Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cukiernia Staropolska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cukiernia Staropolska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 marca 2026

(Cukiernia Staropolska) ChocoLu Czarna 03 Ręcznie Robiona Czekolada Deserowa z Pistacjami ciemna 56 % z pistacjami

Tak wyglądające, duże tabliczki z okienkami, przeważnie z wielkim napisem "bez cukru" widywałam już od dawna. Nigdy się jednak nie interesowałam, bo słodzikowe czekolady zwyczajnie omijam. Pewnego dnia w Auchan trafiłam jednak na zmiany w dziale ze słodyczami i sporo czekolad zniknęło, pojawiło się wiele innych, których dotąd nie widziałam. Wiele było tam dubajskich lub po prostu z pistacjami i wtedy ta właśnie przyciągnęła mój wzrok. Z pistacjami, ale nie dubajska, taka niby porządniejsza, ręcznie robiona (co na mnie wrażenia nie robi, ale jak rozumiem ma sprawiać wrażenie, że produkt jest lepszej jakości?), ale z cukrem, nie słodzikiem. Wyglądało na to, że w górach może mi pasować. Niestety, źle skojarzyłam, że ma 72% kakao, bo i takie napisy na tych tabliczkach kiedyś widziałam, ale jak się okazało, koniec końców nieświadomie wzięłam z innej linii. Marka ChocoLu nic mi nie mówiła, więc w domu znalazłam ich stronę internetową. Okazało się, że należy do firmy Cukiernia Staropolska. Tę znałam za sprawą marki Miiau. Ze strony dowiedziałam się, że Miiau to linia premium. No, czyli wychodziło na to, że... Linia ChocoLu jest "tą zwyklejszą"? Z tego, co poczytałam, starają się mieć produkty dla wszystkich: białe, mleczne, ciemne, dla cukrzyków i dbających o linię czekolady bez cukru, proteinowe i BIO. Niestety, mimo że brzmiało ładnie, po tych, które jadłam, zrobiłam się trochę podejrzliwa.
Tabliczkę otworzyłam oczywiście w górach, ale nie na żadnym szczycie, a na podejściu. Gdzieś w drugiej części zielonego szlaku z miejscowości Tri Studnicky na Krywań, zaraz po specyficznych zakrętasach, gdzie uznałam, że akurat jest ładny widok i jeszcze była przestrzeń, nim ścieżka się zwęziła.


(Cukiernia Staropolska) ChocoLu Czarna 03 Ręcznie Robiona Czekolada Deserowa z Pistacjami to ciemna czekolada o zawartości 56% kakao z prażonymi pistacjami; ręcznie robiona.

Po otwarciu poczułam bardzo słodki, trochę cukrowy zapach budyniu waniliowego z motywem aromatu, w którym było jednak coś niejasnego. Jakby wanilię okroić ze szlachetności. Mieszała się z echem kwiatów. Za nimi stanęła prosta, palona cierpkość. Pistacje czuć lekko ogólnie, a nieco mocniej przy wąchaniu spodu. Krył się przy nich akcent migdałów i siana, rozgrzanego słońcem. Powiedziałabym, że pistacje były prażone minimalnie. 

Tabliczkę zdobiło sporo małych i malutkich kawałków pistacji oraz kilka całych dużych pistacji. Trzymały się nieźle, acz przy łamaniu czy odgryzaniu kawałka, sporo drobnicy odpadało. Całe pistacje trzymały się zatopione porządnie.
Przy łamaniu czekolada dała się poznać jako masywnie twarda. Trzaskała przy tym głośno i chrupko, z pełnym zacięciem.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, początkowo jawiąc się jako zbita, jednak z czasem coraz bardziej jakby luźno, a do tego tłusto i miękko. Była zbita, acz średnio gęsta. Czuć w niej drobną pylistość, ale nie suchość, a także kremową gładkość. Tę jednak urozmaicały kawałki dodatku.
Kawałki pistacji odpadały od czekolady i przeważnie turlały się po ustach. Tylko nieliczne starały się długo pozostać zatopione w czekoladowej mazi.
Niezależnie od tego, kiedy gryzłam pistacje, były delikatne i miękkie. Zarówno kawałki, jak i całe. Całe chyba nawet bardziej miękkie. Skórki trafiały się rzadko.

W smaku występ zaczęła silna, cukrowa, ale nie czysto cukrowa, słodycz. Podążało za nią echo... Czegoś. Czegoś waniliowego? Słodkiego aromatu, chwilowo trudnego do uchwycenia. Pomyślałam o budyniu waniliowym, ale to też nie był w pełni on.

Delikatna cierpkość szybko zaznaczyła swoją obecność. Gorzkość niby też, ale wydała się bardzo ostrożna.

Przy niej jednak słodycz zrobiła się bardziej odważna, prawie dosadna. Zdecydowała się na budyń w wariancie zabajone. Budyń o śmietankowej bazie i... zdecydowanie przesłodzony.

Gorzkość i cierpkość też trochę wzrosły lekko, acz ogólnie silne nie były. Pojawiło się w nich trochę drzew i palony motyw. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o suchym lesie, w którym jest gorąco i trochę duszno. Mimo to, w tle przemknęła mi ledwo uchwytna... soczystość? 

Niegryzione pistacje nie zabierały głosu. Zwłaszcza kawałki. W przypadku całych niby dało się ich z czasem doszukać, ale pozostawały bardzo w tyle.
Gdy na próbę parę razy z ciekawości pogryzłam pistacje obok czekolady, wychodziły nijako, trochę udawały siano i orzechy bez nazwy, a czekolada przy nich wydawała się do bólu słodka, trochę jak cukrowo-budyniowa masa czekoladowa.
Gdy spróbowałam samej czekolady, miała w sobie coś siankowo-orzechowo-migdałowego, ale pistacjami nie przesiąkła.

Słodycz nie odpuszczała. Z czasem budyń zabajone stał się słodko drapiącym, dosadniejszym likierem jajecznym.

Gorzkość prawie odpuściła, choć leciutka cierpkość się utrzymała. Drzewa i las też pobrzmiewały, przy czym ostatni wytoczył jeszcze motyw siana. Suchych, rozgrzanych traw w rzadszej części lasu. Do tego zaplątał się niejasny orzechowy akord. Czasem jakby odrobinkę kierował uwagę na pistacje.

W fuzji cierpkości i drzew tym razem wyraźnie odnotowałam soczystość. Pomyślałam o mieszance czarnych i czerwonych porzeczek oraz o malinach. Były słodko-cierpkie, a o kwasku jedynie tęsknie wspomniały.

Pistacje gryzione na koniec smakowały bardzo delikatnie. Przesadzona słodycz bazy nie dawała o sobie zapomnieć, co trochę przeszkadzało. Zwłaszcza w odbiorze kawałków. Te były nijakie. Całe pistacje wykazały się za to wyrazistym smakiem. Wydały mi się prażone naprawdę minimalnie, udające surowe i z dobrze wyczuwalnym duetem słodyczy i wytrawności.

Po zjedzeniu został posmak w dużej mierze niedookreślonego aromatu i pistacji (w przypadku całych pistacji lub z rzadka kawałków) lub jak połączenie nijakich orzechów z sianem (w przypadku większości kawałków). Za nimi stanęła silna cukrowość i motyw budyniu waniliowo-zabajone, który wiązał się z aromatem, a na samym końcu lekka cierpkość kakao i echo gorącego, suchego lasu, drzew. Czułam się trochę przesłodzona, ale nie było jeszcze tak źle, jak się obawiałam.

Tabliczka okazała się w zasadzie w porządku jak na to, czym miała być, ale sprawę pistacji można by rozwiązać o wiele lepiej (dać tylko całe albo całe i połówki, wielkie kawałki, nie zaś taką drobnicę), a ja wolałabym ciemną, bardziej gorzką bazę (% kakao koniecznie do zwiększenia kosztem cukru!). Ta przynajmniej miała dość ciekawy wydźwięk słodyczy - budyń waniliowy i zabajone, choć mnie przesłodził, nie był zbyt nachalny czy sztuczny. Wizja suchego lasu i siana na plus, ale szkoda, że kawałki pistacji ją podchwyciły i też poszły w jakieś siano.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 18,69 zł (za 105 g)
kaloryczność: 552 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, aromat), pistacje 4,8%

piątek, 26 listopada 2021

(Cukiernia Staropolska) Miiau Czekolada Słony Karmel z orzechami arachidowymi i solą himalajską 31 % mleczna karmelowa

Jak pisałam już przy wcześniejszych czekoladach lubelskiej cukierni, na moje nieszczęście władowałam się od razu w kilka. I... nie było to takie zupełne "władowanie się", bo brałam namiar, że mimo iż "prawdopodobnie okażą się niespecjalnie tym, czego poszukuję", to jednak opakowania z kotami swoje zrobiły. Pewnie, np. białej za nic bym nie kupiła, choćby dawali prawdziwego kota gratis (ok, tu najpierw zapytałabym Lunę, co myśli), ale... były smaki, co do których jeszcze czasem wciąż zdarza mi się łudzić: "a może akurat"? O tej wspominałam przy Chocolate and Love Sea Salt & Caramel 55 %, acz nie ukrywam, że - przez kilka nieudanych - do mlecznych z solonym karmelem trochę się zraziłam. Do tej trochę nie wiedziałam, jak podejść, bo Orange Melange obudziła we mnie podejrzliwość, na co trafię.

(Cukiernia Staropolska) Miiau Caramel Czekolada Słony Karmel z orzechami arachidowymi i solą himalajską 31 % cocoa to mleczna czekolada karmelowa o zawartości 31,1 % kakao z karmelem (wmieszanym w masę), orzechami ziemnymi i solą himalajską; ręcznie robiona w Lublinie.

Po otwarciu poczułam zapach zwykłych, suchych fistaszków i mleka w proszku zmieszanego z maślaną, bardzo delikatną czekoladowością. Wyszło to jak mleczne czekoladki dla dzieci, a więc także bardzo, bardzo słodko. Niewątpliwie czuć też mleczny, leciuteńko palony karmel z odrobinką soli (jakby iluzoryczną). Z czasem, przy łamaniu i w trakcie degustacji zapach poszedł w kierunku złagodzonej prawie do zera, mlecznej fuzji Snickersa i Michałków o obniżonej fistaszkowości, a jakby z nalotem białej czekolady.

Tabliczka łamała się łatwo, bez trzasków, ale miękkości nie mogę jej zarzucić. Wydała mi się za to dość krucho-proszkowa, choć nie kruszyła się. Posypkę przylepiono całkiem porządnie, w ilości sowitej, więc zupełnie nie przeszkadzało, że pojedyncze kawałki orzeszków odskakiwały przy łamaniu. Sól w średniej ilości połyskiwała jako kryształki średnio przeciętnej wielkości (dostrzegłam ją dopiero w trakcie degustacji!). Były pojedyncze drobniusieńkie (te spoko) i pojedyncze dość duże (uważam, że zbędne).
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, z leciutkim oporem. Okazała się tłusta, przy czym aż trochę śliskawa, mimo znaczącego efektu pyłku. Miękła trochę aksamitnie, maziając minimalnie lepkawą sobą podniebienie, nie zaś zmieniając się w krem czy coś. Nie zalepiała, a kawałki dodatku wypuszczała średnio chętnie. Soli jako kryształków nie zarejestrowałam - rozpuszczała się bardzo integralnie (może dlatego, że kawałek w ustach kładłam orzeszkami do góry, a sól skryta między nimi miała czas się rozpuścić).
Fistaszki na koniec okazały się przeciętne - suchawe i miękkawe. W zasadzie nie chrupały.

W smaku sama czekolada od pierwszych chwil dała się poznać jako bardzo słodka, acz jeszcze nie cukrowa.

Po ustach prędko rozeszło się też mleko. Początkowo spokojne, delikatne. Potem wypłynęło na pierwszy plan. Choć ustanowiło bazę, nie było tak intensywne, jak czasem potrafi być. Jego smak wydał mi się łagodny i leniwy, coraz bardziej mieszający się ze słodyczą i maślanością, a także fistaszkową nutką, którą tabliczka znacząco przesiąkła całościowo. Fragmenty bez dodatków wyraźnie smakowały suchymi orzeszkami.

Po paru chwilach cukrowość wzrosła drapiąc w gardle i serwując mi smak... a raczej jedynie posmak mlecznego karmelu. Czekolada wydała mi się aż trochę... białoczekoladowa, zahaczająca o wanilię i maślaność. Poczułam mleczniusi, delikatniusi karmel... właśnie jakby karmelowej czekolady? Wydała mi się ciepła jak ciepłe, zacukrzone mleko albo czekoladki mleczne. W połowie rozpływania się kęsa wzrastała fistaszkowość niby rozchodząca się od dodatków (które to jednak same zdawały się ubogie w smak). Maślany motyw zaś podkreśliła... najpierw odrobinka soli, a po chwili czasami... większa ilość soli.

Bazowo czekolada zrobiła się aż cukrowa i złudnie miodowa, przy czym poczucie to kontrastowo uwypukliła słonawość, narastająca epizodycznie. Już w połowie rozpływania się kęsa czekolada okazała się ewidentnie słonawa, acz nie powiedziałabym, że bardzo słona. Dodatek fistaszków dzięki temu też zaczął zwracać na siebie uwagę, uwypuklając przy okazji iluzję miodu. Realnie fistaszki, które wypadały z tafli, wiele nie wnosiły - gryzione obok czekolady też. Ta w momencie znikania wydawała się cukrowo-miodowa, zasładzająca mocarnie (kontrast po soli?).

Po zniknięciu czekolady zajęłam się fistaszkami.

Okazały się jakby częściowo wysuszone ze smaku, nie pierwszej świeżości, może leciutko wyprażone i... względnie wyraziste... Tylko że jakby wyraziste w swoją fistaszkową lichość? Niby trochę tonowały poczucie słodyczy i słonawości (zwłaszcza ten zerowały), ale nie dawały nic w zamian.

Po zjedzeniu został posmak suchych-przesuszonych fistaszków oraz silne poczucie przesłodzenia też jako drapanie w gardle, mleczność i maślana słodycz. Czułam słoność, ale ta zamiast przełamywać, wydawała się podkreślać przesłodzenie i maślaność.

Całość nie była zła, ale dobra też nie. Taka jakby niezdecydowana, czym właściwie ma smakować i w konsekwencji... jedynie zahaczająca o wszystko, a serwująca głównie nijakość, nudę. Oczywiście bardzo słodką i łagodną, wyciszoną w smak (jakikolwiek). Nawet nie była taka mocno-intensywnie słodka, a po prostu słodka (tylko że za słodyczą nic nie stało). Karmelowy posmak dało się odnaleźć. O wiele łatwiej o sól, ale orzeszki...? Coś tonowały, a jednak przeszkadzały. Z solą to istna loteria - jak się trafi, bo albo jest jej w punkt i pasuje, albo trafi się jej duży kryształek i wtedy przygłusza czekoladę i fistaszki, nie współgra. A i tak wybrałam sobie kostki względnie bezpieczne - bez wielkiej widocznej soli.
na pierwszym planie sól
Przeciętna; plus, że z potencjałem, dość ciekawa i w sumie obiektywnie bez większych wad. Niby nie chcę punktu odejmować, że nie lubię posypek; wolałabym jednak, by dodatki były wtopione. Sól na pewno lepiej wyszłaby wmieszana integralnie. Sól-posypka wg mnie się nie sprawdza. Po trzech kostkach, znudzona i przesłodzona, bojąca się, że nagle trafię na kryształek soli (w niektórych miejscach groźnie połyskiwała pod orzeszkami), oddałam Mamie. Mama też zakończyła na trzech kostkach. Z innych jednak powodów niż ja. Skusiły ją orzeszki... bo sama czekolada mleczna bardzo jej smakowała (bardzo słodka i bardzo a dobra), ale akurat trafiła na trzy duże kryształki soli. Nie miała ochoty na loterię, jak będzie z resztą. Bardzo długo smutna rozprawiała na temat tego, jak taką posypką, głównie solą-posypką, można zepsuć czekoladę. (Również uważa, że trochę soli idealnie wmieszanej mogłoby wyjść ok).
Wariant jakoś chodził mi po głowie, aż przypomniałam sobie Cocoloco Chocolates Peanut Butter & Sea Salt 43 % Venezuela (w zasadzie to publikacja przypadła na dzień degustacji Miiau) - wspomniana była wprawdzie wyrazistsza w smak czekolady, czuć fistaszki, a sól dodano lepiej, acz nie oddawała tytułu i ogółem też nie zachwyciła. Taak, w czymś takim jednak zdecydowanie lepiej wychodzi dodatek wtopiony.


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 11,49 zł (za 90 g; promocja)
kaloryczność: 561 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada carmel orgin (tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, miazga kakaowa, mleko odtłuszczone w proszku, karmelowy cukier 1,5%, lecytyna sojowa, aromat, ekstrakt z papryki, naturalny aromat waniliowy), orzechy arachidowe 0,8%, sól 0,3%

niedziela, 12 września 2021

(Cukiernia Staropolska) Miiau Orange Melange Czekolada Deserowa z Pomarańczą ciemna 58 % i biała pomarańczowa; z pomarańczą

To smutne, że w kilka czekolad tej marki wrąbałam się tylko przez opakowania z kotami (które to przyciągnęły mnie do półki) już wiedząc, że smakowo nie będzie to nic ciekawego. Nie wzięłam oczywiście wszystkich, bo niektóre zupełnie były nie dla mnie (np. biała), ale biorąc pod uwagę jakość 88 % czy z chili, tak na logikę, i tak nakupowałam za dużo (oprócz dzisiaj przedstawianej czekała mnie jeszcze jedna). Wybrałam ją więc na dzień przyjazdu ojca, żeby jakby co poczęstować / opchnąć mu niechcianą resztę. Jak w sklepie tylko nieuważnie zerknęłam na skład, założyłam, że pewnie dodano jakieś cząstki pomarańczowe, czemu nic przeciwko nie miałam. Nie była to moja wymarzona forma delikatnie mówiąc, ale np. za kandyzowanymi skórkami nie przepadam i... trochę wszystko mi jedno było. "Liofilizowana pomarańcza" przypadła mi do gustu, bo pomyślałam, że z taką do czynienia nie miałam, więc zaintrygowała mnie. Czekało mnie jednak wielkie zaskoczenie... To tabliczka z dwóch rodzajów czekolad! Mimo że takie łączenie do mnie nie przemawia, postanowiłam dać jej szansę.

(Cukiernia Staropolska) Miiau Orange Melange Czekolada Deserowa z Pomarańczą to ciemna czekolada o zawartości 58 % kakao oraz biała pomarańczowa (połączone); ręcznie robiona w Lublinie.

Już otwierając folię poczułam intensywną pomarańczę w realiach dość naturalnych, opartych na soku i skórce, ale też dziwnie kojarzącą się z lodami... czy to trochę mlecznymi, czy wodnymi... Wyszło to w sposób nieco przerysowany aromatem. Co więcej, w tle raz i drugi, skupiając się, odnotowałam mleko w proszku. Kakao pobrzmiewało nieśmiało jako bardziej palona nuta, która to podkreślała skórkę pomarańczy. Ciemną czekoladę czuć bardzo, bardzo słabo - prawie wcale.

Tabliczka trzaskała bardzo głośno, co potwierdzało to, jak twarda, a zarazem krucho-chrupka była. Kojarzyła się z cienką taflą ze skały. Części koloru pomarańczowego już w dotyku były pyliście-suche.
Okazało się, że mimo zakrętasów, w zasadzie sporo kostek było albo po prostu ciemną, albo białą pomarańczową, co ma plusy i minusy.
W ustach całościowo rozpływało się to średnio chętnie i ulepkowato.
Część pomarańczowa także w nich okazała się twardym ulepkiem wyginającym się, mięknącym znacząco dopiero z czasem, a także wykazującym wysoką proszkowość, pylistość. Była aż szorstka i soczysta. Przez minimalnie tłustawość rozpuszczała się na soko-wodę; mało czekoladowo.
W ustach ciemna przypominała ulepkowatą, idealnie gładko-tłustą polewę znikającą na (z kolei) soczyście-tłustą wodę.
We fragmentach "łączonych" wzajemnie podkreślały swoje wady: proszkowość białej i śliskość ciemnej.
Od początku do końca wszystko to zachowywało kształt i formę. Aż się chciało to ssać. Może i tempo rozpływania się było raczej średnie, ale nieprzyjemnie opornie to szło. Czekolada znikała, ale jakby wcale nie chciała.

W smaku całość łączą dwie kwestie: pomarańcza i maślaność. Oprócz tego nie było strasznie słodko czy np. sztucznie / tanio.

Część pomarańczowa od początku uraczyła mnie wysoką, ale nie przesadzoną słodyczą. Wyszła wręcz uroczo, z waniliowym zapędem i słodko pomarańczowo. Pomarańcza prędko się odezwała - początkowo jak ze słodziutkiego aromatu. Raz, gdy spróbowałam tylko ją, mignęło mi skojarzenie z delikatnymi gumo-cukierkami (jak Mamba?), jednak potem owoc stał się naturalniejszy.
Zaraz opłynęło go maślane złagodzenie i mleko, przez co przyszły mi do głowy lody... Poprzez soczystość raczej wodne, ale i... z mlecznym tłem? A może to jakieś lody z pomarańczowym sosem, leciutko podrasowanym aromatem? Jego delikatna goryczka kryła się za silną słodyczą pomarańczy i... śmietankowych lodów (jednak!).

Jaśniejsza część mieszając się z ciemną wcale jej mocno nie umleczniła, ale wydobyła z niej pomarańczowość i uwypukliła maślaność. Z kolei ciemna podkreśliła gorzkawość pomarańczy. Razem kojarzyły się z babeczko-biszkoptem pomarańczowym. To bardzo, bardzo tłuste, maślane ciasto z pomarańczą... jako skórka? I bardzo, bardzo nasączone jej sokiem; podane z mlekiem.

Ciemna bowiem nie była zbyt ciemno-gorzka. Odznaczała się cukrowością i z pomarańczową częścią po prostu przegrywała. W niej także czuć pomarańczową nutę rodem z galaretki, a więc z cierpko-goryczkowatym zacięciem ewidentnie z aromatu (ale "naturalnym", nie "laboratoryjnym"). Nie wiem, czy przesiąkła, czy go do niej dodano. Wykazywała wysoki stopień palenia, ale nie przełożyło się to na gorzkość. Była raczej maślana, może sugestywnie kawowa. Kojarzyła się z tłustą polewą na ciasto. Taka... polewa do opisywanego babeczko-biszkoptu lub trzaskająca polewa na lodach. 

Po zjedzeniu został pomarańczowy posmak naturalno-aromatowy, dość soczysty, ale również wysoka słodycz jeszcze bez przegięcia i posmak maślano-tłuszczowy... kojarzący się z tłustym ciastem i patykowymi lodami z sosem pomarańczowym oraz polewą czekoladową.
Przerysowana (ale nie chemicznie laboratoryjna) pomarańcza trzymała się nawet rąk.

Całość wyszła więc soczyście-słodko, bardzo pomarańczowo, ale nie napastliwie. Czuć przerysowanie, ale nie atak. Pomarańcza... w maślanej toni wyszła aż uroczo, słodziutko. Ciemna czekolada niby podkreślała jej poważniejsze aspekty, ale sama była nudna; kakao okazało się tu marginalne. Skład sugeruje, że było jej więcej, ale powiedziałabym, że na oko raczej po równi, przy czym w smaku... ciemna robiła jedynie za nijakie tło. Sama była kiepska. Tabliczka ewidentnie ma wyglądać, nie smakować, ale na szczęście smakiem nie przerażała. Konsystencja mi się zupełnie nie podobała. 
Czekolada wyszła tak, że nie widzę sensu, by ją jeść. Przy pomarańczowej to jeszcze mogę się uśmiechnąć przy kostce-dwóch, zaczynając się nudzić. Ogółem zjadłam trzy. Biała pomarańczowa wyszła zaskakująco nieźle, a więc rzeczywiście w pomarańczowo słodko-soczystym kontekście, a ciemna... nie domagała. Jako że liczyłam właśnie na ciemną z pomarańczą, a białe owocowe czekolady nie leżą w kręgu moich zainteresowań, to coś zupełnie nie dla mnie. Mimo to, nie była zła, ale w tej cenie godna polecenia nie jest. O ile biała mogłaby zgarnąć 6, ciemna 4, tak łączone części to raczej 5-6. Nie wierzę, że to piszę, ale w sumie szkoda, że dobrze połączonych fragmentów było tak niewiele.
Przypomniała mi Heidi Colors of Summer Orange & Mint - od niej wyszła lepiej subiektywnie, ale biorąc pod uwagę całość, a więc i stosunek ceny do jakości, poziom satysfakcji jeden.
Mama zgarnęła dwie, gdzie przeważała pomarańczowa i stwierdziła, że na pewno "ta koloru pomarańczowego lepsza niż ciemna, taka... biała, słodka, ale i pomarańczowa trochę w smaku; ogólnie jednak całość jakaś nudna, tylko tyle, że piękna".
Większość powędrowała do ojca, któremu smakowała, zwłaszcza zachwyciła go słodka pomarańczowa część. Zawiózł do siebie i okazało się, że jego partnerka... normalnie zakochała się w tej czekoladzie w całości.


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 11,49 zł (za 90 g; promocja)
kaloryczność: 509 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada ciemna (miazga kakaowa, cukier, masło kakaowe, lecytyna sojowa, aromat), genaż pomarańczowy (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, lecytyna sojowa, naturalny aromat pomarańczowy, barwnik roślinny E160, naturalny aromat waniliowy), pomarańcza liofilizowana 1%

sobota, 3 lipca 2021

(Cukiernia Staropolska) Miiau Czekolada Czarna Black Zabuye 83 % Cocoa ciemna

 Po kolejną czekoladę z kociej serii sięgnęłam z ciekawością. Co też marka potrafi? Dlatego wybrałam czystą ciemną. Jak się szybko okazało, robią ją z gotowej kuwertury, czyli takiej czekolady, z których zazwyczaj korzystają cukiernie, roztapiają sobie, dodają do wypieków lub robią "ozdobne" czekolady z dodatkami nalepianymi. Black Zabuye pochodzi od Callebaut. Nie mam wprawdzie rozeznania w ich ofercie, ale... trochę się bałam, co Cukiernia Staropolska stworzyła z tego. Z drugiej strony, gdyby mieli się wziąć za działanie od zera na kakao, zakładając, że się na tym nie znają, to może lepiej, że tak to rozwiązali? Od jednej właścicielki kawiarni z plantacyjnymi ziarnami połączonej z cukiernią kiedyś słyszałam, że i oni korzystają z czekolad Callebaut, więc może nie są złe? Nie wiem.

(Cukiernia Staropolska) Miiau Czekolada Czarna Black Zabuye 83 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 83 % kakao; ręcznie robiona w Lublinie.

Po otwarciu poczułam dość intensywny zapach mocno palonej kawy i miękkich pierniczków w czekoladzie / polewie (a przynajmniej teoretycznie miękkich). Odlegle pobrzmiewała nienapastliwa, ale znacząca słodycz o waniliowym zabarwieniu. Wprawdzie nie sztucznym, ale ewidentnie z aromatu. Za tym wszystkim kryła się nawet nutka owoców - jakby pierniki wypełnione były nieco przesłodzonym dżemo-nadzieniem truskawkowym - z tych jednak, co to nie są zbyt jednoznaczne, a robią je na bazie jabłek. Zdziwiła mnie obrazowość, jak i "klasyczność" zapachu. Był przyjemny, mimo że trochę budżetowy.

Tabliczka miała istotnie wręcz czarny kolor. Łamała się z bardzo głośnym trzaskiem suchych gałązek. Nie robiła tego specjalnie równo po liniach, mimo że była cienka.
W ustach rozpływała się powoli, ale bez oporu. Okazała się bardzo tłusta, niemal gładka (acz z sugestią pylistości) i jednocześnie kremowa. Miękła i wyginała się, choć kształt zachowywała. Pozostawiała na ustach i podniebieniu tłusto-lepkie smugi, przez to wydawała się nieco przytykająca. Zostawiała troszeczkę pylisty efekt.

Od początku ze swoją obecnością zdradziła się słodycz wanilii, którą odebrałam jako zwiewną i rześką. Zdezorientowana wyłapałam coś chłodnego, goryczkowatego - miętę? - ale szybko się to zawinęło... (Przy kolejnych kęsach udało mi się ustalić, że waniliowość mogła tak aromatem zajeżdżać.)

Po ustach jednak wyraźnie rozszedł się także gorzkawy smak. Z racji tego, jak mocno palony był, zaraz wzrósł i wyszedł na pierwszy plan jako kawa. Pojawiła się przy niej gorycz, zmieniająca się w cierpkość. Kakao w proszku odważyło się i dołączyło do kawy. Razem przywiodły na myśl czekoladowe pierniki w polewie czekoladowej / kakaowej o budżetowo-cierpkawym, kakaowym smaku.

Jakoś w połowie rozpływania się kęsa pierniki nieco złagodniały: jakby tak przegryźć się przez polewę i trafić na tłusto wilgotne, słodkie wnętrze. Cierpkość zasugerowała jeszcze przyprawy, ale za jej sprawą już i drobny kwasek wszedł do akcji.

Oto ten "chłodek" z początku zmienił się w wilgoć nadzienia w pierniku. Wzrosła słodycz i zmieszała się z kwaskiem. Poczułam owoce typowo dżemowo-nadzieniowe. Kwaskawe truskawki zaraz stały się dżemowymi truskaweczkami, bardzo zasłodzonymi, przy czym stała wanilia. Jednocześnie nie sprawiły, że całość się jakoś drastycznie osłodziła. Nie była to wanilia naturalna, a taka... trochę czuć, że z aromatu, trochę wpisująca się w cierpkawość.
Owocowość wydawała mi się soczysta, acz nie aż tak jednoznaczna jak inne nuty - tak jakby dżem był "wieloowocowy", też w dużej mierze jabłkowy.

Bliżej końca kompozycja zaczęła wracać do paloności. Tak jakby jeść, jeść tego pierniczka i po środku z nadzieniem wziąć się za fragment brzegowy. Wzrosła cierpkość, odchodząc od owoców.
Zostawiła sobie trochę kwasku kakao, dopięła go do kawy. Kawa przybrała na sile i zakończyła kompozycję z łagodniutkiej, mrugając aż nieco siekierową sobą.
Gdy kawałek czekolady znikał z ust, za każdym razem czułam, jakbym wzięła do ust trochę kakao w proszku.

Po zjedzeniu został posmak palonej, gorzkiej kawy, cierpkość tanio kakaowa, ale i słodycz o zgaszonym, delikatnym wydźwięku. Połączyła wanilię, dżemowatość owoców i "dosłodzenie" zwyczajne (białego cukru).

Mimo że nieco czuć budżetowość i prostotę kakao w proszku, nie wyszła strasznie tanio czy polewowo. W zasadzie zaskoczyła mnie, że da się w nią wciągnąć i że faktu odtłuszczenia kakao aż tak nie czuć. Niewymagająca, gorzka, dość cierpka. Nie zaserwowała żadnych niechcianych kwachów, a jedynie sugestię dżemów w piernikach ze zwykłą polewą w towarzystwie palonej kawy. Słodycz względnie niska, acz zwracająca na siebie uwagę wyszła zadowalająco waniliowo (nie była to wanilina ani chemia). Wprawdzie nie podobała mi się tłusta konsystencja, ale też nie był to ulepek nie do zniesienia; można zjeść. Nie podoba mi się jednak to, jak się cenią - to czekolada warta góra 5 zł.
Od razu pomyślałam przy niej o Wedlu Mocno Gorzkim 80 % - też czułam w nim "słodycz z aromatu", jednak o ile w Miau była całkiem ok waniliowa, tak Wedel to wanilina do kwadratu. Miiau o całkiem przyjemnych nutach wygrała z kurzowo-mdłym Wedlem. W zasadzie powinno różnić je co najmniej 2 punkty na smak, ale Miiau na 8 na pewno nie zasłużyła, zwłaszcza biorąc pod uwagę cenę. A Wedlowi trudno dać niższą notę, biorąc pod uwagę półkę...


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 11,49 zł (za 90 g; promocja)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, aromat waniliowy

środa, 19 maja 2021

(Cukiernia Staropolska) Miiau Czekolada Deserowa Sao Thome z Chili ciemna z Sao Tome

Czekolady marki Miiau przyciągnęły mnie z prozaicznego powodu: koty. Ile by nie kosztowały, jakiej jakości by nie reprezentowały - i tak chociaż jedną bym wzięła. Szczęście w nieszczęściu, że moich i ciekawych wydało mi się parę tabliczek. Liczyłam, że będzie to miła przygoda, mimo że kompletnie w ciemno. Tak i wybrałam pierwszą, którą miałam otworzyć. Po prostu jakoś po Lindcie Excellence Chili chciałam z czymś porównać i... nagle okazało się, że wróciwszy z Auchana z drugą turą tych czekolad (pierwszym razem były inne, potem doszły nowe smaki), wzięłam też tabliczkę, którą już miałam. Chciałam więc jak najszybciej wiedzieć, jaki los czeka drugą tabliczkę tego smaku - będzie sobie spokojnie na mnie czekała, zjem szybko (bo chcę / żeby się pozbyć) czy oddam komuś? Zanim jednak do czekolady zasiadłam, poszperałam w internecie. Za kocią linią stoi lubelska Cukiernia Staropolska, która sama w sobie niczym mnie nie zainteresowała.

(Cukiernia Staropolska) Miiau Czekolada Deserowa Sao Thome z Chili to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Sao Tome (czyli z Wysp Świętego Tomasza i Książęcej) z chili; ręcznie robiona w Lublinie.

Aż nie mogę się powstrzymać, by nie omówić opakowania. O ile rozczulił mnie kot przy kodzie kreskowym, tak już "przepyszne składniki" zamiast "skład" wywołały sceptyczny grymas.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam delikatne i spokojne zapachy: maślany mieszający się z dość wysoką słodyczą oraz ziołowo-palony. Ten drugi w pierwszej chwili odebrałam jako herbaciany z cytrusową nutą. Od razu do głowy przyszły mi herbaty z kwaskawą bergamotką, a zaraz i soczyście słodko-kwaśne nuty cytrusów ogółem. Zespoiły maślaność ze słodyczą. Może także one (cytrusy) były słodkie?... karmelizowane? Ale dziwnie, bo aż "na toffi"... I nie tylko cytrusy. Jakby coś w toffi, a nie w karmelu? Może bardziej coś karmelkowego? Jak... cukierki maślano-śmietankowe...? Z czasem mnie olśniło. To był zapach polew z lodów na patyku. Tłuszczowych polew o smaku toffi / karmelowym! I właśnie: z czasem ta śmietankowość i herbaty zmieniły się aż w kawę... albo raczej kawowo-ziemiste ciasto z orzechami. Orzechy i ziemię czułam bowiem zbliżając nos do spodu z posypką. Odznaczał się charakterem mocniejszym; ewidentnie czuć od niego chili, acz nie nazwałabym go ani ostrym, ani np. soczystym. Góra z kolei miała po prostu "ciepły wydźwięk".

Tabliczka bardziej trzaskała-pykała niż trzaskała, bo była dość cienka, mimo że twarda. Chili jak widać dodano pod postacią sporych płatków-skórek, średnich kawałków i odrobiny pestek. Druga tabliczka, jaką miałam była szczodrzej posypana - przesadnie i to prawie samymi pestkami (zdjęcia niestety nie mam). Jak widać więc - jak się trafi, co mi się nie podoba.
Przy robieniu kęsa wydała mi się krucha w sucho-zlepkowy sposób.
W ustach rozpływała się powoli i gęsto, a mimo że także dość sucho, to bezproblemowo. Miękła na nieidealnie gładką, dość tłustą masę. Miała w sobie coś z lekko pylistego ulepka, który na koniec wysuszał. Chili z kolei wyszło dość twardo, bo to głównie suche skórki. Z czasem niektóre płatki odrobinę miękły. Pestkom zdarzało się chrupać.

Mój sposób na tę czekoladę to kładzenie kawałka spodem do góry, ponieważ gdy to spód z chili znalazł się na języku, zaczynałam czuć je już po paru sekundach. A to bardzo zagłuszało smak samej czekolady. Dla urozmaicenia czasem kęsa obracałam. Zdarzyło mi się też wgryźć właśnie w chili - wtedy to oczywiście ono wchodziło natychmiast. Starałam się nie ssać chili, bo to skutkowało ogniem piekielnym.

Inaczej jednak... Najpierw czułam gorzkość i słodycz, przez które pomyślałam o kaw...ie-a-właściwie cappuccino. I to w ciastowym wydaniu. Dosłownie widziałam gęste, ciemne warstwy przełożone jasnymi kremami. Beżowy, biały... Delikatna kawa mieszała się więc z maślanością słodko-tłustego wypieku i oczywiście śmietanką. Podkreślała ją jednak pewna cierpkość (nieokreślona czy kawy, czy kakao).

Słodycz ruszyła bez ogródek, wplatając w siebie paloność. Była tak delikatna, że z karmelem kojarzyła się odlegle. Raczej z maślano-śmietankowymi karmelkami i toffi. Cechowała ją jednak pewna soczystość jakby skryta w... palono-przypalonych plastrach pomarańczy? Karmelizowanych na słodko, ale z cierpko-gorzkim posmakiem? Wyobraziłam sobie suszone liście. Nadchodziła wytrawność? I tu migała mi leciutka soczystość oraz prawie soczystość papryczki chili, czasem już dość silna ostrość, a czasem jedynie sugestia - sama baza chyba tylko minimalnie nią przesiąkła (a smak chili rozchodził się bezpośrednio od posypki). A jednocześnie cały czas trwała też ta słodka soczystość. Gdy słodycz rosła beztrosko, niepewna baza rozeszła się po ustach.

Gorzkość wydała mi się nieco dymna, orzechowa i niezbyt głęboka. To ostatnie wywołał chyba motyw palenia, ale jednocześnie związany był z ciepłem. Ewidentnie jednak także ordynarne, cierpkie kakao miało tu trochę do powiedzenia. Pomyślałam o orzechach, pieczonym (z naciskiem na pieczenie) cieście kakaowo-kawowym posypanym kakao. A jednak również tak nasączonym kawą, że... goryczkowato ziemistym? Wciąż w takim kawowym kontekście. Było w tym coś aż ostrego. Pleśniowo-ostrego i chili-ostrego.
Zdarzyło się, że przy niektórych przełknięciach śliny pikanteria chili rozlewała się po gardle, rozgrzewając je mocno, ale nie zaburzało to smaku. Zdarzyło się, że myślałam, że zaraz mi łzy wyciśnie (gdy jak głupia obróciłam trzymany w ustach kawałek).

Ziemista nuta mieszała się z wytrawnością papryki chili, która nie odgoniła od siebie cytrusowej nutki. Cappuccino i kawa zmieniły się w palone herbaty i zioła, a same niemal schowały się w słodko-maślanej strefie ciasta. Miało to ciepły klimat jesieni; do głowy przyszły mi wysuszone, czerwono-pomarańczowe, brązowe liście.

Ciepło rosło. W pewnym momencie nieźle rozgrzało gardło, wprowadzając nie tłumioną już ostrość. Przez chwilę pikanteria i charakterność szły sobie, a maślano-słodka baza sobie. Jednoznacznie chili zaczęło tupać nogą (pestką?) mniej więcej w drugiej połowie rozpływania się kęsa, gdy kładłam kawałek posypką do góry. Od chili rozchodził się posmak suszonego: przyprawy ostrej i dość wytrawnej. Niektóre smakowały ostrą cierpkawą papryką (skórki) inne... piekielną chili ostrością, inne suchą goryczką pestek (o dziwo właśnie pestki takie pikantne nie były). Pikanteria rozchodziła się głównie od kawałków dodatku. Przejmowała kontrolę i coraz bardziej łagodziła czekoladę samą w sobie. Trafiło się parę takich fragmentów, że myślałam, że zaniecham dalszego jedzenia. Na szczęście było też sporo miejsc pozbawionych dodatku - dla tonowania. Baza sama, jedzona po gryzie z chili, nie traciła smaku.

Robiła się jednak coraz bardziej orzechowo-ciastowa, potem maślana. Aż w końcu zaczęła oddawać motyw z zapachu, a więc tłuszczową polewę z lodów na patyku, z mdławym posmakiem zamrażarki. Koloru... raczej jasnego, więc postawiłabym na polewę karmelową / toffi itd. Myśl o lodach aż... zawalczyła o soczystość? Lekko cytrusową? Jakby w lodach czy cieście zaplątał się jakiś cytrusowy wątek. A chili piekło w gardle, szczypało w język.

Po zjedzeniu został posmak papryki chili, po niektórych kęsach dziwnie goryczowata ostrość, podsycona cierpkością kakao. Znów także "jesienna cierpkość", ciepło i kawo-herbaty. Leciutko podrasowane ziemią, a także sowicie dosłodzone.
Chili czułam w gardle i na ustach, a ogólnie też wysoką tłustość.

Smakowo baza przypominała Luximo Premium 74 % Sao Tome w odwróconych proporcjach. W Miiau o wiele mniej cytrusów i suszonych pomarańczy, a więcej kawy i "powiedzmy korzenności". Korzenny karmel, cytrusy i śmietanka łączy ją z Beskid Bean-to-Bar Chocolate Sao Tome 70 %, jednak... W Miiau chili zamiast wszystko to podkreślać / podsycać... odciągało uwagę. Chwilami tak wypalało gardło i język, że aż trudno jeść części, gdzie posypki dano więcej. Przez większość tabliczki jednak było odpowiednio ostro. Były też fragmenty bez - równoważące.
I choć najpierw wystawiłam 7, trafiwszy na drugą z inną ilością dodatku, zwątpiłam, bo przez jego ilość była niezjadliwa.

Mam mieszane uczucia co do tej tabliczki. Z jednej strony to całkiem dobra czekolada i chwilami dobrze zrobiony dodatek. Chwilami jednak to dodatek okropnie ostry. Posypkę dodano nierównomiernie, a w dodatku kawałek chili kawałkowi nierówny, przez co czasem nie wiadomo, co zafunduje kolejny kęs. Rozmaitość tego typu plus jednak parę wyczuwalnych nut (mniej lub bardziej - to zależy od chili) - to dla jednych będzie ogromny plus, dla innych pewnie element ostrzegawczy, by czekolady za nic nie kupić. Ja chwilami miałam jej dość, ale zjadłszy całą uznałam, że w sumie była to całkiem przyjemna degustacja. Tylko kilka kęsów zafundowało mi piekło w gardle.
Żałowałam bardzo, że miałam drugą tabliczkę. Uznałam, że kiedyś tam ją zjem, gdy się jednak za nią zabrałam... okazało się, że chili było dużo i tak je rozmieszczono, że trudno o przyjemność jakąkolwiek i po dwóch kostkach z piekłem w gardle zawinęłam resztę jednak dla ojca.
Mimo ogólnie tłusto-słodkiego charakteru wcale nie była taka realnie mocno tłusta czy przesłodzona. Nuty toffi-polewy czy ciastowo-cappuccinowe to niezbyt moje nuty, ale ziemia, kawa i zioła nastawiły mnie nieco przychylniej. Raczej gorzkawa niż gorzka, ale poważna, a to wystarczyło, by odróżniła się od przesłodzonych ulepków np. Lindt Excellence Chili czy Moser Roth Dark Chili. Sama jednak zdecydowanie wolę bardziej wyważonego Lindta czy Grossa. Nie lubię bowiem posypek (a już posypek tyle niespodzianek fundujących w ogóle), a wtopione płatki Grossa jakoś bardziej się kamuflują. I nie podoba mi się, że w kwestii dodatku tabliczka tabliczce nierówna - zwłaszcza, kiedy robi się czekoladę bez okienka (bo nie ma możliwości podejrzenia - w końcu jeden może chcieć więcej, drugi mniej).


ocena: 6-7/10 (ocena uwarunkowana ilością chili - 6 to raczej ocena całości też jakościowo i obiektywniej, a 7 ocena bardziej subiektywna dot. tabliczki z mniejszą ilością chili, którą zjadłam)
kupiłam: Auchan
cena: 19,49 zł (za 90 g)
kaloryczność: 509 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy), papryka chili 0,9%