Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem: orzechy ziemne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem: orzechy ziemne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 czerwca 2026

Coco Farm Opowieści Zdrowej Treści Krem Chałwowy Sezam i Kokos z Cukrem Kokosowym

Nie wiem dlaczego skoro odkryłam, że własny krem chałwowy, robiony z tahini Ekogram i odrobiny cukru trzcinowego, jest po prostu wybitny i wychodzi poza skale wszelakie, wciąż zwracam uwagę na kremy chałwowe... gdy się już jakiś napatoczy. Mimo że żaden kupny dotąd, po wycofaniu Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym nie satysfakcjonował. Dziś przedstawiany, czyli firmy zajmującej się zdrową żywnością Coco Farm nie zachwycał, gdy chodzi o ilość sezamu w składzie, jednak nie skreśliłam go, bo reszta to nie tylko słodzidło, a kokos. Pomyślałam, że chałwa z nutą kokosa może być ok, a przynajmniej warta spróbowania.

Coco Farm Opowieści Zdrowej Treści Krem Chałwowy Sezam i Kokos z Cukrem Kokosowym to krem sezamowo-kokosowy o smaku chałwy / "w naturalnym stylu chałwy sezamowej", wegański, słodzony cukrem kokosowym.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu słoika rozbrzmiała kokosowa symfonia, złożona przede wszystkim z oleju kokosowego oraz mleczka kokosowego, wiórków oraz wielkich płatko-chipsów kokosowych i miazgi kokosowej. Osłodził je motyw jakby kokosowego palonego karmelu, bardzo palonego, a jednocześnie rześkawego. To jednak, że krem zawiera cukier kokosowy akurat nie było aż tak oczywiste. Jego dosadna słodycz tu nieco wtopiła się w otoczenie. A na kokosie się nie kończyło. Za mleczkiem pobrzmiewał roślinny motyw, kojarzący się z wegańskimi deserami, budyniami, słodkościami i krył się nawet nieoczywisty prawie kwasek. Z roślinną wegańskością mieszał się ni fasolkowy, ni orzeszkowy motyw i sezam. Ten wydawał się dość neutralny, znikomo goryczkowaty i dość wycofany. Trochę wyraźniej raz po raz wychylał się podczas mieszania i jedzenia.
Złożony, ale raczej dziwnie namieszany niż głęboki, zapach nie był zbyt kuszący.

Na wierzchu wydzieliło się trochę oleju, z czego zlałam większość, czyli niecałe 3 łyżeczki.
Wymieszałam mniej niż 0,5 łyżeczki, ale dlatego, że to już trochę mieszało się z wierzchem półpłynnej, rzadkawej pasty. Ta ani trochę nie potrzebowała tego wydzielonego tłuszczu, bo była wręcz lejąca i bardzo tłusta. Bardzo łatwo go się mieszało.
W trakcie jedzenia krem wciąż wykazywał wysoką, nieco oleistą tłustość i jakby chciał choć na sekundę zgęstnieć, ale jednak tego nie czynił. Nie był kremowy, a przypominał oleistą maź z mnóstwem kryształków. Był rzadki i rozpuszczał się dość szybko. Kryształki przełożyły się na wręcz ziarnisty, mocno proszkowy efekt. Kryształki cukru, rozpuszczając się, jeszcze bardziej go rozrzedzały, dodając wodnisty efekt. W porywach zdobywał się na lepkawość, acz ogólnie bardziej przypominał olej i miazgę kokosową 100% z dodanym cukrem i trochę rozrzedzoną.
Masa gryziona raczej kryształkowo chrupała od cukru niż trzeszczała jak chałwa. Tego efektu trzeba było się bardzo, bardzo doszukiwać, by go jako tako wychwycić.
Co ciekawe, po spędzeniu dwóch dni w lodówce, krem zrobił się twardawy i wyglądał na bardzo suchy. Wystawiony do temperatury pokojowej powoli wracał do swej płynnej formy.

W smaku pierwsza uderzyła słodycz karmelowo-kokosowa. Palony karmel mieszał się z naturalnie słodkimi wiórkami i miazgą kokosową, a po chwili ich drogi się rozeszły. Każdy bowiem się intensyfikował.

Palony wątek podkreślała lekka goryczka oleju kokosowego. Nie cały czas był tak samo wyraźny, ale co i raz przypominał o sobie jako niby łagodne, ale denerwujące echo. Sporadycznie przebijał się przy nim sezam.

Karmel przybrał na paloności i robił się dosadniejszy, niemal melasowy. Słodycz zajęła wysoki poziom i jeszcze epizodycznie podskakiwała. Cukier kokosowy bardzo łatwo było w tym rozpoznać, acz... jego rześkość jakby przeszła na stronę wyraźniej kokosową. Nie każde zagarnięcie było tak samo słodkie, ale przy niektórych słodycz już po paru chwilach trochę piekła w gardle.

Kokos miazgowo-oleisty, wiórkowe echo wydawały się w porywach niemal soczyste. Zaraz dołączyło do nich pełne mleczko kokosowe i stanęło z nimi na równi. Mimo że słodycz miała imperatywne zapędy, kokosowość rządziła kompozycją. W zasadzie jakby koleżeńsko ścigały się ze sobą, nawzajem się motywując.

W oddali za to czaiła się sól, jakby dopingując piekącą słodycz.

Przy niej odnotowałam jeszcze roślinność. Pod mleczko kokosowe podkradła się nuta wegańskich słodkości, budyniu czy czegoś takiego.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach poprzez wegańskość, roślinność wkroczył sezam. Nie wziął udziału w wyścigu słodyczy i kokosa. Sezam... dał się poznać jako neutralny, lekko wręcz goryczkowaty. Jego goryczkę wzmacniał olej kokosowy. Raz czy drugi zrobił aluzje do kawy. Przełamał nieco słodycz, a z chałwą... w porywach trochę się kojarzył... Acz nie była to wyrazista nuta. Bardziej jakby to była "udawana sezamowość".

Sezam bowiem mieszał się nie tylko z roślinnością, ale też z ogólnie orzechowym wątkiem. W pewnym momencie roślinny motyw mignął mi strączkami i... fasolkowymi fistaszkami? Przemknęła jeszcze coś jakby... mąka? Wszystko to podkreślała epizodycznie przypominająca o sobie sól. Nawet nie śmiała wyjść na przód, ale snuła się na tyłach. Trudno jednak było uchwycić te wszystkie wątki opisane w tym akapicie, jako że kokos starał się skupić na sobie uwagę, a słodycz podskoczyła do nieco przesadzonego poziomu. Wszystko to jednak przełożyło się na dość silne skojarzenie z batonem Legal Cakes Chiacho w wersji z 2020.

W tle przewijał się jeszcze pewien... "jakby kwasek". Niewyraźny, ale wpisujący się w olej kokosowy. Słodycz robiła się zdecydowanie zbyt ciężka, dosadnie karmelowo-melasowa i złudnie daktylowa. Miałam wrażenie, że czuję w gardle daktylowe pieczenie. Kokos jednak się jej nie wystraszył i jako ogrom wiórków z mleczkiem kokosowym zakończył występ.

Po zjedzeniu został posmak melasowo-rześkiego cukru kokosowego, wiórków i miazgi kokosowej. Za nimi starał się też pokazać nieco orzechowo-sezamowy motyw. Bardziej wegańsko-nugatowy niż chałwowy.

Choć moja norma jedzenia na raz w przypadku kremów to 130-200g, tu dałam radę ledwie 66g i to się już pod koniec męcząc. Ani smak, ani konsystencja mi się nie podobały.

Krem ten w smaku był za bardzo namieszany, a za mało chałowy. Nie rozumiem, po co producent obiecywał chałwę... równie dobrze mógł zrobić po prostu krem kokosowy i wtedy byłby niezły, bo realnie mocno kokosowy. Olej, miazga, mleczko kokosowe i nuta wiórków w asyście wyrazistej, palono karmelowej, złudnie daktylowej słodyczy w zasadzie wyszłyby smacznie, gdyby nie wszelkie dziwnie wegańsko-roślinnego, niedookreślone sezamowo-orzechowe akcenty. Pierwsze w ogóle mi się nie podobały (błonniki? mąka?), orzechowość była dziwnie nieokreślona, bo jej za mało, a sezam w ogóle... trochę się pojawił i nie ugrał za wiele, nawet nieszczególnie pasował. Myślę jednak, że krem może smakować miłośnikom Legal Cakes Chiacho (które swoją drogą pogorszyli w 2024).
Konsystencja zaś bardzo nie po mojemu, bo ogrom kryształków cukru w rzadko-lejącej, oleistej mazi to fuzja tego, czego w kremach nie lubię.

Krem powędrował do Mamy. Opisała go tak: "Pachnie to mocno kokosem, ale tym olejem, co nie lubię, a nie wiórkami. Smak trochę mnie zaskoczył. Bo choć najpierw buchnęła mi taka goryczka nieprzyjemna, to potem zaczął się rozpuszczać, zrobiło się słodko i było smacznie. Tylko jak zniknął z ust, ta gorycz nieprzyjemna wróciła. Taki ten... olej kokosowy? Tak to ogólnie nie wiem, co ja tam dokładnie czuję, ale byłby ogólnie w porządku, gdyby nie ta goryczka. Niestety, ona przy zjedzeniu większej ilości tak dawała się we znaki, że trudno myśleć o pozytywach. Pomyślałam, że na ciastkach czy na czymś, co ją trochę zagłuszy, może się sprawdzić. Na tostach z dżemem i serem za bardzo się przebijała. ". Mama zrobiła jeszcze jedno podejście do kremu w bardziej stałej wersji, uprzednio na krótko przed jedzeniem wystawiając z lodówki. Nałożyła sobie na bułeczkę mleczną Carrefour Classic z Kawałkami Czekolady po czym stwierdziła: "Bułeczki też mu nie pomogły. Nadal niesmaczny przez wszystko psujący goryczkowaty olej kokosowy".


ocena: 4/10
kupiłam: Rossmann
cena: 19,99 zł (za 280g; promocja)
kaloryczność: 562 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: sezam 37%, cukier kokosowy 20%, miąższ kokosa 18%, mleko kokosowe w proszku 12%, błonnik pokarmowy, mąka z orzechów ziemnych, lecytyna słonecznikowa, sól himalajska różowa

czwartek, 19 lutego 2026

Turlaj Klopsa Weź Nie Piernicz Pasta Orzech Ziemny o smaku Piernikowym

Przedstawianym kremem zainteresowałam się, bo pamiętałam, że podobny (Primavika masło orzechowe piernikowe) kiedyś wydał mi się smaczny w nieoczywisty sposób. Byłam dobrej myśli do otwarcia dwóch poprzednich tej polskiej firmy, zajmującej się raczej cateringiem niż kremami. Oprócz chwytliwych, pociesznych nazw, kremy mi nie pasowały. W sumie trudno było mi wyobrazić sobie, co tu mogli zepsuć, ale miałam złe przeczucia, podszepnięte przez doświadczenie.

Turlaj Klopsa Weź Nie Piernicz Pasta Orzech Ziemny o smaku Piernikowym to krem z orzechów arachidowych z przyprawami korzennymi / piernikowymi.

Po odkręceniu poczułam intensywny, wyrównany zapach przypraw korzennych i prażonych, solonych orzeszków ziemnych. Wśród przypraw dominowały goździki, gałka muszkatołowa i kardamon, dopiero później zaznaczył się bardziej oczywisty cynamon i imbir. Ogólnie jednak czuć tu mieszankę przypraw, nie konkretne osobno. Mieszankę o poważniejszym, goryczkowato-ostrym charakterze. Arachidy wyszły przy tym neutralnie i średnio mocno prażono. Dopiero gdy uporałam się z olejem, wyłoniła się ich naturalna, średnio wysoka słodycz o lekko maślanych zapędach. Ogólnie słodycz w zapachu nie odegrała zbyt znaczącej roli. Sól zaś trochę się potem ukryła.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju: jakieś 3,5 łyżeczki, które zlałam.
A starałam się zlać tyle, ile się dało. Krem był bowiem wystarczająco tłusto-miękki. Choć gęsty i zwarty, co ujawniło mieszanie, sprawiał wrażenie właśnie bardzo miękkiego w trochę oleistym kontekście. Ciągnął się średnio, za to bardzo się lepił do łyżeczki. Widać w nim dużo drobinek przypraw oraz orzechów.
W trakcie jedzenia potwierdziła się miękkość, a także trochę oleista tłustość. Acz ogólnie krem nie był nazbyt tłusty. Tłustość stała na średnim poziomie. Szczególnie syty też mi się nie wydał, a jednak dość przytykający. W ustach rozpływał się w tempie umiarkowanym, już prawie wolnawo, mocno je zaklejając. Stawał się gęstą zawiesiną o gładko-niegładkiej strukturze. Czasem, nie często, ale jednak, przewijały mi się kryształki soli. Na szczęście, po tym jak zaznaczyły się na języku, rozpuszczały się wraz z masą. Krem był lekko miagzowy ogólnie i punktowo ziarnisty wyraźnie od przypraw, acz na koniec drobinki przeważnie jakoś ulatniały się wraz z masą.
Na upartego można te drobinki na koniec gryźć, acz nie wymagały tego. Okazały się w większości delikatnymi, chrupkawymi punkcikami. Tylko nieliczne były ewidentnie twarde.

W smaku pierwszą poczułam słodycz, nierozerwalnie związaną z maślanym, łagodnym wątkiem. Orzeszki wkroczyły jako właśnie słodkawe, lekko prażone. Przyszło mi na myśl typowe masło orzechowe amerykańskiego typu.

Prażenie odezwało się z lekkim opóźnieniem i od razu zabrało się za wzrost. Osiągnęło tak średni poziom i pobrzmiewało sobie spokojnie, nie narzucając się przyprawom korzennym. A te wkroczyły tuż po nim, jakby to właśnie prażenie otworzyło im drogę.

Przy niektórych zagarnięciach łyżeczką już w tym momencie swoją obecność delikatnie zgłaszała sól. Pojawiała się punktowo. Podkreślała maślaną słodycz, jak również kierowała uwagę na prażenie. Stąd choć nie było bardzo silne, nie dało się na nie nie zwracać uwagi.

Słodycz zajęła sobie miejsce na tyłach i delikatnie, konsekwentnie maślano, stamtąd pobrzmiewała. Choć nie była wysoka, sprawiła, że kompozycja ogólnie miała słodki wydźwięk. Przyprawom zaś ewidentnie zależało na tym, by porządnie się zaprezentować. Sól zaś pokazywała się raczej epizodycznie, acz raz po raz wzrastając.

Z przypraw przede wszystkim czułam ostro przenikliwe goździki, a tuż za nimi goryczkę... chyba ziela angielskiego, ewentualnie gałki muszkatołowej. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach robiło się porządnie, ale nie przesadnie, korzennie-piernikowo. Przyprawy nie starały się zdominować arachidowości. Do już wspomnianych wyrazistszych dołączył słodszy cynamon, niemal rześki (?) kardamon i imbir. Czasem mieszanka przybierała lekko pieprzny klimat. Przyprawy dość często starały się zagłuszać słoność. W opozycji do niej wchodziły w sojusz ze słodyczą.

Przyprawy po tym swym wystrzale, gdy tak ścigały się ze sobą, po paru chwilach zaczęły się mieszać w bukiet bardziej rozmyty. Czułam bardziej ogólną, pikantnie-goryczkowatą i trochę słodką piernikowość niż jakieś konkretne przyprawy. Do tej piernikowości właśnie dobiegły orzeszki.

Arachidowość odzyskała siły do współpracy z piernikowością. Wyobraziłam sobie jakiś arachidowy piernik; nowoczesną alternatywę z mąki arachidowej i masła orzechowego (takiego bardziej typowo amerykańskiego), o zredukowanej słodyczy.

Ta nie odważyła się wyjść na przód, ale cały czas tylko pobrzmiewała. Trzymała się uparcie maślaności, choć i w korzenności się znalazła. Do piernika dołączyły bardziej maślane pierniczki - oczywiście wpisane w prażono-pieczoną arachidowość. Przy niektórych zagarnięciach sól nasilała się w stopniu, który przeszkadzał. Zwłaszcza gdy akurat trafił się kryształek, słoność gryzła się z przyprawami korzennymi i przeszkadzała.

Jak pisałam, na koniec drobinki raczej nie zostawały, ale gdy jakieś na upartego sobie wyszukałam i gryzłam, w większości wydawały się mdłe, nijakie i prawie bez smaku, acz czasem niektóre potrafiły zaserwować niemal kwiatową nutę lub lekką ostrość. Sporadycznie trafiały się też wyrazistsze drobinki prażonych fistaszków.

Po zjedzeniu został silny posmak wyraźnie słonego masła orzechowego arachidowego oraz, w drugiej kolejności, przypraw wraz z drobnym piekącym efektem zaznaczonym na języku. Wskazałabym tu spory udział goździków, imbiru, gałki, może kardamonu. Ułożyły się w pieprzny klimat, acz można było poszczególne przyprawy ponazywać. Orzechowość z kolei zaskoczyła mnie swoją konwencjonalną "peanut butterowość", łącząc słodycz z solą.

Krem był ciekawy i całkiem niezły... Albo byłby taki, gdyby nie sól. Przy wielu zagarnięciach łyżeczką soli wyraźnie nie czuć jako sól. Niestety, czasem trafiała się odważniejsza słoność - i te zagarnięcia mi nie odpowiadały. Wyraźnie wyczuwalna sól tu nie pasowała. Ogólnie jednak podszepnęła arachidom wydźwięk amerykańskiego masła orzechowego, które tańczyło, jak przyprawy mu zagrały. Najpierw było wyrazistsze, potem ustąpiło im miejsca i znów wróciło. Przypraw czułam dużo nieoczywistych, acz na pewno piernikowych. Po prostu nie był to cynamon, a inna, ciekawa mieszanka. Jej ostrość i goryczka niekoniecznie najlepiej pasowała do właśnie masło orzechowego wydźwięku, ale było ok, ciekawostkowo. Osobiście jednak wolę duet fistaszków z cynamonem po prostu. To jednak najlepszy z jedzonych kremów tej firmy.
Przy większości słoika myślałam, że wystawię 7, ale pod koniec cały czas trafiałam na więcej soli i uznałam, że jednak za nic 7 nie wystawię. Beznadziejny mieli pomysł z dodaniem do tej kompozycji takiej ilości soli. O połowę mniej i już byłoby lepiej. Przez pewne problemy związane z zamówieniem, dostałam od firmy drugi słoik "na przeproszenie", ale oddałam go Mamie. Ciekawostkowo taki krem mogę zjeść raz; nie chciałam nawet myśleć o powrocie do niego przez tę epizodyczną słoność.

Mamie bardzo nie smakował. "Spróbowałam go trochę samego, a potem jeszcze jadłam na niesmacznych bułeczkach (Carrefour Classic Bułeczki Mleczne z Kawałkami Czekolady) licząc, że jak to się czasem zdarza, nieprzyjemne z nieprzyjemnym, razem się spisze. Niestety, krem i tak był niesmaczny. Niesłodki, a taki od przypraw aż ziołowy. Zamiast w słodką korzenną pierniczkowość, poszło to w ziołowym, wytrawnym kierunku. A ta sól nie pomogła. Zupełnie takie coś do kremu fistaszkowego nie pasuje".


ocena: 6/10
kupiłam: turlajklopsa.pl
cena: 14 zł za 200g
kaloryczność: 595 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy ziemne, przyprawy piernikowe (cynamon, goździki, imbir, gałka muszkatołowa, kardamon, ziele angielskie, pieprz), sól

sobota, 30 sierpnia 2025

krem Ruda Kita Chai Masala | Orzech Ziemny, Migdał Crunch

Może niezbyt fortunnie wybrałam porę na jedzenie tego kremu, bo ostatnimi czasy wszystkie nowe poznawane, okazywały się przesłodzonymi rozczarowaniami. Miałam ochotę na dobry, mocno orzechowy krem, a jednak... Nie wiem dlaczego, ale ten mnie do siebie przywołał. Obstawiałam, że będzie słodki, ale obiecywana przez producenta eksplozja smaków i smakowa podróż do Indii... nie brzmiała zacukrzająco nieprzyjemnie.

Ruda Kita Chai Masala | Orzech Ziemny, Migdał Crunch to chrupiący krem z prażonych migdałów i orzechów arachidowych z mieszanką przypraw chai masala oraz kawałkami migdałów; słodzony.

Po otwarciu przywitał mnie intensywny zapach słodkich, lekko prażonych i dosłownie odrobinkę solonych fistaszków. W ich słodycz wpisała się nuta jakby rześkiego karmelu oraz słodkie migdały, podążające za nimi. Te nie były zbyt jednoznaczne, ale do nazwania. W dodatku same w sobie słodkie, a... gdy krem mieszałam i czasem też w trakcie jedzenia, jednocześnie lekko solone. Słodycz orzechów, mieszając się z prażeniem i karmelową nutą, przełożyła się na myśl o jakiś miodowych preclach. Raz po raz przemykała też wanilia. Wyraźnie czułam także ciepło przypraw, tworzących indyjski klimat, ale mających w sobie również coś z piernika. Czułam na pewno sporo ostro-soczystego imbiru i słodkiego cynamonu, jak również wytrawniejszy, goryczkowaty duet pieprzu i gałki muszkatołowej. Ogół mimo wysokiej słodyczy, to właśnie wytrawnością bardziej zwracał uwagę.
Po uporaniu się z olejem przyprawy i sól przybrały na znaczeniu, ale nie zdominowały kompozycji.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się trochę oleju. Zlałam prawie wszystko, czyli 2 łyżeczki. Dosłownie odrobinkę już przemieszałam. Przydało się to, ale nie było niezbędne. Krem był bowiem tłusty, trochę z widocznie oleistym efektem. Cechowała go lepkość i średnia gęstość, a mieszanie trochę utrudniały średniej wielkości kawałki migdałów. Skumulowały się na wierzchu, ale były w całej masie - z  tym, że na dole mniej. Po przemieszaniu więc się wyrównało i ich ilość uważam za sowitą, ale jeszcze nie przesadzoną. To wciąż krem z kawałkami, a nie jakiś zlep kawałków. Wciąż dało się raz po raz zagarniać sam krem, bez nich.
W ustach krem okazał się miękki i chwilowo leciutko gęstniejący, ale ogólnie średnio gęsty; nie był zbity. Czuć wysoką, oleistą tłustość, ale też konkret, masywność. Kawałki migdałów zdawały się trochę pospieszać rozpuszczanie się i na pewno niwelowały zalepianie. Krem próbował na chwilę zalepiać, ale szybko odpuszczał. Rozpływał się w tempie średnim, ujawniając chropowatość i proszkowość przypraw, a także znikomą miazgowość, która zatracała się w przyprawach.
Na próbę raz czy drugi trochę pogryzłam masę. Wtedy lekko trzeszczała.
Kawałki migdałów wolałam gryźć, gdy baza się rozpłynęła. Były twarde i chrupiące, a także nieco suchawe. Nie trafiłam na kawałki ze skórkami.
Drobinki okazały się przyprawami i chrupkawymi kawałeczkami orzeszków i migdałów, także ich mikroskopijnymi skórkami. Niektóre z drobinek gałki i kardamonu albo pieprzu były nieco pokaźniejsze i dało się je wyraźnie chrupnąć.

W smaku od razu poczułam wysoką słodycz cukru kokosowego. Dał się poznać jako rześko-karmelowy. Mimo rześkości, wprowadził ciepło. W słodycz wpisywały się również fistaszki. 

W słodycz po sekundzie czy dwóch na moment wkradła się lekka mydlaność. Zaraz jednak przyprawy ruszyły na podbój kompozycji i mydlaność okazała się ostro-ciepłym imbirem. Wydał mi się robić aluzje do soczystości, ale jednak osiadł w ciepełku przypraw. A te, nie szarżowały, a właśnie taki cieplutki, przytulny klimat przybrały. Imbir wprowadził wytrawniejsze gałkę muszkatołową i pieprz. Robiło się bardzo indyjsko.

Wytrawniejszy, indyjski motyw przypraw na pewien czas jakby trochę odłączał się od rosnącej, ciepłej słodyczy karmelu. Ta była dosadna, ale na szczęście głęboka i niebanalna.

Orzeszki ziemne nasiliły się. Okazały się naturalnie słodkie i lekko prażone, czym dopasowały się do ciepłego wydźwięku przypraw. Z lekkim ociąganiem ujawniło się migdałowe echo. Migdały mieszały się z fistaszkami, gdyż też były lekko prażone i bardzo słodkie w naturalny sposób.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach cały czas rosnąca słodycz wzbogaciła się o wanilię. Wanilia pokierowała przyprawy w bardziej piernikowym kierunku. Rosła korzenna pikanteria. Przewinęły się goździki, kardamon, ale też jeszcze więcej pieprzu i imbiru. Słodycz zaczęła rozgrzewać w gardle, a przyprawy umocniły to poczucie. Goździki i anyż aż gryzły czasem w język. Co ciekawe, przysłoniły prażoność orzeszków i migdałów.

Arachidy i migdały jawiły się przy tym wszystkim jako słodziuteńkie i prażone znikomo. Prawie cały czas dominowały orzeszki ziemne, tylko gdy podgryzałam sporadycznie kawałki migdałów, oczywiście podkręcały właśnie migdałowość. Rzadko jednak gryzłam je "obok masy", bo nie wykorzystywały wtedy całego swojego potencjału - nie miały siły przebicia i zostawały w tyle za przyprawami. Mimo to, kawałki wtopione w masę nawet niegryzione trochę rozganiały słodycz.

Przyprawy miały epizody silniejsze i słabsze. Przy niektórych zagarnięciach migdały wywalczały w nich silniejszą ostrawą wytrawność. Subtelny akcent skórek migdałów miał w tym swój udział.

Korzenność łączyła w sobie indyjskie, orientalne klimaty z piernikiem, rozgrzewając porządnie, ale nie przytłaczając. Goździkowo-pieprzna ostrość potrafiła zaznaczyć się w gardle. Wysoka słodycz za to już trochę przesadzała. Natłok słodyczy przypraw, w tym wanilii i karmelu trochę męczył. Sól epizodycznie wydawała się gdzieś w oddali przemykać, ale w zasadzie była ukryta. Sporadycznie do głowy przychodziły mi jakieś przyprawione, miodowe precle oraz migdały i fistaszki oblane karmelem (nie karmelizowane). Fistaszki końcowo dominowały znacząco, a jako że słodycz zrobiła się bardzo wysoka, ocierały się o arachidowy nugat.

Gryzione na koniec kawałki migdałów to kompletnie zmieniały. Zerowały słodycz, ale nie pikanterię przypraw. Gdy zabierałam się za kawałki, lekko prażonym, słodkawym migdałom udawało się wyjść przed fistaszki i prawie przygłuszyć wszystko inne. Na kawałkach nie było skórek.

Po zjedzeniu został posmak słodkich, lekko prażonych arachidów i migdałów (to, które dominowały zależało od tego, jak dużo akurat zagarnęłam kawałków migdałów) oraz cała gama ostrych przypraw w klimacie indyjskim. Cynamon, imbir, pieprz, gałka muszkatołowa i goździki połączyły słodycz karmelu z domieszką wanilii z pewną wytrawnością i goryczką. Słodycz trochę aż drapała w gardle, ale przyprawy starały się to ograć, fundując ogólne poczucie drapania, rozgrzania. W posmaku odnalazło się też słonawe echo.

Krem uważam za bardzo ciekawy, jednak dla mnie trochę za słodki. Słodycz aż drapała i przytłaczała, acz muszę przyznać, że i tak w tej kompozycji nie było z tym tak źle. Miała towarzystwo, które nadało jej charakteru. Przyprawy, mimo iż pikantne i wyraziste, zrobiły tu kawał dobrej roboty. Rozgrzewały, przypiekały, ale nie zagłuszały orzechów. Czuć głównie arachidy, ale i migdały się pokazały. Ciekawe, że przyprawy wydobyły ich naturalną słodycz, a trochę schowały prażony element w swym cieple. Czuć dużo różnych przypraw, a nie tylko oklepany cynamon, i rzeczywiście łatwo pomyśleć o Indiach.
Wolę wersje gładkie niż chrupiące, jednak tutaj kawałki wyszły w porządku. Było ich sporo, ale nie za dużo, nie zaburzały kremowości. I na pewno trochę tonowały słodycz i zapędy pikanterii, wydobywając też migdałowy wątek z bazy.


ocena: 7/10
kupiłam: rudakita.pl
cena: 29 zł (za 200g)
kaloryczność: 561,4 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: migdały prażone 44%, orzechy ziemne prażone 28%, kawałki migdałów 15%, cukier kokosowy, cynamon, kardamon, imbir, gałka muszkatołowa, goździki, anyż, pieprz, wanilia, sól

niedziela, 24 sierpnia 2025

Turlaj Klopsa Czekolada Rozumie Pasta Czekoladowo-Orzechowa

Marka Turlaj Klopsa przewinęła mi się kiedyś w internecie, jakiś ich krem zobaczyłam, ale bardziej się nie zainteresowałam. Gdy drugi raz się na nich natknęłam w zimowo-yulowo-gwiazdkowym okresie, chyba akurat weszła "jakaś zimowa nowość". Wtedy poświęciłam przeglądaniu kremów dłuższą chwilę i uznałam, że chyba się skuszę. Ogólnie zajmują się cateringiem i ciastami, a kremy wyglądały ciekawie i kusząco, mimo że to nie ich produkt wiodący. Niestety, z przesyłką były małe kłopoty, ale w końcu zakupione słoiki dotarły do mnie. Zaczęłam od czekoladowego, bo... Bo był znacząco inny od dwóch pozostałych? Bo daty? Po prostu... Odkąd zdecydowałam się krem zamówić, kilka razy zmieniali na stronie jego opis. W końcu zostało, że "do złudzenia przypomina Nutellę". Pech, bo jej nie lubię. Szkoda, że nie było to wspomniane wcześniej.

Turlaj Klopsa Czekolada Rozumie Pasta Czekoladowo-Orzechowa to czekoladowy krem z orzeszków ziemnych i orzechów laskowych; wegański.

Po odkręceniu poczułam intensywny, bardzo słodki zapach czekoladowy; nie czekolady, a właśnie czekoladowy, kojarzący się z kremem typu Nutella w bardziej kakaowej, ciemno czekoladowej wersji, wymieszaną z cukierkami typu Michałki. Na czekoladowo-kakaowej, przesłodzonej w duszny sposób, płaszczyźnie splatały się bowiem orzechy laskowe z ziemnymi. Słodycz wykazywała cukrowość z wyraźnie waniliowym, ocierającym się o wanilinę, echem. Miało to niestety trochę plastikowo-taniawą naleciałość.

Na wierzchu olej się nie wydzielił, a krem wyglądał jak połączenie Nutelli z zastygłą masą kakaową. Podczas mieszania wyszła jednak na jaw jego mazistość i miękkość. Był bardzo gęsty, ale niczym smar, bez konkretu czy twardości.
W ustach krem rozpływał się w tempie średnim w mazisty, zalepiająco-czekoladowy sposób. Cechowała go wysoka kremowość i oleista miękkość. Wyszedł bardzo tłusto, ale nie ciężko czy konkretnie w orzechowy sposób. Kojarzył się z kremami typu Nutella, tylko że z zaznaczającymi się epizodycznie drobinkami orzechów. Odnotowałam w nim lekką pylistość, co przełożyło się na trzeszczący efekt, gdy z ciekawości pogryzłam masę. Z czasem krem rzedł w oleiście-wodnisty sposób.
Drobinki wyczuwalne na języku nie wymagały gryzienia, ale raz po raz postarałam się je zębami złapać. Okazały się bardzo delikatne, wręcz miękkawe, choć trafiłam też na parę czarnych, kamiennych kropeczek.
Krem zostawiał wrażenie mocno otłuszczonych ust.

W smaku przywitała mnie wysoka słodycz cukrowo-waniliowa płynąca z kremu typu Nutella w wersji nieco bardziej kakaowej. Wizja tego typu smarowidła była niezwykle jednoznaczna, choć już po chwili doleciała do niej arachidowa nuta.

Słodycz rosła cały czas, przybierając na duszności i ciężkości. Otarła się o wanilinę, było w niej coś tandetnego, acz nasilające się kakao odwracało od tego wydźwięku uwagę. Właśnie bardziej kakao niż ciemną czekoladę tu czuć, acz i ona się przewijała. Gorzko jednak nie było.

Orzechy laskowe straciły swój pierwszy impet i ustąpiły miejsce prażonym fistaszkom. Te odważnie wkroczyły na pierwszy plan, przyozdobione słodko-kakaowym słodko-kakaową otoczką. Realia zaczęły zmieniać się z kremu orzechowo-kakaowego na jakiś przesłodzony fistaszkowy blok czekoladowy i również przesłodzone cukierki typu Michałki. Wpisała się w to duszność i tandeta, kierująca myśli ku polewie kakaowej. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach te za słodkie, kakaowo-arachidowe wątki królowały.

Zaraz jednak orzechy laskowe leciutko przypomniały o sobie. Trzymała się ich delikatna, prażona nutka. Zaczęły mieszać się z fistaszkami, jednak choć czuć je wyraźnie, pozostawały za nimi w tyle. Arachidy i kakao rozgościły się bowiem na pierwszym planie - tylko przesadzoną słodycz do siebie dopuszczały. A ta końcowo, mimo wyrazistości orzechów i całkiem sowitej dawki kakao, wyszła drapiąco i przytłaczająco. Jak na taki całkiem kakaowo-ciemno czekoladowy klimat, było zdecydowanie o wiele za słodko i cukrowo, a przez to trochę tandetnie.

Końcowo w głowie siedziały mi tanie duszno słodkie cukierki czekoladowo-kakaowe i czekoladowy krem o właśnie nieco zbyt wanilinowo-cukrowym charakterze. Zrobiło się muląco słodko. W gardle drapało od cukru, a do smaku zakradła się nuta oleju (i... "woskowa"... lecytyny?!).

Po zjedzeniu został posmak dusznej, waniliowo-wanilinowej słodyczy jakby kremu typu Nutella i fistaszków. Czułam się, jakbym zjadła wspomniane produkty z nie najwyższej półki, acz orzechy ziemne z dodatkiem laskowych trochę próbowały ratować sytuację. Niestety, ich starania zepsuła oleistość, przypieczętowująca tani wydźwięk. Duszno-cukrowa słodycz aż wgryzała się w język i drapała w gardle.

Krem nie usatysfakcjonował mnie, ale uwierzę, że wielbicielom Nutelli może przypaść do gustu. Nie lubię takiej konsystencji oleistego smaru / kremów typu Nutella, preferuję te naturalnie orzechowe. W dodatku smak... Słodycz przybrała duszno-tani wydźwięk, co bardzo przeszkadzało ze względu na to, jak wysoka była. Zdecydowanie przesadzona jak na kakaowo-ciemno czekoladowy klimat, jaki chyba starano się uzyskać. Dobrze przynajmniej, że orzechów arachidowych i laskowych nie brakowało, z czego mocniej czuć arachidowe. Krem miał bardziej kakaowy wydźwięk niż czekoladowy - małe niedopasowanie do nazwy.
Kremy orzechowe jem same łyżeczką - tego nie dałam rady chyba nawet 1/4. Słodycz i wydźwięk kompletnie mnie zamuliły - trudno to łyżeczkować.
Przyszły mi do głowy AllNutrition Nutlove Crunch i Pięć Przemian Krem Migdałowo-Czekoladowy Keto Friendly, ale w wersji nie słodzikowej, a konwencjonalnie cukrowej.

Uznałam jednak, że skoro i tak trafiły do mnie aż 2 słoiki, dam jeszcze temu kremowi szansę z czymś.

Ze względu na "nutellowość" kremu, przyszło mi do głowy, że chyba najczęściej ludzie smarują takimi produktami pszenne bułki i chleb. Do takich nie zamierzałam się zbliżać, ale skoro Mama znowu kupiła Carrefour Classic Bułeczki Mleczne, postanowiłam jedną podkraść i coś z nią pokombinować (czyt. posmarować kremem).
Po posmarowaniu bułeczki kremem, w zapachu i smaku zupełnie ją zdominował. Bardzo dosadnie czuć wszelkie jego wady, a więc tanią, bardziej arachidową nutellowość i cukrowość, a w dodatku spłycił mleczny smak bułeczki. Pod nim wydawała się bardziej zwyczajnie pszenna i aż jak zwykłe pszenne przyprawiła mnie o ciarki na plecach (robi mi się tak od zwykłego pszennego pieczywa), ale z zachowaną słodyczą. Słodycz kremu i bułeczki trzymały się razem. To było okrutnie bułkowo-nutellowe, że całej nie dałam rady tak zjeść. Razem wyszło bardzo tanio.

Innym razem, bez przekonania, zrobiłam twarożek z orzechami laskowymi i orzeszkami ziemnymi ziemnymi (po 20g) oraz recenzowanym kremem. Dodałam go jakieś 35g, a i tak było mi go za dużo, zmęczył mnie pod koniec swoją tanią słodyczą. Z samym twarożkiem wyszedł jako tako, jak po prostu kiepski, nutellowo-arachidowy krem. W zestawieniu z orzechami, bardziej dawała się we znaki jego taniość. Wyszedł zasładzająco tandetnie. Co ciekawe, gdy zagarniałam krem z orzechem laskowym, właśnie laskowa nuta w samym kremie się nasilała, idąc w nutellowym kierunku. Gdy zaś zagarniałam krem z fistaszkiem, robiło się z tego tanie arachidowo-michałkowe nuttelowe mazidło. Szkoda orzechów i twarożku na takie coś, choć było to zjadliwe... Zjadliwe, bo już zrobiłam i nałożyłam, ale wolałabym zjeść twarożek z orzechami bez kremu.

Reszta kremu poszła do Mamy. Najpierw nieufnie spróbowała na śniadanie na tostach z serem żółtym i powiedziała: "Krem wydał mi się smaczny, obiecujący, ale w tym wydaniu nie miałam, jak się wczuć". Do reszty kupiła więc herbatniki Leibniz i jadła je posmarowane kremem, z niektórych robiąc "markizy": "Ten krem jest smaczny. Taki zwykły, przeciętny czekoladowy krem, ale na plus. Taki trochę jak Nutelle różne, trochę za słodki. 5 wystawiłaś? O, to i dobra ocena w tej cenie, bo jak na taki zwykły czekoladowy to trochę drogi".


ocena: 5/10
kupiłam: turlajklopsa.pl
cena: 22 zł za 200g
kaloryczność: 582 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe, orzechy ziemne, cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, sól, lecytyna sojowa, olej rzepakowy, naturalne aromaty

środa, 7 maja 2025

(Lidl) Maribel Peanut Butter Crunchy

Z Mamą zawsze dbamy, by mieć w domu słoik (Sante) Auchan Peanut Paste Smooth 100 % w zapasie, ale jakiś czas temu tak się zdarzyło, że coś szybko poszło, a kolejna wizyta w Auchan wcale tak szybko miała nie nastąpić. Stąd Mama kupiła cokolwiek jako zamiennik, co znalazła. Pierwszy raz zobaczyłam taki krem, z ciekawości więc postanowiłam spróbować. Marka jakoś mi się kojarzyła, ale nie wiedziałam jak i z czym. Dopiero jakiś czas później na półce Mamy w komodzie dostrzegłam konfiturę z takim logo - no przecież to marka własna Lidla! Ale właśnie... że raczej z dżemami i konfiturami mi się bardziej kojarzyła.

Maribel Peanut Butter Crunchy to chrupiący krem z orzechów arachidowych z kawałkami fistaszków; słodzoną i z solą; marki własnej Lidla

Po otwarciu poczułam znacząco, acz wcale nie szczególnie mocno, prażony zapach fistaszków. Oplotły je słodycz i słoność, dość wyważona, acz to ta druga jakoś bardziej przyciągała uwagę. Podszepnęły fistaszkom echo typowo amerykańskiego "peanut butter", acz nie był wątkiem wiodącym.

Na wierchu olej się nie wydzielił, a przy pierwszym dzióbnięciu łyżeczką, krem wydał mi się wręcz twardawy. Mama po paru dniach jedzenia uznała, że jest za suchy i musiała dodać do niego oleju (jaki nam został w słoiczku od innego kremu orzechowego).
Krem był gęsty i masywny, acz gdy konkretniej zanurzyłam łyżeczkę, przemieszałam, wyszła na jaw jego pewna miękkawa kremowość. Zatopiono w nim sporo małych kawałków orzeszków, które to o twardawość walczyły, acz ogólnej kremowości nie zabiły.
W trakcie jedzenia krem okazał się faktycznie konkretny, ale też miękki. Mimo masywności. Zalepiał natychmiast i konkretnie. Nie był jednak mocno zbito-gęsty i z czasem odpuszczał. Rozpuszczał się w tempie umiarkowanym. Proces ten przyspieszało sporo małych kawałków arachidów. Krem cechowała miazgowość (niezależna od kawałków), a także miękka, jakby nieco kremowo-oleista tłustość. Mimo to, w pewnym sensie było w nim coś suchawego. Pozostawiał suchawe wrażenie.
Kawałki wolałam gryźć na koniec, bo w trakcie rozpływania się masy "obok", było dziwnie. Gryzione na koniec okazały się chrupkawo-twardawe. Nie jakoś szczególnie, raczej delikatnie. Było ich naprawdę dużo, acz miały rozmiar mały i średni. Kontynuowały lekką chrupkawość, którą nadał już efekt miazgowy.

W smaku przywitała mnie znacząca słodycz. Czuć, że dodana, nawet trochę karmelowa, a nie naturalnie fistaszkowa, ale z tą zgrała się w harmonii. Za nimi pojawiło się mdławe, oleiście-wodniste echo. Zaraz jednak ukryło się za arachidowością.

Orzeszki pomogły sobie prażonym motywem. Nie było to prażenie mocne, ale istotne i wyraźne. Podkreśliło arachidy, które wydawały się trochę niepewne siebie. Jawiły się jako delikatne, niemal maślane.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach, do prażenia dołączała słoność. Wyraźna, punktowa i przez pewien czas nienachalna. Podkreślała i samo prażenie, i arachidowość. Mieszała się ze słodyczą i... z nią też się nawzajem nakręcały. Potem jednak trochę zapomniała o fistaszkach i z prażeniem wysunęła się na przód.

Fistaszki, choć w sumie wyraziste, pod naporem początkowej słodyczy, a potem bardziej słoności, końcowo wydawały mi się jakieś zrezygnowane. Wtedy jednak przyszedł czas na kawałki. Od nich, mimo że od jakiegoś czasu zaznaczały się na języku, arachidowość nie umacniała się jakoś szczególnie.

Dopiero gryzione na koniec napędzały smak fistaszkowy. Stanowiły przedłużenie bazy, jako że były średnio, ale wyraźnie prażone.
Gryzione obok masy, wydawały się bardziej zgaszone słodyczą i solą.

Po zjedzeniu został posmak słono-masłoorzechowy, trochę słodki i orzeszkowy w wydaniu łagodnym, niemal maślanym. Prażenie pobrzmiewało, ale nie pchało się na przód.

Krem w zasadzie był, czym powinien być, przy założeniu, że ma być masłem orzechowym typu amerykańskiego. Jak na takie, zrobiony dobrze, bo nieprzeprażony i trochę słodki, i trochę słony, ale w sumie bez przegięć. Słoność jak dla mnie była za silna, ale zdaję sobie sprawę, że skoro nie używam soli, to po prostu ja mogłam ją aż tak odebrać. Mnie obecnie przeszkadza jakiekolwiek tego typu podkręcanie orzeszków, i też ta specyficzna mdława oleistość kremów typu amerykańskiego, ale to już bardzo subiektywne, więc to po prostu nie mój typ kremów. A jednak muszę mu przyznać, że był bardzo wyważony. Zastrzeżenia mam jednak co do struktury. Skoro jest "crunchy", spodziewałabym się większych kawałków, może nawet połówek, ćwiartek. A tu... wystąpiły kawałeczki. Sporo, bo sporo, chrupkości dodały, ale jak już crunchy to mogłyby być pokaźniejsze.

Choć dobry, to na tyle nie w moim stylu, że nie skusiłam się na zrobienie z nim swojego ulubionego deseru z jogurtu z rodzynkami i cynamonem. Mama miała więc swój krem cały dla siebie na tosty na śniadania. Jej opinia: "Dobry, ale z tą słonością przesadzili. I ta jego gęstość, zbitość, dziwna konsystencja mi przeszkadzają, bo nawet na toście rozsmarować się nie da. Dużo małych kawałeczków do jedno, ale tak bazowo ten krem jest dziwny, jakiś... miękki, a suchy - aż się chce oleju podlać jak w tych 100%. I w końcu to zrobiłam.".

ocena: 7/10
kupiłam: Mama kupiła w Lidlu
cena: jakieś 8-9 zł (za 450g; nie pamięta dokładnie)
kaloryczność: 603 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzeszki ziemne 97%, cukier trzcinowy, sól morska, olej rzepakowy całkowicie utwardzony

czwartek, 26 grudnia 2024

krem Kaufland Classic American Style Erdnusscreme Creamy

Niepocieszona ze względu na brak (Sante) Auchan Peanut Paste Smooth 100 % Mama rozglądała się po innych przystępnych cenowo orzechowych kremach na śniadanie. Uznała, że na te dostępne 100% jej nie stać, więc zdecydowała się na obiekt dzisiejszej recenzji jako na coś "na przeczekanie". Obie w końcu liczyłyśmy, że następnym razem, jak wybiorę się do Auchana, nasz ulubiony krem będzie (i faktycznie był). Dziś prezentowany przypominał już na pierwszy rzut oka raczej Andros Be Nuts! Pate A Tartiner Cremeux, który nam nie leżał, ale uznałam, że i tak spróbuję.

Kaufland Classic American Style Erdnusscreme Creamy to krem orzechowy "masło orzechowe typu amerykańskiego" z prażonych orzeszków ziemnych, wersja gładka.

Po otwarciu poczułam bardzo mocno prażony zapach orzeszków ziemnych ze sporą ilością soli oraz leciutką słodyczą, otulającą je naprawdę delikatnie. W tle odnotowałam też ni oleiste, ni margarynowe echo. Czuć, że to masło orzechowe typu amerykańskiego.

Na wierzchu nie wydzieliło się ani trochę oleju, a krem wyglądał na zbito-miękki. Jak się okazało już w pierwszym kontakcie z łyżeczką, wyszedł twardawo, ale w plastyczny sposób. Kleił się bardzo. W dotyku wykazywał idealną gładkość, mimo widocznych kropeczek.
W trakcie jedzenia zalepiał usta konkretnie, potwierdzając swoją kleistość. Rozpływał się w tempie umiarkowanym bardzo kremowo. Miękł, eksponując niemal nierealistyczną gładkość (co trochę kłóciło się z tym, co widziałam, więc tym bardziej wydawało się dziwne). Był tłusty w oleisty sposób jak kremy-smarowidła typu Nutella, acz podczas jedzenia tłustość nie doskwierała. Z czasem zmieniał się w zawiesinową, trochę pylistą masę i znikał.

W smaku przywitała mnie lekka słodycz. Arachidowość odezwała się z lekkim opóźnieniem, jakby była bardzo niepewna swego stanowiska.

Wtórowała jej mdławość... Fistaszkowa nuta wydała mi się przymglona mieszaniną oleju, margaryny, które choć same w sobie nie były intensywne, ale jakby rozbijały orzeszkowość.

Nagle słodycz i niezdecydowany smak orzeszków przebiła intensywna sól, a wraz z nią mocne prażenie. Prażność rosła bezkompromisowo, dominując. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach zajęła pierwszy plan. Sól jej pomogła - rozchodziło się jej coraz więcej i więcej. Zepchnęły słodycz na plan dalszy.

Słodycz trochę rosła, ale jakby niezależnie od silnie prażonego, słonego motywu. W prażeniu osiadła fistaszkowość, ale wciąż - jakby się trochę tego samego w sobie prażenia i soli bała.

Końcowo po debiucie tych mocniejszych tonów, przy utrzymującej się słodyczy znów nieco wyległ oleiście-margarynowy element. Uparcie przyciszał arachidowość. Ta niby jednak się wybroniła, ale... niestety musiała o siebie właśnie walczyć. Ta tłuszczona mdławość pozwoliła za to prażeniu i soli na jeszcze dosadniejsze popisy.

Po zjedzeniu został posmak mocno słony i prażony, ze słodkim, mdławo arachidowym echem.

Krem podpadł mi wieloma sprawami - przede wszystkim wyszedł za słono, ale nie tylko przez sól samą w sobie, ale też przez przeprażenie, które ją wydobyło. To było tak słono-prażone, że miałam wrażenie, że aż orzeszki tracą pewność siebie. Nie pomogła mdławo-tłuszczowa nuta. Uwierzę, że osoby lubiące takie typowe amerykańskie masła orzechowe odbiorą to lepiej niż ja, przyzwyczajona do kremów naturalnych i 100% z orzechów.

Krem choć miał w składzie więcej orzeszków niż Andros Be Nuts! Pate A Tartiner Cremeux, to gorzej je obroniono (plus reszta składników niewątpliwie ma znaczenie). Słodycz i jednak łagodność wspomnianego aż tak nie przygłuszała fistaszkowości (za to w dziś przedstawianym sól i olej to zrobiły). Dzisiaj przedstawiany miał taki plus, że jest jednym z tańszych dostępnych, a jednak skład ma całkiem ok. 

Mama, która to sobie ten krem kupiła, też nie była z niego zadowolona: "Jeszcze gorszy niż Andros. W tym z Kauflandu strasznie ta sól tak na pierwszy plan wychodzi. Może i przez to prażenie mocne takie. No nie, jak ktoś jest przyzwyczajony do kremów 100%, by to zjeść, trzeba kombinować, jak to czymś przykryć (więc do kanapek to sera kroiłam o wiele więcej). Ta sól nieprzyjemnie przebija na kanapkach (tosty z serem żółtym i dżemem), więc w końcu no już nie chciałam się zmuszać i upiekłam z resztą kremu ciasto chlebek bananowy. No, to jakoś tam wyszło.".


ocena: 5/10
kupiłam: Kaufland (Mama kupiła)
cena: 7,80 zł (za 350g)
kaloryczność: 604 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy ziemne 90%, cukier trzcinowy, całkowicie utwardzone tłuszcze roślinne (rzepakowy, kokosowy), olej z orzechów ziemnych, sól

wtorek, 3 grudnia 2024

krem Andros Be Nuts! Pate A Tartiner Cremeux

Razu pewnego, gdy pojechałam na comiesięczne zakupy z ojcem w Auchan, bardzo nieprzyjemnie się zdziwiłam, że nie dostałam uwielbianego przeze mnie i Mamę (która je go codzienne) (Sante) Auchan Peanut Paste Smooth 100 %. Popatrzyłam, co jest i byłam pewna, że sięgam po jeden z kremów 100%. Mama też nie zauważyła różnicy - tylko dziwiła się, że olej na wierzchu chyba się nie wydzielił ("albo źle w tym słoiku widzę"). Aż do dnia otwarcia. Gdy sięgnęłyśmy po słoik nieznanej nam francuskiej marki, trochę się zdziwiłyśmy. Byłam wściekła na siebie, że władowałam nas w masło orzechowe, jakie od dawna nas nie interesuje, przez... no właśnie. Przez co? Przez roztrzepanie? 

Andros Be Nuts! Pate A Tartiner Cremeux to krem orzechowy "masło orzechowe" z prażonych orzeszków ziemnych, wersja gładka.

Po otwarciu poczułam średnio intensywny, a jednocześnie dosadnie intensywny zapach mocno prażonych fistaszków, mieszający się ze splotem masła i słodyczy. Dałabym się jednak wkręcić, że to krem 100% z fistaszków. Tylko echo soli podawało to w wątpliwość. Nasiliło się po zruszeniu wierzchu i w trakcie testu.

Na wierzchu nie wydzieliło się ani trochę oleju. Krem miał bardzo gęstą konsystencję. Przy mieszaniu okazał się zbity, ale jednocześnie miękki i dość zwięzły. Już gołym okiem widać, że zmielono go idealnie na gładko.
W ustach jego gęstość szybko pierzchła. Zalepiał, dając się poznać jako kleisty i nieco przytykający, po czym rozpływał się w tempie umiarkowanym. Pasta wykazywała idealną, aż trochę jakby nierealistyczną, gładkość, a także bardzo oleistą, kremową miękkość. Wydała mi się trochę aksamitna, a także średnio tłusta i nieciężka, ale... męcząca? Konsystencja szła w kierunku bardziej sytej wersji kremu typu Nutella.

W smaku pierwsza rozbrzmiała wysoka słodycz. Przemknęło mi waniliowe echo i słodka maślaność jakby wręcz białoczekoladowa. Słodycz miała odważny charakter i wzrostową tendencję.

Po chwili ujawniło się mocne prażenie, które wprowadziło arachidowość. Ta okazała się łagodna - wyrazista, ale jakby... dawała słodyczy się rozgrywać? I zaraz zmieszała się z nią w harmonii. Mimo prażenia bowiem orzeszki zdecydowały się pokazać ze swojej bardzo słodkiej strony.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach maślaność jakby trochę odeszła od słodyczy, a ja odnotowałam pewną mdławość. Oleju? Nie była wysoka, ale trochę hamowała samą fistaszkowość. Sól nie ujawniała się, całkowicie ukryła się w prażeniu, że dałabym się nabrać, iż wcale jej nie dodano.

Z czasem słodycz, na tej bardziej maślanej płaszczyźnie, znów wyszła na przód. Zahaczała o klimaty ciasteczkowe (co podkręcała prażona nuta). Delikatnie rosła cały czas, więc końcowo jak na początku wydała mi się bardzo wysoka i wyrywająca się nieco przed fistaszkowość.

Po zjedzeniu został jednak posmak arachidowo-prażony. Z tym, że zestawiony z wysoką słodyczą. Czuć, że nie miała pochodzenia orzeszkowego. W głowie miałam jakieś słodkie, maślano-fistaszkowe ciasteczka. W dodatku także w posmaku wyległa drobna oleistość.

Krem wydał mi się... dziwny i nie w moim typie, ale na pewno nie zły. W zasadzie nawet niezły - zwłaszcza jak ktoś lubi właśnie bardziej słodkie pasty i tą miękko-oleistą (Nutellową?) konsystencję. Mnie ta konsystencja bardzo nie odpowiadała, bo taka od lat wręcz trochę odrzuca. Smakowo... hm, ten krem widziałabym raczej jako nadzienie czekolady czy krem do markiz. Był bowiem bardzo słodki i soli w nim nie czuć. Nie była to słodycz przesadzona, o nie! Po prostu czuć, że dodana. Osobiście w kremach fistaszkowych wolę słodycz naturalną, ale jak już pisałam, uwierzę, że i ta może komuś się podobać. Obstawiam, że np. Schogetten Crunchy Peanut Butter z tym masłem orzechowym mogłaby być zacna. 

Mama tak to opisała: "Krem jest dziwny, kompletnie inny od tych, co my jemy ((Sante) Auchan Peanut Paste Smooth 100 %), ale nie, że niedobry! On jest po prostu taki bardziej deserowy (do deserów) niż mi do śniadań (tostów z serem żółtym i dżemem), czyli np. bardziej do ciastek czy wafli ryżowych tak sobie posmarować i jeść jako słodycz. Tylko konsystencja, taka miękka i oleista bardzo, mi się nie podoba, aż tak jakoś odrzuca. Smakowo jednak no... dobry, tylko że słodki, bardzo słodki jak na kremy, jak się jest przyzwyczajonym do kremów 100% orzechów".


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 9,99 zł (za 325g)
kaloryczność: 614 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy ziemne 81%, cukier, tłuszcz kakaowy, olej słonecznikowy, sól, ekstrakt waniliowy, emulgator: lecytyna słonecznikowa

sobota, 31 sierpnia 2024

Olini Masło orzechowe mix

Lubię marki kremów orzechowych, które mają szeroką ofertę prostych, ale niebanalnych past. Raz na kilka miesięcy staram się znaleźć taką, której mogłabym zamówić kilka różnych opcji, acz przyznaję, że to trochę ryzykowne. Tak wrąbałam się w niesatysfakcjonujące Vilgain. Po nich uznałam, że nie będę na raz zamawiać więcej niż 3-4 małe słoiczki. W przypadku Olini było o tyle łatwiej się ograniczyć, że ich produkty są bardzo drogie; niektóre inne niż pasty orzechowe, wg mnie wręcz absurdalnie drogie. Z kremów wybrałam ciekawe i bezpieczne, by na pewno zjeść smacznie. Na pierwszy ogień poszła pasta interesująca, co do której efektu miałam wyobrażenia chyba całkiem niezłe - obstawiałam, że wyjdzie jak połączenie MixIt Mixitella Almond and Peanut ButterMixIt Mixitella Cashew and Peanut Butter.

Olini Masło orzechowe mix to kremowa pasta / krem 100 % ze zmielonych prażonych orzechów ziemnych, migdałów i orzechów nerkowca.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam intensywny zapach migdałów, które przybrały dziwaczny klimat migdałowych frytek (abstrakcyjne wyobrażenie). Towarzyszyły im prażone fistaszki. Utworzyły wytrawniejszy duet, który wieńczyła lekka słoność. Po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia osłabła, acz utrzymywała się cały czas. Obok tego wszystkiego też całkiem wyraźnie zaprezentowały się nerkowce - kontrastowo dosadniej słodsze, ale suma summarum nie na tyle, bym zapach miała nazwać szczególnie słodkim.

Na wierzchu wydzieliła się znikoma ilość oleju - zlałam dosłownie 0,5 łyżeczki, co nie było takie łatwe z racji tego, jak rzadki i ruchomy był wierzch. 
Gdy zaczęłam mieszać, krem okazał się luźny i lejący, rzadki. Jedynie na dnie nieco gęściejszy, acz nie umiem nazwać go nawet gęstawym. Wymieszałam więc niedokładnie, bo wolałam zmęczyć rzadką część, a potem mieć... mniej rzadką. W kremie widać pojedyncze drobinki i trochę więcej skórek.
W trakcie jedzenia pasta zaskoczyła mnie pewną masywnością, mimo że wciąż była rzadka. Wyszła lekko kleiście i jakby początkowo próbowała trochę przybrać na gęstości, w sumie na moment nawet jakby gęstniała, ale po chwili zrezygnowała i rzedła. Rozpływała się w średnim tempie, wykazując marginalną miazgowość. Tłustość była trochę oleista, ale ogólnie nie wydała mi się wysoka. Było w niej za to coś przytykającego.
Drobinki wystąpiły w niej pojedyncze i niewymagające gryzienia, ale od niechcenia na koniec je czasem trochę pociamkałam. Okazały się twarde i chrupkawe. Skórki nawet bardzo twarde. Stanowiły niewymagające urozmaicenie, które sporo pomogło tej rzadkości.
W słoiczku trafiłam na jedną połówkę fistaszka, ale założę się, że to "wypadek przy pracy" (niemniej jednocześnie całkiem miła niespodzianka).

W smaku od razu rozeszły się wyraziste, prażone orzeszki ziemne, które z łatwością zdobyły pierwszy plan.

Po chwili doleciała do nich słodycz nerkowców. Te kontrastowo do arachidów przedstawiły się jako słodkie i łagodne, bardzo maślane. Zasugerowały wręcz leciutką mleczność. Słodycz zaznaczyła się, po czym cofnęła i zrobiła się nieoczywista. Nerkowce jednak pozostały na pewien czas.

W prażonym wątku przemknęło mi... coś. Orzechowe chrupki? Zarejestrowałam wytrawniejsze echo, poprzez które odezwały się migdały. Te już wydały mi się bardzo wycofane i podległe fistaszkom.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji do nerkowców wróciła słodycz. Wątek ten płynął jakby obok duetu arachidów i migdałów, wydobyty na zasadzie kontrastu. Orzechy nerkowca zahaczyły o pierwszy plan, po czym osłabły. Dalej pobrzmiewały, ale już z tła.

W tym czasie orzechowe chrupki pozwoliły migdałom na zasugerowanie migdałowych frytek. Odnotowałam smażoną nutkę i sugestię soli, po czym migdały jakby trochę sobie odpuściły i schowały się za fistaszkami. Te zaś zmieniły się w chrupki orzechowe z lekko słonym akcentem. Prażony motyw miał w tym spory udział. Były zaskakująco jednoznaczne aż do końca, kiedy to nagle zrównały się z nimi nerkowce. Wówczas słodycz udzieliła się arachidom. Stanęła obok wizji chrupek orzechowych.

Gryzione drobinki stanowiły po prostu przedłużenie orzechowo-migdałowej mieszaniny. Odróżnienie co jest czym w ich przypadku graniczy z cudem. Skórki nie wyróżniały się goryczką ani niczym.

Po zjedzeniu został posmak zmienionych za sprawą nerkowców fistaszków - wciąż czułam prażoną nutkę, ale też wysoką arachidową słodycz, splecioną z łagodnymi i słodkimi nerkowcami. Migdały trochę się wycofały. Prażoność czułam wyraźnie, ale nie wydawała się już taka znacząca.

Krem był niespotykany i całkiem smaczny, jednak nie za bardzo w moim guście. Mimo dominacji fistaszków, był wyraźne nerkowcowy, co akurat na plus. Nerkowce wyszły słodko, lecz fistaszki i migdały bardziej wytrawnie i złudnie słono. Nuta orzechowych chrupek była bardzo zaskakująca i w sumie ciekawa, acz to nie moja bajka. Dziwne, że choć nerkowców było najmniej, z taką łatwością się pokazały - to już miła niespodzianka. Cały punkt odjęłam za rzadką konsystencję.


ocena: 7/10
kupiłam: olini.pl
cena: 45,90 zł (za 200g)
kaloryczność: 610 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 50% orzechy arachidowe, 30% migdały, 20% orzechy nerkowca