Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaitxo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaitxo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 lipca 2026

Kaitxo Speciality Chocolate Peru Chulucanas, Piura 75 % ciemna

Przygotowując posta pod recenzję, chciałam znaleźć tę czekoladę na stronie producenta. Jakież było moje zdziwienie gdy... trafiłam na problemy. Jakby czekoladę wycofano? Znalazłam za to jakąś "Special", też z Peru, ale z marną zawartością 70%. Marną w odniesieniu do posiadanej! Uf, wyglądało na to, że miałam szczęście z trafieniem na dziś przedstawianą. Ponoć zwą ją "el txakoli de los chocolates" ze względu na jej wyraźną i wyrazistą owocową kwasowość. Google mi z tym pomógł: chodzi o Txakoli wśród czekolad! Hm... dalej dość enigmatycznie. Po krótkim researchu okazało się, że Txakoli to lekkie, wytrawne, owocowe wino produkowane głównie w Kraju Basków w Hiszpanii, charakteryzujące się wysoką kwasowością, delikatnym musowaniem i niską zawartością alkoholu. Tabliczka ta dwukrotnie zdobyła brąz w w konkursie International Chocolate Awards 2018 i 2020 w kategorii europejskiej. Widać ta hiszpańska marka wiedziała, jak poradzić sobie z wysoce cenionym białym kakao Palo Blanco od producenta Cesar Vallejo. Nie ukrywam, że zrobiłam się jej bardzo, bardzo ciekawa

Kaitxo Speciality Chocolate Peru Chulucanas, Piura 75% to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao Nativo Blanco z Peru, z regionu miasta Chulucanas, z doliny Kilombero.

Po otwarciu rozbrzmiał słodki zapach kwiatów. Pomyślałam o jaśminie, mimo że kwiatowa nuta otoczona była pewnym ciepłem. Sugerowało kwiatom nawet suszoność, ale jaśmin uparł się na wizję ciepłego, letniego poranka. Suszona nuta nie opuszczała słodyczy i ujawniła się w rodzynkach. Z tym że też nie do końca suchych, bo w głowie siedziały mi słodkie rodzynki nasączono-zawilgocone, z czegoś, np. miodowej masy makowej, bardzo słodkiego sernika, ciasta. Za nimi przemykały jeszcze jakieś bardzo trudne do uchwycenia, dziwnie wręcz słodziutkie czerwone owoce. Motyw ciasta je przysłaniał, serwując jeszcze orzechowość, układającą się w migdałowe (z mąką migdałową) ciasto czekoladowe. 

Niestety czekolada dotarła do mnie połamana, w kiepskim stanie. Tam jednak, gdzie już miałam okazję przełamać ją sama, trzaskała głośno niczym gałązki, z chrupkim pogłosem.
W ustach rozpływała się trochę miękkawo-lepkawo, średnio wolno. Czuć w niej wręcz piaszczystość, ziarnistość, przekładające się na pewną suchość. Z czasem rozeszła się soczystość, która częściowo odciągała uwagę od jakby skrytej pylistości. Końcowo nawet trochę ściągała.

W smaku od początku czuć przede wszystkim słodkie białe kwiaty. Powiedziałabym, że jaśmin, choć nie był w 100% jednoznaczny, możliwe, że towarzyszyły mu jakieś inne kwiaty. Poczułam też ciepło.

Przez sekundę czy dwie ciepło próbowało zasugerować kwiatom ich suszone wersje, ale suszony motyw jednak popłynął w kierunku bardziej... herbacianym. Możliwe, że fusy czarnej herbaty urozmaiciły jakieś kwiaty, ale jaśmin uparł się na wydźwięk świeższy. Zbudował obraz krzewów mijanych letnim porankiem - i tu w powietrzu znalazło się ciepło.

Słodycz po paru chwilach naparła z nową siłą. Wciąż poniekąd trzymała się kwiatów, ale odnotowałam w niej też aż nieco karmelowo cukrowy ton. Kwiaty później trochę się wycofały.

