Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Papua-Nowa Gwinea. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Papua-Nowa Gwinea. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 lipca 2026

Dolfin Noir 73% Cacao Origines Papouasie Nouvelle Guinee Dark Chocolate ciemna z Papui-Nowej Gwinei

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam tę czekoladę, poczułam, jak przyspiesza mi serce. Mam sentyment do tej marki, bo przyłożyła się do zaciekawienia odkrywaniem ciekawych czekolad. Czyste czekolady jednak dotąd, np. Dolfin noir 88 % Cacao, niezbyt Dolfinowi wychodziły. Może wzięli się do roboty, nauczyli się? Pełna nadziei zamówiłam wszystkie czyste, które były dostępne w sklepie. Niestety razem z nimi kupiłam parę nowości z dodatkami i te już zdążyłam zjeść, a one mnie zwyczajnie rozczarować. Zaczęłam się więc bać, że i z tymi może być podobnie. Zaczęłam od bardziej obiecujacej.

Dolfin Noir 73 % Cacao Origines Papouasie Nouvelle Guinee Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 73% kakao z Papui Nowej Gwinei.

Po otwarciu poczułam mocno palony, gorzki zapach, kojarzący się z kakaowym, trochę murzynkowym ciastem kakaowym, w którym nie brakowało słodyczy i... orzechów laskowych? Słodycz i gorzkość wydały mi się bardzo zgrane, wyważone. Słodyczy dokładało sporo owoców suszonych: bardzo słodkich, niemal czysto słodkich moreli, śliwek i fig, bez choćby cienia kwasku. Mieszały się z kwiatami i wanilią, którą podkręciła subtelna maślaność. Gorzką kakaowość zaś chyba odrobinkę podbiało coś niemal pieprznego.

Czekoladę zapakowano zupełnie inaczej niż znane mi Dolfiny. Marka odeszła od opakowania, które przypomina elegancką kopertę, na rzecz zwykłego kartonika. Szkoda.
Tabliczka w dotyku wydała mi się pylista i zarazem tłusta. Przy łamaniu dała się poznać jako bardzo twarda i głośno trzaskająca. Jej brzmienie sugerowało pełnię i konkret. Gdy zaś robiłam kęsa, odnotowywałam w niej nieco pyliście-trzeszczący motyw.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, przedstawiając się jako kremowa, średnio tłusta w maślany sposób. Kryła w sobie nieco pylisty efekt, sprawiający, że nie była idealnie gładka. Trochę miękła, roztaczała smugi, a które czasem wkradła się marginalna wodnistość. Nie zaburzyła jednak kremowości. Nie zrobił tego też marginalny, pylisty efekt. Czekolada zostawiała suchawe wrażenie w ustach i nieco tłuste na ustach.

W smaku pierwszy rozszedł się wątek o łagodnym charakterze, maślano-bananowy, tworzący tło. Ustanowił średnio wysoką, wyraźną słodycz, która potem płynęła spokojnie, rosnąc tylko trochę.
 
Po chwili zaznaczyła się cierpkawa goryczka o palonym charakterze.

Nim się jednak bardziej rozeszła, w słodkiej strefie obecność zgłosiły... kwiaty? Kwiaty suszące się...? Suszone owoce! Przede wszystkim jasne, bardzo miękkie i słodkie suszone figi. Figi słodkie w niemal miodowy sposób, do których po chwili dołączyły też inne owoce suszone... A w każdym razie figi straciły trochę na jednoznaczności.

W tym czasie nasiliła się gorzkość. Zahaczała trochę o proste kakao w proszku, za sprawą którego motyw bananowo-maślany przeszedł w kakaowego murzynka, tylko że właśnie nieco "zdrowszego", bo bananowego. Ciastowy wydźwięk zwieńczyła wanilia.

Palona gorzkość umacniała paloność, jakby nie umacniając już poziomu gorzkości. Była raczej średnia i pilnowała się, by nie wyjść za dosadnie. W paloności rozgościły się palone ziarna kawy. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa za ich sprawą maślaność zmieniła się w orzechy.

Posypały się głównie naturalnie słodkawe orzechy laskowe, trochę urozmaicone arachidami. Prażone, niektóre w skórkach, przypominających o goryczce, inne bez, a więc słodsze. Zrobiło się orzechowo-prażono.

Na falach raz po raz nieco rosnącej słodyczy do suszonych fig zakradło się trochę prawie zupełnie czysto słodkich suszonych śliwek. Śliwek, które... pretendują do lekkiego kwasku? Za waniliową słodyczą i paloną gorzkością kawy przewijała się nieśmiała soczystość. Na moment nawet nieco mniej nieśmiała. W tle kręciło się coś niepodważalnie soczyście owocowego... teraz już czerwono owocowego? Tak jednak delikatnego, że trudno było dookreślić, czy te czerwone owoce też są suszone (raczej tak?), czy niekoniecznie.

Orzechy zatonęły zaś w maślaności, która odzyskała wpływy, zgrywając się z wanilią. Stworzyły wizję biszkoptowego ciasta typu "chlebek", z którego jednak uciekł motyw bananowy. To raczej jakby maślany keks, ale z samymi orzechami, bez bakalii.

A bakalie... w sensie suszone owoce jakoś się chyba ewakuowały.
Suszone owoce stawały się coraz bardziej niedookreślone. Przeszły bardziej w po prostu słodką soczystość, tęsknie zerkającą na kwasek, jako że słodycz zaserwowała wanilię, która to zaczęła miarowo umacniać swe wpływy. Wanilia przysłaniała suszone owoce i kwiaty. Połączenie tego wszystkiego w pewnym momencie jakby jeszcze spróbowało poudawać miód, ale wanilia w końcu wygrała. Zrobiła się trochę męcząco drapiąca i za ciężka. Acz właśnie w tym drapaniu... próbował utrzymać się miód.

Cierpkość palonej kawy raz po raz wydawała się robić aluzje do kakao w proszku, acz po tej soczystszej chwili, zaczęła wydawać się trochę wręcz pieprzna, konkretniejsza.

Po zjedzeniu został posmak palonych, nie jednak mocno gorzkich ziaren kawy oraz maślano-ciastowy, jakby chlebko-keksu z orzechami głównie laskowymi, intensywna wanilia, zgrana z ciastowym motywem i delikatne soczyste echo. Łączyło czysto słodkie figi i i czerwone owoce. Cierpkość zaś błądziła od mocno kakaowego murzynka (bananowego?) do ziaren kawy.

Czekolada wyszła całkiem smacznie, jednak mam żal do producenta o ten ekstrakt z wanilii. Zagłuszył słodkie nuty, w których było sporo suszonych owoców. Miał pewnie uszlachetnić cukier - poniekąd mu się to udało, bo to, że dodano tu biały, nie dawało się we znaki, ale i na kakao miało to wpływ. Kwiatowo-bananowo-figowe nuty budowały raczej słodki obraz, a murzynkowo-bananowe ciasto, maślaność i orzechy głównie laskowe z ochotą na słodycz przystały. Jedynie palona kawa i ogólnie silna paloność zgłosiły coś mocniejszego dla przeciwwagi. Wyszło to smacznie, acz prosto przez nieco za mocne palenie. Żałuję też, że soczystsze motywy nie rozwinęły się bardziej.
Szkoda, że skoro Dolfin zabiera się za czekoladę z danego regionu, tak mocno praży kakao i dodaje tyle wanilii. Wanilia przesłodziła, gdyby nie ona, całość miałaby 8. A kto wie, czy z innym cukrem i mniej palonym kakao, nie zgarnęłaby 10.

