Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Afryka (niesprecyzowane). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Afryka (niesprecyzowane). Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 sierpnia 2023

Wegańskie Serce Czekolada Gorzka 85 % + Orzechy Laskowe ciemna z Afryki oraz Północnej i Południowej Ameryki z orzechami

Marka to nie tylko nazwa, ale i ogół postępowania, a to Wegańskiego Serca mi się podoba. Choć ja nigdy nie zrezygnowałabym z jedzenia mięsa, bo je uwielbiam, oni - jak są wege, tak i działają wege. Lubię konsekwentne działania. Oni popierają Fundację Gieniutkowo (Sanktuarium dla świnek i innych zwierząt hodowlanych), o której to dowiedziałam się właśnie z rozmów z producentem oraz naklejek, jakie znalazły się na połowie z otrzymanych czekolad. Producent poinformował mnie, że jedna z czekolad z tej linii (85% bez cukru) trafiła do kategorii "Eugeniusz poleca", gdzie z każdej sprzedanej sztuki złotówkę wysyła do Fundacji Gieniutkowo (Sanktuarium dla świnek i innych zwierząt hodowlanych). 

Wegańskie Serce Czekolada Gorzka 85 % + Orzechy Laskowe to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao (z Afryki oraz Północnej i Południowej Ameryki) z siekanymi orzechami laskowymi nieprażonymi; bez cukru, słodzona słodzikiem erytrytolem.

Gdy otworzyłam, poczułam wyrównany zapach słodko-likierowej i zarazem gorzkiej czekolady oraz surowych orzechów laskowych. Dołączyły do lekkiej goryczki, nadając całości szlachetności. Raz po raz, zwłaszcza przy łamaniu czy gdy wąchałam spód, walczyły o dominację. Samą czekoladę odebrałam jako bardzo paloną.

W dotyku tabliczka była tłusta i trochę polewowa. Wydała mi się nieco pyliście brudząca. Już gołym okiem na spodzie widać zatopione w niej siekane kawałki orzechów. Całe mnóstwo.
Łamana okazała się twardo-krucha i takie też wydawała trzaski. Odskakiwały od niej małe kawałeczki, acz orzechy trzymały się porządnie.
W ustach rozpływała się średnio szybko, bardzo maziście i ulepkowato. Była tłusto-zbita. Mocno kojarzyła się ze śliskawą polewą, zwłaszcza, gdy na język wylegały różnej wielkości kawałki orzechów. Całość zmieniała się w zlepek kawałków właśnie, niczym jakiś szyszko-jeż. W moim odczuciu było ich za dużo.
Orzechy gryzłam dopiero gdy czekolada się już rozpłynęła. Rzeczywiście było ich całe mnóstwo. Dodano kawałki średniej i małej wielkości. Tylko nieliczne zachowały skórki. W większości trzeszczały w lekko soczyście-miękki, surowy sposób. Część była twardsza, parę miało ostrzejsze brzegi.

W smaku od początku gorzkość i słodycz rozchodziły się bardzo harmonijnie, na tym samym poziomie. Gorzkość przedstawiła się jako mocno palona nuta, ale ogółem nie była imperatywna. 

Słodycz wydała mi się z kolei w pierwszej chwili nieco przymglona, a zarazem rześko-chłodnawa, trochę jak mięta. Nasuwała ją na myśl, ale nie była miętowa czy czysto słodzikowa. Nie da się jednak ukryć, że ten jednak dość szybko na myśl przyszedł.

Gorzkość nieco się rozwinęła i przytoczyła palone drewno i mocno paloną kawę. Kawa dominowała, a za nią, jakoś wśród drewna... pojawił się wątek jakby przypalonych orzechów i nieco ziołowy. Kawa też zrobiła się jakby nieco przypalona, a mi do głowy przyszła kawa oblana polewą kakaową i orzechy laskowe. Też w polewie o cierpkim smaku.

Słodycz wzrosła, ale nie tak mocno. Trzymała się średniego poziomu, miała w sobie echo likierowo-cukrowej słodyczy (mimo że czekolada nie zawiera cukru). Wzrósł też motyw goryczkowato-chłodnych, słodkawych ziół. Wniosły świeżość. Dołączył do nich węgiel.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zrobiło się świeżej w kontekście drzew i drewna, do którego przywarł węgielny motyw. Podkreśliły to orzechy laskowe, których delikatny smak rozniósł się wyraźnie. Nie gryzłam ich, a i tak nieźle je czuć. Wyszły lekko gorzkawo, w całości od kawałków rozchodził się wyraźnie smak surowych laskowców, jedynie z palonym echem sugerowanym przez paloność czekolady.

Orzechy podkreśliły w czekoladzie drewno oraz pewną maślaność, smak tłustej polewy. Potem na zasadzie kontrastu zrobiło się też bardziej cierpko-gorzko, jakby za sprawą węgla i lekkiego przypalenia. I... jednocześnie znacząco słodkiego syropo-likieru kakaowo-orzechowego? Dodanego do cierpkiej kawy.

Pod koniec nasilił się motyw tłustej, likierowato-"deserówkowatej" polewy kakaowej. Węgielno-przypalona nuta dawała się we znaki, choć nawet nie dominowała. Smak ogółu był stonowany i słodki.

Gdy czekolada w zasadzie już zniknęła, zajęłam się gryzieniem orzechów. Kawałki orzechów laskowych smakowały... sobą, ale już niepodważalnie słodko surowo. Sporadycznie plątała się wśród nich goryczka, co podkręcały raz po raz pojawiające się skórki. Miałam wrażenie, że dodano laskowce średniej jakości. Wyczuwalne w zasadzie satysfakcjonująco, ale też nie zachwycające.

W posmaku został motyw przeciętnej, wyważonej pod względem zwyczajnej słodyczy i gorzkości polewy kakaowej oraz orzechów laskowych. Przeciętnych, ale przynajmniej surowych. Czułam też leciutką cierpkość chyba związaną ze słodzikiem.

Uważam, że to po prostu średnia czekolada. Nie mam jej za co pochwalić, ale też specjalnie za co krytykować. Jak na tabliczkę ze słodzikiem, wyszła zaskakująco niesłodzikowo. Żałuję, że zdecydowano się na taką formę orzechów (z całymi mogłabym w sumie nawet całą jedną zjeść). Nie były jednak złe. Po prostu... zwyczajne, przeciętne. Posiekanie nie wyszło im na dobre. Szkoda, bo producenci tak rzadko dodają surowe, a nie prażone... z ogromną ochotą zjadłabym tabliczkę z całymi takimi. Myślałam, że dwa paski zjem, ale wystarczył mi jeden; znudziła mnie, bo nie wpisuje się w typ czekolad, które cieszą mnie na dłuższą metę. Gdyby orzechy były całe, na pewno dostałaby 7. A kto wie, może nawet 8 (zależy, jak surowe orzechy wpłynęłyby na smak samej czekolady)?

Po degustacji aż napisałam do producenta, bo nie byłam pewna - czy tak udają surowe orzechy, czy rzeczywiście takie były, bo jednak palona nuta w całości pobrzmiewała... Okazało się, iż faktycznie były surowe, czyli to czekolada tak je zmanipulowała. Ciekawe.

Jako że dostałam 3 tabliczki, 2 od razu powędrowały do Mamy (nawet przed otwarciem dzisiaj prezentowanej; wystarczyło mi, że poznałam bazę Wegańskie Serce 85% bez cukru). Trochę wątpiła, czy da radę takiej zawartości kakao, ale że i jej spada tolerancja na słodycz, nie nastawiała się negatywnie. Zjadła, choć jadła po pasku. Stwierdziła, że: "no czuć, że sama czekolada nie jest jakaś dobra, ale... zjadliwa, taka żeby zjeść. Te 85% nie takie straszne, słodkie jest. Te orzechy tylko bardzo niefajne, przeszkadzają i jakieś takie... Najgorsza możliwa forma i mam wrażenie, że je tak posiekali, bo jakieś kiepskie dali." Zjadła 2 tabliczki i część mojej, ale końcówki już miała dość, już jej tam za bardzo to i owo przeszkadzało, więc oddałyśmy ojcu.


ocena: 6/10
kupiłam: Wegańskie Serce (dostałam)
cena: dostałam
kaloryczność: 532 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, słodzik: erytrytol, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, posiekane orzechy laskowe 10%

wtorek, 1 sierpnia 2023

Wegańskie Serce Czekolada Gorzka 85 % ciemna z Afryki oraz Północnej i Południowej Ameryki

Kiedy pojawiły się nowości od marki Wegańskie Serce, jako że z nimi współpracowałam (czyli już kiedyś dostałam czekolady do recenzji), mimo że ze słodzikiem, postanowiłam spróbować. Bardzo podobają mi się różne inicjatywy, które wspierają, np. Fundację Gieniutkowo (Sanktuarium dla świnek i innych zwierząt hodowlanych). 
Jako ciekawostkę dodam, że traf chciał, że degustację tej tabliczki zaplanowałam akurat na 14 lutego, czyli walentynki. Bardziej adekwatna nazwa chyba nie mogła się trafić!

Wegańskie Serce Czekolada Gorzka 85 % to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao z Afryki oraz Północnej i Południowej Ameryki; bez cukru, słodzona słodzikiem erytrytolem.

Po otwarciu uderzył intensywny zapach mocno palonej kawy, nasuwający na myśl ziarna kawy w polewie kakaowej. Goryczkę kakao podkreśliło trochę ziemi, a paloność ukazała także palone drewno. Spalone na węgiel? Całość wykazywała także słodycz o rześko-chłodnym charakterze. Czułam tu miętę, eukaliptusa i inne zioła, ale też słodki wątek jakby likieru kawowo-kakaowego. Ten podsuwał na myśl kakaowe cukierki trufle (np. Odry; recenzja z 2017).

W dotyku tabliczkę odebrałam jako nieco ulepkowato-polewową, tłustą. Była twarda i trzaskała głośno, jakby była stwardniałą, zastygłą i bardzo masywną, gęstą polewą.
Przekrój miała zbity. Dało się w nim dostrzec lśnienie kryształków słodziku.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, maziście, tłustymi falami pokrywając podniebienie. Była minimalnie lepkawa, średnio gęsta. Niby nieco kremowa, ale też jak ulepkowata polewa. Z czasem, pod koniec na jaw wychodziła pylistość.

W smaku przywitała mnie delikatna gorzkość w towarzystwie równie delikatnej słodyczy. Ta była bardziej pewna siebie i przedstawiła się ambitniej pierwsza, jako niemal chłodząca i miętowa.

Gorzkość zdecydowała się na mocno palony ton. Rosła szybko, acz względnie spokojnie. Oddawała drzewa, palone drewno i mocno paloną kawę. W pewnym momencie kawa wyraźnie i bez trudu zaczęła dominować. Pomyślałam o palonych ziarnach oblanych polewą kakaową. Tłustą, cierpkawą i słodką znacząco, choć nie zabójczo.

Ogólna słodycz była bowiem na średnio wysokim poziomie. Najpierw trochę wzrosła, potem trzymała się już jednego poziomu. Miała w sobie sporo z cukrowej słodyczy "czekolad deserowych", ale bardzo kojarzyła się też z ziołami, które choć z lekką cierpkością, są głównie słodkie. Wydawały się lekko ochładzać kompozycję. Do mięty dołączył eukaliptus i niemal świeżo-zielona nutka.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa palona nuta dotknęła poziomu przesady. Poczułam spaleniznę, acz próbowało ją nieco uprzyjemnić spalone drewno. Za drewnem przemknęło trochę przypalonego ciasta kakaowego, jakiś murzynek z polewą... Gorzkość na pewien czas złagodniała, a słodycz udawała zwykłą - białego cukru.

Pojawiła się nutka orzechów laskowych. Też raczej w polewie kakaowej średniej jakości. Przez pewien czas orzechy próbowały tchnąć w kompozycję trochę swojej naturalnej maślaności i słodyczy. Ta wymieszała ogólną słodycz z gorzkością bardzo spójnie i raz po raz zasugerowała nalewkę miętową i słodki likier. Może nawet nie jeden, a kakaowo-orzechowy i kakaowo-kawowy. Słodkie, ale i cierpkie. Kawa w tym kontekście nie odpuszczała, mimo że z czasem osłabła.

Cierpkość podkreśliła odrobinka ziemi. Pomyślałam o ziemi i wdeptanych w nią patyczkach, drewnie... Miejscu porośniętym krzakami i ziołami. Z wyczuwalnym, wieczornym chłodem, bo właśnie i miętowo-ogólnie ziołowa słodycz miała sporo do powiedzenia. Jednocześnie jednak aż zaczęła drapać w gardle, trochę jak zwyczajnie cukrowa.

Pod koniec słodycz zdradziła lekką słodzikowość, ale wciąż trzymała się raczej chłodzących, miętowych klimatów. Gorzkość wróciła wzmocniona jako cierpkość palonej kawy, spalonego drewna, lecz w tle i tak orzechowo-maślana nuta zaczęła bardziej się wyłaniać.

W posmaku została goryczka palonej kawy, myśl o murzynku z polewą kakaową, a także słodycz już bardziej zwyczajna. Wciąż trochę ziołowa, ale i słodzikowa... w zasadzie jako efekt lekkiego szczypania / gryzienia w język. Słodzik uwypuklił cierpkość średniej jakości. Do tego czułam tłustość... jakby naturalną słodkawą maślaność orzechów i taką... polewową maślaność?

Całość w zasadzie była smaczna. Mimo iż nie wywarła na mnie wielkiego wrażenia, zaskoczyła mnie pozytywnie, bo nie była słodzikowa. Słodzik wyszedł w niej nienachalnie, jak słodko-chłodne zioła (mięta, eukaliptus). Pasowało to do gorzkości palonej kawy i drewna. Ciastowo-likierowe nuty podkręcały słodycz i cierpkość, w momencie gdy pewna tłustość polewy starała się kompozycję łagodzić. Suma summarum, czekolada wyszła więc opcja wyśrodkowana i przystępna. Słodka, ale nie mocno i nie nachalnie, a także gorzka i od kakao, i od palenia.
Czekoladę odebrałam lepiej niż 70 %, która była mocno cukrowa, jakby z nutami cukru pudru i przez to ciężka. Podlinkowana wydawała się jednocześnie pełniejsza w nuty spalenizny: ciasta, drewna, kawy, a do tego czuć w niej złudną wanilię. 85% ze słodzikiem wyszła szlachetniej, bez tej napastliwości cukru, a jednocześnie gorzko w lepszym stylu. Ta też była mocno palona, chwilami z nutami spalenizny i polewy, ale lepiej wszystko w jej przypadku zagrało. Oczyszczenie składu na dobre wyszło Wegańskiemu Sercu! Mimo to, nie jest to tabliczka, która w większej ilości sprawiała mi radość - w konsekwencji jedną z trzech otrzymanych dałam do brownie Mamy.


ocena: 7/10
kupiłam: Wegańskie Serce (dostałam)
cena: dostałam
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, słodzik: erytrytol, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 22 maja 2023

Goplana Super Gorzka 85 % Cocoa ciemna z Afryki

Przyznaję się, że kupiłam trochę bez przekonania, od razu razem z Goplaną 75 %. Gdy jednak podlinkowaną zjadłam, wiedziałam, że także z tą źle nie będzie. A jednocześnie wiedziałam, że często to właśnie przy zawartości kakao 85% czuć wszelkie potknięcia i kombinowanie, np. podbijanie zawartości odtłuszczonym kakao lub tłuszczem.


Goplana Simple Pleasures Super Gorzka 85 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao z Afryki, wyprodukowana przez Colian Sp. z.o.o.

Po otwarciu poczułam bardzo mocno palony zapach. Był gorzki, a także zabiegał o pewną rześkość. Szło mu trochę kiepsko, bo pojawiła się słodycz ciężkiego aromatu waniliowego, kryjącego bardziej cukrowy wątek i jakąś soczystość (suszonych śliwek?). Choć nie była silna, to jednak wyszła znacząco, w zestawieniu z orzechami... chyba włoskimi, acz niespecjalnie wyrazistymi oraz drewnem. Może też odrobinką kawy?

Bardzo, aż niewiarygodnie i denerwująco, twarda tabliczka trzaskała donośnie. Jej huki miały w sobie coś z kamienności. Była jednak nieco krucha w swej skalistości. Łamanie jej przysparzało sporo trudności.
W ustach rozpływała się wolno i początkowo niechętnie. Dopiero po chwili ulegała, wykazując mazistość i kremowość, a także przyjemnie niską tłustość. Trochę miękła, gięła się zachowując kształt i racząc aksamitem, z lekko ulepkowatym echem. Pod koniec wydawała mi się trochę suchawa.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz cukru, który po tym, jak pokazał się w pełnej, białej krasie zasugerował lukier i... coś bardziej rześkiego. Białe kwiaty? Jaśmin? Wyobraziłam sobie zastygły lukier o zwietrzałym zapachu i smaku, a miejsce słodyczy zajął akcent czegoś waniliowego (ale nie wanilii).

Odezwały się gorzkość i maślaność. Maślana nuta odeszła nieco na tyły, zaczęła tam coś działać z pieczoną nutą.

Gorzkość uderzyła, bardzo wzrosła za sprawą dosłownie suchego pyłu kakao - jakbym włożyła jego łyżeczkę do ust. Zrobiło się cierpko, a po chwili odnalazły się tam drzewa. Pyliste kakao kryło też suszone śliwki. Ich kwaskawa soczystość wymknęła się z cierpkości i nieco ożywiła kompozycję. Wydobyła orzechy... podpieczone, może nawet przypalone? Pomyślałam o włoskich, ale nie były jakoś szczególnie wyraziste. Może trochę laskowych w formie... kremu 100% z nich, zrobionego wraz ze skórkami? Śliwki puściły przodem inne nuty, same nieco się chowając. 

Słodycz przybrała na intensywności, acz bardzo mocno nie wzrosła, i mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przywołała lekko lukrowane i/lub posypane cukrem pudrem babeczki, wieńce - różnego typu wypieki. Pomyślałam też o jakiś mazurkach w lepiszczych słodzidłach i babkach z orzechami. Niektóre musiały być przypalone, ale wszystkie w wariantach jasnych z racji echa aromatu waniliowego. I wśród nich cały czas przewijała się maślaność.

Odnotowoałam tak paloną, że aż przypaloną nutę. Drewno spalone na węgiel, sfajczone orzechy... O głębię przy tym zawalczył akcent ziemi, jednak ogólnie gorzkość kompozycji była bardzo prosta.

Słodycz niespecjalnie się z nią mieszała. Waniliowe echo częściowo zabarwiło słodycz, ale cały czas czuć, że to nie naturalna wanilia, a właśnie taka "waniliowatość". Wyszła ciężko. Zgrywała się z akcentem kwiatów i cierpkością.

A tę czułam różnego typu. Z czasem wydała mi się znów bardziej kwaskawo-soczysta. Może wśród wypieków znalazła się jakaś babka nasączona cytryną. Cierpkość z czasem przypomniała sobie śliwkę suszoną. I znów w kakao czy teraz już raczej w polewo-czekoladzie ciemnej. Tak czy inaczej z pylistym, cierpkim kakao wyczuwalnym jako echo.

Pod koniec zrobiło się trochę bardziej ziemiście, trochę cierpko... kawowo? Pomyślałam o poprzypalanych ziarnach kawy.

W posmaku została za mocno palona gorzkość, lekka cierpkość i ciężka słodycz "waniliowato"-cukrowa, kojarząca się też z różnymi babkami-wieńcami z orzechami. Też gorzkimi.

Całość wyszła "do zjedzenia", acz niesatysfakcjonująco. Mocno palona i mdła w smak miazgi, a pełna kakao w proszku i denerwującej słodyczy cukru i aromatu waniliowego. Ten niby nie był nachalny czy bardzo sztuczny, ale nie pasował. Orzechowe, trochę drzewne nuty nie domagały. Wyszły o wiele bardziej stłumione niż w wersji 75%, która w dodatku jeszcze kawą mogła się poszczycić.


ocena: 7/10
kupiłam: Kaufland
cena: 3,49 zł (za 90g)
kaloryczność: 544 kcal / 100 g
czy kupię znów: w ostateczności, w jakiejś tam sytuacji mogłabym

Skład: miazga kakaowa, cukier, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy

niedziela, 26 lutego 2023

Tony's Chocolonely 70 % Dark ciemna z Afryki

O marce Tony's za wiele nie wiem - by nie powiedzieć, że nic. Wielkie tablice o "szalonych" kostkach w różnych, równie wariackich smakach. Nie dla mnie, ale że na stronce sklepu, z którego ojciec był gotów mi coś zamówić (bo i tak chciał zamówić sobie i dla mnie Alpia Veggie Love Karotte & Mandel), nie było nic ciekawszego i bezpieczniejszego (a tylko słodycze nie w moim typie), wybrałam czystą ciemną właśnie tej marki. Belgijska marka, która jak się okazało za punkt honoru postawiła sobie zwalczanie niewolniczej pracy na plantacjach w zachodniej Afryce. Szkoda tylko, że wygląda na to, iż skupiają się na tym, aby praca-płaca była fair, a jakość kakao? O tym nie piszą. Oczywiście jestem za tym, by wspierać sprawiedliwy handel! Ale niech to nie będzie przykrywką dla np. faktu, że na czekoladzie aż tak się nie skupiają, a takie chwalenie się, czego to oni nie popierają, jest tylko, by podbić cenę. Opis tej tabliczki... też wywołał u mnie sceptyczną minę. "This bar contains at least 70% cocoa. Se-ven-ty! This means we use a lot of cocoa beans..." - po pierwsze: dzięki za wytłumaczenie! Po drugie, przykro mi, ale muszę wyprowadzić z błędu. Gdy o ciemną czekoladę chodzi, 70% to nie tak dużo.


Tony's Chocolonely 70 % Dark to zawartości 70% kakao z zachodniej Afryki.

Po otwarciu uderzył zapach orzechów laskowych, wina albo raczej czekoladek typu wiśnie w likierze i ziemi. Ostatnia charakterkiem splotła się z alkoholową nutą, natomiast laskowce wprowadziły też inne. Pomyślałam o gorzkawym kremie z orzechów włoskich, a także migdałach i produktach migdałowych, czyli kremie z migdałów oraz olejkach czy ekstraktach, np. w cieście. W tle majaczyła nuta chleba... lub może właśnie wytrawniejszego ciasta orzechowo-migdałowego z procentami? A jednak kompozycja była też słodka, i to bardzo. Czułam jakby pudrowe (liofilizowane i sproszkowane?) banany, mieszające się z cukrem pudrem i chyba jeszcze jakąś niejednoznaczna mieszkankę owoców żółtych - słodkich i aż ciężkawych.

Tabliczka czy raczej tablica była twarda, ale nie jakoś niemożliwie, a tak, jakby wynikało to głównie z jej formy i grubości. Trzaskała średnio głośno, raczej "tępo", ujawniając zbity przekrój. Trochę się kruszyła. Łamanie jej to męka, a odgryzanie kęsa sprawiało ból.
W ustach rozpływała się powoli i ulepkowo-kremowo. Była dość tłusta, trochę maślano-zbita. Z ochotą jednak miękła, zwłaszcza jakby z wierzchu. Łączyła aksamitność i lekką, ulepkowatą śliskawość. Z czasem stawała się jakby zbitą wewnątrz, a luźną i miękką całościowo gęstwiną. Pod koniec wyłamywała się lekka pylistość, a czekolada jakby miała ściągnąć (ale nie ściągała). Może odrobinkę wysuszała.

W smaku od samego początku do głównych nut doskakiwała trochę napastliwa, ale nie jakoś szczególnie wysoka czy męcząca, słodycz. 

Zdecydowane gorzkość i maślaność prędko rozlały się po ustach, nie robiąc sobie z niej za wiele. Płynęły obok siebie.

Gorzkość zdecydowała się na kawę, lekko podkreśloną ziemią. Nie była wysoka czy intensywna, a kawa, choć czarna, wydała mi się łagodna. Kawa mogła nieść lekko paloną nutę, ale inne zastopowały ją i odciągnęły uwagę. Zaraz po niej pojawiły się orzechy włoskie... Gorzkawe, ale łagodne... więc w formie miazgi 100% z nich?

Paloność po chwili smagnęła wytrawnymi krakersami, próbując wtargnąć do kompozycji jako one, z całą ich pieczoną z kolei nutą, ale słodycz stanęła im na drodze.

Przebłyski słodyczy należały do cukru pudru. Błysnęła, po czym się wycofała. Znowu zagrała mocniej, i znów... I tak parę razy. Skutecznie jednak tą dynamiką odwracała uwagę od wytrawniejszych nut.

Maślaność w tym czasie spokojnie się rozchodziła, zmierzając ku kremowi orzechowemu. Zmieniła się w naturalną maślaność orzechów i choć najpierw też obracała się wokół kremu z włoskich, z czasem to zaprezentowała też laskowe.

W połowie  rozpływania się kęsa uderzyły właśnie orzechy laskowe. Naturalnie słodkawe, raczej surowe. Trochę w formie kremu z nich, ale w większości jako one same. Wyszły na pierwszy plan, bez żadnych kompromisów. Dominowały dość długo, a potem, do końca były dobrze wyczuwalne. Chwilami przywodziły na myśl mocno kakaowy, truflowy, krem orzechowy.

W truflowości odnotowałam nieśmiałą mgiełkę czerwonych owoców... albo raczej czegoś z nich, słodkiego i alkoholowego.

Wszystko to opłynęła jednak prostsza, ta skacząca początkowo, słodycz. Ustabilizowała się na dość wysokim poziomie. Chwilami trochę denerwowała, ale przynajmniej częściowo przestała kojarzyć się z cukrem pudrem. W tle mignęła pewna owocowość... Chwilami też owocowa cierpkość. Nie wiem, czy dokładnie soczystość. Pomyślałam o cierpkich, niezbyt dojrzałych bananach, ale że ogólna słodycz była dość silna, zaraz pojawiły się pudrowe, sproszkowane banany i jakiś krem-deser z nich... Taki z orzechami laskowymi i włoskimi? Świeżymi, soczystymi sztukami.

W soczystości tej kawa jakoś odleciała i jedynie leciutko pobrzmiewała, gorzkość zrobiła się niziuteńka. W zasadzie mowa jedynie o gorzkawości, aczkolwiek... ziemistość nie odpuściła. Delikatnie cały czas ją czuć. Do owoców przemyciła nutkę słodkiego czerwonego wina i wiśni w likierze. Bardzo, bardzo słodkich. Obyło się w zasadzie bez kwasku. Ta lekka owocowość nie do końca samych owoców przemieszała się z niemal nieobecnymi owocami żółtymi o słodyczy raczej ciężkiej. Nawet banany się rozmyły.

Kawę i ziemistość z kolei zaczęła wciągać jak ruchome piaski maślaność i delikatne orzechy. Wśród nich znalazły się jeszcze migdały - daleko, obok maślaności typowo maślanej. Łagodziły kompozycję... niby. 

Pod sam koniec w maślaności i migdałach doszukałam się nutki ciasta migdałowego, wytrawniejszego i z alkoholem, a potem... zmieniło się w ciemny chleb z masłem i kremem orzechowym - jakiejś mieszance z włoskich, laskowych i migdałów? Jako że wciąż było też słodko, oczami wyobraźni zobaczyłam chlebek-ciasto orzechowo-migdałowe. Przypomniał o lekko pieczonym akcencie, choć był bardzo wilgotny, miękki... niby wytrawniejszy, ale wciąż słodki posypany cukrem pudrem i na pewno pokrojony. Każdy kawałek był bowiem sowicie posmarowany masłem.

Po zjedzeniu został posmak przypominający skórkę ciemnego chleba z masłem, a także orzechów i migdałów - też zasnutych masłem; one wydawały się surowe. Chyba wyłoniła się pieczoność jako krakersy posmarowane masłem. Do tego wysoka słodycz cukru pudru, przełamana lekką cierpkością owoców. Żółtych, ciężko-słodkich... ale i czerwonawych?

Całość była smaczna, ale byłaby jeszcze smaczniejsza, gdyby nie tyle maślaności, łagodzącej nuty gorzkie i orzechów. Kawa i ziemia - jaka szkoda, że takie delikatne! Uderzenie orzechów laskowych i krem z orzechów włoskich bardzo wyraziste, a jednak odosobnione. Sporo cukru pudru nie przytłoczyło, ale dla mnie było tego za dużo. Odrobinka owoców (bananów i wiśni w likierze) wyszła ciekawie, pasowała, ale mogłaby jakoś bardziej zaabsorbować słodycz. Krakersy w sumie też były ciekawe, ale mi nie leżały (w dodatku nie w tym towarzystwie). Podoba mi się jednak, że akurat w tej kompozycji palony wątek nie wyszedł na przód, bo by nie pasował.
Nie odpowiada mi zupełnie forma - za twarde to do łamania, a konsystencja mocno przeciętna, zbyt ulepkowata, choć w ogólnych  rozrachunku może być.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił)
cena: nie znam
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone kakao w proszku, lecytyna sojowa

wtorek, 31 stycznia 2023

Chocolat Weiss Ebene Noir 72 % Cacao Dark Chocolate ciemna z Afryki i Wenezueli

Już kupując tę czekoladę wydała mi się nieco dziwna. Albo właściwie, przez "dziwność na oko" właśnie na niej zatrzymał się mój wzrok, gdy na Allegro zaczęły mi się wyświetlać jakieś polecane oferty. Czarne opakowanie, napis "weiss" (z niemieckiego "biały") i zawartość 72% kakao. Dość dziwne połączenie, więc kliknęłam. Oczywiście Weiss to nazwa marki, i to po prostu od nazwiska twórcy Eugene'a Weissa (z tego, co na szybko przy pisaniu wstępu wyczytałam, ponoć prekursora w handlu luksusową czekoladą). Najpierw skupiał się jednak (i może marka nadal to robi?) na tworzeniu pralin pod szyldem stworzonego przez siebie Le Haut Chocolat.
A ja tak sobie pomyślałam, że mając takie nazwisko, za nic nie nazwałabym nim marki czekolady.

Chocolat Weiss Ebene Noir 72% Cacao Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Afryki i Wenezueli.

Po otwarciu poczułam słodycz wanilii i palono-pieczony zapach, wprowadzający cappuccino. Było gorzko-słodkie, mleczne. Schować je w dodatku próbowała bita śmietanka i cięższa słodycz waniliowo-maślanego wypieku. Nasączyła ją jednak i częściowo rozbijała od środka soczysta, słodka pomarańcza. Trochę jako owoc, a trochę wchodząca w klimat słodkiego syropu i dżemu. Było więc ryzykownie słodko, dość łagodnie, ale wciąż jeszcze gorzko.

Kremowa i masywna, ciemno lśniąca tabliczka przy łamaniu trzaskała głośno. Była twarda i trochę tłusta w dotyku.
W ustach rozpływała się w umiarkowanym tempie, bardzo łatwo. Stawała się gęstym, mazistym i jedynie tłustawym kremem do smarowania czegoś (np. chleba?). Ten wykazywał wysoką proszkowość. Zachowywał trochę bazowy kształt, nieco się gibiąc. Czekolada wydała mi się maślana, z elementem bitej śmietanki, acz jakby ubito-oklapłej, ociężałej. Do tego trochę soczystości... Ona, bita śmietankowość i proszkowość jakby nieco ją rozrzedzały, dzięki czemu rozsmarowywała się po ustach (właśnie jak jakiś krem-smarowidło).

W smaku pierwsza przywitała się wanilia, a zaraz po niej słodkie cappuccino. Delikatna, mleczna kawa nie była przesłodzona, a w dużej mierze właśnie słodka od mleka. Gorzkość jedynie dopieściła ją, trzymając się z boku.

Zaraz wcięła się lekka soczystość. Słodka pomarańcza podwyższyła słodycz, po czym przywołała do siebie dojrzałe i soczyste, jeszcze słodsze mandarynki. Pomyślałam o jakimś kremie czy całym deserze na bazie śmietanki w wariantach pomarańczowo-mandarynkowych. Z czasem owoce zaczęły przybierać na sile i przygłuszać śmietankę. Wspierała je słodycz cukru aż chwilami męczącego i wanilii. Nie było więc aż tak mocno-mocno owocowo. Polały się pomarańczowe syropy i dżemy. Może z dodatkiem mandarynek.

Śmietanka umknęła do kawy. Na cappuccino posadzono bitą śmietankę? A śmietanka ta była tak słodka... słodko-słodka... Waniliowa! Nagle wemknęło się poprzez nią toffi. Znalazło się niemal na pierwszym planie.

Pieczono-palona nutka była delikatna. Trzymała się trochę kawy, próbowała nieudolnie nadać słodyczy karmelowego echa, aby jakoś umocnić gorzkość. Ta jednak cały czas była niska (choć wyczuwalna!). Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa jakoś bardziej zwróciła na siebie uwagę jako pieczono-palone migdały. Migdały i kawa... Migdały i trochę sezamu? Sezamków? Pomyślałam o twardych tworach obklejonych cukrem.

Cukrowe sezamki w jakiejś pomarańczowej wersji? Ze skórką pomarańczową raczej, gdyż i ona się na moment pojawiła, walcząc o goryczkę. One zaś... niby podkręciły na chwilę goryczkę, ale potem też jakby do mleczności (i lekko "ocieplono-podpieczonej" nuty cukru, z czego wyszło toffi) się dołożyły.

Cała słodycz toffi i śmietankowość bazy dominowała. Zaserwowały mi śmietankowo-waniliowe ciasto - właśnie może toffi. Było niestety aż ciężko słodkie, cukrowe. Przełożone mazistym toffi-kremem, wilgotne... z nutką migdałów? Jakby przepijane leciutko gorzkim cappuccino.

W posmaku została bardzo już niemleczna kawa, a także gorzkawo-palony migdał. Na jaw wchynęła wyrazistsza goryczka kakao. Czułam słodko-cytrusowy wątek - nawet nie tyle pomarańczowy, co jakby pomarańczowej bitej śmietanki, mandarynek i toffi.

Całość wyszła w zasadzie smacznie i ciekawie, ale dla mnie za łagodnie. Mnóstwo śmietanki, bita śmietanka, cappuccino, sezamki, słodycz toffi chwilami zahaczająca o cukrowo-ciężką zetknęły się z pomarańczami, mandarynkami i odrobinką migdałów. Delikatnie pieczone nuty na plus, ale wolałabym czuć jeszcze jakąś bardziej gorzką nutę. Tak to wszystko mogłoby być zacne, gdyby właśnie jakaś była. A to, że jej brakowało, sprawiło że kompozycji zabrakło jakby puenty (jakby Układowi Słonecznemu zabrać 90% Słońca?). Dobra czekolada, niestety dla mnie za delikatna i wolałabym, by była innym cukrem posłodzona.


ocena: 8/10
kupiłam: Allegro
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowe, cukier, tłuszcz kakaowy, wanilia

środa, 14 grudnia 2022

Ekoflorka Czekolada Premium Gorzka 70 % ciemna z Afryki Zachodniej

Obecnie oprócz dobrych, drogich czekolad do degustacji, lubię mieć jakieś nieznane zwyklejsze, ale też potencjalnie dobre, do poznawania. Uwielbiam odkrywać nowe smaki, nie bankrutując przy tym! I nie każdy dzień uważam za odpowiednio spokojny etc. na te najwykwintniejsze, najdroższe. Dzisiaj przedstawianą znalazłam zupełnie przypadkiem i postanowiłam spróbować, co też ta toruńska marka ma do zaoferowania. Robią też inne bio słodycze (krówki, "groszki"), wszystko ręcznie, więc nie wydają mi się czekoladowymi pasjonatami, niemniej miałam nadzieję, że pracują na smacznym kakao.

Ekoflorka Czekolada Premium Gorzka 70% to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Afryki Zachodniej.

Po otwarciu poczułam mocno karmelowy zapach z wyraźnym motywem bardzo mlecznej krówki. Było więc słodko, ale także lekka gorzkawość się zaznaczyła jako kakao na gorącym mleku. Tu tliła się lekka truflowość... jakby truflowo-czekoladowych pierniczków z nadzieniem... również truflowo-czekoladowym... może nawet z odrobinką owoców, a więc czekoladowo-śliwkowym... Może  wiśniowym?

Tabliczka w dotyku była kremowo-tłusta i wydawała się delikatna, jednak przy łamaniu zaskoczyła masywną twardością. Trzaskała, wydając dość głośny trzask, sugerujący, iż jest ona bardzo pełna, gęsta.
W ustach rozpływała się łatwo, w umiarkowanie-szybkawym tempie. Okazała się kremowa i gładka, znacząco tłusta. Była zbita, masywna, ale znikała dość wodniście, rzednąc na jakby wodnisty kremo-budyń. Chwilami któraś z jej fal potrafiła przynieść lekko pyliście-trzeszczący efekt.

W smaku przywitał mnie karmel... owa krówka. Mocno mleczna. Poważniejszy karmel tylko otworzył jej drogę. Słodycz krówki dominowała zupełnie. Czułam, jakbym przegryzła suchszo-twardszy wierzch, uwalniający wilgotny, lepki i bardziej ciągnący środek takiego cukierka... Z którego wypływała nie tylko coraz wyższa słodycz, ale też śmietanka.

Wraz ze śmietanką pojawiła się gorzkawość. Otarła się o ziemistość. Podkreśliła ją cierpkość, co wykorzystało jakby truflowe kakao na mleku. Oczywiście gorącym, pełnym i też niemal śmietankowym.

Pod truflę podpływał wątek masy czekoladowo-śliwkowej... jakby z wnętrza jakiś czekoladowych pierniczków? Owoców w zasadzie nie czuć tak mocno, jedynie jako lekką soczystość. Soczystość słodkich nadzień śliwkowych i cukierków wiśniowo-czekoladowych. Te spoglądały w kierunku wiśni w likierze, acz takich niespecjalnie alkoholowych... Jakby procenty podmienić na wodę.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkawość zmieniła się w całkiem porządną gorzkość, czemu pomogła palona nuta. Znów kakao na mleku, odrobinka ziemistości... Ta epizodycznie wzrastała, by zaraz znowu zelżeć. Wszystko to miało truflowy charakter. Za jego sprawą słodycz nadal rosła, aż zaczęła się zmieniać w karmel.

Jakby karmelowe kakao na mleku? Kakaowy karmel? Przeciął sobie drogę mocno palonym wątkiem, po czym zaczął kompozycję łagodzić, sam zmieniając się w krówkę... może już też bardziej kakaową. Mimo to, słodyczy zdarzyło się (zwłaszcza pod koniec degustacji) nieco nadto zaznaczyć się w gardle.

