Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fjak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fjak. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 czerwca 2025

Fjak Cocoa Explorers Limited Edition Origins Belize Trio Reserve Microlot Dark Chocolate 70 % ciemna z Belize

W zasadzie nie sądziłam, że po tę czekoladę sięgnę aż tak szybko. Przy..... przypomniałam jednak sobie o niej i chciałam sprawdzić, czy może inna bardzo limitowana tabliczka tej marki chwyci mnie bardziej. Otóż ostatnio Fjak jakoś podchodzą mi coraz mniej. Wydają się zwyczajnie smaczne, co po zachwytach pierwszymi próbowanymi tej marki trochę mnie smuciło. Przyzwyczaiłam się bowiem, że to czekolady na maksymalne oceny. Jako że Belize to dobrze mi znany i uwielbiany przeze mnie region, liczyłam na dziesiątkę. Chociaż... To tutaj mogło mnie zaskoczyć. Dziś przedstawianą tabliczkę zrobiono z kakao Trio Reserve Microlot ze zbiorów w 2020 roku od Uncommon Cacao. Producent zdobył ziarna z rezerwatu North Forest Reserve Maya Mountain w sercu dżungli Toledo. Ponoć serca wszystkich w Fjak podbiła oszałamiająca jakość. I cóż... Stworzono jedynie 1000 tabliczek (co jest chyba standardem w ich względnie nowej linii "Cocoa Explorers"). Jakie to szczęście, że jedną udało mi się zdobyć. Już odbiegając od tego, czy mnie też tak w sobie rozkocha - po prostu cieszę się z czegoś tak niepowtarzalnego i rzadkiego. 

Fjak Cocoa Explorers Limited Edition Origins Belize Trio Reserve Microlot Dark Chocolate 70% to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Trio Reserve z Belize, z dystryktu Toledo, z rezerwatu Maya Mountain North Forest; mikropartia / edycja limitowana z linii "Cocoa Explorers".

Po otwarciu poczułam delikatny zapach słodkiej drożdżowej bułki i kwaskawych rodzynek w rumie. A także... jakiegoś kokosowo-śmietankowego drinka, acz z przygłuszoną alkoholowością? Do śmietanki podkradał się bardziej kwaskawy kefir ze względu na obecny lekko cytrusowy akcent. Przemknęła lekka soczystość jakiś słodkich owoców chyba czerwonych. Do drożdżówki dolatywał cukier puder, przypieczętowując ogólnie raczej słodki wydźwięk.

Twarda tabliczka trzaskała przy łamaniu średnio głośno, ale bardzo chrupko. Miejscami głośniej, miejscami ciszej. W przekroju wyglądała na ziarnistą.
W ustach rozpływała się powoli i trochę leniwie. Kształt zachowywała bardzo długo, z tym że miękła. Odznaczała się tłustawo-lepkawą kremowością, którą równoważyła marginalna pylistość. Wydała mi się syta i trochę maślana, a do tego nieco chropowata. Z czasem poczułam nawet lekką soczystość, a po zniknięciu lekką cierpkość.

W smaku przywitała mnie znacząca słodycz cukru pudru. Cukier puder osiadł na... drożdżówce? Łagodnej, acz mocno wypieczonej i niewątpliwie też słodkiej samej z siebie, nie tylko od pudru na wierzchu.

Zwróciłam uwagę na drożdżowy motyw; właśnie drożdże... Acz zaraz uwagę od nich spróbował odciągnąć karmel, który przemknął w oddali.

Drożdżówka zdawała się kryć rodzynki... Długo nie wytrzymały w takim układzie, bo wyłoniły się jako rodzynki w rumie. On im pomógł. Sam też się nieźle wyeksponował jako rum, choć mało alkoholowy i łagodniejszy. Biały? Tu czułam jego bardziej słodki smak, i w dodatku jakby bez alkoholowości.

Karmel przycichł, a w tle pojawiły się owoce. Wciąż więc słodycz była nie tylko na pierwszym planie (drożdżówka z cukrem pudrem), ale i w tle. Wydały mi się mocno pudrowe i chyba czerwone. Soczystość rosła, ale powoli. Do zwykłych rodzynek dołączyły... żółte odmiany Golden? Specyficznie kwaskawe, lekko podkręcone cytrusową nutą. Zmotywowały trochę czerwone owoce do działania i do głowy przyszedł mi granat, ale to luźna, chwilowa myśl. Kwaśność ogólna trzymała się bardzo niskiego poziomu. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wydawała się dosłodzona... niczym kandyzowane, duszone w rumie cytrusy... cytryny?

Z czasem rum i kwasek zaczęła jeszcze bardziej łagodzić śmietanka. Słodka śmietankowość. Pomyślałam o jakiejś mocno zmodyfikowanej wersji drinka malibu, w której ananasa zastąpiono cytrusami i... morelami? Więcej owoców i w śmietance na moment obudziło drobniutki kwasek... Może to bardziej kefir? Potem jednak zrobiło się już mlecznie i łagodnie.

Kokos wpuścił łagodny motyw orzechowo-kokosowy jakiegoś... kremu? Miazgi z kokosa wymieszanej z pastą fistaszkową? Kokosa podbiła lekka gorzkość. Przemknął palony kokos, po czym gorzkość wycofała się na tyły.

Kwaśniejsze rodzynki podkręciły nutkę moreli, by zaraz same skupić na sobie więcej uwagi. Zostały tylko zwykłe rodzynki i zrobiły się goryczkowate w soczysty sposób? Kwasek zaś oddały subtelnym cytrusom, ale i one nie utrzymały go długo, bo w większości zatonął w duecie mleka ze śmietanką i słodkiej bułeczce.

A to zaś przypomniało o drożdżowości. O drożdżówce, ale tym razem... z morelami? Jakby krem orzechowy (już bez kokosa) rozsmarowano na drożdżówce. Jakby... aby ukryć, że wypieczono ją nieco za mocno? Do głowy przyszła mi mocno przypieczona "skórka" ze słodkiego wypieku, którą można wręcz zerwać. Drożdże czułam bardzo wyraźnie, choć przeplótł je tym razem ciemny, goryczkowaty rum o karmelowym echu.

Po zjedzeniu został posmak cytrusów jakby lekko kandyzowanych czy duszonych w ciemnym rumie, może z karmelowym echem. Czułam do tego rodzynki z pewną cierpkością (rodzynek Golden?), a także cierpkie echo czerwonych owoców, ale trochę wygłaskane motywem wypieku i nabiału.

Czekolada smakowała mi, ale nie zachwyciła tak, jak na to liczyłam. Drożdżówka z cukrem pudrem i rodzynkami, za którymi podążał karmel i rum, a do tego wyraźnie zaznaczone drożdże były ciekawe, acz wpisane w mocno słodkie realia. Gorzkości czułam niedosyt. Kwaśność niby była, ale... jakby chciała się porządnie odezwać, a nie mogła. Wolałabym jednak, by wyczuwalne owoce, a więc czerwone, chyba granat, cytrusy oraz morele odważniej szły w soczystość. Motyw kokosowo-orzechowy też mógłby bardziej się rozwinąć. Nabiał był mało jednoznaczny, ale w sumie taki pasował.

Beskid Chocolate Belize Peini Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao była o wiele bardziej owocowa i to cudnie uzasadniło jej słodycz. Tez czułam akcenty granatu, nabiału, karmel i słodki wypiek (ciastka), ale nie były bardzo podobne.
Żółte owoce i cytrusy czułam w Soar 80 % Belize Dark Chocolate.


ocena: 7/10
cena: 8.95 € (za 60g; około 39 zł)
kaloryczność: 559 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 26 maja 2025

Fjak Cocoa Explorers Limited Edition Origins Thailand Phetchabun Microlot Dark Chocolate 70 % ciemna z Tajlandii

Gdy zobaczyłam tę czekoladę, bardzo, bardzo się na nią nakręciłam, jednak po tym, jak otrzymałam przesyłkę, położyłam na dno szuflady i... jakoś o niej nie myślałam. Gdy znów miałam okazję zakupić czekoladę z tajlandzkiego kakao, znowu mocno się nakręciłam. Paradai Nakhon Si Thammarat 75 % Dark Chocolate zrobiła na mnie przeogromne wrażenie i... wtedy przypomniałam sobie o dziś przedstawianej. Przygotowując posta pod recenzję, trafiłam nawet na czekoladę o zawartości 85% tajlandzkiego kakao tej marki, na którą w ogóle rozbłysły mi oczy... Niestety, gdy wybierałam, co kupić, była tylko ta dziś przedstawiana. Przy niej dowiedziałam się o istnieniu linii Cocoa Explorers, w ramach której twórcy marki co jakiś czas wyszukują ciekawe kakao i eksperymentują z nim.
A jednak nie powinnam narzekać, bo to, co trafiło do mnie, było bardzo niezwykłe - to bowiem mikropartia. Takich tabliczek wyprodukowano tylko 1000. Agur i Siv, właściciele marki Fjak, podczas swojej wizyty w Thai Cacao w południowo-wschodniej Tajlandii poznali plantatorów kakao z prowincji Phetchabun na północy tego kraju. Kupili 70 kg ziaren, by już w Norwegii móc stworzyć z tego czekolady. Byłam bardzo ciekawa efektu.

Fjak Cocoa Explorers Limited Edition Origins Thailand Phetchabun Microlot Dark Chocolate70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Tajlandii, z prowincji Phetchabun; mikropartia / edycja limitowana z linii "Cocoa Explorers".

Po otwarciu poczułam kwaśne truskawki wchodzące w skład gęstego smoothie, koktajlu owocowo-mlecznego. Z dodatkiem jogurtu? Opierał się na pewno na słodkich bananach. Zapewniły wysoką słodycz, choć i kwasku nie brakowało. Truskawkową kwaśność podkręciła egzotyczność - pierwsza do głowy przyszły mi jakaś nieco inna cytryna, ale potem chyba bardziej wyłonił się ananas. Całość trochę wygłaskała nutka orzechów i marginalna maślaność. Tak całkiem łagodnie jednak nie było - w oddali doszukałam się czegoś roślinnie-ziołowego, wytrawniejszego... kolendry-zioła?

Tabliczka była twarda, a przy łamaniu trzaskała średnio głośno w chrupki sposób. Przekrój zdradzał ziarnistość.
W ustach rozpływała wolno i długo zachowywała zbity kształt. Trochę miękła, wykazując kremowość, a z czasem odrobinę soczystości. Była tłusta w maślany sposób, dość syta. Wydawała się nie dzielić swoją ukrytą gęstością. Czuć za to chropowatość.

W smaku przywitała mnie dla odmiany bardzo słodka truskawka. Truskawki mieszały się z bananami, a owocowa słodycz szybko i znacząco rosła.

Trochę jednak powstrzymało ją mleko. Niby też słodkawe, ale jednak ostrożniej. Pomyślałam o mleczno-owocowym, jasnoróżowym smoothie bananowo-truskawkowym. Chyba dodano do niego odrobinę jogurtu dla podkręcenia kwasku.

Wydało mi się, że słodycz pójdzie w bardziej topornym kierunku - przez parę sekund myśli obracały się wokół jogurtowo-truskawkowych cukierków (twarde dwukolorowe - zgooglałam, np. Jedności Karmelli).

Ale na szczęście właśnie przez jogurt wkradł się leciutki kwasek owoców... Cytryny? Coś tam czułam za mało kwaśnego, a za bardzo na nią egzotycznego... Ananas? Po chwili trochę się umocnił, acz i tak był trudny do uchwycenia.

Gorzkość subtelnie zaznaczyła swoją obecność w tle. Ogólnie była niska, acz zaczęła trochę rosnąć.

Dojrzałe banany chwilami wydawały się wyrywać na przód, ale nie rządziły się za bardzo. Ogólnie one i truskawki stały raczej na jednym poziomie. Truskawki tylko... jakoś tak czasem pokazywały się z różnych stron; banany były stabilne i konsekwentne. W pewnej chwili truskawki zaczęły mieszać się z egzotyką... a mi przez myśl przemknęła marakuja. Kwaśność minimalnie wzrosła.
W kwaskawo-jogurtowej części przemknął mi... nabiał kozi?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mleczny wątek mieszał się z maślanością, jakby przygotowując grunt pod... Orzechy? Poczułam niedookreśloną orzechowość i słodkie migdały. Łagodne, a więc na pewno blanszowane.

A owocowy, głównie słodki splot bananów, truskawek z egzotyczniejszymi, kwaskawymi wtrąceniami ananasa i marakui trwał w najlepsze. Wszystko inne działo się jakby tuż za nim.

