Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Freihofer Gourmet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Freihofer Gourmet. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 października 2019

Freihofer Gourmet Gefullte Schoko Tafelchen Blaubeer-Cassis biała z nadzieniem z jagód i czarnych porzeczek, udekorowana suszonymi jagodami

Do tej czekoladko-czekolady nie mogłam się zmobilizować. Kupiłam, bo w złym humorze kupowałam całą serię, a także dlatego, że jakoś w miarę miło skojarzyła mi się z Mount momami / Exquisit Duet Chocolate white with yogurt & forest fruits. Co więcej, w czym by nie był krem z czarnych porzeczek, wydaje mi się atrakcyjny. Niestety jednak po drodze trafiła mi się niesatysfakcjonująca Zotter Nashido Currant / Johannisbeer, po której zaczęło mi się to widzieć... nie najlepiej. Jakoś jednak w końcu otworzyłam, bo akurat przyjechał tata, który to lubi białą czekoladę i słodycze, które można tak szybko wrzucić do ust i pogryźć.

Freihofer Gourmet Gefullte Schoko Tafelchen Blaubeer-Cassis to biała czekolada z nadzieniem z borówek amerykańskich / jagód i czarnych porzeczek (26%), udekorowana suszonymi jagodami (2%).

Po otwarciu poczułam intensywny, tylko trochę podkręcony, zapach jagód: od świeżych i słodkich, przez kwaskawe suszone po słodziuteńko-konfiturowate. Zaznaczyły się na wyrazistej śmietance.

Czekoladki okazały się zaskakująco twardawe. Warstwa czekolady była gruba i właśnie twarda w stosunku do nadzienia, będącego rzadkim żelem. Tak ogółem jednak uginała się przy krojeniu czy gryzieniu. Nadzienia o strukturze zglutowanego dżemo-żelu, który bardzo się ciągnął i lepił nie pożałowano. Niegładki, z mikroskopijnymi drobinkami, nie był zbyt spójny z czekoladą.
W ustach czekolada rozpływała się powoli z racji gęstości i zbitości. Przypominała tym samym grudkę masła, choć nie była tak bardzo tłusta, a nawet w pewien sposób suchawa. Trochę podchodziła pod plastik, gładki i pozostawiający smugi jak niektóre ciemne.
Szybko ujawniała wnętrze, które początkowo w ustach zachowywało pewną zwartość, po czym prędko rozpływało się. Niby jak sok... ale właśnie soczystości mu brak. To taka żelowa konfitura z cukru, zagęszczonego owocami (a nie odwrotnie).
Suszone jagody z kolei początkowo to suche trupy, potem nieco miękły i upuszczały soczystość, ale bez szału.

W smaku sama czekolada zaserwowała sporo słodyczy, ale jej bazą okazał się duszno-ciężki smak masła i mleka. To drugie pobrzmiewało mlekiem w proszku. Taka przeciętna, nie mocno słodka, biała czekolada. Bez wyrazu, ale i bez wielkich wad.

Nadzienie podbijało słodycz. To przede wszystkim słodycz cukierkowo-sztuczna i cukrowa. Dopiero po tym czułam słodkie jagody... a właściwie jagodowy dżem / konfiturę. Z czasem, gdy nadzienie zaczynało już odlepiać się od czekolady i rozpuszczać, upuściło odrobinkę kwasku owoców. Jagódkowato-cytrusowych. Czarnej porzeczki prawie nie czułam (odległa namiastka równie dobrze mogła być wyimaginowana). Kwasek szybko zanikał w ogólnej słodyczy.

Suszone jagody nawet nie próbowały o niego zawalczyć, ponieważ same były głównie słodkie. W ich przypadku to jednak nie wada, gdyż reprezentowały słodycz czysto owocową.

Słodycz wpisała się w konwencję dusznego smaku bez wyrazu, bo i ona była dziwnie mdła. Silna i irytująca, niezbyt spójnie mieszająca się pod koniec z mdłym masłem i mlekiem.

W posmaku pozostały jagody suszone i cukrowo-cukierkowo-konfiturowe, maślano-mleczna czekolada i poczucie przesłodzenia... dziwnie sztucznego.

Całość wyszła bez wyrazu, nudno. Nijaka biała czekolada i tylko tyle że słodkie nadzienie, słodka posypka... Owszem, czuć jagody, ale czarna porzeczka umknęła zupełnie.
Jestem pewna, że gdyby zamiast suszonych jagód, dodali suszone czarne porzeczki, całość nabrałaby charakteru. Szkoda też, że cukrem i syropem g-f prawie do zera osłabili soczystość.
Bałam się, że z racji porzeczki i potencjalnego podkręcania cytryną może wyjść zbyt kontrastowo cukrowo-kwaśno, a wyszło... nawet nie tyle cukrowo, co sztucznie-słodko i nijako, ciężko. To zdecydowanie najgorsza propozycja z serii, choć jednocześnie nie było w niej nic szczególnie odrzucającego. Zjadłam jedną czekoladkę, ale nie trafiając na nic ciekawego, a już zwłaszcza na porzeczki, a tylko na irytującą sztucznie-cukierkową słodycz i maślaną ciężkość, oddałam Mamie. Bez specjalnego obrzydzenia, bez jakichkolwiek uczuć. Gdyby nie obiecywali porzeczki, 6 bym dała (choć gdyby nie porzeczka, nie kupiłabym).
Mamie smakowały (te ponad 100 gramów, jakie jej wpadły w moment zjadła na raz - ja bym chyba padła, mimo że też lubię zjeść sobie 100g czekolady - jednak nie takiej!), ale to bo ona uwielbia wszelkie słodkie, jagodowe rzeczy (np. odkąd weszła, mogłaby dzień w dzień jeść Jogobellę Panna Cottę jagodową). Przyznała mi rację, że środek mógłby być wyrazistszy w smak owoców oraz, że czarnej porzeczki nie czuć. Uznała, że z porzeczką "to w ogóle mogłoby być pyszne".


ocena: 5/10
kupiłam: Aldi
cena: 9,99 zł (za 115g)
kaloryczność: 470 kcal / 100 g; 1 sztuka (ok. 10g) - 45 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, przecier z borówek amerykańskich 7%, substancja utrzymująca wilgoć: gliceryna; przecier z czarnych porzeczek 3%, suszone jagody, lecytyna sojowa, aromat, regulatory kwasowości (kwas cytrynowy, cytryniany sodu), substancja żelująca: pektyny

niedziela, 27 października 2019

krem Freihofer Gourmet Zartbitter Creme

Obecnie słodycze niebędące czekoladą w ogóle mnie nie pociągają. Parę jednak, zakupionych dawno lub otrzymanych, postanowiłam z ciekawości otworzyć. Kremów czekoladowych nigdy nie lubiłam. Jako dziecko byłam postrzegana jako dziwoląg, bo od Nutellą i jej podobnych trzymałam się z daleka. Może po prostu urodziłam się z przesytem tego, bo Mama będąc w ciąży, uzbierała parę szklanek, z których jedna potem służyła mi m.in. do Whisky (i właśnie smarowidła w szklankach postrzegam jako wypełniacz czegoś - w sensie szklanki - a nie coś do jedzenia?)? Dziwne to... I dziwne jest to, że obiekt recenzji w ogóle u mnie się pojawia. Dostałam od Mamy, bo wspomniana ulubiona szklanka się stłukła, a "to wyglądało tak porządnie". I w końcu nie bardzo wiedziałyśmy, która ma to zjeść. "Jak ty nie chcesz, to ja zjem" - stwierdziła, ale niestety okazało się niezjadliwe, bo "zupełnie jak gorzka czekolada". Nie mogła tego zrozumieć, kierując się logiką, że skoro ten krem ma 30 % kakao, a taka Milka też "to przecież powinno być słodkie i mleczne". No i właśnie to mnie zaciekawiło. 30 %? Myślałam, że przeciętne kremy czekoladowe zazwyczaj chyba zawierają góra 10% i... ciekawość wzięła górę. A poza tym, zainteresowałam się, czy to przypadkiem tymi smarowidłami nie są nadziewane czekoladki Freihofer Gourmet Gefullte Schoko Tafelchen tej marki (ale nie wiem, jakiego producenta).

Freihofer Gourmet Zartbitter Creme to "krem kakaowy" (acz ja bym powiedziała, że ciemnoczekoladowy); za marką stoi (chyba) Wilhelm Reuss. Słoik zawierał 200g.

Po otwarciu od razu przyszło skojarzenie z mdlącym zapachem z dzieciństwa, kiedy to z rodzicami i ich znajomymi oraz dziećmi znajomych jeździliśmy na domki. Inne dzieciaki opychały się do woli białym chlebem z kremami kakaowymi - podróbkami Nutelli, choć i ona się zdarzała. Porzucali wtedy skórki od chleba byle gdzie, a ja... ja sobie patrzyłam. Brzydził mnie miękki biały chleb i tłuste smarowidło. Już wtedy wolałam konkretniejsze chleby, a czekoladę w tabliczce. Tutaj... właśnie to czułam. Od razu i zapach chlebowy, taki podpieczony bardziej, i... obstawiam, że olej. Kakao delikatnie zaznaczyło się za mdłym olejem.

Konsystencja łychostajna, ślisko tłusta, bardzo zalepiająco-oblepiająca. W ustach wydało mi się to oleiste, acz wciąż gęste. Jak na takie coś... Zaskoczyło mnie właśnie, że nie był to mimo wszystko sam tłuszcz.
W kremie odnalazłam wysuszająco-kakaowy efekt, ale nie był proszkowy czy pylisty. Po jedzeniu zostałam z nibypylistym wysuszeniem w ustach i poczuciem zatłuszczenia na ustach.

W smaku najpierw poczułam przyjemną nutkę kakao, lecz szybko rozszedł się też mdły smak. Odebrałam go jako tłuszczowy, więc obstawiam, że to smak oleju. To jednak nie była oleistość, jaką spotykam w kiepskich czekoladach. To był po prostu dziwny bezsmak.
A jednak nie mogę powiedzieć, by krem był bez smaku. Okazał się bardzo, bardzo słodki i... wyraziście cierpki. Cierpkość rozchodziła się niezależnie od nijakości i słodyczy. Ewidentnie kakaowa, taka... "pylista", jakby podpieczona, ale nie bardzo gorzka, a lekko gorzkawa. Kwasku kakao w proszku nie uświadczyłam. W połączeniu z nijakością jednak cierpkość zalatywała trochę taniością... Na pewno nie była wytrawnie-wykwintna, ale też nie powiedziałabym, że to odtłuszczone kakao w proszku. Zwykłe kakao... stojące zupełnie obok...
...Wora cukru, który najprawdopodobniej wyeliminował gorzkość i kwaskawość. Smarowidło było bardzo słodkie, ale... dzięki tej cierpkości nie cukrowe.

Po jedzeniu zostało w ustach poczucie cierpkawości kakao i posmak tego czegoś mdło-tłuszczowego (oleju?), taniości... Ale nie aż tak źle, jak myślałam - obyło się bez odruchów wymiotnych, choć mi nie smakowało. Z gofrem da się zjeść, ale odkryłam, że i jakoś obecnie gofry mnie nie kręcą. Tak sobie też myślę, że olej, jakikolwiek tłuszcz, to po prostu kiepska baza pod wytrawne smarowidło.
Mamie wydał się bardzo, bardzo gorzki, nietłusty, przez co jej nie smakował. Po paru łyżeczkach uznała, że mimo wszystko można się wciągnąć. Dziwiła się, że mnie nie zachwycił, "taki gorzki, zupełnie jak ciemna czekolada, powinien Ci smakować". Hm, no tak... może rzeczywiście smakuje jak zwykła czekolada (np. Luximo 70 %), ale wymieszana z olejem, a tego nie trawię.

Werdykt? Takie kremy są po prostu nie dla mnie; to tak, jakby pytać weganina o opinię na temat steku. Może i dobrze zrobiony, wyróżniający się, ale... co z tego? Ogólnie, obiektywnie powiem tak: jak na takie coś, zjadliwe, ale zalatujące olejem / trochę taniością (może to normalne?). Niegorzkie, niekwaśne, a słodko-cierpkie. Przystępne do czegoś... w sumie bez bardzo złych posmaków, mimo że mi taniością / olejem zbytnio zalatywało (ale tak jak mówię, do takiego tłuszczu w ogóle nie jestem przyzwyczajona). Można się wciągnąć (ale mnie po pewnym czasie i tak obrzydzało). Najpierw pozostawiam bez oceny, bo nie miałam do czego się odnieść, ale w ciągu kolejnych miesięcy spróbowałam to i owo. Jeśli ktoś lubi cierpkość i smarowidła, może śmiało brać, ale na gorzkość czy wykwintność lepiej się nie nastawiać. Jak ktoś nie lubi cierpkości, niech lepiej trzyma się z daleka. Obstawiam jednak, że dla wielbicieli takich rzeczy, orzechowy czy jakieś taki, mógłby być ciekawszy (bo, jak pisałam, ciemna czekolada do formy takiej nie pasuje).
Umocniłam się w przekonaniu, i co więcej, wydaje mi się to logiczne, że to właśnie tymi smarowidłami producent ponadziewał czekoladki. Owszem, może coś trochę dodał czy zmienił, ale obstawiam, że to te kremy służą za bazę nadzień Gefullte Schoko Tafelchen.


ocena: 7/10 (siląc się na obiektywność)
kupiłam: Aldi (Mama kupiła)
cena: chyba jakieś 6-7 zł za 200 g
kaloryczność: 544 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, kakao odtłuszczone w proszku 30%, olej słonecznikowy, tłuszcz kakaowy, olej kokosowy, lecytyna słonecznikowa, aromat

PS Jako że dzień bez czekolady to dzień stracony, zapraszam na aktualizację recenzji Kaufland Classic Edel Herbe Sahne.

czwartek, 19 września 2019

Freihofer Gourmet Gefullte Schoko Tafelchen Karamell mleczna z solonym śmietankowym karmelem i kawałkami karmelu

Nie lubię, gdy tabliczki przybierają formę polewowo-skorupkowego wierzchu z lejącym, rzadkim nadzieniem. Jedno wtedy pęka, drugie szybko znika, po czym pierwsze zalega jako dziwna gruda. Nie toleruję też zbyt tłustej, nieuzasadnionej miękkości. Z tych powodów jestem sceptyczna do np. czekolad z karmelowymi nadzieniami. Cenię wyważenie, spójność. Po dwóch Freihofer Gourmet wiedziałam już jednak, że kolejny wariant pewnie też będzie miękki. Normalnie może bym narzekała, ale pomyślałam, że może akurat trafi się coś fajnego, bo taka słodka miękkość do nietwardego karmelu (w dodatku solonego, a więc bardzo przeze mnie lubianego) może wyjątkowo dobrze pasować.

Freihofer Gourmet Gefullte Schoko Tafelchen Karamell to mleczna czekolada o zawartości 32 % kakao nadziewana miękkim solonym toffi ("śmietankowym karmelem"; 26%), udekorowana kawałkami karmelu (2%).
Wyprodukowane we Francji przez Aldente GmbH (zakładam, że dla Aldiego); linia limitowana na zimę 2018/19.

Po otwarciu poczułam niemal cukrowe, palone toffi, zaskakująco wyraźnie zaznaczoną sól i zacukrzone, acz wciąż wyraziste mleko. Po podziale czekoladek, wyłaniał się zapach nadzienia: ewidentnie słonawo-palono karmelowy, ale i śmietankowy, trochę pseudoalkoholowy (w trakcie jedzenia odlegle skojarzył mi się z wyobrażeniem Pawełków).

W dotyku minitabliczki wydały mi się zaskakująco twarde, ale potem takowymi bym ich nie nazwała. Na każdej znalazło się mniej lub więcej kawałków karmelu, który zaskoczył mnie konsystencją: stałą, ale nie chrupiącą, a miękką. Raz i drugi tylko skrzypnął. Uginał się, przypominał grudki plasteliny, które rozpływały się mniej lub gorzej (zależy od wielkości, proporcji itp.) wraz z całością. Większość kawałków znalazło się na wierzchu, tylko część była wtopiona w masę.
Nadzienie wydało mi się umiarkowanie ciągnące się przy robieniu kęsa. Raczej lepiące, ale nie jakoś bardzo.
W ustach sama czekolada rozpuszczała się dość szybko. Miękła i tylko trochę oblepiała usta przez to, że mimo tłustości była dość wodnista (przez cukier?). Pobrzmiewało w niej echo leciutkiej proszkowości. Z racji proporcji, i tak zostawała na zakończenie.
Gdy tak uginała się, szybko wydobywało się spod niej nadzienie, ale rozpuszczało się powoli. Bardzo się lepiło, czekoladę także zlepiało. Okazało się o wiele zwarto-gęstsze, niż początkowo się wydawało. Najpierw wręcz śliskawe, tłuste jak śmietanka i z nasilającym się motywem scukrzenia.

Czekolada uderzyła cukrem, któremu wtórowało mleko. Niestety jednak nie dało rady dogonić cukru właśnie. Cukrowość... może i zaleciała trochę toffi, ale zakładam, że po prostu wierzch przesiąkł nadzieniem.

To odzywało się szybko jako motyw leciutko posolonego masła. Goryczka palonego cukru niepewnie zbadała grunt, po czym nadzienie niesamowicie podbiło samą słodycz. W bezkreśnie cukrowej toni jednak również śmietanka odnalazła miejsce dla siebie, po czym zaczęła wychodzić na prowadzenie. To było niczym... śmietankowo-karmelowa krówka? Nadzienie wydało mi się bardziej śmietankowo-maślane od samej czekolady, a jednocześnie dość mocno palone, że (mieszając się z czekoladą) zahaczające o jakiś kakaowo-czekoladowy karmel. Dzięki temu jego słodycz wyszła głębsza, poważniejsza. Doszukałam się w nim wprawdzie lekkiej sztuczności, ale bliżej końca zasugerowało to alkoholowy motyw. Tylko to chyba sprawiło, że drapanie w gardle nie wydało mi się okropne. Słona krówka, niemiłosiernie cukrowa, a jednak z lekką, słonawą goryczką dominowała na końcówce.

Kawałki karmelu zaskoczyły mnie, że aż tak cukrowe nie były. Przekłuły wszystko odrobinką soli, po czym wprowadzały bardziej tłuszczowo-palonokarmelowy motyw.
Mieszanka śmietankowo-maślanych karmelów z cukrową czekoladą na końcówce, z tą taniawo-alkoholową sugestią odlegle skojarzyła mi się z wedlowskimi Pawełkami (luźno, z wszystkimi trzema, choć jadłam chyba tylko toffi i to jeszcze jako dziecko).

W posmaku pozostało po prostu przecukrzenie, ale też słonawo-karmelowawo-krówkowa nuta, tylko że odległa. Był to moment, w którym zorientowałam się, że to właściwie było dość mocno słone. Palony motyw okazał się na tyle silny, że nie kojarzyło mi się to z toffi, acz jestem pewna, że gdyby paloność była niższa, to właśnie toffi / toffi-krówkę bym czuła.

Całość wyszła umiarkowanie dobrze. Niezły karmel niestety zamknięto w klatce z cukru w cukrowym więzieniu. Cukier przytłaczał, ale pod nim... smak był ciekawy. Sztucznawość sugerująca alkohol (bez alkoholu!) dodatkowo sprawiła, że jakoś ta słodycz była do przebrnięcia.
I wreszcie kwestia struktury... zaskoczyła mnie. Była bowiem lepiszczo-mazista, ale nie taka miękko-tłusta. Wydaje mi się, że to kwestia ilości cukru i syropu, ale... właśnie że to tak bardziej cukrowo się rozpuszczało, cukier szybciej trafiał do gardła i drapał. Cieszę się jednak, że nie było bardziej tłusto, bo raczej bym nie przetrwała.
Mama uznała, że  czekoladki były ciekawe, bo "bliżej nieokreślone" (dla niej karmel = taki słodko toffiowaty, jak ze wszelkich Milek itp.). Smakowały i kojarzyły jej się "z jakimś batonem" ("Pawełek" nie padło, ale ten toffi to jeden z jej ulubionych, więc na pewno zna jego smak o wiele lepiej ode mnie, a mi to się tak luźno z "pawełkową mieszanką" kojarzyło), jednak według niej słodycz była w udany sposób przełamana i nie za silna.


ocena: 7/10
kupiłam: Aldi
cena: 9,99 zł (za 115g)
kaloryczność: 510 kcal / 100 g; 1 sztuka (ok. 10g) - 49 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, syrop glukozowy, miazga kakakowa, śmietana, masło 1,2%, aromat, sól morska 0,2%, inulina, lecytyna sojowa

środa, 28 sierpnia 2019

Freihofer Gourmet Gefullte Schoko Tafelchen Nuss-Nougat mleczna z nadzieniem nugatowym z karmelizowanymi orzechami laskowymi

Jeszcze do niedawna uważałam, że nugat to twór nie w moim stylu. Po kilku dobrych czekoladach z nugatami właśnie uznałam, że wcześniej po prostu miałam pecha, bo trafiałam na za słodkie i za tłuste. Dobrze zrobiony nugat jest świetny... szkoda tylko, że tak rzadko się trafia. Dalej jestem więc ostrożna w stosunku do tabliczek z nim, ale obecnie raczej miło mi się kojarzą. Oczywiście tylko na dzień, w którym już od rana nastawiam się na coś słodszego niż zwykle. Po tę sięgnęłam jednak dość spontanicznie. Po prostu "słodka nadziewajka", którą na dany dzień zaplanowałam była niezjadliwa, że nawet całej kostki (wprawdzie były duże) nie zjadłam. Nie chciałam więc po niej porywać się na coś potencjalnie pysznego, ale zamierzałam coś słodkiego wreszcie zjeść. Po Freihofer Gourmet Gefullte Schoko Tafelchen Kakao pomyślałam, że nugatowa propozycja tej marki będzie akurat.

Freihofer Gourmet Gefullte Schoko Tafelchen Nuss-Nougat to czekolada mleczna o 32 % zawartości kakao nadziewana (32%) kremem nugatowym z orzechami laskowymi udekorowana (2%) kawałkami karmelizowanych orzechów laskowych.
Wyprodukowane we Francji przez Aldente GmbH (zakładam, że dla Aldiego); linia limitowana na zimę 2018/19.

Po otwarciu poczułam bardzo jednoznaczny i wyidealizowany zapach orzechowo-czekoladowego kremu-smarowidła (typu Nutella) oraz nugatu z pieczoną nutką przywodzącą na myśl chleb ze skórką.

Minitabliczki już w dotyku zdradzały swą miękkość. Przy przełamywaniu wierzch nieco się uginał, a nadzienie rwało. Czekolada tworzyła jakby łódeczkę, nugat skumulował się po środku. Ilość posypki wygląda różnie: na niektórych prawie wcale, na innych dużo, ale na każdej czekoladce wtopiono ją porządnie.
W ustach czekolada natychmiast miękła, po czym rozpływała się w średnim tempie. Kompletnie zalepiała usta w gęsto-kremowy, tłusty sposób. To gładkie, błogie bagienko.
Po chwili wierzch uwalniał nadzienie, z którym okazała się idealnie integralna - jeszcze miększym i bardziej zalepiającym. Mięciutkie i maziste do złudzenia przypominało krem do smarowania. Tłuste w nieco oleisty sposób, trochę zakradało się pod ulepek, ale ulepkiem nie było. Uratowała go od tego jednak pewna nugatowa gęstawość i echo pylistości.
Jedzenie tych czekoladek przypominało... łyżeczkowanie czekoladowego smarowidła.
Zatopione na spodzie kawałki były twardawym, chrupiąco-skrzypiącym cukrem, w którym kryła się odrobinka zaskakująco świeżych orzechów. Szkoda, że orzechy były karmelizowane, a już na pewno szkoda, że właśnie w takich proporcjach (stosunek orzechów do cukru na nich). Niby pasowały do całości, przełamywały miękkość, ale... chyba właśnie dużym plusem jest to, że nie dodano ich więcej.

W smaku czekolada okazała się łagodnie maślana i przesłodzona. Lekko w tym waniliowa i przesiąknięta orzechowym nadzieniem - trudno powiedzieć o niej coś więcej.
Prędko pojawiło się mleko, wraz z orzechową nutką tworząc harmonijne przejście do do smaku kremu, jakby były jednością.

Nadzienie właściwie rządziło. Maksymalnie podkręciło słodycz czekolady i szybko zasłodziło. Po chwili w przesłodzeniu tym pojawiła się wizja orzechowo-czekoladowego smarowidła. Fala słodyczy rozbiła się o orzechowy falochron. Wciąż było słodko, ale orzechy laskowe pokazały, co potrafią. Jawiły się jako naturalne i poniekąd łagodne, ale stanowcze. W dużej mierze przybrały postać orzechowo-kakaowego smarowidła. Wydobyły skądś kakałkową nutkę (nie mającą nic wspólnego z gorzkością). Z racji ogólnej słodyczy i maślaności, także smak nugatu wyszedł wyraźnie. Mimo to, główna rola należała do smarowidła. Wydobyty został smak mlecznoczekoladowy (w momencie gdy sama czekolada głównie zacukrzała). Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mleczność i oleistość (jakby powiązana z orzechami, z tym kremem) też wyraźnie się odezwały, ale w przesłodzeniu nie były zbyt istotne.

Jego charakter podkreśliły bowiem chrupacze. Po tym, jak jeszcze podbiły cukrowość, roztoczyły smak lekko palonego cukru. Zadrapały tym samym w gardle, ale wprowadziły również palono-pieczony smak, który łącząc się z maślaną czekoladą przełożył się na skojarzenie z kromką chleba uginającą się pod kilogramem przecukrzonego kremu orzechowo-kakaowego.
Gdy bliżej końca schrupałam posypkę, raz i drugi trafiłam na smakowicie świeży kawałek orzecha. Mimo cukrowości otoczenia, wyszły zaskakująco charakternie... oczywiście gdy wyszły w ogóle, bo miałam wrażenie, że prawie ich tam brak.

Po wszystkim pozostało poczucie zatłuszczenia kompletnego (na ustach, w ustach i na palcach) oraz przecukrzenia. Żadne z nich nie było jednak tragiczne... należały do smarowidła o niezłej jakości i nugatu, a więc sporo w tym orzechów laskowych. Zdziwiłam się, że to właśnie skojarzenie z kremem orzechowo-czekoladowym było silniejsze niż nugat. To był dobry krem... Potrafię sobie wyobrazić, że tak smakują smarowidła tej marki (zdjęcie gazetki) - może po prostu nimi nadziano czekoladki? Niestety nie mogę tego powiedzieć o czekoladzie - ona nawaliła. Strasznie przesłodzona i w sumie tyle. Nawet jakaś mało czekoladowa, że aż krem wyszedł bardziej... no właśnie też nie czekoladowo, a jak krem orzechowo-kakaowy / czekoladowy. Chodzi jednak o takie słodkie kakałko, a nie choćby gorzkawe kakao.

Całość zaprezentowała się zaskakująco dobrze jak na taką słodką i tłustą miękkość. Wydźwięk kremu-smarowidła jakoś... po prostu mnie kupił. Miał specyficzny, niecodzienny urok, mimo przecukrzenia. Plusem jest ta "inność" (krem), to nie po prostu kolejny nudny (i w gruncie rzeczy za mało orzechowo-orzechowy czy też nugatowy jak na to, czym jest) nugat. Niezły jakościowo i jak najbardziej do zjedzenia, ale na pewno nie na raz, jak mam w zwyczaju mniej więcej standardowe tabliczki zjadać, a np. przez cały dzień wykładów. Po jednej minitabliczce zaczynało trochę drapać w gardle.
Z nugatowych propozycji z Aldi zdecydowanie wolę pyszną Moser Roth Chocolat Delice Edel Nugat.
Tak sobie pomyślałam, że to dobry przykład, gdzie tłustość i miękkość pasują do smaku, całej konwencji produktu - pseudociemne tłuściochy Moser Roth Chocolat Delice Praline Edel Zartbitter czy Das Exquisite Mouse au Chocolate przy kremowym nugacie wypadają źle i tyle.


ocena: 7/10
kupiłam: Aldi
cena: 9,99 zł (za 115g)
kaloryczność: 557 kcal / 100 g; 1 sztuka (ok. 10g) - 53 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (shea, kokosowy), orzechy laskowe 4%, olej rzepakowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, mleko odtłuszczone w proszku, lecytyna sojowa, aromat

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Freihofer Gourmet Gefullte Schoko Tafelchen Kakao ciemna 70 % z nadzieniem kakaowym i nibsami

Tej zimy w Aldim nakupowałam rozmaitych aldiowatych (nie tylko marek własnych, ale ogólnie takich, które pojawiły się chyba tylko tam) czekolad - każdej marki po kilka smaków, w ciemno. Chcąc mieć jakiś ogólny ogląd, co ja tam nachomikowałam, zaczęłam próbować po jednym smaku każdej marki. W tym przypadku padło właśnie na tę z dwóch powodów: 1) bałam się, że ciemna najszybciej zdziadzieje np. pokrywając się nalotem; 2) prawie nabawiłam się urazu do za tłustych i przesłodzonych kremów czekoladowych / kakaowych, więc chciałam mieć ją z głowy.

Freihofer Gourmet Gefullte Schoko Tafelchen Kakao to czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana kremem kakaowym (26%) i udekorowana ziarnem kakaowym; w formie minitabliczek / czekoladek.

Po otwarciu poczułam niejednoznaczny zapach, którego nie umiałam zaklasyfikować jako przyjemny lub nie. Z jednej strony przedstawiał ziemiste, niemal soczyste kakao o mocnym wydźwięku, a z drugiej dużo maślaności i śmietanki. Gdy trafiły one na ziemię, kojarzyły mi się tak maślano-grzybowo, trochę margarynowo. Gdy zbliżałam nos do spodu, w zapachu dominowały nibsy, wyostrzające ziemistość. Ku mojemu zaskoczeniu zapach nie był zbyt słodki, a wytrawny.

Na dotyk mini-tabliczki wydawały się bardzo tłuste i miękkie, ulepkowate, ale przy przełamywaniu czy odgryzaniu kawałka lekko pykały. Warstwa czekolady była dość gruba, środek wyglądał dziwnie. Najpierw myślałam, że jednak są dwa rodzaje nadzienia, ale nie: czekolada po prostu w każdym była dziwnie w nadzienie "wgięta". Część nibsów dobrze się jej trzymała, część odpadała, nadając kruchego wrażenia.

W ustach czekolada rozpływała się powoli, troszeczkę opornie tworząc jak gdyby gęstą, miękką zawiesinę. Była gładko-kremowa, ale z wysuszającym efektem przywodzącym na myśl trufle. Szybko wyłaziło spod niej nadzienie tłustsze i ewidentnie gładsze od niej. Okazało się czymś między oleistym kremem, a margarynowym musem. Nibsy z kolei były twardo-chrupiące i suche, ale nie ostre czy coś. W sumie spoko, bo takie jakoś pasowały do tłusto-miękkiej masy (osłabiało to poczucie).

W smaku czekolady na pierwszym miejscu stała słodycz o niemal uroczym wydźwięku.
Po dosłownie sekundach, doszła do niej lekka maślaność i delikatnie gorzkawe kakao o palonym wydźwięku. Najpierw do głowy przyszedł mi chleb (ciemnawy jakiś, ale nie twardy, żytni czy coś) z masłem, co dość szybko przeszło w słód lub kawą. Nie było to jednak wyraziste, a bardzo słodko-rozmyte.

Gdy próbowałam rozgryzać nibsy "obok czekolady" bliżej początku, wydawały się suche i prawie "wysuszone ze smaku".

Nadzienie zszokowało mnie tym, że podbiło słodycz, serwując jakby czystą słodycz wpisaną w śmietankę. Była za silna, ale jakby płynąca bezpośrednio ze śmietankowo-mlecznego smaku. Pojawił się też maślano-grzybowy akcent. Wraz z nim rozszedł się bardziej cierpki smak kakao. Z czekoladową gorzkawością wreszcie zrobiło się to intensywnie kakaowe i wytrawniejsze. Niestety, maślaność i margaryna też miały w tym spory udział. Nadzienie wydzióbane i spróbowane osobno miało w sobie nutę obrzydliwości, ale z czekoladą, w jego smak można było się wciągnąć.

Czekolada wraz z nadzieniem z chlebowo-słodowo-kawowej stała się wyraźnie kawowo-cappuccinowa. Gorzkawość i słodka do potęgi śmietanka mieszały się z margaryną, kryjąc ją. Już bliżej końca gorzkawość została wepchnięta bardziej w gorzkość (acz wciąż delikatną) przez nibsy, zanim jeszcze zaczęłam je rozgryzać.

Gdy zaczęłam rozgryzać nibsy, to one dominowały zupełnie. Najpierw niewiarygodnie podbijały kawę i słodowość, by po chwili zaserwować mieszankę słodyczy i kwasku w słodowej otoczce, jednoznacznie kojarzące się z jasnym, pszenicznym piwem. Trochę kiepskim, ale piwem (Lechem konkretnie). Niektóre były po prostu gorzko-kakaowe, inne jakieś gorzko-przypalone, parę bez smaku.

W posmaku pozostała silna słodycz, śmietanko-cukier puder oraz poczucie zatłuszczenia, a jednocześnie wysuszenia pyłkiem kakao. Czułam nibsy i kakao w kontekście musowo-maślanym. Dzięki temu przesłodzenie nie dawało się we znaki, ale... kojarzyło się to też dziwnie grzybowo-margarynowo. Wydaje mi się, że jednak gorzki smak kruszonego kakao trochę za bardzo kontrastowo podkreślił margarynowo-maślaność środka.

Trudno mi to wyjaśnić, ale w tym było coś wciągającego, mimo pewnej obrzydliwości. Wydało mi się połączeniem Gross Truffle i Lindt Lindor. Miało obrzydliwawe nadzienie Lindora, ale nie było tak słodkie, naprawdę czuć w nim kakao. Gross miał lepszą strukturę. Nibsów w Gourment było mi trochę za dużo, ale nie mogę powiedzieć, że nie pasowały.
Mimo wielu czynników  łagodzących, kakao naprawdę dobrze czuć, więc to niewątpliwie plus, ale dla mnie to i tak było zdecydowanie za maślano-margarynowe. Czuję, że inne smaki wyjdą na pewno lepiej, bo są z założenia takie słodkie a nie wytrawne, taka forma zaś zdecydowanie bardziej do słodkości pasuje. Zjadłam na raz, by nie musieć do nich już wracać (a oddać nie było komu).


ocena: 6/10
kupiłam: Aldi
cena: 9,99 zł (za 115g)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g; 1 sztuka (ok. 10g) - 56 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcze roślinne w zmiennych proporcjach (palmowy, z ziaren palmowych), tłuszcz kakaowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 4%, ziarna kakaowca 4%, serwatka w proszku, lecytyna sojowa, aromat