Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: wódka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: wódka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 grudnia 2021

Chocolate Tree Mezcal Nibs 70 % ciemna z Meksyku z nibsami w alkoholu Mezcal

Pojęcia nie mam, co mnie podkusiło kupić Pisco Sour (no dobra, chciałam poznać "regionalną ciekawostkę, alkohol charakterystyczny dla kraju) i dzisiaj opisywaną. Mocne alkohole, jakich nie lubię i nibsy? Przecież to zupełnie nie dla mnie... Wprawdzie nibsy w CT 70 % Dark Whisky Nibs mi nie przeszkadzały, ale obecnie nie kupuję czekolad z dodatkami, które "nie przeszkadzają". Kupuję jedynie z fajnymi (jak już). A whisky lubię jako alkohol - więc to, że tamta mi smakowała nie jest dziwne. Obecnie jednak coś mi nie gra w czekoladach z alkoholem ogółem. A wódka z agawy? Naprawdę nie wiem... może to przez skojarzenie z tequilą i to, że kupując akurat polubiłam cykl książek Mroza o Chyłce, która tequilę ciągle chlała? Swoją drogą, teraz już i ta seria się pogorszyła (wydaje się naciągana i wydłużana na siłę). Jak to się zgrało z tym, jak patrzyłam na czekoladę. Zostawiłam ją na niewymagający, wykładowo-zajęciowy dzień. Jedyne, co podobało mi się bez zmian to małpy z opakowania i w sumie region kakao (zjadłabym taką czystą!)

Chocolate Tree Mezcal Nibs 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao criollo z Meksyku, z regionu Tabasqueño, z nibsami (pokruszonymi kawałkami ziaren kakao) macerowanymi (maczanymi) w alkoholu mezcal, czyli wódce z agawy.

Po otwarciu poczułam kwaśność limonki i cytryny; ogółem cytrusów z wyraźnym motywem skór, ale też zapach wódki... czy raczej cukrowego, mocnego alkoholu o wódkowo-karmelowym podszyciu? Pomyślałam o rumie, podkreślonym palonym słodem i orzechami. W tle odnotowałam także dym i drzewa, jeszcze więcej orzechów. W kwaśności kręciła się też lżejsza nuta nabiału - kefiru? Z czasem, zwłaszcza w trakcie degustacji wychwyciłam także odrobinkę czerwonych owoców i winogron bardzo daleko w tle. Było w tym wszystkim też coś uderzająco-alkoholowego, a chłodnawego, że pomyślałam o jakimś... rumowym mohito?

Przy łamaniu czekolada wykazywała kruchą twardość i trochę się kruszyła z racji dodatków.
Dodano do niej mnóstwo nibsów różnej wielkości: i malutkich, i średnich, i parę sporych. Trudno o kęs, by o nie choćby nie zahaczyć, co mnie irytowało.
W ustach rozpływała się średnio długo, bez ochoty. Miałam wrażenie, że powstrzymują ją nibsy. Sama dała się poznać jako mocno zbita i pyliście-szorstkawa. Prędko zaserwowała drobną soczystość, która jakby wyciskała się ze zbitego, tłustawego kawałka. To jednak poczucie (twardości i tłustości) rozbijały nibsy. Zatrzymywała długo kształt i niechętnie je z siebie wypuszczała. Wyłaniały się jednak częściowo, odwracając uwagę od jej wad. Kiedy zbliżałam się do połowy tabliczki (czyi do 20 gramów), niebezpiecznie już drapały podniebienie. Nie podobało mi się to.
Gdy już czekolada zniknęła, zostałam z zaskakująco przystępnymi nibsami. Chrupały, część była bardzo twarda (w nienegatywnym sensie), ale o ostrawych krawędziach (to już minus); a część raczej miękła i soczyście skrzypiała. Pochwalić je należy za soczystość, nasączenie i pozytywną miękkawość z tego wynikającą.

W smaku rozpoczęło się od silnej słodyczy karmelu i cukru, a dokładniej jakby trochę karmelowego cukru. W tle mignęła mi nutka rumu właśnie w tej cukrowości. Czmychnęła jednak na tyły, tam budując dość mocne tło.

Po ustach rozeszła się mocno palona gorzkawość, trzymająca się stonowanych realiów prostej, zwykłej czarnej kawy. Pojawiła się przy niej lekka cierpkość, która zasunęła subtelną ziemistą nutę, a następnie uderzyła odważniej słodem i orzechami.

Odnotowałam kwaśność limonek i cytryn. Pomyślałam o ich skórkach i skórze jako o... skórzanych meblach, obiciach. Zakryły się dymem, były nim jakby przesiąknięte, a ja wyraźnie poczułam alkoholowy motyw, którym cała czekolada była nasiąknięta.

Słodycz nie odpuszczała, a mnie do głowy przyszły aż przejrzałe, podfermentowane winogrona... I winogrona słodko-kwaskawe, może cierpkie? Różne: i zielone, i czerwone... Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa rozszedł się także smak czerwonych owoców. Pomyślałam o suszono-ocukrzonych czerwonych owocach, które aż trudno nazwać. Wiśnia? Żurawina? Cały czas w tle snuły się też winogrona i cytrusy. Przez nie pomyślałam o gorzkim, ale suchym (mało bogatym w smak) grejpfrucie... Na pewno jednak w cukrze... trochę skarmelizowanym? Poprzypalanym? Odymionym na pewno.

Z czasem kawa rozbrzmiała wyraźniej. Poczułam jeszcze więcej słodu i zwróciłam uwagę na klimat alkoholu. Smakowego piwa? Dziwnie orzechowo-kawowego? I... coraz słodszego... Grzanego piwa? A może to wino? Dało to efekt dziwacznego, ogólnie owocowego "napoju wyskokowego"... bliżej nieokreślonego. Z rumu, piwa ciemnego...? Poczułam się jak w jakimś zadymionym barze. Dym spowijał i wyważał poszczególne nuty. 

Pomyślałam o alkoholu z beczek, który to smak emanował od wyłaniających się z czekolady nibsów. Także z nich płynęła cytrusowa soczystość i kolejne kłęby dymu. Przy nich oprócz leciutkiej kwaśności rosła też cukrowość. Jak z mocnego, do bólu zacukrzonego alkoholu. Brandy, wódka... cytrusowo-chłodzące. Aloesowe? Aż zaznaczało się specyficzne alkoholowe rozgrzewanie gardła. Pod koniec czekolada wydała mi się kontrastowo bardziej maślanie delikatna, wręcz nabiałowa i zasładzająca w sposób cukrowy (leciutko karmelowy?).

Tło - te czekoladowe - wydało mi się maślane, mdławe w czekoladowość. Czekoladę samą w sobie czuć jakby marginalnie. Bardziej smaczek słodowo-nibsowy, trochę palony.

Gdy po zniknięciu czekolady zajęłam się gryzieniem nibsów, przedstawiły się jako słodowo-ziemiście cierpkie i goryczkowate. Musiały być bardzo mocno palone i sowicie... alkoholowe. Uderzały mocnym, nieco cytrusowym alkoholem, by następnie ochłodzić i pozostawić mnie właśnie z piekącym, a jednocześnie mrożąco-gryzącym efektem.

Całość zupełnie mi nie odpowiadała, a jednocześnie nie mam wielkich zarzutów obiektywnych. Cukrowość, kwaskawość nie w moim typie, niepasująca; nie moje winogrona (uwielbiam prawie czarne Melody, a za jasnymi nie przepadam) i mocny, nie mój alkohol stworzyły nieprzyjemny splot, zabijający czekoladę. Niby pewnych jej nut się to trzymało, ale wydawała się bez znaczenia, co jest... smutne.
Struktura była nieprzyjemna, mimo że nibsy dodali całkiem przystępne. Dymne, trochę kawowe, czerwonoowocowo-alkoholowe nuty nibsy właśnie podrasowały swoim smakiem słodowym, ciężko-cukrowym, palonym... ale w sposób jakby przygłuszający smak, zatrzymujący jego dynamikę. Tak jak hamowały rozpływanie się. Nudna, przeciętność... Mam wrażenie, że samo kakao za mocno przeprażyli, dając jednocześnie zbyt intensywne dodatki. Jak na kompozycję nibsowo-alkoholową, przystępna. 
Już niecała połowa męczyła-nudziła mnie, więc te małe 40 gramów i tak podzieliłam na dwa dni (męczyłam na dwóch wykładach - wolałabym na jednym, ale skończył się znacznie szybciej, więc wolałam dojeść czystą, nie stanowiącą zagrożenia dla podniebienia). Do zjedzenia (ciemna = nie dla Mamy; a dla ojca takiej drogiej żal).


ocena: 6/10
cena: 12,44 zł (za 40 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 491 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, nibsy (10%), mezcal (6%)

sobota, 29 sierpnia 2020

Zotter Caipirinha mleczna 40 % z czekoladowym nadzieniem z destylatem Cachaca i kremem limonkowym

Do czekolad z alkoholem mam mieszane uczucia. Jedne mi zupełnie nie idą, wiele jest mi za mało czekoladowa... Mimo to, alkoholowe Zottery systematycznie sobie odhaczam. Chcę bowiem poznać asortyment, ale w sumie z zaliczeniem wszystkich aż tak mi się nie spieszy. Gdy jednak do mojej szuflady trafiły tabliczki w dziwny sposób oddające charakterystyczne drinki, pomyślałam, że warto również tego typu Zottery podjeść. Tym bardziej, że ostatnio próbowane (White Rum / Coconut / Pineapple i Apricot Waltz) bardzo mi smakowały.
O drinku Caipirinha wiedziałam tyle, że jest popularny w Brazylii. Myślałam sobie o tym jako o "ich wódce" z limonką. Jednak oczywiście sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. "Ich wódka" zwie się Cachaça i... coś tam. Przed degustacją postanowiłam dokładnie sprawdzić, czym jest Cachaça. Otóż to porównywany z wódką, bardzo popularny w Brazylii destylat z fermentowanego soku trzcinowego, z zawartością alkoholu na poziomie 38 lub 48%. Ponoć smakowo podobne to do tequili i rumu.
A mi aż się przypomniała jedzona dawno temu Tequila with Salt and Lemon.


Zotter Caipirinha to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao z czekoladowym kremem z wódką Cachaca ("mocny likier z trzciny cukrowej") oraz nadzieniem limonkowym (22%).

Gdy tylko rozchyliłam papierek, poczułam silną, wręcz cukrowo-karmelową słodycz, podrasowaną dosadnym alkoholem i kwaśno-goryczkowatą limonką. Czekoladowość, mleczna ale i "kakałkowa", też była wyczuwalna i tymi nutami obudowana. Zdziwiona odkryłam, że taką mocniejszą "alkoholową limonę" w zasadzie wyraźniej czułam, gdy zbliżałam się do spodu (a przed oczami miałam obrazek podglądowy przekroju ze strony producenta). Wierzch był o wiele bardziej soczyście-limonkowy, bardziej delikatnie czekoladowy. Po przełamaniu natomiast wszystko to wydało mi się zakropione "cukrową wódą", dość ordynarną.

Przy łamaniu tabliczka była konkretna, dziwnie twardawo-miękkawa. Chrupka warstwa czekolady pyknęła, a nadzienia... z jednej strony wyglądały na plastyczno-maziste, z drugiej zaś trzymały się jako dość zwarte.
Podzielenie ich przy pomocy noża nie sprawiało trudności, ponieważ owocowe okazało się bardziej zbite, zwarte i gęste (ale nie cięższe), a czekoladowe maślano-śmietankowe i plastyczniejsze.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo-gęsto, zalepiając zupełnie. Cechowała ją tłustość śmietankowo-maślana, która zapewniła spójność z nadzieniami. Te rozpływały się mniej więcej równocześnie, zgranie.
Czekoladowemu było bliżej do czekolady. Odebrałam je jako maślano-gęste, ale i miękko-maziste w śmietankowy sposób. Wyszło idealnie gładko (choć przy kęsie-dwóch trafiłam na jakby skrystalizowano-scukrzony alkohol) i sprawiało wrażenie wilgotnego, trochę zakalcowego. Wydało mi się tłustsze i konkretniejsze od limonkowego.
Limonkowe wyszło bowiem soczystsze, na pewno lżej, choć w pierwszych sekundach jednocześnie bardziej zbite. Dodało wnętrzu poczucia śliskości, mimo że nie było idealnie gładkie. Sok wypływał z pewnej... pylistości, co przełożyło się też na lekką wodnistość.
Całość tworzyła gęsto-ślisko-wodniste zawiesinowe bagienko, co było dość... osobliwe.

W smaku czekolada była bardzo słodka, ale z przyjemnie palonym motywem karmelu i orzechów. Przesiąkła lekko nadzieniem, a wiec alkoholem i cytrusową nutą.

Szybko właśnie mocny alkohol się odzywał, przypiekając język i otwierając drogę goryczce limonki. Nadzienie czekoladowe wtłaczało głównie pikantną alkoholowość. Zaraz po ustach rozeszło się wręcz ostre ciepło, spłynęło do gardła i rozgrzało je, w ustach pozostawiając goryczkę limonki i ogrom jej kwaśnego soku. Alkohol sam w sobie wydał mi się trochę owocowy. Było w tym też sporo takie alkoholowej słodyczy. Smaki nadzień uzupełniały się wzajemnie, jedno drugim lekko przesiąkły.

Limonkowe nadzienie wyszło w pełni naturalnie i świeżo. Jego kwaśność orzeźwiła kompozycję. W pewnej chwili zajęła stanowisko dominujące. Zawarła w sobie też pewną słodycz, odrobinę mleczności, jednak smakowała głównie kwaśno-goryczkowatą limonką. Taką, w której sok i skórka stały na jednym poziomie. Powiedziałabym: limoną, bo podrasowaną alkoholem.

Część czekoladowo-alkoholowa była nieco mniej słodka, ale też w taki aż cukrowy sposób. Cachaca sama w sobie wydała mi się lekko owocowa, ale mocna i raczej... cierpko-kwaśno-owocowa. Krem ten wydał mi się poważny, goryczka limonki podkreślała jego alkoholowość, kakao... próbowało się przebić z różnym skutkiem. Bliżej końca tchnęło nieco palonej gorzkości, ale nie nadało ciemnoczekoladowego charakteru. Alkohol nieco odpuszczał, ale wciąż przypiekał, a krem ten ujawnił maślaność. W momencie znikania, kawałek jednak jeszcze raz uderzał do głowy.

Po wszystkim pozostało zasłodzenie i zaalkoholowienie jako drapanie i pieczenie (przechodzące w rozgrzanie, utrzymujące się naprawdę bardzo długo) w gardle oraz efekt pieczenia, ten odczuwalny w ustach. O tyle kontrastowo uwypuklony, że czułam też ogólną tłustość i soczystość, rześkość limonki.

Całość wyszła... mocno, ostro i rozgrzewająco. Adekwatnie do nazwy, przejrzyście smakowo, a więc jednym słowem rewelacyjnie, ale jednocześnie... okazało się, że zupełnie nie w moim stylu. Tak mocno alkoholowy słodycz, dosłownie uderzający do głowy, palący w język wódką, co zostało podkreślone kwaśnością i przy czym nie zaniechano wręcz cukrowej słodyczy... Jakoś mi nie odpowiadał. Jednocześnie zaskoczyło mnie, że mimo tej mocy alkoholu, smak limonki wyszedł tak zachwycająco świeżo, rześko. Zgranie między nadzieniami było doskonałe, a czekolady lepszej dobrać nie mogli.
Mam bardzo mieszane uczucia, a ocenę staram się wystawić na chłodno po konsultacjach z Mamą. Jakościowo to propozycja równie świetna co Zotter Tequila with Salt and Lemon, jednak to pieczenie alkoholu, ta kwaśność, a jednocześnie słodycz obecnie nie są dla mnie. Nie wiem, jak dziś odebrałabym tamtą, bo kiedyś moja tolerancja na alkohol i cukier w słodyczach była wyższa (szukałam ich, obecnie to, czego szukam to kakao, jego nuty, a wszelkie dodatki / nadzienia nie mogą mi właśnie zbytnio samej czekolady naruszać). Obie czujemy, że Zotter doskonale oddał smak Caipirinhy.
Jednocześnie, mnie to za bardzo gryzło i przeszkadzało mi zestawienie smaku ze śliskością nadzienia. Zjadłam jedynie 1/3 (choć byłabym gotowa zmęczyć, a nie np. wyrzucić), reszta powędrowała do Mamy. Ona uwielbia bardzo alkoholowe i słodkie słodycze, więc... Jej smakowała (na szczęście!). "Tak ta mocna, kwaśna limonka trzyma w ryzach wódkę. A ten alkohol... no, no, mocny i taki dobry jakościowo. I sama czekolada pyszniutka. Mleczna, tak? I dobrze! Bardzo dobra, a jak ktoś lubi takie ciemne mleczne i mocne drinki to pewnie w ogóle wystawiłby 10, co?". Trafnie to ujęła. I nie obyło się bez: "No, wreszcie i mi coś dobrego, jakiś Zotter wpadł", wypowiedzianego z satysfakcją.


ocena: 8/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 523 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, Cachaca 6%, syrop ryżowy, mleko, odtłuszczone mleko w proszku, masło, koncentrat z limonki 2%, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sproszkowana wanilia, sól, cynamon

wtorek, 27 sierpnia 2019

Weinrich Trufle Czekolada mleczna z nadzieniem o smaku wódki i cytryny

Mama nie cierpi ciemnej czekolady, ale lubi słodycze z alkoholem (a oprócz tego jest niepijąca), więc często zdarza jej się narzekać, dlaczegoż to producenci prawie nigdy nie robią mlecznych z alkoholem. Gdy tylko powiedziałam jej o nowościach w Lidlu (nowościach w chwili mówienia, nie dniu pojawienia się recenzji), poleciała po nie. Znając moją miłość do recenzowania serii, kupiła mi wszystkie trzy smaki (sobie zaś tylko jeden, licząc, że i tak większość wpadnie jej). Nie ukrywam, że i ja byłam ciekawa, co też tabliczki Weinrich's kryją... Wyglądały na ciekawe, jednak po Das Exquisite Mouse au Chocolate nie wiedziałam, jak takie truflowo-alkoholowe nadziewańce odbiorę i - wiedząc, że Mama czeka w napięciu (czy jej wpadną, czy ma iść i kupić sobie) - wzięłam się do dzieła. Najpierw sięgnęłam po smak, który mimo tytułowej wódki (której nie lubię), kojarzył mi się miło, bo z tequilą i Zotter Tequila with Salt and Lemon.
W trakcie pisania tego wstępu jednak coś mi zaświtało: nazwa marki wydała mi się znajoma. Trochę poszukałam i... kiedyś to nawet wiedziałam! Weinrich (Ludwig Weinrich GmbH & Co) to producent czekolad Vivani (do których w sumie mam obojętny stosunek), a niegdyś stał za lidlowymi Bellarom. I już wszystkie smaki zaczęły mi się wydawać apetyczne.

Weinrich's Finest Chocolate Trufle Czekolada mleczna z nadzieniem o smaku wódki i cytryny to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z 40 % nadzieniem cytrynowym z wódką.

Po rozchyleniu sreberka poczułam cytrynowo-limonkową kwaśność i stonowaną słodycz mlecznej czekolady. Po jakimkolwiek podziale kostek, nasiliły się cytrusy. Pojawiła się goryczkowatość i alkoholowy, zaskakująco nienachalny, wątek.

Tabliczka okazała się jako tako twarda, ale łamiąca się łatwo, bez trzasku.
Przy podziale kostek zdziwiłam się. Nic się nie uginało. Grube warstwy czekolady skrywały bowiem dość zwarte, gęstawe nadzienie. Jedno. A grafika na opakowaniu według mnie sugeruje dwa.
W ustach rozpływało się to z łatwością, błogo i dość szybko. Czekolada miękła nieco leniwie i zalepiała swą tłustawą kremowością. Wydała mi się nieco wodnista (za sprawą cukru?).
Nadzienie z kolei to rzadkawy, ale też miękki i bardzo wilgotny... krem po prostu. Doskonale pasował do kremowego wierzchu. Wyciskał się i rozpływał znacznie szybciej, również trochę wodniście, acz z mazistym efektem. Zawierał także lekki element alkoholowego scukrzenia, wzmocnionego pylistością.

W smaku czekolada wydała mi się już od początku głównie słodka i przesiąknięta alkoholowo-cytrusowym nadzieniem. Znacząca była w niej maślaność, przez co skojarzyła mi się trochę z toffi.

Nadzienie przebijało się po paru sekundach nasilającym się alkoholem w nieprzesadzonej ilości i smakiem cytrusów. Następnie roztoczyło swoją silną słodycz, spójną z czekoladą.
Alkohol wydał mi się wręcz lekko gryzący w język i rozgrzewający gardło. Mieszał się przy tym z przesadzoną, cukrową słodyczą.
Cytrynowa kwaśność wyszła soczyście i dodała nadzieniu rześkości. Minimalna goryczka doskonale wymieszała się z mocnym alkoholem. Ten po chwili trochę odpuścił.
Po szarży dodatki pozwoliły trochę rozejść się mleczności. Nadzienie w udany sposób wpasowało się w maślaną czekoladę, ale wydało mi się bardziej od niej mleczne. Mimo że również słodkie, to dzięki cytrynie i alkoholowi sprawiło, że słodycz była bardziej do zniesienia.

Zamykała to cukrowość i mleczność czekolady z soczyście cytrynowo-limonkowym smaczkiem, nakręconym przez alkohol.

W posmaku pozostała cytrusowość, a więc kwaskowatość i poczucie silnego alkoholu oraz zacukrzenia. Taka... ordynarna wódkowość, za którą nie przepadam, ale również mlecznoczekoladowość. Na i w ustach czułam dziwny tłuszczono-alkoholowy efekt (takie "podsuszenie"?).

Tabliczka wyszła... dobrze, acz nie dla każdego. Według mnie za cukrowa, mimo że całkiem maślano-mleczna przy tym. Wilgotność nadzienia i ogólna kremowa miękkość wyszły pozytywnie, mimo że nie w moim stylu. Niby dobrze, że nie było to tłuste, ale z kolei ta "wodnistość" wywołana przez chyba cukier mi nie odpowiadała. Smak... mocny pod każdym względem. Mocno słodki, mocno alkoholowy. Nie był przy tym tani czy chamski, po prostu adekwatny do tytułu. A cytryna? Wyszła przyjemnie cytrusowo (tak ogólnie - nie wiem dlaczego, ale ciągle wydawało mi się, że czuję też limonkę), kwaśno-goryczkowato. W całej tej słodyczy i alkoholu nie czuć, że to tylko olejek, ale sama nie jestem przekonana do cytryny przy takiej cukrowości i w ogóle... Kojarzyło mi się to troszeczkę z cukrowo-nadziewaną i alkoholową wersją Montezuma's Sea Dog Dark Chocolate with Lime and Sea Salt.
Wprawdzie mój limit na cukier i taką miękkość pozwolił mi tylko na cztery kostki, ale jakości odmówić nie sposób. Gdyby to było mniej cukrowo-wodniste, a bardziej gęsto-mleczne i mniej słodkie... byłoby cudownie, pewnie nawet mogłoby kojarzyć się z alkoholowymi Zotterami. Mama optowała, bym wystawiła 8, ale nie. 8-ki z przyjemnością zjadam sama.


ocena: 7/10
kupiłam: Lidl (Mama kupiła)
cena: 3,49 zł (Mama zapłaciła)
kaloryczność: 496 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, bezwodny tłuszcz mleczny, serwatka, miazga z orzechów laskowych, lecytyna sojowa, ekstrakt z laski wanilii), nadzienie (cukier, czekolada mleczna: cukier, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, serwatka; 12% wódka, bezwodny tłuszcz mleczny, syrop glukozowy, kakao w proszku, olejek cytrynowy, substancja utrzymująca wilgoć: inwertaza

wtorek, 15 stycznia 2019

Zotter Bread Break Old Bread Spirit ciemna 70 % z kremem ciemnoczekoladowym z wódką z ciemnego chleba i kremem czekoladowym z wódką z białego chleba

Jest dziwne jedzenie, które mnie kręci, ale jest też dziwne, które zupełnie mnie odrzuca. Żeby było śmieszniej, moje "dziwne" często = "zupełnie normalne" dla innych. I tak np. smakują mi czekolady z mięsem, ale jak pomyślę o białym chlebie z Nutellą, mam odruchy wymiotne. Ogólnie nie lubię białego chleba, a wódka z chleba... jakoś nie brzmi przekonująco. Wódkowa mieszanka też nie wydaje się zbyt moja, ale... ciemne, alkoholowe Zottery już są jak najbardziej moje, więc mimo dziwności tej tabliczki, liczyłam, że to będzie ta "dobra dziwność".


Zotter Bread Break Old Bread Spirit to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana kremem ciemnoczekoladowym z wódką z ciemnego chleba i kremem czekoladowym z wódką z białego chleba.
Powiedziałabym, że jasny krem był białoczekoladowy.

Po rozwinięciu papierka, poczułam zapach mocnego alkoholu, rzeczywiście może i wódki, acz bardziej w wydaniu likierowo-truflowym, a więc słodkim i czekoladowym. Czekolada niosła tu mocno palone, drzewne akcenty.
Tabliczka wąchana z wierzchu wydała mi się nieco delikatniejsza, palona, ale tak drzewno-orzechowo, wciąż mocno alkoholowa, ale i lekko śmietankowa, co nasilało się po przełamaniu.

Tabliczka była twarda, przy łamaniu wydawała dźwięki między chrupaniem, a trzaskaniem. W sumie łatwo rozdzielić ją na warstwy, bo jasne nadzienie było bardziej zbite i suche, niż lekko maziste ciemne.
 W ustach czekolada rozpływała się leniwie, kremowo i idealnie gładko. Była dość tłusta, ale pozostawiała też leciutko wysuszające poczucie pyłku kakao. Odsłaniała nadzienia, które rozpływały się w zbliżonym tempie, ale w inny sposób.
Jasne było tłustawe, choć sprawiało wrażenie bardziej suchego. Wypełniało je sporo drobniutkich kuleczek kaszy jakby al dente. Trochę przypominało to okruszki chleba, ale z racji tłustości i kremowości, ja pomyślałam raczej o wszelkich kupnych kaszach na mleku (nie cierpię ich, ale... o tym za moment). Przy idealnie gładkim, wilgotnym ciemnym, jakoś bardziej zwracałam uwagę na tłustość - wydało mi się niemal ślisko-maślane, acz z lekko wysuszającym (za sprawą alkoholu) efektem.

W smaku najpierw rozchodziła się smakowita, gorzka czekolada o palonym wydźwięku. Wydała mi się łagodna, drzewno-orzechowa i słodka w sposób palonokarmelowy. Z czasem zaczęła robić się coraz bardziej kawowa.

W pewnym momencie pojawił się dość mocny alkohol.

Skojarzenie z kawą nakręcała chyba nuta śmietanki wydobywająca się z wnętrza. Najpierw dominowała śmietankowość właśnie i silna słodycz wanilii, kojarzące się z białą czekoladą. Z neutralną nutą kaszy skojarzyło mi się to z Ehrmannem Griess, ale takim, do którego po chwili dołączyła nuta bardzo słodkiego likieru, powoli panosząca się w gardle. Bardzo wyraźnie było to czuć, gdy spróbowałam trochę jasnego nadzienia osobno.

Słodki likier zrobił się nagle ordynarny, przypiekł w język. Poczułam, że to "jakiś mocniejszy alkohol" - o tak, wódka... jeszcze ostała się pewna maślaność, ale już i czekolada się rozkręciła... w takim charakterniejszym, truflowym wydaniu. Poczułam palone, chlebowo-drzewne tony, co przywiodło na myśl whisky. Słodycz tej części wydała mi się palono-karmelowa i też trochę jak... karmelowa whisky? Ciemny krem spróbowany osobno wydawał mi się bardziej maślano-cynamonowo-czekoladowy, mniej poważny, choć wciąż naprawdę mocno alkoholowy.

Końcówka odsłoniła nieco więcej cynamonowej pikanterii, skojarzenie z drzewem i chlebem wzrosło, a alkohol uderzył do głowy i wraz z cynamonem rozgrzał język. Wychwyciłam także pewną czekoladową soczystość, w tle jakby niejednoznaczną zbożowość. Słodycz także była bardzo silna, ale taka... likierowa / truflowa. Ciemna czekolada smakowicie to zawiązała.

W posmaku pozostał mocny alkohol, jego silna słodycz i nieco wysuszający efekt, a także poczucie otłuszczonych masłem ust. Czułam też całkiem przyjemne, ciemnoczekoladowe i zarazem słodko-śmietankowe akcenty czekolady.

Całość wyszła w porządku, jednak tak się wszystko mieszało, że było mdło, bez charakteru. Jasny krem o wiele bardziej smakował mi osobno, bo wtedy wyraźniejsza była jego waniliowa śmietankowość i kasza się nie gubiła, a przy ciemnym wydawał się po prostu bardzo słodki (a kasza jakoś umykała). Z ciemnym sprawa była bardziej skomplikowana. Chwilami przy jasnym zyskiwał, gdy był taki whiskaczowo-karmelowy, a chwilami wydawał się zwyczajny. Osobno z kolei był przyjemnie wyrazisty, ale masło stanęło mu na drodze do zostania nazwanym "cudownie, obłędnie wyrazistym".

Mimo że tabliczka nie była bardzo tłusta, właśnie tłustość mi tu przeszkadzała. Masło po prostu ni jak nie pasowało do charakternego alkoholu. Ten z kolei świetnie zszedł się z białoczekoladową, śmietankową kompozycją, która nie zaburzyła poważniejszych nut palono-drzewnych. Lekką chlebowość czułam, ale niestety to raczej masło z domieszką chleba. Czekolada nie zagłuszona, więc to zawsze jakiś plus. Polenty za to chwilami było tak mało, jakby wcale jej nie było.

Nie mogę powiedzieć, że czekolada była zła... Może trochę nieprzemyślana albo niedopracowana, ale zła nie. Nie do końca w moim guście, ale zjadłam całą bez bardzo negatywnych odczuć. Brzmiąca dziwnie, ciekawie... a w gruncie rzeczy tak namieszana, że aż nudna i zwyczajna.


 ocena: 6/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70g)
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko, syrop ryżowy, wódka z białego chleba, pełne mleko w proszku, wódka z ciemnego chleba, odtłuszczone mleko w proszku, masło, polenta (kasza na mleku), słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, sól, sproszkowana wanilia, lecytyna sojowa, cynamon

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Zotter Punch mleczna 50 % z cynamonowo-miodowym kremem, pomarańczową galaretką otoczoną cienką warstwą białej czekolady oraz batatowo-morelowym kremem z wódką

Po Roasted Almonds and Mulled Wine (For the Best Employee in the World), do której według mnie Zotter za dużo napchał, zaczęłam dzisiaj prezentowanej trochę się obawiać. Opis brzmiał tak bogato i smakowicie, że równie dobrze zamiast boskiej czekolady, mógł wyjść "śmietnik zacnych składników".


Zotter Punch to mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao nadziewana cynamonowo-miodowym kremem (19%), pomarańczową galaretką (22%) otoczoną cienką warstwą białej czekolady oraz (19%) batatowo-morelowym kremem z wódką i białymi czekoladami: morelową, karmelową.

Od razu po otwarciu poczułam słodką i ciepłą, korzenną woń. Było w tym mnóstwo dojrzałych pomarańczy i cynamonu, a także pewna "orzechowa korzenność" - leciutka naturalna orzechowość czekolady zmieszana z cynamonem właśnie?

Całość wyszła kremowo, odpowiednio tłustawo i cudownie soczyście, ale nie jak świeże owoce, a tak właśnie przetworowato-ponczowato.
Czekolada mleczna jak zwykle była cudnie tłustawo-kremowa, powoli rozpływająca się i ujawniająca również wolno rozpływający się, kremowy środek. Oba kremy były tłustawo-gładkie, maziste i właśnie cudnie kremowe, z tym że ciemny zawierał sporo drobinek (cynamonu?). Biała warstewka, również kremowa, miała raczej po prostu trzymać bardzo naturalną, soczystą galaretkę. Ta była jakby zrobiona z soku. Lepiła się i ciągnęła, ale tak... soczyście.

Po zjedzeniu całej tabliczki, przegryzając się przez całość i dzieląc trochę więcej niż w przypadku innych, stwierdziłam, że całość nie jest wyrazista jeśli o poszczególne składniki i smaczki chodzi, a właśnie tworzy "tabliczkę-punch" (moje wyobrażenie o punchu, bo nigdy żadnego nie próbowałam).

Czekolada wydała mi się zachwycająco mleczna i trochę bardziej orzechowa niż czekoladowa, co (jedno i drugie) podkreślał smaczek nadzienia cynamonowego, którym przesiąkła.

W smaku zaraz po czekoladzie dochodził do głosu cynamon właśnie, a za nim odważyła się wychylić wzmocniona mleczność i "kakałkowo-maślany" smaczek dobrych pralinek. Skojarzenie to nakręcał alkohol i słodycz, która mu wtórowała. To ciemniejszy krem, nieco dominujący jako pierwszy. On był słodki... w alkoholowy sposób. Zakładam, że to zasługa niemal "cukrowej" (jak to brandy) brandy złączonej z miodem. Bardzo dobrze sprawdził się tu cynamon - łagodny, niegorzki, ale mający charakterek. Nadało to słodyczy pewnej powagi, szlachetności.

Silna słodycz cechowała wszystkie części, ale każda była słodka w inny sposób.

Co więcej, dość szybko wszystkiemu nadawała rześkości galaretka. Ona również była słodka, ale to taka słodycz bardzo dojrzałych pomarańczy. Miały w sobie też coś z kwasku, pewien poważniejszy motyw. Doprawione cynamonem i alkoholem z kremów wydały mi się może i lekko gorzkawe w pewnym momencie.

Biała czekolada o dziwo nie nakręcała słodyczy jakoś szczególnie. Powiedziałabym, że raczej podrzucała lekką nutkę śmietankową.

Jasny krem wydał mi się też właśnie w dużej mierze mleczny i bardzo, bardzo słodki. Wyraźnie czułam w nim i ordynarniejszy alkohol, także owocową nutę (sugerującą "jakieś pomarańczowe owoce" - pewnie morele z batatami), ale wydał mi się... głównie "słodki słodyczą białych czekolad", mleka karmelowego itp.

Każdy kęs kończyła mleczna czekolada, spod wielu słodkich elementów wyciągając raz jeszcze (na koniec) wyraźniej jakby cynamonowo karmelizowanie-orzechowy smaczek.
Posmak był jednak, owszem, słodko czekoladowy, ale bardziej jak po jakimś pomarańczowym alkoholu.

Wszystko wchodziło w rozgrzewający, formowany przez alkohol wir słodyczy, korzenności o cynamonowo-pomarańczowym wydźwięku, który w ryzach jakoś tam próbowała trzymać błoga mleczność i wręcz orzechowa czekoladowość.
Zaskoczyło mnie tylko, że w tym wszystkim jakoś uciekał smak miodu. Być może wpisał się w rozgrzewanio-podrapywanie gardła (które jednak odebrałam jako alkoholowe).
Nigdy nie piłam prawdziwego ponczu, ale ta czekolada właśnie jako taki jakiś poncz mi się widzi.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 479 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

 Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, koncentrat soku pomarańczowego, syrop glukozowy z cukru inwertowanego, mleko, miód, słodkie ziemniaki (bataty), wódka ziemniaczana, suszone morele, odtłuszczone mleko w proszku, masło, karmel w proszku (odtłuszczone mleko, serwatka, cukier, masło), brandy z cukru trzcinowego, cynamon, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), substancja żelująca: pektyny jabłkowe, słodka serwatka w proszku, lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, sól, wanilia, olejek pomarańczowy, chili Bird's eye

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Zotter Peanut Nougat - Potato Vodka - Strawberry mleczna 50 % warstwą białej czekolady truskawkowej, nadziewana nugatem z orzeszków ziemnych z karmelizowanymi kawałkami i kremem morelowo-batatowym z wódką z ziemniaków, czekoladą białą morelową i brandy

Dzisiaj prezentowana tabliczka wydaje mi się niecodziennym zestawieniem smaków, i to jakoś wyjątkowo. Mleczna, delikatny nugacik, orzeszki ziemne (czyżby coś a'la słodkie masełko orzechowe?), truskaweczki... a obok wódka i ziemniaki. Co prawda wódka ziemniaczana i słodkie ziemniaki, ale jednak... Takie dziwne zestawienie uroczych, słodziutkich smaczków i konkret, a do tego trzy zdezorientowane miśki na opakowaniu - zaintrygowało mnie to, nie powiem, a do głowy przyszło mi, że zjadłabym czekoladę Zottera z masłem orzechowym i np. truskawkową "galaretką". Na razie jednak (bo nie wpadł na takie coś) miałam znów spróbować pomysłu na morelowy krem, w którym zawsze coś mi nie gra.


Zotter Peanut Nougat - Potato Vodka - Strawberry to mleczna czekolada o zawartości 50 % z warstwą białej czekolady truskawkowej, nadziewana nugatem z fistaszków z kawałkami karmelizowanych orzeszków (brittle) i kremem morelowo-batatowym z wódką z ziemniaków (marki Nørderd), czekoladą białą morelową i brandy.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach czekolady mlecznej i fistaszków (co od razu przywiodło na myśl wszelkie czekolady, czekoladki itp. z nadzieniem "masło orzechowe"), więc tonacja była raczej orzechowa, ale wyraźnie czułam też morele i alkohol.

Przy łamaniu tabliczka wydała mi się dość twardo-zbita. W ustach okazało się jednak, że mimo pewnej konkretności wyszła raczej kremowo.
Orzechowy nugat był tłusty, choć sprawiał wrażenie nieco suchawego, i pełen drobinek orzeszków (część z nich była w karmelu, sam chrupiący karmel też się tam znalazł), sprawiających wrażenie zaskakująco świeżych, miękkawych.
Krem morelowo-batatowy wyszedł przy nim lżej, bardziej soczyście, ale jak zwykle odebrałam go jako zbity i śliski (w owocowy sposób).
Podzielenie tego było prawie niemożliwe, bo warstwy były mocno złączone i niemal tego samego koloru, aż przez większość czasu jedzenia miałam wrażenie, że jest jedno, nie dwa nadzienia (ale w przekonaniu, że dwa utrzymywała mnie konsystencja).

W smaku czekolada tradycyjnie była mleczna, z zaznaczonym kakao i minimalnie słodka; tym razem dodatkowo, oprócz naturalnie orzechowej nuty, nasiąknięta fistaszkami.

Pod nią kryła się warstwa czekolady truskawkowej (u mnie bardzo cieniutka na górze, grubawa na dole), która przebijała się bardzo szybko cudownie autentycznym smakiem słodkich (przez chwilę odrobinkę soczyście kwaskowatych) truskawek. Spójne przejście pomiędzy obiema czekoladami utworzyła mleczna nuta.

Podkreślone czekoladą wyraziście wyszły także fistaszki, w pierwszej chwili w masłoorzechowym klimacie. Ogólnie i one bardzo harmonijnie zeszły się z czekoladą, bo w nugacie nie brakowało także mlecznego smaku. Warstwa ta była jednak już znacząco słodka (i słodycz ta cudownie dodatkowo podkreślała słodycz truskawek), ale nie przesłodzona, mimo że przy drobinkach orzeszków jeszcze się nakręcała. Kawałki te wyszły trochę nijako, ale zaplątała się przy nich także nutka solonego karmelu.
Fistaszkowa warstwa dominowała w pierwszej części rozpuszczania się kęsa, potem bardzo rozmywała się. 

Jakby na fali słodyczy pojawiał się alkohol. Przez orzeszkowo-owocowe nuty w pewnym momencie wydał mi się nieco ordynarny, taki wręcz podszczypujący język i rozgrzewający gardło. Mocny, ale nie w sensie, że było go dużo i chyba trochę podkreślony chili.
Został niewątpliwie umilony owocami, które wraz z nim przybierały na sile. Ewidentnie czułam suszone morele, ale i nutę batatów. Bardzo przyjemnie zeszły się z nutą "mlecznych truskawek". Mimo że czekolada wyszła bardziej orzechowo niż owocowo, to jej słodycz wydała mi się właśnie naturalnie owocowa, a nie bardzo nugatowa. Od mniej więcej połowy rozpływania się gryza, to owoce i alkohol zaczynały dominować (ale fistaszkowa nuta nie dała się całkiem zagłuszyć).

Na koniec w ustach pozostawał posmak fistaszków, całkiem zdecydowane poczucie owocowości (morele, truskawki), a także wspomnienie alkoholu: wódki i czegoś bardziej słodko-wykwintnego.

Charakter tej czekolady jest niewątpliwie słodki, ale nie za słodki. Trochę orzechowo, trochę owocowo z alkoholowym wykończeniem. Może brzmi klasycznie, ale to była taka "inna klasyka". Ambitniejsza, wytrawniejsza, dość wyrazista, ale mimo wszystko nie porwała mnie jakoś szczególnie (wolałabym, żeby np. charakter fistaszków był jeszcze silniejszy). To była jednak bardzo miła degustacja.


ocena: 8/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 542 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, orzeszki ziemne, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, bataty, wódka z ziemniaków, suszone morele, odtłuszczone mleko w proszku, masło, suszone truskawki, syrop glukozowy z cukru inwertowanego, sproszkowany karmel (odtłuszczone mleko, serwatka, cukier, masło) brandy z cukru trzcinowego, słodka serwatka w proszku, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), wanilia, cynamon, chili "Bird's eye"

środa, 27 grudnia 2017

Zotter Bread and Roses mleczna 40 % z warstwą czekolady porzeczkowej z różanym marcepanem i kremem z wódką chlebową

Kocham różane smaki, więc każda nowość Zottera z różą budzi we mnie ogromne emocje. Zwłaszcza, gdy jest to kompozycja dość kontrowersyjna. Róże i ciemny chleb, alkohol...? Dobra, uwielbiam słodycze z alkoholem, jem tylko ciemny chleb, ale że tak w różanej czekoladzie? Nie mogłam sobie tego wyobrazić aż do momentu, gdy wyczytałam, że chodzi o wódkę z ciemnego chleba zotterowskiego wyrobu. A już zdążyłam się wystraszyć, że dodano kawałki chleba jak w Verjuice Green Grapes.
Ciekawy jest sam tytuł czekolady, bo nawiązuje do motta protestujących w 1912 roku pracownic fabryk tekstylniczych, w odniesieniu do których padły słowa, że kobiety potrzebują zarówno chleba, jak i róż.


Zotter Bread and Roses to mleczna czekolada o 40 % zawartości kakao z warstwą czekolady porzeczkowej nadziewana różanym marcepanem oraz kremem czekoladowo-mlecznym z wódką z ciemnego chleba.

Od razu po otwarciu poczułam piękny i intensywny, ale nie przerysowany zapach róż, którym wtórował marcepan i mleczna czekolada. Po przełamaniu zapach róż wciąż dominował, marcepan odebrałam jako nieco podkreślony alkoholem, ale w sumie alkoholu nie czułam.

Przy łamaniu gruba warstwa kremowej czekolady, która została pogrubiona od środka jeszcze warstewką porzeczkowej, trzasnęła, a nadzienia... okazały się wyjątkowo plastyczne, miękkie i niemal mokre.
Marcepan był średnio przemielony i dość rzadki, wilgotny, dzięki czemu rozpływał się, ale i przyjemnie chrzęścił, a krem czekoladowy... przypominał gęsty sos, a więc był czystą definicją tego, czym jest ganache.
Całość trudno porozdzielać: czekolada porzeczkowa była niemal wtopiona w mleczną, nadzienia były tak miękkie, że spójnie się zlepiły, ale w sumie... w ustach wszystko to łatwo się rozchodziło. Mimo to, a może właśnie dlatego, najlepiej smakowało w całości, bez dzielenia, gdyż smaki świetnie się uzupełniały.

Cudowna, łagodna czekolada uraczyła mnie głębokim, pełnym smakiem mleka i nieprzesadzoną słodyczą, do czego szybko zaczęły przyłączać się różane nuty.

Bardzo dobrze wyszło tu niepewne zaznaczenie się owocowego kwasku, który jednak szybko się chował.
Rozwijał się za to smak różany. Nasilał się, stawał się głównym bohaterem. To wokół niego wszystko się kręciło, ale dopuścił także inne nuty do głosu, nie zabił ich.

Spod róż bowiem smakowicie zaczął przebijać się charakterny, mocno migdałowy marcepan. Słodycz, która się rozeszła, jak najbardziej tu pasowała, nie była zbyt silna. Harmonijnie zeszła się z mlecznymi smakami i alkoholem.

Alkohol pochodził z czekoladowego kremu, ale idealnie zespoił się z marcepanem, podkreślając go. Nadał różom charakterniejszego, bardziej wytrawnego niż słodkiego wydźwięku, co wyszło co najmniej intrygująco. Gdy marcepan rozszedł się po ustach, a na scenę wkraczał krem, zaczęło się robić bardziej czekoladowo, co jednoznacznie skojarzyło mi się z wysokiej jakości cukierkami-truflami z wódką. O tak, nie da się ukryć, że to taki konkretny alkohol tu dodano, ale czułam jego jakość i taki głębszy smaczek.

W pewnym momencie miałam wrażenie, że nadchodzi taki suchawy efekt słodkich, mocno akoholowych trufli, ale wtedy spomiędzy róż i marcepanu przebił się kwasek porzeczek, świetnie pasujący do róż. Był delikatny, miał w sobie także słodycz i tylko co nieco przełamał (nie był zbyt mocnym smakiem).

Zakończenie było mocno różane, czekoladowe na wiele sposobów, wyraziście marcepanowe i alkoholowo-truflowe, co też pozostawało w posmaku.

Podobało mi się, że mimo "słodkiej tematyki" wyszło tak wytrawnie i konkretnie. Żaden ze smaków nie wydał mi się przerysowany.
Osobiście wolałabym bardziej zwarty środek; myślę też że np. czekolada mleczna % nie zaszkodziłaby.


 ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 498 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, marcepan (migdały, cukier, syrop cukru inwertowanego), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, syrop glukozowy z cukru inwertowanego, wódka z chleba brązowego, mleko, woda różana, suszone porzeczki, odtłuszczone mleko w proszku, sól, wanilia, olejek różany

niedziela, 30 października 2016

Zotter Mountain Gentain ciemna 80 % z czekoladowym kremem z wódką z goryczki

Kiedy tylko w 2016 w ofercie Zottera znów pojawiły się jesienno-zimowe smaki, zaczęłam rozglądać się za tymi, które darowałam sobie rok temu. Wśród nich była dzisiaj opisywana czekolada, bo najpierw uznałam ją za "zwykłą z alkoholem", a gdy już zostałam uświadomiona przez recenzję Basi na blogu Sex, Coffee & Chocolate, że czekolada zawiera aż 80 % kakao i ma takie nuty, jakie ma... było już za późno, a ja plułam sobie w brodę. Dlatego właśnie, gdy ją zdobyłam, postanowiłam, że otworzy mi ona przygodę z tegorocznymi Zotterami, tym bardziej, że miała być pierwszym Zotterem zjedzonym po powrocie z gór, czyli tak nawet trochę tematycznie.


Zotter Mountain Gentain to czekolada ciemna zawierająca 80% kakao nadziewana czekoladowym ganaszem z wódką z goryczki.

Czym właściwie jest goryczka? To niebieski kwiatek rosnący w Alpach, którego rysunek znalazł się na opakowaniu. Wyciąg z jego liści i korzeni jest używany w celach leczniczych, ma gorzki smak, a w krajach alpejskich znany jest także trunek zrobiony na bazie tego wyciągu - austriacki sznaps.

Po rozchyleniu papierka poczułam głęboką moc kakao i silnie zaznaczony alkohol. Obie wonie były przełamanie nieco jakby miodowo-waniliową słodyczą (odrobinką!) i kojarzyły się z wilgotną, nasączoną czekoladową truflą najwyższej jakości.

Przełamałam. Czekolada chrupnęła, ale jej nadzienie było miękkie i przypominało bardzo wilgotne ciasto.
Ugryzłam, a czekolada zaczęła rozpuszczać się zaskakująco, jak na 80 % kakao, kremowo, ujawniając bardzo tłuste i plastyczne nadzienie. Nadzienie coraz bardziej kojarzyło mi się z tłustym, miękkim i niemal mokrym, solidnie nasączonym czekoladowym ciachem.

Jednak po kolei.
Od pierwszej chwili czułam wyrazistość kakao. Był to głównie gorzki smak, kojarzący się z dobrą kawą, do którego dochodziła z czasem lekka, ale całkiem zdecydowana, słodycz. Łagodziła odrobinę ściągające poczucie, dodawała wyrazu syropu (ni to leczniczego, ni to smakowego).

Krem bardzo szybko zaczynał się przebijać, przynosząc jeszcze więcej czekoladowości i alkoholową nutę. Wydawało mi się, że to wraz z nim (albo raczej po prostu świetnie zgrało się to w czasie) pojawiały się ciepłe nuty pomarańczowego likieru i wiśniowego syropu, słodkiego ale również nieco cierpkiego.

W pewnym momencie alkohol zaczynał wręcz przypiekać język, jednak nie było w tym nic "chamskiego". Idealnie wpasowało się to w mocny charakter kakao, co w połączeniu skojarzyło mi się z cytrynówką z ogromną ilością soku z cytryny. Kwasek przyniósł ogrom orzeźwienia, czego po wódce bym się nie spodziewała. Nie wiem, czy ta cytrynowa nuta pochodziła z kakao czy z wódki z goryczki, ale... rewelacyjnie się tu odnalazła.

Przez moment to alkoholowość dominowała, proporcje jakby się odwróciły ("alkoholowość z kakao w tle") ale nie trwało to długo.

Po pewnym czasie kakao jakby zaczynało działać ze zdwojoną siłą, na koniec dostało przyspieszenia, albo po prostu zostało podkreślone alkoholem. Wróciło z odrobiną suchości i pozostawiło w ustach posmak gorzkawy i głęboki, znany wszystkim czekoladoholikom.

Czekolada była w sumie bardzo prosta, bo kakaowo-alkoholowa o cudownych alkoholowo-owocowych nutach. Mimo siły kakao i alkoholu odnalazłam w niej dużo orzeźwienia. Zaskoczyła mnie, bo nigdy nie dawałam jej szans na zdobycie najwyższej oceny, a po prostu... uwiodła mnie tą prostotą. Jak widać, nie potrzeba wielu wymyślnych, szalonych dodatków, by mieć w sobie "to coś".


ocena: 10/10
kupiłam: foodieshop24
cena: 16 zł
kaloryczność: 511 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym kiedyś do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, wódka z goryczki 15%, tłuszcz kakaowy, syrop glukozowo-fruktozowy, mleko, pełne mleko w proszku, sól, wanilia

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Zotter Vodka mleczna 40 % z nadzieniem z batatów (słodkich ziemniaków), moreli i karmelowej czekolady z wódką ziemniaczaną

Wódka na pewno nie należy do wykwintnych trunków, ale... kto powiedział, że i jej nie da się jakoś ciekawie wkomponować w słodycze? Norderd to firma z dolnej części Austrii, która produkuje wódkę o 40 %-owej zawartości alkoholu z ziemniaków, co muszę przyznać, i tak nie brzmi zachęcająco. Przejdźmy więc może do czegoś o wiele bardziej zachęcającego.


Zotter Vodka to czekolada mleczna, o zawartości 40 % kakao, z nadzieniem ze słodkich ziemniaków, moreli i karmelowej czekolady z wódką (z ziemniaków) Norderd.

Od razu po rozchyleniu złotego papierka poczułam słodycz i alkohol z silnie owocowymi nutami. Było to utrzymane w solidnych "ramach" dobrej mlecznej czekolady.

Przełamałam tabliczkę i już wiedziałam skąd ta "rama" - warstwa czekolady jest bardzo gruba. Mocno trzyma miękkawe, jasne nadzienie, którego zapach w tym momencie nabrał ordynarności. Jednak wciąż nie było tu nic z "bezczelnego" spirytusu - miałam wrażenie, że wewnątrz jest spora ilość owocowego likieru. Na pewno czułam morele, ale nie nazwałabym ich suszonymi. Wydały mi się soczyste.

Chcąc się wreszcie przekonać, o co chodzi, wgryzłam się w tabliczkę.
Kremowa czekolada szybko zaczęła się rozpuszczać. Słodycz jak zwykle okazała się całkiem silna, ale dobrze utrafiona razem z ilością kakao. Zalewała ją ogromna ilość naturalnego, tłustego mleka - poezja.

Już po chwili spod czekolady wyłaniają się morele - ich smak pełen soczystego kwasku i słodyczy. Robi się słodko - to tłuste, miękkie i wilgotne nadzienie dochodzi do głosu. Od niego bije też pewna alkoholowość - początkowo bardzo delikatna.
Przy morelach pojawia się wciąż "owocowa" nuta, ale już znacznie mniej słodka... bardziej... marchwiowo-orzechowo-ziemniaczana... Toż to bataty! Powiedziałabym, że lekko upieczone w dodatku. Morele nasiliły przy nich soczystą owocowość, słodycz cały czas się rozkręcała, a alkohol... rozwijał się w swoim własnym tempie, ale, ku mojemu zdziwieniu, coraz bardziej skłaniał się w owocowym kierunku. To wszystko trochę skojarzyło mi się z nadzieniem z Lindt Carrot Cake - ale w bardziej owocowo-alkoholowym wydaniu.

Alkoholowy motyw w końcu nasila się na tyle, by lekko zaszczypać w język, jednak jest to też moment, w którym dałabym sobie rękę uciąć, że to jakiś morelowy likier, a nie wódka. W tym szczypaniu w język czułam wyraźnie także przyprawy - wanilię i chyba szczyptę cynamonu. Ten z kolei znów nasilał smak słodkich ziemniaków. Ogólna słodycz była dość silna, ale raczej nie tak bardzo karmelowa, jak się spodziewałam. Podbijała chyba jeszcze wrażenie obcowania z likierem.

Przyznam, że ta czekolada nieźle mnie zaskoczyła, ale nie tym, czym myślałam, że zaskoczy. Po pierwsze jest bardzo słodka (jak dla mnie chyba już nawet nieco za słodka) i soczyście owocowa, bardzo wyraziste są tu bowiem morele oraz słodkie ziemniaki. Dzięki nim (przez nie?) wódka w ogóle przybrała tu postać owocowego likieru - całkiem silnego jak na likier, ale bardzo słabego jak na wódkę.
Tu jednak warto się zatrzymać, bo z wódką ziemniaczaną nigdy nie miałam do czynienia (w ogóle nie znam się na wódkach), a już pisząc recenzję poczytałam, że jest ona o wiele delikatniejsza w smaku niż zbożowa. To także może wyjaśniać, dlaczego wbrew pozorom alkohol nie jest tu najmocniejszą nutą.
Mimo wszystko uważam jednak, że czekolada ma mało wspólnego z nazwą - w końcu nacisk jest położony na smak moreli i słodkich ziemniaków. Duet ten wyszedł tu naprawdę świetnie - o wiele lepiej niż w przekombinowanej Verjuice Green Grapes, z którą to w ogóle tego połączenia nie skojarzyłabym (bo tam było ono za bardzo zakłócone), gdyby nie recenzja Basi (dodana swoją drogą w dniu mojej degustacji Zotter Vodka).


ocena: 8/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 534 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, słodkie ziemniaki, wódka z ziemniaków (5%), miazga kakaowa, suszone morele, masło, syrop glukozowo-fruktozowy, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, pełen cukier trzcinowy, sól, wanilia, cynamon, chili Bird's eye