Gorzkość kontrastowo do nich wysunęła trochę ziemistości. Wyobraziłam sobie dawno już ścięte drewno, trochę suche bale leżące na ziemi.

Gorzkość podbudowała też odrobinka palonej nuty. W tym czasie, banany znów akurat jakoś mocniej zaakcentowane na przodzie z miękkich, dojrzałych bananów świeżo-surowych zmieniły się na moment w chipsy bananowe z podkręconą słodyczą. Za sprawą gorzkości pojawił się tu karmel, acz właśnie złączony z bananami.

Ogólna soczystość jednak i tak trwała. Znalazła się nawet przy gorzkości, dodając jej... może nie tyle soczystego echa, co rześkości, świeżości. Pewien wręcz kwaskawo-kłujący aspekt marakui zmienił się w kłująco, słodko-ostrawe goździki i świeże listki kolendry. Acz po chwili jednak zatonęły w owocowej soczystości.

Końcowo truskawki doskoczyły do bananów, przywracając im wydźwięk świeżych, miękkich dojrzałych bananów po prostu, same przygarnęły słodycz i wyszło to jako słodziutki, ale i lekko kwaskawy od pojedynczych mniej dojrzałych truskawek, koktajl owocowy.

Po zjedzeniu został posmak bananów czy wręcz bananowego mleka z orzechowo-migdałowym echem. Soczystość wyszła truskawkowo-egzotycznie i trochę... świeżo-ziołowo jak kolendra, mieszająca się z ziemią? Ogólna słodycz była bardzo wysoka, ale mocno owocowa. Kwasku znalazło się na koniec, w posmaku, trochę.

Czekolada smakowała mi, choć wolałabym wyższą gorzkość - szkoda, że nuty ziemiste i ziołowe bardziej się nie rozwinęły. Ogrom truskawek i bananów, smoothie z nich zrobionego, a podkręconego ananasem i marakują był zacny, słodko-kwaśny. Trochę blanszowanych migdałów, mleczne elementy i karmelizowane chipsy bananowe ciekawie się przy nich przewijały. Wszystko to jednak miało bardzo łagodny ton. Myślę, że to kakao świetnie by wyszło przy wyższej zawartości w czekoladzie. Trochę się wahałam, co jej wystawić, chwilami przez łagodność myślałam, że może 7, ale... jakoś się obroniła - przedstawionym nutom w sumie łagodność pasuje.

Drewno i zioła czułam też w Paradai Nakhon Si Thammarat 75 % Dark Chocolate. W niej jednak było więcej kwaśnych owoców, np. dużo wiśni. Dziś przedstawiana wyszła bardziej słodko. Gorzkości brakowało mi i w podlinkowanej, ale była tak bogata w nuty ogólnie, że... brakowało mi jej jakoś mniej.


ocena: 8/10
cena: 8.95 € (za 60g; około 39 zł)
kaloryczność: 559 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

sobota, 8 stycznia 2022

Fjak Sjokolade Nordic Collection 45% Melk Brunost / Milk & Brown Cheese mleczna 45 % z Haiti z kozim serem i solą morską

Jak najpierw zachwyciłam się marką Fjak za sprawą 68 % Mork India, tak później czekały mnie już same rozczarowania. Szkoda. I tak jednak mlecznych czy tych z dodatkaminie miałam zamiaru próbować. Skusiłam się na dzisiaj przedstawianą tylko dlatego, że ciekawią mnie regionalne smaki, a ta właśnie taka była. Pochodzi z nordyckiej linii, która właśnie prezentuje norweskie przysmaki. Lubię niecodzienne połączenie czekolady i sera (tylko jako tabliczki z serem - jedzenia tak nie łączę), ale właśnie też dość regionalna, acz polska oscypkowa Beskid mnie zawiodła. Liczyłam, że skandynawska opcja jakoś nasyci moją ochotę na czekoladę z serem. Dopiero parę dni przed degustacją poczytałam (a dokładniej przypominając sobie, bo jak się okazało, lata temu już o tym serze czytałam), że dodany ser to brązowy kozi Brunost - charakterystyczny dla Skandynawii. Do produkcji tej czekolady użyto wyrobu mleczarni Undredal Stølsysteri ze wsi Undredal (leży ona wzdłuż fiordu Aurlandsfjorde). W procesie wytwarzania tego sera dochodzi do krystalizacji laktozy, co odpowiada za to, iż ser przypomina karmel. Ponoć i z wyglądu, i smaku. Trochę szkoda, bo liczyłam na wytrawny ser (lubię wytrawne albo nasz biały, czysty twaróg), ale to już mój błąd... Poza tym - w sumie i tak chciałam poznać ten ser.
Kakao do tej czekolady zakupiono od kooperatywy PISA.

Fjak Sjokolade Nordic Collection 45% Melk Brunost / Milk & Brown Cheese to mleczna czekolada o zawartości 45% kakao z Haiti, z okolic miasta Cap-Haïtien z brązowym serem kozim Brunost i solą morską.

Po otwarciu poczułam delikatny, słodki zapach o głęboko mlecznej podstawie. Mieszały się w niej śmietankowe, niemal twarożkowe akcenty. Słodycz odebrałam jako należącą do śmietankowo-maślanego, łagodnego karmelu... wręcz toffi. Oblekało siankowo-orzechowy, bardzo naturalny wątek, który przybrał na znaczeniu po przełamaniu i w trakcie jedzenia. Wtedy też zdarzyło się pomyśleć o tej kompozycji jako o maślano-krówkowej.

W dotyku tabliczka zdradziła tłustość, acz łamała się z lekkim pykanio-trzaskaniem. Była twardawa, a jednocześnie krucha. W proszkowym przekroju widać beżowo-złoty ser w ilości niedużej, co jest złudne (zakamuflował się, w czym pomógł mu w istocie brązowy kolor - tak, wyjęłam z ust, by sprawdzić; wydaje mi się, że kawałki poprzybierały różne odcienie od złota do brązu - 50 twarzy sera normalnie!).
W ustach czekolada rozpływała się raczej powoli, ale z ochotą. Cechowała ją wysoka, śmietankowo-maślana tłustość. Miękła, udając aksamit i gęsto zalepiała usta. Powoli odsłaniała integralnie rozpływającą się sól oraz kawałki sera, którym została sowicie wypełniona. Były głównie mikroskopijne, choć i parę większych, też pojedynczych słupków się zdarzyło. Nie da się zrobić kęsa, by na drobniutkie grudki nie trafić. Odbiegając od nich, czekolada była chyba niemal idealnie gładko-maślana (choć przez nie nie mogę stwierdzić z całą pewnością; wydaje mi się też, że gdyby nie one, rozpływała by się szybciej, więc jestem bardzo z nich rada).
Zdarzyło mi się w trakcie rozpływania się czekolady nadgryźć któryś z jedynie początkowo twardawych kawałeczków sera, jednak wolałam większość zostawić, aż czekolada zniknęła. Dały się poznać jako dość kruche jak suchszo-kruche krówki. Podsysane rozpływały się jak to... fuzja kruchej, grudkowej krówki z domieszką suchawo-kremowego, średnio tłustawego sera (jak cheddary?). Trochę rozpływały się wraz z czekoladą, ale sporo jako przyjaźnie rzężące grudki zostało po niej. Rozgryzanie ich przypominało rozgryzanie grudek krówek lub takich kryształków z niektórych twardych serów. Jedząc... doszłam do wniosku, że tabliczka całościowo kojarzy się z serem gładko-tłustym, kremowo-maślanym, a wypełnionym rzężącymi grudko-kryształkami.

Czekolada przywitała się niebezpiecznie wysoką słodyczą delikatnego karmelu i jasnego miodu. Może to leciutko karmelizowany miód? Tak jednak minimalnie, że aż podchodzący pod toffi. Słodycz rosła bez kompromisów.

W tym czasie polała się maślano-mleczna fala. Była naturalna, niemal sielska i wiejska. Pełne mleko wydało mi się aż śmietankowe, trochę siankowe i... ze słonawą sugestią. Odnotowałam kozią nutę. Wydaje mi się, że czekolada stworzyła iluzję koziego mleka, co podkręcił dodatek, którym przesiąkła.

Baza przejawiała wysoką maślaność, chwilami wydając się maślano-orzechową jak bardzo słodki nugat z pudrową słodyczą (cukru pudru, ale jakby lekko karmelizowanego?). Słodycz cały czas rosła bez oporów. Prędko zaznaczyła swoją obecność w gardle, ale na szczęście także palenie się nasilało. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o solonym karmelu i... może orzechach karmelizowanych w miodzie i soli...? Maślano-karmelowym popcornie! Zdecydowanie słonym; to podkreśliła cierpkawość, wplatająca... kozi akcent? Zahaczający o krówkę? Tak! Nugat zmienił się w kruche, rozpadające się na grudki i zasładzające krówki.

Smaki słonawo-karmelowy i kozi z czasem wyszły niemal na przód. Czułam przy nich lekką cierpkość, podkreślającą kakao, choć była ewidentnie koziego pochodzenia. W splocie tym doszukałam się kwasku twarożkowego... aż soczystego? Soczystego sera? 

Bliżej końca czekolada wydała mi się jeszcze bardziej i bardziej słodka: toffi, miodowo-karmelowe sploty wciągnęły krówkę. Maślano-mleczna całość, serowo-śmietankowa nutka jakby podsyciły jej... cukrowy i trochę wilgotny element. Ten wątek poniekąd kontynuował ser. Wydaje mi się, że na zasadzie kontrastu chwilami wyraźnie pojawiająca się sól, podbiła słodycz całości.

Ser rozpuszczając się z czekoladą pod koniec zdradzał lekką, maślaną karmelowość i słoność. Przy nim kwaskawo-kozia mgiełka była łatwiejsza do wyłapania. Nie zapomniał o mleczności, w tym koziej. Gryziony wyszedł mniej słodko, a bardziej neutralnie. Właśnie łagodnie mlecznie kozi mi się wydał. Chwilami jednak wystąpił w towarzystwie dość mocnej słoności (pewnie zależy, jak się kawałki rozłożyły). Dopiero potem z nutką soczystszą, cierpkawą i... trochę serowo kozią.

Po zjedzeniu został posmak karmelowej, mocno maślanej czekolady z wyraźnym, acz nienachalnym kozim motywem. Czułam ser... zmieszany solą z karmelem, maślano-karmelowy popcorn; ser... twarogowo-cheddarowy, powiedziałabym. Przez kontrast było mi też po prostu za słodko. W zasadzie już dwie-trzy kostki bardzo mnie zasłodziły, acz zjadłam więcej, "bo droga i ciekawostkowa".

Całość wydała mi się w miarę ciekawa (trochę jak krówkowa tabliczka?) i "ostrożna", całkiem smaczna. "W miarę", bo jednak... idzie się z nią tak "obyć", że staje się nudna (a przynajmniej niewarta ceny), a bez rewelacji, ochów i achów. Kozia, ale dałabym sobie wmówić, że nic koziego w niej nie było, a że to tylko taka "naturalność ciemnych mlecznych". Przesadzona słodycz mimo że krówkowo-karmelowa, męczyła mnie. Motyw solonego karmelu idealnie tu pasował (więc za nic soli bym się nie pozbyła), ale jakoś jej nie zneutralizował. Cierpkawa, serowo-twarożkowa wydała mi się jednak zaskakująco łagodna jak na kozio-serową kompozycję. Żałuję też, że była aż tak maślana, jednak... Ta bazowa maślaność też w pewien sposób budowała sielsko-krówkowy klimat (ekhem... kozy, krowy - dobrze, że bydła nie narobiły). W sumie nie wiem, czy w ciemno powiedziałabym, że jest z serem - mooże bym nieśmiało myślała. Niby dla mnie za słodka i za tłusta, ale jako ciekawostka do zjedzenia... choć pod koniec już męcząc słodyczą (i nudą?), przez co pasek powędrował do Mamy (początkowo założyłam, że np. zostawię jej kostkę, bo chciałam nabrać, że to czekolada z krówką czy coś; słodycz jednak mnie zmogła i znudziła). Obstawiam, że ten ser już taki jest: słodko-karmelowy, więc pewnie nie miał szans wyjść inaczej, ale całość była zdecydowanie za słodka. Może lepiej by wyszła mniej słodka, a bardziej mleczna i z większą ilością kakao? Albo... z porządniejszymi kawałkami sera? By serowość aż tak nie ulatywała?
Mama orzekła: "Faktycznie słodka, w sumie nawet dla mnie. Chwilami tak coś czułam, ale nie mogłam złapać. Toffi, krówka? Chyba toffi jednak bardziej. Nie wiem jednak, co dziwnego zostawało na koniec. Jakby taka delikatniutka sól? Solony karmel? Niepotrzebna tam ta sól, bo tak to całość smaczna". Gdy jej powiedziałam, że to ser kozi, odpowiedziała, że za nic w świecie by nie zgadła. 


ocena: 6/10
cena: 49 zł (za 53 g - cena półkowa)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

 Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, brązowy ser kozi, sól morska

sobota, 1 stycznia 2022

Fjak Sjokolade 70 % Mork Madagaskar ciemna z Madagaskaru

Tak jak pisałam przy pierwszej spróbowanej czekoladzie Fjak 68 % Mork India bardzo, bardzo zainteresowała mnie właśnie ta, dzisiaj opisywana. Otóż tę tabliczkę stworzyli z kakao z plantacji Bejofo należącej do Akessona, jednego z moich ulubionych twórców czekolad. A dodając całą norweską otoczkę... Bardzo mnie ciekawiła. Ostatnio w ogóle zauważyłam u siebie nowe zboczenie - mam słabość do testowania, jak w robieniu czekolad sprawdzają się poszczególne kraje (ale oczywiście nie wolno porzucać zdrowego rozsądku - należy pamiętać, że jako Polska mamy i znakomity Beskid, i cotomabyć Wawel, a np. Litwa i pyszne Jordi's, i tragiczne Pergale).
Tutaj dodam, że "fjak" z norweska znaczy "szczery, sympatyczny" - właśnie to cechy są cenione przez twórców, którzy wszystko sami robią w malutkiej fabryce. To... sympatyczne.

Fjak Sjokolade 70 % Mork Madagaskar / Dark Madagascar to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Madagaskaru z regionu doliny Sambirano, okolic miasta Ambanja, zakupionego z plantacji Åkesons Befojo.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, zapach wydał mi się delikatny - potrzebował chwili, by się roznieść i w trakcie degustacji aż nie mogłam się nadziwić jego intensywności. Należał głównie do słodko-goryczkowatych pomarańczy, mocno otulonych swoimi białymi kwiatami. O kwasku przypominała delikatna wiśnia, biegnąca w ziemistym kierunku, który... mocniej brzmiał jako raz po raz przewijająca się czarna, fusiasta herbata. Suszone fusy dokładniej. A że soczystości jej goryczce nie brakowało, przyszedł do głowy grejpfrut... ale słodki niemal miodowo, stąd z czasem coraz więcej myślałam o syropie malinowym... właśnie z malin i miodu, choć także drobną cierpkością.

Tabliczka łamała się z głośn...awym trzaskiem, będąc bardzo twardą. W sumie jak na taką twardość i ziarnistość przekroju trzask nie był spodziewanie głośny,
W ustach rozpływała się powoli, bezproblemowo, ale przeciętnie, gdy o przyjemność chodzi. Od początku do końca pozostawała dość zbita. Nieco tylko miękła na aksamitny krem, upuszczając leciutki, rzadki sok zupełnie pozbawiony jakiejkolwiek gęstości czy esencjonalności.

Od pierwszej chwili uderzyła wysoka, aż przerażająca słodycz jasnego miodu. Miodu niemal przezroczystego jak... rozpuszczony cukier? Oczami wyobraźni zarejestrowałam biel cukru, szybko zasłoniętą bielą kwiatów. Także one były słodkie... Słodko-cytrusowe jak... dość suche mandarynki...? A potem mandarynki na soczystości przybierające. Słodycz oplotła całą kompozycję, ale reflektując się. Wróciła do miodu. Pomyślałam o miodzie pomarańczowym, a zaraz i o samych słodkich pomarańczach. Czułam też ciągle sporo mandarynek - słodziutkich i uroczych.

Pomarańcze to oczywiście także bardziej gorzkawe skórki, które zaprosiły trochę przymglonego (kwiatami?) grejpfruta. Również był słodki, dojrzały i średnio soczysty, wyraźnie ze smakowitą goryczką, cierpkością. 

Goryczka po paru chwilach rozepchnęła się nieco na pierwszym planie. Odnotowałam motyw białych leków, tabletek. Wyszły gorzko, ale delikatnie. Zaraz podłapały to gorzkawe zioła. Zrobiło się nieco naturalnie aptecznie, jak w zielarni i... nagle zagrzmiały herbaty. Najróżniejsze, ale wszystkie liściaste. Suszone fusy herbat czarnych, czerwonych smyrających ziemistość / muł. To też herbaty... parzące się? Herbata dominowała przez jakiś czas, zupełnie zalewając i zasypując ziołowość. Musiała to być m.in. herbata z dojrzałym grejpfrutem. Wszystko to jednak trochę wygładzała "biała słodycz" kwiatów (?).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w tle od czerwonego grejpfruta odeszła nutka czerwonych owoców po prostu. I one trafiły na barierę słoczy, która otaczała gorzkawe herbaty jak ozon Ziemię. Pojawił się cierpkawy, ale i bardzo słodki syrop malinowy. Miał miodowe podszycie, ale soczystości mu nie brak. W pewnej chwili pomyślałam o jedynie słodkiej wiśni (bez kwasku, cierpkości), choć... o bardziej egzotycznym charakterze. I słodszym, bo miodowa nuta robiła za dosłownie miodzik.

Słodycz z tła poprzez cierpkawość czerwonych owoców - malinowego syropu i grejpfruta z pomarańczą - wkradła się w bazę czekolady. Jeszcze przez pewien czas czułam ziołową ostrawość, a owoce zaczęły się zmieniać. Charakterniejsze cytrusy przeszły w mandarynkę. Wciąż nieco... "wibrująco" soczyste (po ang. jest na np. cytrusy określenie "vibrant" - świetnie pasuje, ale nie bardzo umiem to przełożyć na polski)? Kompozycja zaczęła łagodnieć. Poczułam rosnącą maślaność, która stonowała  i złagodziła herbaty, by następnie zaserwować mi smak miodowego, jasnego biszkoptu. Goryczka herbat czerwono-czarnych zmieniła się w kwiaty. Najpierw jako bardziej kwiatowe napary, potem już tylko kwiaty. W głowie miałam kwiaty cytrusowe z drobną goryczką w tle. Były to kwiaty bardziej świeże, ozdabiające drzewa.

Końcówka jeszcze bardziej się osłodziła, aż drapiąc leciutko w gardle. Robił to kwiatowo-cytrusowy miód, a jednak... podtrzymał też cierpkość. Wydała mi się nawet... ostra? Skojarzyła się z cierpką, ziemistą herbatą i wręcz kawą. Goryczka dzielnie walczyła z biszkoptowo-miodową bazą.

W posmaku została herbaciano-fusiasta goryczka, kwiaty i cytrusowy akcent... grejpfruta, pomarańczy ale już jako nasączenie przesłodzonego, miodowego biszkoptu (cytrusowego). Doszukałam się w tym nawet lekkiej ostrości... mieszanki ziół i słodyczy? Mimo rześkości owoców, przytłaczała mnie ciężkawa słodycz i maślaność tego.

Całość aspirowała do obłędnej, niestety jednak wyszła za słodko - aż kontrastwo topornie i delikatnie. Zastrzeżenia mam też do konsystencji, która jakoś nie pasowała. Taka bazowo zbita, a soczyście-rzadka pasowałaby do o wiele soczystszego, rześkiego smaku. 
Mandarynko-pomarańcze i grejpfruty, syrop malinowy i lekka egzotyka z ziołowo-fusiastymi, wyrazistymi herbatami, kwiatami i miodem to miły splot, gdyby tylko ten miód aż tak nie napastował reszty. I żeby nie pojawiało się zbyt wiele słodko-łagodzących elementów. Jej słodycz już po jakiś 4 kostkach zaczęła nudzić i nużyć. Oczywiście i tak zjadłam do końca, ale cieszę się, że marka nie robi większych tabliczek - mogłaby być problematyczna. I choć najpierw myślałam, że wystawię mimo wszystko 8, tak po skończeniu wiedziałam, że nie zasłużyła. Niby smaczna, ale zupełnie bez polotu, bez madagaskarskiego życia (a po takim kakao, kupując spodziewałam się, że będzie 10...). Coś w tej przygłuszającej nuty słodyczy Fjak, co mi nie odpowiada.

Czuć podobieństwo do - wprawdzie bardziej kawowego, a nie herbacianego - słodko-cytrusowego, miodowego i czerwono owocowego (we wspomnianym czereśnie i truskawki) Akesson's 75 % Criollo Cocoa Madagascar Ambolikapiky Plantation, tylko że... Podlinkowany o wiele lepiej wszystko wyważył i zgrał. Fjak wydała mi się chwilami niespójna, a jednocześnie... słodko-nieśmiała. W momencie gdy Akesson's to głębia i wyrazistość. Nietypowy Madagaskar; wiem, że w ciemno regionu dzisiaj opisywanej za nic bym nie zgadła (co samo w sobie nie jest ani plusem, ani minusem). 


ocena: 7/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £6.95 (za 53g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 25 listopada 2021

Fjak Sjokolade 70 % Mork Tanzania ciemna z Tanzanii

Jakiś czas po surowej Raaka 100 % zupełnie nieświadomie zaczęłam wracać myślami do dzisiaj przedstawianej. Gdy sobie uzmysłowiłam, że w głowie na dobre rozgościła mi się czekolada właśnie z tym samym krajem kakao, ucieszyłam się - zawsze to kolejna możliwość porównania. Prawda jest jednak taka (chcąc być jeszcze precyzyjniejszą czuję potrzebę dodania tego), że od zakupienia systematycznie wracałam myślami do tych czekolad jedynej, a przynajmniej ogólnie bardziej znanej, manufaktury bean-to-bar z Norwegii. W sumie nic o niej nie wiem, słyszałam, że skąpią dodatków w kompozycjach z dodatkami właśnie, ale jakoś mnie to mało obchodziło, czystymi ciemnymi do mnie przemówili (acz tylko asortymentu jeszcze dobrze nie zgłębiłam, więc mogło to być tylko wyobrażenie). Jako ciekawostkę (było wewnątrz kartonika) dodam, że jej nazwa oznacza "szczery, sympatyczny".

Fjak Sjokolade 70 % Mork Tanzania / Dark Tanzania to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Tanzanii z regionu doliny Kilombero, zakupionego od spółdzielni Kokoa Kamili.

Po otwarciu poczułam suchawy zapach starych książek i słodko-kwaskawy jogurt wiśniowy. Słodycz otuliła także książki i ich suchość, rozsypując przed moimi oczami wyobraźni rodzynki. Były to duże, porządnie wysuszone sztuki... z czerwonej odmiany crimson? Może z paroma suszonymi żurawinami, które zaplątały się wśród nich? Stworzyły gładkie przejście do czerwonawego czy raczej różowego jogurtu. Był łagodniutki i niemal mleczny (niekwaśny, a wręcz "naturalnie słodki"). W trakcie degustacji straciłam pewność co do tego, czy to na pewno wariant tylko i wyłącznie wiśniowy. Może też malinowy? Czułam się, jakbym kartkowała stare stronnice siedząc przy jogurcie i wazonach z suszonymi... liśćmi? Kwiatami?

Dość jasna tabliczka głośno trzaskała przy łamaniu. Była bardzo twarda. Kojarzyła się trochę z ciemnymi mlecznymi o sporej zawartości mleka w proszku. A nawet nie przejawiała suchości czy tłustości!
W ustach jednak poczucie to malało, acz... nie do końca. Cechowała ją lekka chropowatość, iluzja pylistości. Szybko robiła się miękkawo-kremowa. Zwalniała, proces ten trwał i trwał. I choć jej smugi wypełniały całe usta, niemal do końca udało jej się częściowo zachować rozpoznawalny kształt kawałka (efekt "opływającego gęsto-kremowym budyniem rdzenia"). Z czasem upuszczała trochę soku jak... gęsty, zwarty owoc... który próbowano przerobić na budyń? Pod koniec zaś jakby została przyprószona kakao.

W smaku jako pierwsza zagrzmiała słodycz. Strzeliła jasno i mocno jak błyskawica, następnie roztaczając słodkie grzmienie - trwające długo, dosadnie i wydające się wszechobecne.

W ciągu kolejnej sekundy, jakby bojąc się, że nie zdążą, swoją obecność zaznaczyły kwiaty. Pomyślałam o słodkich, wonnych... Osadzonych w roślinności, trochę cierpkawych suszonych kwiatach, ale też o płatkach kwiatów ogółem.

Słodka burza spotkała lekko gorzki, goryczkowaty smaczek o roślinnym wydźwięku. Słodycz narzuciła mu rodzynkowość. Pomyślałam o wielkiej rodzynce pierwszej świeżości, może z czerwonej odmiany Crimson, ususzonej na dość ciemny kolor. Miała grubą, goryczkowatą skórkę, którą jakbym zrywała zębami, by trafić na... 

Zasładzająco słodki miąższ rodzynki. Był niemal miodowo-karmelowy, naturalnie scukrzony. Słodycz rosła, zaznaczając trochę swoją obecność w gardle. Karmel musiał być to mleczny... palony prawie wcale. Soczystość przypominała o rodzynkowości, a leciutka roślinna goryczka z początku wprowadziła bardziej żywiczny motyw. Ta właśnie żywica, roślinność zaprosiła orzechy... naturalnie słodkawe, młodziutkie laskowce prosto z leszczyny. Poczułam też samą leszczynę-roślinę.

W tym samym czasie, od goryczki skórkowej i roślinnej z początku... gorzkawość szukała sobie miejsca. Nieco onieśmielona słodyczą podpuściła pod to wszystko trochę dymu, potem jednak się zawstydziła... Wyszła rześko, chłodnawo... Jak jakieś mgły za oknem? Jak... chłodnawy mleczny jogurt? Zarysowała bardzo łagodne tło.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyraźnie poczułam mleczność. Przez pewien czas było zupełnie, jakbym jadła ciemną mleczną czekoladę. Za sprawą słodyczy do głowy przyszło mi ciepłe , przesłodzone mleko, ale z kolei bazowe gorzkawości i młode orzechy... optowały za czymś chłodniejszym. Pojawił się jogurt. Delikatny i mleczny, o temperaturze pokojowej i jasnoczerwonym, niemal różowym kolorze. Był to jogurt bardzo, aż uroczo-pudrowo słodki. Wiśniowy? Może czarnoporzeczkowy?

W tle pojawił się lekki kwasek. Podkreślił rodzynki i wiśnie z jogurtem. Tak, jogurt z miękkawo-jędrnymi kawałami owoców. Soczyście słodkie wiśnie w mlecznej gęstwinie zdawała się podkreślać odrobinka cytryny. Mieszając się... zrobiły raz po raz ukłon ku suszonej żurawinie. Rodzynkom się to spodobało. Podłapały je. Zaraz jednak jogurt znów zaczął łagodnieć we wręcz mlecznym kierunku. Słodycz i nim się zaopiekowała, narzucając uroczy, lekko pudrowy wydźwięk. Zmienił się w jogurt malinowy, następnie zaś... syrop malinowy?

Słodkie syropy, rodzynki i jednak pewna mleczność... zmieszały się z mlekiem, a ja poczułam orientalną sugestię... ciepłego mleka z miodem i cynamonem. Cynamon z orzechowo-neutralnymi, roślinnymi nutami roztoczył przede mną wizję picia takowego mleka, pochylając się nad starymi książkami. Wróciły kwiaty, całe mnóstwo delikatnych kwiatów. Orzechy... przyniosły suszone liście, liście słodkie... słodkiej, suszącej się tabaki? Roślinny orient zamknęły kompozycję, nasączając wszystko swoją i miodowo-rodzynkową słodyczą.

Po zjedzeniu został posmak wysoce słodki. Miodu z mlekiem, niemal miodowo-żywicznych rodzynek, miodowo-słodkich jogurtów... Czułam też książki, orzechy, liście... soczystość i rześkość, ale w tle. Na pierwszym planie stało ciepełko słodkich tworów. Drobny kwasek zatapiał się w słodyczy. Słodycz kwiatów mieszała się z lekką cierpkością ich suszonych płatków. 

Całość smakowała mi, mimo że wyszła zdecydowanie za słodko. Wprawdzie słodycz to przyjemna (rodzynki, miód, słodki jogurt), ale i tak... gorzkości nie było, bazowo czekolada to raczej neutralność (mleczny jogurt, roślinność i orzechy, książki-rośliny). Mleko z cynamonem czy wiśniowy jogurt pokusiły się o lekki charakterek, ale... na rzecz słodyczy i delikatności nie kontynuowały tego tak, jak bym sobie życzyła.

Czekolada wyszła w sumie podobnie do Raaka 100 % (książki!, jogurt wiśniowy), ale byłą o wiele, wiele słodsza, aż męcząca w tym. Była też bardziej kwiatowo-roślinna.
I mimo, że w zasadzie cudowna, gdy o nuty chodzi... to tak słodka i głównie, czysto słodka (bo niegorzka, niekwaśna), że męcząca. Po pasku już drapała nieprzyjemnie w gardle, ale całość miała jedynie 53 gramów, to do zjedzenia bez problemu.


ocena: 7/10
cena: 42 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 8 kwietnia 2021

Fjak Sjokolade 68 % Mork India ciemna z Indii

Zachwycają mnie skandynawskie widoki, lubię skandynawskie kryminały i... cóż, w ogóle ta część świata wydaje się ciekawym miejscem. Marek czekolad stamtąd jednak nie znam i w końcu postanowiłam to zmienić. Fjak jest małą czekoladziarnią z Norwegii. Założono ją w fiordzie Hardangerfjord w 2017 roku, choć czekoladą jej twórcy, Agur i Siv,  zajmują od 2015. Ponoć w 2018 wstrząsnęli Akademią Czekolady. Mnie jednak zainteresowali czymś zupełnie innym. Czekoladą z regionu, który kręci mnie i mam do niego sentyment (bo właśnie z Indii była pierwsza plantacyjna, jaką jadłam - Earth Loaf 72 %) oraz (chyba głównie) z Madagaskaru. Byłam pewna, że to od tej wspomnianej zacznę, ale miała datę dłuższą o prawie rok, więc cóż - niech Indie znowu będą początkiem jakiejś przygody.
Kakao do wyrobu tej czekolady pochodzi od GoGround team, czyli niewielkiego zespołu prowadzonego przez małżeństwo Ellen i Lucę, którzy wspierają rozwój wiejskich społeczności zielonych wzgórz, gdzie rośnie to, czym się zajmują. Takie działania jak widać opłaciły się, bo tabliczkę sowicie obsypano nagrodami.

Fjak Sjokolade 68 % Mork India to ciemna czekolada o zawartości 68 % kakao z Indii z regionu Idduki.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam intensywny zapach słodkich prażonych / pieczonych jabłek w cynamonie i... miodzie? Sporo słodyczy aż drapiącej w nosie jakiś sugerowała, a co więcej, dosładzała kolejne nuty. Te reprezentowały subtelny kwasek herbat owocowych, hibiskusowych, kwiatowych. Pomyślałam o truskawce - dojrzałej, bardzo słodkiej. Owocowa świeżość stała obok prażonego klimatu, a kwiatowy motyw zapewniał im spójność. Między nimi z czasem doszukałam się wręcz nabiałowego złagodzenia. Mleko i maślanka, jakie się pojawiły, skojarzyły mi się z jakąś maślanką truskawkową, a prażone tło podszepnęło jogurty / maślanki "smak: pieczone jabłko" (nigdy nie jadłam, to wyobrażenie). Wyrazisty, ale łagodny w wydźwięku aromat.

Tabliczka w dotyku wydawała się zwarta i dość suchawa.
Trzaskała pięknie, właściwie trzasko-pykała, ale w twardy sposób. W trakcie łamania sprawiała wrażenie aż leciutko pyliście-kruchej. Drobnoziarnisty przekrój nie przeczył.
W ustach rozpływała się powoli, ale z ochotą, aksamitnie. Była lekka, nietłusta i zupełnie nietwarda. Długo zachowywała formę i kształt, ale ewidentnie miękła, pozostawiając budyniowe smugi. Z czasem uwalniała ogrom soczystych owoców. Ich soki wyciskały się z gęstwiny, po czym już w połowie rozpływania się, przejmowały pałeczkę. Pod koniec już nieco rozlawszy się, zostawiły budyń w spokoju, że leciutko podsuszył on wszystko pyłkiem kakao.

W smaku przywitała się słodziutkim smakiem jabłek prażono-pieczonych w miodzie i cynamonie. Nie mogąc się doczekać na swoją kolej, już tu przejawiały leciutki kwasek jakby "podkwaszonych" w swej słodyczy. Pomyślałam o drobnych suszonych owocach, też właśnie aż kwaskawych. Jasny miód, a właściwie miodek, zalał wszystko. Spłynął po jabłkach i zetknął się z przyprawami. Były ciepłe i słodkie, ale charakterne. Nie przytłaczały ciężkością; miały w sobie wiele wspólnego z kwiatami, które także czułam. Cynamon, goździki - odrobinka ostrawej goryczki także jabłkom nadała wyrazistości.

Kaszowato-miękkie, jako jakaś słodka masa, jabłka... musiały być lekko kwaskawe, ewentualnie podrasowane cytryną. Świeże czerwone i soczyste też się przewijały; ich słodycz mieszała się jednak z innymi nutami. Wśród owoców całkiem sporo było czerwieni... Niejednoznacznej jednak. Oto po chwili pojawiła się truskaweczka: słodziutka, dojrzała. Aż... poziomkowa? Jak kwiatowa, czerwonoowocowa, słodka herbata? Zaraz do głowy przyszły mi też soczyste suszone owoce, np. rodzynki.

Zasnuło to ciepło. Czy to przypraw, czy herbaty właśnie. Mniej więcej w połowie delikatna gorzkawość wzrosła. Pieczono-prażone nuty i palony motyw przejawiające się od początku, ustabilizowały się jako smak nieco mocniejszy. Palony motyw łączył się z suszonym, toteż pomyślałam o ziołach, herbatach.

Te...  znów zaraz łagodniały w kwiatowym kontekście. Pieczona nutka przypomniała sobie o jabłkach, a że ciepło nie odpuściło - cynamon za sprawą lepkiego miodu się ich trzymał. To jednak też... jak herbata z miodem i cytryną? Rześkość zaczęła podsuwać bardziej mleczne nuty. W nich również zaznaczył się kwasek owocowy. Jak jogurt czy maślanka truskawkowe i / lub "pieczone jabłko". Kwasek jogurtu i owoców splatał się pod nadzorem wysokiej słodyczy owoców i miodu.

Pod koniec słodycz wyszła na przód, ale charakter ciepłych przypraw i palenio-prażenia uwypuklał jej głębię. Wydała mi się bardzo miodowa i podszyta słodko-kwaskawymi czerwonymi owocami.

Właśnie miód został w posmaku wraz z kwiatowymi herbatami i owocowymi, mlecznymi tworami. Zarówno herbaty, jak i owoce prawdopodobnie miały czerwony kolor. Czułam też leciutką cierpkość kakao i cynamonu... może nawet ściągnięcie? Takie z pogranicza owocowego a kakaowego.

Naprawdę podoba mi się charakter indyjskiego kakao. Miód i przyprawione suszone zioła (kwiato-herbaty), owoce różnej maści: od jabłek, przez czerwone w każdej możliwej formie (świeże, z maślanką, jako herbata) po delikatne sugestie innych dla urozmaicenia. Wprawdzie gorzkości mi jakoś zabrakło, ale przyprawy, nabiałowy wątek wynagrodziły mi to. Gorzkość by tu raczej nie pasowała. Mimo jednak trochę za wysokiej słodyczy (nigdy nie zrozumiem robienia czekolad np. właśnie 68% zamiast 70%), postanowiłam jej ocenę minimalnie podciągnąć.
Miód i kwiaty wystąpiły również w Soklet 70 % - tam jednak kwasek był mocniejszy i to bardzo cytrusowy; znów Zotter Labooko 70 % India był podobnie kwiatowo-ziołowy i cynamonowy, przyprawiony, ale o wiele bardziej orzechowy. W jego ogólnie kwaskawych nutach doszukałam się czereśni i śmietanki, co można jakoś powiązać. Niezwykle "przyprawiona" Mirzam India 65 % też miała coś z kwaskawych czerwonych owoców.
Tak mi się o niej luźno pomyślało jako o zalanej miodem i nadzianej jabłkami z cynamonem Tesco finest Ecuadorian 74 %.


ocena: 10/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £6.95 (za 53g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: chciałabym kiedyś do niej móc wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy