wtorek, 12 maja 2026

Kaitxo Speciality Chocolate Tanzania Morogoro, Valle Kilombero 75 % ciemna z Tanzanii

Po zjedzeniu pierwszej i jak dotąd jedynej czekolady hiszpańskiej marki Kaitxo uznałam, że muszę zdobyć ich więcej. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Z zakupionych nie wiedziałam, którą wybrać jako kolejną do jedzenia. Padło na tę, zrobioną z kakao od producenta Kokoa Kamili. Kaitxo zawsze sprowadza do swojej pracowni w Balmaseda sprawdzone niewielkie partie kakao ze sprawdzonego źródła, czyli nic dziwnego, że padło na tego producenta. Choć początkowo Kaitxo zajmowali się kawą i jej paleniem, to, że świetnie radzą sobie też z kakao to nie tylko moje zdanie! Wszak choćby dziś przedstawiana czekolada w 2018 została doceniona brązem przez International Chocolate Awards. Co ciekawe, po zakupie długo leżała u mnie i planując degustację, byłam pewna, że to 70%. Jaką miłą niespodziankę sobie zrobiłam błędnym spisaniem % na liście posiadanych! Kaitxo ma bowiem różne zawartości dla różnych regionów. Tanzanię mają akurat z cudowną - moją ulubioną - zawartością 75%.

Kaitxo Speciality Chocolate Tanzania Morogoro, Valle Kilombero 75% to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao Amelonado, Criollo z Tanzanii, z regionu Morogoro, z doliny Kilombero.

Po otwarciu rozbrzmiał intensywny zapach niedojrzałych, a więc kwaśnych wiśni i charakternej, czarnej wilgotnej ziemi. W niej zaznaczył się lżejszy, roślinno-zielony motyw. Wiśnię wsparł niemal octowo-winny akcent, kojarzący się z wytrawnym sosem wiśniowym, w którym znalazła się też niska słodycz. Ta zalatywała drapiącym jasnym miodem i mieszała się z motywem karmelizowania, który wydawał się stać na boku tego wszystkiego. Słodycz wydała mi się wyraźna i odważna, mimo że kompozycja opierała się na gorzkości i kwaśności.

Tabliczka w dotyku wydała mi się dość tłusta, a przy łamaniu sprawiała wrażenie pełnej i trzaskała, łącząc chrupkość z trzaskiem gałązek.
W ustach rozpływała się w tempie średnim, trochę mięknąc. Była gęsta i niby kremowa, ale zarazem piaszczyście-ziarnista, a także nie tłusta, a wręcz w pewien sposób suchawa. Nie stało to na przeszkodzie, by z czasem roztoczyła wysoką soczystość. Trochę maziście pokrywała podniebienie. Bliżej końca odnotowałam subtelną pylistość, która trochę ściągała.

W smaku przywitała mnie... wręcz słodziuteńkość. Słodycz uroczych, dojrzałych truskawek, która jeszcze rośnie.

Truskawki, choć same w sobie słodziutkie, jakby polano miodem. Jasnym, lekko drapiącym. W słodyczy zaznaczył się lekko palony akcent, kierujący moje myśli na coś karmelizowanego. Raczej w miodzie, ale niekoniecznie... Przynajmniej nie tylko.

Ziemia dała o sobie znać. Początkowo jej akcent subtelnie podkradł się pod słodycz i truskawki, jednak w ciągu kolejnych chwil dała się poznać jako poważna i dosadna. Pomyślałam o ziemi z terenów niedostępnych dla człowieka, dzikiej. Czarna, wilgotna ziemia wyznaczyła kompozycji wytrawniejszy, gorzki kierunek.

Z czasem w ziemi pojawiło się coś lżejszego - kwiaty? Jakby tak wyrwały się od miodu i zrobiły w ziemi miejsce roślinnego, rześkiemu akcentowi.

Po występie ziemi i tym, jak przejęła stery, do truskawek dołączył motyw cierpki, niemal winny i kwaśność. Rosła powoli, ale konsekwentnie, zatrzymując już tym samym wzrost słodyczy na średnim poziomie. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o truskawkach z dodatkiem octu, jednak zaraz zaczęły zmieniać się w octowo-winny sos wiśniowy.

Kwaśne wiśnie wydawały się przetworzone, leciuteńko osłodzone. Jakby tak ktoś coś kombinował z niedojrzałych wiśni. Winnie-octowy motyw przemieszał się ze słodyczą i jednak... uległ jej. Oto wytrawniejszy sos wiśniowy zmienił się w sorbet wiśniowy. Sorbet posłodzony miodem? Albo sos wiśniowo-miodowy, też do lodów. Jak słodycz wśród owoców zaczęła odrastać, wyraźnie wróciły też truskawki, ale już jako przecier. Wciąż jednak w pewnym sensie uroczy.
Owoce w bardzo udany sposób łączyły kwaśność ze słodyczą, która przez sporą część degustacji wydawała się należeć tylko do nich.

Gorzkość usunęła się w tym czasie trochę na rzecz maślanego akcentu. Maślanych nerkowców, orzechów laskowych? Po chwili okazało się jasne, że naturalnie słodkawych laskowych. Takich leciutko pieczonych - te utrzymały się przez parę chwil, a potem maślaność zaserwowała... raczej kruche ciastka? Słodycz i tu się coraz bardziej zapuszczała, więc wygrało skojarzenie z kruchymi ciastkami z dżemem z czerwonych owoców (już mniej jednoznacznym).

Karmel zniknął zupełnie, słodycz trzymała się owoców i owoców w wydaniu na słodko, takich, których słodycz podkręcono miodem. Kwaśność osłabła.

Końcowo ziemia pokazała się jako ugrzeczniona, niczym taka z doniczki, bardzo czyściutka, trzymająca w sobie zadbaną zieloną roślinkę doniczkową. Albo i wręcz kwiatkiem, bo i słodyczy nie brakowało. Gorzkość z maślanością zlały się w jedno, przypominając sobie o laskowcach, ale tym razem surowych orzechach w gorzkawych skórkach.

Po zjedzeniu został posmak przecieru truskawkowego, może sorbetu z miodem oraz kwaśniejsze echo niezbyt dojrzałych wiśni. Wyszły lekko cierrko, co mieszało się z ziemią. Czarną i wilgotną, znów chyba nieco bardziej brudną (ona utrzymywała się najdłużej). Obok zaś na zasadzie kontrastu zaznaczyły się wyraźnie naturalnie słodkie orzechy laskowe.

Czekolada bardzo, bardzo mi smakowała. Kontrastowo słodziutkie truskawki, trochę miodu i kwiatów przeplatały się z niezbyt dojrzałymi, trochę octowo-winnymi wiśniami, które zapewniły sporo kwaśności. Ogrom ziemi, lekka zielona roślinność nadały kompozycji wyraziście wytrawny ton, a maślano-orzechowo-ciastkowy akcent interesująco to urozmaicił. Ogół wydał mi się ostrożnie słodki, a mimo to słodycz miała wiele do powiedzenia. Ciekawy rozkład sił, gdy chodzi o nuty.
Było blisko do maksymalnej oceny. Gdyby była bardziej wolno rozpływającym się gęstym kremem, na pewno by ją zdobyła.


ocena: 9/10
cena: € 7,30  (za 70g; około 31 zł)
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.