Kwiaty, banany, "suszone nuty", trochę czerwonych owoców, czekoladowy deser z chili, corn flakesy z orzeszkami, maślano-bananowe ciasto  MORO Markham Papua-Nueva Guinea 75 % rozkochały mnie w sobie i w pewnym sensie podobne nuty wystąpiły w dziś prezentowanej. Trochę uproszczone, trochę inne, ale podobne. Kakaowe, trochę przypalone ciasto murzynek z owocami, wiśnie, śliwki i banany z Klingele Chocolates from Heaven 72 % Dark Organic Belgian Chocolate także trochę się kojarzyły z dziś przedstawianą, ale i ta była smaczniejsza.


ocena: 7/10
kupiłam: SmaczaJama.pl
cena: 16,90 (za 70g)
kaloryczność: 592 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, naturalny aromat waniliowy

piątek, 29 maja 2026

Meybona Feine Dunkle Schokolade Papua New Guinea 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao ciemna z Papui Nowej Gwinei

Bardzo cieszę się, że gdy czekolady Meybony zawitały do Auchan, kupiłam wszystkie. Meybona Feine Vollmilch Schokolade Papua New Guinea 45 % Kakao / Fine Milk Chocolate 45 % Cacao była ciekawa, choć nie usatysfakcjonowała mnie. Kupiłam ją bowiem do kremu do ciasta, a jej nuty w pierwszej chwili wydały mi się za specyficzne tak właśnie do czegoś. To jednak sugerowało, że ciemna wersja może być naprawdę warta uwagi.

Meybona Feine Dunkle Schokolade Papua New Guinea 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao to ciemna czekolada o zawartości 72% (miazga + tłuszcz) kakao trinitario z Papui Nowej Gwinei; konszowanie trwało 48 godzin.

Po otwarciu poczułam złożony, rześkawy zapach, na który złożyło się trochę cierpkich ziół, kwaskowato-słodkich owoców i kwiatów, które niewątpliwie dopuściły do głosu sporo słodyczy. Mieszany się z wanilią, co stanęło jakby w opozycji do bardziej wytrawnego splotu ziół i przypraw. Te miały w sobie coś aptecznego i goryczkowo-ostrego. Chyba czułam rozmaryn oraz tymianek, kardamon, goździki i gałkę muszkatołową. Korzennie jednak nie było. Zioła wydawały się bardzo... roślinne? Co podchwyciła nutka kaszy, chyba pęczak. Wspomniane już owoce kojarzyły mi się z kwaskawo-słodkim duetem mango i brzoskwiń, przerobionych na soczysty, a zarazem lekko octowy relish, głównie mango relish. W nim wskazałabym obecność czerwonego octu winnego.

Tabliczka szczyciła się twardością i przy łamaniu trzaskała głośno i chrupko.
W ustach rozpływała się gęsto i powoli. Przejawiała średnią tłustość, kojarzącą się z serkiem homogenizowanym, w którym z czasem pojawia się trochę wody. Z czasem woda mieszała się zaś z namiastką soczystości, a a na koniec serwowała pylisty efekt. Do tego lekko ściągała.

W smaku przywitała mnie słodycz wanilii. Za nią zaznaczyło się trochę cukru, słodycz wzrosła, ale trzymając się jednak waniliowego kontekstu.

W tle przemknęły zioła, lekko apteczna cierpkość i sporo rześkości, świeżości. W niej coś było... coś niemal niemożliwego do uchwycenia, coś trochę... ciężko-kwaskawo owocowego? Czerwono owocowego?

Słodycz w tym czasie zrobiła się dosadniejsza, przywodząc na myśl waniliowe toffi, miękkie i bardzo słodkie cukierki. Poprzez nie do kompozycji na sekundę czy dwie wkradł się lekko cukierkowy element. I on podkreślił owocowy akcent. Jednocześnie potencjalne cukrowe zapędy zyskały bardziej palony charakter. Słodycz szybko wzrosła znacząco, po czym zatrzymała się i na pewien czas nawet trochę cofnęła.

Polała się gorzkość. Ta ewidentnie wykazywała paloność, która umiejętnie wprowadziła do kompozycji wytrawność. Wytrawny motyw płynął z przypraw. Pomyślałam o rozmarynie i tymianku, wspartych nieco korzennymi wątkami chyba kardamonu, gałki muszkatołowej i goździków. Połączyły ostrawość, cierpkość też z pewną rześkością. Tego wszystkiego nie było jednak szczególnie dużo; kryły się w wyrazistej, dosadnej gorzkości na dość wysokim poziomie.

Cukrowo-cukierkowe akcenty podsunęły trochę kwasku, trochę owoców. Najpierw zakręciło się coś czerwono owocowego, a potem przez myśl przemknęło mi cukrowo-ciężkawe, wytrawniejsze mango relish. Takie z odrobiną czerwono winnego octu balsamicznego, z przyprawami. Duszone owoce trochę egzotyczne mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w nieoczywisty sposób zaadoptowały rześkość. Była to jakby... ciężka rześkość?

Zioła i przyprawy, mieszając się z paloną nutą, przełożyły się na myśl o wytrawnym wypieku, chyba m.in. z ciastem francuskim, trochę maślanym... Do głowy przyszedł mi podwędzany twaróg z ziołami i chyba podpieczony... A podany z żurawiną?

Do owoców dołączyło trochę więcej kwasku ewidentnie  czerwonych owoców. Jakby czerwone owoce podsyciły owocowość relish, wciąż z octem winnym. W tym znalazł się teraz już duet mango i... brzoskwini? Która nieśmiało się pokazała, razem jednak z mango roztoczyła więcej rześkości, egzotyki.

Swoistą rześkość poczułam też w tle jako... roślinność? I do niej też zawitała lekka goryczka, w jaką idą niektóre kasze. Ogólna gorzkość bowiem trochę złagodniała.

Słodycz w tym czasie pozostawała nieco wycofana, acz nagle pozwoliła sobie na więcej. Wanilia nie dała o sobie zapomnieć, ale pikanteria ziół zasugerowała też trochę miód. Jakiś dziwny sos miodowo-malinowy, miód przemieszany z malinami, że zrobił się gęsty i czerwony...? Albo to kleisto-szkliste nadziewane cukierki owocowo-ziołowe prosto z apteki, które trochę drapią ostrawą słodyczą?

Roślinność udało mi się dookreślić jako kasza np. pęczak ugotowana na wodzie. Kasza z... orzechami? I suszoną żurawiną? Kasza prażona, palona... i robiąca aluzje do drewna? Nagle w wyobraźni przeniosłam się do wilgotnego, mokrego po kilkudniowych opadach, lasu.

Słodycz podpięła się pod ten nieco wręcz wodnisty wątek, przywodząc na myśl waniliowy ryż lub kaszę, ugotowane na wodzie, ale posłodzony. Z ochotą przemieszało się to z maślanością z pieczonej strefy, bardzo łagodząc kompozycję. Słodycz przybrała za to postać kwiatów, godząc wanilię i miód, a także kryjąc je w sobie. Kwiaty musiały też kwitnąc we wspomnianym lesie. Słodycz przechwyciła nieco piekący element ziół i przypraw.

Po zjedzeniu został posmak kwaskawo-słodkiej, trochę winnie octowej, trochę jak ziołowe cukierki mieszanki mango i czerwonych owoców, mieszających się z rześkimi, słodkimi kwiatami. Kwiaty miały w sobie sporo rześkości, wręcz wody. To wiązało się też z motywem kaszy na wodzie oraz mokrego lasu, drzew. Cierpkość, goryczka i trochę ziół zajęły miejsce w tle, razem z maślanym, wędzono-pieczonym twarogiem.

Czekolada była nie tylko bardzo dobra, ale też ciekawa, przy czym region da się rozpoznać. Wyraziście cierpko-gorzkawa za sprawą ziół i przypraw (rozmaryn, tymianek, korzenne i trochę aptecznych wątków), ale też bardzo słodka od wanilii, wręcz waniliowego toffi i ziołowych cukierków czy kwiatów. Nie brakowało w niej owoców, ale w formie wytrawniejszego relish (mango), czerwono owocowej nuty przechodzącej w ocet winny czy żurawiny do wędzono-pieczonego... czegoś. Ciasto-twarogu na wytrawnie. Trochę kasz, mokrego lasu przełożyły się na bardzo roślinny wydźwięk. I nawet lekka wodnistość bardzo nie przeszkadzała, jak w wersji mlecznej ta dziwna roślinność nie pasowała. Zastanawiam się, czy gdyby ująć jej sporo wanilii, byłoby lepiej (zakładam, że tak), czy to właśnie wanilia tak ciekawie pewne nuty pokierowała i podkreśliła.

Nieoczywiste czerwone owoce, trochę kwasku, trochę naprawdę dosadnej słodyczy, pikanteria  kojarzyły mi się z MORO Markham Papua-Nueva Guinea 75 %. Podlinkowana zawarła w sobie jeszcze bananowo-maślany wypiek, dzisiaj przedstawiana wypiek i słodycz waniliową niby rozdzieliła, ale w pewnym sensie i to było jakoś podobne.


ocena: 9/10
kupiłam: Auchan
cena: 17,99 zł
kaloryczność: 597 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie wykluczam

Skład: miazga kakaowa 59%, cukier, tłuszcz kakaowy, wanilia Bourbon

czwartek, 28 maja 2026

Meybona Feine Vollmilch Schokolade Papua New Guinea 45 % Kakao / Fine Milk Chocolate 45 % Cacao mleczna z Papui Nowej Gwinei

Gdy jesień się rozkręcała, zatęskniłam za moim ciastem pomarańczowym z kremem z mleczną czekoladą (więcej pisałam o nim na instagramie), więc uznałam, że to odpowiedni moment na dziś przedstawianą czekoladę. Po Meybona Feine Vollmilch Schokolade Tanzania 45 % Kakao / Fine Milk Chocolate 45 % Cacao wiedziałam bowiem, że czekolada mleczna tej marki bardzo dobrze sprawdza się w kremach.

Meybona Feine Vollmilch Schokolade Papua New Guinea 45 % Kakao / Fine Milk Chocolate 45 % Cacao to mleczna czekolada o zawartości 45% (tłuszcz + miazga) kakao trinitario z Papui Nowej Gwinei; konszowanie trwało 48 godzin.

Po otwarciu rozszedł się silny, słodki zapach wanilii i domowego toffi, przeplecionych pełnym mlekiem i masłem. Wydawały się naturalne, wiejskie i tworzyły sielski klimat. Toffi było to bardzo, bardzo mleczne - może amerykańskie fudge (masa z mleka skondensowanego) w wariancie toffi? Do tego w tle przewinęła się jakby świeższa, subtelna roślinność. Zapach jednak sugerował dość ciężkie przesłodzenie. Szlachetne, owszem, ale przesłodzenie.

W dotyku tabliczka zdradzała tłustość i kremowość. Mimo to, nie była miękka. Wydawała z siebie coś na kształt trzasku, może bardziej pyknięcia podczas łamania. Trochę - minimalnie - się przy tym kruszyła.
W ustach rozpływała się średnio szybko, eksponując tłustość pełnego mleka i masła. Była miękka, niemal śliska i niesamowicie gładka. Jej kremowość osiągnęła niecodzienny, zjawiskowo wysoki poziom. Zmieniała się w lepki krem, końcowo zostawiając lekko cierpkie wrażenie.

W smaku pierwsza rozbrzmiała średnio wysoka, acz intensywna słodycz wanilii. Zaraz za nią mknęło mleko. Aż się rwało, by zająć pierwszy plan, więc bez trudu zrównało się ze słodyczą.

Ta jednak nie czekała i też jeszcze wzrosła. Była mocno waniliowa, poniekąd przemieszana z mlekiem niczym tłuste mleko waniliowe. Wanilia podyktowała słodyczy szlachetność, tłuste mleko zaś zbudowało sielski, wiejski klimat.

Pomyślałam o wiejskim maśle i wiejskim, tłustym mleku, a także o zrobionym z nich domowym toffi.

Pod wanilię w tym czasie podkradła się lekko roślinna nutka. Zboże? Jeszcze świeższe, rosnące, nie zaś ścięte. Prawie... akcent drzew? Acz niekoniecznie. To była bardzo delikatniutka nutka.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zrobiło się trochę za słodko. Zbierało się też coraz więcej mleka, co sprawiło, że mleczno-maślane toffi zmieniła się w amerykańską masę fudge z mleka skondensowanego. Niewykluczone, że w wariancie toffi, leciutko palonym. Masa fudge-toffi, sowicie posłodzona wanilią, o! Ta bowiem wróciła wyraźniej.

Palony akcent toffi wydobył z oddali sugestię kakao. Na pewno nie gorzkość, ale jego lekką, wytrawniejszą cierpkawość. Przypomniało o motywie nieco bardziej roślinnym. Jak mleko roślinne? I zboża, trawy, skąpane w słońcu.

W świeżości roślin chyba raz po raz przemknęła mi ledwo uchwytna... Świeżość? Soczystość...? Trochę jak ciasto-placek z czerwonymi owocami, robiącymi aluzje do kwasku czy cierpkości, ale bez realnej kwaśności czy cierpkości. Pojawiły się dosłownie w chwili znikania kęsa. A do tego echo wodnistości napoju roślinnego?

Po zjedzeniu został posmak mleka i masła - dokładnie w tej kolejności - układających się w toffi i fudge w wariancie sowicie posłodzonym szlachetną wanilią. Do tego pobrzmiewał leciuteńki, roślinny akcent wegańskiego napoju zamiennika mleka i zbóż. Czułam lekkie przesłodzenie i drapanie w gardle.

Czekolada była bardzo smaczna, bo bardzo, bardzo szlachetna, mimo wysokiej słodyczy. Nie czuć cukrowości, a wanilię, domowe toffi bardzo mleczne, mleczne "fudge", i potem znów więcej wanilii. Mieszało się to wszystko z ogromem naturalnego mleka i masła, odpowiadających za sielski wydźwięk. Leciutka roślinność próbowała wpleść lekką świeżość, która na sam koniec zahaczyła o owoce. Ona jakoś tak... niezbyt pasowała do słodziakowej kompozycji. I chyba na zasadzie kontrastu sprawiała wrażenie, że słodycz wydawała się przesadzona.

Leciuteńka roślinność oraz bardziej mleczny wydźwięk masy fudge różni ją od nieco bardziej jakby kakaowo-orzechowawej, bardziej krówkowo-toffi Meybona Feine Vollmilch Schokolade Tanzania 45 % Kakao / Fine Milk Chocolate 45 % Cacao. Dziś przedstawiana jakoś łatwiej zasładzała - może przez to, że słodycz przeplotła ta roślinność, w smaku jakby bardziej "żadna" w momencie gdy w podlinkowanej jednak jakby ciutkę więcej czuć kakao? Co jest dziwne, bo zawiera ona o 1% mniej miazgi kakaowej od dziś prezentowanej. Liczę, że w kremie do ciasta te mankamenty się ukryją.

Ogólnie jednak były dość podobne, na pewno podobnej jakości - dobrze, że zostawiłam sobie odrobinkę tamtej do porównania!

Jak napisałam we wstępie, czekolady mleczne są mi potrzebne do kremu do ciasta pomarańczowego.
Trochę się bałam, czy te wodniście-roślinne nuty nie będą przebijać w moim kremie czekoladowym, ale na szczęście nie. Niestety jednak stało się coś innego. Jak zawsze dodałam do niego kakao i... z tą czekoladą za bardzo wysuwało się na przód. Krem wyszedł bardziej kakaowo-serkowo-maślano. Aby to jakoś wyrównać, dodałam mleko - słodkie, bo bez laktozy - nie żałując go. Dopiero to nakierowało kompozycję na bardziej mleczno czekoladowe tory. Stąd wniosek, że w czymś ta czekolada jest bardzo uległa, więc nie do wszystkiego się nadaje. Nie, że się nie nadaje, ale jest mało wyrazista i to trzeba brać pod uwagę.
Pod względem struktury w kremie była... grzeczna. Ładnie, porządnie rozpuściła się z masłem, tworząc gęstą masę, a potem to było łatwo zmiksować z serkiem i kakao, dzięki czemu powstał gęsty krem. Jako że czekolada znacząco zastygła, był masywnie gęsty.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 17,99 zł
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne 22%, miazga kakaowa 22%, lecytyna sojowa, wanilia Bourbon

niedziela, 17 maja 2026

Klingele Chocolates from Heaven 72 % Dark Blueberry Organic Belgian Chocolate ciemna z Papui-Nowej Gwinei z jagodami

Gdy tylko zjadłam zamówione czyste ciemne czekolady marki Chocolate from Heaven, zaczęłam żałować, że nie porwałam się także na czwartą, która była do kupienia na stronie Brain Market. Najpierw nie chciałam kupować nieznanej czekolady z dodatkami w tej cenie, jednak po tym, jak trafiłam w górach na kilka naprawdę niesatysfakcjonujących nawet tam tańszych czekolad, uznałam, że także na tabliczki w góry warto wydawać nieco więcej. Nie tyle, co na degustacyjne, ale postanowiłam, że nie będę kupować tych naprawdę nieobiecujących. Gdy zjadłam wszystkie 3 ciemne, uznałam, że ta jest bardzo obiecująca i wcale nie taka droga, biorąc pod uwagę efekty tej firmy. Jagody, mimo że są popularne w sezonie na nie, mimo że ludzie uwielbiają jagodzianki, a borówki amerykańskie są do kupienia praktycznie wszędzie, w czekoladach jakoś bardzo rzadko występują. Jeszcze jako nadzienia... To może. Ale tak o, w czekoladzie o tak wysokiej zawartości? Nie widziałam. Wzięłam ją w góry, na w zasadzie pierwsze bardziej zimowe wyjście, na Małołączniak końcem października 2025. Weszłam na niego niebieskim szlakiem z Kir przez Przysłop Miętusi. Przez większość drogi na szczęście było bardziej jesiennie, łańcuchy nie przymarzły, a i na szczycie utrzymywała się przyjemna, słoneczna i bezwietrzna aura. Idealna na przerwę z czekoladą!

Klingele Chocolates from Heaven 72 % Dark Blueberry Organic Belgian Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao z Papui-Nowej Gwinei z liofilizowanymi jagodami, z amazońskiego lasu.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach czarnej, wilgotnej ziemi, mieszającej się z soczystymi, słodko-cierpkimi jagodami i fioletowymi owocami, m.in. śliwkami. Chyba też odrobinką cytrusów, ale bez kwaśności. Owoce dominowały świeże, lecz ich mała część osiadła w piekącym się właśnie kakaowym cieście drożdżowym. Lekko pieczona nuta połączyła wypiek z gorzkością kakao i karmelem. Mimo to, ogólna słodycz stała na niskim poziomie, jako że obok gorzkości stanęła wytrawność trochę roślinna. Jakby groszek cukrowy?

Tabliczka w dotyku zdradzała tłustość, ale była twarda. Gdy łamała się z głośnym trzaskiem, wydawała się bardzo zbita. Przekrój ujawnił niewiele kawałków niemal czarnych, całych jagód. W trakcie jedzenia okazało się jednak, że wcale ich nie pożałowano. Nie było jednak trudno o kęs bez nich. 
W ustach czekolada rozpływała się kremowo i początkowo dość tłusto, potem mniej. Nie spiesząc się, acz nie jakoś wyjątkowo powoli. Poczucie tłustości osłabiał subtelnie proszkowo-chropowaty element. Potwierdziła się zbitość, a czekolada długo zachowywała kształt. Maziście pokrywała podniebienie i z wolna odsłaniała kulki jagód, które rozlokowano bliżej wierzchu. Te długo w niej siedziały, z czasem nieco rozrzedzając bazę. Za ich sprawą trochę narastała nienachlana  soczystość. 
Gdy z ciekawości pogryzłam jagody wcześniej, obok czekolady, były miękkawe, ale bardziej suche i rozpoznawanie liofilizowane. Szybko jednak nasiąkały, udając świeże owoce.
Czekolada znikała łatwo, bardziej soczyście i niezmiennie maziście.
Po czekoladzie co jakiś czas zostawały jeszcze małe i średnie jagody. Czasem po dwie w kęsie, czasem jedna, dość często żadna. 
Owoce gryzione na sam koniec były miękkie, ale też jędrne i trochę strzelające za sprawą pesteczek. zaskakująco udanie podszywały się pod świeże, choć skrywały w sobie liofilizowano-suchy element. Niektóre wyraźniejszy, inne niemal nieobecny.
 
W smaku pierwsza pokazała się słodycz. Czasem, gdy zahaczyłam zębem o owoc, jagodowa, z karmelowym echem, a częściej karmelowa z echem owoców. 

Wśród owoców mieszały się owoce leśne z fioletowymi, m.in. śliwkami. Pomyślałam o bardzo słodkich (niemal miodowo?), ciemnofioletowych z cierpkawą skórką pokrytą szarym nalotem (np. odmiany Tophit), a po chwili też o czekoladowym cieście ze śliwkami.

Nuta śliwkowej cierpkiej skórki oraz coraz bardziej czekoladowo-kakaowe niż tylko kakaowe ciasto  wprowadziły ziemię. Gorzkość rosła bardzo mocno. Zbierało się coraz więcej ziemi. 

Ziemia i owoce leśne zaprzyjaźniły się za sobą. Owoce leśne, przy tym wsparciu rządzącej ziemi, wyszły przed śliwki. Wtedy to jagody leśne zaczęły odgrywać znaczącą rolę. Wydawały się płynąć też z samej czekolady.

Kiedy próbowałam samej czekolady, nie była całościowo przesiąknięta dodatkiem, ale w całej pobrzmiewały owoce leśne wraz ze śliwkami. Jagody leśne czuć wyraźnie w kęsach z pobliża dodatku oraz oczywiście z dodatkiem.
Gdy na próbę pogryzłam jagody obok czekolady, miały mały problem z przebiciem się przez intensywnie ziemisty motyw. Były wyczuwalne, ale nie mogły rozwinąć w pełni skrzydeł.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ciasto kakaowo-czekoladowe wzbogaciło się o mak, a ziemia wydała mi się brudniejsza niż na początku. Przywodziła na myśl ziemię z leśnego cmentarza, gdzie odnotowałam odrobinkę dymu.

Dym jednak odleciał do słodyczy, zwłaszcza w kęsach bez jagód, przypominającej o karmelu. Zawsze jednak i tak wygrywała z nim soczystość. W kęsach z jagodami i z ich okolic miała łatwiej. Jagodowy smak nasilał się, a mieszanka owoców leśnych i fioletowych dzielnie je wspierała. Odnotowałam też, że nie wszystkie niegryzione jagody odzywały się tak samo głośno. Niektóre dłużej pozostawały subtelne.

Od jagód czasem rozchodził się delikatny kwasek. Był głównie intensywnie jagodowy, acz wydobył z bazy cytrusowy wątek.
Ogólna cytrusowość zaznaczała się lekko przy owocach leśno-jagodowych, nie próbowała wyskakiwać przed szereg. Czasem jagody wydawały mi się lekko robić aluzje do cukierkowości. 

Gorzkość nieco złagodniała, przechodząc w nieco neutralniejsze, ale na pewno wytrawne tony. Ziemia wzbogaciła się o rośliny ją porastające, a ja pomyślałam jeszcze o zielonym groszku cukrowym. 

Słabnące wypiek i karmel otarły się o... precle? Z makiem, trochę nadto wypieczone, a potem ukryły się w ziemi.

Jagody gryzione na koniec raz czy drugi mignęły nieco wręcz cukierkową nutą, ale to rzadko - chyba przez kontrast do wytrawnie-ziemistej bazy. Zawsze prezentowały się jako bardzo słodkie i niemal do złudzenia przypominające świeże surowe owoce, jedynie z "suszoną nutką". Ich słodycz przeplotła cierpkość, a także przelotny kwasek. To bez wątpienia jagody leśne.

Po zjedzeniu został posmak jagód, owoców leśnych i śliwek, przy mocnym wsparciu ziemi. Ziemi chyba z lekko roślinnym akcentem. Nie brakowało też słodyczy karmelu. Przy nim owocom zdarzało się czasem trochę ocierać o cukierkowość, acz naprawdę bardzo delikatnie.

Czekolada była przepyszna! Wyrazista, ziemista baza o nutach fioletowych owoców: głównie śliwek, ale też owoców leśnych idealnie pasowała do charakternych, słodko-kwaskawych jagód, które przypominały świeżo-surowe owoce. Trochę karmelu, ciasto z jagodami zapewniające słodycz przeplatały się z wytrawniejszymi nutkami groszku cukrowego i precla. Ogół wyszedł głęboko, wyraziście, a jednocześnie harmonijnie.
Podobała mi się też mazista struktura z urozmaiceniem w postaci całym owoców, które i w konsystencji udawały świeże surowe.

Nie jestem pewna, czy zgadłabym, że baza to Klingele Chocolates from Heaven 72 % Dark Organic Belgian Chocolate. Kojarzyły się, bo nuty śliwek z podlinkowanej zostały podkręcone jagodami, a ziemia wyszła znajomo... Acz dodatek wiele przemodelował.


ocena: 10/10
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 12,93 zł
kaloryczność: 533 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, nierafinowany cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, jagody 8,93% (jagody, nierafinowany cukier trzcinowy, olej słonecznikowy), naturalny aromat jagodowy 1,78%, wanilia

poniedziałek, 14 kwietnia 2025

Klingele Chocolates from Heaven 72 % Dark Organic Belgian Chocolate ciemna z Papui-Nowej Gwinei

Nie lubię określania czekolad "czekoladkami". W ogóle nie lubię zdrobnień - mam wrażenie, że umniejszają. Jednak marka Czekoladki z Nieba wyglądała... jako tako. Przeglądając ofertę Brain Market bez większych emocji, natknęłam się na nią. Choć nie sądziłam, bym jeszcze jakiemuś kremowi z tego sklepu internetowego miała dać szansę, czekolady zaciekawiły. Zacząć postanowiłam od najniższej zawartości, acz zanim to - a już po zakupie - uznałam, że poczytam coś, z czym w ogóle mam do czynienia. Hasło marki to "szczere belgijskie czekoladki wykonane z miłością"... Opis na stronie szybko wyprowadził mnie z błędu - to nie marka Brain Market, jak pierwotnie założyłam. W oryginalne zwie się Chocolates from Heaven i jest to robiona od 2017 roku linia czekolad bio i Fairtrade belgijskiej rodzinnej fabryki czekolady Klingele, znajdującej się w mieście Gandawa. Rozbawiło mnie, że na stronie zapewnili, że "o sukcesie tej linii świadczy również fakt, że czekoladki Chocolates from Heaven zdobyły brązowy medal w prestiżowym międzynarodowym konkursie projektowania opakowań Pent Awards". No, to oby wnętrze dorównało opakowaniu (które - swoją drogą - akurat dzisiaj przedstawianej wcale mi się nie podoba).

Klingele Chocolates from Heaven 72 % Dark Organic Belgian Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao z Papui-Nowej Gwinei.

Po otwarciu rozbrzmiał wytrawnie-soczysty zapach. Pomyślałam o suszonych grzybach zestawionych z wiśniami i suszonymi, słodko-kwaśnymi śliwkami. Grzybom wtórowała pikantnawa ziemia i pewna zielona świeżość... zielonego groszku? Strączkowy motyw mieszał się z goryczką maku, a dokładniej mocno pieczonymi preclami i może nawet krakersami z makiem. Słodycz była soczyście owocowa, acz w oddali zaznaczyła się odrobina mocno palono-pieczonego karmelu.

Twarda tabliczka w dotyku wydała mi się trochę tłusta. Przy łamaniu trzaskała głośno i sprawiała wrażenie bardzo pełnej, zbitej.
W ustach początkowo serwowała kremową tłustość. Była masywna, zbita i konkretna; wręcz syta. Wykazywała mazistość i długo zachowywała kształt. Rozpływała się średnio-powoli, do tłustości dodając wysoką soczystość. W końcu bardzo, bardzo wysoką. Nie utraciła jednak przy tym masywności i gęstości.

W smaku pierwszą poczułam słodycz karmelu. Wydała mi się wysoka i imperatywna. Połączyła palony karmel i... rześkość kwiatów? Za ich sprawą jak wyskoczyła na przód, tak zaraz się opanowała i nieco zwolniła.

Podpłynęła pod nią mocno palona gorzkość. Pomyślałam o przypalonym cieście - murzynku z suszonymi śliwkami? Cieście, w którym przesadzono z masłem. Maślaność przez moment wybiła na przód. Śliwki jednak połączyły wysoką słodycz z kwaśnością, odciągając trochę od tego uwagę. W oddali przemknęła lekka ziemistość.

Słodycz porządnie przełamała kwaśność dobiegająca z oddali. Do śliwek dołączyły wiśnie. Kryły odrobinkę słodyczy, ale skupiły się na kwaśności. To już nie były tylko śliwki suszone, ale też kwaśne drobne z pełni sezonu. Może niektóre nie były nawet jeszcze dojrzałe?

Rześkość kwiatów zmieniła się w po prostu zielono roślinną świeżość. Najpierw pomyślałam o zroszonej trawie, ale potem zrobiło się nieco wytrawniej i oczami wyobraźni zobaczyłam groszek zielony. Umocniła się też nuta ziemi. Po strączkowym motywie przemknęły grzyby...

Grzyby, które czasem można poczuć w różnych mousse'ach, nadzieniach kakaowych. I te mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa na taki tor zaskoczyły. Kakaowe ciasto zmieniło się jednak w ciasto... makowe? W tym cieście maślaność już nie dawała się we znaki, już zapomniano o niej. Poczułam goryczkę maku i zaraz wyobraziłam sobie kakaowo-makowe ciasto z owocami: wiśniami i śliwkami.

Wiśnie i śliwki podkręciła odrobina cytryny. Kwaśność starała się, jak mogła, ale... słodycz nie dała o sobie zapomnieć. Mimo że na pewien czas trochę odpuściła i tylko delikatnie pobrzmiewała, wróciła odważniej.

Odnotowałam przebłyski... bananów? Bananowych krówek. Zrobiło się wręcz kajmakowo - palony karmel poszedł w bardziej słodkim, uroczym wydźwięku. Sam jakby wyzbył się swej paloności.

Ta jednak ogólnie wciąż miała się nieźle. Nieco przypalone ciasto i wytrawniejsze nuty - które zdążyły już mocno osłabnąć - zaobfitowały w wizję mocno pieczonych, cienkich i wielkich precli z makiem. Kontrastowo do tego wybuchu słodyczy, na koniec zrobiło się znów bardziej wytrawnie. Nawet lekko ostrawo...? Jakby tak precle - i może krakersy - trochę posypać ostrzejszymi przyprawami?

Po zjedzeniu został posmak ziemi i grzybowo-kakaowe echo, mieszające się z makiem i soczystymi owocami. W nich spierały się słodkie banany i kwaśne śliwki z wiśniami.

Czekolada wyszła ciekawie i smacznie. Zaskoczyła mnie jej wytrawność strączków i precli z makiem. Pasowała do ziemi i grzybowo-kakaowego motywu. Te bardzo harmonijnie połączyły je z przypalonym kakaowym ciastem i owocami. Wiśnie i śliwki mieszały się z bananami. Wolałabym tylko, by jakoś ambitniej niż jako przypalony murzynek, rozwinęła się gorzkość, a i by było trochę mniej maślano w smaku i mniej tłusto w konsystencji. Acz biorąc pod uwagę niewygórowaną cenę, to świetna czekolada.

Na myśl przyszła mi mocno bananowa, z akcentem wiśni i grzybów Chapon West Papouasie. Wspomniana była co prawda o wiele bardziej kwiatowo-orzechowa, ale sporo wspólnego miały. Z np. MORO Markham Papua-Nueva Guinea 75 % dzisiaj opisywana wspólnego miała znacznie mniej, bo tylko banany i wiśnie. I może też czająca się w oddali ostrość?


ocena: 9/10
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 13,48 zł
kaloryczność: 567 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy nierafinowany, tłuszcz kakaowy, wanilia

poniedziałek, 11 marca 2024

MORO Markham Papua-Nueva Guinea 75 % ciemna z Papui Nowej Gwinei

Robiąc spore zakupy z zagranicznych stron z czekoladami ze zdziwieniem odkryłam, że jest mnóstwo marek, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Moro jest kolejną z takich. To mała firma założona w 2011 przez Ángeles i Fernando z Hiszpanii, którzy poznali się podczas pracy jako wolontariusze w Nikaragui. Ten kraj tak im się spodobał, że postanowili rozpocząć tam zupełnie nowe życie. Odkryli też cudowność kakao. Niestety w 2018 roku przez kryzys polityczny musieli wrócić do Hiszpanii. Odtąd próbują tam sprzedawać smaki odległych regionów, m.in. Papui Nowej Gwinei, starannie wybierając, jakie kakao kupują. Wspomniany kraj zachwycił ich wulkaniczną glebą... Byłam ciekawa, czy mnie zachwyci ich czekolada z tego regionu.

MORO Markham Papúa-Nueva Guinea 75% to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Papui Nowej Gwinei, z regionu rzeki Markham.

Po otwarciu poczułam słodko-ostrawą, ciepłą woń wędzonej papryki... papryczki chili, wchodzącą w skład cierpkawego deseru czekoladowego. Może czekoladowo-orzechowego z nutą chili właśnie? Czułam w nich soczystość owoców niezaprzeczalnie, ale trudnych do uchwycenia. Przemknął bananowy nektar i lekki cytrus. W tle zamajaczyły jeszcze orzeszki arachidowe w przyprawach i lekka dymna cierpkość, nie stanowiące jednak mocnej gorzkości. Ta była na średnim poziomie, przełamana płatkami kukurydzianymi (corn flakesami). Delikatny kwasek podsunął wizję płatków z jogurtem.

Tabliczka była masywnie twarda i głośno, zdrowo trzaskała-chrupała podczas łamania.
W ustach rozpływała się powoli, lekko maziście. Ujawniała wysoką gęstość i kremowość, a także przeogromną masywność. Wydawała się bardzo pełna, acz soczystości też jej nie brakowało. Z czasem poczułam lekką pylistość, a na koniec cierpkawe ściągnięcie.

W smaku pierwsza rozeszła się słodycz kwiatów, a tuż za nią soczystych bananów. Już po chwili jednak słodycz się zreflektowała i nie gnała już do przodu, a jakby stonowała się od środka.

Szybko w tle zaznaczyła swoją obecność nuta nabiału. Cierpkawa jak jogurt, ale też jakby tłusta, a więc czegoś pełniejszego... początkowo jednak wątek ten pozostawał w oddali.

Kwiaty zmieniły się w kwiaty suszone, z pewną cierpkością. To i banany zmieniło w bardziej suszono-liofilizowane, bardziej nieokreślone. Soczystość jednak utrzymała się i zaczęła wplatać kwaskawe akcenty - chyba pomelo?

Suszone nuty ośmieliły herbatę, która wzmocniła cierpkość i zrobiła miejsce gorzkości. Ta po chwili znacząco wzrosła z pomocą dymu. Gorzki dym przeplótł słodycz spokojnie, ale wcale jej tak mocno nie zwalczał... po prostu pilnował, by nie pozwala sobie na zbyt wiele.

Poprzez cierpkość wkroczył też czekoladowy deser ze sporą ilością chili. Papryczek słodko-wędzonych? I z innymi przyprawami. Deser musiał być lekko śmietankowy, może jogurtowy... nieciężki. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzki dym, przemieszawszy się z przyprawami, przełożył się na myśl o orzeszkach ziemnych w przyprawach.

Soczystość owoców tchnęła więcej kwasku. Był trochę jak wino, a trochę ewidentnie owocowy, ale... inaczej. Pomyślałam o pudrowo słodkich, a jednak kwaśnych liofilizowanych truskawkach i malinach... ogólnie czerwonych. Te do deseru czekoladowego z chili tchnęły soczystość, jakby dodano do niego odrobinę wiśni. Słodko-kwaśnej masy wiśniowej. Wiśnie zaraz jednak umknęły, zostawiając inne kwaskawe owoce.

Te mieszały się ze znacznie słodszymi bananami, które zaczęły zmieniać się w maślano-bananowe ciasto. Słodyczy mu nie szczędzono, ale i kwasek zawarło. Wydało mi się lekko nasączone, ale... nie na owocową nutę... może to ciasto jogurtowe? Dodano chyba jeszcze jakieś niedookreślone orzechy. Złagodziło to kompozycję całościowo.

Na zasadzie kontrastu kwasek wydał mi się klarowniejszy. Uchwyciłam w nich jeszcze rabarbar i chyba jakieś cytrusy... pomelo?

Owoce jednak stanowiły mniejszą część kompozycji. Mimo że kwaśność rozwijała się. Czasem jakby trochę na boku, czasem dosadniej... Wtedy dała się poznać jako jogurtowa.

Herbaciany wątek i orzechy z czasem skupiły się na gorzkości, porzucając ostre przyprawy. Orzeszki przedstawiły się ze zwyczajnie prażonej strony, a łagodnienie wszystkiego zasugerowało płatki kukurydziane z siekanymi fistaszkami. Takie jedzone z cierpkawym jogurtem. A wszystko to chyba popijane raz po raz cierpką herbatą.

Herbatą z kwaskawymi owocami? Czerwonymi? Albo suszem złożonym z kwiatów i owoców. To przełożyło się na niemal taninową nutę wina na końcówce.

Po zjedzeniu został posmak kwaskawy, rozmyty owoców czerwonych i cytrusowych, wkomponowanych w słodycz bananów czy raczej bananowo-maślanego ciasta. Czułam też lekką cierpkość herbaty i dymu. W tle przewinęły się jeszcze orzeszki. Dość długo utrzymywało się lekkie, taninowe ściągnięcie.

Całość była bardzo, bardzo smaczna i ciekawa, choć niedookreślona. Kwiaty i banany bawiące się soczystością i suszonymi nutami ciekawie mieszały się z goryczką herbaty, dymu i ostrością przypraw. Myśl o czekoladowym deserze z chili była bardzo żywa, podobnie jak corn flakesy z orzeszkami z jogurtem czy maślano-bananowe ciasto. Owoców za wiele nie było, ale sporo znaczyły. Liofilizowane czerwone, potem bardziej rabarbar i pomelo przełożyły się na lekki, nienachalny kwasek, adekwatny do również nieprzesadzonej słodyczy i przyjemnej gorzkości.

Przypomniała mi trochę Pralus Papouasie Trinitario 75 % z kwaskiem wina i rabarbaru, zmieszanych z maślano-śmietankowymi nutami oraz wątkiem ciasta czekoladowego (a dokładniej kruchych jasnych spodów przesiąkniętych czekoladowością czekoladowej masy).


ocena: 10/10
cena: 5 € (za 80g; około 22 zł)
kaloryczność: 426,4 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym móc do niej wrócić

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 27 grudnia 2023

Meurisse Papua New Guinea Dark - Puur - Noi Chocolate Bio 73 % Cacao ciemna z Papui Nowej Gwinei

O belgijskiej marce Meurisse nie słyszałam do momentu, gdy dostrzegłam jej tabliczki w jednym ze sklepów internetowych. Szukałam sobie jakiś względnie niezłych czekolad, nie takich z najwyższej półki, ale też nie byle jakich. Padło na tę i jeszcze jedną tabliczkę. Z tego, co piszą na swojej stronie, marka została założona przez Adolpha Meurisse'a w 1845. Był cukierniczym pionierem, a markę niektórzy określają jako ikoniczną. Lata lecą, pokolenia się zmieniają, to i Meurisse sporo zmian przeszło, jednak ponoć nadal przywiązują wagę do tego, co robią. "No, zobaczymy" - pomyślałam ani bez wielkiego optymizmu, ani bez sceptycyzmu. Jakoś dobrze mi się tej czekoladzie z oczu opakowania patrzyło.

Meurisse Papua New Guinea Dark - Puur - Noi Chocolate Bio 73 % Cacao to ciemna czekolada o zawartości 73% kakao trinitario z Papui Nowej Gwinei.

Po otwarciu poczułam zapach ziaren kawy, podkreślonych ziemią oraz nieco łagodniejszej kawy w wydaniu serka kawowego. Z kawą wiązała się średnio prażona nuta, wplatająca słodycz. Trochę karmelu, za którym do bukietu weszło sporo wanilii. W prażonym wątku wyłapałam też nieśmiałe, naturalnie słodkie pistacje. Słodycz należała jednak w dużej mierze do owoców: soczystych bananów, zielonych winogron i jeżyn, a dokładniej słodkiego dżemu / konfitury z jeżyn. 

Tabliczka w dotyku sugerowała lekką kremowość, a przy łamaniu okazała się skaliście masywna. Głośno trzaskała w konkretny sposób, kojarząc się z grubymi i suchymi konarami.
W ustach rozpływała się kremowo i gęsto. Robiła to początkowo w ogóle jakby ostrożnie i zachowawczo, ale potem już chętnie, choć wciąż powoli, długo zachowując kształt. Była gładkawa... z sugestią aksamitnej pylistości, acz ewidentnie maślano tłusta i minimalnie mazista. Z czasem po ustach płynęły drobne fale soczystości, z racji których znikała łatwo i szybko, bardziej soczyście-wodniście.

W smaku pierwsza pojawiła się słodycz wanilii, za którą tuż-tuż gnał słodki, soczysty banan. Po chwili udało mu się wanilię dogonić i zrównać się z nią. Za nimi snuł się subtelny, kwiatowy akcent, z czasem jednak niknący prawie zupełnie.

W tle zaznaczyła się gorzkość kawy. Wiązała się ze średnio mocno prażoną nutą. Pomyślałam o ziarnach i zaparzonej na nich kawie - już zimnej, a także o kawowych fusach na dnie kubka.

Słodycz banana w tym czasie wyprzedziła wanilię. Przez moment soczysty, świeży owoc odpuścił, dając parę chwil na debiut bananom liofilizowanym. Zaraz jednak polało się więcej czysto słodkiej soczystości. To były winogrona zielone. Słodkie, sporadycznie z echem, obietnicą kwasku.

Słodycz rosła. Z dalszego planu owocom pomagała wanilia. Z czasem winogrona częściowo przeszły w rodzynki, a ja pomyślałam jeszcze o jasnych, suszonych figach. Wyobraźnia podpowiedziała mi kruche maślane ciastka z figami. I jakiś figowy raw bar kakaowo-kawowy? Zrobiony z suszonymi wiśniami i/lub żurawiną, które wplotły kwasek.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ogrom słodyczy w prażonym wątku wyłuskał trochę naturalnie słodkich pistacji, którym i wytrawniejszego akordu nie brak. Pojawiło się przy nich trochę karmelu, zaplątało się odrobinę migdałów. Złagodziły gorzkość, choć lekko pobrzmiewała cały czas.

Kompozycja nieco złagodniała. Zrobiło się trochę maślano, a kawa zmieniła się w słodki serek homogenizowany kawowy (kwasek sprowadzając do leciutkiego, nabiałowego?).

Ciastka z figami i tzw. surowe batony z owoców i orzechów do gry zaprosiły jeszcze miód. Pistacje mogły być właśnie w nim lekko częściowo skarmelizowane. Wyłapałam jeszcze kwiaty...

A wtedy gorzkość się zbuntowała. Wróciła kawa, jakby po lekkim zasłodzeniu przepić nią to wszystko i nawet zaciągnąć się lekko ziarnami jako kawowe fusy. Pojawiła się lekko wilgotna ziemia i wyszła na pierwszy plan, sprowadzając słodycz do porządku.

Słodycz przystała na cierpkość. Soczyste, jasne owoce ustąpiły miejsce jeżynowemu dżemowi / konfiturze z miodem. Pomyślałam o miodzie ze spadzi iglastej, jako że wprowadził lekki, jakby iglasto drzewny kwasek. Wpisał się tym samym w kwaskawość ogólną, uwypuklając ją. Kwiaty również wydawały się kwitnąć na drzewach właśnie. Kwasek wpuścił więcej czerwonych owoców też jako dżem / konfitura, która nie wymieszała się z jeżynową, a zajęła miejsce obok niej. Wciąż myślałam o wiśniach i żurawinie.

Po miodowo-kwiatowej słodyczy wróciły świeże, soczyste banany i zielone winogrona. Na końcówce po kwaśniejszo-gorzkim występie słodycz wydała mi się jeszcze bardziej soczysta, choć i wanilia wróciła, zamykając kompozycję.

Po zjedzeniu został właśnie waniliowo-bananowy posmak. Wtórowały temu cierpkawe zielone winogrona, a także kawa z mocną ziemistością. To niby próbowała trochę złagodzić maślaność, lekka ciatkowość, ale ziemia podkręcona cierpkością jeżyn i czerwonych owoców, a kawa prażoną nutą nie dały się uładzić. Mimo że i tę maślaną nutę czułam.

Całość była bardzo smaczna. Wysoka słodycz bananów, zielonych winogron i odrobiny kwiatów, miodu niestety została według mnie niepotrzebnie wzmocniona wanilią, która w zasadzie tylko tu przeszkadzała. Gorzkość kawy, chwilowe złagodzenie jako kawowy serek, a potem ziemiste uderzenie na szczęście nieźle to ograły. Podobał mi się wątek dżemów z jeżyn i czerwonych owoców. Akcent pistacji karmelizowanych czy miodu spadziowego o drzewnym zarysie też bardzo mi do gustu przypadł. Maślaność zwłaszcza gdy chodzi o strukturę nieco za bardzo dawała mi się we znaki, ale to drobna wada.

Podobnie jak w Chapon West Papouasie 76% pojawiły się tu słodkawe orzechy, ciastka (w Chapon orzechowe, tu figowe ciastka i raw bary orzechowo-owocowe), kwiaty, a jak jakieś charakterniejsze owoce, to jako dżem. Przypomniała mi też mocno bananową, trochę miodowo-kwiatową i ziemistą Ethicoco Craft Chocolate 75 % Papua New Guinea. Meurisse wyszła co prawda bardziej słodko od obu, ale nie tylko z przesłodzenia wanilią, a też z racji zawartości kakao. Gdyby nie wanilia, z łatwością zdobyłaby 9, a nie 8.


ocena: 8/10
kupiłam: gourmetbycafedelaposte.pl (strona już nie istnieje)
cena: 25 zł
kaloryczność: 583 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sproszkowana wanilia

wtorek, 5 września 2023

Ethicoco Craft Chocolate 75 % Papua New Guinea ciemna z Papui-Nowej Gwinei

Polubiłam się z czekoladami małej, brytyjskiej marki Ethicoco. Nie jakoś tam szczególnie, ale uznałam ją za naprawdę przyjemną. Bardzo więc żałowałam, że nie jest łatwo dostępna, bo jednak zamawianie przez Etsy, nie tylko przesyłka, ale jakaś dodatkowa opłata za import sprawiły, że kupienie ich jest po prostu problematyczne i zbyt kosztowne. Marka - stety niestety - oferuje jedynie 4 czyste ciemne czekolady, więc i tak nie miałam co tu za wiele myśleć.

Ethicoco Craft Chocolate 75 % Papua New Guinea to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Papui-Nowej Gwinei.

Po otwarciu uderzył soczysty zapach słodkich owoców granatu i bananów. Świeże, surowe i idealnie dojrzałe dominowały, ale odnotowałam też wątek nektaru bananowego... takiego, słodko-rozmytego i... wprowadzającego nektar kwiatów? Z nieco drapiącym elementem... A także same kwiaty słodkie w łagodny, wilgotnie-rześki sposób. ...Elementem drapiąco-ciepłym i mieszającym się z cynamonem? Ewidentnie czułam też trochę ziemi, za sprawą której do kompozycji dołączały orzechy i "palony orzech" jako mieszanina drewna i orzechów. Właśnie też nieco palonych. Chyba głównie laskowych.

Gruba czekolada była bardzo twarda i masywna, ale jakby w bardzo zawilgocony sposób. Z racji tego przy łamaniu trzaskała niezbyt głośno.
W ustach rozpływała się umiarkowanie powoli, wykazując masywność i zbitość. Jakby opływała gęsto-lepkimi falami. Miała w sobie coś ze śmietankowo-maślanego, tłustawego budyniu. Na koniec sugerowała leciutką cierpkość i pylistość, które jednak nie były realne.

W smaku jako pierwszą poczułam subtelną i szlachetną słodycz jakby kwiatowego nektaru. Oczami wyobraźni widziałam też kwiaty pokryte rosą, nektar z nich wydobywany przez pszczoły, spływający (taak, obrazy w głowie z filmów przyrodniczych)... Roztoczyły słodką rześkość. Były bardzo lekkie.

To jakby pod nimi zaczęła kumulować się i rosnąć słodycz nieco cięższa, intensywniejsza. Pomyślałam o bananach. Jako nieco rozrzedzonym nektarze bananowym? Albo maślanym puddingu bananowym lub czymś takim, nie czysto bananowym?

Szybko pojawiła się też gorzkość, która wydawała się wkradać w słodycz od środka - poprzez szczyptę cynamonu. Szybko jednak skierowała się w innym kierunku. Także zawarła w sobie soczystość, wilgoć. Oczami wyobraźni zobaczyłam trochę czarnej, wilgotnej ziemi. Z łatwością przywołała więcej gorzkości, której moc rosła odważnie. Poczułam palone drewno orzechowe. Ani nie jakoś specjalnie mocno palone, ani szczególnie orzechowe, ale... jednak. Dzięki temu czekoladowość wydawała się nieskończona.

Goryczka sprawiła, że w słodko-cięższej strefie też zagościło trochę paloności i wyłoniła karmel. Słodki, intensywny, ale nie męczący, bo z palonym charakterem karmel sprawił, że banany też się odważyły i wyszły niemal na pierwszy plan. Były to owoce zacnie dojrzałe i bardzo, bardzo soczyste. Świeże surowe banany przegoniły mniej zdecydowany "nektar czy coś". Odrobinka kwiatów i nektaru kwiatowego z kolei trzymały się z tyłu, niczym echo... zmieniające lekki kwiatowy nektar w jasny, bardzo słodki miód. Aż lekko ocieplił gardło, a ja pomyślałam też o jakimś kremie czekoladowym, ale zrobionym głównie na bananach.

Ogólna dość wysoka słodycz mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa podkreśliła orzechowość. Drewno nieco się zagubiło, zostawiając ją właśnie - jako orzechy laskowe. Niektóre wciąż z palonym akcentem, inne niekoniecznie. Rozprowadziły pewną łagodność i naturalną słodycz oraz maślaność. Krem czekoladowy zmienił się w czekoladowy krem bananowo-orzechowy. "Ocieplająco" drapiący miód przywrócił odrobinę właśnie ciepłego cynamonu. Oczami wyobraźni zobaczyłam więc orzechy laskowe w cynamonie.

Banany zmieszały się z czarną, wilgotną ziemią. Duet ten był wszechobecny i rządził kompozycją. Z czasem jednak gorzkość, wzmocniona paloną nutą, wyprzedziła nieco banany. Pokazała się w pełni. Na ziemię nadciągnął szary, również gorzki dym.

Owocowość nie była wówczas specjalnie mocna. Banany wciąż czułam, ale ich soczystość podkreślił owoc czerwony... Chyba słodki granat. Subtelnie zasugerował odrobinkę czerwonego wina, acz nic mocniejszego z tych wątków się nie rozwinęło. Trochę przykryły je kwiaty - raczej białe, na pewno wilgotne i lekkie, mimo że także związane ze słodyczą. Znowu pomyślałam o jasnym, złocistym miodzie bardzo kwiatowym, który zmotywował banany do działania - znów to one pomknęły przodem.

A lekkość przysposobił dym. Zrobił się lżejszy, acz wciąż gorzki. Pod wpływem soczystości zdobył się na bardziej wędzony akcent, a ja wyobraziłam sobie odymiono-podwędzone, nieco już mniej jednoznaczne orzechy laskowe, może też migdały i... jakby kwiatowo-cynamonowy dym kadzidlany? 

Pod koniec ziemia uciekła, a goryczkę zostawiła dymowi i cynamonowi, który na stałe splótł się z kwiatami i bananami. Ich soczystość, mimo niemal ciężkiej słodyczy, jeszcze wzrosła, acz kryło się za nią jeszcze coś... jakby bardziej soczyste, surowe orzechy? 

Po zjedzeniu został posmak głównie orzechów laskowych obtaczanych w kakao i cynamonie, ale też wysokiej słodyczy bananów i miodu, kakao i cynamonem splecionych z gorzkością paloną - już nie tak samego dymu co właśnie paloną. Przygrywały im kwiaty. Znów wyłoniła się ziemia i sugestia granatu jako nieco cierpki akcent.

Całość była wprost przepyszna. Wysoka słodycz bananów, kwiatów i miodu zawarła w sobie soczystość i kwiatową lekkość, dzięki czemu aż tak nie męczyła. Do tego przecież gorzkość była cudownie głęboka i wysoka. Ziemia, potem paloność i dym - paloność nieprzepalona, a i tak wyraźna bardzo mi się podobała, że tak jedynie poprzez inne wątki się manifestowała. Odrobinka orzechów laskowych i cynamonu także zacnie się wpisały w ogół.
Mój jedyny zarzut co do niej, to że w drugiej połowie rozpływania się kęsa nuty tak gnały przed siebie, że aż nakładały się na siebie i trudno je wszystkie doskonale poczuć tak długo, jak bym chciała. Mogłaby więc rozpływać się jeszcze wolniej, by się tak na siebie nie pchały.


ocena: 10/10
cena: 41,19 zł (za 100g)
kaloryczność: 524 kcal / 100 g
czy znów kupię: chciałabym

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy