
Kupowanie paru smaków z danej serii od razu ma pewien minus: gdy okazuje się dziadowska, człowiek kończy z tabliczkami, na które nie ma ochoty. Tak właśnie było z makaronikowymi Lindtami. O ile
truskawkowa Creation Les Macarons Fraise wyszła intrygująco, tak cytrynowa była kiepska. Jakoś nie pomyślałam, że duża ilość nadzienia, ujawni to, jak jest kiepskie. Mimo makaronikowości (jak ja nie cierpię takich rzeczy!), i cytryna, i dzisiaj opisywany smak wydały mi się kuszące, ale o tym rozpisałam się już przy Macarons Zitrone, a nie chcę się powtarzać. Niestety, jednak makaroniki jednak swoje zrobiły. Tu już nawet pistacje nie pomogły, czułam, że dobrze nie będzie.
Lindt Macarons Pistazie to mleczna czekolada nadziewana pistacjowo-śmietankowym kremem (30%) z kawałkami wyrobu cukierniczego (2%) i prażonych migdałów (3%); inspirowana makaronikami.
Od razu zaznaczam, że to moje własne tłumaczenie z niemieckiego. "Gebäckstücken" można tłumaczyć jako "kawałki ciasta / ciastek", ale patrząc na skład i angielskie tłumaczenie (fine pastry pieces), czuję, że mam rację.
Po otwarciu poczułam głęboką woń mleka (płynącą od bardzo słodkiej mlecznej czekolady) i wyrazistego, pistacjowego marcepanu. Zapach migdałów nasilił się przy dzieleniu i smakowicie mieszał się z mlekiem.

Tabliczka wydała mi się dość konkretna; nadzienie także. Nie pożałowano żadnej z części, ale w pierwszej chwili chrupiących dodatków zbytnio nie dostrzegłam.
Dopiero w ustach wszystko się rozjaśniło. Czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, w gęsty, tłusto-kremowy sposób. Odsłaniała również gęsto-tłuste nadzienie, acz szybciej rozpływające się od niej. Cechowała je lekka oleistość, ale i wciąż pewna kremowość. Byłoby gładkie, gdyby nie... mnóstwo zatopionych w nim kawałków: od drobinek po całkiem spore. Trafiłam na ledwie kilka chrupiąco-świeżych kawałeczków migdałów, a przyjemność z jedzenia odebrała mi ogromna ilość rozpuszczających się, trzeszcząco-chrupiących grudek jakby z cukru pudru. Były na swój sposób lekkie... Obstawiam, że jak beza, ale ten twór jest mi dość obcy (i nienawidzony). Paskudztwo.

Sama czekolada roztoczyła po ustach głęboki, intensywny smak mleka i silną słodycz, ale także zaskakująco wyraźną nutkę kakao (mam wrażenie, że na zasadzie kontrastu nadzienie jakoś je podkreśliło).
Krem dochodził do głosu za sprawą wzmagającej się mlecznej fali, do której dołączył akcent oleju palmowego. Zaplątał się, potem jakoś schował. Mleko i śmietanka o bardzo słodkim smaku pomogły rozejść się smakowi migdałów. Mignęła mi przy tym sztuczność. Mleczno-migdałowa mieszanka była błogo słodka, początkowo wręcz dziecięca, ale po chwili pojawiła się nutka lekko marcepanowa. Zaraz za nią chowały się pistacje. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zaskakująco wyraźnie wyczuwalne, na jakiś czas zrównały się z migdałami. Nadzienie nie miało wprawdzie niezwykle intensywnego smaku, ale zaliczyłabym je do tych "przyjemniejszych", mimo że nakręcone aromatami. Potem jednak cały czas rosnąca słodycz bardziej zwróciła na siebie uwagę.

Przy odsłaniających się dodatkach to właśnie słodycz rosła gwałtownie. Był to przede wszystkim cukier puder, ale i po prostu cukier. Co więcej, doszukałam się też takiej "sztucznej słodyczy". Okropne chrupiące bryłki cukru dominowały, zarówno gdy się rozpuszczały, jak i kiedy próbowałam się ich jak najszybciej pozbyć, rozgryzając. Migdały plączące się w ich pobliżu, rozgryzione, oczywiście uwypukliły swój smak. Świeże i dobre, ale z racji ilości, przegrywające pod naporem cukru.
Po zastrzyku słodyczy i delikatnym, mlecznym smaku nadzienia, czekolada wydała mi się bardziej kakaowa, ale i tak pod koniec było już za słodko i tyle. Wszelkie sztucznawo-oleiste nuty też ponownie się wychyliły.

W posmaku pozostały właśnie one oraz mieszanina migdałów i mleka, ale tym, co najbardziej zwróciło moją uwagę było cukropudrowe przesłodzenie, a także tłuszcz na ustach. Gdybym nie wiedziała, miałabym wątpliwości, czy było w tym coś pistacjowego. Lekko migdałowego owszem.
Gdyby nie dodatek kawałków cukru, całość byłaby całkiem w porządku. Może nudna i nie jakoś specjalnie wyrazista, ale na pewno nie odrzucająca (a po prostu przesłodzona i tłusta). Migdałowo-mleczno-pistacjowe nadzienie, by nie być tak mdłym, potrzebuje migdałów i pistacji, a nie cukru. Co dziwne, wcale nie wyszło to tak marcepanowo (nie dość, że migdały są w składzie, to pistacjowe słodycze mają tendencje do udawania marcepanu). Przez te chrupacze, gdy tylko kawałek rozpuścił mi się w ustach do połowy, reszty chciałam się z nich pozbyć. Nie pomagało to też w zrobieniu kolejnego kęsa, bo wcale nie widziało mi się chrupać cukier.
Bez przekonania zjadłam dwie kostki, po czym oddałam Mamie. Jej smakowała, ale umiarkowanie (tak się wyraziła, acz nie wiem, skoro 8 kostek, jakie jej dałam, zniknęły w mniej niż pół godziny i to w dniu, w którym zjadła już Freihofer Gourmet Blaubeer-Cassis). To znaczy: zachwyciła ją mleczna czekolada i smakowały "te fajne chrupiące" (Mama uwielbia wszelkie bezy, makaroniki itp.), nie było jej za słodko czy za tłusto, ale doszła do wniosku, że utwierdziła się, iż niezbyt podchodzą jej nadzienia orzechowe, pistacjowe, migdałowe itp. (woli je chrupać - same lub jako dodatek). Przebąkiwała też o dziwnym wrażeniu "czy to na żołądku, czy prawie zgaga" - ma problemy z żołądkiem, to fakt, ale zawsze słyszę podobne teksty, gdy zje coś z dużą ilością oleju palmowego. Taak, nawet jej organizm go tutaj wyłapał.
Lepsza od cytrynowej tylko w kwestii, że tu nie było niczego tak cukierkowego, ale ogólnie
reprezentują raczej ten sam poziom. Oceny te same, bo tu cukier był po prostu cukrem, tam cukrem cytrynowym (a to zawsze trochę lepiej).
ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 12 zł
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, olej palmowy, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, śmietanka w proszku 3%, migdały, pistacje 1,5%, lecytyna sojowa, aromaty, skrobia pszenna, sól, naturalny aromat, białko mleka