Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Wybrzeże Kości Słoniowej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Wybrzeże Kości Słoniowej. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 czerwca 2026

Ferrero Rocher 70 % Cocoa Hazelnut ciemna z nadzieniem kakaowo-orzechowym z kawałkami orzechów

Przy Ferrero Rocher The Golden Experience Dark 55% Hazelnut, a także przy Lindt Lindt Creation Hazelnut de Luxe Dark 2019 (która w 2021 uległa zmianom na gorsze Lindt Creation Hazelnut de Luxe Dark 2021) swego czasu uwielbianej przeze mnie z małym ale" (za słodko!) myślałam sobie, że to wielka szkoda, że ich twórcy nie pokusili się na zrobienie czekolad o wyższej zawartości kakao. Gdy do sklepów trafiła dziś prezentowana, poczułam zarówno radość, jak i żal. Radość, że wreszcie nastąpiło spełnienie marzeń sprzed lat, a żal, że szkoda, że trochę nie w porę. Że nie wtedy, a teraz, kiedy to w zasadzie przeszły mi nadziewane czekolady i jakoś dla takich rzeczy znalazłam sobie alternatywę. A jednak i tak czekoladę postanowiłam zdobyć.

Ferrero Rocher 70% Cocoa Hazelnut to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao głównie Wybrzeża Kości Słoniowej i Ghany nadziewana kremem orzechowo-kakaowym (37%) i kawałkami orzechów laskowych.

Po otwarciu uderzył zapach wysokiej i dosadnej słodyczy o ciężkim charakterze, należącym do waniliny, aromatu waniliowego i cukru, a zarazem wyraźna cierpkość. Ta przybrała wydźwięk likieru kakaowego zrobionego na bazie kakao w proszku z lekką, duszno alkoholową naleciałością. Za tym wszystkim zaznaczyła się orzechowa nuta, ale przez sztucznawą i dosadną słodycz i ona miała w sobie coś ze sztuczności. Skojarzenie z Ferrero Rocher nie przybyło, już może bardziej z Rondnoir.

Tabliczka połączyła delikatność z masywnością. Choć w dotyku czuć tłustość, była twarda. Do tego dość krucha i łamiąca się trochę tak, jak jej się podobało, niekoniecznie po liniach. Zdarzyło się jej rozwalać, to znaczy np. wierzch czekolady odpadał od nadzienia zwłaszcza przy odgryzaniu kawałka. Była więc delikatna. Trzasku nie uświadczyłam, mimo że warstwa czekolady był gruba. Jedynie lekko pykała.
Nadziano ją sowicie, po całości, nie zaś każdą kostkę osobno. W wypukłościach kostek znajdowało się jeszcze więcej kremu i kawałków orzechów, czasem cała ich zbitka (choć nie wydaje mi się, by taka była zasada, że "wypukłość = kumulacja kawałków orzechów"). Ogólnie krem urozmaicało mnóstwo małych i średnich kawałków orzechów.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko. Była tłusta i mazista. Miała nieco śliskawo-polewowe zapędy. Okazała się średnio gęsta, dość kremowa i znacząco pylista. Na koniec łatwo rzedła. Po pewnym czasie ochoczo mieszała się z tłustym wnętrzem.
Krem szybko dał się poznać jako miękki i zaklejający. Połączył maślaność z oleistością. Dość długo starał się zachować zwartość, lecz duża ilość różnej wielkości kawałków laskowców trochę go rozrzedzała.
W kremie znalazło się sporo różnej wielkości kawałków orzechów. Chwilami kęs przybierał postać nutellowato miękko-tłustego zlepka orzechów. Wydawało się to aż trochę otłuszczać usta.
Z czasem jednak krem znikał, zostawało jeszcze trochę czekolady, a w końcu zniknęła i ona, zostawiając same orzechy.
Kawałki orzechów gryzłam gdy wszystko inne się już rozpuściło. W większości były średnio chrupiące, kilka trafiło się bardziej miękkawych. A gdy raz czy drugi pogryzłam je z ciekawości wcześniej, struktura była taka sama.

W smaku czekolada przywitała mnie silną słodyczą zestawioną z cierpkością, która prawie dotrzymywała jej kroku. Cierpkość aż zaskoczyła mnie dosadnością.

Słodycz przedstawiła się jako mieszanka waniliny, próbującej udawać wanilię, ale która do prawdziwej wanilii się nie zbliżyła, jedynie do aromatu. Cukier też się pokazał, z kolei dodając motyw cukru wanilinowego. Ogólnie słodycz czekolady stanęła na średnim poziomie.

W tym samym momencie cierpkość rozkręcała się. Wyszła silna, trochę palona i jednoznacznie kojarząca się z kakao w proszku o narastającym, tanim kwasku. Była jakby... niezgrabna. Gorzkość zbliżyła się do słodyczy, po czym zwolniła, jako że spod czekolady wyłaniało się nadzienie.

Orzechy laskowe z nadzienia odezwały się po jakimś czasie, bez pośpiechu. Podchwyciwszy sztuczny wydźwięk słodyczy, i one przywołały raczej aromat orzechowy. Krem podczepiał się pod motyw kakaowy, kierując go w łagodniejszą stronę. Kakaową cierpkość obudował maślano-margarynowym wątkiem. Był słodki, ale w nienachalny, a spokojny, bardziej zwyczajnie cukrowy sposób. Krem połączył słodycz i cierpkość w jedno. Jawił się jako bardzo kakałkowy, jak tanie gorące kakao i pralinki kakaowe, raczej Rondnoir. Złagodził czekoladę, podtrzymując jej kakaowość, nadał jej harmonii, a jednak i tchnął w kompozycję lekką nutkę orzechów laskowych. Na pewno jednak nie wiodącą.

Gdy spróbowałam trochę kremu osobno, był głównie słodko-kakałkowy, trochę tanio margarynowy. On też zalatywał waniliną, ale nie tak mocno jak czekolada. W kremie podporządkowała się cukrowi. Nieśmiało pobrzmiewał orzechami, ale raczej w sposób, jak smakowałoby tanie kakao "o smaku orzechowym". Trudno powiedzieć, czy cały ich smak wziął się od kawałków i przesiąknięcia, czy i krem miał sam w sobie być lekko orzechowy.

Czekolada spróbowana osobno wydawała się bardzo kontrastowa: i bardzo tanio wanilinowo słodka, i cierpka w kakaowy sposób. Nie wydaje się, by przesiąkła jakoś szczególnie nadzieniem. Utwierdziłam się jednak, że to ono ją łagodziło.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wraz z tym, jak orzechy porządnie zaczęły zaznaczać się na języku, orzechowa nuta nieco przybrała na sile. Niegryzione orzechy laskowe już było w miarę nieźle czuć, a dodatkowo nieco osłabiły słodycz, gorzkość zaś przestała wydawać się taka tania. Chyba nawet podkreśliły w niej gorzko palono-prażony akcent.

Kiedy z ciekawości pogryzłam orzechy obok czekolady, wydały mi się trochę nijaki, przygłuszone aromatem waniliowym, waniliną i tandetną cierpkością. Wolałam więc zostawiać je na koniec.

Z czasem nadzienie znikało szybciej, po nim czekolada wydawała się jeszcze bardziej niezgrabnie, chamsko gorzko-kwaśna jak najtańsze odtłuszczone kakao. Sztuczność słodyczy jednak trochę ogólnie osłabła. Ta trzymała się średniego poziomu, lecz o ciężkości nie zapomniała.

Gryzione na koniec orzechy laskowe okazały się o wiele bardziej wyraziste. Były mocno prażone, raczej słodkawe, jednak i przeprażona goryczka potrafiła się wśród nich zaplątać.

Po zjedzeniu został posmak waniliny, sztucznej wanilii i metalicznych, sztucznych orzechów laskowych, mieszających się z prażonymi i niewątpliwie naturalnymi orzechami. Wtórowała im cierpkość odtłuszczonego kakao. Czułam też tłuste, oleiście-margarynowe wykończenie, zarówno smakowe, jak i czysto fizyczne, osiadłe na ustach.

Czekolada rozczarowała mnie. Ferrero Rocher The Golden Experience Dark 55% Hazelnut była autentycznie smaczna, mimo że przesłodzona. Producent dodał jej trochę % kakao, jednak nie przełożyło się to na szlachetniejszy, poważniejszy smak. Miałam wrażenie, jakby do czekolady po prostu dosypano sporo taniego, tandetnego kakao w proszku. Przy nim kontrastowo zaznaczyła się sztuczna słodycz, tu - przy tej cierpkości - jakoś jeszcze bardziej nieporadna, a wanilinowość jeszcze bardziej dawała się we znaki i w smaku, i zapachu. A może... producent uznał, że jakoś trzeba tyle kakao osłodzić i dodał więcej waniliny? Szkoda, że zdecydował się dodać jeszcze mniej orzechów laskowych...
Po zjedzeniu większej ilości czekolada trochę przytłaczała, prawie mdliła. Pierwszego dnia spróbowałam 2 kostki, potem próbowałam dojeść resztę i ostatnie 4 kostki mnie zmęczyły i powędrowały do Mamy. Ta czekolada była bowiem dość... przytykająca i męcząca.

Wciąż jednak jawi się to jako słodycz lepsza od realnych Ferrero Rocher (recenzja z 2020)... Z tym, że... wcale tak mocno się z nimi ta wersja nie kojarzyła. Bardziej z Rondnoir, do których wpadły kawałki orzechów.
Podwójnie mnie ta czekolada zasmuciła. Że niesatysfakcjonująco smakowała to jedno, ale dwa... Naprawdę tkwił w niej potencjał. Gdyby nie ta nieprzyjemna wanilinowość, mogłaby być z tego całkiem przyjemna, kakaowa kompozycja z orzechami. Może nie szlachetna i głęboka, może nie jak Ferrero Rocher w tabliczce, ale smaczna. Wanilina podyktowała sztucznie-dosadny wydźwięk i ogół na tym ucierpiał. Fakt, że jak na mocno kakaową tabliczkę z nadzieniem orzechowym wciąż zasługuje na ocenę powyżej przeciętnej, ale mogło być lepiej.


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam
cena: jak wyżej (ale sprawdziłam: w Lidlu kosztowała 9,99 zł za 90g)
kaloryczność: 608 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, olej palmowy, orzechy laskowe 10%, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 3,5%, tłuszcz kakaowy, serwatka w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyna sojowa, wanilina

czwartek, 3 lipca 2025

Birkengold Edelbitter ciemna 85 % z Ekwadoru lub Wybrzeża Kości Słoniowej

Zamawiając tę czekoladę pomyślałam, że może być dobra, bo cena i skromne opakowanie sugerowały... właśnie dobrą czekoladę. Marka była mi zupełnie obca. Krótko przed degustacją trochę "internetów" przejrzałam i dowiedziałam się, że zajmuje się bio, zdrowymi słodkościami. Czekolada nie wydawała się ich przewodnim produktem. Gdy wyjęłam tabliczkę do zdjęć, doznałam szoku. Jak mogłam nie zwrócić uwagę na wielki napis "ohne Zucker" i samą nazwę "Birkengold"?! Przerażona zerknęłam na skład... No przecież! To czekolada bez cukru, a ze słodzikiem z brzozy... Od razu negatywnie się nakręciłam. Chyba musiałam podczas zakupów mieć jakieś umysłowe zaćmienie... Producent z kolei miał chyba zaćmienie przy kupowaniu kakao albo przynajmniej przy tworzeniu opisu - śmiech przez łzy przy określeniu, skąd pochodzi kakao, z którego tę czekoladę zrobiono. LUB - nie ma to jak precyzja! Może chodziło o "i"? I wtedy byłby po prostu blend?

Birkengold Edelbitter to ciemna czekolada o zawartości 85% kakao "z Ekwadoru lub Wybrzeża Kości Słoniowej", słodzona ksylitolem (bez cukru).

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach słodko-dusznawych wiśni w wydaniu wina wiśniowego lub nawet nieprzesłodzonego, ale słodkiego wyraźnie, likieru. Do głowy przyszły mi też anyżówka w wydaniu słodszym niż normalnie i mięta zielona. Wszystko to łączył pewien chłód, splatający się ze świeżością drzew. Iglastych i liściastych, mokrych od deszczu. Obok tego znalazła się nuta prażona - dość silna, ale raczej daleka, jakby odcinająca się od wcześniej wymienionych.

Tabliczka nie była tak twarda, jak na to wyglądała, ale masywności jej nie brak. Trzaskała średnio głośno w nieco chrupko-głuchy sposób.
W ustach sprawiała wrażenie już twardszej, wciąż masywnej. Rozpływała się w tempie umiarkowanym, początkowo niezbyt chętnie i długo zachowując kształt. Była zbita, lecz nie wydawała się gęsta, a wręcz wodnista. Wodniście-oleista, biorąc pod uwagę narastającą tłustość. Wyszła maziście i gładko, choć końcowo z pyłkową sugestią. Zostawiała wrażenie suchości w ustach.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz. Wydała mi się trochę, ale niezupełnie cukrowa, jakaś niedookreślona, dosadna i "czysta". Chłodna. Przyszedł mi do głowy cukier miętowy, a potem i sama zielona mięta. Ksylitol czuć ze względu na specyficzne ochłodzenia, ale starał się udawać konwencjonalną cukrowość. Tak też sięgnął poziomu średnio-wysokiego.

Jego chłód wprowadził rześkość drzew - zarówno iglastych, jak i liściastych, choć z przewagą tych pierwszych. Podkreślił je kwasek. Delikatny, niesprecyzowany, ale niewątpliwie obecny. Pomyślałam o młodym lesie podczas deszczu.

Rześkość podszepnęła kwaskowi orientalny splot mięty z trawą cytrusową oraz... cukier cytrynowy? Akcenty te jednak tylko pobrzmiewały.

Prażenie zaznaczyło się, ale nie spieszyło z rozwojem. Gorzkość wchodziła tuż po nim, jednak i ona była nie za wysoka i leniwa. Trzymała się poziomu nisko-średniego, w dodatku pilnowana przez ambitniejsze masło. Ono jakoś lepiej się tu odnalazło, a mi do głowy przyszło masło konkretniej chłodne... Z czasem mieszające się z kremem 100% z fistaszków, choć niestety jakoś wyjątkowo oleistym.

Gorzkość prażona i motywu drzewnego przez pewien czas starały się niby trochę wykazać, ale jakoś... przegrywały z chłodną słodyczą i maślanością (w tej kolejności). Silnej gorzkości nie uświadczyłam ani przez chwilę.

Wysoka słodycz mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, wciąż raczej tylko sporadycznie zdradzając się ze swoim słodzikowym pochodzeniem (nie była jawnie słodzikowa), trafiła na odrobinkę przebijającego się kwasku i już wyraźnie podyktowała mu owoce.

Pomyślałam o musie dla dzieci: owocowym, ale na bazie jabłek. Niby w jakimś wariancie, ale z tych, co to niezależnie od wariantu smakują podobnie. Wariancie... teoretycznie z czerwonymi owocami?

Pojawiła się do tego wizja schłodzonego, słodkiego wina czerwonego, ale zwietrzałego z alkoholu. Dołączyły do tego wiśnie w likierze w mdławej, nawet nie gorzkiej, polewie kakaowej i przesłodzone wisienki koktajlowe o głównie dekoracyjnym zadaniu. O leciuteńkim kwasku przypomniał im tylko subtelny, cytrynowy akcent, który zaplątał się pośród nich.

Końcowo słodycz, mimo prażonej gorzkości i drzewom, wydawała mi się wręcz chłodno-przenikliwa. Do głowy przyszła mi anyżówka, ale bez alkoholu (abstrakcyjne wyobrażenie).

Po zjedzeniu został posmak miętowo-słodzikowy, mieszający się ze specyficznym, chłodem; wręcz chłodną ostrością. Do tego zaznaczyło się prażenie jako kakaowa cierpkość, trochę drzew i echo przygaszonych słodyczą, ale jednak kwaskawych, wiśni.

Czekolada mi nie odpowiadała w dużej mierze ze względu na słodzik, jednak jako że to ja się władowałam w taki zakup, nie mogę jej winić. Przynajmniej nie całkiem. Wydaje mi się, że miała za łagodne nuty, by sobie z przenikliwie chłodnym, chwilami udającym cukier miętowy ksylitolem, poradzić. Prażenie i odrobinka drzew zostały złagodzone maślanością i oleistością. Owoce - skąpa cytryna, jabłka i wiśnie - wydawały się jakieś takie ugodowe. A ksylitol szedł a to w miętowym, a to w deszczowym, a to w anyżówkowym kierunku. Mimo że kakao to 85%, to on jakoś się tu rządził (nie zgadłabym zawartości - obstawiałabym niższą). W strukturze też - odebrał czekoladzie gęstość, a wprowadził wodnistość, która mieszała się z jej oleistością nieprzyjemnie.
A jednak... jak na czekoladę ze słodzikiem, nie było tak źle.


ocena: 7/10
kupiłam: Piccantino
cena: 13,99 zł
kaloryczność: 574 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, słodzik: ksylitol, tłuszcz kakaowy, rmulgator: lecytyna słonecznikowa

niedziela, 30 czerwca 2024

Sobieraj Chocolate Czekolada Deserowa ciemna 60 % z Wybrzeża Kości Słoniowej

Smutne, że po dwóch małych czekoladkach, które wpadły mi dodatkowo do czekolad, o które poprosiłam w ramach współpracy z producentem Sobieraj, w zasadzie miałam już dość. Zrobiłam przerwę, by jakoś uszły złe wspomnienia i postanowiłam przysiąść do jednej z dwóch otrzymanych tabliczek z czystą głową. Nie było to jednak łatwe - a szkoda, bo marka nie wygląda tak źle na pierwszy rzut oka.

Sobieraj Chocolate Czekolada Deserowa to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej, słodzona słodzikiem ksylitolem fińskim (bez cukru).

Po otwarciu poczułam wyrazisty, gorzki zapach dymu na równi zmieszany ze słodką, chłodną miętą. Wyobraziłam sobie jej świeże, zielone listki, a także chyba trochę innych roślin, ziół w porannej, chłodnej scenerii. Czułam też sporo maślaności, sugerującej raczej jasny biszkopt. "Raczej", bo i nutka kawy się przy nim zaznaczyła. Nie jednak samej kawy, a czegoś kawowego. To jednak chyba nie biszkopt był kawowy... A jakiś jogurt lub serek?
Tabliczka wyglądała na polewową, a w dłoniach zaskoczyła ciężarem. Przy łamaniu trzaskała średnio głośno, ale dosadnie, jakby była wyjątkowo gęsta, wręcz skondensowana.
W ustach mimo że najpierw czekolada jakby chwilę się wahała, ogólnie rozpływała się łatwo, w tempie umiarkowanie-wolnym. Acz w zasadzie jakby tylko z wierzchu. Niemal do końca zachowywała kształt i pewną twardawość. Nie była jednak oporna. Szybko dała się poznać jako wodnista i szorstka, ziarnista, a bliżej końca ziarnistość zmieniła się w pylistość. Choć zbita i syta, nie była czekoladowo gęsta.

W smaku pierwsza przywitała mnie średnia, ale jakby odosobniona słodycz o niesprecyzowanym charakterze. Zaraz dołączyła do niej roślinna świeżość, rześkość. Wyobraziłam sobie chłodny poranek i zielone listki pokryte rosą. Listki mięty!

Słodycz podłapała miętowy klimat, dzięki czemu ta wyszła na pierwszy plan. Wydała mi się chłodząca i coraz odważniej słodka. W tle przewinęło się trochę kwiatów.

Z lekkim opóźnieniem odezwała się też gorzkość. Od razu startowała z w miarę wysokiego poziomu. Zaserwowała dym, cały czas spokojnie rosnąc. Zajęła pierwszy plan, a słodycz nieco przed nią pierzchła. 

Poczułam paloną nutę, a także przebłysk jakiś... kawowych słodkości? I gorzkawe orzechy... Włoskie? Zaraz mieszały się jednak z łagodniejszymi - laskowymi. Te zaś ułożyły się w krem orzechowo-kakaowy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do głowy przyszły mi miętowo-orzechowe czekoladki w ciemnej polewie. Mimo miętowej słodyczy, w której zdradziło się już ewidentnie słodzikowe pochodzenie, doszukałam się akcentu konwencjonalnie cukrowej słodyczy. Ta ogólnie wzrosła i otarła się o przesadę. Słodycz zrobiła się wręcz ostra. Mrożąca? Mięta na pewien czas się schowała, pozwalając działać słodzikowi i jakby cukrowi.

Orzechowe, w porywach tylko miętowe słodkości mieszały się z kawowymi, które jeszcze kontynuowały gorzkość, ale też traciły na znaczeniu.

Gorzkość zatonęła w chłodnej, słodzikowej słodyczy, która do ogółu dodała trochę wodnistości, rozrzedzając smak i spłycając go, a także tchnęła maślaność. Ta nagle się pokazała i szybko wzrosła. Przy tych łagodniejszych wątkach, mięta zdecydowała się na powrót.

Do głowy przyszedł mi bardzo maślany biszkopt. Jasny, lekko wypieczony, ale z kawowym echem. To jednak znowu nie była kawa, a słodki, kawowy nabiał, np. jogurt lub serek? Wyjęty prosto z lodówki, a więc chłodny, o spłyconym smaku.

Końcowo mięta na słodzikowo-cukrowej, chłodnej fali znów weszła na pierwszy plan, zostawiając goryczkę w oddali. Ziołowość nie miała siły przebicia, ale gdzieś się kryła. Raz po raz na język wtrącała jakby mrożącą pikanterię. Mieszała się z cierpkawą, ciemną niby czekoladową polewą, która przewinęła się wśród motywu słodkości.

Po zjedzeniu został posmak jakby miętowego, białego cukru oraz dymu. Ten był gorzki, cierpkawy, ale mocno złagodzony maślanym biszkoptem i akcentem cierpkawej polewy kakaowej. Na języku zaznaczyło się dziwne, cierpkie szczypanie - jakby przemrożenie, pikanteria.

Całość choć zaskoczyła przyjemnie wysoką, znaczącą gorzkością, to i tak nie wyszła dobrze. Mimo dymu i miętowej nuty, była denerwująco słodzikowa. Słodzik w smaku nie tylko mocno to osłodził, ale dodał też chłodno-wodnistego elementu, który spłycał kompozycję. Bardzo dużo tu słodyczy o takim... dotkliwym charakterze. Jasny biszkopt i słodkości kawowe, orzechowo-miętowe nie były złe, ale sprawiły, że całość wyszła słodko-łagodna, a gorzkość się w nich za bardzo zatracała. Nie podobała mi się dziwna, mrożąca pikanteria. Na plus jednak, że smakowo, choć dosadnie słodka, wydawała się mieć więcej niż 60%.
Strukturę uważam za to za jednoznacznie okropną. Wodniście-ziarnista, potem pylista i cały czas z wodnistym elementem za nic mi nie odpowiadała. Była bardzo nieczekoladowa.
Uwierzę jednak, że dla osób przyzwyczajonych do słodzików, nie wyda się tak zła. Rozumiem w końcu, że niektórzy zwyczajnie cukru jeść nie mogą. 
Mimo szczerych chęci, bo wiedziałam, że Mamie za nic nie podejdzie, nie zmogłam całej. To mrożące gryzienie, struktura i słodzikowość za bardzo mnie zmęczyły, że już 30 g nie zjadłam.

Resztę oddałam Mamie, ale i ona nie zmogła. Podsumowała: "Okropna ta czekolada, nie da się w niej niczego dobrego znaleźć. Dziwnie gorzka nie jak czekolada, a jakieś lekarstwo okropne, struktura też beznadziejna. Jakbym nie mogła jeść cukru i miała taką czekoladę jeść albo nic, to już wolałabym głodna siedzieć". Resztę oddałyśmy ojcu.


ocena: 3/10
kupiłam: dostałam od sobierajchocolate.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 23 zł za tabliczkę 70g
kaloryczność: nie znam
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa min. 60%, tłuszcz kakaowy, ksylitol

piątek, 15 września 2023

Jasiowa Piwniczka Czekolada Gorzka Naturalna 70,4 % ciemna z Wybrzeża Kości Słoniowej

Jakiś czas po spróbowaniu Krówki Miodowej Miętowej Jasiowej Piwniczki, starałam się jakoś szczególnie podlinkowanego tworu nie wspominać, a do czekolady podejść na luzie i z czystym umysłem. Wszak to dwie kompletnie różne rzeczy.
Choć na opakowaniu nie ma tej informacji, ukrywana nie jest. Gdy tylko zapytałam, odpowiedziano mi, skąd pochodzi kakao, z którego Jasiowa Piwniczka robi czekolady. Jak wszystkie swoje słodkości (czyli produkty z linii Słodki Jaś), robią je ręcznie. 

Jasiowa Piwniczka Czekolada Gorzka Naturalna 70,4% to ciemna czekolada o zawartości 70,4 % kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej. 

Po otwarciu poczułam wyraźny, gorzki zapach palonej kawy i soczystej, słodko-kwaśnej żurawiny suszonej (z tych dosłodzonych cukrem). Wysoka słodycz niby była cukrowa, ale trochę w karmelowym kontekście, a do tego uszlachetniona wanilią. W tle, w kwasku, odnotowałam też śliwkę. Gorzkość kawy należała do kawy mocnej, ale pitej w kawiarni, gdzie czuć także różne latte z owocowymi sosami, orzechami i tak dalej - coś tam dolatuje. Dokładniej wątek takich mlecznych tradycyjnie, ale też z "mlekami" napojami wege, czyli orzechowymi.

Czekolada w dotyku wydała mi się lekko pylista i na pewno masywna, twarda. Przy łamaniu się to potwierdziło, a choć twardość wydawała się przyjemnie pełna, masywna, nie była bardzo wysoka, a średnia. Średnio głośne były także trzaski. 
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, trochę tłusto. Cechowała ją kremowość i maślaność, ale nie ciężkość. Zmieniała się jakby w gęsty sos, z wyczuwalną soczystością. Była średnio gęsta, w zasadzie jedynie gęstawa, a końcowo pylista. 

W smaku w pierwszej sekundzie rozbłysła słodycz i kwasek cytryny, przekładając się na powstanie w mojej głowie obrazu plastra cytryny posypanego cukrem. Zaraz się jednak to jakoś rozłączyło... Przynajmniej częściowo.

Słodycz odeszła na tyły, nie tracąc wyrazistości. Mimo że rosła, wydawała się jakby ostrożna, podporządkowana reszcie smakowego bukietu.

Kwasek cytryny z kolei nieco zelżał i zaprosił żurawinę. Suszoną, lekko dosłodzoną, ale wciąż przyjemnie soczystą.

Po chwili po ustach rozeszła się gorzkość. Była palona dość mocno (ale nie przesadnie), otoczona dymem. On jeszcze ją umacniał, acz zaraz nieco opadł. Odsłonił tym samym czarną kawę. Mocną, zaparzoną na odważnie palonych ziarnach. Kawa... pojawiła się też łagodniejsza, mleczna. To jednak znów wrażenie, jakby jedynie dolatywała - np. podczas raczenia się czarną kawą w kawiarni, wdychać aromat rozmaitych latte z sąsiednich stolików.

Wychwyciłam mleczne i maślane akcenty, też coś leciuteńko orzechowego, jakby np. napoje orzechowe, migdałowe - wegańskie zamienniki mleka. Choć to kawa czarna dominowała, czuć też właśnie jakby takie inne, smakowe kawy.

W tym z sosami, posłodzone. W połowie rozpływania się kęsa słodycz połączyła się z dymem, podchwyciła palony klimat. Wyszła lekko karmelowo, palono-pieczono... I do głowy przyszło mi orzechowe ciasto. Oczywiście podane do kawy.

Wyłoniły się delikatne, blanszowane migdały oraz trochę orzechów włoskich, które dbały o gorzkość. Niewysoką jednak, bo i one musiały być młode, łagodne. Orzechową strefę cechowała słodycz naturalna. Ogółem rosła znacząco, ale nie była napastliwa.

Owocowe akcenty na pewien czas się ukryły, jednak i one odezwały się mocniej bliżej końca. Wcześniej były jedynie sosami smakowymi do latte, w tym momencie pozwoliły sobie na więcej. Pomyślałam o suszonej żurawinie i sosie żurawinowym, a więc owocach ewidentnie dosłodzonych. Kwaśność subtelnie podszepnęła jeszcze chyba wiśnie, a zaraz też słodkie śliwki. Tych było już wyraźnie więcej. Soczyste, świeże i dojrzałe w punkt. Odrobina cytryny jeszcze spróbowała je podkreślić, ale nagle kwaśność się wycofała w dużej mierze.

Słodycz zrobiła się prawie ciężka, czuć niestety biały cukier. Trochę zadrapała w gardle i zmierzała ku przesadzie. Pozwoliła sobie na to, bo kompozycja stała się bardziej maślana. Głównie konwencjonalnie, a trochę to nuta blanszowanych migdałów tak wyszła... Niemniej jednak nastąpiło złagodzenie. Co prawda pod koniec pojawiła się też wyrazistsza wanilia, która ratowała nieco sytuację, wygładzając cukrową słodycz.

Po zjedzeniu został posmak kawy i dymu... nie do końca jednak czystego i mocnego dymu, a takiej nuty "dymno" palono-pieczonej. I pieczonego ciasta z orzechami, posłodzonego sowicie cukrem i wanilią. Czułam też lekką, soczystą kwaśność śliwek i żurawiny.

Całość zaskoczyła mnie pozytywnie (po krówce trochę się obawiałam). To smaczna czekolada, mimo że nie jakoś szczególnie wyróżniająca się. Palona wyraźnie, ale nie za mocno miała przyjemne nuty kawy - czarnej i smakowych latte, migdałów blanszowanych oraz mlek roślinnych orzechowych. Soczysta kwaśność żurawiny i cytryny nie narzucała się, ale zacnie się zgrała, a słodycz była tylko trochę za silna. Dobrze, że nie czysto cukrowa, a trochę poprawiona palonością i wanilią. Szkoda jednak, że nie użyli cukru trzcinowego.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od jasiowapiwniczka.pl
cena: 15,90 zł (za 85g; ja dostałam)
kaloryczność: 559 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, lecytyna sojowa, wanilia Bourbon

środa, 31 maja 2023

Auchan noir Saveur Poire & Amandes ciemna 64 % z kawałkami gruszkowymi i karmelizowanymi migdałami

Lubię gruszki - w zasadzie tylko deserowe, które odkryłam dopiero w 2022 roku - ale mogę bez nich żyć, jak i bez gruszkowych produktów. Nie robią na mnie wrażenia, lecz w przeszłości gdy zobaczyłam czekoladę gruszkową, ciekawiła. Żadna z jedzonych czystych z dodatkiem nie była jakaś szczególna. Na wyróżnienie zasługuje jedynie nadziewany Zotter Pear Cardamon. A jednak, wbrew jakiejkolwiek logice, pod koniec lata 2022, widząc tę w Auchan, włożyłam do wózka. I tak płacił ojciec, a ja pomyślałam, że "może na uczelni się zje". Stało się jednak tak, że w zimowym semestrze nie miałam dni na uczelni takich, by zabierać czekoladę i przyszło mi wreszcie, niezbyt chętnie, za tabliczkę zabrać się w warunkach domowych. Nie miała więc lekkiego startu.

Auchan noir Saveur Poire & Amandes to ciemna czekolada o zawartości 64 % kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej z kawałkami gruszkowymi (10%) i karmelizowanych migdałów (6%), marki własnej Auchan.

Po otwarciu uderzył zapach gruszkowy i naturalnych, lekko prażonych migdałów. Gruszki dominowały, wraz z migdałami niemal zupełnie zagłuszając czekoladę. Kojarzyły się z likierem gruszkowym i galaretkami gruszkowymi (niech nawet im będzie, że w ciemnej czekoladzie) - z wyczuwalnym aromatem, ale jeszcze i z naturalnym wątkiem. Mieszały się z bardzo wysoką, cukrową słodyczą. Lekka palona gorzkawość czekolady była dopiero w tle.

Tabliczka w dotyku była złudnie tłusta, trochę ulepkowata, a w ogólnym kontakcie twarda i krucha. Trzaskała głośno, a dodatki wraz z nią.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym. Miękła w gęsto-mazisty sposób, racząc mnie średnią, maślaną tłustością. Tę przełamała pylistość i wyłaniające się z czekoladowej mazi kawałki.
Dodano ich mnóstwo, różnej wielkości; w moim odczuciu aż przesadzono. Po paru chwilach w ustach kęs zmieniał się w rzadkawo-gibki, najeżony zlepek, nieprzypominający czekolady. 
"Gruszki" były się drobniutkimi, przezroczysto-białymi cząstko-kawałkami. Kawałkami nie owoców.
Początkowo suche i jakby kandyzowane kawałki czegoś, w trakcie jedzenia okazały się mięknącymi i rzężącymi, kuleczkowymi jakby suchymi galaretkami (ale nie zupełnie). Czuć w nich mocne scukrzenie, "gruszkową kuleczkowość"... i właśnie jakby kandyzowanie. Były trochę lepkawe, ale szybko znikające po starciu z zębami.
Migdały z kolei były średnio twarde i średnio chrupiące, a częściowo pokryte twardszą i bardziej chrupiącą skorupką z cukru. Gdy turlały się po ustach, dzwoniły tym po zębach. Zlep dodatków jawił się nieprzyjemnie, że aż w sumie nie wiadomo, co z nim w ustach robić. Bardzo mi się taka forma nie podobała.
Jako jednak że dodatki zostawiałam, aż czekolada się rozpłynęła, także ta warstwa w większości zdążyła się rozpuścić.

W smaku od początku uderzała wysoka, cukrowa słodycz. Miała nieco likierowy charakter, w którym gruszka zaraz zdradziła swoją obecność. Tchnęła lekką soczystość.

Szybko zaznaczyła się też palona gorzkość, przywodząca na myśl dym i marcepan, także z nieco likierowym akcentem. Niestety jednak wydawało mi się, jakby była nieco rozmyta od środka. Lekko wodnista? Przemknęła myśl o nazbyt wodnistej, delikatnej kawie.

Po chwili gruszki zagrały już bardzo wyraźnie. Poczułam sok gruszkowy i leciuteńki dosłownie kwaseczek. Do głowy przyszły mi dość naturalne galaretki gruszkowe, podkręcone likierem. Cukrowo słodkie, z aromatu, a jednak też lekko soczyste. W czekoladzie podkreśliły cierpkość, jednak podniosły też ogólną słodycz. Wpisały się w likierowy wydźwięk.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czekolada złagodniała w maślanym sensie. Pomyślałam o bardzo rozmytym marcepanie, podprażonych migdałach i orzechach. Pozwoliły szaleć gruszkom i likierowo-cukrowej słodyczy. Ta zaczęła drapać w gardle i ogólnie męczyć, irytować. W pewnym momencie pomyślałam o cukrze pudrze i białym cukrze po prostu. Od gruszek rozchodziła się przeogromna słodycz, ale też lekki kwasek.

Wyłaniające się kawałki podkreślały cukrowość. "Karmelizowane" migdały okazały się zaskakująco zadowalająco wyrazistymi kawałkami, z których rozpuszczała się cukrowa warstwa, niespecjalnie palona.
Gruszkowe kawałki, niegryzione, wnosiły galaretkowato-cierpki motyw, robiły się coraz bardziej sztuczne. Rosła jednak też słodka soczystość, delikatny kwasek zaś wydał mi się podkręcony cytryną. Był jednak delikatny, zmieszany z cukrowością, wpisaną także w te kawałki.

Gdy czekolada znikała, wydawała się nijako-maślana i jedynie gorzkawa w sposób palony, migdałowy - bo nasiąkła ewidentnie.

Kawałki gryzione już po czekoladzie smakowały w miarę wyraźnie. Migdały pozbawione już części cukrowej otoczki były do rozpoznania, choć ich smak cechowała delikatność. Gruszkowe cząstki okazały się cukrowe, a gdy chodzi o owocowość, to w połowie były naturalnie gruszkowe, a w połowie wciąż jak sztuczna mieszanka galaretki i likieru gruszkowego.

Po zjedzeniu został posmak migdałów i gruszek z aromatu, pewna cierpkość... Też cierpkość kakao? Wkomponowana w bardzo maślaną tłustość. Na pewno cukrowość, a więc ciężkie zasłodzenie i drapanie w gardle.

Od razu przypomniała mi się przy niej Carrefour Selection Noir Pepites Saveur Poire. Wydają się na mniej więcej tym samym poziomie, acz obecnie po prostu doskonale oddają czekolady, które nie są mi do szczęścia potrzebne.
Całość mi nie pasowała, ale nie mogę powiedzieć, by była tragiczna. W zasadzie nawet wyszła ponadprzeciętnie, dodatków nie pożałowano i świetnie je czuć. Były poniekąd naturalne. A jednak mam problem, że spod nich czekolady nie czuć i... gruszki były mi nazbyt podkręcone aromatem, a migdały niepotrzebnie ocukrzone. To podniosło cukrowość całości. Palono-likierowa baza niedomagała. A wydawała się w porządku.
Silny zapach gruszkowych galaretek mnie przeszkadzał i niezbyt mi się podobał, ale np. Mama uznała go za bardzo przyjemny, ładny. Ja bym powiedziała, że tabliczka została nim aż naperfumowana, ale to akurat chyba bardzo subiektywne.
Już przy pierwszej kostce zaczął mi doskwierać dyskomfort w jedzeniu. Taki zapach, uciekająca czekoladowość, a wysoka cukrowość, najeżenie dodatkami, do których mam spore zastrzeżenia - no, nie dla mnie i prawie całość oddałam Mamie. Ona też jej nie podołała, ale trochę zjadła.

Mamie czekolada mimo wszystko była za gorzka, ale to oczywiście nie zarzut. Tym jednak, co bardzo Mamie nie podobało się w czekoladzie było: "jest tak gruszkowa... jakby naperfumowana! Zapach to ładny, ale w smaku to aż nieprzyjemnie. Rozpuszcza się niefajnie, dziwnie w taki zlep dodatków idzie. I potem tak dużo tego wszystkiego, migdałów, orzechów czy coś, nie wiadomo. Skupiliby się na tych gruszkach i porządne kawałki dali, choćby jakieś kandyzowane, a nie takie coś". Stwierdziła, że ogółem okropna i tabliczka trafiła do ojca. A jednocześnie obie przyznajemy, że niby... jest czym jest, tylko że nie smakuje to najlepiej.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 8,79 zł (ojciec płacił)
kaloryczność: 540 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kawałki gruszkowe 10% (sok gruszkowy z koncentratu 4,5%, cukier, dekstroza, sok z cytryny z koncentratu, substancja żelująca: pektyny, aromaty naturalne), karmelizowane kawałki migdałów 6% (migdały 4,2%; cukier), lecytyna słonecznikowa, aromaty

niedziela, 22 stycznia 2023

Galler Chocolatiers Noir Puur 70 % ciemna z Wybrzeża Kości Słoniowej

Tę tabliczkę marki Galler z posiadanych zostawiłam na koniec bez żadnego szczególnego powodu. Po prostu gdy poznałam tamte (chociażby Puur 85%), po tej nie spodziewałam się niczego szczególnego i nie spieszyło mi się do niej. Były smaczne, ale nie oczekiwałam, że potencjalnie wysoce słodka 70% wybije się ponad nie.

Galler Chocolatiers Noir Puur 70% to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej.

Rozrywaniu sreberka towarzyszył mocno palony i nieco truflowy zapach, kojarzący się z czekoladowo-alkoholowymi truflami lub kremem kakaowo-orzechowym. Drugim istotnym wątkiem były bowiem orzechy laskowe, i to nie tylko jako krem. Świeże surowe miały się nieźle i wprowadziły wątek drzew. Może też leszczyny? Wszystko to jednak było słodkie w nieco ciężki sposób, przez który pomyślałam o biszkopcie. Nie był to jednak biszkopt sam w sobie, a jakby wariant serka czy mleka biszkoptowego. Parę razy tak to plątało się z truflowym wątkiem, że zdarzyło mi się też o jakimś piernikowym biszkopcie pomyśleć. Do słodyczy dołożyła się też soczystość owoców. Niby trudnych do uchwycenia, ale... w sumie da się wskazać morele i jeżyny.

Wyglądająca na kremową, twarda tabliczka przy łamaniu trzaskała bardzo głośno. Wydała mi się krucha i zwarta, także w przekroju.
W ustach rozpływała się powoli, mięknąc od pierwszych sekund. Okazała się kremowo-maślana, idealnie gładka. W porywach wydała mi się nawet dość śliska. Potwierdziła się jej zwartość, ale w gibkim kontekście. Znikała jako tłustawe smugi.

W smaku pierwsza pojawiła się gorzkość, jednak z jakby wpisaną w nią wygładzającą słodyczą. Wyobraziłam sobie dym, robiący za czerwony dywan dla kakaowo-czekoladowego biszkoptu o truflowym charakterze. Szybko wydał się cukrowo ciężko-duszny.

Na szczęście po chwili przebiła to kwaśna szpileczka lasu iglastego. Lasu mokrego od deszczu, który właśnie przestał padać. Lasu mieszanego, w którym rośnie też leszczyna i... ogólnie sporo różnych drzew. Drzewa wydawały się trochę tonować i gorzkość, i słodycz.

Słodycz, choć ogólnie wysoka, opamiętała się pod względem wydźwięku. Zrobiła się nieco spokojniejsza i lekko palona. Doszukałam się naturalnej słodyczy orzechów laskowych. Nieśmiało snuły się między drzewami i słodyczą. Część z nich przerobiono na słodki, czekoladowo-kakaowo-orzechowy krem. On także robił wybiegi do truflowych nut.

Wciąż słodycz miała ogromy udział w kakaowo-truflowym biszkopcie. Podkręconym, kakaowym likierem, aż rozgrzewającym i... Może trochę stylizowanym na piernik? Albo nawet sam piernik? Duszny, truflowy i rozgrzewający od nasączenia tym likierem oraz cynamonu. 

Choć jakoś w połowie rozpływania się kęsa zahaczył o odrobinę ziemi, gorzkość dymu uleciała, a on został sam... I złagodniał. Pomyślałam o mocno wypieczonym, ale możliwe, że też jaśniejszym, waniliowym biszkopcie i biszkopcie jako wariant np. serków. Cukrowość wyłamywała się raz po raz i była wyczuwalna jako ona sama.

Po tym, jak kwasek drzew iglastych gdzieś się zagubił, po dłuższym czasie jakby z tej samej strony pojawiła się soczystość... Także słodka, przez co pierwszą myślą były czysto, aż muląco słodkie suszone morele, ale zatlił się niby kwasek i w końcu pomyślałam o świeżych morelo-brzoskwiniach. Były trudne do uchwycenia, acz to wykonalne. Przy ziemi i truflowości pomykał jeszcze nieśmiały syrop/sos jeżynowy. Też o wysokiej słodyczy. Prędko zgubiły się jednak i owoce (i jakakolwiek obietnica kwasku).

Przez to z czasem pomyślałam o syropie/sosie orzechowym. Łączył biszkoptową słodycz z powagą drzew, a także truflowy biszkopt z ziemią i... może kawą? Końcówka przybrała na cierpkości. Tak, wszelkie te syropy zdecydowanie musiały wlać się do czarnej kawy... piernikowo-waniliowej i aż drapiącej natłokiem słodyczy.

Po zjedzeniu został posmak drzew, z przewagą iglastych, które zadbały o aluzje do kwasku. W nim doszukałam się cierpkości jeżyn, acz wtapiała się w biszkopty najrozmaitsze. Z nich posypał się też ostro-gorzkawy cynamon. Czułam również kakaowo-cukrową truflowość oraz aromat waniliowy, co wyszło dość słodko-ciężko. 

Czekolada wyszła smacznie. Mimo wysokiej i aż ciężkiej słodyczy, nie była cukrem w cukrze. Na szczęście ciężkość przeplotły drzewa, palone nuty, truflowość i czekoladowe biszkopty. Trochę kawy, piernika i owoców (morelo-brzoskwinie, syrop jeżynowy), orzechy to miłe akcenty, jednak wolałabym, by wyprzedziły słodycz. Gorzkości nie brakowało, choć wydała mi się bardzo przystępna (dla ogółu, ja wolałabym mocniejszą).

Była odlegle podobna do 85%, ale o wiele bardziej duszno-słodka, a mniej gorzka za sprawą dymu, kawy, drzew. Wspomniana była mocno piernikowa, palona, ale jednocześnie maślana (i duszno-ciężkawa w tym sensie). Dzisiaj opisywana to raczej kakaowy biszkopt i biszkoptowy smak niż piernik. Myślę, że równie dobre i dobrze zrobione jak na swoje zawartości, choć nie wiem, po co tu jeszcze ten aromat waniliowy.

Ciasto orzechowe i drewno, ale o wiele, wiele więcej owoców czułam w przepysznej Domori Chacao Dark Chocolate 70% z tego samego regionu. Podobnie jak maślaność i pewną serkowość w Zaini 70%. Ta jednak to jeszcze bardziej ciężko-duszna, lukrowo-przesłodzona porażka.
I jakościowo w zasadzie nie przystaje do żadnej z nich. W ciemno powiedziałabym, że to półka Lindta, ale chyba Galler aspiruje do czegoś więcej. Pozwoliłam więc sobie przeliczyć, ile za swoje wyroby liczą. Lindt Excellence 70% kosztuje 9zł/100g, a w marketach bardzo często jest w promocjach, że łatwo go kupić za około 6-7. Za 100g Gallera trzeba by zapłacić 16,25 zł, więc Lindt zdecydowanie wygrywa.


ocena: 8/10
cena: 10,38 zł (za 80g; półkowa to 12,98zł)
kaloryczność: 561 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy

środa, 10 sierpnia 2022

Galler Noir Puur Speculaas smaak ciemna 70 % z Wybrzeża Kości Słoniowej z ciastkami korzennymi i przyprawami korzennymi

Wybierając, jakie Gallery by tu kupić, pomyślałam, że z chęcią sprawdzę też ich propozycję z dodatkiem i nadziewaną. Początkowo motywowałam to porównaniem, jak producent widzi ciastka korzenne jako dodatek, a jak w nadzieniu, ale potem dotarło do mnie, że nie jestem pewna, czy czekolady z korzennymi dodatkami, ciastkami mi nie przeszły. Ostrożnie więc wybrałam jedną z ciastkami korzennymi, a nadziewaną inną (pralinową Noir Biscuit). Tej może też bym jednak nie kupiła, ale pomyślałam sobie, że w zasadzie chyba na zwykłą ciemną z kawałkami ciastek korzennych chyba nigdy nie trafiłam. Wydało mi się to w miarę ciekawe i potencjalnie smaczne. Potem jednak zaskoczyło mnie to, co znalazłam w środku oraz skład. On oczywiście wszystko tłumaczył, ale zapisu, a dokładniej rozbicie na cynamon i przyprawy, zawierające również cynamon, nie rozumiem.

Galler Chocolatiers Noir Puur Speculaas smaak to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej z kawałkami ciastek korzennych Speculoos i przyprawami korzennymi.

Już przy otwieraniu poczułam mocno palony zapach, któremu wtórowało uderzenie pikantnych przypraw korzennych. Wyraźnie czułam goździki, cynamon, imbir i bardziej gorzkawy... kardamon? Tło wydało mi się samo w sobie korzenno-piernikowe, palone i gorzkawe, ale jednocześnie słodkawe i maślano-łagodne. W tym odnalazł się wątek ewidentnie ciastek korzennych. Całość, choć dość gorzkawa, była aż nieco drapiąca w nosie (od przypraw?).

Tabliczka wyglądała na polewowo-kremową, przy łamaniu zaś trzaskała zwyczajnie, tylko że z ciastkowym chrzęstem - dodatek dawał o sobie znać. Była średnio twarda.
Zaskoczyła mnie tym, że zawarła w sobie sporo przypraw jako nie tylko drobinki, ale też kawałki całkiem spore. Także forma ciastek była niecodzienna, bo przypominały kulki-chrupki zbożowe.
W ustach rozpływała się łatwo, acz bardzo powoli. Miękła, zachowując zwarty kształt maślano tłustej grudki, która niechętnie wypuszczała ze swej gęstwiny kawałki dodatków. Wydawało się, że głównie przypraw (nawet kawałki i płatki średniej wielkości - tak ok. 3-4 mm), których czuć też ziarnistość i kawałki ciastek-chrupek oraz chrupkowate, malutkie kulki. Obstawiam, że to jeden typ chrupacza, ale podrobione kulki upodobniły się do bardziej kryształkowo trzeszczących ciastek. Były to kawałki różnej wielkości, acz co się tyczy kulek zbożowych (ciastek?), raczej drobne.
Przyprawy okazały się bardzo zróżnicowane. Część chrupiąca-twarda, reszta miękkawa. Zdarzały się nawet spore kawałki zielonych ziół, drobne listeczki (zaskoczyły mnie już w trakcie jedzenia na uczelni, przez co - z racji ich niezwykłości - "tańczyłam" jak durna po korytarzu, by złapać jak najlepsze światło do zdjęcia). Najpierw suszono-świeżawych, potem zupełnie jak świeże. 
Spora część dodatków jednak to pustawe, lekkie kulki zbożowe. Niektóre były bardziej chrupiąco-rzężące w sposób charakterystyczny dla twardych korzennych ciastek z cukrem. Nasiąkały nieco i choć do końca pochrupywały, to miękły i nieco wlepiały się w zęby (ale potem szybko odpuszczały). Wśród przypraw jednak jakoś to nie przeszkadzało. Ziarnistość i kawałki odpędzały uwagę od tłustości.
Ogółem dodatków nie pożałowano. Zrobienie kęsa bez nich jest niemal niemożliwe, ale na szczęście jeżo-szyszki z czekolady nie uczyniły.

W smaku najpierw poczułam paloną gorzkość, którą szybko podkreślił kardamon. Pomyślałam o dymie i czekoladowym pierniku z kakaowo-goryczkowatą polewą, z dusznymi przyprawami korzennymi wydobywającymi się spod niej. Tych od pierwszych sekund czuć ogrom. Były goryczkowato-ostre i wyraziste.

Zaraz ruszyła także słodycz. Palono-karmelowo-maślana... trochę ciastkowo-pierniczkowa sama w sobie i ciepła. Dołożyła się do skojarzenia z czekoladowym piernikiem. Wydała mi się ciężka w tym wszystkim. Aż rozgrzewała, w czym wsparł ją cynamon, imbir i całe mnóstwo innych. Słodko-ostre przyprawy chwilami zrównywały się z czekoladą. Goryczkowaty kardamon i kozieradka podkreślały gorzkość, a ostre, przenikliwe goździki epizodycznie przekłuwały wszystko inne, po czym tonęły w czekoladowej bazie. Chyba pobrzmiewał także pieprz.

Czekolada mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wydała mi się bardziej maślana, łagodna. Ewidentnie też słodsza za sprawą wanilii. Tej czułam sporo. Trzymała się korzennego klimatu, ale była jakaś trochę... Bez charakteru, wymieszana z cukrem. Piernik zaś przez to nieco rozmyty, delikatny... I duszny. W tle goryczka zrobiła aluzję do kawy... chyba nawet ze śmietanką? Na pewno docukrzoną i z ogromem przypraw, mocno i podwójnie rozgrzewającej.

Wraz z wyłanianiem się dodatków i ciastko-chrupek, umacniał się wątek ciastek korzennych (nie ogólnie korzennych przypraw). Było też bardzo cynamonowo po prostu. Ciastko-chrupki rozbiły nieco ostrość i słodycz, same w sobie wnosiły lekką maślano-pszenną ciasteczkowość i podkreślały słodką korzenność. Część wydawała się trochę jak cynamonowe ciastko-chrupki zbożowe. Raz po raz wyłapywałam też leciusieńkie echo soli. Wśród dodatków czasem zaplątała się ziołowo-cytrusowa kolendra. W połączeniu z którąś z przypraw, udawała słodką, świeżą miętę, z jej efektem chłodu. Ciastka same w sobie wydawały się mało słodkie. Trochę nikły pod naporem przypraw.

Kontrastowo do nich, maślana, jedynie gorzkawa baza zaczęła mi się wydawać irytująco słodka. Coraz mniej karmelowo czy waniliowo, coraz bardziej drapiąco cukrowo. Aż zniknęła jako palony, dymno-cierpkawy akcent wmieszany w łagodność. Na koniec jeszcze mignęła cierpkością, dymem, ale wypaczonym ostrością przypraw.

Wtedy zajęłam się dodatkami: przyprawami i ciastkami. O ile pierwsze albo uderzały z ostrą, pełną mocą (czuć smak w zależności od tego, na co się trafiło), albo były jakby częściowo wyprane ze smaku, delikatne (niektóre z tych kojarzyły mi się z wypalonymi ze smaku nibsami kakao). Drugie znów zaskoczyły. Okazały się mało wyraziste, ale... Różne. Niektóre mało słodkie, a udające rzeczywiście cynamonowo-korzennie (nasiąkły otoczeniem? to by sugerował skład), acz i tak bez szału. Czasem błysnął cukier. W większości wyszły nie tyle ciastkowe, co chrupkowo-zbożowe. I tu kilka razy poczułam drobną słonawość. Te, co bardziej ciastkowe, wydawały się słodsze, ale po tak słodkiej bazie aż trudno to stwierdzić z całą pewnością. Nie pomogła różnorodność dodatków (ale w sumie tej nie krytykuję). Największym zaskoczeniem okazały się niemal świeże, ostrawo-kwaskawo-słodkie, orzeźwiające listeczki. 

Po zjedzeniu został jednak posmak i pikantnych przypraw korzennych, i ciastek korzennych. Tu wyraźniej zrobiło się cynamonowo, ale też waniliowo. Czułam też motyw chrupek zbożowych. Ogół wydał mi się ciężki, dosadny od przypraw i toporny od cukru. Słodycz też sobie pozwoliła wylec na koniec, wpisując się w ogólne rozgrzanie języka i gardła. Czekoladowy posmak z kolei widział mi się bardziej maślano-polewowo.

Całość wydała mi się w porządku. Gorzkawo-palona czekolada była wprawdzie cukrowo za słodka, a także zbyt łagodnie-maślana, ale całościowo dzięki piernikowo-cynamonowemu wydźwiękowi stanowiła niezłą bazę pod niezłe dodatki. Z tych pochwalić muszę głównie wyraziste, ostro-korzenne przyprawy, choć chwilami kontrast pogarszał sytuację czekolady i... ciastek? Te... zawiodły, bo nie były typowymi ciastkami. Ciastko-chrupki niezbyt mi się podobały - powinni albo zgodnie z nazwą dać ciastka korzenne, albo wcale z kulek zrezygnować. Mam też mieszane uczucia, co do rozmaitości przypraw i ich rozlokowania - by odkryć wszystkie, trzeba zjeść całą tabliczkę, bo np. są fragmenty bez ziół, bez poszczególnych przypraw. Niby trudno się o coś przyczepić, ale też niczego porywającego nie uświadczyłam (ok, świeża kolendra była genialna, ale to za mało, bym np. miała do niej wrócić). Po prostu smaczna jednorazowo korzenna czekolada.


ocena: 7/10
cena: 12,98 zł (za 80 g; ja dostałam rabat -20%)
kaloryczność: 543 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ciemna czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy), ciastka 8% (mąka pszenna, cukier, masło klarowane, odtłuszczone mleko w proszku, słód jęczmienny, sól), cynamon, przyprawy 0,8% (cynamon, goździki, imbir, gałka muszkatołowa, quatre-épices*, kolendra, kardamon)

*Z francuskiego to "cztery przyprawy", czyli mieszanka ziołowa, bardzo popularna we Francji. Składa się z czterech podstawowych przypraw: pieprzu (ok. 70% mieszanki), imbiru (20%), gałki muszkatołowej (9%) i goździków (1%)

niedziela, 3 lipca 2022

Galler Noir Puur 85 % ciemna z Wybrzeża Kości Słoniowej

Swego czasu zaczęła mnie nawiedzać, dręczyć myśl o tym, co zrobię, gdy skończą mi się czyste ciemne czekolady do recenzji. Kiedy będzie ich za mało, by prawie codziennie jeść i opisywać coś nowego. Uwielbiam smakowe podróże, odkrywanie i opisywanie doświadczeń, a jednak że w zasadzie inne niż czyste ciemne przestały cieszyć, zmniejszyło mi się pole manewru. Co więcej, po prostu nie stać mnie na jadanie tylko tych najlepszych do degustacji. Szukałam więc marek tańszych, ale dobrych. Tak właśnie trafiłam w Google na markę Galler i wysępiłam zniżkę w ramach mini współpracy z internetowym sklepem Przyjaciele Kawy. Można u nich dostać zarówno przedstawione na blogu (już niedługo kolejne, jak i wiele więcej wariantów oraz produktów zupełnie innych, głównie związanych z kawą).
Galler to czekoladziarnia założona w 1876 przez Jeana Gallera w Belgii, obecnie wspierająca sprawiedliwy handel, zdrowe podejście do planety. Zaangażowani są w projekty na Wybrzeżu Kości Słoniowej, gdzie niestety produkuje się masowe kakao; oni zaś próbują tam sytuację chociaż trochę poprawić. Kupują od kooperatywy Yeyasso, której plantacje zajmują 7 tysięcy hektarów. Ich siedziba jest w mieście Man, nazywanym "miastem 18 gór", co od razu mi się spodobało.

Galler Chocolatiers Noir Puur 85 % to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej.

Po rozerwaniu sreberka poczułam mocno pieczony zapach jednoznacznie kojarzący się z piernikiem i skórką porządnie wypieczonego chleba. Wyobraziłam sobie konkretną kromkę, niemal ukrytą - tak bogato posmarowaną kakaowo-orzechowym kremem. Piernik natomiast musiał zawierać sporo cynamonu. Wydźwięk był ciepły, mało słodki, a szlachetnie gorzki. To podkreśliła odrobinka kawy. Piernik i chleb zdawały się łączyć kakaowymi wierzchami - w przypadku piernika mowa chyba o polewie kakaowej. W jego wnętrzu w dodatku kryła się lekka, owocowa soczystość.

W dotyku tabliczka wydała mi się twardawo-kamienna, a jednocześnie już na tym etapie kremowa. Przy łamaniu odznaczała się średnią twardością, trzaskała głośno w sposób, jakby była ciężko-zwarta. 
W ustach rozpływała się powoli, ale chętnie. Wprawdzie długo zachowywała zwarty kształt, była dość ciężka i maślano tłusta, ale w granicach normy. Opływała smugo-falami, zaklejającymi usta. Te były gęste, trochę maziste, a z czasem nieco oleiste.

W smaku pierwsza ruszyła goryczka dymu, goniona przez kawę. Gorzkość dosłownie uderzyła. Gęsty, szary dym opadł niczym kurtyna, spod której gorzkość już nieco ogładzona rozeszła się po ustach. Miała mocno palony charakter, przy czym zachowała pewną szlachetność.

W ciągu kolejnych chwil zaczęła otulać ją maślaność. Była to maślaność nieco bardziej orzechowa. Złagodziła pierwotny motyw... niezupełnie jednak. 

Poczułam piernik. Wyraźnie odważnie przypieczony, ale wciąż wilgotny wewnątrz. Niósł nieprzesadną słodycz. Choć nie wysoka, była prosta, co chwilami niezbyt mi odpowiadało. Piernik jednak doprawił ją odrobinę cynamonem, uprzyjemniając wydźwięk. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ta słodycz (ale w sumie nie tylko ona) wydała mi się dość duszna i ciepła.

Z gorzko-maślanej strefy wyłoniła się mocno pieczona skórka chleba (też ciepła?). A po chwili chleb po prostu jako konkretny i wilgotny ciemny, zrobiony na zakwasie. Słodycz znalazła się także przy nim, właśnie jako jakiś cierpkawy od kakao krem kakaowo-orzechowy. Z orzechów wyrwała się niestety też pewna smakowa oleistość, dodatkowo łagodząca kompozycję.

Z gorzkich nut raz po raz wypłynął lekki kwasek, przeszywający słodycz. Wydawał się niemal sugestywny. Zahaczył nieśmiało o owoce... Najpierw mignęła mi śliwka - jakby z tym piernikiem...? Acz potem myśli skupiły się bardziej wokół... moreli? Ewentualnie suszonych, gąbczastych brzoskwiń. Wszystko to było słodkie, może nieco duszno-kandyzowane? Ale ledwo uchwytne. W końcu tonęło w ciężkiej słodyczy i "orzechowawej" maślaności, które jakby się nakręcały. Na szczęście o charakter wciąż dbał słodko-goryczkowaty cynamon.

Gorzkawość na końcówce podparła się cierpkością. Palona kawa i dym na nowo zasłoniły piernik i chlebowe nuty. Pojawiła się cierpkość i duszny motyw jakby nieco procentowy... kremu kakaowego? polewy? Ciemnych, palonych i poważnych, a jednak też tłustych. Ciepło tego podkręcało się z cynamonowo-piernikowym wątkiem.

W posmaku została palona nuta dymu, kawy, piernikowość, ale też jakby orzechowa oleistość zmieszana z maślanością. Słodycz czułam delikatną, ale duszną.

Czekolada ogółem mi smakowała, ale nie w pełni. Miała rewelacyjne, gorzkie momenty, kiedy to popisywał się piernik, skórka chleba. Potem wszelkie pogłosy kawy, orzechów, lekki kwasek - wszystko to miało ogromny potencjał. Niestety jednak chwilami co mocniejsze, zbytnio łagodziła maślaność. Także duszność i ciężkość słodyczy mi przeszkadzały. 
Konsystencja, mimo że tłustość wydała mi się ciężka, nie była jednoznacznie zła. Tylko oleista końcówka psuła efekt. O wiele lepiej odbieram niższą słodycz np. Lindta Excellence 85% i jego nietłustą konsystencję.


ocena: 8/10
cena: 10,38 zł (za 80g; półkowa to 12,98zł)
kaloryczność: 582 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa