Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 lipca 2026

Beskid Chocolate Barrel Aged Chocolate Hispaniola Barrel Aged 70 % Czekolada gorzka z ziaren kakao leżakowanych w beczce po burbonie i piwie typu stout ciemna z Dominikany

Nie jestem fanką smakowych, infuzowanych degustacyjnych czekolad. Czasem dopuszczam danie takim szansę, ale nigdy nie są moim wyborem. Abym się skusiła, za czymś takim musi stać marka, której jestem pewna. A Beskidu jestem. Zwłaszcza, że dziś przedstawiana bazowała na naprawdę zacnym kakao, którego smak (który poznałam dobrze za sprawą czystym ciemnych tabliczek, m.in. Beskid Chocolate Dominikana Hispaniola BIO Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao; nowa 2024) według mnie naprawdę miał szansę stworzyć z whisky coś pysznego. Niestety jednak dopiero na krótko przed samą degustacją dotarł do mnie wyraźnie fakt, że powinnam się nastawić także na aromaty stouta. Kakao dojrzewało bowiem przez 7 miesięcy w dębowych beczkach po burbonie Woodford Reserve oraz imperialnym stoucie Browarny Craft Beer – Bestie. Ten ponoć ma nuty palonego słodu, ciemnej czekolady i subtelnej słodyczy. A ta whisky... wow, jej opis mnie zaskoczył. Ponoć zawiera ponad dwieście wyczuwalnych nut: od mocnego zboża i drewna, po słodkie aromaty przypraw, owoców i nut kwiatowych".

Beskid Chocolate Barrel Aged Chocolate Hispaniola Barrel Aged 70 % Czekolada Gorzka z ziaren kakao leżakowanych w beczce po burbonie i piwie typu stout to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Hispaniola z Republiki Dominikany, które leżakowało w beczkach po burbonie Woodford Reserve i imperialnym stoucie Browarny Craft Beer - Bestie.

Gdy tylko rozcięłam folię, uderzył bardzo silny, głęboko czekoladowy zapach, kojarzący się z podwójnie lub nawet potrójnie czekoladowym brownie, któremu towarzyszyła słodycz krówko-karmelu i czekoladowa kawa mokka z nieco mlecznym elementem, ale i goryczką. Przechodziła w kawowo-czekoladowy sernik ze słodką warstwą ze śmietany. Bardzo wyraźnie wszystko to przeplotła jakby karmelowo-pikantna, dosadnie alkoholowa i słodka w szlachetny sposób whisky. Choć z czekoladowością stworzyła wizję czekoladowych trufli z whisky, głównie wydawała się z nią ścigać. Ich zawodom z oddali przyglądała się lekka goryczka ciemnego, też jakby czekoladowego, piwa oraz motyw bardziej rześki, kwiatowy. Lekko zahaczający o owocową egzotykę? Pewna część alkoholowości wiązała się z tym soczystym motywem. Po głowie snuł mi się owocowo smakujący koniak i brandy mandarynkowa.

Niestety tabliczka trafiła do mnie źle zatemperowana. Ech, coraz częściej na takie trafiam. 
Masywna tabliczka podczas łamania trzaskała średnio głośno i kruszyła się przez miejscowe złe zatemperowanie.
W ustach czekolada rozpływała się powoli wolno, bardzo długo zachowując zbity kształt, mimo mazistości. Podniebienie pokrywała maziście-soczystymi smugami, a raz po raz czuć w niej jakby chropowatość, pylistość - właśnie złe zatemperowanie.

W smaku pierwsza ruszyła niemal urocza słodycz krówek. Po chwili zaznaczyła się na tym etapie subtelna, jeszcze nie tak jednoznaczna whisky (bardziej jako "szlachetna alkoholowość") i poprowadziła je w stronę poważniejszego, palonego karmelu.

W tle przemknęły kwiaty, przygotowujące grunt pod rześkość. Ta szybko dała się poznać jako owocowa. Z alkoholową dosadnością whisky, która w tym czasie się rozkręcała, przywodziły na myśl koniak i mandarynkową brandy. Cytrusy nieco się nasilały i z czasem mandarynki wystąpiły jako owoce, nie tylko jako nuta alkoholu. Cytrusy, do których podkrada się coś egzotycznego?

Swą obecność delikatnie zaznaczyła torfowa ziemia, puszczając jednak przodem coś innego...

Whisky rozbrzmiała bardzo wyraźnie. Mimo że realnych procentów nie było w tej tabliczce, czuć jej alkoholową mocarność, splecioną z ciężko karmelową słodyczą. Właśnie jakoby za sprawą wątku alkoholowego znacząco wzrosła słodycz, a ja pomyślałam o specyficznym "cukrowym szkiełku" (czyli warstwie, jaka czasem pojawia się w czekoladach z płynnym alkoholowym nadzieniem np. Lindt Whisky).

Gorzkość bazy nie zwlekała i ruszyła, nasilając się znacząco. Była palona, trochę kawowa niczym palone ziarna kawy... Rozsypane na czarną, wilgotną ziemię? Odnotowałam motyw ciemnego, słodko-goryczkowatego piwa, ale nie piwo jako takie. Z alkoholi wyraźnie dominowała whisky.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa soczystość i lekki kwasek zaserwowały mi jeszcze trochę owoców w tle: już nie tylko mandarynki, ale też, a nawet bardziej mango i ananasa... może nawet winogrona? Robiące aluzje do mocnej grappy? Wydawało się, że kwiaty trochę próbowały je ukryć.

Ziarna kawy i ziemia nieco złagodniały, stając się czekoladową kawą mokka. Kawą z nutką pomarańczy? I śmietanką?

Część kwasku odłączyła się od owoców, idąc w kierunku kwaskawego sernika z warstwą śmietanową na wierzchu. Sernika czekoladowego, w dodatku jakby... ze skórką pomarańczy nasączoną whisky? Jakbym tak jedząc sernik trafiła raz za razem na nią właśnie, a po chwili... zagłuszył to mocny ananasowy alkohol - brandy ananasowa?

Whisky poniekąd zdawała się walczyć z czekoladowością, spierać się o dominację. Tu czekoladzie przyszło z pomocą... piwo? Jakby mocno czekoladowe piwo, a po chwili mocno czekoladowe brownie z piwem, którym czuć goryczkę słodu i kawy. Za ich sprawą na znaczeniu mocno przybrał palony wątek. Pomyślałam też o mocno alkoholowych czekoladowych cukierkach "trufle". Przez moment z mniej jednoznacznym alkoholem.

Goryczka z czasem przechwyciła plączące się tu i ówdzie kwiaty i pokierowała je w ziołowym, dosadniejszym kierunku. Goryczka i cierpkość ziół szybko zatonęła w pikanterii whisky, która wróciła bardzo wyrazista. Whisky, właśnie pikanterią i specyficzną, alkoholową słodyczą - ale bez alkoholu! - aż jakby rozgrzewała gardło i przyprawami piekła w język.

Wykorzystała to ziemia, porządnie wieńcząc końcówkę.

Po zjedzeniu został posmak whisky i słodu prosto z piwa, zupełnie, jakbym wypiła trochę jednego i drugiego oraz mocno czekoladowego brownie, w którym czekoladowość podkręcono kawą i palonym słodem. Whisky jawiła się jako niemal karmelowo słodka i pikantna, gryząca tym samym w język. Obecna soczystość wraz z nią udawała koniak i/lub owocową brandy. Mandarynkowo-pomarańczowo-ananasowe echo z owoców w posmaku miało najwięcej do powiedzenia, acz i ono nie było bardzo intensywne.

Czekolada na pewno była interesująca i niewątpliwie smaczna, ale nie chwyciła mnie tak, jak robią to czyste ciemne tabliczki tej marki. Mocne nuty alkoholi walczyły z czekoladą, która z jednej strony wydawała się tym zmotywowana i nakręcała się w swej czekoladowości, z drugiej... ja czułam się przytłoczona whisky. W moim odczuciu to wszystko było nazbyt chaotyczne. A jednak muszę przyznać, że wielbicieli whisky, powinna w sobie rozkochać. Bardzo subiektywnie wystawiłabym jej 8, ale nie ma zamiaru odejmować punktów za to, że wolę czyste czekolady do dodatków. Chyba wśród czekolad smakujących alkoholem to prawdziwa gwiazda.

Baza Beskid Chocolate Dominikana Hispaniola BIO Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao; nowa 2024 do rozpoznania, ale w ciemno mogłoby to uciec, bo jednak uwaga skupiała się na przepychankach czekolady z whisky, a jeszcze i piwo co nieco wtrąciło.
Podobnie jak w podlinkowanej czułam tu sporo krówko-karmelu, kwiatów, sernika, ziół, trochę mandarynek i mango, cytrusy i pikanterię, ale inaczej rozłożyły się siły. Dziś prezentowana wyszła bardziej mandarynkowo-pomarańczowa, do czego doszedł ananas, mniej w niej było krówek, zniknęły soczyste daktyle i orzechy. To whisky zdawała się w dziś przedstawianej rozdawać karty, a i jej smak bardzo silnie czuć. W dodatku sprawiła, że słodycz wydawała mi się jakaś taka dosadniejsza i aż trochę przytłaczająca. Piwo nutami palonymi, słodowymi też to i owo pozmieniało, wydobyło i rozkręciło kawę, jak mi się zdaje, ale nie było aż tak imperatywne jak whisky.
Nie przekonuje mnie zabarwianie smaku kakao, a już tym bardziej dwom różnymi alkoholami. Ciekawe, czy można było by nadać kakao smak whisky delikatniejszy, gdyby tak np. dojrzewało w beczkach o wiele krócej?


ocena: 9/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 34,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Beskid Chocolate Tanzania Kokoa Kamili Bio Dark 90 % Kakao ciemna z Tanzanii

Sięgając po tę czekoladę czułam smutek, bo oto kończyłam beskidowy zapas. Jednocześnie cieszyłam się, bo czułam, że choć czekolada miała poważną konkurencję, zachwyci mnie. Zarówno Beskid Tanzania Kokoa Kamili Bio Dark 70 % z 2021, jak i Beskid Chocolate RAW Tanzania Kokoa Kamili 97 % z 2022 bardzo mi smakowały, więc cieszyłam się, że w moje ręce wpadła kolejna tanzańska propozycja Beskid do porównania. Byłam ciekawa, z którą dziś przedstawiana będzie miała więcej wspólnego. Obstawiałam, że jednak mimo wszystko, mimo surowego kakao, z Beskid Tanzania Raw Tanzania Kokoa Kamili 97 %. Tabliczkę, tak jak i wspomniane, zrobiono z kakao od przedsiębiorstwa Kokoa Kamili, które gwarantuje najwyższą jakość. Z opisu dowiedziałam się jeszcze, że ziarna fermentowały w drewnianych skrzyniach, po czym były suszone na słońcu przez 5-7 dni.


Beskid Chocolate Tanzania Kokoa Kamili Bio Dark 90 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao z Tanzanii, z Doliny Kilombero, od kooperatywy Kokoa Kamili.
Rafinowana i konszowana 72 godziny.

Po otwarciu poczułam kwaśny splot wiśni, śliwek przechodzących trochę w powidła i kwaśnych, duszonych jabłek. Jabłek z nutą cydru, tuż obok nich? Wtórowały im owoce leśne: mniej jednoznaczne, ale na pewno jakieś ciemne i... poziomki? Ostatnie wchodziły w nieco pudrowe klimaty. Do tego poczułam duet ananasa i śmietanki, jakby prosto z anansowego ciasta z mnóstwem śmietany, śmietanową warstwą. Odnotowałam też suszone banany, ale mimo tych wielu słodkich nut, nie było tak mocno słodko, jako że wśród owoców zaplątało się niemal kwasowe, dosadnie alkoholowe wino. Przy nim wychyliła się odrobina ziemi. Alkohol kręcący się w pobliżu nut bananów i śmietanki czasem lekko zahaczał o ajerkoniak - to jednak wątła nuta, niemal nieuchwytna.

Tabliczka wydawała się masywna, co podkreślały głośne trzaski, słyszalne podczas łamania. 
W ustach czekolada rozpływała się wolno, zachowując swój kształt tak długo, jak się tylko dało. Nie szczędziła przy tym kremowości, obok której zaznaczyła się drobna oleista lepkość. Z czasem tłustość rosła, ale w parze z soczystością, więc ciężko nie było.

W smaku przywitał mnie karmel. Karmel lekko palony, ale szlachetny i nie za słodki. Ogólna słodycz stanęła na nisko-średnim poziomie i popłynęła dalej leniwie, nie rosnąc specjalnie.

Do karmelu dołączyła śmietanka, przekierowując go na łagodniejszy, właśnie śmietankowy tor i nagle, w tym momencie odezwała się cierpkość oraz gorzkość.

Cierpkość pokazała się jako kwaśno-cierpki splot trochę już skwaśniałego wytrawnego, a zarazem słodkawego wina, natomiast gorzkość dołączyła do słodyczy, dorównując jej leniwym, spokojnym charakterem. Przytoczyła motyw palony i tartę brownie na jasnym, kruchym spodzie.

Taninowa kwasowość wina prawie zupełnie zmieniła się w bogaty owocowy splot. Czułam owoce egzotyczne trudne do ponazywania, chyba m.in. ananasa i marakuję, ale też wiśnie i śliwki. Śliwki na jakiś czas podchwyciły skwaśniały motyw i zaserwowały mi lekko skwaśniałe powidła śliwkowe.

Do akcji wkroczyły cytrusy. Wślizgnęły się pomiędzy różne owoce egzotyczne, owoce czerwone i...  leśne (?), i przerobiły kwasotę na silną, ale w pełni owocową kwaśność. Właśnie głównie cytryn. Ale... niekoniecznie? Obok pojawiło się kwaśne jabłko i pigwa.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa maślano-śmietankowy karmel zmienił siew jogurt i maślankę. One też jakby uprawomocniły kwaśność i wręcz... nadały jej łagodniejszego charakteru/.
W łagodności tej doszukałam się jeszcze orzechowego akcentu, który jakby przeniknął do gorzkości i jeszcze ją zaczął łagodzić wraz z jasnym spodem tarty.

Kwaśność nagle drastycznie osłabła, a jej miejsce zajęła słodycz. Słodkie owoce egzotyczne jakby wypchnęły na przód ananasa. Ananas trochę wspierał się z jogurtowo-śmietankowym, śmietanowym wręcz motywem i przemknęła mi przez głowę myśl o śmietanowo-ananasowym cieście, jednak gdy tak cały czas słodycz rosła, zmienił się w banany. Lekka taninowa cierpkość pobrzmiewała w tle i czasem trochę sugerowała bananom niedojrzałość.

Wygrały jednak te słodkie banany suszone i... pieczone? Banany z karmelem? Pieczono-palona nuta odważyła się i wrócił karmel. Wyraźnie palony tym razem.

Śliwki jakby ususzyły się, serwując niemal mulistą słodycz. Obok znalazły się poziomko-truskawki o niemal pudrowych zapędach. Część owoców czerwonych, leśnych weszło w skład ciasta czekoladowego. Ciasta z kremem śmietanowym.

Raz po raz przypominały jeszcze o sobie jabłka - kwaśne i duszone? Może też jako element ciasta czekoladowego, np. ucieranego?

W ciastowym motywie krył się dym i jakby kwaskawa ziemia. Może ciasto trochę podkręcono kwaskawym winem / cydrem? Na pewno było lekko gorzkie, lekko cierpkie, ale... spokojne. Pilnujące, by słodycz za bardzo nie wzrosła.

Po zjedzeniu został posmak karmelu oraz bananowo-ananasowego ciasta, może raczej deseru ze śmietaną. Do tego wróciła cierpkość i kwasek czerwonego wina... czy raczej winnych owoców, bo posmak nie wydawał się ani trochę alkoholowy. Towarzyszyło temu wszystkiemu czekoladowe ciasto o niemal ziemistych zapędach i porządnie przypieczonych brzegach i wierchu.

Czekolada bardzo mi smakowała. Wyszła podobnie do Beskid Tanzania Raw Tanzania Kokoa Kamili 97 %, ale więcej w niej słodyczy. Jakby dodała do nut podlinkowanej więcej karmelu, a tym samym przekierowała nuty na bardziej ciastowo-deserowo-duszone tory. Nie znaczy to, że Beskid Tanzania Raw Tanzania Kokoa Kamili 97 % była bardziej kwaśna! Ani też, że dziś przedstawiana była jakoś mocno kwaśna. Kwaśność choć ciągle się pojawiała, nie wydawała się nadrzędna. Odebrałam ją jednak jako mniej ziemistą, a bardziej.... wypiekową?


ocena: 10/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

czwartek, 11 czerwca 2026

Beskid Chocolate Kongo Virunga Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao ciemna

Uwielbiam czekolady z Kongo odkąd tylko je poznałam, więc ogromnie się ucieszyłam, gdy Beskid wzbogacił swoją ofertę o taką. Działają z kakao od kobiecej kooperatywy Femmes de Virunga, która od 2016 daje niezależność i umożliwia rozwój ponad 1500 kobietom. Rolniczki te uprawiają kakao Amelonado w prowincji Północne Kivu, z okolic parku narodowego Virunga. Teren gór Ruwenzori nie tylko zapewnia niesamowity smak kakao, o czym piszą na stronie Beksidu, ale niesamowicie działa na wyobraźnię. Przynajmniej moją.


Beskid Chocolate Kongo Virunga Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao Amelonado z Kongo, z prowincji Kivu Północne, z okolic Parku Narodowego Virunga.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach gliniastej gleby mieszającej się z suchymi liśćmi czarnej herbaty. Normalnie czułam się, jakbym wsadziła nos w słoiczek / puszkę z herbatą, ale też taka już zaparzona, bardzo mocna przewijała się wśród tych wszystkich nut. Oprócz bowiem stabilnej bazy ziemi i herbaty, wystąpiło tu - acz zdecydowanie jako łagodne tło - całkiem sporo owoców i słodyczy, zgranych w jedno w nieoczywisty splot. Do głowy przyszła mi nieco jakby budyniowo-waniliowa cherimoya oraz banan, ukrywający cierpkawe zapędy karamboli i miechunki. A żeby nie było za słodko i za owocowo, poważniejszą herbatę podkreślało trochę ziół, w tym chyba rozmaryn.

Tabliczka ogólnie obiecywała masywność, a dotyk sugerował pylistość. Podczas łamania trzaskała głośno, właśnie w masywny sposób.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, długo utrzymując kształt. Była maziście kremowa, a także nie mniej soczysta. Wszystko to wydało mi się bardzo wyważone. Na samym końcu pojawiała się jeszcze lekką, jakby suchą cierpkość.

W smaku pierwszą poczułam słodycz rześkiego owocu i budyniu, układających się w niecodzienny, ale dość jednoznaczny motyw cherimoyi. Właśnie słodko-waniliowo smakującego owocu. Dołączył do niego banan, a słodycz już bez najmniejszych problemów zajęła wysoki poziom. Przez ułamek sekundy banan sprawiał wrażenie cierpkawego...

Na scenę spokojnie wkroczyła czarna herbata. I to właśnie ona okazała się nieść tę cierpkość. Mimo że była delikatna, może dopiero co zaparzająca się, a więc dopiero nabierająca mocy. Wprowadziła lekką gorzkość, która zasugerowała słodyczy, że to nie ona ma być gwiazdą.

Po szybkim wzroście do wysokiego poziomu, słodycz uspokoiła się i potem już tak nie gnała. A nawet leciutko osłabła, wycofując swe owocowe nuty na tyły. Tam pobrzmiewała słodkim, egzotycznie-żółtym echem. Może z jakąś odrobinką zagubionej, niepewnej siebie cierpkości.

Czarna herbata zaczęła się nasilać. Ta zaparzona dodała kompozycji trochę ciepła, ale moje myśli zajmowały głównie suche, poskręcane ciemne liście naprawdę wyrazistej herbaty. Czarnej, szlachetnie gorzkiej. Gorzkość wydała mi się władcza, a to, że znacząco osłabiła słodycz, upewniło mnie w tym wrażeniu. W tle chyba zaznaczyło się trochę ziemi.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do liści czarnej herbaty dołączył motyw drzew i drewna. Drewna łagodniejszego, jasnego i... ciepło-orientalnego?

Obok gorzkości narastał nieco łagodzący, ale niedookreślony motyw. Po jasnym drewnie przybył krem orzechowy... orzechowo-kokosowy? Do niego przeszło też trochę słodyczy, nieco próbującej odzyskać wpływy. Z oddali trochę wyłonił się... budyń waniliowo-bananowy?

Nagle pomyślałam o oleju kokosowym, zrobiło się trochę maślano... aż nagle uderzyła ziemia. Bardzo wyrazista, wilgotna czarna gleba wsparła motyw czarnej herbaty i przypieczętowały gorzki, dosadny wydźwięk. Gliniasta ziemia i suche, herbaciane liście pod koniec wyraźnie rządziły.

Za sprawą ich mocnego, wytrawniejszego charakteru, w owocowym, odległym wątku również pojawił się akcent... jakoby poważniejszy. Coś miechunkowo-cytrusowego zdobyło się na odrobinkę cierpkości. Chyba też... przemknęło mi jakieś bardziej czerwono owocowe błyśnięcie?

Znacząco obniżona słodycz łącząca budyń i banana, krem orzechowy końcowo wraz z gorzkością ziemi i herbaty jednak zupełnie odciągnęły uwagę od tych innych owocowych podszeptów i zamknęły kompozycję w zgodzie.

Po zjedzeniu został posmak ni budyniu, ni budyniowo słodkich owoców (cherimoyi i banana?) z cierpkością czarnej, mocnej herbaty i.... też trochę soczystą, owocową. Obok herbaty chyba pobrzmiewało coś ziołowego, może jakby herbata była trochę pikantnie doprawiona m.in. rozmarynem? Do tego czułam lekki akcent drewna i kremu orzechowego, wygładzających posmak.

Czekolada była pyszna. Początkowa słodycz cherimoyi o owocowo-budyniowym charakterze, bananów aż mnie wystraszyła, ale po chwili cudownie uderzyła mocna, czarna herbata. Owoce przeszły na tyły, przewinęło się trochę drzew i drewna, kremu orzechowego, maślaności, a potem kolejne uderzenie zafundowała ziemia, dołączając do herbaty. Trochę cierpkich, egzotycznych owoców w tle, podobnie jak wcześniej słodycz, jeszcze tylko podkręciła ziemistość i herbaciany charakter kompozycji.


ocena: 10/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

wtorek, 26 maja 2026

Beskid Chocolate Haiti Pisa Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao ciemna

Czekolady z kakao z Haiti nie trafiają się za często. Po zjedzeniu paru wiem, że nie jest to mój ulubiony region, ale zwłaszcza w wykonaniu kochanego Beskidu, ciekawił. Swoją tabliczkę stworzyli z kakao uprawianego w ramach projektu PISA. zapewnia on transparentność cen, stabilność rynku i eliminuje ryzyko dla rolników, wspierając ich w dostępie do rynku wysokiej jakości. Uprawy te prowadzone są w „kreolskich ogrodach” w zgodzie z naturą, wspierając bioróżnorodność i reforestację Haiti.


Beskid Chocolate Haiti Pisa Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Haiti.

Po otwarciu rozszedł się dominujący zapach wanilii, która mieszała się z ciężkawo-słodkimi białymi kwiatami - liliami ogrodowymi? - oraz nieco bardziej soczystą nutką borówek amerykańskich. Dominowały właśnie te słodkie amerykańskie, acz podkradał się pod nie... nieco charaktaerniejszy owocowy motyw. Nie jednak zupełnie jakiś kwaśny czy cierpki - powiedziałabym, że wiśniowej tarty. Takiej sowicie dosłodzonej gdy chodzi o wiśnie, w której bardzo ważną  rolę odgrywa kruchy, niemal niesłodki dla odmiany, spód. Obok zaplątał się motyw drzew i trochę jakby wypieczono preclowo-obwarzankowy. Mimo to, to słodycz rządziła. Oprócz wanilii jako samej w sobie, miała w sobie też sporo z lodów waniliowo-ciasteczkowych.

Tabliczka w dotyku obiecywała masywność, a przy łamaniu była twarda, toteż głośno trzaskała. Trzaski również zapowiadały konkret.
W ustach czekolada rozpływała powoli, zachowując kształt bardzo długo. Wykazywała zawartość i konkret, ale nie twardość. Miękła i maziście-kremowo pokrywała podniebienie. Z czasem upuściła trochę soczystości.

W smaku pierwsza zagrzmiała intensywnie waniliowa słodycz. Nie oznacza to, że była bardzo wysoka, raczej średnia, a zbliżająca się do wysokiej, ale miała bardzo odważny, imperatywny wydźwięk. Zaraz pomyślałam o naturalnie, szlachetnie waniliowym budyniu.

W tle przemknęła lekka, niemal zwiewna soczystość... chyba borówek amerykańskich. Owoców słodkich i zmieszanych z... kwiatami? Po chwili zaczęły ulegać lodom borówkowym, ale na śmietance i chyba przesłodzonych wanilią.

Obok budyniu pojawiły się jeszcze lody waniliowe, może waniliowo-ciasteczkowe... Po chwili dołączyły do nich jeszcze precle, a ja wyobraziłam sobie właśnie lody waniliowe z preclami.

W tym czasie odezwała się też gorzkość, cierpkość. Nie mocna, ale wyraźna. Przełamała słodycz, a preclom podpowiedziała bardziej drzewny kierunek.

Borówki amerykańskie wzbogaciły się o lekką cierpkość i prawie kwasek. Pomyślałam o borówkach czerwonych, a także wiśniach, ale bardzo dosłodzonych. Owoce te musiały tworzyć farsz-masę tarty owocowej. Takiej koniecznie na kruchym spodzie. Do głowy przyszły mi jeszcze pieczone winogrona czerwone, których słodycz została podkręcona ciepłem, ale szybko zniknęły.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa owoce nieco się wycofały, a właśnie ten trochę wytrawniejszy spód przybrał na znaczeniu. Odrobina drzew mu pomagała, a przez moment poczułam jeszcze cierpkawą ziołowość.

Raz i drugi precle dopraszały się o swoje, ale oto słodycz jednak zawładnęła kompozycją zupełnie. Jakby te wytrawniejsze motywy ją zmotywowały. Zmieniła więc precla i kruchy spód w co najwyżej bardziej bułkowato-słodkawy obwarzanek. Albo w ogóle... obwarzanek muśnięty czekoladą? Parę razy przemknęła mi też niewyrazista myśl o daktylach w czekoladzie, ale co do niej nie będę się upierać; nie mogłam jej uchwycić.

Wśród owoców cierpkość zniknęła zupełnie i na prowadzenie znów wyszły borówki amerykańskie. Może z lekkim akcentem pieczonych winogron? Ogólnie nie było bardzo owocowo, więc w zasadzie tylko lekko pobrzmiewały.

Kwiaty zrobiły się wyrazistsze i zagłuszyły ziołowe zapędy. Pomyślałam o liliach ogrodowych i jakiś ogólnie ciężkawych białych kwiatach. Zrobiło się trochę drapiąco. Kwiaty próbowały uciszyć owoce i w dużej mierze im się udało. Tak, że borówki amerykańskie końcowo stały się jedynie echem.

Wanilia postawiła kropkę nad i, łącząc się z kwiatami i zasładzając, a następnie pochłaniając i je, by zamknąć kompozycję naturalnie waniliową, szlachetną i ciężkawą słodyczą.

Po zjedzeniu został jednak posmak bardziej rześko borówkowy, borówkowo-waniliowy? Jak z lodów waniliowo-borówkowych albo naturalnego budyniu waniliowego z borówkami. Czułam też akcent słodkawego, lekko wypieczonego, obwarzanka i echo drzew.

Czekolada była bardzo smaczna, choć nie rozkochała mnie w sobie przez swój słodki charakter bez charakternego pazura. Wanilia, waniliowy budyń, kwiaty, lody ciasteczkowe z preclami, precle i kruchy spód tarty, potem słodkawy obwarzanek z akcentami borówek amerykańskich, borówkowo-wiśniowej tarty i echem pieczonych winogron ciekawie urozmaiciła odrobinka drzew i ziołowe zapędy, ale właśnie tych ostatnich z chęcią poczułabym więcej. Waniliowość całości uważam za intrygującą. Tak jednoznaczny smak bez wanilii nie trafia się bardzo często. Ta właśnie jednoznaczność prawie skłoniła mnie do wystawienia 9, ale jednak jak więcej zjadłam, było za słodko na 9.
Za nic nie przypominała np. Zotter Labooko Haiti 72 % Dark Chocolate czy Ajala Single Origin Haiti Pisa 70 %. Kto by pomyślał? Wszak Haiti to niewielki region, a jednak jak tak sobie o tych tabliczkach myślę, różnorodny. Fakt jednak, że czerwone winogrona i raczej słodki klimat wszystkie je łączył. Wiśnio-winogrona z Chapon Haiti trochę kojarzyły się z nutami dzisiejszej, ale ta podlinkowana była o wiele bardziej owocowa, jak i Zotter.


ocena: 8/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

wtorek, 21 kwietnia 2026

Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 80 % Kakao ciemna z Ugandy

Na wspomnienie Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao uśmiechałam się. Z nią związałam się bardzo emocjonalnie nie tylko ze względu na boski smak. Otóż z jej recenzją miałam małe kłopoty. Przypadkiem ją usunęłam po kilku dniach od zjedzenia. A zdecydowanie wolę pisać na świeżo, w dniu zjedzenia, nie zaś z samych notatek. Kupiłam kolejną, by okazało się, że... jednak jej już nie ma. Przeżyłam prawdziwy dramat. Aż podskoczyłam, gdy zobaczyłam tę nowość. Wyższa zawartość kakao wyglądała jeszcze bardziej obiecująco. I tym razem. Użyto lokalną odmianę forastero, nazywaną tam Koko. Uprawia je ponad 3 400 drobnych rolników ekologicznych w regionie, z których 52% to kobiety. Sprzedaż umożliwia Latitude Trade Co. (LTC), która prowadzi szeroką sieć wiejskich punktów skupu, w których kupuje wysokiej jakości mokre kakao, płacąc co najmniej 20% więcej producentom niż inni nabywcy w Ugandzie.


Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 80 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 80% kakao forastero z Ugandy, z dystryktu  Bundibugyo, z regionu Semuliki.

Po otwarciu poczułam bardzo złożony, intensywny zapach, w którym dominowały suszone owoce, a dokładniej figi. Im towarzyszyły inne, na pewno daktyle, rodzynki, ale nie tylko. Może żurawina i wiśnie? Do głowy przyszły mi naturalnie słodkie raw bary: batony z bakalii, suszonych owoców - zmiksowanych i zmielonych wraz z pestkami słonecznika i dyni. Słodycz fig mieszała się z miodem i syropem daktylowym, a rodzynki wpisywały się z słodko-gorzkie kakaowe cynamonki. Takie o wytrawnie kakaowym i ciepło cynamonowym smaku. Wszystko to przeplotły świeższe owoce: sok z wiśni i niemal miodowo słodki - ale w świeższy sposób  - melon.

Tabliczka ze względu na twardość, podczas łamania głośno trzaskała. Wydawała się masywnie skalista. 
W ustach wciąż była masywna, ale nie twarda. Rozpływała się powoli i bardzo kremowo, opływając nieco lepkawymi falami, w których nasilała się soczystość, by całość końcowo rzadko zniknęła. 

W smaku najpierw poczułam słodycz, ale nie od razu dookreśloną. To był ni karmel, ni suszone owoce... Chwilę trwał jakby w zawieszeniu, po czym do przodu wyrwały się słodkie suszone figi. Złociste i niemal miodowo słodkie, ale w które wkradała się pewna cierpkość (takich brązowo-szarawych sztuk?).

Przemknęła ostrość...  A może to słodycz zrobiła się taka piekąca? Pomyślałam o daktylach, ale ze względu na karmelowe wtrącenia raczej w wydaniu syropu daktylowego. Ogólna słodycz odważnie rosła, choć pamiętała, że na za wiele pozwolić sobie nie może.

Ostrość poszła w ciepłym kierunku pikantnego cynamonu. Z ciepła wyłoniła się też gorzkość, cierpkość. Początkowo myślałam, że też należała do przypraw, ale niekoniecznie... Przynajmniej nie tylko.

Gorzkość okazała się palona. Średnio mocno, ale wyraźnie. Do niej raz po raz podkradała się ziemia.

W tym czasie słodycz cały czas rosła. Szła konsekwentnie w suszono owocowy klimat. Podchwyciła jednak trochę goryczki, serwując mi raw bary ze zmielonych bakalii. Suszone owoce mieszały się za ich sprawą z pestkami słonecznika, może też dyni i akcentem orzechów. Cierpkość sugerowała kakaowe warianty.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zawitały jeszcze kakaowo-czekoladowe cynamonki z rodzynkami. Odnotowałam pewną maślaność, wydawały się zawierać jakąś cynamonowo-karmelową masę, ale nie zasładzały. Trzymały się wytrawniejszego klimatu.
A ta maślaność... raz i drugi zrobiła aluzje do kremów 100% z orzechów i/lub blanszowanych migdałów.

Rodzynki podszepnęły leciutką kwaśność i to wydobyło owoce cierpko-kwaskawe właśnie. Przemknęły mi przez myśl suszone wiśnie, ale zaraz na te suszone wydały mi się za soczyste. Toż to właśnie sok z wiśni przepłynął! Może nawet same wiśnie? I... trochę zatraciły się w słodyczy. Tę cierpkość jednak raz po raz podkreślały ostre korzenne przypraw, głównie cynamon.

Przy wiśniach raz po raz przemknęła nutka cytrusowa, nutka cierpkiej skórki... chyba też osiadającej w bakaliowych batonach. Soczystość ogólnie próbowała wpleść trochę świeżości i tak na chwilkę nawet melon miodowy przyszedł mi do głowy...

Chyba tylko by o miodzie przypomnieć. Zaraz bowiem wróciły wyrazistsze suszone owoce pod przywództwem fig. Fig niemal miodowych. Miodowa nuta jednak w jedno mieszała się z kakao, serwując mi kakaowy miód i może domieszkę syropu daktylowego.