W tym czasie mleko jakby ostygło... poczułam niemal chłodek, rześkość. Owocowe echo zrobiło aluzję do kwasku, acz ten nie pojawił się. Wiśnie zrównały się ze śliwkami, jednak jedne i drugie były wkomponowane w czekoladkowe realia. Z czasem owocowość zniknęła na rzecz świeższej rześkości właśnie. Pomyślałam o kwiatach, np. rumianku. Był słodki, a jednocześnie lekko cierpki.

Właśnie cierpkość zarówno słodkiego rumianku, jak i wyraźnie kakao została w posmaku. Czułam, jakbym do czynienia miała z mocno kakaowym karmelem i/lub krówką. Wróciły też czekoladki wiśniowe, ale z dziwnym motywem wody zamiast alkoholu. Na szczęście towarzyszyła temu ziemista nuta. Do tego czułam lekką tłustawość na ustach.

Całość okazała się smaczna, ale średnio mnie usatysfakcjonowała. Może nie była bardzo słodka, ale to słodkie nuty w niej przewodziły. Dominował karmel i mleczna krówka. Ogólnie całość przybrała zaskakująco mleczny charakter. Nuta trufli i lekka ziemistość bardzo na plus, końcowy rumianek też okazał się ciekawy. Niestety wszystko dopiero za słodyczą. Konsystencja mi się nie podobała, ale tragiczna nie była. Brakowało mi esencjonalnej gęstości. Taka sobie po prostu. Czekolada ogółem więc wyszła w porządku i tyle.


ocena: 7/10
kupiłam: fitorsweet.pl
cena: 17,15 zł (za 85g)
kaloryczność: 573 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 25 lutego 2022

Wegańskie Serce Czekolada Gorzka 70 % z Żurawiną ciemna z Afryki, Ameryki Północnej i Południowej

Jakiś czas temu uznałam, że nie lubię żurawiny. Znaczy... nigdy nie trafiłam na taką, która by smakowała tak, że chciałabym ją jeść samodzielnie (bo np. rodzynki, daktyle czasem tak jadam), w czymś natomiast mogę ją tolerować. Problem mi sprawia, że zazwyczaj występuje dosładzana / kandyzowana. Takich rzeczy w odniesieniu do suszonych owoców nie toleruję. Nie rozumiem, dlaczego biednej żurawinie to robią. I nie rozumiem w zasadzie, dlaczego coraz częściej robią czekolady z nią. Nie powiedziałabym nawet tak obiektywnie, że pasuje do nich bardziej niż jakiekolwiek inne owoce. Może nie zwróciłabym na to uwagi, gdyby nie fakt, że uzbierały mi się dwie z nią - i o dwie za dużo. Obie dostałam od producentów. 

Wegańskie Serce Czekolada Gorzka 70 % z Żurawiną to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Afryki, Ameryki Północnej i Południowej z kawałkami żurawiny.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach palonych, aż nieco przypalonych ziaren kawy oraz soczystej żurawiny. Chyliła się raczej ku słodyczy, choć i kwasku jej nie brak. Całość była zwyczajnie, ale nie za wysoko słodka. Palone nuty z czasem odsłoniły aż nibsowo-ziemiste tony, co podsycała żurawina, ale... zaburzała je nuta, która mi kojarzyła się z przypaloną czekoladą / czekoladową polewą, rozpuszczaną w garnku, rondlu czy czymś. Cierpka spalenizna nie była tu zbyt przyjemna, ale był to ten poziom, co to w smaku mógł pójść albo w "pozytywną spaleniznę", albo nie.

W dotyku tabliczka przedstawiła się jako lekko tłustawa. Przy łamaniu nie trzaskała, ale popisała się wysoką kruchością, sypiąc okruchami wszędzie, gdzie się dało. Jej bardzo proszkowy przekrój to wyjaśniał. Na oko, właśnie w przekroju i jako wypukłości na spodzie, żurawin nie było zbyt wiele. Jak się okazało, wystąpiła jako kawałki mikroskopijne i kilka średniej wielkości, w których ważną rolę odegrały skórki.
Czekolada bazowo rozpływała się w umiarkowanym tempie, gładko, dopiero z czasem wykazując coraz silniejszą pylistość. W końcu wydawała się aż trzeszcząca (mimo że oczywiście jej nie gryzłam). Powoli wyłaniała się spod niej żurawina pod postacią malutkich kawałków. Początkowo była twarda, jednak miękła. Gdy już czekolada zniknęła, odznaczała się jędrnością i lepkością suszono-kandyzowanych, całkiem ok owoców. Zęby obklejała tylko trochę, skórki nie dręczyły (mimo że były). Dało się ją po ludzku pogryźć, zjeść.
W trakcie jedzenia żurawina okazała się dodatkiem marginalnym, niewiele wnoszącym. Dało się jeść i zapominać, że czekolada ją zawiera, po czym nagle trafić na nijaki dodatek do pogryzienia, gdy czekolada już zniknie. Nijakie zaburzenie struktury w poskąpionej ilości.

W smaku pierwsza uderzyła wysoka słodycz z mocno palonym podszyciem. Słodycz cukru (białego, może zahaczającego o duszną pudrowość cukru pudru) była więc zespojona z gorzkością. Ta należała do lekkiej spalenizny, stąd pomyślałam o przypalonym cukrze (ale nie karmelu) i przypalonych ziarnach kawy.

Gorzkość po chwili wzrosła. Poczułam cierpkość i wyraźny smak kakao w proszku. Miało ogromny udział, dodatkowo gorzkość zasadniczą spłycając. Choć czułam kawowo-palony smak otoczony lekką ziemistością, to jednak proste kakao stało na przodzie. Czasami chyliło się ku nibsom, a więc palonym ziarnom kakao. Przypalonym, powiedziałabym. 

Przy nucie nibsów pojawiła się lekka soczystość. Wyobraziłam sobie orzechowo-owocowego surowego batona (raw bara) z nibsami właśnie. Było w nim coś... jakby naturalnie scukrzone, jak owoce w cukrze / z cukrem? 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odsłaniać się zaczęły owoce, a wraz z nimi rosła słodycz. Czysto cukrowa i o "słodziuteńkim" charakterze. Bardziej niż żurawinę, czułam "kandyzowane owoce - możliwe, że czerwone". Cukrowość, kandyzowanie przełamały gorzkość kakaowo-czekoladową smakiem leciutko owocowym. Ten nie rozbrzmiał w pełni, stopowany przez wodnistość / oleistość. Dopiero po chwili lekkiego podsysania owoców obok czekolady poczułam nutę żurawiny słodkiej, a jedynie z leciutkim kwaskiem (mimo że jej nie rozgryzałam). Słodycz i tak robiła się ciężka, a także drapiąca w gardle. Skojarzyła mi się z sosowatym syropem. Może leciutko "waniliowatym", może trochę owocowym. Albo jedno i drugie.

Pod koniec i w samej czekoladowej bazie kwasek zaczął przybierać na znaczeniu. Płynął także z kakao w proszku i jego cierpkości, odchodził od orzecho-nibsów i rósł jako on sam, mieszając się z żurawiną. Wróciły myśli o dość taniej czekoladowo-kawowej polewie, która przypala się w metalowym rondlu. Albo... nieumiejętnie rozpuszczanej w nim czekoladzie? Im czekolady mniej, tym wyraźniej czułam tłuszczowe echo (i z czekolady, i od żurawiny?). Trochę jak jakiś miazgowo-sprasowany baton z owoców, zalany przeciętną polewą czekoladową i dosłodzony (cukrem pudrem?). Pod koniec czekolada zrobiła się bardziej tania, jeszcze uwypukliła kakao w proszku. 

Pod koniec to jakby ono osypało się z żurawiny, zostawiając ją. Gryziona już po czekoladzie smakowała mało wyraziście - ot, kandyzowaną, słodko-kwaskawą żurawiną. Łagodziła gorsze nuty czekolady, ale sama nie była taka, jaką chciałoby się jeść.

Po zjedzeniu został posmak żurawiny z dziwnymi posmakami (kandyzowania? oleju?) i taniej, kiepskiej przypalonej czekolady. Może z nutką kawy i kakao w proszku. Całościowo posmak ten nie był bardzo zły... ale na pewno też nie przyjemny. Dobrze, że nie utrzymywał się długo.

Tabliczka jawi mi się jako mocno średnia. Baza nie zachwyca, ale bardzo zła też nie była. Wyraźnie gorzka, przesłodzona i nieambitna. Jak ktoś chce po prostu gorzko smakującą czekoladę z owocami zjeść, może i będzie w miarę zadowolony, jednak nie ma tu co mówić o jakiejkolwiek szlachetnie czekoladowej gorzkości. Ta, którą czułam pochodziła głównie od palenia - mam wrażenie, że i cukru. Żurawiny dodano raczej mało, co przy takiej bazie jest minusem. Sama nie jestem jej wielbicielką, ale ta tutaj w ogóle nie wyszła jakoś dobrze (średnie kandyzowane owoce i tyle). To znaczy: jeśli marka ma w ofercie także czystą 70%, wersja z żurawiną powinna być szczodrze owocem wypełniona, prawda? A nie "może trafię, może nie trafię". Tabliczka jest trochę poniżej przeciętnej - mnie taka półka nie satysfakcjonuje, nie widzę sensu jedzenia czegoś takiego, więc po kilku kostkach oddałam ojcu (w moich kawałki żurawin były w 5 z 6 kostek). Denerwowała mnie żurawina, której prawie nie czuć, a ogół był nudny.
W odniesieniu do wersji czystej może i wydawała się mniej słodka, ale przybrała nieprzyjemny tłuszczowo-polewowy motyw - pewnie od żurawiny i oleju z niej (jestem bardzo czuła na takie dodatki).


ocena: 4/10
kupiłam: Wegańskie Serce (dostałam)
cena: dostałam
kaloryczność: 514 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, żurawina 8% (żurawina, cukier, olej słonecznikowy), lecytyny sojowe, aromat naturalny

czwartek, 17 lutego 2022

Wegańskie Serce Czekolada Gorzka 70 % ciemna z Afryki, Ameryki Północnej i Południowej

Jakiś czas temu nawiązałam współpracę z małą marką Wegańskie Serce w ramach której dostałam trzy smaki ich czekolad oraz kubek. Choć nie jestem fanką wegańskich zamienników mlecznych / białych (te warianty więc pominęliśmy), przypadło mi do gustu podejście do życia (i zamiłowanie do gór!) właściciela firmy oraz akcja związana z adopcją zwierząt. W ogóle to zapraszam na stronę Wegańskiego Serca. W zgodzie z naturą, powoli, z refleksją... Lubię takie życie i takie degustacje. Testowanie zaczęłam od klasycznej ciemnej.

Wegańskie Serce Czekolada Gorzka 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Afryki, Ameryki Północnej i Południowej.

Czekolada pachniała bardzo mocno paloną, gorzką kawą łagodzoną przez lekką maślaność... może maślaność nieco orzechową? Palona kawa wiązała się też z motywem palonej, przypalanej polewy - kakaowej? Jakbym nachyliła się nad torbą z suchym kakao w proszku. Potem naszła mnie wizja rondla, w którym, lekko przypala się rozpuszczana czekolada, jak jest to-to opalane... drewnem. Sporo miejsca w kompozycji zajęło drewno i drzewa. Częściowo palone i aż zwęglone, a częściowo reprezentujące las, korę i ziemię. Ziemia była raczej sucha, czarna... Może lekko duszna? Za tym optowała niska, a właśnie duszna i wyraźna, prosta słodycz.

Na dotyk tabliczka sprawiała wrażenie tłustawo-ulepkowatej. Wydawała się pylista i lekko brudząca dłonie, przy łamaniu natomiast dość miękkawa. Mimo że miękka nie była. I mimo pewnej solidności, nie trzaskała. Była zwarta i nie kruszyła się, mimo proszkowego przekroju. Gdy kawałek odgryzałam, lekko chrupała, ale wciąż miałam wrażenie, że w ustach zaraz zmięknie.
I do pewnego stopnia rzeczywiście miękła. Rozpływała się w umiarkowanym tempie, bardzo chętnie. Najpierw gładko i aksamitnie. Z czasem bardziej miękła i dała się poznać jako tłustawo-mazista, gęstniejąca, a jednocześnie pylista. Pozostawiała maziste smugi, kojarzące się z rozrzedzonym smarem. Pylistość nasilała się z czasem, przechodząc we wręcz trzeszczącą proszkowość. Nie gryzłam, a i tak to czułam jako proszek osadzający się na zębach. Było w niej coś trochę z ulepka, ale takiego kremowego i do pewnego stopnia przyjemnego.

W smaku jako pierwsza swoją obecność zgłosiła słodycz o prostym, trochę cukrowym wydźwięku. Pomyślałam o wacie cukrowej, a raczej jej zacukrzonym patyczku. Nie była wysoka, ale wyrazista. Podkreślał ją, jakby scalony z nią na stałe, motyw orzechów włoskich (w które błyskawicznie zmienił się patyczek). Wyobraziłam sobie przesłodzony nugat z nich, może nawet z "karmelizowanymi drobinkami orzechów, które realnie wyszły jak kawałki w cukrze". Oprócz słodyczy wyraźnie czułam gorzkość.

W ciągu kolejnych sekund słodycz gwałtownie wzrosła, a ja poczułam się, jakbym jadła świeże lub świeżawe daktyle, które naturalnie się scukrzyły. Wyobraziłam sobie daktyle nadziane orzechami (zamiast pestki - orzech). Odnotowałam iluzję waniliową... Nie czystą wanilię, ale jakiś syrop o jej smaku? Zadrapał nieco w gardle, przez co pojawiła się myśl o likierze waniliowym... nasączającym jakieś ciasto / batona (surowego, tzw. raw bara) orzechowo-daktylowego.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa orzechy dzielnie trzymały się dominującej pozycji, choć słodycz... zdawała się pociągać za sznurki z drugiego planu. Tak naprawdę trudno orzec, co bardziej zwracało na siebie uwagę. Wyobraziłam sobie, że nugat z zrobiono z włoskich i cukru pudru, następnie zaś posypano go kakao w proszku. Odnotowałam także je, w ilości dość sowitej. Pewne jest, że nugat z włoskich z czasem zmienił się w po prostu cukrowopudrowo słodki nugat, cukrowy nugatowy likier / syrop czy sos. Ten zaś, całe to aż ciężkie, duszne przesłodzenie wlał w opisywanego już ciasto-batona. Wyobraziłam sobie, jak kleistą, lepką masę-papkę z daktyli i orzechów nasącza taki zasładzacz... a sytuację wciąż próbuje ratować kakao w proszku, które zagubiło w tym wszystkim swoją gorzkość.

Zrobiło się słodko-ciężko, jednak zawalczyła o siebie pewna drobna soczystość (daktyli?), a z czasem też gorzkawość wzrosła. Poszła w kierunku palonego drewna, palonych drzew... ogólnie drzew. Wyobraziłam sobie suchawy las - te wszystkie stare pnie, kora, sucha, czarna ziemia...

Drzewa wydały mi się zwęglone. Trochę pomagały im orzechy - acz jako cukrowe "coś" (nugato-likier?). Jakby na zasadzie kontrastu podkreśliły nutę węgla. Albo raczej czegoś zwęglonego... Wyobraziłam sobie cukrowo-maślaną polewę kakaowo-jakąś (kawową? orzechową?) przypalaną właśnie w rondlu postawionym na piecu, w którym palono drewnem. Spalenizna i węgiel zaczęły bliżej końca wykazywać lekką kwaskawość, jednak i w niej czuć przesłodzenie - tu wyobraźnia podsunęła mi przypalony cukier puder. Polewą tą postanowiono zalać opisywany już zlepek.

Pod koniec - obok zasładzania - zrobiło się kwaśno-cierpko od kakao proszku. Jednocześnie było zdecydowanie za słodko w cukrowo-waniliowaty, syropowy sposób.

Po zjedzeniu czułam cierpkość, goryczkę kakao w proszku i nutkę spalenizny, węgla, niestety jakby tuszowane zbyt ciężką i silną słodyczą głównie cukru. Drapało w gardle już po małej ilości i czułam, jakbym usta miała wyprane dosłownie daktylami i cukrem.

Całość uważam za przeciętną. Oprócz przesłodzenia, kakao w proszku i poprzypalano-tanich nut, nie było tu gigantycznych wad, które sprawiłyby, że czekolady nie chce się jeść. Wręcz przeciwnie! Chciałam jak najbardziej wczuć się w te wyłapane nuty. Chciałam, by wyszły na wierzch. Chwilami spalenizna wyszła nawet pozytywnie, ale brakowało jej lepszego, wyrazistszego otoczenia kakao. Nugat z włoskich mógłby zachwycić, podobnie jak orzechowo-daktylowy splot, gdyby słodycz cukrowa nie pchała do tego swoich paluchów kryształków; gdyby nie zagłuszyła reszty. Słodycz tej czekolady ogółem mi się nie podobała. Było tu za dużo wszystkiego, wyszła topornie. Dodatkowo podkreślona została cierpkością kakao w proszku. Orzechy włoskie i daktyle, drzewa i węgiel miały potencjał, ale na tym koniec. Cały punkt odjęłam też za strukturę.
Fakt, że otrzymałam dwie tabliczki, przyjęłam z: "ok, zje się kiedyś tam".


ocena: 6/10
kupiłam: Wegańskie Serce (dostałam)
cena: dostałam
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, aromat naturalny

środa, 22 lipca 2020

Michel Cluizel Grand Noir / Dark 85 % ciemna z Ameryki Środkowej, Afryki i Jawy

Nie lubię, gdy niezależnie ode mnie kumuluje mi się za wiele słodyczy / czekolad niezbyt w moim guście. Co innego, gdy to mnie najdzie na coś nietypowego czy postanowię sprawdzić, jak coś tam odbiorę po latach lub zechcę wyrobić sobie zdanie. Gdy jednak ma to związek z np. świadomością, że lepiej zjeść, nim data ważności zacznie się zbliżać... To już gorzej. Gdy więc poczułam się zbytnio takimi rzeczami przytłoczona, uznałam, że to świetny czas na porządnie ciemną tabliczkę Cluizela. Zawsze narzekam na to, że ta marka żałuje zawartości kakao, czasem mi za słodko, za miękko... A tu zapowiadało się coś zupełnie innego. W dodatku blend! Jakoś do blendów mam słabość. Często wydają mi się smakowicie ordynarniejsze niż niektóre z najwyższej półki, gdzie każde ziarno ma swoją historię i rodowód (tak, trochę wyolbrzymiam).

Michel Cluizel Grand Noir / Dark 85 % to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao (blend) z Ameryki Środkowej, Afryki i Jawy.

Gdy tylko rozerwałam sreberko poczułam intensywny, mocno (na granicy przesady) palony zapach i słodycz wanilii, który wyszedł "raczej pozytywnie" (uważam ten duet za ryzykowny, bo w tańszych propozycjach łatwo o mdlący efekt - bardzo ważne są proporcje, jakość itp.). Paloność opierała się na gorzkich motywach drzew i skóry, a także... szyszek. Te właśnie, sugerując drzewa iglaste, mieszały się z pewną rześkością czy chłodkiem. Przy wanilii zaznaczyła się niepewna lukrecja... choć równie dobrze mogła to być też trochę owocowa nuta np. czekoladowego miękkiego placka z waniliowo-jabłkowym farszem.

Ciemna, gładka i lśniąca tabliczka przy łamaniu była odpowiednio twarda, ale wydawała się lekko chrupko-krucha, zwłaszcza przy robieniu kęsów. Trzaskała ładnie, sprawiając wrażenie pełnej.
W ustach okazała się istotnie pełna, dość tłusta w sposób gęsty i trochę mazisty, a trochę wciąż zwarty, na pewno nie zbity. Sama w sobie kojarzyła się z miękkim plackiem z gęstym, owocowym nadzieniem.

W smaku od początku była dość gorzka. Przywiodła na myśl gęstą smołę i niedawno rozlany asfalt... Asfaltową drogę z dwóch stron otoczoną gęstym lasem iglastym. Szczególną uwagę zwróciłam na pnie, korę... To tu mocne palenie podyktowało swoje lekko cierpkie warunki. Smak był intensywny, ale nie chamski. Mocne nuty zdawały się rysować na migdałowym tle. Poczułam kawę. Jakby... teoretycznie delikatną, rozpuszczalną, ale w takich proporcjach woda:kawa, że niemal gęstą, albo gęstą od pianki, która się na niej utworzyła. Wszystko to cechowała gęstość, wilgotność.

Kawa, kakao i migdały dobrały sobie z tych gęstych mokrości nieujawniającą się wcześniej maślaność, tworząc obraz kakaowego, miękkiego i dość tłustego placka z owocową, kwaskawą nutą. Niepewnie postawiłabym na jabłka, może z odrobinką kwaskawej żurawiny. Całość jednak była dość gorzka i nie taka wilgotna, bo oprószona solidną ilością kakao.

Owoce, słodkie i w dodatku dosłodzone wanilią, mniej więcej w połowie nieco przybrały na znaczeniu. Dodały rześkości, która następnie schłodziła paloną kompozycję. Przytoczyła lukrecję, a palone nuty kawy, asfaltu i smoły wepchnęła w bardziej niejednoznacznie drzewne, a palono-drzewne, szyszkowo-drzewne, asfaltowo-drzewne klimaty. Znowu zaplątały się tu migdały. Asfalt zaczął przy tym przechodzić w skórę, pomyślałam więc o meblach z drewna i skóry.

Wirowały, przepychały się, aż w końcu udało się na przód wyjść paloności i skórze. Bliżej końca, mimo właśnie wyczuwalnego mocnego palenia kakao, wzrósł chłód. Skóra, lekko osłodzona wanilią, pozwoliła sobie na zasugerowanie delikatnego kwasku i cierpkości... Może nawet lukrecji? Następnie znów odbiła w bardziej smoliste, nieowocowe klimaty.

W posmaku pozostała słodycz wanilii i silna paloność. Cały czas w głowie zalegał maślany placek z nutką owoców, ale na przodzie znalazły się niemal cierpkawe paloności: drzewa, asfalt, skóra i kawa, a także migdały. Wszystko to jakby osuszone przyjemną pylistością kakao.

Całość wyszła prosto w przekazie, wyraziście i niechamsko. Zdecydowane, konkretne i "ciemne" nuty nie przełożyły się na zbytnią ciężkość, a słodycz trzymała się niskiego poziomu. Zdecydowanie był to popis dobrej gorzkości kawy, asfaltu, drzew i migdałów z ciekawie modelującym wszystko kakao w przystępnym wydaniu. Ciekawe były skojarzenia z plackiem, gdy chodzi i o smak, i strukturę. Może nie takie mocno w moim guście, ale czekolada była smaczna, to nie podlega dyskusji. Podobnie nie wiem, czy jestem przekonana do tak mocnego palenia... nie, że było za mocne, ale czy tutaj pasowało? Sama nie wiem.
Skojarzyła mi się z nieco bardziej uładzoną wersją (dla "wysublimowanych kubeczków smakowych") Pralus Djakarta Criollo - Trinitario 75 %.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 18 zł (za 70g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 600,2 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier tłuszcz kakaowy, wanilia burbońska.