W tym czasie trochę na boku rozwinął się i zabłysnął kwasek. Średnio silny, ale pilnujący, by słodycz nie przegięła za bardzo. Odciągał trochę od niej uwagę. W pierwszej chwili pomyślałam o cytrynie, ale... kwasek ten po chwili jakby osiadł w rodzynkach, decydując się na fuzję ze słodyczą. To sprawiło, że ani słodycz, ani kwaśność długo za bardzo się potem nie umocniły. Potem, za rodzynkami, przemknęło mi jeszcze trochę... owoców czerwonych? Ale dziwnie niecodziennie słodziutkich...

Herbata przeszła w nieco wytrawny motyw. Pomyślałam o czarnej herbacie z prażonym ryżem (wyobrażenie, bo na pewno jest taka zielona), ale nie była to zbyt jednoznaczna nuta, która jakoś się potem rozmyła... Prażoność jednak zostawiając. Ta przytoczyła pewną niejasną orzechowość.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam niemal ziemisty motyw. Goryczka wzrosła, podkreślając kwasek.

Orzechowość zaskoczyła wówczas na tor migdałowego ciasta czekoladowego o bardzo wilgotnym wnętrzu. Przez moment w zasadzie po głowie bardziej chodziła mi jeszcze surowa masa na takowe ciasto, masa bardzo maślana, ale potem... jednak już ciasto. Niby brownie, ale nie takim typowym, a w dodatku z... rodzynkami?

Rodzynki co i raz podkręcały kwasek. Wsparło je trochę czerwonych owoców. Mimo że też kwaskawych, nieodzownie związanych ze słodyczą. Jakby były to owoce... w jakimś słodkim syropie? Albo z ciasta, nasiąknięte nim czy z masy makowej z miodem, który wchłonęły.

Kwiaty wróciły z nową siłą i swą słodyczą próbowały przysłonić nieco owoce. Wydały mi się same w sobie aż nieco drapiące.

Rodzynki jednak dzielnie o siebie walczyły. Te w migdałowo-czekoladowym cieście pokusiły się o jakby opalaną goryczkę. Ta zaś przypomniała o czarnej herbacie. Herbata jakby się trochę rozproszyła... Pomyślałam o naparze o mocno drzewnym charakterze (bardziej drzewnym niż herbacianym?).

Słodycz i goryczka końcowo owocowym przebłyskom podpowiedziała jeszcze cierpkie skórki cytryny, chyba też z jakiejś masy, ciasta. 

Po zjedzeniu został posmak różnych owoców słodko-kwaskawych, jakby z czegoś: masy makowej, ciasta. Głównie rodzynki, choć czułam też coś czerwonego i cytrusowego. Może to jakieś... owoce w syropie, miodzie? To wpisało się w pewne odczuwalne drapanie. Słodycz końcowo wydawała się wręcz trochę przytłaczająca. W niej znów wyraźnie pokazały się białe kwiaty. Wszystko to tonował motyw migdałowego brownie i jakby drzewnej herbaty.

Czekolada była smaczna, choć dla mnie za słodka. Zwłaszcza po tym, jak naczytałam się o jej kwaśności, zdziwiłam się, że okazałą się w zasadzie raczej kwaskawa. Dużo rodzynek "z czegoś", trochę cytryny, trochę czerwonych owoców zatonęło w ogromie jaśminu, cieście czekoladowo-migdałowym i drzewnej herbacie. Lekka orzechowość nadała głębi i powagi, gorzkość jednak też nie była jakoś szczególnie silna. Wszystko wydawało się spokojne i wyważone, tylko słodycz miała czasem zbyt silne momenty.
Długo myślałam, że wystawię jej raczej 8, jednak w końcu ze względu na jednoznaczność motywu herbaty uznałam, że nawet z lekkim przesłodzeniem zasłużyła na 9. Naciągane.


ocena: 9/10
cena: € 7,30  (za 70g; około 31 zł)
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 12 maja 2026

