Pokazywanie postów oznaczonych etykietą masło orzechowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą masło orzechowe. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 maja 2025

(Lidl) Maribel Peanut Butter Crunchy

Z Mamą zawsze dbamy, by mieć w domu słoik (Sante) Auchan Peanut Paste Smooth 100 % w zapasie, ale jakiś czas temu tak się zdarzyło, że coś szybko poszło, a kolejna wizyta w Auchan wcale tak szybko miała nie nastąpić. Stąd Mama kupiła cokolwiek jako zamiennik, co znalazła. Pierwszy raz zobaczyłam taki krem, z ciekawości więc postanowiłam spróbować. Marka jakoś mi się kojarzyła, ale nie wiedziałam jak i z czym. Dopiero jakiś czas później na półce Mamy w komodzie dostrzegłam konfiturę z takim logo - no przecież to marka własna Lidla! Ale właśnie... że raczej z dżemami i konfiturami mi się bardziej kojarzyła.

Maribel Peanut Butter Crunchy to chrupiący krem z orzechów arachidowych z kawałkami fistaszków; słodzoną i z solą; marki własnej Lidla

Po otwarciu poczułam znacząco, acz wcale nie szczególnie mocno, prażony zapach fistaszków. Oplotły je słodycz i słoność, dość wyważona, acz to ta druga jakoś bardziej przyciągała uwagę. Podszepnęły fistaszkom echo typowo amerykańskiego "peanut butter", acz nie był wątkiem wiodącym.

Na wierchu olej się nie wydzielił, a przy pierwszym dzióbnięciu łyżeczką, krem wydał mi się wręcz twardawy. Mama po paru dniach jedzenia uznała, że jest za suchy i musiała dodać do niego oleju (jaki nam został w słoiczku od innego kremu orzechowego).
Krem był gęsty i masywny, acz gdy konkretniej zanurzyłam łyżeczkę, przemieszałam, wyszła na jaw jego pewna miękkawa kremowość. Zatopiono w nim sporo małych kawałków orzeszków, które to o twardawość walczyły, acz ogólnej kremowości nie zabiły.
W trakcie jedzenia krem okazał się faktycznie konkretny, ale też miękki. Mimo masywności. Zalepiał natychmiast i konkretnie. Nie był jednak mocno zbito-gęsty i z czasem odpuszczał. Rozpuszczał się w tempie umiarkowanym. Proces ten przyspieszało sporo małych kawałków arachidów. Krem cechowała miazgowość (niezależna od kawałków), a także miękka, jakby nieco kremowo-oleista tłustość. Mimo to, w pewnym sensie było w nim coś suchawego. Pozostawiał suchawe wrażenie.
Kawałki wolałam gryźć na koniec, bo w trakcie rozpływania się masy "obok", było dziwnie. Gryzione na koniec okazały się chrupkawo-twardawe. Nie jakoś szczególnie, raczej delikatnie. Było ich naprawdę dużo, acz miały rozmiar mały i średni. Kontynuowały lekką chrupkawość, którą nadał już efekt miazgowy.

W smaku przywitała mnie znacząca słodycz. Czuć, że dodana, nawet trochę karmelowa, a nie naturalnie fistaszkowa, ale z tą zgrała się w harmonii. Za nimi pojawiło się mdławe, oleiście-wodniste echo. Zaraz jednak ukryło się za arachidowością.

Orzeszki pomogły sobie prażonym motywem. Nie było to prażenie mocne, ale istotne i wyraźne. Podkreśliło arachidy, które wydawały się trochę niepewne siebie. Jawiły się jako delikatne, niemal maślane.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach, do prażenia dołączała słoność. Wyraźna, punktowa i przez pewien czas nienachalna. Podkreślała i samo prażenie, i arachidowość. Mieszała się ze słodyczą i... z nią też się nawzajem nakręcały. Potem jednak trochę zapomniała o fistaszkach i z prażeniem wysunęła się na przód.

Fistaszki, choć w sumie wyraziste, pod naporem początkowej słodyczy, a potem bardziej słoności, końcowo wydawały mi się jakieś zrezygnowane. Wtedy jednak przyszedł czas na kawałki. Od nich, mimo że od jakiegoś czasu zaznaczały się na języku, arachidowość nie umacniała się jakoś szczególnie.

Dopiero gryzione na koniec napędzały smak fistaszkowy. Stanowiły przedłużenie bazy, jako że były średnio, ale wyraźnie prażone.
Gryzione obok masy, wydawały się bardziej zgaszone słodyczą i solą.

Po zjedzeniu został posmak słono-masłoorzechowy, trochę słodki i orzeszkowy w wydaniu łagodnym, niemal maślanym. Prażenie pobrzmiewało, ale nie pchało się na przód.

Krem w zasadzie był, czym powinien być, przy założeniu, że ma być masłem orzechowym typu amerykańskiego. Jak na takie, zrobiony dobrze, bo nieprzeprażony i trochę słodki, i trochę słony, ale w sumie bez przegięć. Słoność jak dla mnie była za silna, ale zdaję sobie sprawę, że skoro nie używam soli, to po prostu ja mogłam ją aż tak odebrać. Mnie obecnie przeszkadza jakiekolwiek tego typu podkręcanie orzeszków, i też ta specyficzna mdława oleistość kremów typu amerykańskiego, ale to już bardzo subiektywne, więc to po prostu nie mój typ kremów. A jednak muszę mu przyznać, że był bardzo wyważony. Zastrzeżenia mam jednak co do struktury. Skoro jest "crunchy", spodziewałabym się większych kawałków, może nawet połówek, ćwiartek. A tu... wystąpiły kawałeczki. Sporo, bo sporo, chrupkości dodały, ale jak już crunchy to mogłyby być pokaźniejsze.

Choć dobry, to na tyle nie w moim stylu, że nie skusiłam się na zrobienie z nim swojego ulubionego deseru z jogurtu z rodzynkami i cynamonem. Mama miała więc swój krem cały dla siebie na tosty na śniadania. Jej opinia: "Dobry, ale z tą słonością przesadzili. I ta jego gęstość, zbitość, dziwna konsystencja mi przeszkadzają, bo nawet na toście rozsmarować się nie da. Dużo małych kawałeczków do jedno, ale tak bazowo ten krem jest dziwny, jakiś... miękki, a suchy - aż się chce oleju podlać jak w tych 100%. I w końcu to zrobiłam.".

ocena: 7/10
kupiłam: Mama kupiła w Lidlu
cena: jakieś 8-9 zł (za 450g; nie pamięta dokładnie)
kaloryczność: 603 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzeszki ziemne 97%, cukier trzcinowy, sól morska, olej rzepakowy całkowicie utwardzony

czwartek, 26 grudnia 2024

krem Kaufland Classic American Style Erdnusscreme Creamy

Niepocieszona ze względu na brak (Sante) Auchan Peanut Paste Smooth 100 % Mama rozglądała się po innych przystępnych cenowo orzechowych kremach na śniadanie. Uznała, że na te dostępne 100% jej nie stać, więc zdecydowała się na obiekt dzisiejszej recenzji jako na coś "na przeczekanie". Obie w końcu liczyłyśmy, że następnym razem, jak wybiorę się do Auchana, nasz ulubiony krem będzie (i faktycznie był). Dziś prezentowany przypominał już na pierwszy rzut oka raczej Andros Be Nuts! Pate A Tartiner Cremeux, który nam nie leżał, ale uznałam, że i tak spróbuję.

Kaufland Classic American Style Erdnusscreme Creamy to krem orzechowy "masło orzechowe typu amerykańskiego" z prażonych orzeszków ziemnych, wersja gładka.

Po otwarciu poczułam bardzo mocno prażony zapach orzeszków ziemnych ze sporą ilością soli oraz leciutką słodyczą, otulającą je naprawdę delikatnie. W tle odnotowałam też ni oleiste, ni margarynowe echo. Czuć, że to masło orzechowe typu amerykańskiego.

Na wierzchu nie wydzieliło się ani trochę oleju, a krem wyglądał na zbito-miękki. Jak się okazało już w pierwszym kontakcie z łyżeczką, wyszedł twardawo, ale w plastyczny sposób. Kleił się bardzo. W dotyku wykazywał idealną gładkość, mimo widocznych kropeczek.
W trakcie jedzenia zalepiał usta konkretnie, potwierdzając swoją kleistość. Rozpływał się w tempie umiarkowanym bardzo kremowo. Miękł, eksponując niemal nierealistyczną gładkość (co trochę kłóciło się z tym, co widziałam, więc tym bardziej wydawało się dziwne). Był tłusty w oleisty sposób jak kremy-smarowidła typu Nutella, acz podczas jedzenia tłustość nie doskwierała. Z czasem zmieniał się w zawiesinową, trochę pylistą masę i znikał.

W smaku przywitała mnie lekka słodycz. Arachidowość odezwała się z lekkim opóźnieniem, jakby była bardzo niepewna swego stanowiska.

Wtórowała jej mdławość... Fistaszkowa nuta wydała mi się przymglona mieszaniną oleju, margaryny, które choć same w sobie nie były intensywne, ale jakby rozbijały orzeszkowość.

Nagle słodycz i niezdecydowany smak orzeszków przebiła intensywna sól, a wraz z nią mocne prażenie. Prażność rosła bezkompromisowo, dominując. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach zajęła pierwszy plan. Sól jej pomogła - rozchodziło się jej coraz więcej i więcej. Zepchnęły słodycz na plan dalszy.

Słodycz trochę rosła, ale jakby niezależnie od silnie prażonego, słonego motywu. W prażeniu osiadła fistaszkowość, ale wciąż - jakby się trochę tego samego w sobie prażenia i soli bała.

Końcowo po debiucie tych mocniejszych tonów, przy utrzymującej się słodyczy znów nieco wyległ oleiście-margarynowy element. Uparcie przyciszał arachidowość. Ta niby jednak się wybroniła, ale... niestety musiała o siebie właśnie walczyć. Ta tłuszczona mdławość pozwoliła za to prażeniu i soli na jeszcze dosadniejsze popisy.

Po zjedzeniu został posmak mocno słony i prażony, ze słodkim, mdławo arachidowym echem.

Krem podpadł mi wieloma sprawami - przede wszystkim wyszedł za słono, ale nie tylko przez sól samą w sobie, ale też przez przeprażenie, które ją wydobyło. To było tak słono-prażone, że miałam wrażenie, że aż orzeszki tracą pewność siebie. Nie pomogła mdławo-tłuszczowa nuta. Uwierzę, że osoby lubiące takie typowe amerykańskie masła orzechowe odbiorą to lepiej niż ja, przyzwyczajona do kremów naturalnych i 100% z orzechów.

Krem choć miał w składzie więcej orzeszków niż Andros Be Nuts! Pate A Tartiner Cremeux, to gorzej je obroniono (plus reszta składników niewątpliwie ma znaczenie). Słodycz i jednak łagodność wspomnianego aż tak nie przygłuszała fistaszkowości (za to w dziś przedstawianym sól i olej to zrobiły). Dzisiaj przedstawiany miał taki plus, że jest jednym z tańszych dostępnych, a jednak skład ma całkiem ok. 

Mama, która to sobie ten krem kupiła, też nie była z niego zadowolona: "Jeszcze gorszy niż Andros. W tym z Kauflandu strasznie ta sól tak na pierwszy plan wychodzi. Może i przez to prażenie mocne takie. No nie, jak ktoś jest przyzwyczajony do kremów 100%, by to zjeść, trzeba kombinować, jak to czymś przykryć (więc do kanapek to sera kroiłam o wiele więcej). Ta sól nieprzyjemnie przebija na kanapkach (tosty z serem żółtym i dżemem), więc w końcu no już nie chciałam się zmuszać i upiekłam z resztą kremu ciasto chlebek bananowy. No, to jakoś tam wyszło.".


ocena: 5/10
kupiłam: Kaufland (Mama kupiła)
cena: 7,80 zł (za 350g)
kaloryczność: 604 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy ziemne 90%, cukier trzcinowy, całkowicie utwardzone tłuszcze roślinne (rzepakowy, kokosowy), olej z orzechów ziemnych, sól

wtorek, 3 grudnia 2024

krem Andros Be Nuts! Pate A Tartiner Cremeux

Razu pewnego, gdy pojechałam na comiesięczne zakupy z ojcem w Auchan, bardzo nieprzyjemnie się zdziwiłam, że nie dostałam uwielbianego przeze mnie i Mamę (która je go codzienne) (Sante) Auchan Peanut Paste Smooth 100 %. Popatrzyłam, co jest i byłam pewna, że sięgam po jeden z kremów 100%. Mama też nie zauważyła różnicy - tylko dziwiła się, że olej na wierzchu chyba się nie wydzielił ("albo źle w tym słoiku widzę"). Aż do dnia otwarcia. Gdy sięgnęłyśmy po słoik nieznanej nam francuskiej marki, trochę się zdziwiłyśmy. Byłam wściekła na siebie, że władowałam nas w masło orzechowe, jakie od dawna nas nie interesuje, przez... no właśnie. Przez co? Przez roztrzepanie? 

Andros Be Nuts! Pate A Tartiner Cremeux to krem orzechowy "masło orzechowe" z prażonych orzeszków ziemnych, wersja gładka.

Po otwarciu poczułam średnio intensywny, a jednocześnie dosadnie intensywny zapach mocno prażonych fistaszków, mieszający się ze splotem masła i słodyczy. Dałabym się jednak wkręcić, że to krem 100% z fistaszków. Tylko echo soli podawało to w wątpliwość. Nasiliło się po zruszeniu wierzchu i w trakcie testu.

Na wierzchu nie wydzieliło się ani trochę oleju. Krem miał bardzo gęstą konsystencję. Przy mieszaniu okazał się zbity, ale jednocześnie miękki i dość zwięzły. Już gołym okiem widać, że zmielono go idealnie na gładko.
W ustach jego gęstość szybko pierzchła. Zalepiał, dając się poznać jako kleisty i nieco przytykający, po czym rozpływał się w tempie umiarkowanym. Pasta wykazywała idealną, aż trochę jakby nierealistyczną, gładkość, a także bardzo oleistą, kremową miękkość. Wydała mi się trochę aksamitna, a także średnio tłusta i nieciężka, ale... męcząca? Konsystencja szła w kierunku bardziej sytej wersji kremu typu Nutella.

W smaku pierwsza rozbrzmiała wysoka słodycz. Przemknęło mi waniliowe echo i słodka maślaność jakby wręcz białoczekoladowa. Słodycz miała odważny charakter i wzrostową tendencję.

Po chwili ujawniło się mocne prażenie, które wprowadziło arachidowość. Ta okazała się łagodna - wyrazista, ale jakby... dawała słodyczy się rozgrywać? I zaraz zmieszała się z nią w harmonii. Mimo prażenia bowiem orzeszki zdecydowały się pokazać ze swojej bardzo słodkiej strony.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach maślaność jakby trochę odeszła od słodyczy, a ja odnotowałam pewną mdławość. Oleju? Nie była wysoka, ale trochę hamowała samą fistaszkowość. Sól nie ujawniała się, całkowicie ukryła się w prażeniu, że dałabym się nabrać, iż wcale jej nie dodano.

Z czasem słodycz, na tej bardziej maślanej płaszczyźnie, znów wyszła na przód. Zahaczała o klimaty ciasteczkowe (co podkręcała prażona nuta). Delikatnie rosła cały czas, więc końcowo jak na początku wydała mi się bardzo wysoka i wyrywająca się nieco przed fistaszkowość.

Po zjedzeniu został jednak posmak arachidowo-prażony. Z tym, że zestawiony z wysoką słodyczą. Czuć, że nie miała pochodzenia orzeszkowego. W głowie miałam jakieś słodkie, maślano-fistaszkowe ciasteczka. W dodatku także w posmaku wyległa drobna oleistość.

Krem wydał mi się... dziwny i nie w moim typie, ale na pewno nie zły. W zasadzie nawet niezły - zwłaszcza jak ktoś lubi właśnie bardziej słodkie pasty i tą miękko-oleistą (Nutellową?) konsystencję. Mnie ta konsystencja bardzo nie odpowiadała, bo taka od lat wręcz trochę odrzuca. Smakowo... hm, ten krem widziałabym raczej jako nadzienie czekolady czy krem do markiz. Był bowiem bardzo słodki i soli w nim nie czuć. Nie była to słodycz przesadzona, o nie! Po prostu czuć, że dodana. Osobiście w kremach fistaszkowych wolę słodycz naturalną, ale jak już pisałam, uwierzę, że i ta może komuś się podobać. Obstawiam, że np. Schogetten Crunchy Peanut Butter z tym masłem orzechowym mogłaby być zacna. 

Mama tak to opisała: "Krem jest dziwny, kompletnie inny od tych, co my jemy ((Sante) Auchan Peanut Paste Smooth 100 %), ale nie, że niedobry! On jest po prostu taki bardziej deserowy (do deserów) niż mi do śniadań (tostów z serem żółtym i dżemem), czyli np. bardziej do ciastek czy wafli ryżowych tak sobie posmarować i jeść jako słodycz. Tylko konsystencja, taka miękka i oleista bardzo, mi się nie podoba, aż tak jakoś odrzuca. Smakowo jednak no... dobry, tylko że słodki, bardzo słodki jak na kremy, jak się jest przyzwyczajonym do kremów 100% orzechów".


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 9,99 zł (za 325g)
kaloryczność: 614 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy ziemne 81%, cukier, tłuszcz kakaowy, olej słonecznikowy, sól, ekstrakt waniliowy, emulgator: lecytyna słonecznikowa

piątek, 27 maja 2022

McEnnedy American Way Smooth Peanut Butter w plastikowym słoiku 2021

Od jakiegoś czasu z lidlowymi masłami orzechowymi z Mamą zaobserwowałyśmy dziwne zawirowania, zmiany, pojawianie się, znikanie. Irytowało nas to, bo Mama nie wyobraża sobie śniadania bez konkretnie tego podlinkowanego Mister Choc Masło orzechowe kremowe / McEnnedy American Way Peanut Butter Smooth w szklanym słoiku (2018-2020), a ja lubię mieć możliwość wrócenia do niego. Plastikowy słoik - już to nam się nie podobało. Ani to przyjazne środowisku, ani wygodne / funkcjonalne (mam wrażenie, może błędne, że gorzej trzyma świeżość). W dodatku źle kojarzyło się z łudząco podobnym (ale nie identycznym!) Mister Choc Pasta orzechowa kremowa.
Jakoś 23.07.21 miałam dodać aktualizację do którejś z podlinkowanych wersji, ale... w sumie ręce mi opadły. Różnią się na tyle, że zgłupiałam, pod którą podczepić, więc dodaję jako po prostu nowy post.

McEnnedy American Way Smooth Peanut Butter to "kremowa pasta z orzeszków ziemnych, solona", produkowana dla Lidla, dostępna w plastikowych słoikach o pojemności 454 g, na pewno od lata 2021. 

Po odkręceniu poczułam wyrazisty, przyjemny zapach masła orzechowego typowo amerykańskiego, a więc z odważnie podprażonych orzeszków. Było nieco słonawe i wyraźnie słodkie. Wydało mi się bardziej mdławe, oleiście-słodkawe od dawnych wersji.

Konsystencja jednak okazała się dużo bardziej mazista, miękka. Oprócz tego, istotna zmiana dotyczyła gładkości. McEnnedy w plastikowym słoiku było idealnie kremowo-gładkie, aż tak trochę... nierealnie (jakby "gumowo"). Nie trafiłam na najdrobniejszą drobineczkę, nie uświadczyłam poczucia miazgowości (jaką lubię w masłach orzechowych, i która w dawnych była). Niezbyt to do mnie przemawiało, coś było nie tak ze strukturą. Nawet nie tyle że dużo rzadsza, ale... ale może jednak? W miarę jak smarowidło zalepiało mi usta, utwierdzałam się, że na pewno bardziej oleiste. Mama, nie konsultując się wcześniej, miała to samo wrażenie - także o tej odrealnionej gładkości. Uważam to za zmianę na gorsze, bo to McEnnecy właśnie wyróżniało się konkretniejszą gęstością spośród maseł orzechowych mi znanych tego typu.

W smaku wciąż wyraźnie czuć przede wszystkim mocno prażone fistaszki podkreślone solą, jednak tym razem bardzo istotna wydała mi się słodycz. Częściowo naturalnie fistaszkowa, częściowo zgaszona, i... choć niby integralna z ogółem, to jakoś jakby bardziej wyeksponowana. Nawet zwyczajnie nieco wyższa.
Za charakternymi fistaszkami, przewijała się leciutka oleistość. Ogólnie masłoorzechowa, ale też taka zbyt odstająca. Z kolei fistaszki wydały mi się bardziej prażone, aż nieco za bardzo... Miałam wrażenie, że pogorszyła się jakość wykonania, np. przeprażyli fistaszki, a z tych wydzielił się smakowo (?) olej i nie było już tak zgrane. Mama uprzejmie mi doniosła, że w pewnym momencie w ogóle raz i drugi masło zaleciało jej przypaloną goryczką.

McEnnedy obniżyło swoją jakość kierując się do Vitanelli kremowej z 2018 (na szczęście nie do Mister Choc Pasta kremowa). W takiej odsłonie w naszym odczuciu niewarte uwagi. Do tego stopnia, że Mama zgodziła się szukać zamienników nawet wśród maseł 100 % (na mój argument, że jak żadne nie satysfakcjonuje już i tak, to lepiej jeść niesatysfakcjonujące, ale przynajmniej zdrowe).


ocena: 7/10
kupiłam: Lidl
cena: 9,99 zł
kaloryczność: 632 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzeszki ziemne 94%, olej palmowy, olej z orzeszków ziemnych 1,2%, cukier trzcinowy, sól 1%

wtorek, 16 listopada 2021

krem Basia Basia Laskolada

Czasem nachodzi mnie na "łyżeczkowanie czegoś", jednak... zawsze mam problem, czego tak właściwie. Wcześniej były to lody, ale w przypadku większości obecnie wydają mi się za słodkie, a zimnego jedzenia wprost nie cierpię (już teraz to w ogóle... mam wrażenie, że wyjątkowo). I ile nie siedziałabym z takimi lodami, w jak wielu kocach i kigurumi, to jednak lody to wciąż jedzenie zimne. Łyżeczkować masło orzechowe (chodzi o typu amerykańskiego, a więc dosładzane i dosalane) trochę głupio, słodkie kremy... są słodkie i od lat ich nie lubię, nie uznaję. Przy Chałwoladzie jednak mnie olśniło: kremy Basia Basia nie są ani typowymi słodkimi kremami, ani masłem orzechowym i... sprawdza się w ich przypadku łyżeczkowanie (jakiś czas po tym kremie i paru innych dotarło do mnie, że do łyżeczkowania sprawdzają się u mnie pasty orzechowe głównie czyste albo blisko takich). Trochę kojarzy mi się to z fantazją o lodach, które byłyby ciepłe (o czym pisałam np. przy Kaufland Classic Nussano Hazelnut Cocoa Spread). Laskolada niebezpiecznie przypominała kremy czekoladowe, które mi się nie podobają, ale... w sumie mogła wyjść równie dobrze jak ciepła i naturalniejsza wersja lodów Magnum Praline Chocolate & Hazelnut Tub. Ciekawiła mnie w tym przypadku także ta "manna kokosowa". Brzmiała dziwnie, tajemniczo... Wiem, że mają w ofercie też czystą wersję, więc chyba tym bardziej nie wiedziałam, co to może wnieść - słodkie to czy neutralne jak kasza manna?

Basia Basia Laskolada to krem z orzechów laskowych i daktyli z manną kokosową i kakao, który produkuje Alpi Hummus / Alpi Smaki.

Gdy tylko odkręciłam słoik, poczułam wyrazisty zapach orzechów laskowych, przejawiających naturalną słodycz, podkreśloną lekko podprażoną nutką. Całość wydała mi się słodkawo-neutralna, zaskakująco kokosowa... acz w trochę mleczny sposób. Odlegle czułam delikatne kakao, a także złudnie czekoladowo-piernikowy element, trochę uzyskany właśnie orzechami, a i z trochę ziemistym podkreśleniem (jakby olej kokosowy, ale nie tylko?).

Konsystencja kremu kojarzyła mi się z miękko-wilgotnym, gniotkowatym ciastem z raw bara z dodatkiem masła orzechowego. Zwłaszcza tam, gdzie było suchsze (gdzie niespecjalnie przemieszałam) podchodziło trochę pod surowego batona (np. marki Bombus) Było jakby byle jak przemielone, zawierało mnóstwo drobinek, co miało swój urok. Na wierzchu wydzielił się olej (nie dużo), większość zlałam, resztę (tak do 1/3 słoiczka) przemieszałam (byle jak, bo jestem leniwa i chciałam poznać trzy warianty struktury, by znaleźć najlepszy). Niby zbite i zwarte, to jednak maziste i ciągnące się nieco. Lepkawe i wilgotne, w ustach rozpływało się wolno, zalepiając je jak mieszanka gęstniejącego surowego batona i ciasta. Może jedynie z elementem masłoorzechowym. Odnotowałam w nim nawet swoistą suchawą pylistość, trochę mączność. Okazało się lekko tłuste w sposób orzechowo-miazgowy, co nie przeszkadzało. Poczucie to osłabiały drobinki: kawałki daktyli przypominające częściowo rozpuszczający się, zawilgocony cukier, a czasami po prostu scukrzone bakalie oraz dużo zmielonych wiórków kokosowych. Te były twardawo-chrupiące (jak orzechy?). Nie memłały się ani przez chwilę - w ogóle nie powiedziałabym, że są tam wiórki, a np. zmielone płatki kokosa. Chyba tylko laskowce zmielono na gładko. W całości zaplątała się leciuteńka oleistość, ale lekko pylisty efekt jakby to podsuszył.

W smaku jako pierwsze odnotowałam orzechy laskowe o słodziutkim, podprażonym smaku. Natychmiast splotły się z wysoką słodyczą. W pierwszej chwili wydała mi się aż cukrowa, acz cukrowo-palona, czyli karmelowa. W sposób... palono-daktylowy. Daktyle czuć wyraźnie już po paru sekundach, a przy kolejnych łyżeczkach (przy jedzeniu większej ilości) nie było pierwszego mignięcia cukru, choć skojarzenie z nim raz po raz powracało.

W słodyczy po chwili wyraźniej, mocniej rozchodziły się orzechy. Były łagodne, pierwszej świeżości, ale wyczuwalne na pierwszym planie. Odlegle zahaczyły o mocno orzechowe ciasto, okrywając się słodyczą i nutką czekolady.

Wyraźnie poczułam odrobinę kokosa, który podszepnął czekoladzie mleczność. Było to mleczko kokosowe, delikatne i słodziutkie, dość tłuste, a także idealnie mieszające się z laskowcami. Przypomniał mi się surowy baton Bombus Raw Energy Coconut & Cocoa, tylko że... zahaczającym odlegle o Ferrero Rocher? Zdecydowanie w wersji bardziej orzechowej... ciastowo-orzechowej.

Epizodycznie, kiedy trafiałam na kawałki daktyli, podskakiwała słodycz. Przy nich kojarzyła się z cukrem, ale ciamkane klarowniej sobą smakowały. Trafiałam też na sól, ale mniej i rzadziej - ta podkreślała prażenie. Dziwnie przełamywała słodycz, podkreślała kakao i nawet jego gorzkawość (do gorzkości jednak daleko). Jego nutka pozostawała w tle, acz (jak pisałam) lekką goryczkę wniosła. Wydaje mi się, że pomogła jej oleistość (kokosa i orzechów - w tej kolejności). Ułożyło się to w dość ciastowy, raw barowy splot. Pomyślałam o cieście kakaowo-kokosowym, wyraźnie z orzechami. Trochę korzennym? Palonym, pieczonym na pewno (więc nie czysto raw barowym).

Po zjedzeniu został posmak wyrazistych, słodziutkich orzechów laskowych prażonych ze splotem wyraziście słodkiego, mlecznego kokosa i odrobinki kakao. Czułam również wysoką słodycz, aż daktylowe palenie w gardle, ale nie mocne realne przesłodzenie.

Całość była smaczna i ciekawa, jednak nie tak zachwycająca, jak mogła by być. Osobiście czułam mały niedosyt kakao i czekoladowości. Orzechy laskowe oczywiście czułam wyraźnie, ale mocnym towarzyszem okazała się tu słodycz (nieco rozmyta gdy o daktylowość chodzi) i kokos; ja zaś wolałabym kakao. O ile w Basi kokosowo-nerkowcowej z solą orzechy i kokos wyszły cudnie mlecznie i tam mnie to kupiło, tak w wariancie "ciemnym" wolałabym moc kakao. Ewentualnie wyrazisty duet kokosa i kakao bym przygarnęła. No, nie laskowców i kokosa w każdym razie. Nie pasowała mi tutaj sól - uważam, że dobre masło orzechowe sól musi zawierać, ale ten krem koło masła orzechowego nie stał, więc zrezygnowałabym z niej. Namieszali wszystkiego i wyszła... taka dziwna mieszanina.
Jednorazowo może i fajna sprawa, ale i tak końcówkę (płaska stołowa łyżka?) zostawiłam bez żalu Mamie. Jej nie smakowało. Stwierdziła: "Namieszali wszystkiego i wszystko czułam, tylko nie orzechy laskowe prawie. Daktyle i kokosa wyraźnie, ale nie było słodko. Kakao też czułam, i nawet mi nie przeszkadzało, bo nie było gorzko, ale nie wiem, co to miało być. Ani to masło orzechowe, ani to zmielone laskowce, ani to Nutella. Z ciastem mi się nie kojarzyło, z surowym batonem tak. Jakaś taka masa nieokreślona i niefunkcjonalna."

Osobiście mam jeszcze jeden zarzut, albo w zasadzie uwagę - to bardzo batonowo-ciastowa masa w słoiku, a nie smarowidło. Nie wyobrażam sobie posmarować nim np. chleba czy wafla (nie wiem nawet, czy by to było takie proste) i szczerze... nie wiem, jaką by to funkcję mogło pełnić. Łyżeczkować? No, to się sprawdziło w miarę, ale wiem, że więcej nie kupię.
Po tym kremie i po Chałwoladzie już wiem, że niektóre takie "cosie" do łyżeczkowania jako zamiennik lodów (za zimnych i za słodkich), u mnie nie przejdą, bo i tak są za słodkie i mogą się trafić... za ciastowe. To nie wada, tylko takie... personalne wrażenia. Wiem, że muszę być ostrożniejsza w doborze past.


ocena: 7/10
kupiłam: Allegro
cena: 21,55 zł (za 210 g)
kaloryczność: 537 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe blanszowane i prażone 58%, daktyle suszone 33%, manna kokosowa 6%, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 3%, sól

czwartek, 11 listopada 2021

Mister Choc Pasta orzechowa kremowa

Od zimy 2020-21 mnie i Mamę Lidl zaczął irytować masłami orzechowymi. Otóż od lat codziennie na śniadanie Mama jada nasze ulubione Mister Choc / McEnnedy Masło orzechowe kremowe. Niestety jednak, najpierw zaczęło znikać, by pojawić się znów tylko na tydzień amerykański, potem pojawiało się podobne, ale z gorszym składem, słoikiem z plastiku, innej cenie i gramaturze, potem w ogóle wyparło je parszywe Sante Go On. Gdy łaskawie znów zrobili rzut Mister Choc kremowego, kupiłyśmy - to nie żart - 8 słoików (w tym ja jedno crunchy). No, ale jednak Mama sporo go przejada i w końcu znów z nich wyszłyśmy z nich. Sante PB Smooth też nie satysfakcjonowało, a że skład miało i tak nieciekawy, zdesperowana Mama postanowiła dać szansę "niby staremu a nowemu lidlowemu". Ja, jako istota iście ciekawska, postanowiłam poddać je testowi, bo akurat miałam jeszcze końcówkę jednego z Mister Choc / McEnnedy kremowych. Później znowu na nie trafiłyśmy, więc doprawdy nie wiem, dlaczego i według jakiej zasady bywają - jak widać zamiennie?
Tu jednak pozwolę sobie dodać coś jeszcze - o lidlowej hipokryzji. 

Mister Choc Pasta orzechowa kremowa to pasta ("mało orzechowe") z prażonych orzechów ziemnych, jest solona i zawiera 92 % orzechów; produkowane dla Lidla i dostępne w plastikowych słoikach ważących 350 gramów.

Odkręciłam słoik i natychmiast uderzył mnie wyrazisty, fistaszkowy zapach słonawego masła orzechowego o słodko-kremowym charakterze. Czuć prażoną nutę, ale wydało mi się bazowo nieco tą słodyczą rozmyte.

Ani odrobinka oleju z masy się nie wydzieliła, acz po pierwszym zahaczeniu łyżeczką dało się poznać jako bardzo kremowo-oleiste. Wydało mi się idealnie gładkie, miękkie i śliskawe.
Ostatni element, a więc śliskawość, potwierdziło się w ustach. Bardzo zalepiało, rozchodziło się w nich niby szybko za sprawą oleistości, ale... pewną zwartość, konkret zachowało. Było masłoorzechowe, ale z konsystencją rozoleiwioną i jakby nieprzyjemnie zagęszczoną (wyobrażam sobie zastygły olej). Chwilami wydawało się aż rzadkawe.

W smaku od razu na kubki smakowe rzuciła mi się niepasująca do masła orzechowego słodycz. Owszem, czuć przede wszystkim prażone fistaszki, ale na słodko i jakby tak... bardziej przesmażyć je z wodą niż wyprażyć sucho. Wydawały się bowiem smakowo rozwodnione, rozbite. Czuć prażenie, masłoorzechową fistaszkowosć, a jednocześnie wodo-olej.
Na ich płaszczyźnie szybko umocniła swoją pozycję wysoka słodycz. Zagłuszyła tę mdłość.

Na zasadzie kontrastu, odrobinka-odrobnineczka soli uwypukliła słodycz, ale i fistaszki podkreśliła. Wydała mi się wmieszana całościowo i równomiernie w małej ilości. Masło jawiło się jako słodki krem masłoorzechowy z odrobiną soli (nie zaś samo masło orzechowe z solą). Bardzo delikatne końcowo. Zdecydowanie słodsze od klasycznego kremowego lidlowego.

Został po nim posmak słodko fistaszkowo-masłoorzechowy, ale... też oleistość i lekki niesmak z nią związany.
Mamie w ogóle się po nim długo i okropnie odbijało. Też uznała, że za słodkie i za rzadkie; twierdziła też, przy słodkich kanapkach doszukała się w nim aż oleiście-rybnej nutki.

Całość wyszła gorzej od wersji (dawnej?) w 454gramowym słoiku, jak połączenie słodko-łagodnej kremowej Vitanelli i oleistego Sante PB Smooth. To mieszanka iście podła, a że do tego ma zły skład - bez sensu je kupować i jeść.
Co prawda drobna oleistość została z czasem zagłuszona słodyczą, a sól bardzo integralnie wmieszano, jednak dla mnie było właśnie za mało słone (prawie wcale), a zdecydowanie za słodkie. A przez to bardziej nijakie. I słodkie!
Dokładnie sprawdziłam składy i nawet w nich znalazłam potwierdzenie! O ile we wspominanym był cukier trzcinowy i oprócz palmowego, olej z fistaszków, tak w dzisiaj prezentowanym jest zwykły cukier i tylko palmowy - czyli dwa składniki, na które jestem wyczulona. Tamto było po prostu bardziej wyważone.


ocena: 5/10
kupiłam: Lidl (Mama kupiła)
cena: 7,49 zł (za 350g; ale jak wyżej)
kaloryczność: 608 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 92% prażone orzeszki arachidowe, cukier, olej palmowy, sól

sobota, 6 listopada 2021

Sante Peanut Butter Smooth

Jakoś nie lubię marki Sante. Wydaje mi się nieadekwatnie droga do średniej jakości, jaką reprezentuje. Nie znam ich za wielu produktów, ale te, co znam - nie pasowały mi. Próbowałam w przeszłości przedblogowej ze trzy rodzaje ich ciastek (najbardziej w pamięć zapadły mi jęczmienne z siemieniem - nudne, a także korzenne -"ot"). Go On wywołało u mnie traumę, a ich paprykarze czy pasty wydają mi się takie same, jak im podobne na rynku. Gdy jednak Lidl wycofał (przynajmniej ze stałej oferty i o tak niezłym składzie) Mister Choc Masło orzechowe kremowe / McEnnedy American Way Peanut Butter Smooth, Mama pilnie potrzebowała znaleźć zamiennik, bo jada masło orzechowe codziennie na śniadanie. Ja masła orzechowe lubię, ale jem bardzo rzadko, więc postanowiłam i ja pomóc jej szukać, co dało mi możliwość spróbowania czegoś nowego. Podążałam składami, nie markami w wyborze, więc padło na to. Dla mnie bowiem masło orzechowe idealne musi zawierać i sól, i cukier (ale nie powinno być słodkie). Te mają jedynie specyficzny posmak nadać; pasta 100 % z orzechów może być wg mnie smaczna, ale nie nazwę jej PB.

Sante Peanut Butter Smooth to krem orzechowy gładki z prażonych orzeszków arachidowych.

Odkręciwszy słoik poczułam słono-prażony zapach masła orzechowego z mocno wyprażonych fistaszków, w którym snuła się słodycz i które jakby coś dodatkowo przygłuszało. Zapowiadała się raczej słona uczta.

Smarowidło okazało się zwarte, acz ciągnąco-rzadkawe, bardzo kremowe. Wydawało się zupełnie gładkie, bez żadnych drobinek orzechów. Wydało mi się esencjonalne, a mimo że bez wydzielającego się oleju, jakby olejem nasączone. Ulegało łyżeczce z łatwością, po czym (chwilę na niej pionowo trzymane), zjeżdżało trochę... właśnie tak oleiście - nie lepiło się do niej.
W ustach rozpływało się raczej powoli i dziwnie rzadkawo-gęstawo. Pokrywało usta i podniebienia (właśnie: pokrywało... nie zalepiało w typowy dla maseł orzechowych sposób) i aż przytykało zupełnie. Wydało mi się jakoś dziwnie tłuste, jakby wraz z rozpływaniem się, wytaczało olej. Zaskoczyło mnie, że mimo pozornej, bazowej gładkości, wcale takie nie było. Odznaczało się mocną proszkowością, pylistością - jakby z niedokładnie rozpuszczonym cukrem i kryształkami (soli?). To aż leciutko trzeszczało. Było tłustszo-rzadsze, a mniej orzeszkowo kremowo-zbite niż np. McEnnedy (którego tłustość ewidentnie wynika głównie z orzeszków). Trochę trudno to wytłumaczyć.

W smaku już wkładając porcję do ust poczułam mocno prażone fistaszki zasnute oleistością. Prażony smak jak uderzył, tak później rozszedł się bezkompromisowo, wspierany po chwili słodyczą. Orzeszki musieli wyprażyć bardzo mocno, co dodatkowo podkreśliła szybko pojawiająca się sól. Chwilami wyskakiwała ponad wszystko inne, sprawiając - na zasadzie kontrastu? - że reszta wydawała się jakaś mniej fistaszkowa.

Masło orzechowe przybrało ewidentnie słony charakter, choć i słodycz wydała mi się w nim przesadnie wysoka. Co więcej, podkreślała ją pewna... mdłość, nicość... jakby tak smak fistaszkowego masła orzechowego coś próbowało ukryć albo rozbić od środka. To... jakby suchość? Oleistość? Nuta nieco stopująca fistaszkowość samą w sobie. Mimo to, smak masła orzechowego był niepodważalny (tylko jakby... nieudolny?).

Bliżej końca silna słodycz i mocarna prażoność ułożyły się w iście "kremowy smak". Z solą zdawały się kroczyć łeb w łeb; fistaszki były tuż-tuż za nimi. I taka też zbieranina pozostała w posmaku.

Całość była jedynie niezła jak na średnią półkę, czyli niezadowalająca mnie, bo znam lepsze masła orzechowe i nie sięgam po średniaki. Słona, a jednocześnie słodko-zgłuszona, co przełożyło się na osłabienie specyficznego charakteru "peanut butterowego". Sól zamiast się wpisać w otoczenie, odstawała... Dziwna wyczuwalna oleistość (w smaku "nicość"), także fizyczna, mnie odpychała. A na dodatek to trzeszczenie cukru i soli?...
Znacznie gorsze od wyrazistszego w fistaszkowość Mister Choc / McEnnedy Smooth w słoiku szklanym 454 g, zbliżone do biedronkowego kremowego Vitanella, ale i od niego gorsze - więcej oleju, nijakości. Nieco jednak lepsze od nowej wersji Mister Choc w małym słoiku (recenzja już 11.11).
Ja go nie mogłam jeść w większej ilości, nie widziałam sensu - w zasadzie nawet łycha moje możliwości przerasta, Mama kończyła - dla niej w końcu kupiłyśmy. Miała jednak to samo wrażenie, że niby wszystko czuć, ale fistaszki jakieś przygłuszone olejem. Trochę skojarzyło jej się z masłem orzechowym Sante Go On Peanut Butter Smooth 100 % Peanuts, co jest trafną uwagą, w przypadku dziś opisywanego jednak... jeszcze skład jest kiepski - inne oleje roślinne pewnie spory udział w tym przygłuszaniu fistaszków mają.


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 7,99 zł (za 350g)
kaloryczność: 616 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzeszki arachidowe 90%, oleje roślinne (całkowicie utwardzony rzepakowy, słonecznikowy, rzepakowy), cukier, sól

wtorek, 28 września 2021

Basia Basia Krem z prażonych orzechów nerkowca z kokosem i solą

Bardzo lubię masło orzechowe, ale nie jem go zbyt wiele, bo nie mam kiedy / do czego. Moje idealne to jednak nie te 100 %, a z solą i odrobinką cukru, bo uważam, że "peanut butter" to wyrób specyficzny, musi mieć charakterystyczny smaczek. A kremy z orzechów czyste... spoko, ale nie jadam. Rzadko zdarzy mi się jakimś zainteresować. Niemniej, masło z orzechów nerkowca prażone Primaviki uwielbiam i nawet wracam do niego co jakiś czas (odkąd robią je z prażonych, nie smażonych orzechów, bo z nich - recenzja z 2016 - nie satysfakcjonowało mnie). Nie postrzegam go jako "masło orzechowe", a "krem z nerkowców". Dzisiaj prezentowane zakupiłam myśląc sobie, że może to być coś w podobie, ale udziwnionego. Jadłam kiedyś masło orzechowe z kokosem Nutury i było bardzo smaczne, ale jako ciekawostka, bo... "mało peanut butterowe"?. Obstawiałam, że kokosowy krem nerkowcowy wyjdzie lepiej i... cóż, liczyłam na skojarzenie z niezwykłymi, nerkowcowo-kokosowymi lodami Syrenki (smak np. smak kokosowy), które tak btw chyba w ogóle zniknęły.

Basia Basia Krem z prażonych orzechów nerkowca z kokosem i solą produkuje Alpi Hummus / Alpi Smaki.

Po odkręceniu słoika zaskoczył mnie naturalny, niezwykle intensywny zapach mleka. I to głównie zwykłego, łagodnie słodkawego. Dopiero za nim płynęło mleczko kokosowe i kokos sam w sobie. Orzechy nerkowca zarysowały jedynie delikatne tło dla tej mleczno-kokosowej bomby. Po zlaniu znacznej części oleju i w trakcie jedzenia co prawda orzechy miały już większy udział, ale dominacja tych pierwszych była niepodważalna.

Olej, który wydzielił się naturalnie na wierzchu, zlałam. Nie było go straszliwie dużo na szczęście. Resztę (taką już integralną z masą właściwą) spróbowałam przed jedzeniem przemieszać. Z tym było trochę problemów, bo na samym dnie masa była już dość konkretna, i stawiała opór, a że jestem za leniwa na takie zabawy (i chciałam sprawdzić sobie różne możliwe opcje), to tak to częściowo zostawiłam. Wierzch spokojnie można określić jako ciągnąco-ściekającą z łyżeczki masę, a po przemieszaniu tak ok. do 2/3 słoika) jako rzadkawy krem. Mimo to, masło cały czas trzymało zwartość. Łatwo zauważyć, że zmielono nie tylko orzechy, ale też wiórki; zostawiono jednak ich widoczne drobinki.
Producent przy większości smaków podkreśla, że "najlepiej jeść łyżeczką" - potwierdzam, że zacnie (innych opcji nawet nie chciało mi się sprawdzać).
W trakcie jedzenia krem dał się poznać jako znacząco, ale zrozumiale tłusty. Była to kremowo-maślana tłustość orzechów nerkowca z pobrzmiewającą oleistością w tle, czego połączenie kojarzyło się z miękkim kremem-smarowidłem mlecznym. Wyszło dość... osobliwie, ale na pewno nie źle. Poczucie tłustości zupełnie rozgoniła obecność drobinek orzechów i kokosa. Te nadały aż pewnej chrupkości. Masa rozpływała się w ustach leniwie, powoli, wykazując kremową miękkość. Zalepiała, obklejając podniebienie, zęby i usta, ale nie zlepiała w sensie mordoklejkowym, co jest plusem. Z czasem wykazywała pewną lekkość, robiła się lepką zawiesiną. Wtedy jednak zęby dopadały drobinki wiórków, plączące się między nimi. Nie memłały się jednak. Zaskoczyły mnie, że wyszły chrzęszcząco-chrupko. Orzechy, mimo mikroskopijności, też wykazywały chrupkość. 
Ciekawostka: na dnie trafiłam na połówkę i ćwiartkę nerkowca.
Krem był więc tłusty, ale nie wyszedł ciężko.

W smaku już od pierwszych sekund wyraźnie czuć kokosa w mlecznej toni. Wyszło to naturalnie słodkawo i spokojnie. Smak śmietanki kokosowej mieszał się ze zwykłym, acz słodkawym mlekiem, co najpierw mnie zaskoczyło, ale po chwili osiadło w bardziej orzechowych realiach.

Odezwały się orzechy nerkowca. Weszły poprzez śmietankowość i kontynuowały łagodność. Wydały mi się aż naturalnie maślane, leciutko słodkawe, co uwypuklił kokos.

W pewnej chwili, gdy krem rozpływał się w ustach eksponując drobinki, a pierwsze wątki się już ustabilizowały, orzechy zaprezentowały się dosłownie z każdej możliwej strony. Każda porcja z czasem robiła się coraz bardziej nerkowcowa. Lekko prażona nutka zwróciła uwagę na ich charakter, a i kokos to wykorzystał. Zaserwował nieco prażono-wiórkowy smaczek, który to znów wzajemnie napędzał się z orzechami. 

Minimalną prażoność podłapała sól, przewijająca się epizodycznie i wpisująca się w nią. Podkreślała wtedy charakterek nerkowców, dzięki czemu z czasem (przy każdej łyżeczce) pasta robiła się wyraźniej orzechowa, poważniejsza. Słodycz jednak utrzymywała się do samego końca. Zdarzyło się, że miałam wrażenie iż dosłownie echo soli osiada na ustach, ale potem zasłaniała to wyrazista nerkowcowość.

Po zjedzeniu zaś został posmak głównie orzechów nerkowca oraz duetu mleko&kokos.

Krem bardzo mnie zaskoczył. Przede wszystkim... nie spodziewałam się aż takiej mleczności. Wydawała mi się nie tylko kokosowa. Ogół okazał się delikatny i wyrazisty w tym właśnie, więc zupełnie nie w tym kontekście, co się spodziewałam. Wyszło... słodko. Sól stanowiła dodatek marginalny. To można by określić jako zdrową i pyszną wariację na temat Raffaello (idealizowanego!). Początkowo myślałam, że kokos i mleczność stłamszą nerkowce, ale nie. To druga część do nich należała. Ciekawie wyszedł ten dualizm smaków, nakręcających się wzajemnie, ale jednak nie taki wymieszany. Każda łyżeczka to podróż przez mleko i kokosa do nerkowców.
Niewątpliwie jednak - przynajmniej w moim odczuciu - to jedynie ciekawostka. Mimo iż pyszna, nie chciałabym do niej wrócić. Interesująca, słodkawa (a jednak solą odpowiednio przełamana) i tak specyficzna, że nie znajduję dla niej zbyt wielu zastosowań. Po prostu jeść to tak, aby to krem był głównym bohaterem (bez żadnych innych dodatków) albo w ogóle łyżeczkując. Mimo że soli była bowiem ociupineczka, jakoś przez nią nie dodałam jej do jogurtu czy serka, ale to tak raczej, bo... bardzo subiektywnie mi to nie pasuje - to już może nawet element świadomości, że tam po prostu jest. Jeszcze raz podkreślam, że dodaną ilość można uznać za "do podkreślenia" (a mimo to, obecnie wolałabym, by wcale jej nie było, bo w różnych rzeczach mi takie podkreślanie po prostu nie potrzebne).


ocena: 8/10
kupiłam: Carrefour
cena: 22,99 zł (za 210 g)
kaloryczność: 614 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy nerkowca 80 %, miąższ z kokosa 20 %, sól morska

czwartek, 15 lipca 2021

masło orzechowe Sante Go On Peanut Butter Smooth 100 % Peanuts

Jakiś czas temu poczułam, że zaraz szlag mnie trafi, bo... dosłownie każdy kolejny dzień przynosił wieść o wycofaniu któregoś z moich produktów. Albo przynajmniej pogorszeniu. Najpierw chleb Schustland i jego odpowiednik z Biedronki, potem czekolada z Aldiego Fair Dunkle Schweizer Bio-Schokolade 70 %, pogorszenie czekolad z Auchana, a w końcu zniknięcie z Lidlów ulubionego masła orzechowego. Ok, tego ostatniego bym nie zauważyła, gdyby nie to, że Mama jadła je codziennie na śniadanie. Ja wprawdzie bardzo rzadko, bo nie mam do czego jadać masła orzechowego, ale lubiłam mieć możliwość zjedzenia tak pysznego jak Mister Choc kremowe. I co? W Lidlu dowiedziałam się, że zamiast niego sklep wprowadził to (aczkolwiek obecnie epizodycznie się pojawia... w różnych wersjach, o różnych składach). Co proszę? 100 % z fistaszków? Bez soli, bez niczego? Przecież takie kremy nie są tym samym, co masło orzechowe typu amerykańskiego, który ma specyficzny smaczek uzyskany dzięki odrobinie dodatków. Masło orzechowe to nie tylko zmielone fistaszki (kremy 100 % z orzechów są świetne, ale "typowe peanut butter" to co innego). To jedno. Za to wręcz nienawidzę, jak próbuje mi się coś narzucać, np. właśnie masło orzechowe bez soli i cukru, produkty bio. Owszem, świetnie móc po nie sięgać, ale z własnej woli. Masło orzechowe bez soli? Nie solę, ale w niektórych produktach musi być. Stąd czasem po prostu chcę kupić masło orzechowe z solą (solenie to nie to samo). Chcę mieć taką możliwość, a czuję, że wszystkiego mnie tak ostatnio sklepy pozbawiają. I poczułam aż złośliwą chęć spróbowania tego, odkrycia jak dużo gorsze jest. Dodam w dodatku, że nie przepadam za marką Sante (więc podmienienie maseł zabolało mnie jeszcze bardziej). Już nie wspomnę, że dla osób, które nie mają dużych rodzin pół kilo masła orzechowego to trochę dużo... Wolę mniejsze słoiki i po prostu mieć cały czas świeże, a nie bać się, że "już za długo otwarte". Tak na marginesie to nie rozumiem, co sklep ma z wycofania produktu marki własnej na rzecz marki ewidentnie zewnętrznej. 

Sante Go On Peanut Butter Smooth 100 % Peanuts to "krem orzechowy gładki" ze 100 % orzechów arachidowych; słoik zawiera 500 g.

Po odkręceniu słoika poczułam łagodny zapach fistaszków lekko podprażonych. Był przyjemny, zadowalająco masłoorzechowy i nawet sugestywnie słonawy, a jednocześnie nie tak zabójczo smakowity, jak masła orzechowe potrafią być.

Konsystencję widać już w słoiku, przed ruszeniem jej łyżką. Obrzydza mnie olej wydzielający się na wierzchu naturalnych maseł orzechowych 100 % (zawsze zlewam go, co mnie też obrzydza), więc w tym przypadku "na pierwszy ogień"... uprosiłam Mamę, by to ona zaczęła słój. No i potem uprzejmie mi doniosła, że było strasznie oleiście-rzadkie, ale nie tylko na wierzchu, a tak przemieszane, że nie miała jak zlać samego oleju, więc "podzióbała trochę nożem, by to przemieszać, ale i tak zostało lejące, choć wiadomo, nie aż tak".

Miazga z orzeszków odznaczała się... no właśnie w sumie nawet nie "miazgowością". Była gładka i półpłynna, rzadka. Lała się w ciągnąco-oleisty sposób. Wyszła oleiście całościowo (przez cały słoik), więc nie sposób z niej zlać oleju. Było więc nieprzyjemnie, odpychająco tłuste. Z chleba dosłownie spływało.
Jedząc, tłustość odebrałam jeszcze gorzej. Otóż bardzo oleiste masło okazało się niemal zupełnie gładkie i zlepiające usta dosłownie jak klej. To aż tłusto-lepko przytykało w gardle. Wzięcie łyżeczki do ust to koszmar (jakbym jadła krem z oleju), a z chlebem dało efekt zalania go klejo-olejem. Wyszło tak obrzydliwie, że myślałam, że aż trudno będzie skupić się na smaku.

Sante po lewej
Tymczasem nie chodziło o to, że trudno się na nim skupić. Po prostu trudno tu o wyrazistszy smak. W smaku bowiem od początku czułam fistaszki, owszem, ale w wersji bardzo delikatnej. Wydały mi się niemal słodkawe. Niewątpliwie je podprażono, ale leciuteńko, minimalnie. Nie dość, że okazały się niemal bazowe, mdłe... to jeszcze jakby wodniste w smaku. Aż mnie tym zaskoczyły, dosłownie jakby fistaszki i woda w proporcjach 1:1. Z czasem pojawiła się też nijaka, smakowa oleistość.

Po zjedzeniu został posmak oleju i wody, jakby popłuczyn fistaszkowych i... oczywiście trochę arachidowy. Raczej jak nijaki krem orzeszkowy, niż masło orzechowe. Usta miałam pokryte olejem.

Konsystencja była obrzydliwa, a smak... pasował do niej, oddawał ją. Podołałam... może niecałej łyżce - trochę tak o próbując, trochę z pumperniklem, ale kromki nawet nie skończyłam. To było za okropne. Dosłownie "czyste" smakowo, ale wodniście-oleiste, a nie że naturalne. Najgorsze masło orzechowe, z jakim się spotkałam.
Mama miała to samo zdanie - ją też obrzydzała konsystencja, a o smaku: "no, jak jadłam na tostach z serem i dżemem... to starałam się na smaku tego nie skupiać". Więcej na pewno tego nie kupimy.
W dodatku ja, masochistka, miałam jeszcze trochę tego lidlowego i pozwoliłam sobie na kanapce je porównać i... to już w ogóle była porażka. Lidlowe w moich oczach jeszcze zyskało, a to? Mogę podsumować nerwowym chichotem hieny. Śmiech przez łzy.


ocena: 2/10
kupiłam: Lidl
cena: 12,99 zł (za 500g)
kaloryczność: 596 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy ziemne (arachidowe / fistaszki)