Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magnetic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magnetic. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 marca 2022

(Ludwig Schokolade) Magnetic Bąbello smak miętowy mleczna z napowietrzonym miętowym nadzieniem mlecznym

Kiedy ojciec chciał mi kupić bąbelkową czekoladę z Biedry uznał, że najciekawszym wariantem jest łączona mleczno-biała lub karmelowa. Wyprowadziłam go z błędu mówiąc, że żadnej z nich nie chcę. Białe tego typu u mnie zawsze przegrywały z wariantem mlecznym, choć wszyscy wokół zajadali się białą Bąboladą. Sam taki typ robił na mnie wrażenie przez bardzo krótki okres czasu. Obecnie nie odpowiada mi, ale obiektywnie to chyba fajna sprawa dla niektórych konsumentów. Z ciekawości próbowanie dopuszczam. Najlepiej wspominam Chateau Pur Luftschokolade Edel Vollmilch, potem zaś o dziwo Milkę Bubbly Alpine Milk (przy czym dodam, że jedzona przed blogiem wersja karmelowa wydała mi się okropna). Ciemna, np. Roshen Dark Bubble Chocolate jakoś mi do tej formy kiepsko pasowała. Mięta i takie dziwa? Powiedziałabym, że pasuje, ale w pamięci miałam nieszczególne Aero bubbles mint, za którymi stoi Nestle, którego to nie lubię (a ich klasyczną Aero uważam za niesmaczną). I tu najciekawsze, bo... także dzisiaj opisywaną zrobił producent, którego dawno obiecałam sobie czekolad nie kupować. Tylko że w momencie sięgania po czekoladę myślałam, że Baron. Dopiero dosłownie przed otwarciem zorientowałam się, że nie. Za czekoladą stoi producent m.in. Schogetten, czyli Ludwig Schokolade. Nie obstawiałam więc, że wyjdzie lepiej, ale że ojciec i tak zastrzegł, że nie daje mi całej czekolady ("przynajmniej pół ma być do zwrotu"), z ciekawości postanowiłam sprawdzić. Gdy dzień przed otwarciem dowiedziałam się, że to nie, że jakaś tylko mleczna z olejkiem i np. barwiona na zielono, a z nadzieniem... wystraszyłam się i byłam bliska stchórzenia i rezygnacji ze spróbowania. Rano jednak mi się odmieniło.

Magnetic Bąbello smak miętowy to mleczna czekolada o zawartości 27 % kakao nadziewana napowietrzonym / bąbelkowym nadzieniem mlecznym o smaku miętowym (46%), wyprodukowana przez Ludwig Schokolade dla Biedronki.

Przy otwieraniu dopadł mnie bardzo intensywny splot goryczkowatego olejku miętowo-mentolowego oraz mleka. Było to dość dziwne... I słodkie zdecydowanie za bardzo. Z racji cukrowości do głowy przyszły mi Mentosy (pewnie bardziej mgliste wspomnienie / wyobrażenie) czy inne miękkawe cukierki miętowe sztuczne w sposób słodko-mentolowy i ewidentnie cukierkowy. Wyrazista mleczność i nawet pewna czekoladowość wyszły przy tym karykaturalnie. Zapach był niespotykany i niezbyt przyjemny, ale nie jednoznacznie zły. Podejrzany.

W dotyku tabliczka wydała mi się zaskakująco nieulepkowata. Łamała się z ładnym chrupnięciem. To pewnie z racji grubości wierzchu i tego, jak nadzienie pykało. Już na oko miało mnóstwo pęcherzyków powietrza. Łatwo rozdzielić kostkę, przy czym zielona część się kruszyła, a jednak oddzielenie czekolady od nadzienia graniczyło z cudem.
W ustach czekolada rozpływała się dość szybko, mięknąc na zalepiający, gęsty krem. Tłusta gęstwina odsłaniająca początkowo lekko spod niej bąbelkujące nadzienie wydała mi się przez kontrast ciężka. Całościowo skojarzyło mi się to z... bąbelkującym bagnem. Czekolada znikała wolniej niż bąbelkowało nadzienie.
Zamiast nasilać się, efekt ten słabł. Środek też z czasem zaczynał mięknąc na zalepiającą, acz bardziej oleistą maź. Części połączyły się w swej nieprzyjemnej, miękkiej gęsto-oleistej tłustości. Odlegle skojarzyły mi się z oleistym kremem-smarowidłem spulchnionym tak, by udawał bitą śmietankę, ale któremu coś nie wyszło.
Zatłuszczało to i otłuszczało usta w sekundę.

W smaku czekolada bardzo przesiąkła miętą z nadzienia. Była to sztucznie goryczowata mięta. Odlegle ziołowa, bardziej gryząco-mentolowa i napastliwa.
Oprócz tego, czekolada serwowała dużo cukru, ale z czasem decydowała się na całkiem sporo naturalnego mleka. Wyłoniło się całkiem nieźle, choć nie pomogło całości.

Nadzienie poniekąd umocniło mleczność. Ono rozkręcało mleko, ale do pary z miętowym smakiem. To było jak... cukierki miętowe: Mentosy, landrynki itp. z mlekiem. Dziwne połączenie, którego splot zacieśniał cukier. Szybko całość wydała mi się zrobiona głównie na bazie cukru. Męczyło to po paru sekundach. Cukrowość przylepiła się na dobre do mięty, uwypuklając jej chłodząco-mentolowy charakter. W połowie rozpływania się kęsa zorientowałam się, że to wręcz pali. Pali / gryzie od mentolu i cukru.

Mentol i słodycz, pewna miętowo-cukrowa cukierkowość dosłownie atakowały, rozkręcając się na nijako-oleistej, tłuszczowo-żadnej bazie. W gardle drapała / paliła, wgryzała się w język. Ochłodziła albo raczej wyprała mi dziwnie usta, co z czasem zaczęło łagodzić mleko. Nie uładziło jednak słodyczy za wysokiej w stopniu, że to aż ciężko pojąć.

Pod koniec mleczność i cukrowość wzrosły, zrobiło się nieco bardziej tanio czekoladowo (jak jakaś biało-mleczna?), i choć mięta wciąż chłodziła i była smakiem niemal wiodącym, nie napastowała już aż tak.

Mimo to, po zaledwie kęsie zostawał odpychająco kwaskawy posmak sztuczności: sztucznej słodyczy, sztucznego, goryczowatego mentolu, pseudo mięta... Wreszcie cukrowość jakby laboratoryjna, cukrowość zwyczajna jako przesłodzenie i... posmak tandetnej, plastikowej czekolady mlecznej.

Całość jawi mi się jako... nie aż tak straszna, jak myślałam przy pierwszym kęsie, ale kiepska, niskopółkowa. Po kostce po prostu brak ochoty i motywacji, by sięgnąć po kolejną. Ani to miętowe jak należy, ani to czekoladowe. Ta cukrowość, sztuczność i palenie były dla mnie wręcz straszne. A jednocześnie uwierzę, że ktoś może być na to bardziej odporny - choćby na słodycz. Dziwna struktura też mi się nie podobała. To nie było zgrane. Ciężkie, niby bąbelkujące, a jednak aż przytykające... oleiste. Przyjrzawszy się składowi o wszystko obwiniałabym olej palmowy. Może to on w smaku tak to... przemodyfikował? Bo w sumie ani syropów, ani sztucznych aromatów nie ma.
Przypomniała mi się Schogetten Airy Dark Cherry. O tak, czuć, że to podobna półka (i ten sam producent!).
Mamie też nie smakowała - uznała, że zdecydowanie za bardzo "mentolowo-pastodozębna", więc większość trafiła do ojca... ku jego uciesze, od razu zakrzyknął: "co wy chcecie? bardzo miętowa i smaczna, tylko że nie bąbelkuje, taka gęsta jest". 