Kaitxo Speciality Chocolate Tanzania Morogoro, Valle Kilombero 75 % ciemna z Tanzanii

Po zjedzeniu pierwszej i jak dotąd jedynej czekolady hiszpańskiej marki Kaitxo uznałam, że muszę zdobyć ich więcej. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Z zakupionych nie wiedziałam, którą wybrać jako kolejną do jedzenia. Padło na tę, zrobioną z kakao od producenta Kokoa Kamili. Kaitxo zawsze sprowadza do swojej pracowni w Balmaseda sprawdzone niewielkie partie kakao ze sprawdzonego źródła, czyli nic dziwnego, że padło na tego producenta. Choć początkowo Kaitxo zajmowali się kawą i jej paleniem, to, że świetnie radzą sobie też z kakao to nie tylko moje zdanie! Wszak choćby dziś przedstawiana czekolada w 2018 została doceniona brązem przez International Chocolate Awards. Co ciekawe, po zakupie długo leżała u mnie i planując degustację, byłam pewna, że to 70%. Jaką miłą niespodziankę sobie zrobiłam błędnym spisaniem % na liście posiadanych! Kaitxo ma bowiem różne zawartości dla różnych regionów. Tanzanię mają akurat z cudowną - moją ulubioną - zawartością 75%.

Kaitxo Speciality Chocolate Tanzania Morogoro, Valle Kilombero 75% to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao Amelonado, Criollo z Tanzanii, z regionu Morogoro, z doliny Kilombero.

Po otwarciu rozbrzmiał intensywny zapach niedojrzałych, a więc kwaśnych wiśni i charakternej, czarnej wilgotnej ziemi. W niej zaznaczył się lżejszy, roślinno-zielony motyw. Wiśnię wsparł niemal octowo-winny akcent, kojarzący się z wytrawnym sosem wiśniowym, w którym znalazła się też niska słodycz. Ta zalatywała drapiącym jasnym miodem i mieszała się z motywem karmelizowania, który wydawał się stać na boku tego wszystkiego. Słodycz wydała mi się wyraźna i odważna, mimo że kompozycja opierała się na gorzkości i kwaśności.

Tabliczka w dotyku wydała mi się dość tłusta, a przy łamaniu sprawiała wrażenie pełnej i trzaskała, łącząc chrupkość z trzaskiem gałązek.
W ustach rozpływała się w tempie średnim, trochę mięknąc. Była gęsta i niby kremowa, ale zarazem piaszczyście-ziarnista, a także nie tłusta, a wręcz w pewien sposób suchawa. Nie stało to na przeszkodzie, by z czasem roztoczyła wysoką soczystość. Trochę maziście pokrywała podniebienie. Bliżej końca odnotowałam subtelną pylistość, która trochę ściągała.

W smaku przywitała mnie... wręcz słodziuteńkość. Słodycz uroczych, dojrzałych truskawek, która jeszcze rośnie.

Truskawki, choć same w sobie słodziutkie, jakby polano miodem. Jasnym, lekko drapiącym. W słodyczy zaznaczył się lekko palony akcent, kierujący moje myśli na coś karmelizowanego. Raczej w miodzie, ale niekoniecznie... Przynajmniej nie tylko.

Ziemia dała o sobie znać. Początkowo jej akcent subtelnie podkradł się pod słodycz i truskawki, jednak w ciągu kolejnych chwil dała się poznać jako poważna i dosadna. Pomyślałam o ziemi z terenów niedostępnych dla człowieka, dzikiej. Czarna, wilgotna ziemia wyznaczyła kompozycji wytrawniejszy, gorzki kierunek.

Z czasem w ziemi pojawiło się coś lżejszego - kwiaty? Jakby tak wyrwały się od miodu i zrobiły w ziemi miejsce roślinnego, rześkiemu akcentowi.

Po występie ziemi i tym, jak przejęła stery, do truskawek dołączył motyw cierpki, niemal winny i kwaśność. Rosła powoli, ale konsekwentnie, zatrzymując już tym samym wzrost słodyczy na średnim poziomie. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o truskawkach z dodatkiem octu, jednak zaraz zaczęły zmieniać się w octowo-winny sos wiśniowy.

Kwaśne wiśnie wydawały się przetworzone, leciuteńko osłodzone. Jakby tak ktoś coś kombinował z niedojrzałych wiśni. Winnie-octowy motyw przemieszał się ze słodyczą i jednak... uległ jej. Oto wytrawniejszy sos wiśniowy zmienił się w sorbet wiśniowy. Sorbet posłodzony miodem? Albo sos wiśniowo-miodowy, też do lodów. Jak słodycz wśród owoców zaczęła odrastać, wyraźnie wróciły też truskawki, ale już jako przecier. Wciąż jednak w pewnym sensie uroczy.
Owoce w bardzo udany sposób łączyły kwaśność ze słodyczą, która przez sporą część degustacji wydawała się należeć tylko do nich.

Gorzkość usunęła się w tym czasie trochę na rzecz maślanego akcentu. Maślanych nerkowców, orzechów laskowych? Po chwili okazało się jasne, że naturalnie słodkawych laskowych. Takich leciutko pieczonych - te utrzymały się przez parę chwil, a potem maślaność zaserwowała... raczej kruche ciastka? Słodycz i tu się coraz bardziej zapuszczała, więc wygrało skojarzenie z kruchymi ciastkami z dżemem z czerwonych owoców (już mniej jednoznacznym).

Karmel zniknął zupełnie, słodycz trzymała się owoców i owoców w wydaniu na słodko, takich, których słodycz podkręcono miodem. Kwaśność osłabła.

Końcowo ziemia pokazała się jako ugrzeczniona, niczym taka z doniczki, bardzo czyściutka, trzymająca w sobie zadbaną zieloną roślinkę doniczkową. Albo i wręcz kwiatkiem, bo i słodyczy nie brakowało. Gorzkość z maślanością zlały się w jedno, przypominając sobie o laskowcach, ale tym razem surowych orzechach w gorzkawych skórkach.

Po zjedzeniu został posmak przecieru truskawkowego, może sorbetu z miodem oraz kwaśniejsze echo niezbyt dojrzałych wiśni. Wyszły lekko cierrko, co mieszało się z ziemią. Czarną i wilgotną, znów chyba nieco bardziej brudną (ona utrzymywała się najdłużej). Obok zaś na zasadzie kontrastu zaznaczyły się wyraźnie naturalnie słodkie orzechy laskowe.

Czekolada bardzo, bardzo mi smakowała. Kontrastowo słodziutkie truskawki, trochę miodu i kwiatów przeplatały się z niezbyt dojrzałymi, trochę octowo-winnymi wiśniami, które zapewniły sporo kwaśności. Ogrom ziemi, lekka zielona roślinność nadały kompozycji wyraziście wytrawny ton, a maślano-orzechowo-ciastkowy akcent interesująco to urozmaicił. Ogół wydał mi się ostrożnie słodki, a mimo to słodycz miała wiele do powiedzenia. Ciekawy rozkład sił, gdy chodzi o nuty.
Było blisko do maksymalnej oceny. Gdyby była bardziej wolno rozpływającym się gęstym kremem, na pewno by ją zdobyła.


ocena: 9/10
cena: € 7,30  (za 70g; około 31 zł)
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 9 lipca 2024

Kaitxo Speciality Chocolate Nicaragua El Castillero, Rio San Juan 75% ciemna z Nikaragui

Marka Kaitxo została założona w hiszpańskiej gminie Balmaseda w 2017 przez Jona Mikela, który zainteresował się kawą w rodzinnej kawiarni oraz Raquel uwielbiającą czekoladę i czekoladki. Łatwo dodać dwa do dwóch - postanowili serwować ludziom dobre czekolady i kawę, bo właśnie na tym opiera się asortyment Kaitxo. Kakao do tej tabliczki kupiono od kooperatywy San Juan. To blend trinitario, które fermentowały w drewnianych skrzyniach. Najpierw suszyły się 48 godzin - acz w zasadzie... nie wiem, z czym to zjeść, bo użyto sformułowania "they are pre-dried for 48 hours" i dopiero potem były suszone właściwie przez 7 dni. Nie wiem jednak, kiedy były suszone wstępnie... Przed fermentowaniem? Skoro ten czas jest tak rozbity? I w ogóle samo pochodzenie wydało mi się ciekawe, bo kakaowce rosły nad południowym brzegiem rzeki San Juan, w mieście, które jest znane z ruin starej twierdzy, którą zlecili wznieść Hiszpanie w XVII wieku. Rzecz jasna nie liczyłam, że poczuję mury twierdzy, ale lubię takie ciekawostki.

Kaitxo Speciality Chocolate Nicaragua El Castillero, Rio San Juan 75% to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao trinitario z Nikaragui, z regionu miasta El Castillo, położonego nad rzeką San Juan.

Po otwarciu poczułam słodki, charakterny zapach daktyli, mieszających się ze śmietanką... Śmietankowymi lodami waniliowymi? Lodami... chałwowymi? Wszystko to było słodkie, ale z pazurem. Do głowy przyszły mi też scukrzone, ale jeszcze lekko soczyste rodzynki oraz melasa, ale jakby z winogron, bo też z echem soczystym. Ta mieszała się z karmelem, a dokładniej orzechami w karmelu. W soczystości, także wysoce i esencjonalnie słodkiej, doszukałam się podfermentowanej nuty, należącej do granatowych, długich winogron. Przemknęły mi też słodko-kwaskawe jabłka. Albo raczej mus jabłkowy.

Czekolada wyglądała na bardzo kremową i tłustą, a przy łamaniu okazała się twarda i jakby pełna. Trzaskała niczym suche, cienkie gałązki.
W ustach rozpływała się początkowo gęsto i długo wolno, lecz pod koniec znacząco przyspieszała. Zalepiała trochę; niby leniwie, ale konsekwentnie. Była raczej gładka i ochoczo miękła, stając się jedynie gęstawą. Dała się poznać jako kremowa oraz maziście-mulista. Końcowo bardzo rzedła, zasnuwała się pylistością i wydała mi się lekko cierpka. Nawet lekko ściągała.

W smaku pierwsza pojawiła się dość wysoka słodycz maślano-śmietankowego, łagodnego karmelu. Prawie że toffi. Słodycz szybko się rozwinęła w paru kierunkach.

Karmel okazał się otaczać orzechy. Oczami wyobraźni sobaczyłam laskowce w ciągnącym, nie za mocno palonym karmelu.

Pojawiły się waniliowe lody włoskie - z automatu, nieco lżejsze, bo mleczne... Gelato o nie za mocno, ale intensywnie słodkim smaku.

W tle dała o sobie znać gorzkość. Rozwijała się leniwie, pilnując, by słodycz nie przesadziła. Zaserwowała trochę czarnej, wilgotnej ziemi z zacienionego miejsca.

Przemknął też lekki, owocowy kwasek. Przez chwilę pomyślałam o musie jabłkowym... a już po chwili raczej o prażonych jabłkach, do których też doleciało trochę goryczki. Wyobraziłam sobie masę z prażonych jabłek, urozmaiconą rodzynkami. Różnymi: słodko kwaskawymi, słodkimi aż scukrzonymi i specyficznymi, kwaskawymi rodzynkami Golden.

Karmel zaczął w tym czasie robić się coraz bardziej palony. W obliczu owoców i pojedynczych kwaskawych przebłysków wydał mi się nawet trochę melasowy. Palona nuta przybierała na znaczeniu. Orzechy za to prawie zniknęły. Do głowy przyszła mi melasa z winogron, a i same ciemne, granatowe winogrona przemknęły - acz wyraźnie się nie pokazały jeszcze długo.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwasek prawie zniknął, ale soczystszy wątek został. Do bardzo słodkich rodzynek dołączyły daktyle - albo suszone wilgotne, które udają świeże, albo... właśnie świeże i soczyste. A jednocześnie ryzykownie słodkie.

Lekka goryczka słodycz lodów włoskich zmieniła w lody chałwowe, a następnie po prostu w chałwę. Przez moment pomyślałam o chałwie słodzonej daktylami, jakiejś zdrowszej chałwie, ale potem wróciła konwencjonalna. Goryczka sezamu zagrała odważnie, a chałwa przechwyciła orzechy z karmelu. Laskowce pojawiły się tym razem w waniliowej chałwie. Chałwie... waniliowo-kakaowej? Cierpkość rosła. Słodycz jednak też - taka piekąco daktylowa, mimo że daktyle z czasem nieco odłączyły się od chałwy.

Gorzkość z resztą również nie próżnowała. Przemknęła mi...ziemia? Herbata? Nieoczywista nuta wiązała się z drobną pikanterią, zaznaczającą się jako pieczenie w język.

W oddali melasa pobrzmiewała ciężką słodyczą, ale także w niej cały czas tliła się soczystość. Hen, jeszcze za nią znów wychwyciłam przebłyski bardzo, bardzo słodkich, niektórych aż gnilnych granatowych winogron. Szły w nieco winnym kierunku... Acz próbowały pozostać nieodkryte. Ziemia też lekką pleśniową ostrość przejawiała. Raz czy drugi przemknęła mi masa z jabłek, chyba prażonych. Też mocno słodkich, acz z ukrytym kwaskiem. Ogółem słodycz otarła się o przesadę.

Nuta lodów starała się trochę to załagodzić. Tym razem pomyślałam o lodach pełniejszych, zrobionych na śmietance i o samej śmietance. Goryczka sezamu doleciała do niej, a mi przemknęła myśl o herbacie z mlekiem, bawarce.

Zmotywowało to cierpką, intensywną i bardzo mocną czarną herbatę. Wydawała się aż lekko szczypać cierpkością w geście protestu na łagodzenie. Zakończyła wszystko porządną gorzkością.

W posmaku została więc ona: mocna, czarna herbata, a także daktylowa chałwa i ciężka melasa. Nieco przełamana orzechami jako orzechy w melasie / melasowym karmelu? Cierpkość wydawała się aż nieco ostra. To było jakbym wypiła za mocną czarną herbatę. Do tego czułam owocowe echo, acz owocu bliżej nieokreślonego.

Czekolada była pyszna i dość niespotykana. Ni karmel, ni toffi, orzechy otulone karmelem i chałwa, włoskie lody gelato i daktyle porządnie dosłodziły, ale gorzkość łącząca ziemię i herbatę dała niezły odpór. Soczysty mus jabłkowy, granatowe winogrona, mieszanka rodzynek i końcowo lekka ostrość stanowiły cudne zwieńczenie. Podobało mi się osadzenie charakterności w wydaniu deserowych motywów.

Zdrowy i zwęglony karmel, kokos Pralus Nicaragua 75 % miały w sobie coś z daktylowej chałwy, karmelo-melasy i ogólnie chałwy dzisiaj przedstawianej. Mleczne akcenty i pikanteria pojawiły się w obu i obie były skąpo owocowe. Dzisiaj przedstawiana była przepyszna, acz chyba wciąż odrobinkę za Pralusem.
Orzechy laskowe, melasa i ziemia trochę przypominały te z Maua Nicaragua Waslala Region Caribe Norte 75 %, ale w innym towarzystwie.
A daktyle i ziemia, soczystość, acz innych owoców przypomniała mi znacznie słodszą, ale równie charakterną Puchero Chocolate Nicaragua 70 % El Castillero Single Origin.


ocena: 10/10
cena: €5,82 (za 70g; około 25 zł)
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym do niej móc wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy