Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: wanilia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: wanilia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2025

Cote D'Or Melk BonBonBloc Vanille & Crispy Cacao mleczna z nadzieniem waniliowym z kawałkami karmelizowanego kakao / nibsami

Ta czekolada wydaje się tak nie moja, że wciąż się dziwię, że w ogóle tu trafiła. Dostałam ją od ojca, ale zamiast od razu mu ją zwrócić czy oddać Mamie, przyjęłam ją, myśląc, że w sumie mogę spróbować. Pomyślałam o niej jako o tabliczce ni cookies&cream, ni stracciatella i się zastanowiłam, czy coś takiego jako czekolada w ogóle mogłoby się udać. Tknęło mnie, że już w sumie może się to okazać bardziej funkcjonalne niż lody czy jogurty w tym wariancie, w których kawałki czekolady zazwyczaj wychodzą jak blaszki bez smaku (zazwyczaj? tu z kolei zastanowiłam się, kiedy coś takiego ostatnio jadłam... że już nawet nie pamiętam, a od wielu osób słyszałam, że w tych wariantach czekoladowe kawałki wychodzą smacznie). A jednak mimo wyglądu, to nie miała być tabliczka stracciatella, a z nibsami, o czym dowiedziałam się, już ją mając. Nibsów nie lubię nawet w ciemnych, a białe z nimi lepiej nie wychodzą. Na co więc się porwałam? Sama nie wiedziałam. Obstawiałam, że spróbuję, a reszta pójdzie do Mamy.

(Côte d'Or) Cote D'Or Melk BonBonBloc Vanille & Crispy Cacao to mleczna czekolada z (39%) nadzieniem waniliowym z (4%) kawałkami karmelizowanego kakao / nibsami; produkowana przez Mondelez.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach wanilii, wpisanej jednoznacznie w lody śmietankowe o smaku waniliowym. Wysoka słodycz tego splotu mieszała się z cukrowością samej czekolady, która stanęła tuż za nimi. Chyliła się trochę ku plastikowi.
Po podziale na znaczeniu jeszcze przybrały lody waniliowo-śmietankowe, ujawniając mocno wanilinowe skłonności. Czekolady jednak nie zagłuszyły,

Wielka i gruba tabliczka w dotyku wydała mi się bardzo tłusta. Była masywna ze względu na grubość, ale nie twarda. Nie trzaskała i wydawało się, że najchętniej to by się w ogóle rwała. Cały czas miałam wrażenie, że zaraz zacznie rozpuszczać się w dłoniach (realnie tego nie robiła).
Przekrój ujawnił, że miękkie i plastyczne nadzienie w zasadzie idzie po całości, a nie tylko wypełnia wybrzuszenia kostek. Gdy zaś połamie się czy przegryzie kostkę, widać, że nie pożałowano go. I pokazały się też pojedyncze drobne punkciki kakao. Sama czekolada też stanowiła grubą warstwę - da się ją zdjąć nożem jako tako z kremu ze względu na miękkość, co zrobiłam, by popróbować tych części osobno.
Robiąc kęsa, stykałam się z ogólną miękkością.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo, w tempie szybko-umiarkowanym. Była kleista i maziście-kremowa, a także bardzo tłusta w śmietankowy sposób. Szybko ujawniała nadzienie, łącząc się z nim spójnie.
Krem był jeszcze tłustszy. I to o znacząco, w śmietankowo-oleisty sposób. Okazał się też o wiele bardziej miękki, a do tego plastyczny. Wydał mi się gładki i lepki. Znikał szybciej niż czekolada. Nibsy zaznaczały się na języku po pewnym czasie, ale nadzienie mocno je otulało, więc łatwo nie zwracać na nie uwagi, aż reszta się rozpłynęła. Od niektórych rozchodziła się pewna wodnistość - obstawiam otoczkę z cukru ("karmelizowanie").
Nibsy gryzłam na koniec, tylko na próbę może ze dwa gryząc wcześniej "obok czekolady" - oddzielenie ich od reszty stanowiło wyzwanie ze względu na bagnistą kleistość całości. Przy tych o wiele bardziej zaznaczała swoją obecność cukrowa otoczka - jakby po prostu były obklejone drobnym cukrem. Przez niego aż trudno było skupić się na samych nibsach.
Gryzłam je więc na koniec, gdy wszystko się rozpłynęło. Były wówczas średnio twarde i krucho-chrupiące; suche. Niektóre jeszcze potrafiły bardziej rzężąco-chrupnąć ze względu na cukier, który zdążył zniknąć tylko częściowo.

W smaku mleczna czekolada przywitała mnie mocno mlecznym smakiem. Już sekunda-dwie później wysoka słodycz wyprzedziła mleko. Cukrowość szybko zaczęła dominować, spłycając smak czekolady do cukrowo-plastikowej polewy, w której mleko nie nadążało.
Spróbowana osobno jakby próbowała udawać Milkę, ale w jeszcze bardziej budżetowej wersji.

Nadzienie jednak trochę podbiło mleczny wątek, umacniając go nie tylko mlekiem, ale też wręcz śmietanką. Ta zabrzmiała  równocześnie z waniliową nutą. Skojarzyło mi się to z lodami o smaku waniliowym na bazie mleka i śmietanki. Wyraźnie "o smaku", bo wanilia zdradzała pochodzenie z aromatu. Słodycz rosła nieubłaganie, a nadzienie w dodatku podyktowało jej ciężki, wręcz wanilinowy charakter.
Na czas debiutu nadzienia czekolada trochę się wycofała. To nadzienie stanowiło o mleczności ogółu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zrobiło się za słodko i aż drapało w gardle. Powodowała to głównie cukrowa czekolada. Mimo ogólnej cukrowości i tego, że nadzienie choć starało się być po prostu waniliowym, jawiło się jako wanilinowo sztuczne. Wyłaniające się, niegryzione nibsy za sprawą karmelizowania jeszcze podwyższyły cukrowość.
Za nieubłaganą słodyczą cukru i waniliowo-wanilinową ciężkością odnotowałam też mglistą oleistość. Nadzienie zaczęło robić się trochę bardziej mdławe, niby było mleczne, ale jakby mleko i śmietanka osłabły z sił. Wykorzystała to sztuczność waniliny i plastikowość czekolady.

Końcowo czekolada wydała mi się bowiem jeszcze bardziej plastikowa i wręcz czysto cukrowa.

Nibsy gryzione na koniec jeszcze pamiętały cukrowość otoczki - przy niektórych zaplątały się drobne kryształki białego cukru, który wyraźnie czuć. Nibsy same w sobie okazały się palone i gorzkie, nawet sporadycznie lekko kawowe. Po kumulacji słodyczy i ciężko-plastikowym echu, wyszły jednak zgaszone, bardzo delikatne. Trochę tonowały słodycz, ale tylko tę smakową - w gardle drapało i tak.
Gryzione obok czekolady w zasadzie prawie nic nie wniosły. Otoczenie bardzo je stłamsiło, zgubił się smak nibsów, za to bardzo dobrze czuć po prostu cukier.
Wolałam więc zostawiać je na koniec.

Po zjedzeniu został posmak cukru i sztucznej wanilii, przywodzącej na myśl lody śmietankowo-waniliowe, ale rozrzedzone wodą. Czułam też leciuteńką goryczkę nibsów oraz cukrową, lekko mleczną plastikową polewę, która udaje czekoladę.

Całość była mocno kiepska - nie tylko dlatego, że nie w moim typie. Cukrową, tandetną czekoladę wypełniało przesłodzone, oleiste nadzienie. Oddawało tanie lody waniliowe na śmietance i mleku. Tak, było mocno waniliowe, ale wyszło dość sztucznie, wanilinowo. Mimo że krem napędzał mleczność, była to mleczność stłamszona słodyczą, z tandetną naleciałością. Nibsy wyszły zaskakująco niewyraźnie. Mimo że gorzkawe, to zagubione. Dodano ich chyba za mało i za bardzo je podrobiono, by mogły pomóc reszcie. A w ogóle ich "karmelizowanie", czyli jakieś oklejenie cukrem uważam za kpinę. Po co?
Zjadłam kostkę, a resztę oddałam Mamie. Opisała: "No strasznie słodka całościowo była. Ta czekolada na wierzchu taka polewowa trochę, a nadzienie niezbyt waniliowe. Powiedziałabym, że śmietankowe. Najfajniejsze to w niej były takie kawałki chrupiące. Karmel? Bo chrupały fajnie i przebijały resztę. To były karmelizowane nibsy?! Nie zgadłabym, ale ja się nie znam. Taka tania, ale zwyczajna".


ocena: 3/10
kupiłam: dostałam od ojca
cena: nie znam
kaloryczność: 549 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, oleje roślinne (palmowy, słonecznikowy, rzepakowy), odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, laktoza, serwatka w proszku, kawałki kakao / nibsy 2%, tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyna sojowa; ekstrakt waniliowy, naturalny aromat

środa, 2 października 2024

Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Chai Latte z herbatą i mieszanką aromatycznych przypraw Mleczna 55 % kakao Nikaragua z wanilią, cynamonem, imbirem i kardamonem

Do otwarcia tej czekolady byłam pewna, że zjem ją w domowych warunkach w dniu, w którym chciałam coś mniej degustacyjnego. Marzyła mi się herbaciana kompozycja ze szczyptą przypraw, jednak gdy już ją otworzyłam, odnotowałam zapach taki, że... no cóż, uznałam, że to jeszcze nie jej pora i poczeka do następnego wyjazdu w góry. Zabrałam ją na sporą pętlę w Beskidach. Ruszyłam ze Szczyrku niebieskim szlakiem na Skrzyczne. Po krótkim marszu wyszłam na schronisko i uznałam, że to pora na tę czekoladę.


Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Chai Latte z herbatą i mieszanką aromatycznych przypraw Mleczna 55 % kakao Nikaragua to ciemna mleczna czekolada o zawartości 55% kakao odmiany Amaya z Nikaragui z herbatą cejlońską, wanilią, cynamonem, imbirem i kardamonem; inspirowana indyjskim napojem Chai Latte.

Po otwarciu uderzył mnie intensywny zapach ciepłego cynamonu, który mieszając się z ogromem mleka i słodyczą, poszedł w nieco rzygowinowym kierunku. Oprócz niego czułam korzenno-ciepłe, mniej jednoznaczne przyprawy. Goryczkowaty kardamon mieszał się z orzechowawo-drzewnym akcentem. Doszukałam się cierpkości, być może herbacianej, a także czegoś plastikowo-mydlanego, skrytego w korzenności. Słodycz połączyła wanilię, kwiaty i karmel, lecz nie była za wysoka. 

Tabliczkę cechowała twardość i masywność. Podczas łamania trzaskała nie tyle głośno, co konkretnie, obiecując gęstość i zbitość.
W ustach rozpływała się w średnim tempie. Potwierdziła się jej gęstość. Była bardzo kremowa, tłusta w maślany sposób i niemal idealnie gładka. Sporadycznie trafiłam na leciutki, ziarnisty element przypraw. Była tłusta w maślany sposób, jednak znikała niczym tłuste mleko.

W smaku pierwszy rozbrzmiał intensywny, lekko gorzkawy kardamon, wzmocniony nieoczywistą, cierpkawą goryczką. Zaraz rozłożył się cały korzenny wachlarz, a goryczka przedstawiła się jako czarna herbata. Do dominującego kardamonu dołączył cynamon i odrobina imbiru.

Zza przypraw popłynęło mleko i delikatna słodycz. Mleko nieco spowolniło przyprawy, co wykorzystała słodycz. Zaczęła rosnąć odważnie, ale nie jakoś bardzo mocno. Wpisała się w ciepło, robiąc aluzje do karmelu. Zaraz jednak trochę się wycofał, otwierając drogę wanilii i... kwiatom?

Mleko dało się poznać jako naturalne i pełne, a ze względu na ciepłą pikanterie przypraw pomyślałam o ciepłym mleku z nimi. Zakręciły się w nim... suszone liście czarnej herbaty. Była coraz wyraźniejsza.

Przyprawy z czasem porządniej wydobyły herbatę. Cierpkość uplasowała się właśnie w niej. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dodatkowo wzmocniła subtelne kakao o orzechowym charakterze. Splotło się w jedno z tą łagodną, czarną herbatą. Gorzkość, którą sugerowały przyprawy, nie nadeszła. Czułam jedynie gorzkawość. 

Z czasem słodycz na mlecznej fali wzrosła znacząco. Wanilia wyłoniła się wyraźniej, w zasadzie rządząc w słodkim wątku. To zaś skierowało imbir w ryzykownie nieco mydlanym kierunku. A jednak... jakby próbował zapewnić ostrawą soczystość?

Z pomocą przyszła jednak słodka soczystość z oddali. Była subtelna... Trudna do nazwania, acz może leciutko... Mandarynkowa? Czmychnęła jednak w rześkawe kwiaty. Słodycz jednak nie podjęła tego lżejszego tonu - jawiła się raczej jako dość ciężkawa.

Końcowo łagodna, ale czarna herbata przemieszała się z kardamonem, siląc się na lekką, cierpkawą goryczkę, acz tę skutecznie stopowało mleko i silna, ale szlachetna i niedrapiąca słodycz. 

Po zjedzeniu został posmak kardamonu i jego lekkiej goryczki, spleciony ze szlachetnie cierpkawą czarną herbatą - czy raczej jej cierpkością - oraz cynamonem. Czułam też pełną mleczność i słodką wanilię.

Ogół był smaczny, jednak mam parę zastrzeżeń. Jak na kompozycję stylizowana na herbatę z przyprawami, za mało było mi tu herbaty. Uległa przyprawom i mleku do tego stopnia, że dałabym się nabrać, iż jej nuta pochodzi od kakao. Splot przypraw i mleka wyszedł nieźle, choć i on mógł wyjść lepiej. Na plus, że nie było za słodko. Mimo to, bez wanilii by się obeszło. Ogólnie więc można spróbować i trochę podjeść z ochotą, ale w warunkach domowych, nie górskich mogłoby mnie znudzić w większej ilość (dojeść dojadłam, ale bez szału - gdyby kardamon i imbir nie były nielubianymi przez Mamę przyprawami, tak z 1/3 powędrowała by do niej). 

Przyszła mi na myśl Beskid Chocolate Nikaragua Mila Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % o nutach wanilii, kwiatów, drewna, herbaty z rześkością kokosa. Była oczywiście bardziej gorzka i bogata w owoce, jednak dałabym się nabrać, że to to kakao było bazą ze względu na to, że samo w sobie smakowało trochę dodatkami dzisiaj przedstawianej. A jednak bazą było kakao, z którego zrobiono Beskid Chocolate Nikaragua Amaya Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 %, która również miała nuty kwiatów i cytrusów, ale na pewno nie herbaty. W podlinkowanej czułam za to drewno sandałowe - tu więc wydaje mi się, że mogło lepiej zaopiekować się dodanymi przyprawami. I w takim wypadku nie ma wątpliwości, że herbatę w dzisiaj przedstawianej czuć tę dodaną, nie płynącą z czekolady.


ocena: 8/10
kupiłam: Beskid Chocolate (dostałam)
cena: 25 zł (za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, cukier trzcinowy, herbata Ceylon 5,5%; wanilia Bourbon, cynamon, imbir liofilizowany, kardamon

niedziela, 2 kwietnia 2023

(Słodki Przystanek) Beskid Chocolate Pinta Transition Kolumbia Tumaco 50 % ciemna mleczna 50 % z Kolumbii ze sproszkowanymi wiśniami liofilizowanymi i wanilią

Razem z nowymi tabliczkami Beskidu, za które jestem im jak zwykle przeogromnie wdzięczna, trafiły do mnie miniaturki. Kilka czystych ciemnych, do których z rozkoszą wrócę, bo je znam, ale też takie, których bym nie kupiła, bo z dodatkami. Mało tego! Takich, o których istnieniu nie wiedziałam. To wyniki współpracy z browarem Pinta, a więc inspirowane piwami, do których to z kolei jest dodawane ziarno kakao takie samo jak w tych tabliczkach. Bardzo ciekawy pomysł, acz efekty - nie moja bajka. Trochę jednak jest bardzo miło móc spróbować. Od mlecznej akurat niczego szczególnego nie oczekiwałam, bo już z zasady jest mniej moja niż ciemna z dodatkami (w przypadku obu, dodano je "na gładko", a wiec sproszkowane, nie jako posypka).
Gdy dostałam te miniaturki, degustacje dwóch innych z Kolumbii już były zaplanowane, więc... ciekawie kolumbijskie turnee mi wyszło.
 Tabliczka jest inspirowana piwem imperial stout Pinta Barrel Brewing Transition. Z kolei do tego piwa trafiły ziarna kakao, z jakich zrobiono tę czekoladę.

Beskid Chocolate Pinta Barrel Brewing Transition Imperial Stout Kolumbia Tumaco 50 % Czekolada Mleczna to ciemna mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao (ziarna i tłuszcz) z Kolumbii, z okolic miasta Tumaco, ze sproszkowanymi wiśniami liofilizowanymi i wanilią; konszowana 72 godziny; u mnie jako miniaturka ok. 10g.

Po otwarciu poczułam ogrom pełnego, naturalnego i świeżego mleka sowicie zasłodzonego wanilią. Ta wydała mi się urocza i na granicy przesady. Ogólnie było słodko i łagodnie. Kakao zaznaczyło się bardzo subtelnie, niemal jedynie orzechowo w tle. Soczystości... też się lekkiej doszukałam, ale raczej jak z czekoladek owocowych (oczywiście mlecznych - myślę tu raczej o batonikach typu Hibbi, Kinder, ale w wersji szlachetnej).

Tabliczka w dotyku wydała mi się zarówno pyliście suchawa, jak i tłusta. Była twarda jak ciemna czekolada i podobnie też trzaskała. Już na tym etapie dała się poznać jako zbita.
W ustach rozpływała się średnio wolno, gęsto i tłusto w sposób maślano-śmietankowy. Początkowo przypominała zbite, chłodne masło. Skojarzyła mi się z o wiele za tłustym, sztywnym budyniem-puddingiem proteinowym. Z czasem pojawiła się jednak szorstkość, lekka pylistość, co tę myśl odegnało. Pod koniec pojawiła się leciutka soczystość, a czekolada znikała rzadko jak tłuste mleko z lekką soczystością.

W smaku pierwsza zaznaczyła swoją obecność wanilia. Było jej sporo, ale nie za dużo. Niemal w tej samej sekundzie usta zalało mi tsunami mleka.

Mleko i wanilia wymieszały się, tworząc słodziusie, urocze mleko waniliowe... w zasadzie mleczusio. W pełni naturalne, szlachetne. Choć słodycz była bardzo wysoka, napływała i brylowała na mlecznych falach wszędzie, początkowo nie wydawała się przesadzona.

W pewnym momencie odnotowałam leciuteńki motyw czekoladek wiśniowych. Wyobraziłam sobie mlecznoczekoladowe batoniki, nadziane łagodnym mleczno-wiśniowym kremem o różowym kolorze. I on był bardzo słodki, ale również soczysty. Wiśnia, jakoś mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, spróbowała dodać odrobinki kwasku. Otarła się o świeżość.

Kompozycja zrobiła się jednak bardziej maślana - chyba na zasadzie kontrastu. Tłuste mleko, niemal śmietanka i właśnie maślaność skupiały na sobie coraz więcej uwagi, ale rosła też słodycz. 

Za maślanością pojawiła się sugestia orzechów - kakao okazało się zbyt nieśmiałe, by jakoś szczególnie się zaprezentować. Może trochę zakręciło się z wiśnią, która pomogła mu się zdobyć na lekko ziemisty szept. Zaraz jednak obie nuty zniknęły w waniliowo-słodkiej, coraz słodszej, maślanej toni. 

Pod koniec zrobiło się nieco cukrowo. Ogólna słodycz, a więc też wyrazista wanilia, zaczęła zaznaczać swoją obecność w gardle.

W posmaku została jednak wanilia i mleko. Za nimi znalazły się już nieco charakterniejsze, cierpkie wiśnie i maślaność... może kakao? Ale słodkie, zrobione na mleku, acz robiące aluzje do ziemistości.

Czekolada mi nie podeszła. Bardzo, bardzo słodka - wprawdzie od wanilii, ale i tak, na tyle, że wraz z ogromem mleczności i maślaności gdzieś uciekło kakao i wiśnie. Szkoda. A jednak nie jestem też przekonana co do samego zestawienia dodatków. Trudno mi to nawet jakoś ocenić, bo czekolada z tych, co to "mogą być", zupełnie nie dla mnie (nigdy bym jej nie kupiła), Beskid stać na więcej. Tej brakowało charakteru. Od początku uznałam ją za czekoladę na 6, ale jak pomyślałam, czym właściwie miała być, a jak smakowała... w zasadzie trudno za bardzo się czepiać. W dodatku nie mam pojęcia, jak smakuje piwo, którym była inspirowana. Może właśnie tak? Im więcej jednak jadłam, utwierdzałam się, że wystawienie 7 byłoby wbrew mnie. Wiem jedno: mimo że to takie maleństwo, końcówka mnie znudziła i oddałam Mamie. Takie to... słodkie, mleczne, że ja obecnie nie widzę sensu w jedzeniu takich rzeczy.
Mama stwierdziła: "nie zrobiła na mnie wrażenia. Słodka, kwaśna, maślana; ot, taka zwykła". A no właśnie... a od Beskidu nie oczekuję tylko "zwykłego" poziomu.


ocena: 6/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: -
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, tłuszcz kakaowy, cukier, mleko pełne w proszku, wiśnia liofilizowana, wanilia Bourbon

środa, 21 grudnia 2022

(Słodki Przystanek) Beskid Funky Fluid Darkmilk Chocolate 60 % Indonesia Sumba Maple Syrup Vanilla Coconut ciemna mleczna z Sumby (Indonezji) z syropem klonowym, kokosem i wanilią

Choć obecnie ani mleczne, ani nawet ciemne z dodatkami, czekolady mnie nie interesują... Indonezja jako region kakao w połączeniu z twórczością marki Beskid, potrafi sprawić, że jednak uwagę na tę tabliczkę zwróciłam. To owoc współpracy z browarem Funky Fluid, na którego to trzecie urodziny czekoladnicy przygotowali tabliczkę z dodatkami, które były dodane do piwa, do którego z kolei ona była dodawana jako urodzinowy dodatek.
Poza tym, naszła mnie ochota na czekoladę z kokosem. Aczkolwiek, to kolejna wyspa (były Jawa i Bali), z której Beskid zrobił czekoladę i... cóż, przede wszystkim marzyła mi się ciemna z tej właśnie (wyspy Sumba), ale trudno. Ta musiała wystarczyć.

Beskid Chocolate Funky Fluid Darkmilk Chocolate 60% Indonesia Sumba Maple Syrup Vanilla Coconut to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60 % kakao z wyspy Sumba (Indonezja) z syropem klonowym, wanilią i prażonym kokosem, inspirowana piwem Funky Fluid.
Czas konszowania to 72 godziny.

Po otwarciu poczułam przede wszystkim naturalne, pełne mleko i ogrom słodyczy, na którą złożył się palony karmel, syrop klonowy, wanilia i miód. Nadały mleku charakteru niemal słodziusiego, kojarzącego się z mleczkiem z tubki, skondensowanym etc. Może karmelowo-kajmakowym i otulającym orzechy? Orzechowość również czułam, kokosa niespecjalnie.

Tabliczka była masywna, acz już w dotyku kremowa. W dodatku jakby sugerowała, że w ustach może być lepka od wszystkich tych słodzideł. Choć twarda, nie trzaskała za głośno. Okazała się krucha. To pewnie za sprawą dodatku zmielonych wiórków kokosowych, które przebijały się na spodzie.
W ustach czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, trochę podtrzymując masywność. Kojarzyła mi się z pełnym, zagęszczonym mlekiem, mlekiem skondensowanym. Wyszła kremowo i niemal śliskawo-tłusto, gładko. Mimo tłustości, nie była zbyt gęsta, bo istotny okazał się w niej wodnisty element. Rozrzedzał ją od wewnątrz. To pewnie syrop klonowy, bo odebrałam to jako "dodatek lepkawej wody". Wypełniał ją dodatek chrupkawo-skrzypiącego kokosa w postaci przemielonych wiórków. Odciągał uwagę od tłustości, a na koniec zostawał jako dodatek do przegryzienia, który nie memłał się. Dodano go średnią ilość, nie za dużo. Szybko znikał.