Ostre przyprawy i ta słodycz wciągnęły do gry też pestki słonecznika, przekładając się na wizję chałwy słonecznikowej z cynamonem, miodem i kakao.

Po zjedzeniu został posmak kakaowo-cynamonowej chałwy pestkowej z nieco przeprażonych do goryczki słonecznika z dynią oraz wiśni, mocno przysłoniętych słodyczą suszonych owoców. Głównie fig, ale też trochę daktyli, zgrywających się z ostrością, pieczeniem przypraw korzennych. Cynamonu na czele nieco ostrzejszych, ale nie jednoznacznych.

Czekolada zachwyciła mnie. Przypominała Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao, ale w wydaniu mniej krówkowo słodkim i mniej soczyście owocowym. Dziś przedstawiana skupiła się na suszonych owocach: figach, daktylach i rodzynkami, wkomponowując je w bakaliowe batony z owoców i pestek. Pestki słonecznika jako batony, chałwa słonecznikowa świetnie zgrywały się z ostrym cynamonem. To na pewno były kakaowe warianty, podkreslane palono-ziemistymi akcentami. Czułam też miód, karmel, ale wcale nie było ogólnie za słodko. Akcent wiśni, cytrusów i melonów wniosły lekką świeżość, ale nie zburzyły ogólnie ciepło-korzennego, idealnego na jesień i zimę klimatu.


ocena: 10/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 520 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

piątek, 13 marca 2026

Beskid Chocolate Brazylia Fazenda Ararauna Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao ciemna z Brazylii

Brazylijskie kakao pokochałam lata temu i później tylko utwierdzałam się w swym uczuciu. Gdy wyszła dziś przedstawiana tabliczka, wiedziałam, że muszę ją mieć. W ciemno wiedziałam, że będzie boska. Na dobrą sprawę opis przeczytałam krótko przed degustacją. Okazało się, że zrobiono ją z kakao z plantacji Fazenda Ararauna, położonej w regionie Bahia - Rio Aliança Una. Ziarna te są po zebraniu przetwarzane w centralnej jednostce post-harvest i ponoć mają wyjątkowe nuty.


Beskid Chocolate Brazylia Fazenda Ararauna Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Brazylii, ze stanu Bahia, z regionu rzeki Aliança Una.

Po otwarciu poczułam złożony, słodko-pieczony, ciężkawy zapach. Na słodycz złożyło się sporo owoców: banany, brzoskwinie i jabłka. Jabłka w dużej mierze po prostu słodkie, świeże i surowe, acz część jabłek zdawała się razem z brzoskwiniami tworzyć jakiś sok lub mus owocowy. Do tego przyszła mi do głowy nieoczywista mieszanka porzeczek - czerwonych i białych? - jako... kawa o owocowych nutach? Oraz ciasto "pleśniak" z owocami, właśnie porzeczkami wymieszanymi z jabłkami. W jego specyficznym, słodko-białkowym, bezowo-kruszonkowym wierzchu osiadła jakby pieczona słodycz. Ta była niby wycofana, ale wyraźna i bardzo znacząca. Obok stała ciężkość starego drewna, sprawiająca, że kompozycji nie odebrałam jako niesamowicie owocowej. To drewno wyszło jakby trochę pieprznie. Gorzkość przewinęła się w tym, ale była bardzo nieoczywista, jak ta wspomniana już kawa o owocowych nutach.

Masywna tabliczka w dotyku wydawała się trochę pylista. Przy łamaniu trzaskała głośno, obiecując pełnię i konkret.
W ustach czekolada rozpływała wolno i długo zachowywała zwarty kształt, mimo wysokiej kremowości, soczystość i mazistości. Łączyła to wszystko w sposób idealnie wyważony. Znikała za to wręcz trochę wodniście, rzadko, a końcowo zostawiała cierpkawo-suche wrażenie.

W smaku pierwszą poczułam karmelową słodycz i drewno. Wprowadziło pewien spokój do kompozycji, jakby powagę i trochę usunęło się na bok.

Słodycz za to zaprezentowała palony... Po chwili bardziej pieczony motyw. Karmel zaczął zmieniać się w białkowy, bezowo-kruszonkowy wierzch ciast "pleśniaków", spod którego nieśmiało dał o sobie znać owocowy kwasek. Słodycz odegrała istotną rolę, mimo że nie była taka znowuż silna.

Stare drewno obudziło subtelną gorzkość, przywodzącą na myśl bardzo delikatną, acz niewątpliwie czarną kawę. Obok i tutaj spróbowała zaznaczyć się palona nuta, ale ogólnie w kompozycji akurat paloności czułam niewiele. Już bardziej pieczoność.

W tle raz po raz przewijał się drobny kwasek, chyba soku jabłkowego. Niewątpliwie więc był owocowy, acz owoce porządnie weszły poprzez słodycz, jakby od innej strony. Poczułam słodkie, świeże i surowe banany, słodko-kwaśne jabłka i brzoskwinie, ale nie tylko. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa spod pleśniakowego ciastowego wierzchu odezwała się bardzo słodka warstwa bardziej dżemowo owocowa - z jabłek i brzoskwiń?

Wtedy właśnie kwasek zszedł się ze słodyczą owoców, zarysowując obraz musu i przecieru z jabłek oraz mieszanki porzeczek. Jakiś sok porzeczkowo-jabłkowy, coś mieszanego... Owoców czułam dużo, ale coraz mniej jednoznacznych.

W tym czasie średnio wysoka gorzkość wzbogaciła się o pieprz. Pieprz podkreślił stare drzewa, wręcz suche drewno i dodał mu swoistej ciężkiej pikanterii. Trwało to jednak chwilę, bo wraz z tym, jak prezentowały się i nasilały soczyste i ciastowe owoce, trochę tej soczystości, rześkości skapnęło też na pieprz. Pomyślałam o nieco bardziej rześkim pieprzu różowym.

Kawa zaczęła się trochę zatracać. Gorzkość słabła, acz wciąż miała trochę do powiedzenia. Pieprzne drewno na koniec słodyczy przypomniało o pieczonym wątku.

Wtedy to owoce przeszły w lekko kwaskawy akcent, a słodyczy pozwoliły na powrót do karmelu. Tylko że jakby zamkniętego w bardziej pieczono-ciastowych, nie wyraźnie palonych, realiach. Jakbym czuła karmelową kruszonkę. Tym wydźwiękiem jakoś tak... mocno przysładzała.

Na końcówce, ta okrojona owocowość, zaserwowała mi kawę o mocno owocowych nutach - porzeczek i jabłek?

Po zjedzeniu na bardzo długo został posmak kwaśnych jabłek, mieszających się z jasnymi porzeczkami i brzoskwiniami oraz ciężko-ostrawy motyw drzew, przy którym pobrzmiewała lekka pieprzność. Czułam nieśmiało echo kawy, trochę cierpkawej, przy czym owoce i kawa jakby... były jednością? A także słodycz karmelu i połączenia kruszonki z bezą, czyli ciasta pleśniak. 

Czekolada smakowała mi, acz trochę brakowało mi tu silniejszej gorzkości. Szkoda, że kawa nie rozwinęła się bardziej. Drzewno-pieprzne nuty i te owoce były ciekawe. Bananowy początek, potem różne zestawienia z jabłkami: jabłka z brzoskwiniami, jabłka z porzeczkami. Trochę świeżych i surowych, trochę ciastowo-musowych. Ogólnie jednak nie była to jakoś szczególnie owocowa czekolada. Słodycz i kwaśność wydawały się - właśnie za sprawą owoców - bardzo wyważone. lecz słodycz chwilami wydawała się mimo wszystko wręcz ryzykownie dosadna, mimo że nie była ogólnie bardzo wysoka. Obrazowe skojarzenie z ciastem pleśniak, pochłaniające karmel - ciekawe. Chyba dobrze wyważyło owocową i nieowocową stronę tej tabliczki.

Wydała mi się niezbyt rozpoznawalnie brazylijska, raczej dość nietypowa. Jak pomyślałam np. o Zotter Labooko Brazil 72 % o nutach m.in. piernika z pieprzem, jabłka, czerwonych porzeczek, to odlegle można by je powiązać, ale potem jadłam wiele zupełnie inaczej smakujących z brazylijskiego kakao, więc no tak, ta wydaje się nietypowa.


ocena: 8/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

czwartek, 26 lutego 2026

Beskid Chocolate Tajlandia Chathaburi Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao ciemna z Tajlandii

Długo na moim blogu było niewiele czekolad z kakao z Tajlandii, ale zaczęły pojawiać się częściej w sklepach, w których zamawiałam i wkręciłam się w nie. Gdy więc zobaczyłam, że i Beskid skombinował coś z tajlandzkiego kakao, bardzo się ucieszyłam. Już Beskid Chocolate Tajlandia Mark Rin Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 100 % Kakao była bardzo intrygująca (moja pierwsza tajlandzka setka!), a bardziej czekoladowa, o zawartości bardziej typowej dla Beskidu? Tak, tak, tak! Dziś przedstawianą zrobiono jednak z innego kakao. Trochę żałowałam, że nie ma szans, by porównać tabliczki dokładnie z takiej samej odmiany, ale wierzyłam, że w Beskidzkie wiedzą, co robią. Dziś prezentowaną zrobiono z rzadkiej odmiany Chumphon 1, rosnącej w regionie Chanthaburi. To zaś oznaczało, że... mogłam ją sobie porównać ze świetnie pamiętaną tabliczką innej marki, Paradai Thai Craft Chocolate Chanthaburi 70 % Dark Chocolate. Ziarna są starannie fermentowane przez 6 dni w drewnianych skrzyniach, a następnie suszone na słońcu.


Beskid Chocolate Tajlandia Chathaburi Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao
to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao odmiany Chumphon 1 z Tajlandii, z regionu Chanthaburi.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach kwaskawo-soczystej i zarazem bardzo słodkiej brzoskwiniowej herbaty. Niby ice tea, ale nie tak wyraźnie i nie zupełnie, bo zamiast orzeźwienia, trafiłam na pewne ciepło. Co prawda niezwiązane akurat konkretnie z tą herbatą, ale przeplatające całą kompozycję. Ciepło to przywodziło na myśl szarlotkę z rodzynkami, podaną właśnie jeszcze ciepłą. Acz szarlotkowe jabłka nie były jedynymi, jakie tu wystąpiły. Odnotowałam też jabłka bardziej świeże. Mieszały się poprzez lekki kwasek z limonką - o, ta już była bardzo soczysta, acz też nie taka orzeźwiająca, bo jakby... zestawiona z alkoholem? Pewna powaga, lekka goryczka czarnej herbaty i drewno też powstrzymywały orzeźwiające, rześkie zapędy. O tym jednak cieplejszo-ciężkawym wydźwięku przesądził mocno palony i nie mniej mocno maślany karmel.

Troszeczkę pylista w dotyku tabliczka była masywnie twarda i jakby pełna, co wiązało się z głośnymi trzaskami podczas łamania. Przypominały trochę niezupełnie suche, ale już trzaskające gałęzie i obiecywały gęstość.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, długo utrzymując zwarto-zbity kształt. Była gęsta i kremowa, ale nie zupełnie gładka. Rozpuszczała się trochę maziście, rzednąc w sposób soczysty, acz wciąż też trochę tłustawy. W jej soczystości było coś trochę ściągającego.

W smaku przywitała mnie delikatna słodycz, w której pierwszy pokazał się nieśmiały, ale bez wątpienia palony karmel, a tuż za nim...

Ruszyła słodka soczystość mocno brzoskwiniowej herbaty - jednak ice tea! Kontrastowo do karmelu herbata ta wyszła dość rześko, choć też nie była to jeszcze definicja orzeźwienia. Na pewno przedstawiła się jako herbata bardzo słodka, posłodzona, ale choć bliska przesłodzeniu, to nie przełożyła się na ogólnie za wysoką słodycz. Za nią czuwała leciutka gorzkość (herbaty czarnej?).

Karmel nasilił się, idąc w palonym, charakterniejszym kierunku. Do palonego motywu dołączyła maślaność, trochę go łagodząca, ale nie zaburzająca motywu palonego karmelu. Słodycz osiągnęła wysoki poziom, acz wciąż nie było to przesłodzenie - do tego stopnia nie dotarła w żadnym momencie.

W brzoskwiniowej herbacie pojawił się kwasek, a ja pomyślałam o brzoskwini miękkiej i soczystej, ale o wciąż kwaskawymi smaku, która powoli zaczyna się mieszać z innymi kwaskawymi owocami.
Herbaciana nuta na pewien czas odeszła od motywu ice tea i umocniła trochę gorzkość, odważniej sugerując herbatę czarną.

Maślaności przy karmelu nazbierało się w tym czasie tyle, że do głowy przyszedł mi kajmak, a palona nuta przemknęła na tyłu. Kajmak przywołał do siebie owocowy kwasek, przekładając się na wizję nietradycyjnej szarlotki z warstwą kajmakową. Szarlotki na ciepło, która stara się uniemożliwić owocom silne orzeźwianie. Zrobiło się ryzykownie słodko.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa paloność od słodyczy przeszła do wątku herbaciano-drewnianego. Tam przez moment trwała dość wyraźnie, po czym i od nich trochę się odsunęła. Oczami wyobraźni zobaczyłam bowiem drewno zbutwiałe. Sucho-zbutwiałe? Czarna herbata zapewniła jeszcze trochę więcej szlachetnej gorzkości.

Paloność spróbowała wrócić do słodyczy, ale... niezupełnie wróciła do samej słodyczy. Raczej umocniła kwestię "wypieczoności" i ciepła szarlotki. Maślaność, która tak pracowała nad karmelem, by został kajmakiem, tym razem zajęła się tworzeniem wyraźnego spodu szarlotki.

W cieście tym nagle pojawiła się bardziej rześka, inna niż jabłkowa kwaśność. Oto wkroczyła limonka. Znalazła się i w cieście, i w herbacie - już też wręcz lemoniadowej ice tea. Limonka otworzyła drogę kwaskawym rodzynkom... rodzynkom w rumie! Kwasek w ich przypadku tworzył jedność z pewną ciężkawością. Rodzynki te osiadły w szarlotce. Kwaskawe wtrącenia nie przełamały, ale ciekawie urozmaiciły słodycz.

Limonkowy kwasek pokierował jednak też jabłka oraz brzoskwinie w surowszym kierunku. Obok zaraz znalazły się bowiem zielone, kwaśne jabłka po prostu i już nie brzoskwiniowa herbata, a soczyste, miękki, ale wciąż kwaśne, w zasadzie kwaśno-słodkie brzoskwinie. Z kolei maślany spód ciacha w końcu przeszedł w niejednoznaczny, drożdżowy wypiek. Elementy szarlotki jakoś się rozbiegły i ona też się rozmyła.

Wtedy to wrócił mocno palony karmel, a i herbata przypomniała sobie o goryczce czarnej herbaty. Teraz jednak w głowie rozgościła mi się herbata z wkrojonym plastrem limonki. Kwaśność ostatniej przechodziła końcowo w octowość.

Po zjedzeniu został posmak kwaskawych jabłek, niemal w jedno mieszających się z soczystymi brzoskwiniami, limonką oraz scukrzone rodzynki w rumie. Obok nich pobrzmiewał palony karmel. Palony aż do goryczki? Czy może z drugiej strony związany z... goryczkowatą herbatą? Mimo że myślałam o herbacie czarnej, także kwaskawa brzoskwinia wróciła w jej towarzystwie.

Czekolada była przepyszna i bardzo ciekawa, bo niesamowicie obrazowa. Brzoskwiniowa herbata, niekoniecznie ice tea, ale też; karmel przechodzący w kajmak, który jest składową szarlotki na spodzie, który zmienia się w coś drożdżowego. Jabłka szarlotkowe i świeże, limonka nakręcająca soczystość, a jednak z lekko alkoholowym echem, pod które podczepiły się rodzynki w rumie, ogólnie trochę herbaty i drewna... no coś wspaniałego. Dużo dynamiki i choć ogólna słodycz była wysoka, nie przegięła dzięki a to bardziej kwaskawym, a to gorzkawym tonom. Wolałabym ją nieco mniej słodką, ale nie powiedziane, że gdyby nie słodycz, to nie poszłaby już przesadnie w kwaśność.

Paradai Thai Craft Chocolate Chanthaburi 70 % Dark Chocolate smakowała wyraźnie limonką z tequilą, japońskim winem umeshu, winem wiśniowym; wydawała się bardzo alkoholowa, a do tego czułam w niej dużo zielonych roślin i zielonej herbaty oraz drzew. Podobieństwo więc było, ale czuć... jakby inne ujęcie tych podobnych nut? 
Beskid Chocolate Tajlandia Mark Rin Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 100 % Kakao była za to zupełnie inna. Sporo orzechowo-migdałowych elementów, ogólnie cytrusowo-egzotyczna i trochę jak cytrusowy, jogurtowy sernik - wspólnych to można się na siłę doszukiwać. Acz... nuta maślanego karmelu - jako że była też w setce - zaintrygowała mnie. Czyżby płynęła głównie z kakao?


ocena: 9,5/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym do niej wrócić

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

czwartek, 5 lutego 2026

Beskid Chocolate Belize Peini Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 100 % Kakao ciemna

Nie jestem wielką fanką setek, więc może nie powinno mnie dziwić, że nie mam wszystkich regionów sprawdzonych właśnie w takiej zawartości kakao. Acz mnie trochę dziwiło, że chyba nieczęsto spotyka się setki z kakao z Belize. Po tych z zawartością znacznie wyższą niż 70%, myślę, że na setkę by się nadawało na siekierę, a po delikatniejszych 70%, to właśnie i na łagodną, mniej szatańską setkę np. na początek przygody z takimi. Ja jadłam blend Zotter Labooko Maya Cacao 100 % Dark Chocolate i właśnie była dość niesetkowa... Ciekawiło mnie więc, w jakim kierunku pójdzie dziś przedstawiana. Znałam bowiem Beskid Chocolate Belize Peini Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao, ale nie umiałam sobie wyobrazić, jaki kierunek obejmą te nuty pozbawione cukru. 


Beskid Chocolate Belize Peini Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 100 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 100% kakao trinitario (mające domieszkę criollo) z Belize, z regionu Punta Gorda.

Po otwarciu uderzył mnie zapach wanilii z kokosem, który przechodził w orzecha kokosowego, mieszającego się z kolei z ogólną orzechowością i ziemią. Obok zaznaczyła się cierpkość czerwonych owoców i nuta banana... acz jakby nieco wytrawniejszego - przejrzałego plantana? Wydało mi się to dziwnie słodkie jak na setkę. Czułam też jakby wycofaną kwasowość. Podkradała się i pod ziemię, i pod owoce, a do tego dodała... niedookreśloną nutę czegoś nabiałowo-owocowego. Pomyślałam o wymyślnym, tłusto-śmietanowym bezalkoholowo pinacoladowym lassi... ni z mango, ni z ananasem. Na pewno jednak z kokosem. Może też z echem cytrusów?

Twarda tabliczka była masywna, a w dotyku sugerowała i tłustość, i pylistość. Przy łamaniu wydawała średnio głośne trzaski, łączące kruchość z dźwiękiem łamanych suchych gałązek.
W ustach czekolada rozpływała się wolno i bardzo gęsto, trochę zalepiając. Była kremowa, trochę kojarzyła się z chłodnym masłem, ale wykazywała bardziej typowo czekoladową lepkość. Z czasem wykazywała też soczystość, a na koniec lekko ściągała.

W smaku najpierw przemknęło mi coś kwaśno cytrusowego, jakby cytryna z czymś... Acz bardzo niejasna. Kwasowaty owoc osiadł zaraz w egzotyce. Kwaśno-soczystej egzotyce, która po chwili wykazała się też lekką słodyczą.

Polała się nuta orzechowa, zdecydowanie trochę łagodząca kwaśność. Wpierw przyszły mi do głowy jakby lekko kwaskawe orzeszki piniowe, potem jednak orzechów zebrało się więcej - i ta większość właśnie nie godziła się na kwasek. Pomyślałam o duecie włoskich i laskowych, acz wspartych też orzechowością ogólną.

Do głowy zakradła mi się myśl o orzechu kokosowym oraz nieśmiały akcent... oleju kokosowego? W oddali chęć udziału w kompozycji zgłosiła jeszcze ziemia, jednak inne nuty jej nie zaprosiły.

Cytrusowo-egzotyczna kwaśność przeszła w jakiś nabiałowo-owocowy, ciężkawo tłusty koktajl. Pomyślałam o śmietanowo-pełnojogurtowym ananasowo-mango lassi, do którego podkradło się kokosowe echo. Coś jakby... niealkoholowa pina colada, bardziej owocowo mieszana?

Słodycz rosła - zawitała do owocowej strefy jako banan. Chyba banan...? Jakby wytrawniejszy banan? Przyszedł mi do głowy plantan, kojarzący się z bananem, ale bananem nie będący.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam czerwone owoce. Jakby wiśnie, ale bez cienia słodyczy? Kwasowate wiśnie, mieszające się z.... niedojrzałym granatem i rabarbarem?

Orzechy nagle wydały mi się znów jakieś... zachodzące kwaskiem? Wyobraziłam sobie ciasto z orzechami... ciasto tłuste i soczyste zarazem. Ciasto z ananasem? Ciasto marchewkowe kwaskawe za jego sprawą, z wiórkami dodanymi dla chrzęstu, ale za to bez przypraw korzennych.

Kokos nasilił się i trochę podniósł słodycz. To odważyło wanilię i nagle kompozycja wydała mi się zaskakująco waniliowa. Acz słodka ostrożnie.

Wanilii z kokosem nie odstępował kwasek, który przełożył się na wizję wegańskiej alternatywy jogurtu - właśnie kokosowej, z wanilią. Kokosowy kwasek zahaczał tu o nabiał, o coś wręcz śmietanowego i tłustego, ale... chwilami i jakby kwaskawe wiórki mi przemykały.

Kwasek w końcu trochę jakby wręcz przygłuszył kokosa i wrócił do owoców. Ananas przemieszał się z czerwonymi, co przełożyło się na kumulację kwaśności i końcowo raczej cytrusowość. Pomyślałam o cytrynie z dodatkiem... kwaśnych mandarynek? Kumkwatu?

Ziemia z oddali wreszcie przemknęła trochę do tej kwaśności, przekładając się na lekką cierpkość. Albo to owoce zrobiły się takie cierpkie?

Po zjedzeniu został posmak kwaśno kokosowy, jakby niemal śmietanowego jogurtu kokosowego i kwaśnych owoców. Te wydawały się próbować przygłuszyć orzechy, z którymi wystąpiły w jakimś mało słodkim cieście z dodatkiem wiórków kokosowych.

Czekolada była bardzo ciekawa. Niektóre nuty wydawały się trudne do określenia, ale ogólny klimat łatwo uchwycić. Kwaśne owocowo-nabiałowe koktajle i kwaśne ciasto z owocami, orzechami i kokosem miały wydźwięk egzotyczny, soczysty, a zarazem tłustawo-ciężki. Pełny jogurt, śmietana kokosowe, ananasowo-mango-cytrusowe tony przeplatały się z orzechami oraz słodyczą kokosa i wanilii. Szkoda, że ziemia nie zagrała mocniej. Niska słodycz, prawie nieobecna gorzkość i znacząca kwaśność nie uczyniły jednak kompozycji kwachowatą, o nie. To była... łagodna kwaśność.

Sporo nut Beskid Chocolate Belize Peini Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao pojawiło się w dziś przedstawianej, ale przybrały inny wydźwięk ze względu na wyższą kwaśność i brak słodyczy karmelu. Umknęła mi też nuta kawy, co mnie zaskoczyło.


 ocena: 9/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 27 zł (za 70 g)
kaloryczność: 464 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca

niedziela, 18 stycznia 2026

Beskid Chocolate Wild Willy Suszona Wołowina BBQ Czekolada Gorzka 72 % Kakao ciemna z Dominikany z suszoną wołowiną z przyprawami

Po Beskid Chocolate Wild Willy Suszona Wołowina Żurawina Czekolada Mleczna 42 % Kakao przyszła pora na dziś przedstawianą. Choć podlinkowana w pierwszej chwili wydała mi się ciekawsza ze względu na błędne wyobrażenie o żurawinie, od razu założyłam, że dziś przedstawiana bardziej mi posmakuje. Acz nie pomyślałam, że do tej dodano inaczej przyprawioną wołowinę. W jej przypadku bowiem to już nie był blend, jak podlinkowana mleczna, a kakao Hispaniola z Dominikany. Czyżby dobrali przyprawy do nut bazy? BBQ brzmi dobrze, acz nie byłam przekonana, czy dobrze do czekolady. Zwłaszcza tej, która w wykonaniu Beskidu ma raczej słodkie nuty.
Dziś przedstawianą wzięłam na trasę na Krzyżne, na które jednak niestety nie doszłam przez brak czasu. Czas na czekoladę jednak znalazłam, idąc z Gęsiej Szyi przez Wolarczyska i Czerwony Staw w Dolinie Pańszczycy. Właśnie przy stawie o niesamowitych kolorach.


Beskid Chocolate Wild Willy Suszona Wołowina BBQ Czekolada Gorzka 72 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao Hispaniola z Republiki Dominikany z suszoną wołowiną w przyprawach BBQ, wyprodukowana we współpracy z Wild Willy.

Po otwarciu poczułam zapach głównie mięsa o odymiono-wędzonym charakterze w towarzystwie wina, splatających się z nie za słodką, soczystą czekoladą. Pomyślałam o cytrusach, w tym pomarańczach i mandarynkach, ale też owocach czerwonych. Wspomniane cytrusy przybrały wydźwięk wina pomarańczowego, a czerwone mieszały się z przyprawami. Te porządnie wyłoniły się po przełamaniu i w trakcie jedzenia. Na pewno czułam oregano i pomidory, paprykę w proszku (może słodką?), ale też pikanterie chyba pieprzu. Chwilami wszystko to robiło aluzje do żółtego sera i wędzonego twarogu. Słodycz jawiła się jako jasno miodowa.

Na spodzie raczej nie widać dodatków, doszukałam się ze dwóch czy trzech prześwitów. 
Tabliczka była twarda, acz przy łamaniu trzaskała średnio głośno jak suche, grube gałęzie. Przekrój trochę rozwiał wątpliwości: w czekoladzie zatopiono trochę małych kawałków suszonego mięsa (acz nie oddawało to rzeczywiści, bo mięsa było mnóstwo, acz zakamuflowało się).
W ustach czekolada rozpływała się gęsto-maziście i powoli. Była maślano tłusta i zbita. Trochę miękła, acz kształt zachowywała niemal do końca. Szybko wyszło na jaw, że bogato urozmaicają ją malutkie, małe i parę średnich kawałków wołowiny. Abstrahując od nich, charakteryzowała ją idealna gładkość. Zrobienie kęsa bez mięsa w zasadzie było niemożliwe.
Wiele kawałków to dosłownie drobinki. Niektóre pokrywały przyprawy, chyba głównie pieprz, a ja miałam wrażenie, że zaplątało się też trochę przypraw luzem.
Gdy na próbę spróbowałam pogryźć kilka kawałków obok czekolady, były twarde jak kamienie i twardo chrupały. Utwierdziłam się, że było tam też sporo przypraw.
Zdecydowanie wolałam zostawiać dodatki na koniec. Czekolada znikała, a suszone mięso zdążyło trochę nasiąknąć, acz nigdy nie wyzbywało się swej twardości.
Kawałki wołowiny gryzione na koniec zachowały twardość, ale w kontakcie z zębami, trochę... troszeczkę w pewnym stopniu miękły. Zrobiły się trochę żujne, ale wciąż konkretne. Twarde w suszony sposób, jak prawdziwe beef jerky powinno być (a nie gumowe jak podrabiane masówki).
 
W smaku od razu przeważnie czułam paloną gorzkość i lekką soczystość. Mięso tylko w niektórych kęsach już w tym momencie, szybko dawało o sobie znać. Jak już to robiło, nie miałam problemu z powiedzeniem, że to właśnie suszona wołowina, ale mocno przyprawiona.

Soczystość zawahała się. Być bardziej ciężko owocową czy...? Wahanie okazało się chwilowe. Rozbrzmiało wytrawne czerwone wino i ocet winny. I... Jabłkowy?

Czekolada nie zdecydowała się na silną gorzkość. Roztoczyła raczej twaróg... Twarożek? Twaróg z pomarańczą? I z echem jabłek. Delikatna słodycz podszepnęła sernik, ale... Doleciała nutka odymiono-wędzona i pomyślałam o twarogu wędzonym.

Wytrawny, mięsny acz nie dosadnie jednoznaczny, wątek dołączył do kompozycji. Mięso przejawiało lekką soczystość, co zgrało się z narastającym motywem wina. Zrobiło się trochę bardziej soczyście, bardziej owocowo i do wina dołączyły wiśnie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mięso przeważnie pobrzmiewało jeszcze lekko, ale w asyście wyraźnych przypraw. Tym odwagi nie brakowało. Jak się już odezwały, zaraz i uderzyły.

Czułam na pewno sos sojowy, ale nie mocną słoność. Coś ziołowego, prawie pikantnego... Ale w sumie nic jednoznacznego. Podbiły palony wątek samej czekolady. Od razu nie skojarzyło mi się to z sosem czy marynatą barbeque czy grillem, acz takowy klimat trochę to-to miało.

Ze dwa razy na próbę pogryzłam dodatki obok czekolady. Mięso gryzione wówczas było jakby prawie pozbawione mięsnego smaku. Bardziej czuć w nim wtedy słoność i przyprawy. Raz mignął mi pieprz, raz coś ziołowego - czyli dużo zależało od danego kawałka.

Wraz z wyłaniającym się przyprawionym mięsem, bardzo rosła słodycz. Blisko jej było do jasnego miodu, acz nie powiedziałabym, że to miód w 100%. Zaplatały się tam jeszcze zioła, dodające słodyczy goryczki. Gorzkość nieśmiało zasugerowała... Herbatę? Bardziej jakiś napar. Może echo miodu karmelizowane go? Na pewno lekko drapiącego w gardle.

Zioła i przyprawy chwilami wydawały się jednością. Raz po raz wyłaniało się coś warzywnego... Soczysty pomidor? Kryjący się jednak w motywie czerwonych owoców i wina.

W niskiej, ale wyraźniej gorzkości czekolady doszukałam się jakby od środka ją łagodzących orzechów i czegoś... Strączkowego? Zrobionego z sowitą dawką przypraw z miodem. Przy większej ilości mięsa z przyprawami, czasem pojawiała się też myśl o jakimś przyprawionym egzotycznym daniu z owocami... Cytrusami i/lub mango?
Z kolei gdy kawałków trafiło się mniej, zawitała myśl o miodowych krówkach.
Jako że nie dało się zrobić kęsa bez dodatków, mogę tylko gdybać, że baza ogólnie nimi przesiąkła.

Gdy czekolada znikała, przyprawy wychodziły na przód. Często poprzez pikanterię. Nie musiałam gryźć kawałków dodatku, by je poczuć. Kawałki wołowiny smakowały bardzo różnie.

Ogólnie można rzec, że gryzione na koniec mięso okazało się o wiele wyraźniejsze niż gryzione wcześniej. Acz też nie zawsze tak przejrzyście, bo trzymały się go przyprawy. Niektóre kawałki były słabiej, inne mocniej przyprawione. Słoność i pieprzność odsłoniły smak suszonej wołowiny, nie do pomyślenia z czymkolwiek innym. Powiedziałabym, że czasem podkreślały ją właśnie pieprz i lekka słoność. Czasem było w niej coś octowo-soczystego. A czasem suszona wołowina pobrzmiewała cichutko. Co jakiś czas trafiałam na lekko palono-cukrową słodycz. Często przewijały się jeszcze zioła, w tym oregano oraz echo paprykowo-pomidorowe. Rzadko, ale jednak dość mocno rozbrzmiewał czosnek, który psuł wszystko. Był okropny.

Po zjedzeniu został posmak głównie przypraw i suszonej wołowiny. Było pikantnie. Ziołowo-pieprzne nuty pojawiały się niemal zawsze, podobnie jak lekka słoność, integralna z mięsem. Gdy jednak trafiłam na czosnek (zdarzyło mi się ze dwa razy), zagłuszał wszystko. Przyprawy ogólnie trochę zagłuszały mięsność. Czekolada nieśmiało stanęła za nimi jako winno-cytrusowa soczystość, lekko ziołowa cierpkość i słodycz. Czasem wydawała się zwyklejsza, czasem lekko miodowa. Dość często na języku czułam też pieczenie pieprzu.

Czekolada nie rozkochała mnie w sobie. W mięsie czułam niedosyt mięsnego smaku, a za dużo było mi przypraw nie w moim guście. Były zbyt imperatywne w stosunku do czekolady. A jak już trafiłam na czosnek, w ogóle byłam zniesmaczona. Czekoladowa baza nie w pełni współgrała z mięsem, acz nie mogę powiedzieć, że nie pasowała. Lekką ziołowość, twaróg i twaróg wędzony, pomarańcze, owoce czerwone i wino, ocet winny z odrobinką orzechów starał się, jak mógł. Słodycz była w porządku, przyjemnie udawała miodowa, ale choć nie przesadzona, wydawała się trochę zbyt... Zwykła? Nie charakterna? Baza jakby starła się odciąć od dodatków. A te, przez takie ich podrobione, też nie wyszły tak wyraziście, jak mogłyby.
Czy rozpoznałabym bazę kakaową, Beskid Chocolate Dominikana Hispaniola BIO Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao z 2024? W zasadzie czuć nuty tego kakao, ale to nie była dokładnie ta sama czekolada. Raz, że bardzo zmieniły ją dodatki, a dwa, że posłodzono ją białym cukrem i zwiększono zawartość kakao.

Wolałam mniej, adekwatnie przyprawiona wołowinę z Beskid Chocolate Wild Willy Suszona Wołowina Żurawina Czekolada Mleczna 42 % Kakao.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od wildwilly.pl
cena: 28 zł (za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 437 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
 
Skład: ziarno kakao, cukier, suszona wołowina 5% (szynka wołowa ligawa, pomidory suszone, ocet jabłkowy, sól himalajska, nierafinowany cukier trzcinowy, cebula, papryka, burbon, czosnek, przyprawy), emulgator: lecytyna sojowa