ocena: 2/10
kupiłam: ojciec kupił w Biedronce
cena: nie wiem
kaloryczność: 544 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcze roślinne (palmowy, shea), tłuszcz kakaowy, słodka serwatka w proszku, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyny (sojowe, słonecznikowe), barwniki: kompleks miedziowy chlorofilu, kurkumina; naturalny aromat miętowy, ekstrakt z wanilii, aromat naturalny

czwartek, 30 stycznia 2020

Magnetic Czekolada deserowa nadziewana lubeckim marcepanem o smaku pomarańczowym

Nie lubię kandyzowanych skórek pomarańczy (ogólnie kandyzowanie to zło) i nie mogę się pogodzić z tym, że w czekoladach praktycznie nie występują skórki niekandyzowane. A szkoda, bo właśnie same gorzkie skórki bardzo lubię. Spośród pomarańczowych czekolad jakoś nie mogę sobie "tej mojej znaleźć" (co innego nuty pomarańczy w ciemnej - te w 99 % przypadkach mi smakują), zauważyłam jednak, że o wiele lepiej sprawdzają się nadzienia. Ostatnio parę właśnie takich jadłam i dzisiaj prezentowana idealnie się wpisuje w tę "serię". Niestety jednak, po kokosowej i z marcepanem nie obstawiałam, by ta mnie zachwyciła. Obie były mi zdecydowanie za cukrowe. A może pomarańcza miała to przełamać?

Magnetic Czekolada deserowa nadziewana lubeckim marcepanem o smaku pomarańczowym to "czekolada ciemna o zawartości 53 % kakao nadziewana lubeckim marcepanem o smaku pomarańczowym (53%)" z likierem pomarańczowym, wyprodukowana przez Erasmi & Castens Lubecker Marzipan dla Biedronki na zlecenie Horst Schluckwerder OHG.

Już w chwili otwierania poczułam intensywny zapach bardziej świeżych niż marcepanowych migdałów i ogrom soczystości. Należała do słodko-kwaśnej, nieco tylko goryczkowatej pomarańczy, co okazało się idealnie spójne z również soczystym marcepanem (co oczywiście nabrało mocy po przełamaniu). Lekka cierpkawość i cukrowość zaznaczyły się w tle bliżej czekolady, zwracającej uwagę na motyw likieru / galaretek.

Tablica była konkretna, trzaskała - głównie z racji grubych warstw czekolady. Marcepan, mimo że zwarty, wyglądał na nieco rwący, ponieważ tworzyły go nieidealnie zmielone grudki.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo, nie za tłusto, ale nieco maślanie. Mimo to, pozostawiała bardziej wodniste, acz lepiące, smugi.
Marcepan mimo że nie mocno gęsty, a rozrzedzono-grudkowy i bardzo wilgotny wyciskał się spod niej szybko, ale wcale się tak chyżo nie rozpuszczał / nie rozłaził. Był zwarto-mięsisty, lekko gumiasty. Odrobinę trzeszczał / skrzypiał dzięki świeżości migdałów. Wydawało się, że leje się z niego sok. Co więcej, z racji tego, jak trzeszczał (i dzięki smakowi), miałam wrażenie, że zawiera włókna pomarańczy i świeże, zmielone skórki owoców.

W smaku sama czekolada była wręcz cukrowo słodka, acz przywitała mnie palonym, trochę węgielnym smakiem. Cierpkość dała o sobie znać, by zaraz wejść wraz z cukrem w klimat likieru. Może trochę piernikowego, orzechowego...

Migdałowego. Oto smak migdałów z marcepanu szybko do niej dołączał. Goniła go pomarańcza, idealnie wpisana w klimat powyższych. Słodko-kwaśna, kojarząca się "zimowo".

Smak migdałów nie dał się zagłuszyć, mimo że wyszedł bardzo czysto-świeżo. Przez maślaność i aromat pomarańczy wydał mi się łagodny i nieco wręcz upudrowany, ale smakowity. Trochę tłumiła go słodycz, która ciągle rosła. Mieszała się ze słodyczą soczystych pomarańczy, a właściwie soku pomarańczowego. Leciutkie rozgrzanie wraz ze słodyczą aż drapało w gardle, a ja pomyślałam o pomarańczowo-migdałowym grzańcu lub... nasączonym cukrowym likierem pierniku pomarańczowym. Było to do bólu słodkie, cieplusie, a jednak nieco przełamane poprzez iluzję, że gdzieś tam wisi kwasek.

Bliżej końca wyłaniała się też lekka goryczka i cierpkość. Te pomarańczowe mieszały się z tanio-polewową cierpkością cukrowo-maślanej, przypalonej czekolady.

Po wszystkim pozostał posmak przypalonej, przesłodzonej, a i tak łagodnie maślanej czekolady ciemnej oraz soczystej, trochę zalatującej goryczkowato-likierowym aromatem, pomarańczy. Wspomnienie marcepana było odległe, całość jednak miała przyjemnie "zimowy", rozgrzewająco... piernikowy? wydźwięk.

Czekolada wyszła z jednej strony ciekawie i nieźle, ale... Sama nie wiem, coś mi nie grało. Cukrowo-polewowa czekolada mi nie odpowiadała, a marcepan... o tak, ten był smakowity, bo jak słodko-kwaśny i z lekką goryczką sok pomarańczowy z bardzo czystymi migdałami, odrobinką alkoholu, ale... Przeszkadzała mi słodycz. Mimo że nieco silniejsza, wydała mi się bardziej uzasadniona niż taka wyeksponowana w wersji z klasycznym marcepanem (tamta wydała mi się aż nudno-nijaka przez mieszankę cukru i delikatnych migdałów), a i na pewno niższa niż w kokosowym.
Mimo że obecnie marcepany mnie nie kręcą (pewnie dlatego klasyczna, pomijając słodycz, aż tak mnie nudziła), mimo przecukrzenia, trochę podjadłam z ochotą. Resztę oddałam Mamie, uwielbiającej marcepany i likiery, ale czekolada była jej za gorzka i "weź przestań, wcale nie taka słodka".)


ocena: 7/10
kupiłam: Biedronka
cena: 6,99 zł (za 140g)
kaloryczność: 498 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, mielone migdały (25%), likier pomarańczowy (4%), tłuszcz kakaowy, woda, naturalny aromat pomarańczowy, emulgator: lecytyny; regulator kwasowości: kwas cytrynowy; substancja utrzymująca wilgoć: inwertaza

sobota, 23 listopada 2019

Magnetic Czekolada deserowa ciemna 53 % nadziewana lubeckim marcepanem

Ostatnimi czasy opadł mój entuzjazm w stosunku do czekolad z marcepanem. Lubię je, żeby nie było, ale chyba bardziej teoretycznie niż praktycznie. Na otwarcie tej Magnetic trochę się cieszyłam, ale i trochę sceptyczna pozostałam. Kokosowa bowiem mi nie podeszła, a liczyłam na wiele. W stosunku do tej nie miałam jakiś wygórowanych oczekiwań, więc rozczarowanie nie mogło być za duże.

Magnetic Czekolada deserowa nadziewana lubeckim marcepanem to "czekolada ciemna o zawartości 53 % kakao nadziewana lubeckim marcepanem (56%)", wyprodukowana przez Erasmi & Castens Lubecker Marzipan dla Biedronki na zlecenie Horst Schluckwerder OHG.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach marcepanu, a więc takich charakterniejszych, jakby trochę "chlebowych" migdałów z iluzją alkoholu. Tę ostatnią podkreśliła czekolada o przypalonym, węglowo-kawowym charakterze; niestety z tanim poniuchem.

Ciemna tabliczka okazała się bardzo konkretna i twarda. Przełamanie, któremu towarzyszył donośny trzask, ujawniało, że to za sprawą grubej warstwy czekolady na wierzchu. Samo wnętrze jednak też było dość konkretne, bo bardzo zwarte i suchawe.

W ustach czekolada rozpływała się opornie i trochę ulepkowato, dość tłusto z aspiracją do bycia kremową. A jednak w pewnym stopniu sprawiała wrażenie suchej. Niechętnie ujawniała suche nadzienie, nasiąkające po dłuższym czasie.
Składało się z bardzo zbitych drobnych grudek, które były naprawdę mocno przemielone (ale jednak były grudkami). Trochę... żujno-trzeszczące, odrobinę memłające się jak wiórki kokosowe.
Całość wydała mi się ulepkowato-męcząca.

W smaku czekolada okazała się dość dosadna, ale nieintensywna. Mimo wyczuwalnej palono-przypalonej gorzkości, przesłodzenie szybko dało o sobie znać. Między jednym a drugim prędko pojawiła się śmietankowość, podbijająca maślano-marcepanowe nuty. Ułożyło się to w smak taniej, delikatnej kawy. Czekolada niewątpliwie przesiąkła wnętrzem, które i tak szybko się odzywało.

Robiło to poprzez słodycz. Ta, i tak za silna, za sprawą marcepanu rosła do poziomu cukrowości. On sam w sobie nie był mocno słodki, ale jakoś wyeksponował cukrowość czekolady. Śmietankowa nuta nadała mu kremowo-pudrowego wydźwięku, który okazał się wręcz mdlący. Gdy marcepan wyłonił się spod czekolady, smak marcepanowych, ale (bardziej niż w przeciętnych marcepanach) czystych migdałów stał się wiodący. Czyste, naturalne migdały wymieszane z pudrową, prostą cukrowością utrzymywały się najdłużej jako główny smak.

Migdały mieszające się z cukrową, spalono-kawową, cierpką, trochę węglowo-tanią czekoladą nasiliły śmietankę, a wydźwięk zrobił się po prostu mdły.

W posmaku ostała się tania, maślano-przypalona czekolada o dość silnej cierpkości i cukrowo-migdałowe połączenie. Na ustach pozostała tłustość, niewyczuwalna aż tak bardzo w trakcie jedzenia, a irytująca po tej czynności. Miało to nudny wydźwięk, niezachęcający, by zrobić kolejny kęs.

Całość wyszła słodko i czysto... Nie był to cukier w cukrze, ale z racji braku charakteru, mnie strasznie nudziło. Niby nawet trudno coś konkretnego zarzucić, a jakoś nie chwyciło. Czekolada wręcz polewowa, marcepan... ot, słodko-migdałowy. Takie to ogółem zlepkowate, że dałam sobie spokój po małym kawałku, resztę wciskając Mamie, która przynajmniej bez dwóch zdań słodki marcepan lubi. Jej w sumie ogół smakował: "Gdyby tak ta czekolada była mleczna, to w ogóle byłoby bardzo smaczne". Pewnie też dlatego, że zaskakująco śmietankowo wyszło (mimo że bez śmietanki w składzie).


ocena: 6/10
kupiłam: Biedronka
cena: 6,99 zł (za 140g)
kaloryczność: 470 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, mielone migdały 27%, miazga kakaowa, woda, tłuszcz kakaowy, lecytyny, substancja utrzymująca wilgoć: inwertaza

PS A gdyby komuś mało tej słodyczy było, zapraszam do małej aktualizacji recenzji J.D. Gross mlecznej 33 % z mielonymi orzechami laskowymi.

wtorek, 21 maja 2019

Magnetic Czekolada deserowa z nadzieniem kokosowym ciemna 53 %

Zawsze, gdy w Biedronce znajdę czekoladę, która wygląda fajnie, wstrzymując oddech sprawdzam, czy to przypadkiem nie Baron. Ten to dodaje coś do swoich czekolad, przez co po prostu mi nie smakują, więc dowiedziawszy się o trzech limitowanych czekoladziskach... poszłam do sklepu z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony wolałabym, żeby to Millano je produkowało, bo wtedy żadnej bym nie wzięła i problem z głowy, ale... były też inne możliwości. No i w końcu okazało się, że kupiłam wszystkie trzy, bo producent był mi nieznany. Nadzienia wyglądały jednak na takie, których niespróbowania bym sobie nie darowała, gdyby miały okazać się dobre. Te marcepanowe czekolady Magnetic wyprodukowało Horst Schluckwerder OHG na zlecenie kompanii z Lubeki Erasmi & Carstens dla Biedronki. Jako że Lubeka słynie z dobrych marcepanów, mnie... bardziej kusiła kokosowa, toteż (kłamca, po prostu miała datę krótszą o miesiąc) od niej zaczęłam.  To pewnie za sprawą niezłych Lindt Creation Refreshing Coconut Dark i Wedel Gorzka Kokosowa, którym jednak i tak miałam parę rzeczy do zarzucenia, przez co czułam żal, bo strasznie spodobał mi się taki pomysł na czekoladę (ciemna z kokosowym nadzieniem) - i chciałam znaleźć taką jak najbardziej moją.
Ta seria przypomniała mi o mojej pomyłce w związku z nowym wyglądem Lindtów Creation (myślałam, że tabliczki bez podziału - a'la Zotter), bo też mi wyglądała na taką bez podziału... Tym razem miałam jednak nadzieję, że się zdziwię i zobaczę kostki, bo doszłam do wniosku, że brak podziału przy wielkich tabliczkach jest niewygodny.

Magnetic Czekolada deserowa z nadzieniem kokosowym to ciemna czekolada o zawartości 53 % kakao z nadzieniem kokosowym (59%) wyprodukowana dla Biedronki przez Horst Schluckwerder OHG.

Po otwarciu poczułam bardzo intensywny, trochę tani, acz wciąż smakowity zapach przesłodzonej ciemnej czekolady z kakao zaznaczającym się w taki sposób, że przywodzącym na myśl polewę oraz ogrom kokosa. Kokos naturalny i "orzechowawy", kokos wiórkowaty, aromat kokosowy - buchnęły pełną parą zwłaszcza po przełamaniu, ale już na początku pokazały charakter.

Nie taka gruba, lśniąca tabliczka o bardzo ciemnym kolorze mimo twardości nie trzaskała. Samej czekolady nie było na niej aż tak wiele, przeważało plastyczne, tłuste nadzienie z ogromną ilością wiórków (całych i przemielonych).
W ustach czekolada rozpływała się łatwo i tłusto, kremowo w umiarkowanym tempie, odsłaniając nadzienie, które rozpływało się powoli i w pewien sposób gładko. Nie wydało mi się tak plastyczne, jak na początku. Określiłabym je jako rozlazłe, mokro-miękkie, rozchodzące się maziście. Podczas rozpływania się, wyszła jego silna tłustość oraz wilgoć... niczym maziste pastylki (np. miętowe Goplany) lub zbito-kremowy marcepan z mnóstwem chrzęszczących, soczyście-tłustych wiórków. Czekolada rozpływała się na tyle wolno, że trwała z nim do końca. Żadnej z części się nie spieszyło. Wiórki trochę się memłały, ale okazały się jeszcze w miarę przystępne.
Nie ukrywam jednak, że niezbyt podobała mi się ta struktura. Tłuste, miękkie, zlepiono-wilgotne, rozchodzące się coś... Ulepkowate, choć może nie do końca.

W smaku czekolada okazała się bardzo słodka w kontekście prostym i wręcz cukrowym od samego początku. Gorzkawość i cierpkość kakao po chwili zaczęły nad nią pracować. Czułam je wyraźnie, ale nie udało im się przełamać przesłodzenia. Bardzo szybko dołączyła do nich kokosowa nuta z nadzienia, którym czekolada niewątpliwie przesiąkła.

Wnętrze wydało mi się głównie cukrowe, przeraźliwie słodkie. Potem jednak rozchodził się od niego smak oleisty, także jakiś trochę mleczny... Niezbyt wyrazisty w tej kwestii. 
Nie bojąc się słodyczy, wyłonił się kokos. Ten był dosadny - wkomponowany w słodycz, ale ewidentnie kokosowy. Jego naturalność podkreśliła czekolada. Wiórki, zwłaszcza przy rozgryzaniu, też ją napędzały. Tu pojawiał się przyjemnie orzechowy element. Wspierał się z kakao, gdy cukrowość rosła.

A rosła bezczelnie. W pewnym momencie poczułam wręcz cukierkowo-sztuczny smak. Drapało w gardle. Im bliżej końca, tym to wszystko słodsze mi się wydawało. Kojarzyło mi się to z cukrem pudrem o kokosowym zabarwieniu.

Zostawiłam część wiórków na koniec, więc przywróciły trochę kokosa, lecz ten wydał mi się jakiś "marcepanowawy" i zmieszany z przecukrzoną, ale cierpkawo kakaową czekoladą.

W posmaku pozostała właśnie cierpkość kakao i lekki kokos wtoczone w ogrom cukru. Na ustach czułam olej.

Tabliczka wyszła obrzydliwie słodko i tłusto. Jej cukrowość utrzymująca się cały czas dopuszczała wprawdzie do głosu a to czekoladę (która sama w sobie wydała mi się gorszą średnią), a to wyrazistego kokosa... jednak i mnóstwo nieprzyjemnych elementów. Posmak tłuszczu i sztucznej słodyczy mi przeszkadzały. Obstawiam, że za tą drugą stał syrop glukozowy. Ja się pytam: i po co on tam?! Całość może nawet nie była aż tak niespotykanie tłusta, ale... tu się po prostu zwracało uwagę na ten tłuszcz. Miękko-wilgotnie i wystarczyło, by mi przeszkadzać.

Nie mogę powiedzieć, by była to bardzo zła czekolada. Uwierzę nawet, że może komuś smakować. Mi ona była po prostu o wiele za słodka... Tak słodka, że po małej ilości (zrobiłam nawet dwa podejścia!), po prostu wymiękałam i nie mogłam zjeść więcej. Coś mnie w tej słodyczy w dodatku odrzucało. Gryzła się z kakao. Słodko męcząca i drażniąca, a przy tym konsystencja maziająco się tłusta, miękka. Z każdym kęsem rosło skojarzenie z pastylkami w czekoladzie (np. miętowe - tylko oczywiście smak inny)... O ile w formie pastylek takie coś jest do przyjęcia, tak tabliczkowo wypada słabo. Przynajmniej mi nie odpowiadało (Mamie, uwielbiającej wszelkie cukierki / czekoladki, pasowało).
Tłustość wydała mi się porównywalna do lindtowskiej Creation Refreshing Coconut Dark i wedlowskiej Gorzkiej Kokosowej, ale już w kwestii słodyczy... Lindt też był za słodki (chyba nie aż tak), tylko że tu dochodzi kwestia, że w słodyczy Magnetic było coś strasznie napastliwego, cukropudrowego, sztucznie-cukierkowego (duża ilość syropu glukozowego?). Wedel ma tę przewagę, że może pochwalić się najniższą słodyczą. Ech, zatęskniłam za Zotterem Coconut + Marzipan.

Mama uznała czekoladę za dobrą, acz nie powiedziałabym, że to pochwała dla tej tabliczki, ponieważ Mama nie cierpi ciemnej czekolady, gustuje w słodkich, mlecznych i tłustych.


 ocena: 6/10
kupiłam: Biedronka
cena: 6,99 zł (za 140g)
kaloryczność: 470 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, wiórki kokosowe 16%, syrop glukozowy, tłuszcz kakaowy, woda, tłuszcz kokosowy, emulgator: lecytyny, substancja utrzymująca wilgoć: inwertaza