W smaku pierwsza ruszyła słodycz syropu klonowego i wanilii. Zapowiedziały szlachetną kompozycję, a także wysoką słodycz.

Błyskawicznie podpłynęło pod nie naturalne, jakby prosto ze wsi, mleko.

W ciągu kolejnych sekund rozeszła się także gorzkość. Subtelna i również szlachetna, ale wyraźna. Pomyślałam o pieczonych orzechach i niemal "orzechowawym" kokosie; orzechu kokosowym.

Wtedy usta już zupełnie zalało mi mleko. Mleko naturalne i wyraziste, jakby prosto od krowy. Tłuste, naturalnie słodkawe i ocierające się o śmietankę. Wymieszało się na dobre z wanilią i syropem klonowym. 

Pomyślałam o skondensowanym mleku waniliowym, kajmaku... Palono-pieczona nutka i klon zaobfitowały w mnóstwo karmelu, jakby... karmelu zrobionego z miodu? Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz skumulowała się tak, że mnie wydała się za wysoka i aż zadrapała w gardle.

Palone nutki ze słodyczy nieco się wymknęły. Mleko zaś wymieszało się z kokosem i miodem. Kompozycja zrobiła się częściowo kokosowo-mleczna jak mleczko kokosowe, a częściowo trzymała się konwencjonalnego, naturalnego mleka, posłodzonego miodem. Przeniosło mnie w wyobraźni na wieś. To też śmietanka oraz mleczność otulająca bardziej orzechowe nuty. Raz po raz, pod wpływem cierpkawego kakao, schyliło się w kierunku jakiegoś "innego mleka" (właśnie lekko cierpkawego koziego?). 

Kokos w samej czekoladzie podkreślał palono-gorzkawy, orzechowy motyw. Wyłaniający się podkreślił prażony aspekt i nieco przełamywał słodycz. Ujawnił się też lekko złudnie przypalony wątek syropu klonowego. Zaplątała się tam odrobinka drewna (wyobraziłam sobie złotą żywicę spływającą po drewnie jak miód, syrop klonowy etc.) i drewno owocowe (gdzieś w tle pojawiła się niemal nieuchwytna soczystość). Pod koniec zrobiło się poważniej.

Do tego wiórki pozostałe na koniec nieco złamały słodycz. Choć były delikatne, to ewidentnie je czuć. Podkreśliły prażono-palone nuty.

Posmak jednak i tak należał do "zasładzaczy", a więc głównie drapiącego miodu, palonego syropu klonowego, podrasowanego karmelem i wanilią. Wyszło to aż ciężko, ale... wszystko to było skąpane w mleku. Naturalnym, wiejskim, świeżutkim. I z nutką podprażonych wiórków kokosowych, które wpisały się w otoczenie. Czułam też lekko cierpkawe ciepło... jakby cynamonu cejlońskiego i kakao? 

Całość wyszła zacnie i ciekawie, bo to niecodziennie szlachetny mleczno-kokosowy zasładzacz. Jednocześnie... tyle tu było tej słodyczy i mleka, że efekt nie w moim stylu. Rozumiem jednak, że osoby lubiące wysoką słodycz, ale nie czysty cukier mogą być zachwycone. Mnie za mało tu gorzkości i charakteru w sensie kakao. Wydaje mi się jednak, że wszelkie te słodzidła akurat indonezyjską nutę miodu może i podkreśliły. Kokos stanowił tu rzeczywiście dodatek, bo nie było go za wiele, choć nie zagubił się.

Aż przypomniała mi się miodowo-śmietankowa, z lekko przypalonym wątkiem (acz w przypadku podlinkowanej był to "przypalony mak") Ruket Chocolate Indonesia Sumba 77 %. Wydaje mi się, że czuć nuty regionu, że poniekąd słodkie dodatki je podkreśliły, ale z drugiej strony... były tak intensywne, że w moim odczuciu kompozycja wyszła o wiele za słodko. Już przy drugiej kostce zaczęła mnie tym trochę męczyć, a po 1/3 tabliczki podziękowałam, bo było mi tak słodko i drapało w gardle, że dalej przyjemności już bym z jedzenia nie czuła.


ocena: 7/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 19,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao 60%, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, cukier trzcinowy nierafinowany, kokos, syrop klonowy, wanilia

niedziela, 27 listopada 2022

Vosges Lab VHC Walnut and Chanterelle 80% Cacao ciemna orzechowa z orzechami włoskimi, kurkami (grzybami) i solą

Na koniec poznawania nowej linii Vosges zostawiłam czekoladę, po której nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Grzybową propozycję tej marki już próbowałam jako Vosges Reishi Walnut 72 % Cacao, ale obstawiałam, że ta będzie zupełnie inna. Nie dość, że dodano zupełnie inne grzyby, to jeszcze cała formuła diametralnie różna. Muszę jednak przyznać, że ciekawiła mnie o wiele bardziej, zanim dokładnie wczytałam się w skład, a więc w to, czym jest. Czekolada chyba tylko pozornie o wysokiej zawartości kakao z kurkami? To jednak nieszczególnie do mnie przemawiało. Kurkowa Georgia Ramon 70 % Pfifferlinge / Chanterelles mnie nie chwyciła, a tu dodatkowo smucił fakt, że uwielbiana marka tak oszukała z kakao i podliczyła także tłuszcz, na którym się ta kompozycja oparła.

Vosges Lab VHC Walnut and Chanterelle 80% Cacao to czekolada o zawartości 80 % kakao (tłuszczu, miazgi, pulpy, białka i mąki / proszku) orzechowa z orzechami włoskimi (w postaci mąki / proszku), grzybami (kurkami) i solą; słodzona cukrem kokosowym i wanilią.

Po otwarciu poczułam ziemię oraz mocno palony zapach orzechów włoskich i kawy, przy czym orzechy włoskie z czasem przybrały jeszcze na wyrazistości. Do tego doszła wysoka słodycz wanilii i rześka, która aż zahaczała o słodzik. Daleko w tle wyłapałam niejednoznaczne, suszone grzyby wchodzące nieco w klimat mousse'u kakaowego o takowym akcencie, a trochę osadzone w ziemistości.

Ciemna tabliczka w dotyku była minimalnie tłustawa, raczej sucho ulepkowata, sugerowała pylistość. Przy łamaniu okazała się krucho-twarda. Trzaskała bardzo głośno. W przekroju widać mnóstwo kryształków i drobinek koloru żółtego. W zasadzie, przebijające kropeczki widać już gołym okiem na spodzie.
Odgryzanie kawałka było jak wgryzanie się w utwardzony krem na bazie chłodnego masła z mocno trzeszcząco-pylistym, chwilami kryształkowym motywem.
W ustach rozpływała się dość szybko. Była jedynie odrobinkę tłustawa, trochę jak suchawa pasta z orzechów; na pewno nie gładka. Wyraźnie natomiast sucho-mączna, proszkowa. Brak jej kremowości, znikała trochę wodniście z węgielnym efektem bliżej końca, pozostawiając drobniutkie grudki pyłku, trzeszczące jak drobinki marcepanu drobineczki i kawałki beżowobiałe oraz miękkie drobinki żółte, które aż trudno trafić zębem i resztki kryształków. Te w dużej mierze rozpływały się wraz z resztą, acz i na koniec zostawały. W zależności od kęsa zostawały różne dodatki. Niestety parę razy był to większy kryształek soli. Do tego po wszystkim utrzymywała się pylistość, suchość. Trafiłam na może z 5 miękkawych "cosiów", które z czystym sumieniem mogę określić mianem kawałków, nie drobinek (okazały się orzechami).

W smaku pierwsza uderzyła palona kawa. Bardzo mocno palona i gorzka oraz... z nutą ziemi? Ziemia zaraz pojawiła się w pełnej okazałości i również zagrała na gorzki wątek. Bardziej jednak wilgotny, aż rześki. Równie szybko, co uderzyła, złagodniała.

W ciągu kolejnych chwil zrobiło się bardzo rześko. Odpowiadała za to słodycz. Wzrosła prędko. Wydała mi się w dużej mierze aż słodzikowa, dziwnie chłodząco-przenikliwa. A także soczysta? Zaraz przemieszała się z wanilią, co nadało jej nieco szlachetniejszego wyrazu, acz cały czas odbierałam ją jako dziwną.

Wanilią właśnie musiano posłodzić kawę... Kawę czekoladową albo już raczej gorące kakao. Gorzkość została udelikatniona słodyczą, a ja mniej więcej w połowie rozpływani się kęsa wyobraziłam sobie kakao zrobione na orzechowej wegańskiej alternatywie mleka. Odnotowałam orzechy włoskie. Cechowała je delikatność, lekka gorzkawość.

Gorzkość ogólna stała na całkiem niezłym poziomie, emanując od kakao, które było wyraźnie wyczuwalne w swej proszkowej, jak i "zaparzonej" formie, jednak... to gorzkość, czy nawet gorzkawość, bardzo wygładzona. W końcu do głowy przyszedł mi mousse kakaowy o mocno grzybowej nucie. Suszone grzyby przewinęły się wśród tego wszystkiego, acz nie był to smak ani mocny, ani w zasadzie jednoznaczny.

Epizodycznie podskakiwać (za sprawą niektórych rozpuszczających się kryształków) zaczynała słodycz. Sprawiała wrażenie nieco chłodnej, niby w pewien sposób zgaszonej, a jednocześnie dziwnie "czystej", przez co mocno przykuwała uwagę.

Z czasem dość często, ale nie przy każdym kęsie przebijała się sól. Również w niej było coś rześkiego, lecz - wiadomo - podyktowała kompozycji słonawy wątek. Na przemian a to przełamywała słodycz, a to podkręcała ją na zasadzie kontrastu. Z czasem tło oklapło i wydało mi się łagodne, aż orzechowo-mączne.

Orzechowo-kawowa nuta zeszła właśnie w motyw orzechowej mąki. Zrobiło się aż mdło-delikatnie, gorzkość niemal odeszła w niepamięć. Słodycz wyszła dziwnie chłodno-rześko, słodzikowo-lukrecjowo (obstawiam, że to wina maltodekstryny?), co przełożyło się na ogólnie wodnisty efekt pod koniec.

Wyłaniające się drobinki podnosiły rześkość, mdłą słodycz jakby niczego (myślałam o nich jako o  "słodkiej wodzie"). Gdy zaś zniknęła już czekolada, kryształki były po prostu słone lub nieco słodzikowe, a jasne drobinki dziwnie "żadno-suszono-słodkawe" (żółte) lub po prostu nijakie (bardziej białe?). Pojedyncze małe kawałki orzechów włoskich smakowały nimi autentycznie: delikatnymi, surowymi.

Po zjedzeniu został posmak słonawy i cierpkawo-kakaowy, ale nie gorzki. Wróciły natomiast ewidentnie orzechy włoskie, podkreślone ziemią. Czułam też rześko-waniliową słodycz. Nie była wysoka, ale znacząca.

Całość niezbyt mi podeszła. Nie była zła, ale jakoś niczego w niej przyjemnego nie znalazłam; na pewno nie zgadłabym tych 80% (btw, "ładnie" to wszystko zliczyli, bo tłuszcz kakaowy na pierwszym miejscu). Sól, mimo że ogólnie nie było jej dużo, mi przeszkadzała (wolałabym, by nie było jej ani trochę). Palona kawa i ziemia zaczęły dobrze, ale potem orzechy włoskie niknące w mączności jakoś niestety nie sprostały oczekiwaniom. Prosty smak kakao wyszedł na plus wbrew pozorom, bo ciekawie się kojarzył. Nienachalna grzybowość była, a i właśnie wyszła też w miarę w porządku. Kurek bym nie zgadła, ale one nie mają zbyt charakterystycznego smaku, a tu w dodatku tyle soli... Coś mi jednak też nie grało w rześkiej słodyczy i końcowej mączno-wodnistości. Konsystencja proszkowo-wodnista, z drobinkami też zupełnie nie moja. A jednak nie jest to czekolada zła; jak na to, czym miała być chyba w miarę spoko wyszła. Nie rozumiem tylko dodatku soli i maltodekstryny, bo nie dość, że w smaku niczego pozytywnego nie wniosły, to jeszcze uczyniły strukturę nieprzyjemną.


ocena: 7/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 6 $
kaloryczność: 643 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, cukier kokosowy, odtłuszczona mąka z orzechów włoskich, owoc kakao (białko z ziarna kakaowego*, proszek / mąka z kakao), wanilia (maltodekstryna, wanilia), puree z pulpy kakaowej, sproszkowane grzyby kurki (pieprznik jadalny), sól Baja Gold (z Zatoki Kalifornijskiej)

*to zamiennik kakao w proszku

wtorek, 1 listopada 2022

Vosges Raw Almond Butter 80 % Cacao with Lucuma ciemna z miazgą z surowych migdałów i lucumą z solą

Długo zastanawiałam się nad tym, po którą z dwóch pozostałych tabliczek Vosges sięgnąć w następnej kolejności, a którą zostawić na koniec. Najpierw myślałam, że to tę zostawię na koniec, ale po kilku tabliczkach słodzonych cukrem kokosowym doszłam do wniosku, że tak słodzona, w dodatku z lucumą (czyli owocem zielonego drzewa, porastającego głównie górzystą Amerykę Łacińską; nazywana jest również „złotem Inków”. Jej cenne właściwości od wieków doceniane są przez rdzenną ludność, która stosuje ten owoc także w celach leczniczych. Miąższ tego owocu opisują jako kremowy i jednocześnie suchy, kruszący się, a smak jako bardzo słodki, podobny do syropu klonowego, toffi i batatów. Do nabycia, jak widzę, głównie sproszkowana - wszystko to wygooglałam dopiero na potrzebę recenzji) może być gorsza (obstawiałam, że druga będzie bardziej ziemista, czyli bardziej moja). Słodsza? Mdława? 

Vosges Lab VHC Raw Almond Butter 80% Cacao with Lucuma to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao (miazgi, tłuszczu, pulpy, białka i mąki / proszku) z miazgą z surowych migdałów i lucumą z solą; słodzona cukrem kokosowym i wanilią.

Po otwarciu rozszedł się zapach ziemi i węgla odpowiadających za gorzkość, a także lekko prażonych migdałów. Całość jednak cechowała wysoka słodycz. Wyczuwalne wanilia, miód, toffi i syrop klonowy nie przytłoczyły jednak. Wydawało się, iż unoszą je jakieś kwiatowo-egzotyczne skrzydła z paroma lukrecjowymi piórkami, trzepoczące na wietrze; nie było to ciężkie... acz dosadne owszem. Po chwili pomyślałam też o orzechach i migdałach w syropie klonowym lub palonym toffi. Kwiaty zebrały się przy miodzie i wanilii, a z owoców egzotycznych pomyślałam o jakiś pomarańczowego koloru, np. niemal muląco słodkim kaki. Od niego odeszło skojarzenie ze zdrowym, migdałowo-batatowym / dyniowym brownie. Migdały bardzo wyraźnie, niemal wiodąco, przedstawiły się dopiero z czasem. Na pewno umocniły się po przełamaniu i już w trakcie degustacji. W ich mocy rozgościły się fistaszki i węgiel - też jakby rześki, odpowiadający za roślinną wilgoć.

Tabliczka w dotyku wydała mi się trochę ulepkowata - dziwnie, bo ani tłusto, ani sucho. Przy łamaniu nie za twarda, dość krucha. Lekko pykała. Sprawiała wrażenie pylistej i zwartej, a przekrój ujawnił jasne drobinki; połyskiwał od kryształków.
Odgryzając kawałek czułam się, jakbym wbijała zęby w utwardzony i sprasowany krem, w którym słychać kryształkowe trzeszczenie.
W ustach sekundę / dwie czekała, by zaraz zacząć się rozpuszczać w tempie umiarkowanym. Wtedy już szło jej łatwiej. Była średnio tłusta jakby była masłem wymieszanym z pyłkiem z orzechów, a przez to "podsuszonym". Ujawniała drobinki, mikroskopijne kryształki i proszkowość. Z czasem zmieniała się w rzadko-wodniście rozpuszczającą się taflę nugato-masła, wraz z którą rozpuszczają się kryształki. Okazało się, iż to głównie cukier kokosowy - sól się wśród niego ukryła. Były też drobinki, a raczej miękki, pyłek nie do określenia. Mimo pewnej wodnistości, czekolada wydawała się masywna i ciężka. Pod koniec zostawiała pylistość, ale nie kryształki.

W smaku od razu czuć karmelową słodycz i gorzkość... Czy raczej gorzkawość. Stworzyły tło, na którym pokazały się migdały.

Migdały jako czysta pasta 100% zaprezentowały się na pierwszym planie. Wyszły delikatnie, niemal surowo i naturalnie słodkawo-maślanie. Po mocnym debiucie, trochę się wycofały, upuszczając goryczkę skórek. Te zaprosiły węgiel i kakao w proszku. Węgiel, mający lekko roślinny charakter, pod gorzkość podłożył słodycz. I jakby rozmył co poniektóre smaki, wprowadzając wodnistość. Jak węgiel rozrabiany w wodzie? Smak wyszedł specyficznie... trochę chłodno?

Maślano-karmelowa słodycz bardzo zwracała na siebie uwagę, rozpędzała się. Wanilia i klon też ruszyły w wyścigu. Były wyraziste i dynamiczne. Zaraz pomyślałam także o miodzie i kwiatach (miodzie kwiatowym?). Zrobiło się trochę drapiąco, ale nie ciężko. Syrop klonowy wiązał się z goryczkowato-paloną nutą. Jakby go trochę skarmelizować?
Do głowy przyszło mi zdrowe migdałowe ciasto zrobione z batatów i / lub dyni oraz mąki migdałowej... i kokosowej?

Migdały w tym ciastowym wydaniu mieszały się też z innymi orzechami: laskowymi, arachidowymi, które prażenia nie uświadczyły. Były surowe, trochę... podkreślające kakao? Zwykłe, w proszku i... Kokosa? Oraz jakby zbożową nutę? Pomyślałam o kakaowych płatkach-kulkach (typu Nesquik) do mleka, tylko że takich chrupanych na sucho. W zbożowości zaplątała się sól.

W połowie rozpływania się kęsa słodycz wyraźnie trafiła na rześkość egzotycznych owoców. Także były bardzo, bardzo słodkie i... koloru pomarańczowego, acz niezbyt jednoznaczne. Jakieś bardziej słodko-wodniste... Przewinęło mi się słodkie, dojrzałe do miękkości kaki. Zadbało o rześkość, mimo naprawdę wysokiej, wszechobecnej słodyczy.

Później (im więcej drobinek i kryształków wylegało na język) słodkawy węgiel zaczął podchodzić trochę pod słodzikowy ton. Odnotowałam cierpkość, goryczkę. Oczami wyobraźni jakby za mgłą zobaczyłam lek Smecta i jakieś gorzkawe, białe leki. Zaraz jednak przykryła je wilgotna ziemia. Węgiel jej w tym pomógł i przytoczył odlegle mdławo-orzechowawo-kokosowy wątek. Poczułam niemal pikantną ziemię, też jakby z ostro słodzikowym echem, ale... którą porastają lekko pikantnawe kwiaty-zioła? Jakieś dzikie krzewy, wśród których hula wiatr...

I znów migdały także trochę pomogły. Swoją słodkawą maślanością naturalnego kremu 100% z migdałów wygładziły całość, po czym pokazały się bardziej z prażonej strony. Mignęły migdały i orzechy jakby w karmelu z syropu klonowego, potem migdały na wierzchu ciasta, a więc też sowicie przypieczone. Te podkreśliła epizodycznie pojawiająca się sól. Ogólnie nie było jej bardzo dużo, acz wyraźnie ją czuć. Chwilami mocniej, acz raczej nienachalnie; chwilami jawiła się jako jakby rześka. Mieszała się z rześkością słodyczy, co zaobfitowało w iluzoryczną zapowiedź kwasku (który nie nadszedł). Znów na znaczeniu przybrała pasta i mąka orzechowa / migdałowa, o którą zabiegało cierpkawo-pyliste kakao.

Pod koniec migdały przemieszały się z węglem, dały się dosłodzić rześkim, nieuchwytnym motywem kwiatowo-waniliowo-słodzikowym. 

Posmak należał do prażonych migdałów, podkreślonych solą i ciasta z mąki migdałowej i słodkich warzyw, a także ziemiście-słodzikowej ostrości. Słodycz ogółu lekko drapała. Czułam cukrowy karmel, ale też też wanilię, jakby klonowo-ciastowo-przypieczony motyw i sporo kakao w proszku

W całości nie brak aspektów specyficznie, naturalnie mdławych, jak i wyrazistych nut. Dziwny, ale współgrający kontrast... To w sumie wyszło smacznie, ale jako ciekawostka. Ziemia i węgiel, nawet nutka leków, a jednak ciastowy wydźwięk... bez ciastowej ciężkości, a wręcz niewiarygodnie lekki. Ta czekolada była niczym wietrzyk - nieuchwytna. Egzotyka kaki, ogrom słodzideł... mogłyby przytłoczyć, a jednak nie. A tytułowe migdały? Jakże wyraźnie wyczuwalne, i to na wiele sposobów. Cały czas były a to na pierwszym planie, a to jedynie coś podkreślając. Sól wyczuwalna (dla mnie ryzykownie), a jednak i dla niej znalazło się miejsce. Nic tu się niczemu nie narzucało, ale też chwilami od esencjonalnej czekoladowości chyba trochę odlatywało (kompozycja jawiła się bardziej jako "kakaowa"). Z racji jej delikatności, nie zgadłabym tych 80%.


ocena: 8/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 6 $
kaloryczność: 679 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, kakao w proszku alkalizowane, cukier kokosowy, surowe masło migdałowe (nie jestem pewna, czy chodzi o pastę-miazgę jak np. "peanut butter" czy tłuszcz migdałowy, bo na opakowaniu jest "almond butter"), ziarna wanilii, sproszkowana lucuma, sól Baja Gold, produkty z kakao (białko z ziarna kakaowego*, mąka / proszek z ziarna kakaowego), puree z miąższu kakao

*to zamiennik kakao w proszku

PS Jak komuś mało "strachów" po wczorajszym Halloween, zapraszam na krótką aktualizację-ostrzeżenie związane z Eti Adicto a Browni.

niedziela, 21 sierpnia 2022

Naive Spices ciemna 65 % z Ekwadoru z przyprawami: cynamonem, papryczką chili ancho, goździkami i wanilią; zmieniona / nowa 2021

Początkowo nie sądziłam, że będę pisać ten tekst, ale doszłam do wniosku, że sporo się zmieniło od zjedzenia Naive Spices (2020). Dostałam zacną świecę o tym wariancie od Nataszy Kotarskiej z Domu Czekolady, trochę zmieniły się u mnie preferencje jedzeniowe, to czego od jedzenia oczekuję i... no tak, sama czekolada się zmieniła. O tym jednak nie wiedziałam, gdy do mnie trafiła. Do końca nie byłam przekonana, czy chcę do niej wrócić. Gdy zobaczyłam, jakie zmiany zaszły, zrobiłam się sceptyczna. Coś mi podszeptywało, że będzie ostrzejsza, słodsza i mniej czekoladowa (zmniejszyli zawartość kakao i pogmerali w przyprawach). Mimo że lubię mówić "a nie mówiłam?", tu wolałabym nie musieć tego powiedzieć.

Naive Spices to ciemna czekolada o zawartości 65 % kakao z Ekwadoru z przyprawami: cynamonem, papryczką chili ancho, goździkami i wanilią; wersja od 2021.

Po otwarciu smagnęły ostro-słodkie przyprawy korzenne. Dominowały zupełnie. Na pierwszym miejscu cynamon, zaraz za nim słodka wanilia oraz ogólnie wysoka słodycz kojarząca się trochę z jasnym miodem. Stąd zaraz pomyślałam o słodkich ciastkach korzennych. Przyprawionych na ostro, bo także chili i pieprz miały w kompozycji spory udział. Sama baza czekoladowa natomiast wpisała się w ciastkowość maślano-mlecznym wątkiem. Pomyślałam o ciastkach / piernikach pikantnie korzennych, podlanych czekoladą.

Tabliczka wydała mi się sucho-tłusta w dotyku, jakby wręcz pyłkowa. Przy łamaniu trzaskała głośno, co wynikało z grubości. Ziarnisty przekrój zgrał się z lekką kruchością. Wyglądała na ciemną mleczną, nie na po prostu ciemną. 
W ustach rozpływała się jednak zaskakująco gładko bazowo, bez wyczuwalnych przypraw.
Dała się poznać jako bardzo kremowa i miękka, mimo że długo zachowująca kształt. Rozpływała się powoli, tłusto w maślano-śmietankowy sposób. Przypominała gęstą grudkę aksamitnego budyniu, nieco zalepiającego, a pod koniec rzednącego i znikającego. Zostawiała lekko pyłkowy efekt.

W smaku już w pierwszej sekundzie uderzyła ostrość przypraw i słodycz. Ruszyły w dzikim wyścigu, aż mnie zaskakując.

Ostry pieprz i chili mieszały się w jedno, rozgrzewając natychmiast.
Tylko trochę za nimi rozpościerała się niemal cukrowa słodycz, rozchodząca się po ustach i eksponująca głębię intensywnej wanilii i miodu. Pomyślałam o miodowych, mocno korzennie ostrych piernikach takich raczej suchawo-miękkawych. Odnotowałam też ciastkowość trochę przypaloną, nieco melasową, które wprowadziły paloną nutkę.

Ta idealnie zgrała się z przyprawami, dopowiadając im ostrzejszą, pikantnawą ziemię i trochę dymu. Czekoladowy motyw był dopiero za przyprawami (stąd raczej nie były to pierniki czekoladowe), ale walczył dzielnie o swoje.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pod cały czas bezkompromisowo rosnącą ostrością i zdecydowanie za wysoką, drapiącą słodyczą pojawił się wątek kwiatów. Podprowadził trochę łagodniejszy akcent, w którym podkradła się maślano-mleczna nutka. Wpisała się w skojarzenie z ciastkami korzennymi. Bo to właśnie w nie, twarde i cukrowe, zmieniły się pierniki.

Do bólu przesłodzone i ostre, aż gryzące w język. Drapało i paliło to-to. Pieprz i chili jak rozgrzały, tak uparcie to utrzymywały. Pojawił się przy nich akcent ziół, trochę ogółem ostrości i gorzkości... Właśnie bardziej przypraw niż kakao? Aż niejednoznacznej. Mimo to chwilami (chyba gdy akurat jakoś mniej przyprawiony fragment mi się trafił) wyraźniej czułam dym. Potem jednak łatwo, by coś to wszystko aż przekłuło. Słodko-ostry strzał... goździków? Miodowo-waniliowy splot z cukrem stał się bardzo drapiący (stąd, choć wanilia dominowała, skojarzenie z miodem). Męczył.

A jednak z czasem pomyślałam też o gorącym, mocno korzennym grzanym winie. W pikanterii pojawiła się soczystość czerwonych owoców, którą chili, wyczuwalne także jako smak chili (a nie tylko ostrość), podsycało. Ostro-soczyste wino wydało mi się leciutko cytrusowe, ale nie kwaśne. Na pewno ostre, aż samo się dziwnie w tym zapominające. Goździkowe, niby słodkie, a jednak przede wszystkim ostre.

Po zjedzeniu chili i pieprz zostawiły pikanterię na języku. Ostrość i przesadzona słodycz drapały w gardle. Ogólnie czułam się przesłodzona, a posmak przypraw piernikowych, korzennych o wysokiej pikanterii dominował. Lekko ziemista, kwiatowo-maślano-ciastkowa baza nikła pod naporem tego wszystkiego.

Całość nie przemówiła do mnie tak, jak kiedyś (wersja z 2020). Nowa wyszła o wiele ostrzej, przez co sama baza straciła na znaczeniu. Przy takiej pikanterii także słodycz jakby drapała jeszcze bardziej. Czułam piekielną ostrość i równie irytującą słodycz. Jednocześnie było w tym coś ekwadorsko łagodzącego, ale... zatraconego. Z jednej strony nie chcę krzywdzić oceną czekolady z przyprawami za to, że jest przyprawiona, ale naprawdę szkoda, gdy w tabliczce czekolady ucieka czekoladowość.
Od razu pomyślałam o Gallerze Noir Puur Speculaas smaak - ten był bardziej wyważony, bo odważniejsze kakao według mnie lepiej radzi sobie jako baza pod przyprawy aniżeli cukier. Kakao do Naive na pewno użyto zacne, tylko co z tego, skoro się zatraciło? Choć wolę tabliczki gładkie, jadłam je z podobną, umiarkowaną przyjemnością, więc Naive się nie spisało.


ocena: 7/10
kupiłam: Dom Czekolady (dostałam, dziękuję!)
cena: cena to 33 zł (za 57g)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, cynamon 5%, papryczka chili ancho 2%, goździki 1%, wanilia 1%

piątek, 24 grudnia 2021

Menakao Coconut Milk & Vanilla Milk Chocolate mleczna 45 % z Madagaskaru z mlekiem kokosowym, wiórkami kokosowymi i wanilią

Doskonale pamiętam, jak zachwyciły mnie dawne Menakao. Był to początek mojej drogi z plantacyjnymi czekoladami - pomogły mi one stwierdzić, że lubię charakterne siekiery. Menakao Milk Chocolate 44 % Madagascan vanilla była niesamowita, zupełnie inna niż jedzone wcześniej mleczne. Z biegiem lat marka nieco zmieniła swoje wyroby, łagodząc je, toteż nasze drogi trochę się rozeszły. Nadal jednak ma mój szacunek. I choć obecnie omijam czekolady mleczne, wegańskie zamienniki mnie nie ciekawią, a niektóre nawet odrzucają, to Menakao postanowiłam spróbować. Przypomniała mi się także ciekawa 70 % Bright & Crispy sesame seed & crispy coconut. Od razu wyobraziłam sobie połączenie ich i.... chciałam wiedzieć, jak się sprawy mają. A mleko kokosowe do madagaskarskich nut... chyba tak na logikę bardziej mi pasowało niż zwykłe.

Menakao Coconut Milk & Vanilla Milk Chocolate to mleczna czekolada o zawartości 45 % kakao z Madagaskaru z doliny Sambirano z kokosem (mleko kokosowe + wiórki) i wanilią z Madagaskaru.

Po otwarciu poczułam wyrazistego kokosa jako kremowe, delikatne i naturalnie słodkawe mleczko / śmietankę kokosową, podkreśloną soczystymi wiórkami. Sowicie dosłodził je karmel, który również wydawał się mleczny, trochę maślany. Ogólnie wyraźnie czuć też nutę po prostu mleczną, która to na swoich falach roznosi to i owo... Z czasem trochę wanilii, trochę... niemal nieuchwytnych cytrusów? Odrobinkę... ziemistości?

Widok Menakao zawsze mnie zaskakuje. Niby spodziewałam się posypki, ale posiekane wiórki i tak mnie zdziwiły. Posypkę rozlokowano nierówno. W trakcie jedzenia przekonałam się do takiego rozwiązania, ponieważ mogłam też spróbować czekolady osobno, a na brak dodatku nie da się narzekać.
Trzymały się jej mocno, co się chwali. Mimo że sporo odpadało, tabliczka na tym nie ucierpiała, bo większość... jednak nie. Przy łamaniu trzaskała pięknie, chwaląc się ziarnistym przekrojem.
W ustach rozpływała się łatwo, w średnio-wolnym tempie. Była gęsto-kremowa, tłusta jak śmietanka kokosowa (choć dla mnie nieco zbyt, to jednak tłustość bardzo przystępna; uwierzę, że wielu określiłoby ją jako przyjemną). Szybko miękła, przez większość czasu sprawiając wrażenie dosłownie mięciuteńkiej i aksamitnej (to ratowało ją od wydania mi się za tłustą). Wiórki odchodziły od niej z czasem, mieszając się z nią w jej kremowości. Końcowo trochę rzedła, cały czas muskając, ale nie zalepiając, podniebienie gładkimi falami. Całość wyszła cudownie harmonijnie.
Kokos okazał się początkowo chrupiąco-skrzypiący; z czasem eksponując świeżość. Wiórki nie memłały dzięki formie (posiekany), nie męczyły. W zasadzie w większości jakoś równo z czekoladą się zawijały. A jak jakieś zostały, to wystarczyło parę sekund gryzienia i znikały. Ciamkane na koniec upuszczały trochę (trochę, bo było ich malutko) swoistą tłustość i soczystość. 
Mój ulubiony sposób na nią (jak zawsze w przypadku czekolad z posypkami, za którymi nie przepadam) to położenie kawałka na języku posypką do podniebienia i pozwolenie całości się rozpływać, ewentualnie raz obracając kawałek czy - w przypadku kostek, gdzie wiórków było mnóstwo, obok czekolady nadgryzając wiórka / dwa. W dużej mierze zostawiałam je na koniec, choć prawdę mówiąc... nie było co zostawiać, jakoś znikały w gardzieli bardzo szybko.

W smaku uderzyła słodyczą leciutko palonego karmelu i naturalnego kokosa. Pomyślałam o karmelu maślanym, maślano-śmietankowym... niemal toffi. Słodycz była wysoka, jednak rozchodząca się i nabierająca głębi, szlachetności, nie zaś rosnąca. Kokos i karmel tak się mieszały, że częściowo to mogło być karmelo-toffi zrobione właśnie na mleczku kokosowym. Wydało mi się... naturalne, domowe (?). 

Naturalny kokos mignął odrobinką kwasku, dodatkowo słodycz nieco tonując. Odrobina cytrusów zmieszana z kwaskiem kokosa pojawiła się, ale jakby zreflektowała się, że to nie czas i miejsce na mocną kwaśność. Zasugerowały ją i przeciągnęły na tył. Mrugnęły także do leciutkiej goryczki. Chyba poczułam grejpfruty, ale... jedynie jako skórka, która częściowo zmieniła się w nutkę kawy. 

Słodycz ruszyła w coraz bardziej śmietankowym kierunku. Mowa tu oczywiście o śmietance kokosowej, która mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa na dobre igrała z mlekiem zwykłym. Wielopłaszczyznowa mleczność została podkreślona wanilią. Słodziutkie od wanilii mleko lało się bez końca, tworząc błogie tło. W pewnym momencie zaczęło się tam coś dziać: mleczna nuta jakby nieco się wzruszyła, podbuzowała, trącając o kefir / maślankę. Były orzeźwiające, leciuteńko kwaskawe - przełamały słodycz.

Z racji palonych nut i śmietankowo-maślanych tonów mignął mi obraz.... może i karmelizowanych, a może raczej spowitych lepką warstwą karmelo-toffi wiórków kokosowych jako wierzch jakiegoś... karmelowo-kokosowego ciasta. Mokrego, lepkiego od słodyczy, ale... też z nutką soli (taką lekką, wyczuwalną w wypiekach)... Smak wiórków pojawiał się prędko, tak jakoś w połowie rozpływania się kęsa, a jego intensywność oczywiście wiązała się z ich ilością na danym kawałku. "Domowe toffi" przeszło więc chyba w jakieś... "ciasto toffi" (moje wyobrażenie o nim). I to w wariancie kokosowym (może więc jakieś "magic cookie"*). 

Ale i z palonym akcentem, który z czasem coraz dobitniej przypominał o gorzkości, może też sugerując orzechy. Całościowo i tak była bardzo delikatna, kojarząca się z kawą, acz nie do przeoczenia. Dopiero na końcówce wzrastała wyraźnie. Pokusiła się o lekką ziemistość, by następnie zmieszać się z kokosem.

Ziemia czy drobna cierpkość kawy uchwyciły pobrzmiewające, kwaskawe echo. Z czasem wyraźniej poczułam sugestię grejpfruta i cytryny, podkreślających soczystą rześkość. Także kokos przybrał na swoistej soczystości.

Kokosowo śmietankowy karmel czy toffi z czasem wymieszały się zupełnie z mlekiem i wanilią. Pomyślałam o muskających, delikatnych płatkach jej kwiatów. Też więc wpisała się w pewną... wilgoć, rześkość.

Niczym reflektor, bliżej końca wskazała na wiórki kokosowe. Wyszły zachwycająco świeżo. Madagaskarskie tło złożone z cytrusów z drobnymi akcentami podbuzowanego nabiału i ziemi, podszepnęło im kwasek, ale gryziony na koniec zakończył występ smacznie zwyczajnie wiórkowym sobą.

Po zjedzeniu został posmak mocno kokosowy: wiórków i mleczka, a także karmelowej słodyczy z lekką gorzkością i soczystością / rześkością kokosa i cytrusów. Niestety już po jakiś dwóch kostkach czułam słodycz także w gardle, ale całość wyszła tak, że da się przymknąć oko i jeść dalej.

Całość zrobiła na mnie wrażenie. Obłędnie kokosowa i wyraźnie gorzkawa, mimo słodyczy, która chwilami dominowała. Na szczęście nie przytłaczała wysoką słodyczą karmelu (jakby na śmietance kokosowej), a zawarła wręcz pewną... rześkość. Wanilia chwilami trochę nikła, ale też była, budując szlachetność. Kwaśność nie odstawała, a wkomponowała się w resztę. Mleko zrobiło świetny "myk" zachowując się niczym dyrygent.
Choć nie często połączenie kokosa z owocami mi nie podchodzi, ta jedynie cytrusowa nuta tutaj wyszła obłędnie. Tak samo jak i słodycz... jakoś w tym wariancie uchodzi, pasuje. Czekolada wydała mi się kokosową wersją Milk Chocolate 44 % Madagascan vanilla, jednak wyraźnie czuję po nich, jak spadła mi tolerancja na słodycz. Różnica była też w strukturze - dzisiaj opisywana wyszła bardziej kremowo-miękko, śmietankowo niż charakterniejsza i szorstkawa mleczna.
Gdy tak sobie myślę o czekoladach kokosowych, ta zdecydowanie jest najlepszą mleczną kokosowych / z kokosem, jaką jadłam. A jednocześnie jej słodycz i miękkość sprawiły, że wyszła nie do końca w moim stylu... Nie chcę jej krzywdzić, a jednocześnie nie wprawiła mnie w wyjątkowy zachwyt... Jednak... mniej więcej tak wyobrażam sobie smak ciasta "magic cookie"*.

*Ciasto to poznałam za sprawą... wosku (lubię relaks przy woskach / kadzidłach i świecach). Chodzi o Yankee Candle Magic Cookie Bar. Tytuł to nazwa ciasto-batonów od Eagle Brand, znanych też jako "Seven Layer Magic Bars", składających się z ich skondensowanego mleka słodzonego, masła, wiórków kokosowych, czekolady i orzechów. Pasuje, prawda?

Przyznaję, że choć moją czekoladową dzienną normą jest 100 gramów, ta trochę zaczęła mnie męczyć słodyczą pod koniec, a że wcześniej dałam powąchać Mamie i usłyszałam: "ach, jak pięknie pachnie! Tak... mojo! Czuć słodziutki karmel maślany, toffi... coś kokosowego? Mlecznie cudownie", głupio było mi jej kostki nie zostawić. Stwierdziła, że wprawdzie nie czuła tak toffi / karmelu, jak w zapachu ("Może za mało zjadłam, by poczuć?"), ale rozwinęła: "Bardzo dobra, tylko mi taka jej kwaśność trochę przeszkadzała... Ale nie, że była zła, tylko po prostu nie dla mnie. Tak to smaczna i ciekawa, kokos zupełnie inny niż z moich zwykłych słodyczy, a te wiórki? Świetne! Zupełnie nie przeszkadzały, w zęby nie właziły". Niedawno przekonała się do zawartości 40 % kakao, jak widać - zgodziłyśmy się - 45 % to jeszcze nie jej czas, a Madagaskar nie jej region (i nie ma zamiaru szukać swojego).


ocena: 9/10
cena: 23 zł (za 75 g; cena półkowa)
kaloryczność: 601,82 kcal / 100 g
czy kupię znów: kiedyś mogłabym wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, napój kokosowy w proszku, pełne mleko w proszku, wiórki kokosowe, lecytyna słonecznikowa, sól morska, wanilia z Madagaskaru