Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: brandy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: brandy. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 czerwca 2025

Zotter Mango Chili ciemna mleczna 60 % z kremem z mango, nugatu z orzechów nerkowca z cytryną oraz czekoladowym kremem z chili i brandy

Uwielbiałam wegańską Zotter Chilli Bird's Eye z 2016, ale i zmieniona wersja od 2018 Zotter Chilli Bird's Eye mi smakowała. Mniej, bo mniej, ale jednak. Łączenie chili z owocami też było przyjemne, ale nie aż tak. Stąd gdy jesienią 2024 Zotter wycofał wspomniane, zrobiło mi się bardzo smutno. Ok, do tej czekoladowej z Bird's Eye nie wracałam już lata, ale lubiłam mieć możliwość. Czułam, że dziś przedstawiana mnie rozczaruje. Chociaż... Może nie bez powodu w orientalnej kuchni, różnych curry i chińszczyźnie łączą mango z pikantnymi przyprawami? Nimi właśnie - łączącymi mango i sól - zainspirował się Zotter. Może ja miałam się zdziwić?


Zotter Mango Chili to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60% kakao nadziewana kremem ("ganaszem") z mango, nugatu / praliny z orzechów nerkowca z cytryną oraz kremem ("ganaszem") czekoladowym z czekolady ciemnej i mlecznej z chili Bird's Eye i brandy z cukru trzcinowego.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach mocnego alkoholu i czekolady, przedstawiających się jako silnie cukrowo-karmelowa brandy oraz karmelowo-mleczna i wręcz orzechowa czekolada. Kakao zaznaczyło się, acz miało ewidentnie truflowy charakter. Kiedy wąchałam wierzch, przemknęła pewna soczystość, ale nie obiecanych owoców, a bardziej... wiśniowa? Dopiero po przełamaniu o wiele wyraźniej wyłoniła się kwaskawo-soczysta cytryna z mango, które robiło jej za tło. Tło bardzo znaczące. I tak jednak owoce były nieco podporządkowane alkoholowo-czekoladowemu wątkowi. Wydawało się, że są silne, ale tylko dlatego, że brandy na to pozwoliła.

Tabliczka w dotyku niby była masywna, ale nie wydawała się bardzo konkretna. Przy łamaniu wyszła na jaw także twardość. Usłyszałam chrupko-kruchy, masywny trzask. Czekolada trochę się kruszyła. Nadzienia wyglądały na zbite i konkretne, nie tłuste, ale na pewno i nie suche.
W środku były dwie warstwy. Ta z mango stanowiła większość (co na pierwszy rzut oka nie było takie oczywiste). Wyglądała na nietłustą i bardzo zbito-zwartą. Czekoladowa też wyglądała na zbitą, ale już tłustszą.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, kremowo-tłusto. Była mazista i spójnie mieszała się z nadzieniami. Te, także maziście, już po chwili się spod niej wyłaniały.
Nadzienie z mango wydało mi się poniekąd masywne w orzechowy sposób, ale jednocześnie niemal owocowo śliskie. Poczucie to nasilała jego idealna gładkość. Było zwięzłe i zbite, a jednak rozpuszczające się ochoczo. Nie spiesząc się jednak.
Czekoladowe cechowała wyższa tłustość i mazistość bardziej maślano-czekoladowa. Teoretycznie było gładkie, jednak dość często trafiałam na drobinki. Dwie nieopatrznie rozgryzłam i okazało się to chili.
Gdy nadzienie owocowe mieszało się z maślanym czekoladowym kremem, całość wydawała się nieprzyjemnie tłusta.
Kremy rozpuszczały się mniej więcej równo, acz szybciej znikało czekoladowe. Najdłużej zostawało nadzienie żółte wraz z odrobinką czekolady z wierzchu.

W smaku czekolada rozpoczęła występ od lekko karmelowej słodyczy, do której zaraz doszła łagodna gorzkość. Podążało za nią mleko i orzechowe echo. Nieco przesiąkła alkoholowo truflowo-owocowym środkiem.

Nadzienia po paru sekundach łagodnie dały o sobie znać delikatną soczystością, obietnicą kwasku oraz echem ostrości. Potem czekolada dalej się rozchodziła i... nagle szybko, jaskrawo wybiły się spod czekolady. Walczyły o dominację - kwaśne owocowe z czasem wyrywało się na przód. 

Ja jednak najpierw jakoś bardziej zwracałam uwagę na nadzienie czekoladowe, które fundowało alkoholowego kopa. Owocowe wyłaniało się zza tego.

Nagle słodycz i mleczność samej czekolady wydała mi się mocniejsza z racji kontrastu do czekoladowego kremu. Ten odznaczał się szlachetnie alkoholowo-truflowym charakterem i gorzkością kakao, przechodzącą w ziemistość. Szybko chili dało o sobie znać, wyglądając z oddali i zaczynając rozgrzewać gardło. A potem... krem wydał mi się bardziej truflowo-mleczny. Usta rozgrzewał alkohol o cukrowo-słodkim charakterze, ale i owocowa część zdążyła się w tym czasie porządnie rozwinąć. Gdy już to zrobiła, dopiero pieczenie chili w gardle drastycznie się nasiliło. Brandy w smaku dowodziła przez pewien czas i dopiero po dłuższej chwili dopuściła do siebie smak ostrego chili. Chyba też lekką soczystość... czerwonych owoców? Związanej z kwaśnością.
Kiedy spróbowałam czekoladowego kremu osobno, wydał mi się bardziej maślany niż mleczny. W połączeniu z drugim jawił się jako "ten wytrawniejszy", a przy próbowaniu osobno, z zaskoczeniem i w nim trafiłam na cytrynową kwaśność.

Poprzez tę soczystość całkiem spójnie mieszało się z warstwą z mango. Ta przełamała ostrość kwaśnością cytryny. Dopiero daleko za nią odzywało się słodsze mango. Mango, choć czuć w miarę wyraźnie, zdawało się przytłoczone cytryną i alkoholem, który w tym czasie trochę stracił na jednoznaczności. Soczysta kwaśność owoców mieszała się w dodatku z echem... jogurtu? Orzechowość, maślaność w tym kremie też wystąpiły, acz w ogóle trochę zanikały. Słodycz stała na średnim poziomie, acz wydawało mi się, że brandy ją umocniło.
Nadzienie żółte spróbowane osobno bardziej jednoznacznie smakowało mango, jawiło się jako słodsze i łagodniejsze. Nerkowców dało się doszukać. Wciąż było kwaśne od cytryny, ale nie aż tak, jak w połączeniu z  resztą.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa alkolowość warstwy czekoladowej zaczęła nieco słabnąć. Została pikanteria i trochę lepiej wyłonił się wreszcie smak chili. Jeszcze podkręcił kwaśną soczystość owocowego kremu. Ten zrobił się bardzo cytrynowo kwaśny i chwilami wychodził na pierwszy plan. Za owocami warstwy zaczęły się mieszać w mleczno-maślany, jogurtowy splot i przyszła mi do głowy jakaś orientalna, kwaśno-soczysta i jednocześnie ostra, słodkawa potrawa. Wszystko się mieszało i robiło się mało przejrzyste, trochę niedookreślone, przez co w moim odczuciu intensywnie-nijakie.
Gdy trafiła się jakaś drobinka i akurat ją rozgryzłam, piekła prawie odrętwiając język.

Czekolada mleczna pobrzmiewała w tle. Końcowo pozwoliła sobie na wyższą słodycz i mleczność. Znów zadziałał kontrast - tym razem czyniąc ją wręcz uroczą. Chili zaczęło szaleć właśnie na końcówce jako zbyt mocne palenie języka i w gardle. Sam w sobie smak chili zatonął w słodko-kwaśnych nutach, zostawiając właśnie samą ostrość.

Po zjedzeniu w ustach został mocno, ale niejasno alkoholowy motyw i chili, a dokładniej jego pieczeniem w gardle oraz wysokiej, truflowej słodyczy. Smak chili wydawał się rozmyty. To, że w czekoladzie było brandy, zaniknęło, tylko moc alkoholowości czuć. Wszystko to rozgrzewało splotem ostrości i słodyczy. Na zasadzie kontrastu zaznaczyły się też kwaskowato-słodkawe owoce. Bardziej cytryna, ale i mango jako echo czuć. 

Czekolada niby nie była zła, ale mnie nie przekonała. Dobra, bezpieczna czekolada gorzkawo-mleczna oddała pole do popisu środkowi. A ten był intensywny, ale w negatywnym sensie. Bombardował mnóstwem smaków, ale nie tym, czym by się chciało. Kwaśna cytryna mieszała się z mocną brandy i dopiero dopuszczała do siebie bardzo ostre chili. Mango próbowało za tym nadążyć. Splot niby ciekawy, ale nie podoba mi się to podkręcanie cytryną. W dodatku nadzienia mieszając się, wyszły odpychająco tłusto. Ta kwaśność i owocowość nie pasowała do maślanego kremu czekoladowego. Chyba miało się to przełamywać i uzupełniać...? A kłóciło się i na dłuższą metę okazało się... nudne? Najlepiej wypadły w ogóle brzegowe części, gdzie czekolada hamowała imperatywne zapędy środka.

Zjadłam około 1/3 tabliczki (26g z 72g), więc 46g oddałam Mamie (mimo że nie lubi chili). Co do oceny się wahałam - aż podpytałam Mamę, bo już w końcu nie byłam pewna - a może jednak powinnam dać jej 6? Bo może chcę wystawić 5 tylko dlatego, że się zirytowałam, że wycofano dwie dobre czekolady, łącząc je w to coś?

Opinia Mamy: "Nie smakowała mi, mimo że lubię w słodyczach i owocową kwaśność, i alkohol. Ta była dziwna, najpierw mocno alkoholowa, aż ordynarna, a potem tylko cytrynowa. Kwaśna, a na koniec chili ostre zostawało. Bardzo niefajnie to wyszło, nie zgrywało się. I mango nie czuć. Zotter namieszał, namieszał i mu g... wyszło. Ja bym jej 5 wystawiła".

Odniosłam wrażenie, że to połączenie Zotter Mango PREDA z Zotter Chilli Bird's Eye z 2018-2020. Każda z osobna była smaczna, bo głęboka i wyrazista w zasadnicze smaki. Połączenie natomiast wydało mi się przeładowane, przekombinowane, a przez to rozmyte. Wszystkiego było pełno, wszystko było mocne, a jednocześnie w końcu już trudno o intensywność czegoś konkretnego. Uciekło to, za co je chwaliłam, czyli intensywny smak mango pierwszej oraz głębia połączenia chili i czekolady (bo w dziś przedstawianej trochę jakby odstawało) z drugiej. Zostało brandy i chili z cytryną z echem mango. Trochę nie to miało być...


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 22,49 zł (cena półkowa za 70 g - moja ważyła 72g; ja dostałam)
kaloryczność: 504 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, mleko, przecier z mango (4%), syrop cukru inwertowanego, suszone mango (3%), syrop skrobiowy, odtłuszczony jogurt w proszku, brandy z cukru trzcinowego, orzechy nerkowca, koncentrat soku cytrynowego, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), odtłuszczone mleko w proszku, emulgator: lecytyna sojowa; słodka serwatka w proszku, sól, kurkuma, sproszkowana wanilia, chilli „Bird's eye” (0,02%), cały cukier trzcinowy

piątek, 22 października 2021

Zotter Xo Ko In Hemp + Blackcurrant + Plum Brandy biała z nugatem konopnym i czekoladowym kremem ze śliwkową brandy oraz wastwami czekolady czarnoporzeczkowej

Ta czekolada miała zakończyć główną część odkrywania nowości Zottera, jakie weszły jesienią 2020. Nie specjalnie, bo najpierw przeglądając ofertę chyba ją przeoczyłam, potem jakoś nie było, taka tam nie dla mnie się wydawała, ale... w końcu doszły mnie słuchy, że jest niesmaczna, a wczytawszy się w to, czym jest, stając przed perspektywą "brać czy nie" (za darmo), doszłam do wniosku, że z (niezdrowej) ciekawości spróbuję, cóż to.
Kiedyś już ją chyba widziałam - po przeczytaniu opisu potwierdziło się. To odnowiona The "Bergl not Ibiza", której nie jadłam (i która chyba nawet nie była w Polsce dostępna). Nie ukrywam, że opakowanie tej, którą otrzymałam, bardzo mi się podobało i w sumie nawet nie potrafię powiedzieć, dlaczego.


Zotter Xo Ko In Hemp + Blackcurrant + Plum Brandy / Hanf + Johannisbeer + Zwetschkenbrand to biała czekolada nadziewana (30 %) praliną / nugatem z konopi i (30 %) kremem czekoladowym ze śliwkową brandy oraz (9%) cienkimi warstwami czekolady białej czarnoporzeczkowej.

Po rozchyleniu papierka poczułam słodki zapach maślanej, białej czekolady o wyraźnie waniliowej słodyczy oraz woń porzeczek. Kiedy wąchałam wierzch, zdecydowanie dominowała niemal neutralna maślaność, mieszająca się z motywami mleczno-śmietankowym i roślinnym. Spód (co nie dziwi, z racji tego, jak wyglądał) wykazywał soczystość porzeczek (głównie czarnych), ale i innych owoców: śliwek podrasowanych alkoholem i jakby jeżyn. Po przełamaniu owocowość nasiliła się, ale... obok nich przy maśle pojawiła się grzybowa nuta, nasilająca roślinność. Kojarzyła się z wegańskimi produktami, acz i odrobinkę kakao wplotła do bukietu.

Tabliczka była twarda i dość krucha, choć nie trzaskała. Na dotyk i oko sprawiała wrażenie trochę pyliście-tłustej; tylko ciemny krem od razu przedstawił się jako wilgotn...awy. Był gładki i zwarty, ale także plastyczny i wilgotny. Przeciwieństwo zwartego, gęstego, ale sztywnego nugatu o wysokiej tłustości, który odebrałam jako zbity i oleisty. Ten był wypełniony drobinkami konopi. 
W ustach czekolada biała rozpływała się w tempie umiarkowanym w sposób tłusto-pylisty i kremowy. Miękła i robiła się bardzo tłusto mleczna. Warstwy nieco opornej owocowej czekolady podbiły proszkowość, acz całościowo pod białą spójnie się podpięły, by zaraz razem z nią odsłonić kremy.
Konopny rozpływał się... dziwnie. Zarówno z oporem, jak i raczej szybko. Otóż opływał ślisko-oleistymi falami, zachowując twardawą zwartość. Robił to w miarę równo czasowo z czekoladami, ale się z nimi nie mieszał. Przejawiał wodnistość i pylistą proszkowość; wypuszczał z siebie drobinki konopi. Te wydały mi się nieokreślone, jak... sprężyste, gumkowe (myślę o "wiórko-kulkach" jakie zostawiają gumki-myszki do ścierania) orzeszki.
Z kremem czekoladowym już sprawa wyglądała łatwiej, bo miękł prędko i trochę wyciskał się spod czekolad, by złączyć się z nimi w tłusto-kremowej miękkości. Także on był maślano-mlecznie, aż śliskawo tłusty i dość gładki. Rozpływał się nieco szybciej od konopnego.
Całość mocno się trzymała. O ile kremy w miarę łatwo rozdzielić, tak oddzielenie czekolad graniczy z cudem.

Przy odgryzaniu kawałka od razu czuć białą czekoladę i motyw alkoholu, jednak w ustach oczywiście to od niej wszystko się zaczyna.
W smaku biała czekolada przywitała mnie silną słodyczą wanilii i pełnym, maślano-mlecznym smakiem. 
Nagle przełamała ją cierpkość ciemnych owoców, które zaraz obudowały się słodyczą. Słodka i mocno owocowa okazała się czekolada porzeczkowa, zaraz upuszczając też lekki kwasek. Przodowały w niej porzeczki czarne, acz w całości wyszła ogólnie leśnoowocowo, po czym połączyła białą czekoladę i kremy. Odezwały się mniej więcej równocześnie w połowie rozpływania się kęsa, ale ciemne dynamiczniej i głośniej egzekwowało swoją pozycję.

Czekoladowo-śliwkowe odezwało się szybciej, przez chwilę wydało się mieć mocniejszy smak, ale to chwilowe. Wchodziło poprzez niemal cukrowy, mocny alkohol i cierpkość owoców, którą podkręciła czekolada owocowa. W kremie czuć motyw wędzono-suszonych węgierek, których soczystość i kwasek rosły wraz ze słodyczą. Mocny alkohol nie stłumił smaku, który na moment ułożył się w truflową śliwkę w czekoladzie o przyjemnej cierpkości i gorzkości. Mimo iż charakterne, śliwki były jedynie alkoholowego pochodzenia, przez co w całości z czasem się gubiły. Alkohol aż lekko rozgrzał gardło i język. Łącząc się z białą czekoladą sprawił, że drapanie w gardle czułam już w połowie rozpływania się kęsa i zaklasyfikowałam je jako głównie cukrowe. Potem już jego smak rozmywał się na rzecz reszty.

Maślaność czekolad podchwyciło nadzienie konopne. Odezwało się też lekką pudrową słodyczą, która jednak była niska, uwypuklając dodatkowo wytrawność masła. Oleista goryczka miała w sobie sporo roślinnie-mdławego smaku, który skojarzył mi się z sianem i grzybami. Wyobraziłam sobie uduszone w maśle pieczarki... może ze śmietanką... śmietaną? Zrobiło się trochę mdło orzechowo. Z czasem słodycz i w nim nieco wzrosła za sprawą całości, acz krem konopny zdecydowanie był jedynie słodkawy. Jego słodycz odebrałam jako w pewien sposób mydlaną i... gryzącą? Czułam w nim złudną pikanterię i przygłuszoną ostrą ziołowość. Tym mieszało się z alkoholem z drugiego kremu. Bliżej końca, gdy nadzienie ciemne znacząco się już rozpuściło albo gdy spróbowałam nugatu osobno, biło po kubkach smakowych grzybową oleistością (?). Ciamkane na koniec drobinki zaś kojarzyły się z sianem.

Pod koniec wszelkie smaki weszły w tłuszczowość, maślaność i "mdło-kartonowe rośliny". Słodycz była silna, ale jakby przymglona, rozmyta w smaku. Waniliowość czekolady uciekła. Alkohol czułam jako rozgrzanie z lekkim motywem owoców ciemnych. Soczysta, charakterna śliwka zmieszała się z porzeczkami, jednak - biedne - zostały stłamszone ciężko-mdłym otoczeniem i poszły w słodziaśną pudrowość.

Po zjedzeniu zostało poczucie lekkiego przesłodzenia oraz gryzienie alkoholu i oleju. Czułam niesmaczny, odpychający motyw roślinnie-oleistego nugatu. Było też echo pudrowej, owocowej słodyczy kontrastowo gryzące się ze śliwkowo-truflowym alkoholem jakby likierowym. Dłużej utrzymywał się "alkohol po prostu" i dziwnie gryzący, roślinny motyw.

Całość mi nie smakowała, ale na pewno nie była zła. Po prostu za dużo napchano w jedną tabliczkę - spokojnie można by* robić z tego dwie. Smaki nie współgrały, a wszystko jakby sobie przeszkadzało, bo końcowo... przemieszały się w jedno, nie wiadomo co. Czekolada porzeczkowa i nadzienie czekoladowo-śliwkowe z brandy wprawdzie wyszły fajnie, ale niestety jasne części je stłumiły niemal zupełnie, przez co i one na niewiele się zdały. Gdyby tak tabliczka ograniczyła się do nich... a to nie. Do smacznej białej czekolady Zottera absolutnie nie mam zarzutów, ale wyszła nieprzyjemnie ze wspomnianymi (dziwnie przesłodziła je) i wytrawnym, sianowo-maślano-grzybowym nugatem. To było maślane i ciężkie, mimo soczystości. Kontrastowe, niepasujące. 
Po jakiejś 1/3 resztę oddałam Mamie, bo czekolada całościowo nie miała ani jednego elementu, który sprawiłby, bym widziała sens jedzenia jej. A jednocześnie... po prostu była, czym być miała. Obstawiam, że bardzo nie lubię konopnych rzeczy (tak jak i biała czekolada - nawet najlepsza - nie kręci mnie). Ocenę musiałam aż przedyskutować z Mamą (ja wahałam się, czy 6 nie będzie zbyt krzywdząca)... Jej opinia była dość ciekawa. Zrobiła gryza i wykrzyknęła: "O Jezus Maria, jakie to ohydne!", a potem pozwoliła kęsowi się rozpuszczać. Gryz, kolejny... I tak zjadła całość, by stwierdzić: "Ale to było dziwne... Właściwie nie wiem, po co to zjadłam, nie wiem, co ja właściwie zjadłam, nie wiem, co w niej czułam. Takie... masło, ale nie negatywnie, a neutralnie. I jakaś goryczka. Czekolady dziwnie połączone, ten krem z alkoholem chyba najlepszy, a ten - konopny, tak? - dziwny, nie umiem o nim nic powiedzieć. Nie smaczny, ale też nie niesmaczny. Całość taka bardzo namieszana, za dużo w niej wszystkiego. Na pewno tłusta. Aż nie można złapać czegoś, dla czego chciałoby się ją jeść, ale nie jest zła.". 
*I w zasadzie... Nie "można by", a "robi się" dwie różne. Krem to ten z Plum Brandy, ale w wersji poskąpionej. Konopny nugat z kolei kojarzę z Hemp Bonbon. Pojedynczo wyraźniej czuć zalety, a taka "łączona" to... kumulacja wad (właściwie wadek? jak obiektywnie spojrzeć).


ocena: 7/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 538 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, olej konopny, miazga kakaowa, mleko, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, skrobia kukurydziana, śliwkowa brandy, suszone czarne porzeczki, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), słodka serwatka w proszku, olej słonecznikowy, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, sproszkowana wanilia, chili "Bird's eye", cynamon

piątek, 16 lipca 2021

Zotter Rotwein / Red Wine Olivin Winkler-Hermaden ciemna 70 % z czekoladowym kremem z czerwonym winem, brandy i rodzynkami oraz warstwą czekolady porzeczkowej

Muszę przyznać, że Zottery z winami trochę otworzyły mi oczy na wina. I pewne drogi degustacyjne mi zamknęły. Otóż na wino szkoda mi kasy, a po Winkler-Hermaden Olivin 2011, tańsze mnie nie satysfakcjonują. A na to się szarpnęłam dla czekolady Red Wine Rush Olivin Winkler Hermaden. Po latach jednak Zotter nieco ofertę pozmieniał, pogmerał też wśród alkoholowych czekolad. Do tej z Olivin chciałam może i wrócić, a teraz... to nawet nie wiem, na ile to powrót, a na ile coś nowego, a tylko podobnego (na pewno masło wskoczyło w składzie przed mleko i zmieniono opakowanie).
Na pewno dowiedziałam się czegoś nowego: rodzynki tu dodane, a więc marynowane w Olivin, nazywają sobie (tylko nie wiem, czy u Zottera, czy w tej winiarni) "Olivin bomblets" - bombami Olivin? W składzie / opisie też różne emocje u mnie budzi ta wytłokowa brandy, ale... biorąc pod uwagę jakość Olivin, to nawet jakieś pozostałości po nim są pewnie lepsze od zwykłych win.


Zotter Rotwein / Red Wine Olivin Winkler-Hermaden to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana czekoladowym kremem z wytrawnym czerwonym winem Olivin i brandy (z wytłoczyn po Olivin) oraz 3 % rodzynkami marynowanymi w Olivin  z cienkimi warstwami czekolady porzeczkowej (z czarnych porzeczek); nadzienie stanowi 60 % tabliczki.

Po rozchyleniu papierka poczułam wyrazisty, palono-dymny zapach zrównany z czerwonym winem. Ciemna czekolada, zwłaszcza gdy wąchałam spód, zdawała się ulegać winu oraz mieszać z owocami: dominującymi rodzynkami, ale też winogronami i jeżynami, porzeczko-wiśniami. Wierzch cechował wydźwięk bardziej czekoladowy, słodszy w sposób kojarzący się z palonym, wręcz odymionym karmelem i cukrowo-paloną brandy. Po przełamaniu i w trakcie degustacji z tymi nutami wygrały jednak owoce: głównie rodzynki i porzeczki (czerwone i czarne). Było to wytrawne, ale też bardzo soczyste. Mimo wyrazistości alkoholu, nie waliło procentami.

Przy łamaniu czekolady trzaskały. Owocowa była mocno stopiona z ciemną, więc ich podział graniczył z cudem. Bardzo gęsty krem wewnątrz odznaczał się mazistością, wilgocią i bardzo zwartą (ale jednak) plastycznością. Konkret i zbitość zawdzięczał czekoladowości - wydawał się czekoladowo zagęszczony, właśnie oparty na ciemnej czekoladzie. Zdecydowanie był jednak także tłusto-maślany i aż śliski, idealnie gładki. Znalazłam w nim sporo drobinek i skórek niemal czarnych rodzynek, które w większości musiały być częściowo zmielone.
W ustach czekolada rozpływała się gęsto-tłusto i kremowo, powoli i nieco maziście. Owocowa okazała się bardzo z nią spójna, acz rzadsza. Znikała jednak szybko, mieszając wierzch z nadzieniem i dodając chwilowego efektu zawiesiny.
To było bowiem minimalnie rzadsze od czekolady, acz zdecydowanie tłustsze od niej za sprawą masła. Cechowała je wysoka wilgotność i niezła soczystość. Maziście-lepko rozpływało się jak tłuste, zakalcowe brownie. Ta niemal śliska tłustość masła, do którego z czasem dołączyła odrobina śmietanki, dla mnie była trochę za mocna. Aż gęstawo nieco przytykająca. Znikało w tempie umiarkowanym, odsłaniając miękkawe, wręcz świeże - tak soczyście nasączone! - rodzynki (posiekane albo bardzo drobne). Przy niektórych doszukałam się lekkiego scukrzenia.
Czekolada zostawała jeszcze po nadzieniu.
Rodzynkami zajmowałam się, gdy wszystko już się rozpuściło. Wtedy były to przyjemnie soczyste farfocle.

Już przegryzając się przez całość czuć smak czerwonego wina.

Sama czekolada przywitała się paloną, trochę kawową gorzkością zrównaną ze słodyczą palonego karmelu. Soczystość szybko rosła.
Owocowa warstwa ją podkreśliła. Sama wniosła sporo winnie-porzeczkowego, soczyście kwaskawego smaku, jednak i słodycz. Spróbowana osobno (dosłownie wiórek mi się oddzielił nożem) wydała mi się słodziuteńko owocowa w "porzeczkowawy", ale bliżej nieokreślony sposób.

Zapewniła harmonijne przejście do nadzienia.

To bowiem powoli roztaczało intensywnie czekoladowo-owocowy smak, raz po raz smagając alkoholem jak biczem: winem ewidentnie wzmocnionym i procentową mocą, i słodyczą. Ta ostatnia okazała się dość wysoka, ale płynęła także z owoców. Czułam czarne i czerwone porzeczki, winogrona. Mieszały się z niemal cukrową słodyczą brandy i taką... karmelowo-czekoladową.
Nadzienie nie zapomniało o ciemnej czekoladzie i jej gorzkawości, jednak ta przejawiała się jako palona nuta, mocno przytemperowana maślanością. Pomyślałam przez to o truflowym brownie z alkoholem. O wiele więcej odnalazłam tu kwasku i cierpkości właśnie czerwonego wytrawnego wina. Nie było to jednak samo wino - także niemal cukrową brandy czuć bardzo wyraźnie. W tle jedynie przewijały się też wiśnie, a z czasem coraz więcej cierpkich winogron ciemnych, jeżyn i rodzynek.

W drugiej połowie rozpływania się kęsa w nadzieniu zdawał się rządzić rodzynkowy smak (nawet gdy wydawało się, że na nie nie trafiam). Był soczysty i słodki, łączący karmel i winne owoce. Dodatkowo podrasował je alkohol.

prawie jak "Potworna Księga Potworów"
 z rodzynką-jęzorem

Przy wyłaniających się rodzynkach właśnie je, i jeszcze więcej soczystego, kwaskawego czerwonego wina rozchodziło się po ustach. Każda jednak uderzała także słodyczą. Nie wysoką, ale znaczącą. Rozbijały też poczucie alkohowości samej w sobie, ale alkohol zdawał się walczyć niemal pieprznym pieczeniem.

Pod koniec i w język, i w gardle alkohol bardziej przypiekał, czym podkreślił karmelowo-cukrową słodycz. Na zasadzie kontrastu jednak udało się także czekoladzie wrócić, jako bardziej palono-dymny motyw.
Ten jednak znów osłabł, gdy pod koniec zajęłam się ssaniem i gryzieniem głównie skórek rodzynek. Nie w każdym kęsie jakaś była. Jak już na jakąś trafiłam, była słodziutka. Na całą tabliczkę trafiłam na dwie sztuki czegoś, co można nazwać aż kawałkiem rodzynki (z czego jednym czekolada pokazała mi język dosłownie przed ostatnim kęsem). Stanowiły dodatek marginalny.

Nawet, gdy były, to w posmaku i tak głównie kwaskawo-owocowe, taninowe wino zostawało, a dopiero potem rodzynkowość. Co więcej, wyraźnie na koniec czułam rozgrzanie procentami brandy, nie jakieś nadzwyczaj mocne, ale znaczące i nieco tłumiące zacny posmak samej czekolady. Był to splot palonej gorzkawości i porzeczkowo-winnej soczystości czerwonego, wytrawnego trunku o palono-dymnym charakterze.
Alkoholowość i soczystość w udany sposób odciągały uwagę od tłustości. Rodzynki w sumie też.

Ze smutkiem stwierdziłam, że czekolada mnie nie zachwyciła tak, jak jej dawna wersja. Była smaczna i właściwie nie mam jej nic do zarzucenia, ale jednocześnie wyparowało to, czym zachwyciła mnie kiedyś; pojawiło się to, co ostatnio w czekoladach z czymś mi nie pasuje. Miałam wrażenie, że tym razem alkoholowość i rodzynki mocniej narzucały się owocowym nutom. Mocniejszy alkohol (wyraźnie brandy) i zmielone rodzynki tytułowych smaków (czerwonego wina i czerwonych, porzeczkowo-jeżynowych owoców) nie odstępowały ani na krok. Zdecydowanie wolałam wczuć się w samo winne nadzienie. Rodzynki - mimo że takie wmielone to też fajna sprawa - akurat tej kompozycji zaszkodziły. Mieszania alkoholi też nie rozumiem... patrząc na skład obstawiam, że mogli leciutko zmienić proporcje albo to to, że rodzynki zmielono sprawiło, że alkohol także z nich poszedł w krem...? Sama nie wiem. Ta wersja utraciła swoją specyfikę Olivin - nuty wina nie były aż tak wyczuwalne, to bardziej pyszna ogólnie czerwono-wytrawna kompozycja. Może aż tak bym się nie czepiała, gdybym nie znała dawnej.


ocena: 9/10
kupiłam: FoodieShop24
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 520 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, czerwone wino Olivin, syrop skrobiowy, masło, brandy z wytłoczyn winogron Olivin, pełne mleko w proszku, rodzynki, suszone czarne porzeczki, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, sól, sproszkowana wanilia

PS Zapraszam na aktualizację recenzji masła orzechowego McEnnedy Crunchy Peanut Butter. Miałam o tym wspomnieć wczoraj, przy maśle orzechowym od Sante, ale cóż... starość nie radość, skleroza i te sprawy.

wtorek, 28 lipca 2020

Zotter Apricot Waltz mleczna 40 % z kremem z moreli i marcepanem z morelową brandy

Zawsze lubiłam dżemy morelowe, suszone morele widziały mi się jako po prostu spoko (a ostatnimi laty bardzo w hierarchii suszonych owoców wzrosły), a i smak świeżych lubię (ale raczej nie jem, bo włochata skórka - zdarzy się, jak uda mi się wybrać jakąś przystępną), ale morelowych nadzień Zottera nie lubię. Śliskie i zbite? Nope. Gdy jednak moje lubienie suszonych rosło, zaczęłam na tę czekoladę spoglądać. Żeby było śmieszniej, po drodze jakoś zaczęły mnie nudzić marcepany i coraz mniej alkoholowych czekolad mnie cieszyło. A w tej... wszystko to. Dwa nadzienia alkoholowe jakoś mi się nie widziały. W ogóle morele i alkohol do mnie nie przemawiały, ale postanowiłam dać czekoladzie szansę, by mieć z głowy i nie żałować, jeśli kiedyś miałaby zniknąć, a także dlatego że skumulowało mi się całkiem sporo morelowych czekolad (których wcześniej prawie nie widywałam).
Ta została zrobiona z moreli z drzewek sławnego austriackiego regionu Wachau.


Zotter Apricot Waltz to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao nadziewana (30%) morelowym kremem z morelową brandy oraz (18%) marcepanem z brandy morelową przedzielonych cienką czekoladowo-morelową warstwą.

Gdy tylko rozchyliłam papierek poczułam kwiatowy marcepan i karmelowo słodką czekoladę mleczną o znacząco palonym charakterze, zawierającym w sobie motyw palonych orzechów i chleba. Zza niej przebijał się dość mocny i niemal cukrowo słodki alkohol. Podsycał go chlebowo-migdałowy motyw marcepanu. Całość pachniała nim właśnie, soczyste owoce zdradzały swoją obecność bardzo nieśmiało. W zasadzie dopiero po przełamaniu wyraźniej czuć morele, podkreślone brandy w dodatku.

Przy łamaniu tabliczka lekko pyknęła. Ogólnie była dość zwarta i konkretna za sprawą większej ilości zbitego nadzienia owocowego i grubej warstwy czekolady. Marcepan z kolei już na oko cechowała miękkość i plastyczność (ciągnął się wręcz), toteż i zalążek miękkości ogólnej się znalazł.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo, powoli zmieniając się w tłusto-gęsty i zalepiający krem.
Marcepan wyciskał się spod niej dość szybko z racji tego, jak rzadkawy i wilgotnie-soczysty był. Przyjemnie przemielony, trochę się rozłaził, trochę zachowywał miąższystą zwartość i leciutko skrzypiał.
Zupełnie inaczej zachowywało się konsekwentnie i powoli rozpuszczające się nadzienie owocowe. Było poniekąd zwarte i ślisko-gładkie. Minimalnie tłustawe w nugatowym kontekście, a bardzo soczyste. Gęste i trochę aż zżelowane jak żelka, zmieniało się w zwartą, miękką grudkę, w którą wlepiał się marcepan.
Między nadzieniami znalazła się jeszcze cieniutka, przypominająca przecier z suszonych moreli i czekolady. To normalnie jakby... sprasowane owoce albo mocno owocowa czekolada, trochę zawilgocona / nasączona. Znikała bardzo szybko.

W smaku sama czekolada przywitała mnie dobrze trafioną, paloną słodyczą karmelu, zalewanego mlekiem i neutralnie-gorzkawą mieszaniną orzechowo-chlebowych akcentów kakao. Nieco przesiąkła nadzieniem, więc i jego nuty szybko do mnie dotarły.

Już przegryzając się poczułam słodziutko-mleczne, maślano-nugatowe tło i słodziutkie, suszone morele, jednak prędko zaznaczył swoją obecność także marcepan - z racji szybkiego wyciskania się.

Marcepan wpisał się w orzechowo-chlebową czekoladę, coraz dobitniej dodając do niej migdały o charakterystycznym wydźwięku. Podkreślił je także alkohol oraz ogólna słodycz. Mimo alkoholu, ta warstwa okazała się jednak rześka - i to nie tylko dzięki morelom. Różanego motywu nie musiałam się doszukiwać, był bardzo wyraźny.

Przodowało jednak nadzienie morelowe. Mimo od początku wyraźnego słodko-soczystego motywu moreli, wplatało się w czekoladę mleczno-maślanymi, niemal śmietankowo-nugatowymi tonami. Smakowało czysto delikatnymi świeżymi owocami. Nagle jednak jakby zastrzelił dość intensywny alkohol, po czym wycofał się, otwierając drogę charakternym, suszonym morelom. Były słodkie i soczyste, ze specyficznym posmakiem, ale też splecione z łagodniejszym, słodko-świeżym smakiem.

Smak suszonych podsycała wyrazista cienka warstewka. Normalnie odniosłam wrażenie, że to nic innego, jak mleczna czekolada zmielona z suszonymi owocami pierwszej świeżości (nie wiem, czy Zotter zrobił coś takiego, czy to po prostu mleczna czekolada, która nasiąkła soczystymi nadzieniami). Zakropiona alkoholem, bo właśnie chyba przy niej się ten alkohol skoncentrował.

Bliżej końca przemieszało się to wszystko, było słodko-morelowo, marcepanowo i coraz bardziej alkoholowo. Najpierw alkohol jedynie podkreślał suszone owoce oraz stateczny, rześko-soczysty marcepan, potem wchodził jako on sam, a więc ten dość mocny, niemal cukrowo-owocowy. Ewidentnie czuć, że to dobre brandy, z którym mimo wszystko nie przesadzono.
Sama czekolada odegrała ważną rolę w przypominaniu o śmietankowo-maślanych nutach, a także kierowała słodyczą.

W posmaku pozostały morele i marcepanowo-czekoladowy duet, leciutko doprawiony alkoholem, który już po zjedzeniu bardziej dawał się we znaki. Podkręcił słodycz i charakter. Czułam się też, jakbym zjadła parę suszonych moreli.

Czekolada zaskoczyła mnie bardzo, bardzo pozytywnie! Bałam się jakiegoś śliskiego, odrzucającego niewypału po złych wspomnieniach, jakie zostawiła Buttered Bread with Apricots, a trafiłam na genialną kompozycję suszonych moreli i marcepanu, podkreślonych odpowiednią ilością alkoholu i otulonych wysoką słodyczą oraz nutami świeżych owoców, śmietanki. Spodobało mi się, że ani słodyczą, ani alkoholem ta tabliczka mnie nie przytłoczyła, a mimo pewnej lekkości, nie był to twór przesadnie owocowy, a wciąż... cudnie czekoladowy. Warstwa w środku - to rozumiem, a nie jakieś dodatkowe warstewki czekolady pod czekoladą zasadniczą itp..


ocena: 9/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 499 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: surowy cukier trzcinowy, marcepan (migdały, cukier, syrop cukru inwertowanego), tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, koncentrat z moreli, brandy morelowa, syrop ryżowy, przecier z moreli, suszone morele, odtłuszczone mleko w proszku, migdały, lecytyna sojowa, słodka serwatka w proszku, sól, pełny cukier trzcinowy, sproszkowana wanilia, płatki róż, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier)

poniedziałek, 13 lipca 2020

Zotter Lime and Passion Fruit ciemna 70 % z nadzieniem marakujowo-batatowym i limonkowo-cytrynowym na bazie kaszy z brandy i warstwami białej czekolady

Uwielbiam smak marakui, a Pacari Passion Fruit czy Zotter Passion Fruit and Caramel with Thyme  to jedne z moich ulubionych czekolad. Na nowy (myślałam, że nowy) wariant z tym owocem bardzo się więc ucieszyłam. Tym bardziej, że wystąpiła w parze z limonką, nie zaś z cytryną, z którą Zotter według mnie przeważnie przesadza. Limonki również lubię, a niejednokrotnie przekonałam się, że marakuja świetnie sobie z nimi radzi (np. w rolce sushi z okoniem, marakują i właśnie czasem limonką). Dopiero pisząc wstęp, tłumacząc opis itp. dotarło do mnie, że to propozycja o wiele bardziej złożona. Ta wtedy nasunęła na myśl Lemon Polenta, a więc tabliczkę z ciekawą kaszą, ale właśnie... cytrynową. Wprawdzie i tu pojawiła się cytryna (cytrynowe confit, o którym była mowa przy Mango Tango). Czyżby pojawiła się kwaśna konkurencja? Początkowo zastanawiałam się, czy będzie to jednolite nadzienie + czekolada czy kilka warstw, bo opis wskazywał na to pierwsze, a zdjęcia sugerowały drugie. Po przełamaniu dopiero odkryłam, że wiele warstw, aczkolwiek takich "wchodzących jedna w drugą". Mało tego! Już po zjedzeniu odkryłam, że to po prostu nowa wersja Gourmet Journey to Peru Passion Fruit - Lime - Sweet Potato - Maize (z małymi zmianami kaloryczności i składu: więcej słodzideł na początku i dodanie masła).


Zotter Lime and Passion Fruit to ciemna czekolada o zawartości  70 % kakao nadziewana marakujowo-batatowym kremem i limonkowo-cytrynowym na bazie polenty (kaszy kukurydzianej) i konfitury cytrynowej (z marynowanych cytryn) z brandy oraz z cienkimi warstwami białej czekolady.

Po rozchyleniu papierka dotarł do mnie zapach charakternych cytryn z wyrazistymi, goryczkowatymi skórkami oraz dymny zapach gorzko-palonej czekolady. Podkreślone zostały kropelką brandy, jednak mimo jej obecności cytryna zdawała się skrywać również pudrową słodycz. Wierzch wydał mi się poważniejszy, cytrynowo-octowy wręcz, zaś spód właśnie słodko-pudrowy, acz minimalnie.
Po przełamaniu znacząco wzrosła owocowa słodycz o delikatnym wydźwięku, a także nasilił się alkoholowy motyw (również słodki). Chyba wyłapałam marakuję, która przeważyła o soczystości kompozycji.

Przy łamaniu warstwa czekolady trzaskała, nadzienie zaś mimo iż konkretne, cechowała pewna miękkawość. Trochę się rwało, trochę pozostawało zwarte.
Czekolada okazała się trudna do podziału na poszczególne części - nawet przy pomocy noża czekoladę ciemną od białej ciężko było oddzielić.
Kremy "wchodziły jeden w drugi" - mam na myśli np. wciskające się i wlepiające w batatowy krem mikroskopijne drobinki kaszy.
Otóż na górze znajdowała się cieńsza warstwa kremu limonkowo-cytrynowego o nieco "rozlazłej", suchawej strukturze. W dotyku był dość zlepkowato-zwarty.
Większą część zajął krem marakujowo-batatowy - na dole. Wyglądał na suchawy, również był rozlazły, ale w inny sposób. Ten już nie był taki zlepkowaty, a bardziej owocowo-śliskawo-mousse'owaty. Konkretny, ale mający skłonności do miękkości.

W ustach czekolada rozpływała się idealnie kremowo, powoli zalepiając usta gęstymi, gładkimi smugami. Odsłaniała tym samym czekoladę białą. Również bardzo kremową, ale trochę bardziej proszkową.
Już przy niej lekko wyciskały się nadzienia, mieszając się ze sobą. Znikały w zbliżonym do siebie czasie, acz cytrusowe robiło to nieco szybciej, pozostawiając drobinki (przy czym trzeba pamiętać, że było go tak 3 razy mniej).
Limonkowo-cytrynowe błyskawicznie nabrało soczystość, ale wciąż zlepiało się z resztą. Rozpuszczało się na soczyście-wodnistą zawiesinę, pozostawiając znaczący pyliście-proszkowy efekt. Wzmocnił go ogrom drobinek cytrusów (wydawały się częściowo sproszkowane), a o suchawości przypominały kuleczki kaszy o przyjaznej strukturze. Odebrałam ją jako idealną: nie twardą (ale lekko pykajaca?), nie miękką. Nadzienie było najeżone nimi w odpowiedniej ilości, co mogę powiedzieć również o jędrnych drobinkach cytryny. Znalazłam również sporo włókien i farfocli.
Dodatki wlepiały się i wciskały w drugie nadzienie.
Ono rozpływało się troszeczkę bardziej opornie, ale też dość szybko. Odebrałam je jako śliskie początkowo w owocowo-maślany sposób, przy tym dość zbite, choć... z czasem rozchodziło się na zawiesinę, będącą namiastką papki.
Konsystencja wnętrza wydała mi się dziwna - pozornie miękkawa, ale konkretna. Rozpuszczająca się dziwnie na dziwną zawiesinę. Nie przemówiło to do mnie.

W smaku czekolada zaczęła od roztoczenia bazowej gorzkości, przywodzącej na myśl paloną kawę, leciutko osłodzoną karmelową nutą i bardzo odymioną.
Słodycz szybko wzrosła, bowiem odezwała się biała czekolada. Szybko zrównała się z ciemną wnosząc śmietankowo-waniliowe tony.

Szybciej odezwało się nadzienie górne, gdyż zarówno wzmocniło słodycz, jak i przecięło kompozycję kwaśną cytryną. W kwasku tym było dziwne "podkwaszenie" / "podkiszonkowanie", podkreślające cierpkość ogólną i goryczkę. Mieszało się to z limonką, którą podkreślał alkohol. Sporą rolę odegrał smak skórek cytryn (nasilający się przy drobinkach). Nadzienie to wyszło kwaśno-goryczkowato, ale nie do przesady, bo ciągle uładzało je drugie nadzienie i czekolady. Po paru chwilach w kwaśności na przodzie pojawiła się również marakuja, stanowiąca most.

Most do nasilającego się poczucia egzotyki i słodyczy. Drugi krem dyskretnie podpiął się pod kwaśniejsze za sprawą marakui. Obok niej doszukałam się posmaku zielonych, kwaśnych winogron... i Zaraz soczystość zaczęła zdecydowanie dominować.
Warstewki białej czekolady działały w temacie słodyczy cały czas. Mimo że batatowy krem od siebie dodał też trochę kwaśności, uwypuklił słodycz. Poprzez zestawienie białej czekolady z egoztycznie-soczyście-kwaśnymi owocami, zrobiło się w pewnym momencie bardzo cytrusowo-pudrowo.

Słodkie ziemniaki wpasowały się w to. Kojarzyły mi się z marchwiowo-owocowymi sokami, tylko że z o wiele mniejszym udziałem marchewek (znaczy się: tu batatów, które je udawały). Wyszły bardzo subtelnie, słodkawo... Miałam też wrażenie, że to do tej warstwy dodano alkohol (który pewnie przeszedł na pozostałe). Mniej więcej w połowie lekko szczypał w język. Kontrastowo pobrzmiewała tu delikatność maślana. Razem z kaszą, która smakowo ujawniła się dopiero w drugiej połowie rozpływania się kęsa, wprowadzały delikatność. Lekki orzechowo-kaszowy motyw współgrał ze śmietankowo-delikatniejszymi tonami.
Słodycz napędzał również alkohol, który był nutką bardzo delikatną, acz obecną. W pewnym momencie nadzienie złagodniało, zrobiło się bardziej nijakie, ale... intensywność ogółu została zachowana. Brandy osłabiła wyrazistość poszczególnych składników, a jednocześnie przypominała o ogólnej czekoladowości, a więc palonych nutach.

Pod koniec marakuja wspierana przez słodycz owoców i limonka reprezentująca kwaśność zawarły sztamę. Dominowały, choć oplatał je pudrowo-kwaśno-owocowy motyw. Był słodyczą pudrową, ale... jednocześnie nie zwalczył kwaśności.

Podobnie rozgryzane drobinki cytryn (starałam się je ssać, podgryzać pod koniec i już na koniec) - cechowała je zdecydowana słodycz, jak i kwaśność mocarna, niemal octowa... podkreślał to alkohol, nie mocny jednak. Rozgryzane i ssane kawałeczki kaszy po tym wszystkim były po prostu... kaszowo-kartonowe, ale nie złe.
Na koniec znów trochę odważyła się czekolada, dodając palono-goryczkowatą nutę do nich.

Po wszystkim pozostał posmak kwaśnych cytryn, limonek i marakui, jak również dość silne poczucie słodyczy pudrowej i alkoholowej. Z zaskoczeniem odnotowałam winogrona, ale też pudrowo-kaszowo-maślany motyw. Mimo że nie czułam silnej słodyczy, miałam poczucie lepkiej cukrowości.

Całość niby nie była zła, ale wydała mi się tak namieszana, że aż nijaka, mdła. Wprawdzie warstwy fajnie się uzupełniały, ale... nie sposób przy tym poczuć wszystkiego, a szkoda. Gdybym nie wiedziała, że jeden z kremów był na bazie batatów, pewnie bym na to nie wpadła. Cytryna dominowała, a... to też trochę szkoda, bo jednak to najpospolitszy z dodanych owoców. Kasza pełniła funkcję neutralizatora, zarówno w smaku, jak i pod względem struktury, więc zaskoczyła mnie tym, jak pozytywnie ją odebrałam. Brandy... nie sądzę, by było potrzebne. Chyba tylko przygłuszało, a tabliczka nawet specjalnie alkoholowo nie wyszła. Warstwy białej czekolady niby sprawiły, że nie było kwachowato, by wykręcało gębę, ale zarazem sugerowały pudrowo-cukierkowy klimat, co niezbyt mi tu pasowało.
Ot, taka... kombinowana, kombinowana i przekombinowana. Całkiem niezły smakowo cytrusowy śmietnik składników, bez punktu kulminacyjnego / głównego wątku.

W trakcie jedzenia, a już parę dni po, strasznie męczyło mnie, że wydawało mi się, iż znam ten smak. Takie "zbieractwo" nut niby fajnych, ale zbyt namieszanych już jadłam. I gdy dokładnie przeszukałam bloga, miałam okazało się, że mam rację. Otóż tak, to na pewno nowa wersja Gourmet Journey to Peru Passion Fruit - Lime - Sweet Potato - Maize. Teraz chyba tylko zmienili warstewkę z marakujowej białej na białą... I to czuć. Udział białoczekoladowych, śmietankowo-maślanych smaków był nieco większy. Szkoda, bo więcej marakui wyszłoby na dobre.


ocena: 7/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 496 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, syrop ryżowy, verjuice - sok z zielonych winogron, bataty (słodkie ziemniaki), suszona marakuja, sok cytrynowy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, jogurt z odtłuszczonego mleka w proszku, polenta, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), brandy z cukru trzcinowego, koncentrat z limonki, migdały, masło, koncentrat z marakui, słodka serwatka w proszku, koncentrat soku cytrynowego, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, sproszkowana wanilia, cynamon, chili Bird's eye, płatki róż, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier)

sobota, 9 maja 2020

Zotter Plum Brandy ciemna 70 % z czekoladowym kremem ze śliwkową brandy

Patrząc, co nowego weszło do oferty Zottera, zerknęłam, czego jeszcze nie jadłam ze staroci. Otóż jedna z jeszcze niepróbowanych wydała mi się trochę podobna do Plum Jam (zaplanowanej na kolejny dzień): jakby taka "wersja podstawowa" (a tamta jakieś "deluxe"), a przy tym... zapowiadała się po prostu smacznie. Lubię ciemnoczekoladowe alkoholowe Zottery i tyle. A że w nowych alkoholu producent nie szczędził... śliwkowa brandy ładnie się w tę alkoholową konwencję wpisała! I tylko tak sobie myślę... że to aż dziwne, że wcześniej tak odkładałam jej kupno, skoro śliwki bardzo lubię.
Do tej czekolady dodano brandy ze śliwek, które w opisie po angielsku określono "blue plums" - po wpisaniu w Google wyświetlają się jakieś takie węgierkowate. W sumie tak sobie pomyślałam, że to aż dziwne, że Zotter zdecydował się na taką prostotę dodatków, bo znając jego, pomyślałabym, że doda jeszcze siekane śliwki, na zasadzie jak do takich czekolad z winami dodaje rodzynki. Jednak nie. Więc śliwka brandy (nalewka! ja prosty człek) w pełni okazałości? Tak swoją drogą, w tłumaczeniu na polski widnieje "śliwowica" - podoba mi się ta nazwa.


Zotter Plum Brandy to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana czekoladowym kremem ze śliwkową brandy.

Rozchyliwszy papierek poczułam wyrazisty, mocno palony zapach czekolady o chlebowo-kawowych nutach, kojarzącej się trochę z orzechowym marcepanem, chlebkiem... nie no, ciemnym chlebem na zakwasie i z beczkami... O tak, bo i śliwkowo-soczysty alkohol wyraźnie się w tym przewijał. Wąchając wierzch tabliczki poczułam go jeszcze wyraźniej: niemal cukrowy, mocny alkohol śliwkowy. Ze śliwek suszonych, ale soczyście-wilgotnych wewnątrz. Po przełamaniu przyszło mi do głowy umeshu (wino ze śliwek ume), w nieco wódkowato-cukrowej wersji i bardziej... śliwkowej.

Tabliczka była twarda i zwarta. Wierzch lekko pykał, acz nadzienie cechowała tłustawość; wyglądało na wręcz mokre. Można je nazwać minimalnie plastycznym.
W ustach czekolada rozpływała się leniwie, ale przyjemnie, pozostawiając gładko-kremowe, dość tłustawe smugi i odsłaniając spójne z nią nadzienie. Przegryzając się miałam wrażenie, że jest z rozrzedzonego masła albo awokado, lecz jedząc na szczęście już nie (lubię awokado, ale nie chciałabym go w czekoladzie).
Wnętrze też było w pewien sposób leniwe i istotnie niespotykanie zwarte, gęste. Gęste niczym mulisto-gliniasty, tłusty krem (taki z awokado?). Bardziej miękło, ale też smugi pozostawiało. Skojarzyło mi się z bardzo maślanym, wilgotnym i nieco parafinowym zakalcem. Bardzo, bardzo wilgotnym: nasączonym i lekko soczystym. Z czasem rozpływało się coraz bardziej wodniście. Na koniec leciutko podsuszało, jakby od alkoholu.

W smaku przy kontakcie z czekoladą od pierwszej chwili po ustach rozeszła się gorzkość o palonym wydźwięku. Na myśl przyszły mi opalane beczki i jakieś alkohole w nich (lekko przesiąkła nadzieniem), chleb i chlebowe marcepany... chlebki? Wszystko niejednoznaczne, delikatnie tylko osłodzone karmelem, również bardzo palonym.

Poprzez słodycz, właśnie między innymi palono-karmelową, do wierzchniej warstwy dołączało wnętrze. Odznaczało się słodyczą silną, ale w naturalny sposób przez samą siebie przełamaną. Otóż zaraz uderzyła słodziuteńka śliwka i mocny, niemal cukrowy alkohol. Jak wódka uderzył do głowy, do której przyszły mi suszone śliwki, a następnie śliwkowy likier lub niemal soczyste umeshu. Soczyście-suszona śliwka mieszała się z niemal cukrowo-karmelowym wątkiem i... tonęła w czekoladowości.

Czekoladowa nuta skrywała i maślaność, i odrobinę śmietanki, ale była przede wszystkim poważna i palona. Cierpkość kakao dodatkowo podkręcił alkohol, acz ten... niósł jeszcze więcej suszonych, słodkich śliwek. Ich leciutki soczysty kwasek mieszał się z motywem chleba na zakwasie. Śliwka jednak wciąż była wyczuwalna... jako chleb ze śliwką? Ze śliwką suszoną: i naszą polską (leciutko podkwaszoną), i słodką kalifornijską. W smaku na pewno dominowała śliwka, w język zaś szczypał niemal wódkowy alkohol.

Bliżej końca, alkohol cudnie rozgrzewał gardziel, a w ustach mieszała się silna słodycz i szlachetna gorzkość. Obłędnie czekoladowa fuzja była niczym śliwka w czekoladzie, bez śliwki, a z mocnym jej smakiem. Albo... jak śliwkowo-alkoholowe brownie z dużą ilością masła (które na zasadzie kontrastu zwróciło na siebie uwagę).

W posmaku pozostała niemal cukrowo-alkoholowa słodycz i właśnie poczucie alkoholu (taka "suchawość"), ale też czekośliwka, charakternie soczysta, słodka suszona śliwka - soczysty i goryczkowaty duet. Język nieco drętwiał od alkoholu, a w gardle czułam ciepło.

Całość była śliwkowa do granic możliwości, bardzo śliwkowa i słodko-soczysta, a jednocześnie mocno alkoholowa. Rysowało się to na intensywnej, wykwintnej czekoladzie, acz przez moc tychże nie aż tak głęboko-bogatej. Alkohol uderzał mocno, ale był przyjemny.
Nie ukrywam, że przy tak alkoholowo-słodkim smaku trochę przeszkadzała mi taka "czysto-śliska" struktura, ale to szczegół. Ogólny odbiór pozytywny.


 ocena: 8/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 503 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie, ale mogłabym wrócić, gdybym np. dostała

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko, syrop ryżowy, śliwkowa brandy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, sól, lecytyna sojowa, sproszkowana wanilia

piątek, 1 maja 2020

Zotter Chocolate and Mint ciemna 70 % z nadzieniem czekoladowym z miętą, brandy i warstwą czekolady truskawkowej

Czasem lubię wymyślne kompozycje Zottera, czasem wydają mi się przekombinowane. Na szczęście, w swej ofercie zawsze miał też prostsze i pyszne, np. z czekoladowymi mousse'ami i konkretnymi winami. Wtedy mogłam utonąć w walorach poszczególnych, niewielu składników. Na dzisiaj przedstawianą nieźle się napaliłam. Miętowo-czekoladowy mousse wydawał mi się prostą pysznością i obstawiałam, że takie coś wyjdzie o wiele lepiej niż białe nadzienie miętowe znane z Nashido Peppermint. Pomyślałam nawet, że może być dobrym, prostszym zastępcą jednej z najlepszych czekolad nadziewanych, jakie jadłam, czyli niezwykłej Zotter Chocolate Mint. Gdy dowiedziałam się, że w nowości występuje też truskawkowy dodatek... trochę się zdziwiłam. Niezbyt mi się to podobało... To znaczy: sam duet truskawki i mięty w czekoladzie podobał mi się i już kilka miesięcy temu zamarzyłam o takim Zotterze, widząc biedronkową czekoladę z nadzieniem miętowo-truskawkowym (ale ta nie kusiła, bo to Millano-Baron), więc to poniekąd spełnienie marzeń, ale... Nie podobało mi się, że taka eksperymentalna tabliczka wyparła obłędną Chocolate Mint. Czasem marzenia powinny zostać marzeniami, a wymarzone spożywcze twory w rzeczywistości mogą rozczarować... Wolałabym więc, by Zotter miał i porządnie czekoladową tabliczkę z miętą, i taką "udziwnioną" z jeszcze owocowym dodatkiem. Byłam więc trochę sceptyczna, ale zaczęłam sobie powtarzać, że przecież do dodatku czekolady malinowej do Zotter Chocolate Banana też byłam sceptyczna, a wyszło 10/10.


Zotter Chocolate and Mint to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z cienką warstwą czekolady truskawkowej w 60 % nadziewana miętowym kremem czekoladowym na bazie ciemnej i mlecznej czekolady z brandy.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, uderzył mnie intensywny zapach orzechowo-migdałowo-chlebowej ciemnej czekolady i ziołowo-olejkowej mięty. Zespajała je odważna nuta brandy: cukrowo-mocnego alkoholu. Było więc słodko i dość poważnie, acz nie gorzko.Wierzch tabliczki minimalnie bardziej zdawał się pachnieć rześką, świeżą mięta. Po przełamaniu natomiast rozkręciła się niemal karmelowo-cukrowa brandy i rześkość - już nie miętowa, a bardziej owocowa (truskawkowa).

Przy łamaniu tabliczka była twarda i konkretna, zwarta. Zdrowo pykała, ale nie trzaskała tak bardzo... Pewnie przez to, że konkretny, gęsty krem był twardy w sposób bardzo wilgotny, dziegciowy, odrobinę plastyczny. Przegryzając się przez całość miałam wrażenie wgryzania się w masło.
W ustach czekolada okazała się idealnie gładka, rozpływała się powoli i z łatwością, pozostawiając po sobie tłustawo-kremowe smugi. Była dość spójna z bardziej zalepiająco-kremową białą truskawkową. Obie cechowała gęstość, choć owocowa wydała mi się soczystsza.
Nadzienie okazało się... nie tak tłuste, jak myślałam. Odznaczało się niespotykaną gęstością, było zbite i gładko-kremowe (chwilami odbierałam je jako wręcz śliskie), ale.... bardzo dziegciowo-zakalcowe. Czuć że zrobiono je na bazie czekolad; wilgotne i tłustawe - normalnie niczym wnętrze wyjątkowo mokro-zwartego, gliniasto-mulistego brownie.

W smaku ciemna czekolada przywitała się palono-prażoną gorzkością, która od razu nasunęła na myśl ciemny chleb, orzechy / migdały i kawę... Może jakiś kawowy marcepan? Nie brakowało jej też palonej, wręcz karmelowej słodyczy i nuty nadzienia (alkoholu, mięty), którym trochę przesiąkła. Wydała mi się cierpka w kakaowo-ziołowy sposób.

Owocowa warstewka dodała trochę soczystości i otworzyła drogę rześkości. Sama w sobie była słodka, trochę kwaskawa i śmietankowo-truskawkowa. Łagodna, nienachalna, zdawała się wpisywać w smak czekolady. Stanowiła idealne przejście do wnętrza.

Nadzienie pobrzmiewające miętą od samego początku, po paru chwilach do gry weszło pewniej poprzez rześkość, trzymając się soczystości. Podbiło więc rześkość, reprezentując miętę słodką i przyjemną. Niosło ogrom czekoladowości. Słodycz nie była silna, wydźwięk zaś ewidentnie wytrawniejszy. Lekki akcent śmietanki mieszał się z truskawkową warstwą, a gorzkawo-palona nuta czekolady w nadzieniu podkreśliła bardziej orzechowe tony. Wydźwięk bez wątpienia wykwintny, poważny, ale nie bardzo gorzki. Krem wydał mi się jednak lekko ziemisty, cierpkawy. Cierpkawy od kakao i goryczkowatej mięty.
Mięta niezaprzeczalnie smakowała olejkowo, acz truskawki w udany sposób dopowiadały świeżą. Mniej więcej w połowie truskawki wyłoniły się ponad wszystko inne zaskakująco wyraźnie, by potem utonąć w intensywnie miętowo-czekoladowej toni. Nie było to siekierowate, a w pewnym stopniu maślane i... kremowo czekoladowe.

Brandy odzywało się po pewnym czasie. Za jej sprawą wzrosła słodycz; wydała mi się niemal cukrowa, palonocukrowa, a więc karmelowa, ale... podkreśliła tym samym truskawkę, a mięcie nadała charakteru likieru. Podobało mi się, że nie przesadzono z alkoholem, bo czuć jak cudnie pewne smaki podkreślił, ale nie uderzał do głowy.

Bliżej końca bezmiar czekoladowości podkreślony brandy o palonych karmelowo-orzechowych nutach wirował z nienachalną miętą i subtelną truskawką... niosąc dość chłodny wydźwięk.

Po wszystkim pozostała miętowo-karmelowa słodycz i cierpkość kakao oraz ziołowo-chlebowe, zakalcowe nuty czekolady. W posmaku zdecydowanie dominowała mięta: olejkowo-ziołowa, acz przyjemnie słodka, lekko tylko cierpkawa. Było w niej mnóstwo orzeźwienia, chłodku... bardziej świeżości. Przyjemne poczucie, tym bardziej, że gdzieś za nią kryła się też owocowa soczystość.

Całość była niczym wilgotne, mocno czekoladowe, miętowe brownie o nieprzesadzonej słodyczy z odrobinką alkoholu i truskawkami. Wyszło to zachwycająco naturalnie. Delikatna słodycz zdawała się płynąć głównie z truskawek, brandy i mięty, choć one wszystkie także swój charakterek pokazały (kolejno: soczystość, alkohol, goryczka ziół). W pierwszej chwili wystraszyła mnie konsystencja, ale... wcale nie była tłusta, a gliniasto-zakalcowa, jak wilgotne brownie.
Żaden ze smaków nie wywyższał się; to głęboka i poważna, harmonijna kompozycja bogata w smak. Obłędny smak czekolady sprawował władzę absolutną nad wyrazistą, pyszną miętą i truskawkami. Wydawały się jedynie dodatkami, acz dodatkami bardzo istotnymi. Tabliczka wyszła zupełnie tak, jak by wszystko w niej było dla siebie stworzone, jak by to połączenie nie było niczym dziwnym, np. truskawka - była wyraźna, ale w zasadzie czekolada nie była bardzo truskawkowa.
Tabliczka była więc harmonijnie-przystępna i zarazem... niespotykana.

Bardzo mi smakowała. Nie dość, że nie mam się do czego przyczepić, to jeszcze ma u mnie dodatkowe plusy za "inność". Była to jednak drobna "inność", nie ma co porównywać do Chocolate Mint przy czym nie mówię, która lepsza, bo zupełnie inne.


 ocena: 10/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 509 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko, syrop ryżowy, suszone truskawki, brandy z trzciny cukrowe, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), sól, olejek miętowy, sproszkowana wanilia