piątek, 17 maja 2024

J.D. Gross Speculoos Flavour Filled Milk Chocolate mleczna z kremem kakaowym i ciasteczkami korzennymi

U nas w domu, jeszcze przed rozwodem rodziców, gdy byłam bardzo mała, wszyscy uwielbialiśmy ciastka korzenne z nieistniejącego od wieków marketu Plus. To ponoć nietypowe, by dziecko takie lubiło, ale ja nigdy nie byłam przeciętna. A ciastka były wybitne. Ojciec nadal uważa ciastka korzenne za bardzo dobre, stąd i na widok tej czekolady uznał, że się ucieszę. A ja... prawdę mówiąc sama nie wiedziałam. była dobrze zrobiona, ale gdy w prawie we wszystkim zauważałam drastyczny spadek jakości, nie liczyłam, że ta zachwyci jak dość podobna J.D. Gross Winter Edition Mousse au Lait Almond & Cinnamon z 2020 i w ogóle jak Grossy kiedyś potrafiły. Zwłaszcza po  J.D. Gross Creme Brulee Flavour Filled Milk Chocolate z 2024, która choć w sumie dobrze zrobiona, to nie dorównała J.D. Gross Mousse au Lait Creme Brulee z 2020. Dzisiaj przedstawiana to zupełna nowość, więc miała o tyle łatwiej, że nic nie zawiesiło jej żadnej poprzeczki. 

 J.D. Gross Speculoos Flavour Filled Milk Chocolate to mleczna czekolada o zawartości 32 % kakao nadziewana (28%) kremem kakaowym z (7%) kawałkami ciastek korzennych; edycja limitowana na zimę 2023/24; produkowana przez JR Die Schokoladenfabrik GmbH dla Lidla.

Po otwarciu poczułam głównie po prostu cukier wymieszany z ciastkami korzennymi. Częściowo się w nie wpisywał. W korzenności ewidentnie dominował cynamon, aż nieco napastliwy i przerysowany. Wydał mi się piekący, a poziom cukrowej słodyczy bardzo przesadzony. Wszystko to wzrosło po podziale i przy jedzeniu. Aż mleczność czekolady nieco uciekała i wyszło to trochę plastikowo.

Konkretna czekolada wydała mi się polewowo twarda. Przy łamaniu trzaskała, a przy odgryzaniu kawałka kostka krucho pękała. Skrywała miękko-tłuste nadzienie, w którym widać średnią ilość różnej wielkości ciasteczek.
Czekoladę łatwo oddzielić od nadzienia.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo gęsto, dając się poznać jako maślano-mlecznie tłusta. Była mazista i gładka. Szybko odsłaniała nadzienie.
Krem był bardzo tłusty. Połączył oleistość i śmietankowość. Okazał się jednak głównie spoiwem sporej ilości ciastek. Nadzienie to trochę właśnie zlepek ciastek połączonych kremem. Rozpływał się w tempie umiarkowanie-szybkim. Wydał mi się trochę mazisty, acz z czasem zmieniał się w zawiesinę. Końcowo jawił się jako lekko pylisty.
Bliżej końca wyłaniały się z niego kawałki ciastek. Było ich dużo (więcej niż na to wyglądało), a ich wielkość była zróżnicowana. Znalazła się i drobnica, i średnie kawałki, a także parę pokaźnych.
Podgryzane i gryzione na koniec ciastka okazały się twarde, konkretne i bardzo chrupiące. Były suche, masywne, ale nie gęste i dodały całości kryształkowy element. Rozpuszczały się trochę, serwując pylistość i mączność.

W smaku czekolada roztoczyła mleczno-maślany duet, sowicie osłodzony. Słodycz szybko okazała się cukrowa. Rosła błyskawicznie i wraz z nutą cynamonu z nadzienia, którą przesiąkła i która odezwała się już po sekundzie-dwóch, aż próbowała zepchnąć mleczność na dalszy plan. Ta jednak walczyła o siebie cały czas. 

Mleko jakoś się wybroniło, bo i z nadzienia wypływało. Okazało się trochę mleczno-śmietankowe, ale wiodącą nutą wnętrza była cukrowość, mieszająca się z wyraźną korzennością. Cały środek smakował przyprawami - w zasadzie nie da się wyodrębnić samego kremu od ciastek. Odnotowałam też lekką cierpkość, przywodzącą na myśl zacukrzone kakao na mleku z mnóstwem przypraw korzennych. Nie powiedziałabym, że to krem kakaowy - on jakby przedłużał czekoladowość wierzchu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa bardzo wyraźnie wyłaniały się ciasteczka, nakręcające korzenność i cukrowość. Ogólnie jednak przyprawy były wyczuwalne niezależnie od nich. W całości czuć mnóstwo cynamonu o piekących zapędach. Wyszedł trochę przerysowany, sztucznawy. 

W pewnym momencie słodycz zaczęła wręcz palić w gardle. Wrażenie to umocniły ciepłe, rozgrzewające przyprawy, płynące od ciastek - wciąż głównie cynamon, ale też goździki, imbir i inne. Czekolada przy tym wszystkim wydała mi się jeszcze bardziej cukrowa, aż plastikowa, lecz wciąż też mleczna, a krem słodko-nijaki, choć wciąż lekko czekoladowokakaowy (czy raczej "czekoladkowo-kakałkowy"). Wyłapałam w nim też lekką oleistość, dodatkowo spłycającą całość.

Ciastka gryzłam, gdy wszystko inne już zniknęło. Okazały się wyraźnie korzenne, głównie cynamonowo, ale i cukrowo słodkie. Na koniec jednak ich korzenność nieco osłabła - już nie była to korzenność piekąca. Czuć, że zostały wypieczone dość mocno, przewinęło się epizodycznie echo soli.

Po zjedzeniu został posmak nieco piekącej w język korzenności pod dowództwem cynamonu, co wydawało mi się trochę przerysowane, a także lekkie rozgrzanie gardła od cukru. Było bardzo słodko, ciasteczkowo korzennie i mleczne.

Całość w zasadzie wyszła... oddająco tytuł. Poziom cukrowości w tej czekoladzie był co prawda stanowczo za wysoki (przecukrzono nie tylko nadzienie, ale i wierzch), a wręcz sztucznawa cynamonowość nie pomogła. Nie była jednak aż tak strasznie napastliwa, jak się obawiałam. Mleczność trochę uciekła, kakaowość nadzienia też się nie wykazała, a jednak wyszło to... czekoladowo-korzennie-ciasteczkowo. Wszystko osadzone w cukrowych realiach, ale nie było tu jakiś szczególnych wad, których nie dało się przewidzieć. Wydaje się przeciętną nadziewają (nie bez powodu trzymam się od takich z daleka). I jej cukrowość wydawała się wyższa niż w rzeczywistości, bo była realnie niższa niż Creme Brulee (dzisiaj przedstawiana 47g "w tym cukry", podlinkowana 52), a wydawała się słodsza od niej. Mnie szybko zmęczyła - przy trzeciej kostce już podziękowałam.

Reszta trafiła do Mamy, która opisała to następująco: "Jaka słodka ta czekolada, aż przeraźliwie. Niby nie taka słodka, a wydaje się jeszcze słodsza od Creme Brulee. W ogóle nie czuć, że to nadzienie kakaowe, wcale gorzkości czy cierpkości w nim nie czuć. Smakowało prawie jak ta czekolada na wierzchu. I wyszło przez to niezbyt smacznie. Jedyne, co fajne w tej czekoladzie, to te zostające na koniec chrupiące ciastka korzenne. Też nie wiem, czy takie jakieś szczególnie smaczne, ale po prostu jakieś inne, aniżeli po prostu słodkie. Tej czekolady po prostu nie da się za wiele zjeść przez słodycz". Mama ogółem zjadła chyba z 4 kostki, a resztę oddałyśmy ojcu.


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od ojca (a on kupił w Lidlu)
cena: jak wyżej, ale cena to 5,99 zł
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz palmowy, miazga kakaowa, mąka pszenna, laktoza, bezwodny tłuszcz mleczny, odtłuszczone kakao w proszku, orzechy laskowe, lecytyna sojowa, syrop glukozowo-fruktozowy, ekstrakt z laski wanilii, mieszanka przypraw, sól, substancje spulchniające: węglany sodu, węglany amonu; olej rzepakowy, naturalny aromat, ekstrakt cynamonowy

środa, 15 maja 2024

Czarna Czekolada Ekwador 80 % Hacienda Limon ciemna z Ekwadoru

Czarna Czekolada Dominikana 77 % bardzo mi smakowała. Od zjedzenia jej wypatrywałam na Instagramie wiadomości o nowościach, wszystkie czyste ciemne skrupulatnie kupując. Kolejna była właśnie ta. Uśmiechnęłam się, że właścicielka marki, pani Anna, szła w górę z zawartością kakao. Nie mówiąc już nawet o tym, jak pozytywne uczucia wywołuje we mnie myśl, że nawet prawie w domowych warunkach, można stworzyć coś pysznego i autentycznie ciekawego.

Czarna Czekolada Ekwador 80% Hacienda Limon to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Ekwadoru, z plantacji Limon.

Po otwarciu poczułam się, jakbym nachyliła się nad wilgotną, chłodną ziemią oraz parującym, tylko co zaparzonym espresso. Nuty te połączył wręcz soczyście-nibsowy wątek. Nad wszystkim zawisło trochę ciężkawego, gorzkiego dymu, tylko trochę wiążącego się ze średnim stopniem prażenia. Za zimną, czarną glebą znalazła się soczystość świeżej skórki cytryny o goryczkowatym charakterze, ale też trochę kwasku po prostu cytrusowego oraz sugestia wiśni. Te wyłoniły się z czasem., Słodycz kompozycji była niska - połączyła karmel o ciężkim charakterze i wilgotne, cmentarne kwiaty wystawione na chłód.

Bardzo ciemna, w dotyku sugerująca tłustą kremowość, tabliczka była twarda i konkretna. Trzaskała głośno. Wydawała się specyficznie akustyczna. Przy łamaniu nieco się kruszyła.
W ustach rozpływała się powoli i gładko. Cechowała ją maślana tłustość, a także lepka mazistość. Konkretnie wypełniała usta, dając się poznać jako bardzo gęsta. Zostawiała po sobie konkretne, nieco zbyt ciężko-tłuste wrażenie, mimo lekkiej soczystości.

W smaku pierwsza pognała karmelowa słodycz. Już w ciągu kolejnych sekund dopadł ją jednak gorzki dym. Mignęła lekka maślaność, acz nawet nie myślała zbliżyć się do karmelu. Słodycz, choć szybko wystartowała, wcale nie była specjalnie wysoka. Zaraz się uspokoiła.

To gorzkość zaczęła się odważniej rozwijać. Zaserwowała gorące, właśnie zaparzone espresso. Naprawdę mocne, może podwójne? Wciągnęło trochę dymu, ten zrobił się mniej jednoznaczny. Pojawiły się nibsy. Połączyły goryczkę z cierpką soczystością.

Kolejna pojawiła się wilgotna, czarna ziemia. Pomyślałam o chłodnej, zbitej ziemi jesienną porą, z wilgotną, mglistą aurą. Pod gorzkość podpłynęła jednak pewna maślaność... Nieco hamowała jej zapędy.

Słodycz karmelu zadbała o to, by jej palony akcent cały czas pobrzmiewał. Wyszła ciężko, mimo że była niska. To jednak pozytywna ciężkość, chwilami skupiająca sporo uwagi (robiła to jednak charakterem, nie mocą).

Za słodyczą i cierpkością pojawiać się zaczęły soczyste, kwaskawe wtrącenia. Ziemia i nibsy zdawały się kryć albo nie dopuszczać do głosu soczystą, świeżą, kwaskawo-goryczkowatą skórkę cytryny. Ta jednak nie dawała za wygraną.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa maślaności hamującej gorzkość pomogła jeszcze wodnistość... Przez moment wkradła się nijakość, ale już po chwili zmieniła się w zawilgocone, cmentarne lilie w wazonie, zostawione na mgliście-jesienną, wilgotną aurę. Czułam chłód.

Dym znowu dodał charakteru gorzkości. Paloność jednak nie była mocna. Pomyślałam o zimnych ogniach.

Kwaśność w końcu bardziej się wyeksponowała. Poprzez skórkę cytryny weszła też sama cytryna. Towarzyszyło jej trochę słodko-kwaskawych wiśni, a także kwaśny sok z winogron (w wydźwięku podobny do nektarów porzeczkowych).

Z czasem maślaność znów się wyłoniła, tym razem nieco przyciszając owoce. Przewinęła się ogólnie nabiałowa nuta, w której osiadła kwaśność owoców, ale zaraz i ona zniknęła.

Poczułam się, jakby do dominującej ziemi i dymu z espresso, dołączyła smoła. Wlała się na pierwszy plan, niosąc specyficzny kwasek. Zrobiło się jakby pikantnie, ale nie do końca ostro.

Po zjedzeniu został posmak ziemi, z kryjącą się w niej cytryną i ziemi nasączonej kwaśnym sokiem z winogron. Czułam też smołę i dym, które zwieńczyła gorzkość kawy i nieco bardziej soczysta gorzkość nibsów. Karmelowa słodycz zaznaczyła się, ale wciąż była bardzo delikatna.

Czekolada bardzo mi smakowała, była intrygująca, ale wolałabym, by nie szła w taką dziwną, nijaką maślaność i wodnistość. To jednak mała wada, bo ogół był naprawdę bogaty: dym, espresso i ziemia, trochę nibsów, a końcowo smoła odpowiadały za mocną gorzkość. Kwaśno-soczysty splot cytryny, soku z winogron i odrobina słodyczy karmelu, nutka wilgotnych kwiatów zacnie ją ozdobiły. Ogólnie chłodny klimat bardzo mi się spodobał. Gdyby nie jej tłustość, za smak dałabym 9.


ocena: 8/10
cena: 20 zł (za 84g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

wtorek, 14 maja 2024

Maslove Orzechy Arachidowe 100 % Zmielone Extra Zmielony

Jak wspomniałam przy..... , dostałam od Maslove 3 kremy, które według nich powinny bardziej sprostać moim oczekiwaniom niż te, które parę miesięcy temu kupiłam. O ile np. .......... podpowiedziałam sama, tak to była inicjatywa producenta. Jakże rozsądnie zdecydowali się wysłać mi wariant extra gładki po tym, jak podsumowałam Maslove Pekan 100 % Zmielony Pieczony jako zlepek orzechów do chrupania. Zwykłego fistaszkowego kremu nie kupiłabym sama, ale jak już go dostałam, zaciekawiło mnie, jak właśnie taką klasyczną opcję marka proponuje.

Maslove Orzechy Arachidowe 100 % Zmielone Extra Zmielony to naturalny krem z prażonych orzechów ziemnych w wersji "ekstra zmielonej".

Po otwarciu poczułam mocno prażony zapach orzeszków ziemnych, które natychmiast skojarzyły mi się z typowym, amerykańskim masłem orzechowym ("peanut butter") z echem soli, ale też wysoką słodyczą. Po uporaniu się z olejem i już w trakcie jedzenia złudna słoność wydawała się jeszcze niższa, natomiast prażenie wciąż jawiło się jako mocne.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliła średnia ilość oleju - zlałam jakieś 3 łyżeczki, od razu wymieszałam 1,5 łyżeczki. Potem, bliżej dna, krem wymagał dolania tych zlanych 3 łyżeczek (zawsze zlewam do słoiczka, by w razie potrzeby dolać odpowiednią ilość), czyli w zasadzie cały olej wrócił. Krem miał bowiem tendencję do podsychania.
Krem był ruchomy i gęsty, bardzo zwięzły, a także mocno ciągnący. Wydał mi się kleisty, ale na pewno nie suchy. Widać w nim drobinki orzechów.
W trakcie jedzenia jakby gęstniał, konkretnie zalepiając usta na długo. Dał się poznać jako bazowo gładki, ale z subtelnym miazgowym efektem, który bardzo mnie ucieszył. Drobinki czuć cały czas, acz gdy krem już zniknął, żadne nie zostały do gryzienia. Masa była bardzo pełna, syta, ale jednocześnie miękka. Pod koniec zostawiała wręcz nieco pyliste wrażenie. Gdy spróbowałam podgryzać krem, znalazł się w nim chrupkawy element.

W smaku pierwsza przywitała mnie mocno prażona nuta. Wtórowała jej słodycz, po chwili nakierowując ją na wizję amerykańskiego "peanut butter". Masło orzechowe z prażonych arachidów skupiło się na słodyczy, ale zdawało się kryć też lekką słoność.

Słonawość złudną, wpisującą się w przesadnio prażony motyw. Przewinęła się, po czym odeszła na tyły, zostawiając na pewien czas prażenie na łaskę słodyczy. A ta rosła miarowo i konkretnie. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji wydała mi się bardzo wysoka, wręcz słodziuteńka.

W ogromie fistaszkowej słodyczy kontrastowo podkreślonej prażonością, doszukałam się maślaności. Ta nabrała odwagi z czasem... Że już nie trzeba było się doszukiwać - była wyraźna. Uspokoiła słodycz, łagodząc ją, ale wprowadziła też lekką mdłość. Stały splątane jakby w opozycji do za mocnego prażenia. Raz po raz doszukałam się w nim lekkiej goryczki. Znów zdawało się też kryć złudną słonawość.

Bardzo mocne prażenie także na końcówce wyeksponowało się mocno, jak i mocno się przywitało. Wróciła myśl o słodko-słonawym maśle orzechowym typu amerykańskiego.

Po zjedzeniu został intensywny posmak mocno prażonych, ale jednocześnie maślano-słodkich, słodziuteńkich orzechów ziemnych, kojarzących się z amerykańskim masłem orzechowym w wersji bardzo, bardzo słodkiej. Pobrzmiewało też echo czegoś niedookreślonego - goryczki?

Krem był ogólnie niezły, ale coś mi w nim nie grało. Podoba mi się, że marka ma różne warianty pasty fistaszkowej - chrupiące, zmielone ekstra itd. Ta była gładka w naturalny sposób, z zostawioną nienachalną miazgowością (to prawie moja ulubiona forma - wolę ciut bardziej znaczącą miazgowość). Co do smaku i zapachu mam jednak parę zastrzeżeń - prażenie było mi za mocne, że aż idące w słonawość i goryczkę. Kontrastowo wydobyło i wzmocniło orzeszkową słodycz, maślaność, co z kolei znów nakręciło mocarność prażenia. Dało to taki efekt, że choć uwielbiam różne kremy orzechowe jeść same, łyżeczką, na ten tak nie miałam ochoty. Zdecydowanie wolę (Sante) Auchan Peanut Paste Smooth 100 % lub np. Grizly Krem orzechowy 100 % Delikatny / Smooth

Z jogurtem z mnóstwem cynamonu i rodzynkami krem ten jakoś się odnalazł. Jego prażony smak został tam trochę poskromiony wszystkimi dodatkami, ale nie był to deser idealny, jak z np. ze wspomnianym kremem Sante z Auchan, w którym wszystko jest niezwykle harmonijne.

Większość słoja zjadły więc szczury i Mama (kremu fistaszkowego ogólnie przejada więcej ode mnie, bo je codziennie na śniadanie). Stwierdziła, że ze względu na problemy z żołądkiem nie opisze go konkretniej, bo będzie to nieadekwatne, ale stwierdziła krótko: "Nie dorównuje temu z Auchan. W tym Maslove jest coś, co mi nie pasuje po prostu, w smaku. Jakaś ukryta niesmaczność. Ale nie umiem tego złapać, nazwać. I chwilami taki niesłodki, może właśnie prażony, charakter za bardzo przeszkadza. Na tostach z serem i dżemem jeszcze jakoś się sprawdza, ale samo mi nie smakuje".


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od maslove.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 19,90 zł za 400g
kaloryczność: 518 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy arachidowe prażone 100%

poniedziałek, 13 maja 2024

J.D. Gross Creme Brulee Flavour Filled Milk Chocolate mleczna z kremem śmietankowym z karmelem

W 2020r. była J.D. Gross Mousse au Lait Creme Brulee, a zimą 2023/24 w Lidlach pojawił się ten sam wariant smakowy, acz w innym wydaniu i ze zmienionym składem. O ile mi ta tabliczka była zupełnie obojętna, tak mojej Mamie nie. Trochę trwało, nim na nią trafiła, ale w końcu jej się udało, a ja przez moje zboczenie blogowe i ciekawość po prostu musiałam spróbować, jak już pojawiło się to u nas w domu. Co ciekawe, na tej był ujawniony producent - to rzadkość, bo ogólnie na Grossach raczej się nie pojawia. Dawno, dawno temu, czyli w 2017 znalazłam informację przy okazji  J.D. Gross Amazonas 60 %, że czekolady J.D. Gross robi firma Raush, a na opakowaniu dzisiaj prezentowanej napisali, że tę zrobiła firma JR Die Schokoladenfabrik GmbH, mieszcząca się na ulicy Wilhelma Rauscha.

 J.D. Gross Creme Brulee Flavour Filled Milk Chocolate to czekolada mleczna o zawartości 32 % kakao nadziewana (31%) kremem śmietankowym z karmelem (5 %; "karmelizowanym cukrem"); edycja limitowana na zimę 2023/24; produkowana przez JR Die Schokoladenfabrik GmbH dla Lidla.

Po rozerwaniu sreberka poczułam zapach mocno cukrowej, choć prawie tak samo mocno mlecznej czekolady, za którą zaznaczył się też cukier palony. Zasugerował słonawość - chyba na zasadzie kontrastu do przesłodzonej czekolady, która przez słodycz wydała mi się lekko plastikowa. Tę próbowało uszlachetnić echo wanilii, ale tonęło w cukrze.

Tłustawo-polewowa już w dotyku tabliczka była konkretna. Przy łamaniu trzaskała. Przy odgryzaniu kawałka kostka pękała, a gruba warstwa czekolady nie wgniatała się w miękkawo-tłuste nadzienie. Czekolada z łatwością od niego odskakiwała. Była twarda i polewowa, a do tego bardzo gruba. W zwartym, konkretnym nadzieniu widać mnóstwo malutkich i znacznie mniej średnich jasnych kawałków karmelu.
W ustach czekolada rozpływała się gęsto i kremowo. Była maślano-mlecznie tłusta i mazista. Zostawiała smugi, znikając umiarkowanie-szybko i prędko odsłaniając nadzienie.
Ono również było tłuste, ale w bardziej śmietankowo-oleisty sposób. Wydało mi się trochę zawiesinowe, ale też maziste. Rozpływało się w tempie umiarkowanie szybkim. Było niby gładkie, ale z sugestią pylistości. W rozpływaniu się, czekolada towarzyszyła mu do końca.
Z czasem z wnętrza wyłaniały się kawałki karmelu. Trochę się rozpuszczał, ale i tak zostawał na koniec. Wówczas delikatnie chrupał w szklisty sposób. Był nienachalny, tylko trochę urozmaicał konsystencję. Wydawało się, że jest go o wiele więcej niż te 5%.

W smaku czekolada przywitała mnie mleczno-maślanym splotem, od którego szybko zaczęła odciągać uwagę przesadzona, cukrowa słodycz.

Mleko jednak całkiem nieźle utrzymało swoją wyrazistość. Było naturalne i wręcz śmietankowe, jednak jego potencjał nikł w coraz bardziej chamskiej cukrowości.
Z czasem czekolada zaczęła robić się coraz bardziej maślana, ale jako że rosła też słodycz, otarła się o plastik. Wydaje mi się jednak, że przesiąkła leciutko karmelkowym wnętrzem.

Nadzienie najpierw jednak podkręciło mleczność i śmietankowość samej czekolady. Okazało się mocno śmietankowe, ale też mocno, mocarnie słodkie. Aż mnie zamuliło, zaczęło drapać w gardle od bezlitosnego cukru. Nadzienie kojarzyło mi się z zacukrzonymi śmietankowymi lodami.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dołączyła do tego nieśmiała nuta kawałków karmelu. W całości jawił się jako delikatny, karmelkowy. To oczywiście jeszcze więcej słodyczy, ale już nie tak jawnej. Kawałki zatopione w mlecznej toni sprawiły, że kompozycja kojarzyła mi się trochę z toffi-karmelowym budyniem, w którym z czasem wyłamał się oleisty motyw.

Z czasem jednak słodycz i tak wręcz mordowała, spłycając smak zupełnie. Czekolada końcowo wydała mi się jeszcze bardziej plastikowa. Była wyczuwalna cały czas, w zasadzie w dużej mierze na równi z nadzieniem.

Kawałki gryzione okazały się leciutko palone. Przedstawiły się jako słodkie karmelki, a nie palony karmel. W porywach, gdy zebrało się ich więcej ta paloność niby bardziej się wybijała, ale i tak była lekka.

Po zjedzeniu już małej ilości zostało przecukrzenie zupełne i drapanie w gardle. Czułam też mleczność, śmietankę i płytką, bo zacukrzoną czekoladowość oraz leciutki oleisty akcent, zaznaczający się na języku. 

Zrobiło mi się smutno przy tej czekoladzie, bo potencjał w niej czuć, a zabito go zupełnie cukrowością. Za gruba, za masywna czekolada trochę przytłaczała środek. Przez poziom cukrowości zmierzała do plastikowego wydźwięku. Nadzienie jednak też nie było jakieś szczególnie dobre. Cukier w nim szalał. Mleczność została spłycona nie tylko nim, ale też oleistością, a zamiast charakternego, palonego karmelu w kremie zatopiono karmelki. To taka zwykła, nadziewana czekolada niewarta uwagi. Cukrowość mnie zmęczyła przy niecałej kostce - aż się jeść odechciewa. Ta czekolada pozostawiała wiele do życzenia, a wydaje mi się, że w 2020 r. w J.D. Gross Mousse au Lait Creme Brulee. wszystko było lepiej wyważone.

Jako że to Mama kupiła sobie tę czekoladę, całą resztę zjadła ona. Powiedziała: "Zjadłam całą, ale żałuję, bo umieram od tej ilości cukru. Żadnych jednak nieprzyjemnych posmaków od np. oleju palmowego nie czułam, a tylko przesłodzenie. Bardzo słodka ta czekolada już od początku. Sama czekolada na wierzchu za słodka i taka mleczno-maślana niby, a bez charakteru. Przytłaczała trochę nadzienie, bo była jak takie za grube denka czekoladek. Nadzienie delikatne, ale też bardzo, bardzo słodkie. Było chyba właśnie dokładnie tym, czym miało być. Śmietankowym kremem z karmelem creme brulee. Całość niczego nie udawała. A w dzisiejszych czasach, że czekolada smakuje tym, co obiecuje, to już plus, bo to rzadko się zdarza. Na pewno ona ponad przeciętna, ale nie tak zachwycająca jak kiedyś. Myślę, że jak ktoś lubi słodkie, nadziewane czekolady, to ona mu bardzo posmakuje. Obecnie ja jednak już aż takiej słodyczy nie lubię". Mama wywalczyła u mnie ocenę 7, bo ja pierwotnie chciałam wystawić 6. W końcu jednak uznałam, że na pewno nie jestem odbiorczynią docelową, więc nie mogę ze zbyt subiektywnych względów oceną tabliczki krzywdzić.


ocena: 7/10
kupiłam: Mama kupiła w Lidlu
cena: 5,99 zł
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy 20%, mleko w proszku pełne, tłuszcz palmowy, miazga kakaowa, mleko w proszku odtłuszczone, laktoza, śmietanka w proszku 3%, bezwodny tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, ekstrakt z laski wanilii, masło, naturalny aromat, sól

sobota, 11 maja 2024

Beskid Chocolate Madagaskar Akesson Bejofo Estate Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao ciemna z Madagaskaru

Ostatnio tknęło mnie, przy promocji na grejpfruty w sklepie, że strasznie dawno nie jadłam czekolad z Madagaskaru o mocno grejpfrutowych nutach (jakie przeważnie występują). Postanowiłam więc jakiś czas po tym sięgnąć po dzisiaj przedstawianą. Potem co prawda mnie tknęło, że może to nie być najlepszy wybór, bo cudowna Beskid Madagaskar Ambanja Superior BIO 80% była zaskakująco mało madagaskarska, no ale trudno. Opakowanie z lemurami mnie wzywało i już! I... nie tylko nimi. Opakowanie kusiło bowiem także informacją, że tabliczkę zrobiono z kakao Criollo zakupionego z plantacji Akesson's Bejofo, której to firmy czekolady wręcz kocham (i dawno nie jadłam!).


Beskid Chocolate Madagaskar Akesson Bejofo Estate Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao criollo z Madagaskaru, z regionu Sambirano, z plantacji Befojo.

Po otwarciu poczułam kwasek i ciepło, rozchodzące się na jogurt, kefir i jagody oraz przyprawy. Z nich wyróżniłam kardamon i pieprz, ale w wersji bardzo rześkiej, czyli raczej zielone odmiany. Ogólnie stała za tym pewna zieloność, roślinny akcent. Owoce z kolei zapewniły mnóstwo soczystości, acz wkradła się w nie też pewna pudrowość. Za jagodami pobrzmiewały delikatne cytrusy, nuta czegoś kwaskawego i ciemnego - ni wiśni, ni śliwek. Kwasku dołożył za to nabiał: kefir i jogurt.

Twarda tabliczka przy łamaniu dała się poznać jako twardo-chrupka. Trzaskała średnio głośno, ale konkretnie. 
W ustach rozpływała się wolno. Zmieniała się w maziście-tłustawy krem. Jego maślaną tłustość przełamało sporo soczystości. Nie zaburzyła jednak miękkiej, budyniowej gęstości. Kształt zachowywała niemal do końca.

Po ustach najpierw rozeszła się słodka mgiełka, przywodząca na myśl wyjątkowo delikatny, acz ewidentnie palony karmel. Zaraz za nim pojawił się kwiatowo-pudrowy akcent, a ja pomyślałam o cukrze pudrze z kwiatowego pyłku (suszonych i sproszkowanych kwiatów?).

Zaraz za słodyczą pojawiła się subtelna gorzkość. W samej słodyczy zaś odnotowałam rześkość - ze względu na kwiaty pomyślałam o drobnych kwiatuszkach pokrytych rosą. Ta zapowiedziała pewną roślinną świeżość, w którą wkradł się lekki kwasek. Wychwyciłam cytrynę, umykającą jednak gdzieś na tyły.

Karmelowa słodycz zaczęła się umacniać. Pomyślałam o szklistych ozdobach z karmelu, wieńczących wymyślne desery. Do karmelu dopełzł dym.

Dym nasilił gorzkość, która po paru chwilach rozkręciła się całkiem nieźle. Dym podkreślił też palony charakter karmelu.

Za sprawą słodyczy weszły jagody, ucinając pudrowe zapędy. Zaserwowały słodycz soczystą, rześką. W nich też pojawił się kwasek. Jagody zostały wzmocnione przez inne ciemne owoce - trochę niemal czarnych, długich winogron (dojrzałych, acz z kwaskiem) oraz... ni wiśni, ni śliwek? Mieszaniny wiśni i śliwek? Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o powidłach... Wyraźnie zaznaczyły swoją obecność też delikatne cytrusy - cytryna i bardzo słodki grejpfrut. 

...Powidłach przyprawionych ciepłymi przyprawami. Te jakby wyszły z dymu i dodały kompozycji trochę pikanterii. Pomyślałam o pieprzu i kardamonie, ale zielonych. Rześkość przejawiała się bowiem w większości nut. Dym dodał im z kolei dosadności - on sam był z kolei wszechobecny. 

Owoce zaczęły prawie gubić kwasek, a słodycz rosła. Do głowy przyszły mi nieco przesłodzone, przypalone powidła, w których czuć paloność cukru. Na pewno czułam słodycz karmelową, ale... też jakby scukrzone suszone, z wydzielonym naturalnym cukrem owoce np. rodzynki z leciuteńkim tylko kwaseczkiem. W pewnym momencie słodycz wydawała się rozgrzewać wraz z przyprawami, a mi przypomniał się pieprz długi (o ponoć piżmowym smaku). Kwasek jednak poratował nabiał. Niejednoznaczny nabiał: kefir, jogurt... może nawet charakterniejszy, kwaskawy twaróg utrzymał kwaśność.

Kwasek z czasem wzrósł za sprawą cytrusowych przebłysków. One jednak też nie były takie tylko kwaśne, kwaśne zupełnie... Czułam słodkie, acz z zaznaczonym kwaskiem mandarynki i trochę cytryn. Może też wyjątkowo słodkiego, suchego grejpfruta.

Cytrusy i nabiał obudziły w gorzkości pewną ziemistość... chowającą się pod dymem. Wydaje mi się, że chyba i ziarna kawy gdzieś tam pod tym wszystkim mi przemykały. 

Po zjedzeniu został posmak dymu oraz owoców: grejpfruta z odrobiną cytryny oraz ciemnych, jagodowych, może mało wiśniowych wiśni i mnóstwa wręcz odymionego karmelu. Czułam cierpkość dymu, odrobinkę ziemi i... jakby kwasku cytrusowej kawy?

Całość okazała się pyszna, acz znów mało madagaskarska. W moim odczuciu wyszła też nieco za słodko - ten karmel i pojedyncze pudrowe akcenty aż przytłaczały. Jednocześnie gorzkość dymu, trochę ziemi wyszły przyjemnie dosadnie, a kwasku też nie brakowało. Nie było go wiele, ale był. Miał zacny charakter ciemnych owoców (jagody, coś wiśniowo-śliwkowego), odrobiny cytrusów oraz nabiału. Jagody i scukrzone owoce wpisały się w słodycz. Tę wzmocniły chyba też ostrawe przyprawy, acz jednocześnie samo ich pojawienie się wyszło na dobre. Zdecydowanie wolę to kakao z mniejszą ilością cukru, czyli wspomnianą Beskid Madagaskar Ambanja Superior BIO 80%. Była w zasadzie bardzo podobna, ale o wiele bardziej owocowa niż słodka karmelowo.


ocena: 9/10
kupiłam: Beskid Chocolate (dostałam)
cena: 25 zł (za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 439 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

piątek, 10 maja 2024

Cinnamon - Peanut Butter - White Chocolate - Pecans

Do niedawna, jeśli miałabym wskazać niezawodną markę kremów orzechowych, jedną z takich na pewno byłaby Grizly. Znaczy... mają trochę kremów nie w moim stylu, ale łatwo po opisie poznać, które to i zwyczajnie je omijać. Niestety po Grizly Láska Nebeská / To Właśnie Miłość trochę zwątpiłam w ich limitki nawet te, które wydają się "moje". Niestety dzisiaj prezentowany krem kupiłam przed dwoma podobnymi, które kompletnie mi nie pasowały. Czy gdybym je znała, zrezygnowałabym z zakupu? Sama nie wiem. Lubię zimowe smaki, ale chyba jeszcze nie trafiłam na pyszny, zniewalający krem orzechowy w takim wariancie. GymBeam Cashew Butter Cinnamon Rolls był niesmaczny dla mnie, taki "nie po mojemu", a Sticky Blenders Migdał Ciasteczka Korzenne po prostu okropny. W dodatku w międzyczasie doszłam do wniosku, że od cynamonu cejlońskiego na pewno wolę zwykły (porównywałam je na instagramie), a ten krem właśnie m.in. cejlońską przyprawę zawierał. Krótko przed degustacją przypomniał mi się Vilgain Sweet Nuts Chocolate Coconut Pecan - też z pekanami, niestety nienajlepszy. Miałam nadzieję, by nie było kolejnego nieudanego kremu z pekanami. Na pewno podoba mi się za to podejście marki, bo z opisu wynikało, że w roku 2023 wydano ten krem na zimę po raz drugi, ale wprowadzając poprawki, jakie sugerowali konsumenci, czyli np. zwiększając ilość cynamonu.

Grizly Christmas Nut Butter Cinnamon - Peanut Butter - White Chocolate - Pecans to krem z prażonych na sucho orzeszków ziemnych z belgijską białą czekoladą i cynamonem cejlońskim oraz kawałkami prażonych orzechów pekan; dostępny w opakowaniach 450g jako edycja limitowana na zimę / Gwiazdkę (mój z edycji 2023/24).

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu rozszedł się intensywny zapach średnio mocno prażonych orzeszków arachidowych, za którymi podążały znacznie delikatniejsze orzechy pekan. Orzeszki otuliła wysoka, maślano-mleczna słodycz. Wprowadziła białą czekoladę, acz częściowo wydawała się naturalnie fistaszkowa. Biała czekolada przedstawiła się jako szlachetna i zmieszana z karmelowo-ciasteczkową nutką, którą zwieńczył także słodki, ciepły cynamon.

Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju, z czego zlałam około 5,5 łyżeczki, może prawie 6 łyżeczek - starałam się bowiem zlać jak najwięcej - do słoiczka w razie gdyby pod koniec słoika już podsechł. Około 1 łyżeczkę już wymieszałam, bo olej za bardzo mieszał się z dość ruchomym wierzchem. Najpierw krem nie potrzebował szczególnie tego oleju. Dopiero gdy postał w lodówce może ze 2 tygodnie, okazało się, że potrzebuje i to bardzo. Cały zlany olej wrócił ze słoiczka do kremu, a i tak był na dnie nazbyt podeschnięty (to wiem od Mamy, bo ona kończyła).

Pełna średniej i małej wielkości kawałków pekanów masa była ciągnąco-ruchoma. Gęsta, ale w miękki i kremowy sposób. Wyglądała na dość tłustą i zwięzłą. Oprócz orzechów widać w nim minimalny miazgowy efekt i trochę kropeczek cynamonu oraz skórek orzechów.
W trakcie jedzenia potwierdziła się kremowa, miękka gęstość, szybko zmieniająca się w jedynie gęstawość. Masa po pewnym czasie zmieniała się w gęstawą zawiesinę, łącząc w sobie trochę konkretu orzechowego kremu z kremową aksamitnością czekolady. Zalepiała usta średnio mocno i rozpływała się powoli. Okazała się bardzo tłusta w czekoladowo sposób, co mi trochę przeszkadzało (orzechowa tłustość na ogół mi nie przeszkadza). Początkowo krem jawił się jako gładkawy. Przypominał tłusty, z czasem pylisty budyń z minimalnym miazgowym efektem. Czuć w nim namiastkę drobinkowej miazgowości, wpisaną w lekką pylistość. 
Drobinek było tak mało i były tak malusieńkie, że w zasadzie nawet za bardzo nie urozmaicały konsystencji. Punkciki skórek i cynamonu też nie. Robiły to za to pekany.
Na języku dość szybko zaznaczały się drobne i średniej wielkości kawałki orzechów pekan. Dodano ich sporo, ale wciąż stanowiły jedynie dodatek - to nie był jakiś zlep pekanów.
Pekany gryzłam, przeważnie gdy wszystko inne się już rozpłynęło. Z rzadka podgryzałam już nieco wcześniej 
Kawałki okazały się chrupko-kruche z racji podprażenia, ale wciąż tłusto-miękkie i trochę trzeszczące w charakterystyczny dla nich sposób. To w większości średnie kawałki, ale też sporo małych i mniej bardzo małych.
Kropeczki cynamonu czy skórek orzechowych trudno z całości wyłowić, by chrupnąć, nawet na upartego.

