrowe karmelki, zostawiające nieprzyjemny posmak. Zdecydowaniu psuły całość.

Dodatki przygłuszyły fistaszki, za to nakręciły trochę karmelowo-kajmakowość, nugatowość. Im więcej jadłam, tym bardziej widziało mi się to jako kajmakowe cappuccino albo po prostu abstrakcyjne słodkości o smaku cappuccino. Gdy trafiłam na kumulację słodyczy, robiło się słodko-mdło, aż muląco.

Po zjedzeniu już części został niesmak tanich karmelków, sztucznawej słodyczy i przesłodzenie. Czułam kajmakowo-karmelkowe, maślano-polewowe nuty tanich słodyczy, a także wątłe echo mleczno-cappuccinowo-nugatowych lodów. 
Karmelki były paskudne, baza zaś średnia - próbowałam to jeść wywalając kulki, ale było ich tak dużo, a same lody okazały się z czasem tak mulące, słodkie i ciężkie, że ledwo dobrnęłam i przejadłam jakąś 1/3, że po prostu więcej nie dałam rady (próbowałam zjeść jak najwięcej, bo jadłam je zimą, a to nie pora Mamy na lody, więc nie chciałam ich wyrzucać).

Całość wyszła szokująco kiepsko. Baza lodowa bardzo mnie zaskoczyła, że była (fistaszkowo) nugatowo-kajmakowa, a nie, że to lody fistaszkowe z np. skupiskami, zawijasami sosu kajmakowego (dodanego jako widoczny dodatek). Do tego motyw cappuccino... Nie wyszła wprawdzie tak zupełnie tragicznie, tylko nieadekwatnie. Kawałki karmelu w czekoladzie to jakieś niskie jakościowo okropieństwo. Lody ogółem kojarzyły mi się trochę z lodową wariacją na temat Marsa. Słodko, mdławo, niedookreślono - jakby same nie bardzo wiedziały, czym mają być. Nie smakowały mi ogółem, a ich dziwna konsystencja też mnie nie wciągnęła (acz uwierzę, że może się podobać). A jednak to nie porażka na całego; po prostu lody niewarte uwagi. Dodatki, posmak, wydźwięk - wszystko to sprawiło, że szybko odechciało się jedzenia tego.
Oczywiście napalona na "dobre lody" po Karamell & Salz (bo kupiłam je jako pierwsze i jedyne na spróbowanie) jakoś nie skupiłam się, nie wczytywałam się w składy i opisy i... mam za swoje. Brawo ja. Że też musiałam za pierwszym zakupem trafić na najlepszy wariant... I odkrywać, że z innymi jest tylko gorzej, ech.


ocena: 5/10
kupiłam: Lidl
cena: 14,99 zł (za 500ml)
kaloryczność: 130 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: 51% mleko, cukier trzcinowy nierafinowany, 9% pasta z orzeszków arachidowych, śmietanka, glukoza, woda, cukier, 2% mleko zagęszczone, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, syrop glukozowy, miazga kakaowa, syrop cukru inwertowanego, 0,4% masło, emulgatory (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, lecytyna sojowa), stabilizatory (mączka chleba świętojańskiego, guma guar), skrobia, sól, mleczko w proszku odtłuszczone, naturalny aromat waniliowy, syrop cukru skarmelizowanego

sobota, 8 października 2022

lody Ben & Jerry's Netflix & Chill'd Non-Dairy Ice Cream

Swego czasu, dawno, dawno temu gdy jeszcze lubiłam od czasu do czasu zjeść dobre lody, zauważyłam, że dzieje się coś dziwnego z tym smakiem B&J's (Netflix & Chill'd). Pomyślałam, że zmienili netfliksową szatę graficzną, która bardzo mi się podobała. Nieco markotna, gdy trafiłam na promocję, kupiłam, chcąc sprawdzić, czy przypadkiem zacnych lodów nie zepsuli, bo i tak kiedyś planowałam do nich wrócić (składu więc nie sprawdzałam; zwykłe Netflix & Chill'd jadłam w 2020). A mam teorię (popartą wiedzą z wykładów dot. rynku i reklamy), że producenci zawsze jak zmieniają opakowania, to i w składach gmerają. Zanim się za nie zabrałam, znów zaczęłam widywać wersję w opakowaniu ciemniejszym, z wyraźnym logo Netfliksa. Dziwne mi się to wydało. Potem przyjrzałam się moim - na jasnozielonych opakowaniach logo Netfliksa też było, tylko że mniej widoczne. Zaczęłam zachodzić w głowę, co jest, aż w końcu mnie tknęło. Przecież marka wiele smaków ma w dwóch wersjach: zwykłych i wegańskich. Ogarnęło mnie przerażenie. Władowałam się w wersję wegańską, której nigdy nie miałam zamiaru kupować. Lody więc czekały i czekały, aż przeszły mi jako typ jedzenia. Też do wszelkich słonych dodatków nastawiłam się bardzo "na nie". Lody postanowiłam w końcu otworzyć, by mi zamrażarki nie zawalały. Potrafię docenić, mimo że już rzecz nie moja? Pocieszałam się też myślą, że czeka mnie ciekawe doświadczenie, a mianowicie na przykładzie tego samego wariantu sprawdzić, jak się mają jakościowo zwykłe B&J's do wege wersji.

Ben & Jerry's Netflix & Chill'd™ Non-Dairy Ice Cream to wegańskie lody na bazie mleka migdałowego o smaku masła orzechowego (krem z fistaszków to 5%*) z masą ze słodko-słonych precli (9%) oraz kawałkami ciasta brownie (10%). Opakowanie zawiera 465ml / 384g.
*Wmieszany w masę raczej, acz ja trafiłam na jedną grudkę, udającą masę z precelków - szkoda, że nie dodali masła orzechowego też jako "zawijas".

Po otwarciu lody prawie nie pachniały, potrzebowały czasu, by zapachnieć łaskawie... masłem orzechowym. W trakcie degustacji czułam delikatne, margarynowo-maślane masło orzechowe fistaszkowe, wyraźnie trochę słodkie, subtelnie słone - w amerykańskim stylu. To było trochę złudnie mlecznawo-mdłe. Po zruszeniu, w trakcie jedzenia dołączył do nich zapach słonych precelków i cierpko-goryczkowaty wątek kakao. Wszystko byłoby smakowite, gdyby nie trzymała się tego słodka sztuczność, plastikowość.

Masa przedstawiła się jako twarda, ale topiła się chętnie (acz z czasem, nie od razu). Zawartość pudła miękła w rzadko-mlecznym, trochę wodnistym kontekście. Wydała mi się dziwnie zagęszczono-zgumowiona, bo wcale się nie spieszyła tak, jak można by się spodziewać. Lody okazały się zagęszczone trochę gumiasto, ale też kremowe i tłuste. Jednocześnie nie bardzo ciężkie. W ustach rozpływały się trochę oleiście, trochę kojarząc się ze śmietanką kokosową. Czuć w nich rozwodnienie, acz nie jakieś straszliwie.
W całym pudle sporo nie tyle zawijasów, co skupisk kremu / masy ze zmielonych precelków. Gdy lody bardziej się już topiły (takie właśnie jem), te miejscami mieszały się z masą. Wyszły jak sosowato-ciasteczkowe masło orzechowe, z małymi kawałeczkami precli. W ustach rozpływało się to nieco krakersowo-ciastowo-mącznie. Raz po raz coś odznaczyło się twardością, ale chrupkości nie uświadczyłam. Miejscami bardzo wymieszało się to z masą lodową - tam jej podyktowało mączność i proszkowość. Skupiska te kojarzyły się z zawilgoconymi, mokrymi preclami i bułkami, które pierwotnie były wypieczone na chrupko.
Kawałki brownie to gigantyczne kwadraty (że ledwo mieściły się na łyżeczce; kilka o bokach ok. 4cm, a wysokości 1cm), ale też kawałki wielkości średniej i trochę kawałeczków mniejszych. Nie pożałowano ich. To tłusto-mokre, miękkie i kapciowate ciasto, które w ustach rozpływało się maziście na gęstą, tłustą i kleistą papkę. W zasadzie trochę rozpływać się miejscami zaczynało już w pudle (jem lody bardzo topiące się). Zaklejała konkretnie. Ciężkie i masywne, acz w pozytywnym rozumieniu.
Trafiłam też na gumiastą grudkę kremu fistaszkowego, ale obstawiam, że to po prostu "niedomieszanie". Na oko do złudzenia przypominała te preclowe, a tylko w ustach zachowywała się inaczej (było bardziej tłusto-kremowe, gumiaste i gęste). Żałuję, że zamiast precli nie dali masła orzechowego w takiej formie.
Wszystko to współgrało. Dodatki odciągały uwagę od negatywnych aspektów bazy, a "zawilgocone bułki" w towarzystwie brownie jakoś tam przeszły.

W smaku masa lodowa uderzyła wysoką słodyczą. Cukrowość zaraz przywołała do siebie słodko-fistaszkowy wątek. Podkreśliły go migdały, a dokładniej mleko migdałowe, którego nutę czuć wyraźnie. Zarejestrowałam też pewną oleistość, "dziwnie orzechowawą" (olej kokosowy?). Chwilami to bardziej "fistaszkowa duszność", sugerująca słodkie masło orzechowe, chwilami raczej nieco sztucznawo-plastikowo-cukierkowa. Do tego doszedł mdławo-tłuszczowy wątek. Smak okazał się trochę znijaczony, rozwodniony. Migdały swoją mlecznością usilnie kierowały skojarzenia ku nugatowi. To raczej fistaszkowo-migdałowy, słodko-sztucznawy nugat niż masło orzechowe, ale i ono chwilami do głowy przychodziło (acz w ciemno, za bardzo skupiając się na dodatkach można zapomnieć, jaki smak baza reprezentuje wg producenta).

Preclowe zawijasy czasem troszeczkę podbijały sól, mimo że nie były słone po całości. W zasadzie były słone minimalnie. Na pewno za to preclowato-bułkowate. Pszeniczne, może trochę krakersowe, trochę paluszkowe - niejednoznaczne, mdłe. Kojarzyły się z mokrymi okruchami chleba / bułki, skórkami... Raz czy dwa wyraźnie słonawymi (nigdy jednak "słonymi"), ale ogólnie wkomponowanymi w resztę.

Brownie uderzały swym smakiem bez kompromisów. Niczym bardzo - w tym trochę sztucznie - słodkie, mocno czekoladowe gotowce ze złudnie alkoholowym, truflowo-likierowym charakterem. Były najintensywniejsze, wybijały się ponad mdławą bazę i "bułko-precle". Choć aż przesadnie słodkie, ciasto zaserwowało też gorzkawość kakao i ciemnej czekolady.

Baza lodowa po dodatkach wydawała się jeszcze bardziej mdła i cukrowo-słodziaśna, jeszcze bardziej fistaszkowo-nugatowa. Oleista nuta, próbująca ukryć się za coraz słabszym mlekiem migdałowym, jeszcze bardziej dawała się we znaki. Było w tym aż coś gryzącego.

Po brownie i zagarnianiu masy lodowej, preclowe zawijasy sporadycznie też bardziej preclo-bułkowo się jawiły, aniżeli bułkowo. 

Po zjedzeniu już małej ilości czułam się zacukrzona, a usta miałam otłuszczone. Pszenny, nijako-bułkowaty wątek mi przeszkadzał. Brownie w tak kiepskim otoczeniu też nie zachwycało. Niby dobre, a jednak i ono miało nieprzyjemne, sztuczne nuty, które odznaczyły się w posmaku. Czułam wówczas lekką goryczkowatą sztuczność związaną ze słodyczą i jakby olej kokosowy, ale z czymś wymieszany.

Całość mi nie odpowiadała. Beznadziejnie słodka, mdła i tłusto-wodnista baza uboga w fistaszki kojarzyła się bardziej nugatowo. Niby plus, że czuć migdały, ale to nie chwyciło. Muszę jednak przyznać, że jak na taki skład, efekt zaskakująco ok. Brownie niby przyjemne, "likierowo-czekoladowo" intensywne, ale z kolei sztucznawo słodkie; za słodkie. Mam też wątpliwości, czy jest sens dodawania do lodów aż tak wielkich kawałków. W dodatku precelkowa miazga-sos w wegańskiej wersji to porażka. Pszenno-bułkowo-mdła i w zasadzie zbędna, bo nawzajem nakręcająca się z nijakością bazy. Jej mokro-twardawa forma odpychała, acz nie jakoś tam bardzo (dzięki temu, że jakoś się tam całościowo to-to mieszało).

Konwencjonalna wersja wyszła o wiele lepiej. Bardziej słonawe precle w podlinkowanych lodach wyszły lepiej, bo te mdłe krakerso-bułki w wegańskiej wersji zahaczały o obleśność (soli w podlinkowanych było 0,66g/100g, w dzisiaj przedstawianych 0,31g). Podkreśliły też masło orzechowość bazy, a całość wydawała się mniej słodka.
Muszę jednak przyznać, że w porównaniu do znanych mi wege lodów, te nie były takie złe. Podobnie do innych wegańskich B&J's, czyli bez ochów i achów, a zjadliwie. Alternatywa wykonana spoko, acz zawalona czymś bezsensownym (ilością soli, masła orzechowego - toż to łatwo zmienić). Na pewno niewarte ceny, jaką sobie sklepy w Polsce bez promocji życzą.


ocena: 7/10
kupiłam: Kaufland
cena: w promocji za około 10 zł (za 465 ml / 384 g)
kaloryczność: 276 kcal / 100 g; 226 kcal / 100 ml (83g)
czy kupię znów: nie

Skład: woda, cukier, syrop glukozowy, tłuszcz kokosowy, mąka (pszenna, słodowana jęczmienna), oleje roślinne (sojowy, rzepakowy), orzechy ziemne 4%, pasta z migdałów 3%, skrobia, białka grochu, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, emulgatory (lecytyna słonecznikowa, sojowa), sól, stabilizatory (guma guar, mączka chleba świętojańskiego), ekstrakt wanilii, drożdże, naturalny aromat, regulator kwasowości (wodorotlenek sodu), substancja spulchniająca (węglany sodu)

czwartek, 3 marca 2022

lody Gelatelli Vegan Peanut & Cookies

Sceptyczna do wegańskich zamienników, ale niezdrowo ciekawska niektórych smaków lodów B&J's, kupiłam ich Peanut Butter & Cookies Non-Dairy. Wyszły spoko, ale uważam je za o wiele za drogie i niewarte przez to powrotu. Jako jednak że lidlowy zamiennik cieszył oczy ceną niższą, nie mogłam mu darować. Może w ogóle miał wyjść lepiej? Połączenie niemal czarnych ciastek i masła orzechowego wydaje mi się bardzo smakowite, a do tego, ten wariant wyszedł mi jako fajne przejście w teście lidlowych lodów. Ostatnio testowane były bowiem zwykłe masłoorzechowe z "babeczkami" (Pretty Peanut Butter 2021), a przede mną Gelatelli Duo Dough & Brownie, a więc "coś ciastkowego z ciemnym ciachem" oraz dwa brownie warianty (z linii Vegan i stare Choco Brownie, do których wracam dla siebie). Dzisiejsze lody były więc takie "łączące" to.

Gelatelli Vegan Peanut & Cookies to "wegańskie lody o smaku waniliowym na bazie migdałów z 12 % kawałkami ciastek (markiz) kakaowych z nadzieniem o smaku waniliowym, 12 % sosem z orzeszków ziemnych i 3 % kawałkami orzeszków ziemnych"; produkt wegański, a więc bez nabiału, zrobiony na mleku migdałowym. Masa lodów to 500ml / 400g.

Otworzywszy, poczułam słodko-orzechowy zapach, który z czasem tylko umacniał się w swojej niejednoznaczności. To mieszanina migdałów, fistaszków i "ogólnie orzechów". Wyraźnie czułam też gorzkawą ciasteczkowość. Ogół wciąż był jednak przede wszystkim słodki. Doszukałam się w tym nutki... "słodko-zalodowionego" patyczka do lodów. W trakcie jedzenia wyłapałam też sztuczność, a o samych lodach zaczęłam myśleć jako o zahaczających o "migdałowe cappuccino".

Przy nakładaniu masa lodowa była średnio twarda, właściwie... twardawo-miękkawa, bo wypełniona dodatkami, nadającymi jej twardości, ale w zasadzie bazowo nie było z nią tak źle. A i rzadszy sos sprzyjał nakładaniu. Zaskakująco przystępne to było. Topiąc się wykazywała gęstość, z leciutką wodnistością. Robiła to powoli, wykazując przy tym dziwne, bardzo ciągnące "zagęszczenie". W trakcie jedzenia, gdy już mocniej się podtopiła, wydała mi się bardziej kremowo-tłusta w sposób oleiście-śmietankowy. Trochę wodnista, aspirująca do ciężko-oleistej chmurki, co mnie odpychało (jak Bakusie Puszyste?).
Baza była dwukolorowa: biała i beżowa. Beżowa chyba od tego, że przemieszała się z sosem masłoorzechowym. Obie były gładkie.
W całości znalazło się sporo bez ładu i składu rozmieszczonych kawałków fistaszków. To głównie połówki i spore kawałki. Okazały się miękkie, ale przyzwoite, bo jakby świeże (nie zaś nijako-rozmiękłe).
Sos to takie... zakrętasy częściowo wmieszane w masę, chwilami będące żelowym, gęstym i śliskawym sosem, który ciągnął się i rozpuszczał w wodnisty sposób. Także on był gładki i łatwo mieszał się z bazą lodową. W trakcie początkowo był zbitym sosowatym żelem, ale w ustach z ochotą rozpływał się na śliską wodę (jak jakiś tandetny sos pseudokarmelowy?).
Duża część ciastek również wmieszała się w masę jako drobinki-okruszki, jednak sporo było też kawałków markiz z ogromną ilością kremu. Właściwie powiedziałabym, że to krem z dodatkiem herbatników. O ile herbatnikowe części w pierwszej chwili pochrupywały i rzęziły od cukru, po czym z ochotą miękły, rozpływały się, o tyle krem jawił się jako maziście-śliska gruda tłuszczu i wody z pylistym elementem jakby cukru pudru. Przypominał tłusty lukier (?). Dominował nad herbatnikami. Nie dało się oddzielić od niego herbatników, bo one były zbyt miękkie i rozpływające się. Mocno wlepiały się w niego.
Co ciekawe, były tak porozgniatane i pokruszone, zawilgocone masą lodową, że bardziej niż ciastka, przypominały kawałki "ciastkowego ciasta" z kryształkami cukru.
Wszystko to rozlokowano dobrze, bo równomiernie i porządnie przemieszane. 
W trakcie jedzenia sama masa lodowa wyszła gęstawo i dość kremowo jak śmietanka kokosowa (jakiś jej migdałowy zamiennik?), choć... czuć w niej tłustość oleju. Poczucie to nasilała śliska gładkość całości. Lody były tłuste co prawda w nieciężkim, ale i tak męczącym i otłuszczającym usta sensie.

W smaku lody przywitały się wysoką cukrowością z leciutko orzechowo-migdałowym echem. Nie były waniliowe. Białe części zalatywały trochę śmietanką, która chwilami wydawała się zaskakująco mleczna, chwilami bardziej migdałowa. Oprócz straszliwej cukrowości, czułam w tym "słodycz sztuczną". Biała część z łatwością mieszała się beżowej, która dominowała. A robiła to, roztaczając smak bardzo słodkiego cappuccino. Słodkiego i sztucznego, z lekką gorzkawością, którą przejęła prawdopodobnie od mieszających się z nią drobinek ciastek. Im więcej jadłam, tym bardziej utwierdzałam się, że lody smakują migdałowym, obrzydliwie słodko-sztucznym cappuccino.
Ogółem, gdy zagarniałam raz jeden kolor, raz drugi, do głowy przyszedł mi Big Milk: jako cukrowo mleczny, kiepskawy lód z posmakiem drewnianego patyczka (moje wspomnienie sprzed lat; nigdy tych lodów nie lubiłam i za wiele nie jadłam - to jednak bardzo luźne, mało istotne biorąc pod uwagę całą zawartość pudła skojarzenie). 

"Sos masło orzechowe" podkreślał smak słodko-sztuczny. Miał w sobie echo fistaszków, ale przede wszystkim czułam w nim cukierkową słodycz taniego karmelu. Pseudokarmelu o nieokreślonym wydźwięku, co w dziwny sposób też podkreślało efekt "o smaku cappuccino". Masa mieszając się z tym sosem zaobfitowała w skojarzenie z margarynowym kremem z tanich słodyczy, które mają być jakieś tam, a smakują cappuccinowo.

Orzeszki przełamały i słodycz, i sztuczność, choć same nie były wybitnie wyraziste. Wydały mi się nieco znijaczone, a tak to surowe i w sumie całkiem w porządku, choć masłoorzechowości nie obudziły. Jej nie czuć. 

Ciastka trochę powstrzymywały sztuczność, ale smakowały mało ambitnie. Mączne i trochę gorzkawe, herbatnikowe części fundowały lekką spaleniznę, a dopiero potem kakao. Co więcej, czuć w nich cukier, jednak same w sobie mogłyby być. Niestety, herbatniki ulegały smakowi kremu. Ten dominował bez jakichkolwiek zahamowań. Uderzał lukrem i cukrem pudrem, na które to prędko naskakiwała sztuczność. Wgryzała się w ohydną lukrowość, dodając tłuszczowy posmak i... nutę tic taków. To było duszno-ciężko słodkie, a także aż gryząco-miętowe (?). Ten krem był gorszy od tego z Oreo.

Po dodatkach słodycz bazy nie wydawała się aż tak straszliwa, ale na smak ona sama była jeszcze bardziej sztuczna i migdałowo-cappuccinowa. Odlegle wege śmietankowa (to akurat ok). Co ciekawe, jej słodko-cappuccinowy smak nakręcał się ze smakiem lukrowych tic taków z kremu markiz. Baza aż zagłuszała herbatniki i fistaszki. Sos mieszał się z nią, dodając jej sztucznej słodyczy.

Po zjedzeniu już małej ilości czułam odpychającą sztuczność budżetowego karmelu i cappuccino, lukrowo-obleśnych białych kremów z tanich ciastek. Czułam lekkie przesłodzenie, ale nie ono było najgorsze. Sztuczność słodyczy - wydźwięk był parszywy. Fistaszki też czułam, ale nie pomogły.

Całość wyszła beznadziejnie. Sztucznie i nijako. Słodko-sztuczne cappuccino, niedookreślenie wszystkiego. Obleśnie śliski sos o smaku sztucznego, taniego karmelu, nijakie czarne ciastka z mnóstwem ohydnego, cukrowo-tictakowego kremu i średnie fistaszki przełożyły się na okropne dodatki dalekie od tego, co obiecywał tytuł. A baza? Tragedia. Jakościowo... śmiech. Zjadłam 1/3, próbując się przekopywać przez poszczególne części, próbując się wciągnąć czy przekonać, ale w końcu po którejś tam kolejce zagarniania tego wszystkiego uznałam, że chyba masła orzechowego to ja tam nigdy nie znajdę. Obleśność, ale... jednocześnie nie taka fatalna w każdym aspekcie. Obiektywnie sama baza to nieźle udająca lody śmietankowe wege alternatywa, fistaszki ok, herbatniki całkiem niezłe (gdyby tak były tylko one, bez kremu!). Nie każdemu też cappuccinowy smak może wydać się tak zły. Jak na taki skład, efekt jest zaskakująco nie najgorszy. Ja jednak uznałam, że jeść tego nie mam zamiaru; mnie obrzydzały. Porwała się Mama, ale i ona ich nie zjadła - wywaliłyśmy. Mama nawet tak na dobrą sprawę nie umiała powiedzieć, co jej w nich nie smakowało, ale w końcu stwierdziła: "ten ich smak taki ogólnie niedookreślony, niby wiedziałam, że ma być fistaszkowo, a bardziej jakoś wafelkowo mi się kojarzyło... ciastka przynajmniej gorzkie nie były, taak, tam w nich jakiś krem, ot; fistaszki takie miękkie to mnie obrzydzały". Zgodziłyśmy się, że coś po prostu odpychającego w nich było; Mama w dodatku chyba nie lubi migdałowych rzeczy. Obie nie lubimy też właśnie niedookreślonych.


ocena: 3/10
kupiłam: Lidl
cena: 9,99 zł (za 400g / 500ml)
kaloryczność: 258 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: woda, cukier, syrop glukozowy, tłuszcze roślinne (palmowy, kokosowy), syrop glukozowo-fruktozowy, kawałki orzechów ziemnych 3,7%, przecier z migdałów 3,5%, mąka kukurydziana, miazga z orzechów ziemnych 2,2%, skrobia, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 0,9%, inulina, glukoza, emulgatory: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych; mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych estryfikowane kwasem mlekowym; lecytyny; stabilizatory: mączka chleba świętojańskiego, guma guar; naturalny aromat wanilii Bourbon, naturalny aromat, ekstrakt wanilii Bourbon 0,02%, sól, skrobia modyfikowana, syrop cukru skarmelizowanego, substancje spulchniające: węglany amonu, węglany sodu

poniedziałek, 14 lutego 2022

lody Gelatelli Pretty Peanut Butter 2021 / 2022

Dobrze pamiętam czasy, kiedy "lody z masłem orzechowym z Lidla" robiły furorę. W ogóle Lidl i jego tygodnie - jak to wchodziło... Ach, cóż to kiedyś były za czasy! To wyczekiwanie, rzucanie się na niespotykane produkty... Tak to przynajmniej było jak w mieście, w którym wówczas mieszkałam, otworzyli Lidla i to się zaczęło. W 2015 wręcz kochałam Galatelli Master of Taste Pretty Peanut Butter, które potem na przestrzeni lat zmieniali i w 2017/18 ze smutkiem odkryłam, że mi nie odpowiadają. Obecnie wariant ten mnie już tak nie kręci, bo to potencjalny kamień i niesatysfakcjonujący smak. Tak samo nie chwytają mnie aż tak wszelkie babeczki z masłem orzechowym (PB cup) i lody z nimi. Jadłam Ben&Jerry's Peanut Butter Cup i choć nie były złe, to też nie zachwyciły. Zobaczywszy jednak w Lidlu dziś prezentowane uznałam, że dam im szansę. Może, skoro znów zmieniali swoją propozycję na lody z masłem orzechowym, poprawili je i np. teraz to coś między... którymiś podlinkowanymi? Zainteresowałam się, w jakim kierunku to poszło.

Gelatelli Pretty Peanut Butter with cocoa cups filled with peanut butter to "lody z orzeszkami ziemnymi z 20 % kawałkami kakaowymi nadziewanymi kremowym nadzieniem z orzeszkami ziemnymi"; ja powiedziałabym, że lody o smaku masła orzechowego z nadziewanymi czekoladkami typu "babeczki z masłem orzechowym"; produkowane dla Lidla przez De Dessert Meesters w Holandii.

Gdy otworzyłam pudło, w zasadzie trudno było o jakikolwiek zapach, ale już po paru sekundach poczułam przyjemną, fistaszkową woń oddającą masło orzechowe jedynie częściowo (bo częściowo była słodko-fistaszkowa po prostu), która to nasilała się potem z każdą chwilą bardzo prężnie. Po zruszeniu i w trakcie jedzenia dołączyła do tego leciutka nuta czekolady i mlecznej bazy. Podzielone, dziabane czekoladki pachniały masłem orzechowym w 200%ach.

Masa lodowa okazała się twarda, ale zaskakująco nie zabójczo. Ją samą dało się normalnie nakładać, ale problem sprawiały w tej kwestii dodatki. 
Baza była gęsto-zbita (od wmieszanej miazgi z orzeszków) i średnio kremowa. Tłustość na średnim wydawała się łączyć masłoorzechową i mleczno-śmietankową (w tej kolejności), więc ogółem przesadzona się nie wydawała. Masa zawierała mnóstwo drobinek orzeszków i okruszków czekolady, więc daleko jej do gładkości. To ją nieco zagęszczało i stopowało, jednak topiła się dość szybko, przy czym wychodziła na jaw lekka wodnistość. Co więcej, chwilami wyłaniała się proszkowość. A czasem... gdy się już mocno stopiła (lubię jeść lody prawie roztopione), puszczała oczko do bitej śmietanki.
Przy wbijaniu łyżki / łyżeczki sporo kłopotów sprawiały dodane czekoladki. Nie pożałowano ich (jeszcze ze 2-3 sztuki i normalnie uznałabym, że to babeczki z lodami, a nie odwrotnie, więc mało brakowało, a byłoby za dużo). W większości to połówki i u mnie ze 3 całe sztuki (na oko średnica 3-4 cm; wysokość ponad 1cm?). Niektóre były trochę rozwalone (to mi się podobało!). Wystąpiły w zlepionych skupiskach (np. 5 połówek i sztuk), co było tragedią. Próbując to rozwalić czy podważyć wygięłam łyżkę.
Były to czekoladki "babeczki czekoladowe nadziane masłem orzechowym". Potrzebowały chwili (wykładałam na talerzyk, by na nim dochodziły) poza lodami, aby w ustach stać się czymś przystępnym.
Gruba warstwa czekolady skrywała dużo nadzienia, co tworzyło mieszankę bardzo spójną i wyważoną.
Czekolada okazała się tłusta i wysoce proszkowa, ale w pewien sposób ulepkowo kremowa. Gęsta, maziała się i zalepiała usta zupełnie, zachowując się jak... miękka czekolado-polewa (piszę to w pozytywnym kontekście). Nadzienie wyszło nieco rzadsze od niej, ale też tłuste - z tym że o wiele bardziej oleiście. Było znacząco gładsze, acz też nieco pyliste. Zbite i masywne, a jednak z ochotą maziało się i zalepiało usta do pary z czekoladą. Znikało jednak od niej szybciej. 

W smaku masa lodowa od początku uderzała wysoką słodyczą, po czym roztaczała fistaszkowość. Najpierw delikatną, słodkawą, potem nieco intensywniejszą.
Już w ciągu kolejnych sekund przybrała postać łagodnego i słodkawego masła orzechowego, przy czym wyraźnie poczułam delikatnie mleczną bazę. Raz i drugi mignęła mi lekka nijakość, by następnie wzrosła słodycz. Pomyślałam o cukrze pudrze, lecz mimo to, lody same w sobie nie wyszły cukrowo. Charakter miały delikatny, smak fistaszkowy wyraźny. Wzmacniały go drobinki orzeszków, które odegrały zaskakująco znaczącą rolę (nie jakąś przełomową, ale czuć, że to orzeszkowa miazga).

Baza jednak wydawała się tracić na dosadności w pierwszej chwili po zestawieniu z dodatkami. Przy nich, po nich wydawała się bardziej po prostu słodka i aż lekko wodnista. Dopiero zagarnięta druga, trzecia łyżeczka po babeczce... przekornie wydawała się jeszcze bardziej mleczna. Chwilami (taka mocno topiąca się) nawet śmietankowa (wciąż z motywem fistaszków).

Czekoladki były niesamowicie intensywne (gdy doszły do temp pokojowej, co chwilę im każdorazowo zajmowało). Otóż czekolada uderzała cukrem, nakładając na niego leciutko kakaowy (ale nie gorzki) motyw, a następnie mleko. Odebrałam wierzch jako wręcz niemożliwie cukrowy, a jednocześnie... jako całkiem niezła mlecznoczekoladowo-kakaowąpolewę. 
Mleczność przebijała sól z nadzienia, po której gładko wchodził smak wyrazistego masła orzechowego. Przede wszystkim były to prażone fistaszki podkreślone szczyptą soli - wyczuwalną cały czas jako echo, nieznacznie nasilającą się epizodycznie, ale też... nutka smażenia. Akcent smażonych, oleistych orzeszków z puszki pojawiał się i trochę przeszkadzał, jednak... tonął w przecukrzonej czekoladzie. I chyba właśnie jeszcze jej cukrowość podkręcał. Do tego stopnia, że nie byłam w stanie zjeść połówki czekoladki na raz - musiałam je sobie rozgryzać na pół (i zjadać 1/4), by... aż tyle cukru na raz sobie nie dostarczać.
Mieszając się z czekoladą masło orzechowe z wnętrza wyszło spójnie i specyficznie - jedno z drugim jakby się nasilało. Przez większość czasu dominowała czekolada, a masło orzechowe miało swój debiut - chwilowe bum - by następnie czekolada znów je zalała cukrem. Mimo wszystko muszę przyznać, że jak na takie babeczki, wyszły całkiem nieźle  (warto zauważyć, że nie jest to cukrowy mlecznoczekoladowy plastik z suchym masłem z Reese's Miniatures - które w zamierzchłej przeszłości i tak odebrałam całkiem nieźle - teraz pewnie byłoby gorzej).

Po babeczkach każdorazowo masa lodowa wydawała się za to nieco mniej słodka (ale wciąż), bardziej... słodkawo-mleczno-fistaszkowa, stonowana.

Po zjedzeniu zostawał fistaszkowo-masłoorzechowy posmak i przesłodzenie, przy czym to drugie wpisywało się w czekoladkowo-masłoorzechowy klimat. Posmak jakoś tam się równoważył, obyło się nawet bez drapania w gardle, ale... czułam, że mi za słodko ("fizycznie"?).

Całość zaskoczyła mnie, że wyszła... tak dobrze. Wprawdzie przez niewygodną formę, gramaturę i słodycz więcej nie kupię, ale... należą się pochwały. Niezłe, choć strasznie cukrowe czekoladki smakowały w sumie, czym trzeba. Takie słodycze przeważnie są bardzo słodkie, więc nie dziwi mnie, że i te były. Baza im pomogła wyjść zjadliwie. Na plus jakość - bo choć musiały podochodzić do siebie poza lodami, nie były plastiko-kamieniami czy czymś, a właśnie "czekoladkami". Tłustość nie doskwierała, wodnistość też się nie ujawniała, więc do jakości nie mam większych zarzutów. Słonawość nie przesadzona, a jedynie tyle, ile trzeba w maśle orzechowym - więc i to miłe. Sprawa słodyczy... hm... No, dla mnie była straszna, ale jak porównuję "w tym cukry" z innymi lodami, aż taka wysoka się nie wydaje. Na pewno były intensywniejsze w smaku niż B&J's (czyżby tamte były jednak zarazem mniej słodkie? jak porównuję z ich stroną to na korzyść podlinkowanych jest 1g).
Nie przekonuje mnie też dodanie takich gigantycznych dodatków (np. całe to jakaś pomyłka, połówki... no dobra, mogę sobie przegryzać), ale wiem jedno - gdyby nie ta słodycz, może i uznałabym je za równie dobre co dawne lidlowe Galatelli Master of Taste Pretty Peanut Butter z 2015.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: 9,99 zł (za 431g / 500ml)
kaloryczność: 258 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie (acz może mogłoby się coś stać, bym jednak kupiła? nie sądzę jednak)

Skład: mleko odtłuszczone, cukier, mleko pełne, 8.8 % miazga z orzeszków ziemnych, bita śmietana, olej kokosowy, mleko w proszku odtłuszczone, żółtko jaja, 1,6% mąka z orzeszków ziemnych, kakao w proszku, sól, stabilizatory: guma guar, karagen; emulgator: lecytyny sojowe; ekstrakt z jabłek, melasa z trzciny cukrowej, ekstrakt z hibiskusa, naturalny aromat

czwartek, 29 kwietnia 2021

lody Leone Alive High Protein Choco Peanut

Nie jem lodów często, a jak jakimś poświęcam czas (lubię na raz jeść ich dużo i długo, topiące się), chcę ciekawe. Zbyt wydziwiane, a więc proteinowe, wegańskie, niskokaloryczne są za bardzo ryzykowne, że degustacja będzie nieudana (a jak już mnie nachodzi na lody, chcę by była udana). Mimo że uwielbiam masło orzechowe, to jeden z tych smaków, do których jestem bardzo sceptyczna. Potencjalny kamień o niesatysfakcjonująco masłoorzechowym smaku mnie nie kręci. Dzisiaj opisywane jednak miały zawierać część fistaszkową, nie masłoorzechową. To jakoś optymistyczniej mnie nastroiło. Doświadczenie mam bowiem takie, że gdy mi producent nie krzyczy, że "BĘDZIE PB", to łatwiej o to, aby z nim się kojarzyło. W dodatku już pisząc wstęp i przepisując skład ogarnęłam, że jadłam już loda tej marki i w miarę mi smakował, mimo że nie był w moim guście - chodzi o rożka Leone Black Cone.

Leone Al!ve High Protein Choco Peanut to "proteinowy deser lodowy o smaku czekoladowym (38%) i o smaku orzeszków ziemnych (38%) z czekoladą mleczną (11%) i sosem z orzeszków ziemnych (11%) oraz kawałkami prażonych orzeszków ziemnych (2%)" (a według mnie nie "deser", a "lody"); bez cukrów (ale z substancjami słodzącymi).
Zawartość pudła to 300 g / 480 ml.

Po otwarciu poczułam w miarę wyraźny zapach fistaszków i czekolady mlecznej, co nie było mocno słodkie, a dziwnie... słodkawo-przymglone. Chyba minimalnie słodzikowe, ale całkiem w porządku. Arachidowość nasilała się oczywiście z czasem.

Mam ogromny zarzut do tych lodów, bo okazały się zupełnie niepodzielne. Do zdjęć lody do miseczki przekładam zaraz po wyjęciu z zamrażarki - oczywiście nie jem potem tak zimnych i twardych, ale chciałabym móc lody nałożyć, nie każąc im dochodzić do przyjaźniejszej struktury. W przypadku tych... nałożenie? Pf. Czułam się, jakbym próbowała nakładać warstwową skałę osadową. Przebicie się przez kolejne warstwy graniczyło z cudem. Na samym początku masy lodowe były twarde jak kamień, a czekolada i sos orzechowy to... głazy. Lody familijne (śmieszy mnie ta nazwa) w takim razie to nie są. Oczywiście jadłam je już, gdy nieco doszły, ale musiałam na to czekać naprawdę długo. A i w trakcie jedzenie okazało się problematyczne. Starałam się poszczególne części podważać, obracać, część wykładałam na talerzyk obok, by ułatwić sobie życie.

Już na samym początku czekało mnie rozczarowanie. Orzeszki ziemne znajdujące się jedynie na wierzchu posiekano tak drobno, jak się tylko dało. Były przemrożone, a gdy do siebie doszły, jakby miękko-zawilgocone. Takich na pewno nie chciałabym więcej.
Masa lodowa swoją kamienną twardość w zasadzie zatrzymała do końca. Wykazywała skąpą i minimalną kremowość i gładkość. Topiła się... prawie wcale, a mimo to, z nieprzyjemnym wodnistym efektem. Wydała mi się nieco budyniowo zagęszczona, gumiasta. Pod tym względem obie części lodowe były do siebie dość podobne - jasna może nieco bardziej zbita.
Blisko lodów czekoladowych dodali płaty trzaskającej czekolady: jedne raczej cienkie, inne znacznie grubsze. Początkowo wydawała się plastikiem, z czasem zaś rozpływała się w miarę tłusto-gęsto i czekoladowo. Konsystencją zaskoczyła mnie pozytywnie.
Między warstwami lodów dodano sos przypominający lejąco-rzadkie masło orzechowe. Gdy odtajało, rozpływało się w ustach, kojarząc się z olejem i wodą.
Z racji tego, jak rozmieszczono wszystkie warstwy, a więc "na świderek", mieszały się (mam na myśli obie masy lodowe i sos), trudno było się przebić przez wielkie blaszki czekolady, a wszystko... do przyjaznej konsystencji dochodziło jeszcze dłużej. Mam wrażenie, że to te blaszki podtrzymywały kamienne zmrożenie. Wyszło dziwnie. Nie podobało mi się, bo wszystko trwało i trwało (i zdążyło mnie zanudzić), a potem wystąpiło zjawisko śmietnika w pudle (co z kolei irytowało). Zupełnie pomysł na te lody mi się nie podoba. Może po prostu ja nie jestem przyzwyczajona do takiej formy, ale była niewygodna i tyle. Co, zrobiona dla oka? Najlepszą opcją jest chyba jedzenie tego na raz (taak, chyba przez cały dzień, zanim to zmięknie), co plusem nie jest. Tym bardziej przy ostrzeżeniu, że "spożycie w nadmiernych ilościach może wywołać efekt przeczyszczający".

Fistaszki na wierzchu smakowały... tak sobie, bo nijakością z posmakiem orzeszków. Gdy ciumkałam i podsysałam je bardzo długo, ten smak jakoś się umacniał, ale musiałam w tym celu zgarnąć ich naprawdę dużo na raz. Odebrałam je jako świeżo-nieświeże, bo nieprażone i rozmokło-stęchłe. Przy takiej jakości to zbędny dodatek. Nie przejadłam wszystkich.

Orzechową lodową połowę także cechował nieorzeszkowy smak. Fistaszki były tu jedynie sugestią wmieszaną w zamgloną słodycz budyniu o mało wyrazistym, mleczno-mdłym smaku. Ta część była dość mdła, kojarzyła mi się z waniliowymi budyniami proteinowymi z wodnistym elementem. Słodycz ewidentnie pochodziła od słodziku, co przełożyło się na mdlący efekt. Wydawała się odosobniona (może nie strasznie za silna, ale oprócz niej nie było niczego wyraźniejszego).

To sos orzechowy napędzał smak orzeszków. Stanowił arachidowy kopniaczek (bo "kopniak" to za dużo powiedziane). Sugerował masło orzechowe ze szczyptą soli, ale i słodzikiem w tle. Pobrzmiewał leciutko podprażonymi fistaszkami i chwilami zdecydowanie dominował, choć doszukałam się w nim też jakiejś oleiście-wodnistej nuty. Kiedy mieszał się z masami lodowymi, tracił wyrazistość na ich rzecz. Był najciekawszy, smakował sobą, ale i tak to mały plus.

Czekolada w zestawieniu z nim wyszła całkiem nieźle, pasowała. To jednak ewidentnie polewowo-ulepkowata mleczna czekolada o słodyczy drapiącej w gardle. Jako tabliczka byłaby nie do zjedzenia i zbyt plastikowa, ale w tym wydaniu, jakoś uszła. Skojarzyła mi się ze słodzikową wersją czekolady Nestle (uważam Nestle za kiepściznę), ewentualnie milkowatej. W końcu omijałam ją, bo w większej ilości jej słodycz męczyła.

Podkreślała czekoladowość brązowej lodowej części. Ta była... delikatnie mlecznoczekoladowa, bardziej słodzikowo słodka i w sumie tyle. Również kojarzyła się z nazbyt rozwodnionym budyniem. Jej bazowa mleczność była słaba - jak właśnie mdłego budyniu, ale gdy rodzaje czekolady rozpatrywać to taak, to smak mlecznej czekolady - niestety kiepskiej. Wyszła przejrzyściej od fistaszkowej części, ale gdy wszystko się mieszało, i ona robiła się słodzikowo-żadna.

Po zjedzeniu czułam posmak słodziku i orzeszków ziemnych w wydaniu podróbkowo-snickersowym i trochę masłoorzechowym. Snuł się za tym nienachalny, czekoladowo-orzechowy, sztucznawy motyw i budyniowo-mleczna nijakość.

Lody zupełnie mi nie podeszły. Okazały się nijakie i zarazem bardzo słodkie. Słodziki może nie wyszły tu drażniąco, ale oprócz ich smaku zasadniczo mało co innego było. Kojarzyły się z mdlącymi budyniami białkowymi. Mleczna czekolada jakaś słaba, orzeszkowość drugiej masy niska... Jedynie orzeszkowy sos odznaczał się wyrazistością całkiem niezłą, w momencie gdy czekolada mleczna to już wyrazistsza ulepkowatość i tandeta.
O dziwo mimo podłej, kamiennej struktury i rozpuszczania się na gumiastą wodę, lody próbowały się chwilami przymilić odrobiną kremowości. Nie wyszło jednak. Konsystencja i forma męcząca. Smak, a raczej słodzikowo-budyniowy bezsmak też... lody nawet prawie stopione, które poza zamrażarką jakieś 1,5 czy nawet 2 godziny nie przybrały na wyrazistości. W zasadzie... im robiły się mniej kamienne, tym okropniejszy i bardziej dominujący był smak słodziku.

1/3 pudła zmęczyłam, chcąc dokładnie popróbować wszystkich warstw, czekając aż do siebie dojdą. Zaczęły mnie jednak nudzić, drażnić i po prostu niesmakować, więc resztę oddałam Mamie. Ona zjadła prawie do końca (choć zostawiła kulkę wszystkiego - tak się to już jej niefajnie przemieszało) - ją też znudziły. Skomentowała, że to "ot, po prostu nudne, nienajlepsze lody". Ciągnięta za język: "no tak, fistaszki czułam, jak te kawałki gryzłam. Ta jasna masa lodowa jakaś nieokreślona w ogóle. Brązowa to czuć, że czekoladowa, lepsza była, ale też bezpłciowa. Taka woda trochę. Sos z masła orzechowego? Przemieszał mi się tam jakoś, ale nie uwierzysz. Najlepsza dla mnie to ta czekolada była! Jak prawdziwa, normalna czekolada. Rozpływała się łatwo i przyjemnie, słodziutka i taka mleczna właśnie była. A słodziki nie przeszkadzały jak w tych Breyers. Ogólnie nie były takie złe, tylko nudne. Namieszali, namieszali i jakoś nic tam nie czuć i tak.".


ocena: 4/10
kupiłam: Lidl
cena: 14,99 zł (za 480 ml / 300 g)
kaloryczność: 176 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: woda, substancje słodzące: syrop maltitolowy, erytrytol, maltitol, glikozydy stewiolowe; białka mleka, białka jaja w proszku, polidekstroza, olej kokosowy, tłuszcz kakaowy, orzeszki ziemne 2%, pasta z orzeszków ziemnych 1,5%, mleko w proszku odtłuszczone, miazga kakaowa, maltodekstryna, mleko w proszku pełne, inulina, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 0,5%, emulgatory: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu; bezwodny tłuszcz mleczny, stabilizatory: mączka chleba świętojańskiego, guma guar, cytrynian trisodowy, karagen; aromaty, barwnik: karmel; skrobia modyfikowana, sól, ekstrakt z wanilii

środa, 9 grudnia 2020

lody Ben & Jerry's Netflix & Chill'd

Kupowanie lodów B&J's jest u mnie pozbawione racjonalności (czasami, bo są smaki, których za nic w świecie nie kupię, odpychające mnie itp.). Sama siebie irytuję, że w pewien sposób niektóre mnie ciekawią i już. W ofercie tej marki nie widzę takich, które powaliłyby mnie na kolana, za to sporo tylko smacznych i parę niemoich albo niesmacznych, więc to niezbyt dobry bilans. Ten smak kusił jednak wszystkim: od samego zestawienia kojarzącego się z ubóstwianymi przeze mnie limitowanymi (na USA) Haagen-Dazs Peanut Butter Pie, od chęci porównania wykonania precelków w lodach z lidlowymi Alpen Fest Pretzel Ice Cream czy amerykańskimi Prigel Family Creamery Ice Cream Caramel Prezel, przez piękne netfliksowe opakowanie. Tak, oglądam tam sporo rzeczy, ale tu i kolorystyka, grafika oddająca nocne niebo usiane gwiazdami mi do gustu przypadła. A co do precli - cóż, w obu podlinkowanych narzekałam na twardość zamokłych bułek. Nie uczę się na niektórych błędach, ech... Te jednak mogły okazać się... zupełnie inne z racji formy dodatku.

Ben & Jerry's Netflix & Chill'd™ A Netflix Original Flavour to lody o smaku masła orzechowego (krem z fistaszków to 5 %) z masą ze słodko-słonych precli (8,5%) oraz kawałkami ciasta brownie (9,5%). Opakowanie zawiera 465 ml / 405 g.

Po otwarciu pudła poczułam słodko-słony, fistaszkowy zapach, którego wyrazistość była przełamana mlekiem, śmietanką. Wydał mi się więc łagodny, ale czuć, co trzeba. W trakcie jedzenia wszystko, w tym orzeszki, przybrały na wyrazistości, doniuchałam się kakao o truflowym charakterze i słonych precelko-paluszków, więc było apetycznie.

Masa początkowo była twarda, ale topiąca się dość chętnie. Lody okazały się kremowe i gęste, ale nie ciężkie. Cechowało je specyficzne, twardawe zagęszczenie (jakby  orzechowe), ale bez przesady. Łyżka się nie gięła, czuć jakby mleczną (bardziej niż śmietankową - obstawiam, że z racji mieszaniny wody, śmietanki i mleka odtłuszczonego) bazę.
Całość przeplatały zawijasy i skupiska (wielkie i mniejsze) masy precelkowej / kremu ze zmielonych precli. To trochę coś pomiędzy gęstym sosem a masłem orzechowym, tylko że z precli, z ich drobinkami. Rozpływało się to w ustach trochę mącznie, trochę chrupnęło raz po raz. Ciekawe coś. Jako że miejscami bardzo mieszało się z masą lodową, nadawało jej trochę mącznego efektu.
Kawałki brownie... zszokowały mnie. Były to wielkie kawały ciasta (prostokąty nawet do ok. 5x2 cm), ale też mniejsze kawałki i "rozpaćkane" części. Okazały się tłusto-miękkimi, mokrymi (bo też nasiąkającymi masą lodową) kapciami, błogo rozpływającymi się w ustach na zalepiająco-gęstą papkę. Atrakcyjne, prawdziwe ciacho!

W smaku sama masa lodowa pokazała się od strony dość słodkiej i mlecznej. Właśnie mleczna wydawała się baza. Na tejże bazie rozszedł się słodkawy motyw smarowidła orzeszkowego, z coraz chętniej rozkręcającymi się fistaszkami właśnie. Orzeszki wydały mi się delikatne, lekko podprażone. Jedząc raz po raz trafiałam na ich wyrazistszy smak podkreślony solą. To raczej delikatne masło orzechowe, bardzo "umlecznione", niewątpliwie jednak słone. W dodatku słodycz była zaskakująco niska.

Zawijas ze zmielonych precli wyszedł bardzo spójnie z lodami. Swoją słonością podkreślał tę masłoorzechową. Nie był bardzo skumulowany, a częściowo wręcz wmieszany w lody, przez co precelkowość chwilami nie była jednoznacznie mocna. Mimo to, dobrze czuć nieco bułkowato-preclowy i specyficzny, mocno wypieczony, pszeniczny smak. Bardziej słono-chrupkie fragmenty kojarzyły się raczej z precelkami "paluszkowymi". Zdarzyło mi się trafić także na parę gęstych, bardzo słono-precelkowych, intensywnych skupisk. Chwilami zaś ten dodatek wydawał mi się mdławy jak zawilgocone okruchy chleba / bułki. Potem z kolei np. trafiłam na sól i... już nie.

Słonawość niewątpliwie uwypukliła smak brownie. Te kawałki wyszły bowiem słodko-ciastowo, ale przede wszystkim gorzko czekoladowo-kakaowo, z truflowo-alkoholową nutą (bez rzeczywistych procentów). Były niczym... intensywny, porządnie wypieczony murzynek, nasączony czekoladowym likierem, w którym kakao nie żałowano.

Masa lodowa po tym wszystkim wcale nie wydała się mdła, ale wyrazistsza też nie. Trzymała się łagodnej fistaszkowości i mleczności (w tej kolejności). Słodycz też do końca trzymała stonowany poziom, a słoność chwilami zaskakiwała tym, jak wyraźna i adekwatna była.

Całościowo lody wyszły dobrze. Niezła baza o wyważonym smaku i uniwersalnej konsystencji z ciekawymi dodatkami. Masa precelkowa była dziwna, ale raczej dziwnie-fajna (choć mogłaby być lepsza, bo zawilgocone okruchy... ekhem), a ciasto wyszło obłędnie (nie dość, że pyszne, to jeszcze te zachwycające kawały... jeden aż ledwo zmieścił mi się na łyżeczce / w ustach). To dobre połączenie czekoladowo-kakaowego ciacha i delikatnego, ale słonego masła orzechowego. Słodycz zaskoczyła mnie, że była tak niska, a sól nie narzucała się, mimo że sypnięto jej sporo.
Od HD Peanut Butter Pie były jednak gorsze - mniej masłoorzechowe i... jednak prostota połączenia Haagenów wygrała. Precle były fajne, ale jako ciekawostka.


ocena: 9/10
kupiłam: Carrefour
cena: 24,99 zł (za 465 ml)
kaloryczność: 276 kcal / 100 g; 240 kcal / 100 ml
czy kupię znów: mogłabym w promocji

Skład: woda, śmietanka 21%, zagęszczone odtłuszczone mleko, cukier, oleje roślinne (sojowy, kokosowy, rzepakowy), orzechy ziemne, mąka (pszenna, słodowana jęczmienna), żółtko jaja, skrobia, syrop cukru trzcinowego, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, sól, jaja, białko jaja w proszku, stabilizatory (karagen, guma guar), lecytyna sojowa, ekstrakt wanilii, substancja spulchniająca (węglany sodu)

wtorek, 25 lutego 2020

lody Syrenka smak Masło orzechowe z kawałkami czekolady

Lody Ben&Jerry's Peanut Butter & Cookies Non-Dairy nie usatysfakcjonowały mnie, ale nie przejęłam się tym zbytnio, bo rozpoczęłam współpracę z warszawską lodziarnią Syrenka i miałam kilka ich smaków. Wybierając, od którego zacznę, nie zauważyłam podobieństwa z podlinkowanymi, dopiero przy pisaniu wstępu (nawet przed otwarciem) pomyślałam, że... to drugie wegańskie lody z masłem orzechowym i czymś czekoladowym, jakie jem pod rząd! Ja, sceptyczka wegańskości, której w maśle orzechowym w lodach przeważnie coś nie pasuje, a kawałki czekolady postrzegam jako kamienie. A mimo to na degustację bardzo się cieszyłam. Dlaczego? Czekoladowe lody Syrenki to obecnie jedne z moich najukochańszych lodów.

Lody Syrenka smak Masło orzechowe z kawałkami czekolady to lody wegańskie o smaku masła orzechowego z 3 % kawałkami ciemnej czekolady o zawartości 70 % kakao, na bazie orzechów nerkowca (7,14%), kokosa i orzeszków arachidowych (5,5%).
U mnie w pudle 500 ml / 430 g.

Z zaskoczeniem już w chwili otwarcia poczułam wyrazisty zapach fistaszków, który to otulony pewną łagodnością (splotem słodyczy i kokosowo-maślanej nuty) po pewnym czasie swój charakter określił jako masło orzechowe. W trakcie jedzenia kokos przybrał na znaczeniu, zrównując się z nim, a i kakao raz po raz się wyłaniało.

Lody były bardzo twarde, ale nie aż tak jak czekoladowe. Przy nakładaniu wydały mi się w dziwny sposób kruche, co pewnie wynika z tego, że zrobiono je z różnych miazg i dodano mnóstwo małych kawałków czekolady. W zasadzie, czekolady w lodach nie było bardzo dużo, ale odniosłam wrażenie, że było przez to, jak je podrobiono.
Masa lodowa szybko miękła, stając się gęstym kremem ("zawiesino-kremem"), ale cały czas była przy tym zwarta i konkretna. Prawie się nie topiła. Miałam wrażenie, że z czasem wręcz traci na chłodzie (ociepla się?), ale właśnie nie topi się jak normalne lody. To niegładki, bo z nie do końca zmielonych zmielonych orzeszków i jakby kokosa, a także tłusty, ciężki jak mało orzechowe krem. Lody wydawały mi się nieco trzeszczące od kokosa, jednak (co ważne) nie przez wiórki / miąższ, bo takowe nie występują. Nie wiem więc, skąd to wrażenie.
Kawałki czekolady miały strukturę  plastikowych ulepków, ale znośnych. Zaraz zaczynały się rozpuszczać tłustawo z lekko pyliście-suchym efektem.
Całość była zgrana, bo konkretny krem i w miarę współpracująca czekolada nie przeszkadzały sobie (co przy takim smaku mogłoby wystąpić).

W smaku masa lodowa przywitała się wysoką słodyczą, która utworzyła tło dla reszty smaków. W zasadzie przez cały czas wykazywała się statecznością.

Na pierwszym planie działo się za to sporo. Starły się ze sobą masło orzechowe i naturalny kokos (cała mieszanina mleka, oleju i jakby "miąższo-orzecha kokosowego"). Obie nuty odebrałam jako cudownie czyste, naturalne. Były łagodne, ale wyraziste w swej łagodności.
Orzechowy motyw prezentował delikatne, słodkawe masło orzechowe. Jego wydźwięk podrasowały nerkowce. Cały czas pobrzmiewały, a duszny smak fistaszków mieszał się z goryczkowatą nutą oleju kokosowego. Chwilami wyszło to niejednoznacznie, chwilami bardziej fistaszkowo.

Bez problemu wyłapałam specyficzny, tonujący słodycz posmak oleju kokosowego, ale obyło się bez nuty kwaśnych wymiocin.
Olej kokosowy wkomponował się w ogólną maślaność, coś bardziej orzechowego (odebrałam go jako dziwnie wciągający). Dołączył do masła orzechowego skojarzenie z orzechem kokosowym, przemycał kokosa bardziej wiórkowego. Cała ta kokosowość opiewała bardzo wyraźnie wyczuwalne mleko (niemal śmietankę!) kokosowe. To twór specyficznie mdławy i słodkawy... Idealnie w tym zgrany z naturalnym masłem orzechowym.

W goryczkę świetnie wpisało się kakao. Intensywny smak czekolady co chwila przełamywał delikatno-słodki smak bazy, dzięki czemu skrupulatnie zawracał ją z drogi ku nudzie. Okazała się mocno gorzka, o dymnym, palonym charakterze. Czuć w niej kakao, ale też paloną słodycz. Może nie wyszła specjalnie głęboko ciemnoczekoladowo, ale zachwycająco gorzko kakaowo.

Czekolada nie gryzła się z bazą. Podkreślała jej orzechowość, przy czym samo masło orzechowe w miarę jedzenia wydawało się coraz mniej pewne siebie, mimo że w oddali pobrzmiewała od niego sugestia soli. To raczej mieszanina kokosa, masła orzechowego... fistaszkowo-nerkowcowego.

Po lodach pozostał posmak kokosa i ciemnej czekolady w wydaniu orzechowym, palonym, gorzkim i lekko cierpkim. Czułam też silne dosłodzenie i masło orzechowe, ale podporządkowane kokosem.

Bardzo mi smakowały ogółem, jednak mam parę zastrzeżeń w kwestii zgodności z tytułowym smakiem, za co odejmuję punkt. Nie były aż tak arachidowo masłoorzechowe, jak się spodziewałam (aczkolwiek masło orzechowe nie musi być fistaszkowe; nie da się jednak ukryć, że na te słowa od razu większość osób myśli właśnie o fistaszkach). Zaskoczyły mnie tym, jak istotny okazał się kokos. I tutaj... zamiast poczucia jakby miazgi kokosowej, wolałabym więcej miazgi orzeszkowej. W zasadzie nie wyszły ani mocno fistaszkowo, ani czysto nerkowcowo, bo bardzo się to przemieszało, choć udział tych drugich był znaczny (osobiście na to nie narzekam). Niezbyt podobała mi się czekoladowa drobnica jeśli chodzi o strukturę. Była jednak świetna gdy chodzi o gorzkość. Biorąc pod uwagę naturalną delikatność masła orzechowego i kokosa, słodycz uważam za niebezpiecznie silną... choć tu z kolei ogrom czekolady i oleju kokosowego skutecznie ją przełamywały.

Lody wyszły dość ciężko (w internecie często trafiam na to jako na minus), lecz ta ich ciężkość i to jak bardzo przypominały chłodnawy krem, nie zaś lody, mnie kupiło (w sumie nie jestem zbytnio lodożercą, nie lubię i nie jem zimnego jedzenia itd.). Do tego smaku pasowało wyjątkowo - poczucie, jakby jadło się takie udziwnione, kokosowe masło orzechowe. Syciły i dostarczały mnóstwo przyjemności ze względu na smak.
Tak naturalny, łagodny był bardzo przyjemny. Masło orzechowe, smakowity kokos (bez sztuczności i irytujących wiórków) i ciemna czekolada w wydaniu bardzo czystym, słodkim, acz harmonijnym.
Trochę skojarzyły mi się z Haagen-Dazs Coconut Chocolate. W zasadzie nie można porównywać, bo jednak tytułowe smaki inne, ale mnie zachwyciły i jedne, i drugie. To, które bym wybrała, zależy od dnia: czy miałabym ochotę na coś masłoorzechowego, mniej słodkiego (Syrenka!), czy bardziej lodowo-mlecznego (HD).


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od lodysyrenka.pl
cena: -
kaloryczność: 331,6 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mleko kokosowe, orzechy nerkowca, olej kokosowy extra virgin, tłuszcz kakaowy, orzechy arachidowe, czekolada 70% kakao, sól

piątek, 31 stycznia 2020

lody Ben & Jerry's Peanut Butter & Cookies Non-Dairy

Jednymi z moich ulubionych lodów są Haagen-Dazs Limited Edition Peanut Butter Pie, które były limitką w USA i które jako smak według mnie biją na głowę wszystkie "cookies & cream" czy "pb &..." . Kakaowe ciastka i masło orzechowe to mój ideał, bo uwielbiam masło orzechowe (a w lodach niestety ciężko o dobre), a nie ma lepszego dodatku do lodów niż zawilgocone kawały, które mogą kojarzyć się z brownie. Widziałam kiedyś Lody Jan masło orzechowe z sosem czekoladowym - no właśnie sos nie wydaje się fajny. Ciastka ("błagam, niech przypominają brownie!") jak najbardziej. Początkowo byłam sceptyczna do wegańskości tego smaku, ale że Chunky Monkey Non-Dairy wyszły zacnie, nie miałam powodów, by w nie wątpić. W kwestii składu / bazy lodowej, pozwoliłam sobie napisać co nieco na końcu (pod składem).

Ben & Jerry's Peanut Butter & Cookies Non-Dairy to lody waniliowe z 12 % ciastkami (markizami) czekoladowymi z kremem i 12 % masłem orzechowym z kawałkami fistaszków ("swirls"; w tłumaczeniu na pl: "sosem orzechowym"); produkt wegański, a więc bez nabiału, zrobiony na mleku migdałowym. Masa lodów to 500ml / 406g.

Po otwarciu poczułam bardzo delikatny zapach o niewątpliwie słodkim wydźwięku. Z niejednoznacznej, orzechowej mieszaniny z czasem wyłapałam masło orzechowe (bez dwóch zdań z orzeszków ziemnych).

Masa lodowa rozpuszczała się powoli z racji tego, jak twarda była. Nie wydawała się zbyt rozwodniona, a gęsta, tylko z lekkim efektem rozrzedzenia. Za jej konsystencję pewnie odpowiedzialne są dodatki, bowiem masło orzechowe to zakrętasy-zawijasy z kawałkami orzeszków, miejscami bardzo rozmieszane, że aż wmieszane w lody. Część ciastek też musiała się rozmieszać po tym, jak rozpadła się na drobinki-okruszki.
Oprócz części "wmieszanych" oczywiście dodatki wystąpiły też "samodzielnie". Były to grudki-skupiska masła orzechowego o wielkości raczej średniej, co wyszło pozytywnie, bo satysfakcjonowały, ale nie było problemu ze zrobieniem podkopu łyżką. Miałam dwie grudy ledwo mieszczące się na łyżeczce.
Początkowo ciastka kakaowe wydawały się krucho-ciastkowe, ale gdy lody się topiły, na szczęście szybko nasiąkały, mięknąc. Kawałki tych były naprawdę rozmaitej wielkości: duże (w tym cztery połówki markiz, nie mówiąc już o ćwiartkach) i małe. Dodano ciastka wraz z białym kremem. Zarówno to, jak i połówki uważam za kiepską opcję, bo coś takiego w lodach się nie sprawdza. Zwłaszcza krem... który okazał się opornie rozpływającym się na wodę kamieniem o proszkowo-śliskiej strukturze.
Podczas jedzenia lody wydały mi się nieźle gęstawe, powiedziałabym, że jak takie z mleka i śmietanki, przy czym już na tym etapie wodnistość czuć wyraźniej. Jednak nie jakoś mocno, a taką do zniesienia, ponieważ "wmieszane drobinki" naturalnie ją zagęściły. Ze względu na nie trudno mówić o wyraźniejszej kremowości czy coś. Jako że dodatki były dość konkretne, taka lżejsza masa wydała mi się w porządku.
Masło orzechowe było charakterystycznie zalepiająco gęste i tłuste. Nie do końca zmielone, z wyczuwalnymi mniejszymi i większymi kawałkami orzechów. Lekko chrupały, mimo że sprawiały wrażenie nieco rozmiękłych (to nie minus, tylko fakt).
Ciastka chwilami chrupały, rzęziły / trzeszczały (od cukru?), ale z ochotą rozpływały się w ustach, co mi odpowiadało najbardziej. Nie dało się ich jednak "otworzyć", by np. pozbyć się białego kremu ze środka, bo były zbyt sprasowane i zmrożone. Szkoda. Wydawało mi się, że markiz dodano więcej, niż masła orzechowego, ale to pewnie przez wielkie kawały pierwszych i rozmieszanie drugiego.

W smaku same lody zwróciły moją uwagę głównie... cukrowością. Wydały mi się lekko migdałowe i przesiąknięte ciastkami (taką pszenicznością?). Sprawiały wrażenie dość śmietankowych (choć jak jakaś śmietanka / mleko kokosowe), przy czym czuć rozwodnienie. Waniliowymi bym ich nie nazwała.

widać ciastka z kremem
Ciastka z kolei cechowała gorzkość, ale raczej przypalenia niż kakao. Rzeczywiście były oreowate, choć w gruncie rzeczy zwyczajne, pszeniczne, chwilami wręcz kartonowe. Niestety niemiłosiernie podbijały słodycz przez swój biały krem. Był obrzydliwy, kojarzył mi się z twardym lukrem / masą z cukru pudru. Oprócz tego reprezentował raczej bezsmak, choć wydaje mi się, że wyłapałam pewną "wegańskość" albo jakby "białkowość".
Same ciemne herbatniki jeszcze można nazwać całkiem niezłymi (choć bez szału), za to krem skutecznie mi je obrzydził. Za bardzo się narzucał, zabijając smak herbatnika i dodatkowo docukrzając samą masę lodową słodyczą o paskudnym wydźwięku.

Najlepszym dodatkiem okazało się masło orzechowe, które smakowało po prostu sobą, a więc fistaszkowo. Był to specyficzny smak masła orzechowego przyjemnie słonawego. Nie było słodkie, za to część orzeszków zahaczała o minigoryczkę. Nie sprawiały wrażenia mocno uprażonych.

Całościowo wyszło to... ciasteczkowo i dość masłoorzechowo, jakby i baza miała taki smak, nakręcany przez zawijasy dodatku. Trochę kojarzyło mi się to z lodami stylizowanymi na ciastka typu Oreo z kremem o smaku masła orzechowego. Mogłoby to być genialne, gdyby nie ten niesmaczny biały krem z ciastek, który przelał czarę przesłodzenia. Oprócz niego masa i tak była bowiem bardzo słodka, choć epizodycznie przełamywana a to orzeszkami, a to goryczką ciastek, które czasem wydawały się już nieco bardziej nijako-kakaowe (lepsze to niż niekakaowe jak w przypadku kawałków z dużą ilością kremu). Szczypta soli z masła orzechowego również się sprawdziła, podkreślając smaki, a jednocześnie nie narzucając się. Wydaje mi się, że wyraziste smaki dodatków (nawet gdy mowa o niesmacznym cukrze pudrze kremu) w udany sposób zakryły nijakość / wodnistość bazy, bo sprawiała wrażenie po prostu zwyczajnej, przeciętnej.

Po lodach pozostało oczywiście zasłodzenie, ale i posmak słonawego masła orzechowego. Miałam wrażenie, jakbym zjadła lody o smaku cookies and cream, przy czym "cream" (śmietankowość) zostało naprawdę nieźle odwzorowane. Nie czułam się przesycona czy zatłuszczona. Nie mogę powiedzieć, by wyszły lekkie (czy to jeśli chodzi o smak, czy konsystencję), ale ciężkie na pewno nie były.

Gdyby nie to, że dodali markizy z kremem, ocena byłaby wyższa, jednak nie jest to tylko krytyka za to, że takowe dodali (gdy żaliłam się Mamie, usłyszałam, że np. ona właśnie woli krem od herbatnika w ciastkach typu Oreo), ale że przez taką ilość kremu z ciastek (który swoją drogą w lodach się nie sprawdza) słodycz wzrosła do poziomu grubej przesady.


ocena: 7/10
kupiłam: Carrefour
cena: 24,99 zł (za 500 ml)
kaloryczność: 282 kcal / 100 g; 229 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Składniki: woda*, cukier, oleje roślinne (kokosowy, z orzechów ziemnych, słonecznikowy), pasta i kawałki orzechów ziemnych (8%), syrop glukozowy, mąka pszenna, pasta z migdałów* (2%), kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, białka grochu, ekstrakt z wanilii, emulgatory (lecytyny słonecznikowe, lecytyny sojowe), sól, stabilizatory (guma guar, mączka chleba świętojańśkiego), substancja spulchniająca (węglany sodu), aromat naturalny

*Ponoć lody są na mleku migdałowym, a ja nie widzę powodów, by w to wątpić. Skład na Europę jest po prostu rozebrany i uporządkowany ogólnie, w USA / anglojęzycznej stronie wygląda to tak: "mleko migdałowe (woda, migdały),...". Większość sklepowych mlek / napojów roślinnych jest przecież właśnie z wody (przy czym dana roślina to jakieś od 2 do poniżej 20 % - z tego co wygooglowałam), toteż chyba nie jest aż tak tragicznie, jak można by w pierwszej chwili pomyśleć. Nie uważam, by miały szczególnie dobry skład, w smaku wyszły, jak wyszły, ale czuję potrzebę sprostowania i przyznania im swego w pewnych kwestiach).

PS Wszędzie widuję tłumaczenie na polski z różnymi poszczególnymi procentami, więc zerwałam nalepkę i przepisałam ze szwedzkiego.