sobota, 9 maja 2026

Holy Cow 85 % Speciality Cacao Kerala, India Dry ciemna z Indii z pory suchej

Lubię poznawać marki, o których przed zakupem nie wiedziałam. Belgijska Holy Cow zwróciła moją uwagę... nazwą. Ucieszyłam się, że w ofercie mają czekolady o przyjemnie wysokiej zawartości (bo krowa w nazwie najpierw zasugerowała mi raczej mleczne propozycje) i ostrożnie wybrałam jedną właśnie taką. Okazało się, że twórcy marki, Luca i Ellen, od dawna działają z kakao. Już w 2015 założyli GoGround Beans & Spices w indyjskim regionie Udumbannoor (znanym głównie z miodu). Latami udoskonalali proces obróbki kakao i zaopatrywali europejskich producentów w ziarna wysokiej jakości, a po ponad pięciu latach w Indiach, sami zaczęli robić czekolady. Obstawiam, że nazwa odnosi się raczej do indyjskich świętych krów, a nie jak w pierwszej chwili założyłam, mlecznych tabliczek. Tych bowiem w ofercie nie mają. Na pewno wiem za to, że Holy Cow celebruje naturalne różnice w smaku czekolady w zależności od sezonu, porównując kakao zbierane w porze deszczowej (czerwiec – wrzesień) z kakao zbieranym w porze suchej (listopad – styczeń). Pokazują, że zbiory niosą ze sobą unikalne niuanse smakowe. Ja zaczęłam poważnie żałować, że kupiłam tylko dziś przedstawianą. Uznałam, że muszę dorwać też wersję z pory deszczowej (i, tak wybiegając trochę w przyszłość i spoilerując, udało mi się to dość szybko). Oby więc ta okazała się pyszna! W opisie tej zdradzono jednak o wiele więcej niż tylko to, w jakim sezonie zebrano kakao. Otóż, po zbiorach, fermentowało one w skrzyniach z drewna dzikiego jackfruita, a suszone było na słońcu, ale pod specjalnymi płachtami z filtrami UV, na drewnianych stołach z sieciami (tego ostatniego jakoś nie potrafię sobie wyobrazić). W dodatku ręcznie je sortowały kobiety z lokalnej społeczności.

Holy Cow 85 % Speciality Cacao Kerala, India Dry to ciemna czekolada o zawartości 85% zebranego w czasie pory suchej (listopad-styczeń) kakao trinitario i forastero z Indii, z dystrykt Idduki, z regionu Kerala, z okolicy wsi Udumbannoor.

Po otwarciu uderzył zapach czekoladowo-kawowego mousse'u, jeszcze w dodatku przyozdobionego prażonymi kawałkami ziaren kakao. Wtórowało mu mnóstwo drewna, raczej suchego, ale wonnego. Do głowy przyszły mi też drzewa rosnące, żywsze i odrobinka migdałów, ale te tylko wieńczyły mocno drewniany motyw. W tle, za nim, zaznaczyła się suszona skórka cytryny i jeszcze jakiś bardzo, bardzo wycofany ciemny owoc - śliwka? Upita śliwka, nasączona alkoholem? Pierwszoplanowy mousse był subtelnie słodki, mimo że do słodyczy dołożyły się jeszcze kwiaty - intensywne, świeże, rześkie... jaśmin? I plącząca się przy nim ostrawość... lukrecji?

Czekolada miejscami była grubsza, miejscami cieńsza, a ja utwierdziłam się w przekonaniu, że takie wypukłe wzory na kształt struktury diamentu do mnie nie przemawiają.
Kremowo-tłusto wyglądająca, a jednocześnie lekko pylista w dotyku tabliczka była aż niecodziennie twarda i trzaskała krucho-skaliście podczas łamania.
W ustach rozpływała się średnio powoli. Zaraz miękła, dając się poznać jako tłusta w bardzo kremowy sposób. Oferowała też lekką proszkowość, chwilami niemal ziarnistość. Pokrywała podniebienie lepkawymi smugami. Przez większość czasu była gęsta i dość zbita, trochę chłodno maślana, jednak końcowo znikała bardziej rzadko, wręcz tłusto wodniście i zostawiała po sobie taninowe wrażenie.

W smaku pierwsze rozbrzmiały kwiaty jaśminu, przywodzące na myśl te białe kwiatki, rozkręcające się wieczorową porą. I w zasadzie nie tylko same kwiatki, ale całe ich krzewy, wraz z listkami, gałązkami. Pomyślałam o późnym lecie, gdy wciąż jest jeszcze ciepło, ale zaczynają się już pierwsze chłodniejsze wieczory i noce. Kwiaty ustanowiły delikatną, wręcz zwiewną, ale wyraźną słodycz, która potem wcale jakoś szczególnie nie rosła.

Obok odezwało się drewno. Bardzo szybko przybierało na sile, zajmując pierwszy plan. Czułam przede wszystkim suche, dawno już obrobione drewno, ale też odrobinkę drzew. Drzew spokojnych, także suchych, ale rosnących w naturalnym, wonnym otoczeniu. Słodycz zawahała się w karmelowym kierunku, lecz jednak w nim nie poszła.

Do jaśminu zakradł się lekki, ostrawy chłodek - lukrecji? Poniekąd wpisywała się w wizję lekko nią doprawionego czekoladowego mousse'u. Po chwili jednak wyobraziłam sobie jej korzenie, które zaprosiły motyw zwykłych korzeni i ogólnie drewna.

Oczami wyobraźni patrzyłam na plątaninę korzeni w lesie, gdzie ziemia w zapachu ma wiele do zaoferowania. Chłodniejsze akcenty zaczęły uciekać przed znaczącym prażeniem. Prażenie, palenie nadało ziemi rozgrzany ton. Ziemia zrównała się z drewnem i... zbierało się jej coraz więcej i więcej.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa drewno wsparło trochę migdałów, przemknęły mi też jakieś przyprawy. W ogromie ziemi wychwyciła jakby akcent, zapowiedź kawy.

Do drewna w tym czasie dołączył też akcent suszonej skórki cytryny. Trochę cierpki, niekwaśny i suchy właśnie. W oddali przemknęły jeszcze jakieś owoce... ciemne, fioletowe... może śliwki? Charakterne, podwędzane śliwki z motywem dymu. Raz po raz próbowały zdobyć się na lekką soczystość, którą określiłabym jako bardzo uniwersalną, ogólną nutę śliwkową.

Wtórowały im nibsy kakaowe, który wyłoniły się z fuzji ziemi i drewna. Prażone kawałki kakao wyszły gorzko-cierpko, wręcz trochę taninowo winnie. Śliwki spróbowały się pod to podpiąć jako... śliwki nasączone alkoholem. Śliwkową brandy? A baza za nimi na moment złagodniała w maślany sposób.

Zrobiło się bardzo maślano, przemknął mi przez myśl łagodnie słodki maślany mousse i nagle uderzyły palone ziarna kawy. Kawa zajęła pierwszy i drugi plan, jakbym jadła nie czekoladę, a kawoladę (np. 
Pralus Carre De Cafe Noir Arabica), tabliczkę zrobioną jak czekoladę, ale z kawy. Ziarna kawy przystały na wizję czekoladowo-kawowego mousse'u, posypanego ziarnami kakao i kawy.

Nie było jednak bardzo gorzko, bo gorzkość leciutko otuliły białe kwiaty. Zza kawowego bezkresu nieśmiało wychylały się też cytrynowe, ale naprawdę subtelne akcenty.

Po zjedzeniu na bardzo, bardzo długo został posmak mocno kawowy, zupełnie jakby w tej czekoladzie były wyraziste, palone ziarna kawy, którą lekko osłodziły kwiaty. W tle osiadło drewno i rozgrzana, gorąca wręcz ziemia.

Czekolada wydała mi się bardzo intrygująca. Kwiatowo-drewniany początek, chłodny letni wieczór i nagle mnóstwo korzeni, drzew i ziemi, doprawionych migdałami, skórką cytryny i chyba śliwką tworzyły zgraną, smaczną kompozycję, która nagle odchodziła na rzecz kawy tak jednoznacznej, że aż trudno uwierzyć, że to nie kawa dodana. Zresztą tak jak jednoznaczny jaśmin. Ależ to było ciekawe! A jednak chyba za nic nie zgadłabym, że to indyjskie kakao (które przyzwyczaiło mnie do nut przypraw). Dobrze, że słodycz cukru białego nie dawała się we znaki.
Konsystencja po prostu w porządku, przystępna, uniwersalna, więc ogół zrobił na mnie dobre wrażenie i z ogromną chęcią porównam ją z wersją z pory deszczowej (aż specjalnie ją domówiłam! a dziś przedstawianej trochę zostawiłam i uznałam, że z dokończeniem poczekam).
Już tu zdradzę, że dziś przedstawiana subiektywnie bardziej mi smakowała.


ocena: 9/10
cena: £ 7,45 (za 70g; około 36 zł)
kaloryczność: 616 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowe, cukier, tłuszcz kakaowy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.