W smaku przywitała mnie słodycz białej czekolady o znaczącym charakterze, ale zaskakująco przystępnym poziomie. Dała się poznać jako szlachetna i mocno maślano-mleczna.

Maślana słodycz umocniła się ze względu na orzeszki ziemne. Podkręciły ją, poniekąd same przedstawiając się właśnie jako maślane, a trochę na zasadzie kontrastu. Zaznaczyły swój średnio, acz dosadnie prażony akcent. Po chwili wyprzedziły białą czekoladę i znalazły się na pierwszym planie.

Słodycz rozwinęła się, ale już nie rosła. Zaserwowała maślane ciastka, obok których pojawił się delikatny, palony, ale maślany karmel. W jego paloności zagościło ciepło. Właśnie w cieple osiadł cynamon, który pojawił się w tym czasie w tle.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach cynamon przybrał na sile, ale ogólnie wyszedł łagodnie i słodko. Nie był ostry, a ciepły. Ewidentnie czuć, że to cynamon cejloński! Znacząco rozgrzewał, ale bez piekącego aspektu. Wprowadził do gry nutę pekanów, które leciutko czuć nawet bez rozgryzania.

Słodycz należąca do białej czekolady była szlachetna, trochę karmelowa i dzięki temu harmonijnie połączyła się ze słodkim, subtelnym i specyficznym cynamonem cejlońskim. Razem zagłuszyły prażony wątek orzeszków ziemnych. Nagle zaczęły wydawać się niemal surowe i naturalnie słodziuteńkie. Zdarzyło im się zrobić aluzję do nerkowców.

Krem stał się bardziej maślano-mleczny, słodki w ciepły sposób niczym maślano-śmietankowy, ciepły budyń z odrobiną cynamonu cejlońskiego. Fistaszki końcowo dopuściły do głosu sporo orzechów pekan.

Pekany gryzione na koniec okazały się bardzo wyraziste. Tak jak arachidowa baza, były lekko podprażone. Zaserwowały 200% swego smaku, który połączył słodycz i naturalną, orzechową maślaność. Robiły aluzje do goryczki skórek, jakby smakowej, ciepłej suchości, a także tonowały słodycz "dodaną", czyli białej czekolady.

Po zjedzeniu został posmak maślano-mlecznej czekolady o zgaszonej, szlachetnej słodyczy, ciepło łączące cynamon ewidentnie cejloński i trochę karmelu oraz arachidów o znów wyraźniej prażonym charakterze. Stały na równi z tylko co pogryzionymi pekanami.

Krem okazał się niezły i bardzo przemyślany, ale nie w moim typie. W zasadzie trudno mu coś zarzucić, ale mi brakowało w nim pazura. Wszystko tu wydawało się subtelne i zgrane. Wyraziste orzeszki ziemne to idealna baza pod ryzykowne połączenie białej czekolady i cynamonu. Z nimi nie przesadzono, dzięki czekolada jedynie przyozdobiła wszystko szlachetną słodyczą, a cynamon nie gryzł w język. Wyraźnie czuć, że to delikatniejszy, słodki i dość specyficzny cynamon cejloński - ja utwierdziłam się, że nie przepadam za nim, wolę kasję. Arachidowa baza pod ich wpływem ciekawie przeszła od średnio mocno prażonej do niemal nieprażonej. Pekany wniosły wiele dobrego, bo po prostu były smaczne i pasowały tu do wszystkiego. A jednak dla mnie fistaszki z białą czekoladą i takim innym, w pewnym sensie łagodniusim cynamonem to po prostu trochę nuda. Raz (145g) zjadłam jako ciekawostkę w sumie ze smakiem do pewnego momentu (końcowo uznałam, że mogłam nałożyć znacznie mniej, mimo że dobrych kremów to tyle zjadam spokojnie), ale na resztę nie miałam ochoty i wolałam oddać Mamie (gdyby nie ona, jakoś bym zmęczyła).

Mama zjadła troszeczkę łyżeczką, sporo na ciastkach. Jej ogólna opinia: "Rzeczywiście ten krem w zasadzie nie jest zły, że nie można nic zarzucić. W sumie nawet dobry, jak tak się wczuć. A jednak i dla mnie coś w nim nie pasowało - właśnie ja też nie lubię cynamonu cejlońskiego, a w tym kremie bardzo dobrze czuć, że dodali właśnie cejloński. Myślę, że ze zwykłym to wyszłoby o wiele lepiej, z charakterem. A tak ten posmak cejlońskiego cały czas był i przeszkadzał, niczego dobrego nie wnosząc. Może jak ktoś lubi cejloński, to się ucieszy, ale ktoś przyzwyczajony do zwykłego, to nie wiem. Szkoda tylko, że na koniec, na dnie funduje taką niespodziankę i tak zasycha na twardo. Próbowałam je na tostach z serem żółtym i dżemem, ale do tego połączenia było za słodkie.".


ocena: 7/10
kupiłam: grizly.pl
cena: 29,99 zł za 450g
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 72% orzeszki ziemne prażone, 18% biała czekolada (cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku), 10% prażone orzechy pekan, cynamon cejloński

czwartek, 9 maja 2024

Zotter Utopia Wine & Fruit / Obst mleczna 50% z kremem śmietankowym z białym winem oraz kremem jabłkowo-gruszkowym z miodem

W zasadzie owocowe nadziewane czekolady mleczne można krótko zaklasyfikować jako "nie dla mnie", ale zdarzają się wyjątki. Gdy mogę dostać jakiegoś dziwnego, ciekawego Zottera za darmo, w przypadku niektórych kompozycji włącza mi się tryb "dlaczego nie?". Ten był w sumie w miarę ciekawy - z racji nadzienia z jabłek i gruszek, które bardzo rzadko występują w czekoladach. W ogóle właśnie opis nadzienia na stronie był bardzo ciekawy, sympatyczny. Wg Zottera idealnie odzwierciedla symbiozę wina i owoców w jego winiarni, gdzie winogrona na wino rosną w cieniu drzewek owocowych w systemie mieszanym (ponoć najlepszym). Podobnie w tej tabliczce winny krem znalazł się pod kremem z owoców. Interesująca inspiracja.


Zotter Utopia Wine & Fruit / Obst to ciemna mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao nadziewana śmietankowym kremem "ganache" z białym winem Souvignier gris i grappą oraz kremem z jabłek, suszonych gruszek i miodu.

Po otwarciu poczułam bardzo mocny i słodki zapach alkoholu, dyktującego ciężki klimat kompozycji. Pomyślałam o białym, owocowo słodkim winie i grappie. Mieszały się ze słodyczą
miodu oraz słodką, wyraźnie mleczna czekoladą o nieco chlebowo-orzechowym charakterze. Spód wydawał się nieco bardziej owocowy i słodko-ciężko-alkoholowy. Choć nasiliło się to po przełamaniu, wtedy ujawniła się też wyrazista śmietankowość. Wpisała się w ciężkość słodkiego alkoholu, który dominował.

Tabliczka była niby konkretna, ale miała w sobie coś z delikatności. Łamana nie trzaskała, mimo że nie była miękka. Sama czekolada łamała się krucho, ale wnętrze było miękkie i ewidentnie delikatne. Obie warstwy odznaczały się plastycznością.
Nadzienie dolne, winne, wyszło bardziej maziście-tłusto. Wyglądało na rzadkie. Górne wydawało się zżelowano-dżemowatym, średnio zbitym kremem z grudkami, pojedynczymi kawałeczkami owoców.
W ustach całość rozpuszczała się w szybkawo-umiarkowanym tempie.
Czekolada rozpływała się kremowo i maziście. Dała się poznać jako gęsta i tłusto maślana. 
Nadzienia szybko do niej dołączyły z racji swojej miękkości. Winne okazało się mocno śmietankowe i maziste, bardzo miękkie i wręcz rzadkie. Znikało najszybciej, z czasem wydając się, mimo gładkości,  trochę pudrowym.
Krem owocowy przypominał połączenie trochę zżelowanego dżemu i soczystego, grudkowatego marcepanu z owoców zamiast migdałów. Wydał mi się rozlazły i bardzo, bardzo plastyczny, gibki. Nie rozpuszczał się jednak tak szybko. W ogóle to bardziej się.. rozchodził.
Na koniec zostawało sporo trzeszcząco-skrzypiących drobinek (mieszanka mikroskopijnych skórek i jakby zmielonych wiórków kokosowych?) i pojedyncze, soczyste i jędrne, wciąż jakby zżelowane kawałki owocowe. To trochę malutkich farfocli i trochę większych żelkowatych kawałków o wyższej soczystości (obstawiam jabłka). Do tego kawałki jędrne i ze skórkami (rodzynki?) i o niższej soczystości, z wyczuwalnymi rzężącymi kuleczkami (gruszki). Gryzione to wszystko było raczej miękkie. Sporadycznie zaplątało się coś trzeszczącego (też soczystego).
Żaden z kawałków nie zaprezentował się jako gąbczaste, suszone owoce, czego można by się spodziewać. Za to, co mnie chyba nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę moje "szczęście" - trafił mi się kawałek łuski od jabłka.

W smaku czekolada przywitała mnie karmelową słodyczą i mleczno-maślanym smakiem. Wydała mi się kryć niemal wiejską nutkę, siankowo-orzechowy akcent. Chlebowy akcent już chciał się zaznaczyć, gdy do gry weszły nadzienia.

Alkohol odezwał się bardzo szybko - miałam wrażenie, że czekolada nim lekko przesiąkła. Winny krem podłączał się pod czekoladę konsekwentnie, natomiast owocowe przeszywało ją i bardziej zwracało na siebie uwagę motywem soku jabłkowego.

Krem winny okazał się bardzo słodki. Wydał mi się nieco biało czekoladowy i mocno śmietankowy. Rozgrzewał alkoholem i cukrem. Także w nim pojawiły się soczyste akcenty, ale nie samych owoców, a rześkiego, owocowego białego wina. Alkohol wydał mi się zaskakująco mocny i podkręcił słodycz. Rozgrzał gardło już w ciągu paru sekund. Przewinęła się winogronowa nuta, a ja pomyślałam o grappie. Podpięła się pod kwasek drugiej warstwy, acz winny krem spróbowany osobno okazał się sam w sobie też lekko kwaskawy.

Krem owocowy wplótł w całość trochę kwaśności. Pomyślałam o soku jabłkowym, mieszającym się z kwaskawymi jabłkami, wkomponowanymi w słodką, przecierową masę. Wyobraziłam sobie masę z pieczonych jabłek i gruszek, zalanych miodem. Tego nie pożałowano, acz wydaje mi się, że pod miodem i tu kryła się alkoholowa nuta (nie wykluczam, że warstwa przesiąkła drugą). Wyszło to jak połączenie dżemu jabłkowego z dodatkiem słodkich gruszek i przecieru-musu owocowego (zwłaszcza, gdy spróbowałam osobno, to skojarzenie było mocne). Przewinęły mi się tam jeszcze rodzynki i... jeszcze coś nieuchwytnego. Ten krem dołożył się do rosnącej słodyczy całości, a jego kwasek delikatnie przeplatał całość. W pewnej chwili, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, okazał się podkręcony cytryną. Chyba też przewijała się tam nuta czerwonych owoców.

Mimo kwaśności, gdy miód z dżemowatej warstwy i alkohol z drugiej się połączyły, zrobiło się zdecydowanie za słodko. Drapało i rozgrzewało, a wszystko pod wpływem tych mocnych czynników nieco się spłyciło. Słodycz zrobiła się ciężka i zaczęła męczyć. Kremy połączyły się, że ich owocowość była nierozerwalna i trochę już niedookreślona, choć jabłka akurat czuć cały czas. Słodycz i alkoholowość nakręciły się nawzajem.

Gryzione kawałki owoców w dużej mierze były słodkie w sposób bardzo soczysty, ale dzięki nim czasem wracał też kwasek. Czułam wyraźnie słodko-dżemowate, chwilami kwaskawe, a chwilami wyraźnie suszone, ale soczyste jabłka. Do tego kwaskawe wtrącenia niedookreślone, chyba m.in. rodzynek, a także sporadycznie słodkie, delikatne gruszki.

Po zjedzeniu został posmak mocnego alkoholu o słodko-owocowym smaku, rozgrzanie nim wywołane, a wzmocnione słodyczą oraz sporo owoców. Czułam kwaśno-słodkie jabłka, gruszki, ale i mnóstwo innych. Kwasek był niejednoznaczny. Słodycz zwieńczył miód i białoczekoladowo-śmietankowy, może nawet lekko kokosowy wątek.

Całość zupełnie mnie nie przekonała, mimo że potencjał w niej czuć. Dżemowata warstwa z jabłek i gruszek była bardzo przyjemna. Mimo miodowej słodyczy, nie brakowało w niej soczystego kwasku. Specyficzna, dżemowato-żelowata struktura zacnie wyszła. Takie coś połączone z "białym kremem" mogłoby robić za alternatywę dla typowych nadziewanych czekolad, ale... właśnie ten biały krem za bardzo się rządził. Wyszedł za ciężko do drugiej, ciekawszej warstwy. Ogrom alkoholu, słodycz - to wszystko zaczynało z łatwością męczyć. Gdyby ten krem zrobić delikatniejszym, bardziej bazowym, kompozycja mogłaby zachwycać. A tak wyszła z potencjałem, a spłycona.

Z 72g zjadłam 33g i tyle wystarczyło, by nacieszyć się ciekawostkowością jabłkowej warstwy i bez emocji resztę oddałam Mamie. Opisała czekoladę tak: "Sama czekolada na wierzchu dobra, ale jakaś za słodka do tego wnętrza mi się wydawała. Górne nadzienie z jabłek i gruszek bardzo, bardzo ciekawe, ma ogromny potencjał, ale jego efekt zepsuła cała reszta. Ten biały krem stłamsił ten owocowy. Mocny alkoholowo, białe wino i coś jeszcze czuć, takie to intensywne, słodkie i aż niepotrzebnie. Za bardzo uwagę przyciąga, a to ta owocowa warstwa powinna stanowić sedno tabliczki. Przekombinowane, za bardzo złożone. Z czasem tam nawet coś jakby piernikowego poczułam, co może i fajne było, ale za dużo tego wszystkiego i w końcu za słodko się trochę robi. Dostawałam od Ciebie lepsze Zottery, bo ten po prostu niezły był".


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 18,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 469 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, suszone jabłka (11%), mleko pełne w proszku, syrop cukru inwertowanego, miód, sok jabłkowy (4%), suszone gruszki (3%), rodzynki, odtłuszczone mleko w proszku, białe wino (2%: zawiera siarczany), masło, grappa, syrop skrobiowy, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), koncentrat soku cytrynowego, suszone maliny, słodka serwatka w proszku, verjuice – sok z zielonych winogron, suszona żurawina, proszek kokosowy (pasta kokosowa, mleko kokosowe, mąka kokosowa), napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), emulgator: lecytyna sojowa; sól, sproszkowana wanilia, chipsy kokosowe, pełny cukier trzcinowy, cynamon, ziele angielskie, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), emulgator: lecytyna słonecznikowa

wtorek, 7 maja 2024

Ara Chocolat Dioni 86 % Perou Grand Cru Dark Chocolate ciemna z Peru

Choć marka Ara wyglądała szlachetnie i obiecująco, przy składaniu zamówienia akurat z niej nic sobie nie wypatrzyłam. Okazało się jednak, że jedna z czekolad, które już wybrałam była niedostępna i sklep zaproponował mi właśnie tę. Zdałam się na los i się zgodziłam, myśląc, że w sumie wyglądała na tyle w moim typie, że to aż dziwne, że wcześniej sama jej nie znalazłam i nie zamówiłam. Ara, w odróżnieniu od innych kupionych, akurat była mi znana... lecz nie z autopsji. Po prostu widywałam ją w internecie. Ara to francuska marka, założona przez parę pochodzącą z Wenezueli Sabrinę i Andrésa, którzy przed rozpoczęciem przygody z czekoladą przepracowali sporo w najlepszych restauracjach w Caracas i Londynie. Dziś przedstawiana tabliczka została zrobiona z kakao z leżącego u podnóża Kordylierów regionu Huanuco, nazwanym w opisie "bramą do Amazonii", co jakoś mnie chwyciło. Może to też brama do pyszności?

Ara Chocolat Dioni 86 % Perou Grand Cru Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 86% kakao z Peru, z regionu Huanuco.

Po otwarciu poczułam dość delikatny zapach kawy, ziemi i starego, drewnianego kredensu. Słodycz zaznaczyła się bardzo subtelnie jako waniliowe, niemal pozbawione palonej nuty, karmelki. W tle przewinęło się też mocno czekoladowe ciasto jeżynowe z soczystym kwaskiem oraz jeszcze ciepłe tosty... z kremem czekoladowym?

Masywna tabliczka w dotyku wydawała się tłusto-kremowa i konkretna, acz przy łamaniu okazała się znacznie mniej twarda, niż na to wyglądała. Była w niej pewna miękkość, delikatność. Już wydawała dźwięk taki zgaszony, przyciszony, który sugerował kremowość. Zwłaszcza przy odgryzaniu kawałka miałam wrażenie, że jej twardość jest złudna. W przekroju połyskiwały kryształki, które trochę mnie wystraszyły.
W ustach rozpływała się umiarkowanie powoli. Była bardzo gęsta i masywna, syta, ale miękła z ochotą. Kształt jednak zachowywała bardzo długo. Trochę zalepiała, roztaczając maślane smugi oraz kredową pylistość. Choć nie była ziarnista, to gładka też nie i właśnie pewną... chropowatość (?) trochę sugerowała... wydając się przy tym połączeniem kremu i gumki do mazania. Zostawiała niemal ziarniste wrażenie, ale w zasadzie nie realną ziarnistość.

W smaku przywitała mnie słodycz przygaszonego karmelu, który ugłaskała wanilia, zagłuszając jego palony aspekt. Chylił się w stronę słodkich karmelków.

Tuż za słodyczą swój udział zgłosiła kwaśność. Niby lekko soczysta, ale jeszcze nie w pełni zdecydowana. Przemknęła mi jednak myśl o kompocie z niedojrzałych, kwaśnych owoców czerwonych. Słodycz się jej jakby trochę wystraszyła i przez długi czas tylko lekko pobrzmiewała, nie próbując zbytnio zwracać na siebie uwagi.

Zdecydowana i odważna była za to gorzkość, która po chwili rozlała po ustach smak kawy. Wzmocnił ją dym cygar. Sporo dymu. Trochę dymu doleciało do kwaśności, acz większość trzymała się gorzkości. Gorzkość i kwaśność napędzały się nawzajem.

Kwaśność wywalczyła odrębność - poszła w soczystym kierunku. Zdecydowała się na mocno czekoladowe ciasto z czerwonymi owocami. Czułam kwaśne, niedojrzałe wiśnie i równie kwaśną żurawinę. Może też kwaśny sok z granatu? Owocowa kwaśność z czasem porzuciła ciasto czekoladowe.

Gorzkość za to rosła konsekwentnie. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dym zrobił się gęstszy i ciemniejszy, cierpki. Mocy nadały mu goryczkowate przyprawy: ciężkawy pieprz i gałka muszkatołowa. W ostrawej goryczce przypraw zaplątała się nuta skórzanej odzieży, która podprowadziła do gorzkości trochę słodyczy.

Przyprawy, ich pewien dosadny aspekt podkreślił kwasek z tła, ale nie wspomnianych już owoców, a inny. Cytryny? Pigwy?

Kawa zatraciła się w dymie, a on... zdawał się unosić znad drewna. Powoli je odsłaniał. Przemknęła mi woń starych, drewniany mebli, kredensu... może ze starymi książkami. Prawie na pewno szafy ze skórzanymi kurtkami i... zamszowymi rzeczami? Chwilami drewno i książka pod wpływem palonego motywu podkradały się pod wizję tostów.

Od tego jednak odwróciły uwagę owoce. Ich intensywność nie osłabła ani na chwilę, po prostu zmieniały swój charakter. Wiśnie i żurawiny przeistoczyły się w czerwone porzeczki. Te dość długo trwały obok kwaśnych jeżyn. Znów pomyślałam o czekoladowo-kakaowym cieście z jeżynami. Wilgotnym i zakalcowym? A może dosłownie mokrym od owoców. Te nagle zaczęły tracić na jednoznaczności. Przemknął mi przez myśl jeszcze rabarbar. Kwaśność niedojrzałych owoców zaczęła się nieco osładzać z racji pojawienia się truskawek - mieszanki dojrzałych i tych nie. 

Po debiucie kwaśności, bardziej wyłoniła się słodycz, cały czas lekko pobrzmiewająca. Wydała mi się już bardziej palona, acz wciąż raczej karmelkowa niż karmelowa. Wróciła, acz po zmieszaniu się z gorzkością, przełożyła się na jednoznaczną wizję kawowych, szklistych cukierków-karmelków.

Po zjedzeniu został posmak starego kredensu, drewna i dymu oraz zgaszonego, przydymionego, ale nie mocno palonego karmelu. Przechodził w kawowe karmelki. Pobrzmiewały też kwaśne owoce - raczej jeżyny, ale też trochę porzeczek i truskawek, może rabarbar i cytryna. Czułam ostrość gorzkich przypraw, a także odymioną ziemię.

Całość wyszła interesująco i smacznie. Początkowa słodycz karmelu-karmelków nie sugerowała, że poczuję takie uderzenie gorzkiego dymu, cygar, kawy i ziemi oraz kwaśności czerwonych owoców, jeżyn, cytryny i niejednoznacznych przebłysków granatu, rabarbaru, pigwy. Wszystko to na czekoladowo-ciastowym tle, zwieńczone charakternymi przyprawami. I ciasto, i skóry, i kredens, i karmelki kawowe były bardzo obrazowe, choć epizodyczne.
Niezbyt przemówiła do mnie tłusto-pylista konsystencja, ale do niej można się przyzwyczaić.


ocena: 9/10
cena: mnie wyniosła mniej, ale cena to € 7,5 (za 70g; około 33 zł)
kaloryczność: 454 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, surowy cukier trzcinowy