Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alkohol. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alkohol. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 września 2026

wino Mołdawska Winnica Muscat Wine Semi Sweet [18 LAT+]

Swego czasu myślałam, że fajnie byłoby na blogu zamieścić kilka recenzji alkoholi, ale okazało się, że zwyczajnie nie jestem ich fanką. Łagodnie mówiąc. A wydawanie na alkohol ogromnych sum wydaje mi się absurdalne. Z kolei tanie twory zwyczajnie mnie obrzydzają. A jednak dopuszczam dodawanie alkoholu do gotowania. Gdy chcę zrobić coś z przepisu, bardzo dokładnie się go trzymając, mała ilość alkoholu w daniu nie wydaje mi się niesmaczna. Czasem nawet porządna alkoholowość - jak w truflach czy niektórych ciastach - wydaje się pożądana. Dziś prezentowane wino postanowiłam zrecenzować, bo i tak je właśnie do gotowania kupiłam, ale też dlatego, że zwykłego białego u mnie na blogu nie było. Czerwone owszem, a białe tylko azjatyckie śliwkowe.

Tu jednak muszę przeprosić wszystkie osoby niepełnoletnie, które nie ukończyły 18 lat. Ten wpis przeznaczony jest bowiem tylko dla osób dorosłych.

Mołdawska Winnica Muscat Wine Semi Sweet to białe wino półsłodkie ze szczepu Muscat o zawartości 13% alkoholu, wyprodukowane przez Vinaria Romanesti w Mołdawii.

Wina spróbowałam w temperaturze pokojowej, bo nie lubię schłodzonych rzeczy i nie sprawiłoby mi żadnej przyjemności gdyby miało być chłodne.


Już po odkręceniu i powąchaniu z butelki wino wydało mi się lekkie, łagodne. Pachniało słodko-likierowo słodko-kwaskawymi brzoskwiniami / nektarynkami i mieszanką jasnych owoców, w tym chyba zielonymi winogronami, oraz białych kwiatów. Jego znacząca słodycz sugerowała wino raczej słodkie niż półsłodkie.


Wino miało kolor niemal wodnisty, lekko słomkowy. Także w strukturze wydało mi się lekkie i rzadkie. Pite zaś lekko szczypało, jakby złudnie musowało w język.

W smaku w pierwszej chwili wydało mi się nieco wodniste, a jednocześnie kwiatowe, jak jakaś rozrzedzona woda kwiatowa. Niemal bez alkoholu?!

Ten pojawił się nagle, uderzając jak błyskawica i równie szybko trochę się cofając. Tuż za mocnym, a odskakującym alkoholem, zjawiły się niedojrzałe owoce o wyrazistej kwaśności. Owoce zostały na dłużej niż mocny alkohol, nabierając słodyczy. Do niezbyt dojrzałych zielonych winogron dołączyły słodko-wodniste gruszki oraz... Chyba jasne brzoskwinie / nektarynki. Na pewno o smaku bardziej słodko-kwaśnym. Słodycz rosła szybko, kojarząc się trochę z owocowym likierem, czym przywrócił wyraźniejszą alkoholowość, a także wciąż z białymi, słodkimi kwiatami. Kwasek utrzymywał się, mimo że puścił słodycz przodem. Pomyślałam jeszcze o cytrynie i...

Cytrynowej nalewce? Alkohol zapiekł w gardle i na języku, dodając do owoców niemal korzenną pikanterię. Poprzez nią wróciła moc, powiedziałabym, że zaskakująco dosadna jak na wino. Trochę niemal wódkowo-gryząca.

Po wypiciu został posmak niezbyt dojrzałych zielonych winogron i gryzienie w język ordynarnego alkoholu, który próbował udawać korzenność. Czułam nieco rozgrzewającą alkoholowość, mieszającą się z kwiatami i słodko-kwaskawymi owocami, ale nie uderzało w głowę ani nic. Dosadność dotyczyła wydźwięku, nie realnej mocy.

Wino uznałam za mocno średnie, nawet w tej cenie. Zapewne można wypić, ale ja za nic nie miałabym na to ochoty.

Do gotowania nie sprawdziło się. Kiedy zaczęłam smażyć z nim mięso wołowe, rozszedł się słodko-kwaśny, trochę likierowy zapach, potem zatonął w reszcie. Gdy jadłam mięso z sosem z pastą gochujang, wino poniekąd wpisało się w słodycz miodu i cukru trzcinowego, ale też dodało dziwnego motywu, który kojarzył mi się z jasnym, lekko owocowym piwie, które zostało na drugi dzień po imprezie i się odgazowało. Dobrze, że danie było bardzo pikantne i dość słodkie, więc wino znalazło się na dalekim planie.

Reszta przypadła Mamie. Jej opinia: "Ono ma być półsłodkie?! Chyba ćwierćsłodkie jak już. Powiedziałabym, że w ogóle wytrawne. Takie kwaśne, wręcz kwachowate, więc niesmaczne. Nie wiem, jak w tym kwasie można jakiekolwiek owoce, nuty czuć. Ja w nim czuję tylko kwaśność, nawet jak podeszłam z dobrymi chęciami, by się wczuć."


ocena: 5/10
kupiłam: Kaufland
cena: 16,99 zł (za 750ml; promocja)
kaloryczność: 88 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

środa, 8 października 2025

likier Bartex Amaretto Diletto [18 LAT+]

Na wstępie pragnę przeprosić i wyprosić wszystkich, którzy nie ukończyli jeszcze osiemnastu lat, gdyż wpis ten przeznaczony jest wyłącznie dla osób dorosłych (18+).

Nigdy nie byłam fanką likierów, a moja historia z alkoholami w ogóle jest krótka i nieciekawa. Kilka poznałam i choć dobry docenić umiem, to zwyczajnie nie przepadam i nie kręcą mnie. Skąd więc wziął się tu ten likier? Był mi potrzebny do paru przepisów. A to zostały mi płatki migdałów i pomyślałam, że zrobię marcepan, a to z Mamą wpadłyśmy na zrobienie trufli, a to do jednego twarożkowego deseru potrzebne mi były ciastka amaretti i miałam zrobić je z Mamą. Wszystko to łączy właśnie migdałowy likier. Ojca naciągnęłam na akurat, ze względu na niższą cenę. W sklepie były dwa różne, a ja nie wiedziałam, czym się różnią oprócz. W domu doczytałam, że zakupiłam produkt polskiej firmy Bartex (BARTEX Bartol sp. z o.o. sp. k.), inspirowany włoskim amaretto wywodzącym się z Saronno, gdzie produkowany jest od 1525 roku.

Bartex Amaretto Diletto to likier migdałowy, inspirowany amaretto, zawierający 21 % alkoholu.

Po odkręceniu uderzył intensywnie migdałowo-kwiatowy zapach, kojarzący się trochę jakby z migdałowym miodem (wyobrażenie abstrakcyjne) o ciężkiej słodyczy. Była wysoka, ale nie drapiąca, a alkoholowość likieru wydawała mi się subtelnie skryta w słodkiej toni. Drobna goryczka osiadła w migdałach, nadając całości poważnego wydźwięku. W oddali przemknęło też coś ziołowego.

Likier nie wyglądał na gęsty, jednak pity pewną gęstawość wykazywał. Wydał mi się też trochę lepkawy jak miód. Nie był ciężki, ale zadatki na taki miał. W kieliszku znacząco osadzał się na ściankach.

W smaku najpierw rozeszła się wysoka słodycz, którą po chwili stonowały migdały. Do migdałów podkradły się kwiaty, kierujące słodycz w nieco lżejszym kierunku. Mimo to, było dość ciężko. W migdałach zaplątała się drobna goryczka, która wraz z alkoholem przesądziła o poważniejszym, ciężkawym wydźwięku. Kwiaty przechodziły w pewną ziołowość, może nawet pikanterię. Alkohol rozgrzewał gardło, co znów pokierowało myśli ku migdałowemu miodowi oraz ciężkim, szlachetnym alkoholom (jak whisky) o wręcz karmelowym wydźwięku. Czułam się trochę jakbym... piła miodowo-alkoholowy marcepan? Mimo dosadności, likierowość nie miała w sobie nic z ordynarności! Wyszła szlachetnie, podobnie jak słodycz, która nie próbowała zawładnąć migdałami.

Po wypiciu został posmak bardzo słodki, ciężkawy i niewątpliwie migdałowy, co kojarzyło mi się z marcepanem i kwiatami. Pewna cierpkość z tła kierowała myśli ku ziołowo-alkoholowemu syropowi.

Likier był mocny w wydźwięku, ale bez ordynarnej, prawdziwej mocy - sprawdziłam, że likiery mają od 23% do 45%. Ten był więc z dolnej granicy, a mimo to miał charakter mocniejszego alkoholu. To na plus, bo choć słodki, nie wyszedł zbyt słodziakowo. Zaskoczył mnie pozytywnie.

Pierwszym przepisem, do którego go użyłam, był domowy marcepan. Przejrzałam w internecie różne przepisy: większość podawała proporcje 1:1 cukru i migdałów, ale znacząco zmniejszyłam ilość cukru. Dodałam trzcinowy zmielony na puder. Miałam jakieś 140g płatków migdałów, myślę, że cukru dałam tak góra 110gramów, a na to około 3 płaskich łyżek likieru i trochę wody.
W marcepanie ten likier bardzo dobrze się sprawdził. Było go czuć wraz z jego nieco karmelowym charakterem, co nakręcało się nawzajem z głębią cukru trzcinowego, też jakby nieco karmelowego. Alkohol wzmocnił poczucie słodyczy i ja się tym zasłodziłam, ale... z Mamą stwierdziłyśmy, że technicznie było idealnie. Acz Mama ma zastrzeżenia do dodawania likieru do marcepanu - mimo miłości do alkoholowych słodyczy, akurat alkoholowy marcepan jej nie leży (ogólnie nie lubi rzeczy migdałowych, z wyjątkiem marcepana, a tu czuła likier migdałowy).

Likier miał mi posłużyć m.in. do robienia tiramisu dla Mamy. Robiłam to ciasto z nim już 2 razy. Za pierwszym dodałam trochę mniej (według Mamy za mało), drugim więcej.
Choć likier sam w sobie jest bardzo wyrazisty, dodany do kremu z mascarpone potrafi się schować. By było go porządnie czuć, nie wolno go żałować. Za to z biszkoptami współpracował świetnie.  Bez trudu je nasączał i utrzymywał się w nich jako wyrazisty likier migdałowy. Co ciekawe, im dłużej tiramisu siedziało w lodówce, tym moc alkoholu wydawała się rosnąć. Jak odrobinkę spróbowałam, mimo że porządnie nasączone biszkopty smakowały mocno alkoholowo, likier utrzymał szlachetniejszy wydźwięk. Nawet Mama, która nie wyczuwa wszystkiego tak wyraźnie jak ja, stwierdziła, że "no, w biszkoptach czuć wyraźnie, że dałaś tu amaretto".


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 22,49 zł za 0,5l
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

wtorek, 22 października 2024

(18+) Huzar Miód Pitny Pieniński Dwójniak

Lata temu chciałam spróbować miód pitny, jednak miód pitny Lietuviškas Midus Trakai (recenzja tylko dla pełnoletnich), który w końcu dostałam był nieporozumieniem. Choć ogólnie alkohole to nie moja bajka, nie chciałam, by na słowa "miód pitny" przypominało mi się podlinkowane dziadostwo. Wciąż ciekawiło mnie, jak w zasadzie smakuje dobry miód. Znajomy dał mi spróbować domowe, ale jakoś tak... Wyszły mi za słodko. Uznał więc, że muszę spróbować ten, zachwalając, że jest zaskakująco dobry jak na tak niską cenę. Cóż, postanowiłam zmierzyć się z miodem, który wyglądał niepozornie. Obstawiałam, że jak coś nie kusi kamionką, piękną etykietką, musi nadrabiać smakiem. Czyżbym miała do tego nosa? Tu jednak niestety muszę wyprosić wszystkich, którzy nie skończyli 18 lat.

Wpis ten przeznaczony jest tylko dla osób pełnoletnich, które ukończyły 18 lat.

Miód Pitny Pieniński Dwójniak to wyprodukowany w Polsce miód pitny dwójniak z miodu lipowego i wielokwiatowego z cynamonem i imbirem, tu w butelce 750ml, marki Huzar Sp. z.o.o.; zawartość alkoholu 16 % vol.

Zbliżając nos do szklanki wyraźnie poczułam cynamon, wpisany w kwiatowo-miodową słodycz, którą podrasował ciężkawy, ale nienachalny alkohol. Przemknęła mi jakaś jakby piekąca ostrość - goździki? Imbir? Wszystko to było słodkie, ale jeszcze nie mulące. 

Miód trochę zaskoczył mnie strukturą, bo był rzadki i wodnisty jak trójniak. 
W trakcie picia niby miał w sobie coś lepkawego, ale wciąż był rzadki. Za nic nie powiedziałabym, że to dwojniak (wyobrażam go sobie jako coś gęstszego, z wyczuwalną miodowością). 

W smaku od początku to słodycz miodu stała na czele. Była wysoka i dość ciężka, ale nie muląca.

Rozgrzała, w czym pomógł jej imbir. Zaznaczył się na języku wraz z alkoholem. Ten wątek był silny, ale nie napastliwy, a już na pewno nie chamski. Splótł się w jedno ze słodyczą, która jeszcze trochę wzrosła.

Imbir wydał mi się zmierzać w kandyzowanym kierunku. Dołączył do niego delikatny cynamon. Wzmocnił ostrość o wyraźnie miodowym charakterze. Pomyślałam o jasnym, ale właśnie ostrawym miodzie. A jednak mimo wszechobecnej, nadrzędnej słodyczy, to jakby nie miód sam w sobie, a przyprawy bardziej zwracały na siebie uwagę. Wyszły przed sam smak miodu, a słodycz jakby... Weszła w nie? Były jednością, a związek ten przypieczętował alkohol.

Rozgrzewające trio alkoholu, słodyczy i przypraw rozgrzało gardło. Słodycz zaznaczyła się też na ustach.

Po wypiciu w posmaku wyraźnie wyłonił się imbir z cynamonem, ale jako jedne z, jakby była cała tam mieszanka ostrych przypraw korzennych. Czułam też wysoką, piekącą słodycz, która trochę ukryła alkoholowość.

Miód zaskoczył mnie paroma rzeczami. Przede wszystkim chyba strukturą - po dwojniaku spodziewałabym się czegoś innego - i tym, że mimo rzadkiej struktury smakował porządnie miodowo, nie jak spirytus. Alkohol ciekawie w nim krył się w przyprawach i miodzie. Co ciekawe, przyprawy wychodziły w nim przed miód. Choć wyszło piekąco, w tym piekąca-słodko, nie było zasładzająco.

Od osoby, która mnie poczęstowała, dowiedziałam się, że jak ten miód był młodszy, smakował wyraźniej miodem, niż przyprawami. Co kto lubi - szczerze, mnie tak intensywne przyprawy nie przeszkadzały, a nawet chwyciły mnie, jednak w miodzie chyba bardziej wolałabym czuć przede wszystkim miód.
Ze względu na takie wydanie słodyczy (i jednak alkoholowość) nie byłam w stanie wypić za wiele, ale doceniam, że to dobry produkt, warty polecenia.
Byłam w szoku, gdy doczytałam drobny druczek, kto jest producentem. Okazało się, że... Huzar, którego zwykły miód gryczany kiedyś był bardzo dobry w swojej przystępnej cenie, ale na przestrzeni lat popsuł się tak, że ocena z 8 spadła na 3.


ocena: 7/10
kupiłam: poczęstowałam się
cena: nie znam
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: mogłabym znów się poczęstować

poniedziałek, 9 września 2024

piwo Korona Sudetów Malaga Górska [18 LAT+]

Wpis przeznaczony wyłącznie dla osób pełnoletnich (+18).
 
Parę dobrych lat temu uznałam, że piwo to nie moja bajka. W Sudety, a dokładniej Góry Złote ruszyłam jednak z kimś, kto siedzi w degustowaniu piwa. Nasłuchałam się, jak to cudownie jest zwieńczyć górską wycieczkę piwem i gdy zeszliśmy z Bruska, poszliśmy na porządną kolację, wybrałam sobie też piwo. Nasze spojrzenia przyciągnęły pomysłowe nazwy: Sudecka Pianka (pszeniczne, które smakowało trochę bananowo) oraz moje dzisiaj przedstawiane. Trafiłam na prawdziwe dziwo, ale o tym za chwilę. Tak, uwielbiam ciekawostki, ale o tym, że i tu czeka mnie ciekawostka, nie miałam pojęcia!

Korona Sudetów Malaga Górska to rzemieślnicze ciemne piwo pasteryzowane i niefiltrowane pszeniczne o 7% zawartości alkoholu w stylu weizenbock; zawartość ekstraktu to 16,5%.

Po otwarciu poczułam zapach soczysty i trochę czekoladowy. Od razu przyszła mi na myśl ciemna, subtelnie słodkawa tabliczka ze skórką cytryny i rodzynkami.

Po przelaniu do szklanki piany było niewiele. Piwo zaskoczyło mnie kolorem ciemnego karmelu - najpierw myślałam, że to piwo niepszeniczne, ale jednak pszenica wyjaśnia ten kolor (dowiedziałam się o tym jednak dopiero po spróbowaniu i zgooglaniu).
W trakcie picia nie wydawało się szczególnie ciężkie, ale lekkie też nie. Gazowanie było w punkt. Tylko braku piany trochę mi żal.

W smaku w pierwszej chwili pojawiła się sugestia kwasku, acz całość nie zapowiadała się specjalnie lekko.

Rozszedł się motyw drzew, po których narosła słodycz i zawisła leciuteńka gorzkawość. Splot ten zasugerował tabliczkę czekolady z pojawiającymi się w niej raz po raz kawałkami skórki cytrynowej i rodzynkami.
Przez moment słodko-kwaskawe rodzynki całkiem wyraźnie zaznaczyły się na tle ciemnawego, acz nie wyraźnie ciemnego piwa. Potem osiadły w czekoladzie. Wszystko przysłoniły drzewa.

Po wypiciu utrzymywał się posmak rodzynek, acz już tylko sugestywnie kwaskawych. Wmieszały się, wraz ze skórką cytryny, w czekoladę i drzewa. 

To było bardzo ciekawe piwo. Pierwszy raz - choć wiem, że mam malutkie doświadczenie w kwestii piwa - trafiłam na ciemne pszeniczne. Było intrygujące, bo pozbierało co najlepsze z piw ciemnych i jasnych, a do tego wydało mi się uniwersalne, dobre na każdą porę roku. Czekoladowy klimat i cytrynowo-rodzynkowa soczystość w poważnym wydaniu świetnie zagrały. Może nie powaliło mnie na kolana, piany mi brakowało, ale z przyjemnością połowę wypiłam.


ocena: 8/10
kupiłam: restauracja w Zieleńcu Vital & SPA Resort Szarotka
cena: 18 zł za 500 ml, czyli butelkę (w restauracji, więc cena na pewno zawyżona przez jej właściciela) 
czy kupię znów: nie

Skład: woda, słody jęczmienne, słód pszeniczny, granulaty chmielowe, drożdże piwowarskie

środa, 17 kwietnia 2024

wino śliwkowe Nuwang Ume Pflaume [18 LAT+]

Na wstępie muszę poinformować, że wpis ten jest przeznaczony dla osób pełnoletnich, które ukończyły 18 lat.

Alkohol to nie moja bajka, aczkolwiek kilka całkiem smacznych wspominam... nieźle. Nie, żebym miała do któregokolwiek wrócić, ale swoje im muszę przyznać - że rozumiem, że smakować mogą. Ojciec wie, że lubię japońskie smaki, więc zakodował sobie, że śliwkowe wina muszą i mnie wydawać się ciekawe. Dzisiaj przedstawiane dostałam właśnie od niego. Jak by nie patrzeć, to prezent zdecydowanie bardziej trafiony niż (18+) miód pitny Lietuviškas Midus Trakai, który był po prostu zły. Dzisiaj przedstawiany alkohol wydawał się w porządku, stąd po niego sięgnęłam bez strachu, ale i bez większych pozytywnych emocji. Wino stało i czekało na swoją kolej długo, a motywacją do otwarcia był Sylwester. Nie obchodzę, ale jak już petardy miały mi dudnić za oknem, dzień nie po mojemu (nie lubię "narzuconych" świąt), pomyślałam, że to dobra okazja, by spróbować, cóż to jest i jak się ma do win śliwkowych, które już piłam.

Nuwang Ume Pflaume to "słodki aromatyzowany napój na bazie białego słodkiego wina" o smaku śliwek ume, mający 10% alkoholu, produkowane przez niemiecką firmę TOPHI GmbH.

Piłam je w temperaturze pokojowej, bo nie lubię schłodzonych rzeczy i nie sprawiałoby mi to przyjemności, mimo że polecają je pić właśnie lekko schłodzone.

Po odkręceniu i powąchaniu z butelki wino wydało mi się nieco alkoholowo ordynarne, jednak po przelaniu do kieliszka ordynarność uszła zupełnie. Została jednak moc - powiedziałabym, że to wino było bardzo mocne jak na białe. Czułam w nim znaczący wątek suszonych śliwek - kwaśno-goryczkowatych i soczystych, wkomponowanych w ciężką słodycz. Śliwki jednak nie dały się zagłuszyć - to one dominowały. W trakcie picia nos odnotował też subtelny, kwiatowy akcent.

Wino miało jasny, słomkowo-złocisty kolor i wydawało się rzadkie.
W trakcie picia też było rzadko-lekkie. Wydało mi się nawet lekko musujące, acz to chyba tylko wrażenie.

W smaku pierwsza polała się słodycz, przybierająca na sile. Silna, wysoka, ale - jak się okazało już po sekundzie czy dwóch - wyraźnie śliwkowa. Zaskakująco mocna jak na wino alkoholowość podbiła owocowy smak.

Pomyślałam o kwaskawych śliwkach suszonych, mimo że echo kwasku kryło się jedynie w oddali za słodyczą, a potem do głowy przyszły mi... śliwki ogólnie. Słodko-soczyste, jedynie z przebłyskami kwasku. W tle przewinęły się też kwaskowate zielone winogrona, może odrobinka kwiatów.

Wszystkie te nuty płynęły na bardzo wysokiej słodyczy. Ta zmierzała do przesłodzenia, acz nigdy do niego nie dotarła. Wino to kryło w sobie sporo rześkości i soczystości, które pilnowały, by nie zrobiło się muląco słodko.

Po tym, jak alkohol zaczął rozgrzewać gardło, smakowo się nieco rozszedł, wydało mi się, jakby do białego, owocowego wina dołączył słodko-ciężki owocowy likier. A jednak i on nie przesłodził, bo owocowy smak wciąż robił aluzje do soczystego kwasku.

Po wypiciu zostałam ze słodko-owocowym posmakiem, który zrobił się landrynkowy, jakby przerysowany. Śliwki pobrzmiewały, acz straciły nieco na jednoznaczności. Oprócz nich czułam wciąż alkoholową rześkość, ocierającą się o kwasek białego wina, a także już lekkie przesłodzenie.

To wino zaskoczyło mnie pozytywnie. Spodziewałam się zasłodzenia totalnego, a ono zasłodzenie ciekawie ograło. Mocny aromat i smak śliwek był aż zaskakujący, acz pod koniec niestety wydawał się już przerysowany. Rześkość, soczystość i namiastka kwasku ciekawie urozmaiciły jakby esencjonalnie słodką bazę. Tak samo warte uwagi, nawet nieco lepsze niż wino śliwkowe / likier Choya Umeshu Silver, acz żadne z nich nie jest moim alkoholem idealnym (nie wiem w sumie, czy taki istnieje - wątpię).

Mama zgarnęła kieliszek i z zachwytem powiedziała: "bardzo smaczne! Słodkie, ale takie jakby półsłodkie. Rześkie, soczyste. Śliwek to ja tam jak zwykle może i tak wyraźnie nie czułam, ale mi się kojarzyło z takim dobrym szampanem, zwłaszcza na początku. Jakby trochę bąbelkowało, mimo że nie było bąbelków. Głębokie, lekkie, pyszne. Wydawało się mocne jak na białe wino, ale nie ordynarnie alkoholowe." Spróbowała i w temperaturze pokojowej, i lekko schłodzone (ona akurat woli takie rzeczy lekko schłodzone) i stwierdziła: "najlepiej jego walory i głębię czuć właśnie w temperaturze pokojowej. Schłodzone nie było tak wyraziste i ciekawe, a bardziej takie ot, alkoholowe".


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam (a ojciec kupił w Auchan)
cena: 14,98 zł (za 500 ml; sprawdziłam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: mogłabym wrócić w odległej przyszłości

sobota, 2 marca 2024

(18+) miód pitny Lietuviškas Midus Trakai

Jestem zobowiązana poinformować, iż wpis ten przeznaczony jest tylko dla osób pełnoletnich, które ukończyły 18 lat.

Dawno, dawno temu, ojciec obiecał mi, że kupi mi na osiemnastkę miód pitny, bo mnie ciekawił. W młodości byłam wielką fanką miodu, więc i to chciałam spróbować. Potem jednak o tym zapomnieliśmy, a mi alkohole wcale przeszły. Latem 2023 ojciec pojechał na urlop do Suwałk, gdzie jest sklep litewski i kupił mi miód pitny. Jako jednak że nie ma w zwyczaju mnie słuchać i oszczędza często nawet na tym, na czym nie powinien, władował mnie w niesmacznego sękacza (na szczęście nie litewski) i trójniak, nie zaś półtorak. To właśnie, jeśli już miałabym teraz jakiś miód pitny pić, półtorak byłby tym, co by mnie interesowało. To jest ponoć najlepszy miód pitny, bo ma największą zawartość miodu, nie jest rozcieńczony. Niestety, wpadł mi trójniak. Podeszłam do próbowania go raczej na zasadzie "aby mieć z głowy", bez większego zainteresowania. Szkoda.
Poczytałam w internecie trochę, co mi dokładnie wpadło. Otóż firma Lietuviškas Midus produkuje miody pitne od 1959 roku, doprawiając swoje trunki m.in. kwiatami lipy, jałowcem i żołędziami. I to dopiero taka mieszanka poddawana jest fermentacji.

Lietuviškas Midus Trakai to litewski miód pitny trójniak, u mnie 0,5l w kamionce, marki Lietuviškas Midus; zawartość alkoholu 15 % vol.

Poczytałam trochę, że tradycyjnie podawało się miód pitny w glinianych naczyniach, ale ja zdecydowałam się na ulubione szkło, też by zdjęcia ładniejsze wyszły.

W pierwszej chwili zapach wydał mi się wręcz spirytusowy, bardzo mocny, ale po chwili nieco się rozszedł i z kolei przedstawił się nieco soczyście. Słodki, jasny miód także w nim poczułam, ale wchodził w wątek cukrowo-alkoholowy i cukierkowy jak miodowe landrynki i jakieś słodycze ze scukrzonym alkoholowym nadzieniem. Doszukałam się chłodno-ostrzejszego echa jakby anyżu i jałowca, ale ukrytych w mocnym, słodkim alkoholu.

Napój wydał mi się rzadki, wodnisty. W trakcie picia minimalnie lepki jak woda, do której dodano troszeczkę miodu.

W smaku na początku rozeszła się zachowawcza słodycz. Gonił tą ordynarny alkohol, że w głowie pojawiły mi się słowa "słodka wóda". Alkoholowość jednak zaraz nieco odpuściła i ujawniła się jakby lekka soczystość i nawet kwasek. Skojarzyło mi się to z jasnymi, tanimi miodami, acz nie było tak ewidentnie, klarownie miodowe.

Alkohol w połowie rozchodzenia się smaku po ustach wydał mi się już mniej spirytusowy, a bardziej cukrowy, bardzo mocny - mocniejszy, niż wskazuje jego procent. Trochę jak... podrabiana, spirytusowa wódo-whisky? Taka, co szybko lekko piecze w język. Odrobina przypraw spotęgowała rozgrzewający aspekt alkoholu. W tle znów trochę poczułam jasny miód - acz wciąż nie był to jakiś dobry, szlachetny miód. Smak miodu jawił się jako mocno rozrzedzony, rozwodniony,

Gdy trójniak spływał do gardła, dosłownie w nim palił. Mocnym alkoholem, jakby jedynie niby miodową słodyczą i piekącymi przyprawami. Pomyślałam o anyżu i jałowcu i przypomniała mi się pita kiedyś anyżówka - to wyszło jak taka trochę cukierkowo-miodowa anyżówka właśnie.

Po wypiciu miodowość znów weszła w cukierkową, sztucznawą strefę. Chyba spłycił go mocny alkohol, łączący w sobie spirytusowość, soczystość i jakby naturalną, alkoholową słodycz prosto z jakiś słodkości alkoholowych.

Całość wydała mi się słaba, nawet nie przeciętna. Trójniak, jak to trójniak - mniejszy procent miodu, więc nie dziwne, że ten miód wyszedł tak tanio i drapiąco-słodko, a nie intensywnie miodowo. Alkohol był tu mocny, palący w gardle, ale pozwalający rozchodzić się smakowi. Ten jednak nie zaserwował mi niczego ambitnego. Mocny w smaku, wręcz lekko spirytusowy, słodko-miodowy zasładzał i przypiekał i... tyle. Nie uderzał jednak do głowy, bo realnie nie był tak strasznie mocny, po prostu smakował jak bardzo mocny alkohol, co wcale na plus nie wyszło. Jak sprawdziłam cenę w internecie wydaje mi się mocno zawyżona - może przez kamionkę, może przez to, że to produkt "regionalny", ale w tej cenie to półtorak można kupić, więc ten miód to jak widać lepiej wygląda, niż smakuje. Pewnie bazuje na turystach, którzy po prostu chcą "litewski miód", a zastanawiają się nad smakiem.

Po spróbowaniu małej ilości darowałam sobie i dałam Mamie. Ona spróbowała trochę więcej, ale zdanie miała podobne: "Mało to miodowe, a bardzo słodkie, zasładzające. Wali spirytusem i smakuje po prostu tanio. Miody pitne piłam, jak byłam nastolatką, to nie pamiętam już tak dobrze, ale to na pewno nie jest dobry alkohol".
Większość wróciła do ojca, który tak to ujął: "No, po trochu wieczorami prozdrowotnie się wypije" - nie chcę wiedzieć, co w jego rozumieniu znaczy te "prozdrowotnie".


ocena: 2/10
kupiłam: dostałam
cena: nie znam
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: woda, miód litewski, regulator kwasowości (kwas cytrynowy), chmiel, kwiaty lipy, jagody jałowca, żołędzie

piątek, 15 lipca 2022

Imperator Puszczy Miód Pitny Owocowy Agrestowy o smaku i aromacie kwiatu czarnego bzu

Na przełomie 2020/21 zorientowałam się, że chyba nie tylko czekolady z alkoholem mi nie podchodzą, ale ogólnie alkohole jakoś już... wypadł zupełnie z tego, co lubię. I tak niewiele piłam, ale raz na jakiś czas lubiłam. Jak przy lodach zorientowałam się, że wszystkie są mi za słodkie i - uwaga - za zimne, tak w alkoholach przeszkadzało mi, że to "słodkie smakowe picie" i... w dodatku uderzanie do głowy to już nie to, czego szukam. Kilka lat obiecywałam sobie, że wreszcie kupię jakiś dobry miód pitny, ale w obecnej sytuacji wiem, że tego nie zrealizuję. Stojąc więc pół dnia na targach czekolady, gdy miałam okazję się jakimś poczęstować... co zrobiłam? Oczywiście spróbowałam. Wariant kompletnie nie mój; gdybym sama miała wybierać miód pitny, brałabym czysty, ale co tam. Chciałam sprawdzić, czy jeszcze mnie alkohol chwyta. Obstawiałam, że nie, ale kto nie próbuje... ten nie ma o czym pisać recenzji. A ja kocham je pisać. O tym, cóż to za marka / producent doczytałam dopiero w domu. Miodosytnia Podlaska powstała w gospodarstwie ekologicznym na podlasiu pod Puszczą Białowieską. Robi miód pitny owocowy z miodu z własnej pasieki i owoców ze swojego starego sadu. Swoje wyroby zachwalają, że zachowują naturalne właściwości miodów, bo nie są gotowane przed fermentacją.

A teraz przykra część postów tego typu. 
Jestem zmuszona wyprosić osoby niepełnoletnie, gdyż dzisiejszy wpis przeznaczony jest jedynie dla osób dorosłych (18+).
Jutro jednak, tradycyjnie, recenzja dla wszystkich.

Imperator Puszczy Miód Pitny Owocowy Agrestowy o smaku i aromacie kwiatu czarnego bzu "półsłodki miód pitny owocowy niesycony, długo leżakowany, niegotowany" o smaku agrestowym i aromacie kwiatu czarnego bzu; objętość alkoholu to 12%.

Nachylając się nad kieliszkiem czułam zapach kojarzący się z dość słodkim (ale o dziwo nieprzesadnie), bardzo owocowym białym winem. Był dość mocny, zahaczający o winiakowość, może jak lżejsza grappa (w zasadzie nigdy jej nie piłam; znam tylko z czekolad). Pojawiły się też zielone winogrona, może i zielony agrest. Nie czułam specjalnie ani miodu, ani kwiatów bzu. 

Konsystencja była rzadkawa, a w trakcie picia rzadkawo-klejąca. Nie wydała mi się zbyt miodowa. Okazało się to dość lekkie w pierwszej chwili, a dopiero potem właśnie aż zaklejająco-irytujące. Nie jednak jak miód, a lepki, cukrowy likier.

Smak był przede wszystkim słodki. Miód pitny uderzył słodyczą, ale niekoniecznie miodu. Wydał mi się likierowo-cukrowy, dopiero po chwili skojarzenie z jasnym miodem gdzieś w tle mignęło. Poczułam drapanie, rozgrzewanie procentów, które zgrało się z przesadzoną słodyczą, ale wcale miodu nie podkreśliło.

Prędko odezwał się soczysty, nieco rześki motyw zielonego agrestu i zielonych winogron. Znów pomyślałam o grappie albo słodkim białym winie agrestowym, ale o nienatarczywej alkoholowości. Kwaskawość owoców przez pewien czas pobrzmiewała pod słodyczą, aż ta, cały czas rosnąca, prawie je zagłuszyła. Odebrałam ją jako ciężko-cukrową, likierowo-winiaczową i zasładzającą. 
Doszukałam się nuty cukrowo-likierowo-.... kwiatowej? Nie powiedziałabym jednak, że to bez, a raczej taki wariant czegoś... efekt jak smakowe piwa owocowe, które w zasadzie są przesłodzonymi soczkami. 

Z czasem więc miałam wrażenie, że piję jakiś rześki, dość lekki i mocno owocowy twór... soczyste, agrestowe białe wino, bez cierpkości, a z mulącą słodyczą. Ta o dziwo nie powalała tak zupełnie, ale tak się nakręcała, że nie byłam w stanie tego pić.

Po wypiciu zaś zostało specyficzne przesłodzenie-wysuszenie, ale też kwasek owoców.

Całość okazała się przesłodzona, bo słodka, a jakoś mało miodowa. Agrest został nieco rozbity mało bzowym bzem... Bardzo owocowe, w zasadzie lekkie, słodkie białe wino - tak to odebrałam. Zupełnie nie moja bajka. Jednocześnie jak na trójniak w tym właśnie wariancie wydaje mi się, że po prostu był, czym był.
Po prostu nie jestem przekonana, czy jest sens aż takiego mieszania smaków w miodach pitnych, bo miodowość ucieka. A jednak jest to wariant nietuzinkowy, co według wielu może być ciekawe.


ocena: 6/10
kupiłam: poczęstowałam się
cena: z tego, co się orientuję, trójniaki tej firmy kosztują 50zł / 750ml
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie i nie kupiłabym tego

wtorek, 18 stycznia 2022

whisky Johnnie Walker Game Of Thrones Limited Edition A Song of Fire

Jako że dwa alkoholowe amerykańskie klasyki już na blogu były, czas na whisky do kwadratu (amerykanie stosują często pisownię "whiskey"), czyli szkocką. No, może szkocko-siedmiokrólestwową. Lubię bourbony, choć za wiele nie pijam; ale... szkockie whisky w teorii mają "to coś", są bardziej zróżnicowane, i ciekawsze. Nie oznacza to, że piję ich więcej czy się na nich znam, ale jak robiłam research pod recenzje, to takie odniosłam wrażenie. Niższe temperatury, które przekładają się na dłuższe leżakowanie, nie mówiąc już o zbożu jako źródle cukru (szkockie to jęczmień, amerykańskie słodsza kukurydza). Ta recenzja jednak nie powstała ani z miłości do szkockiej, ani dlatego że uważam się za jej znawczynię... Chciałam wprawdzie i Walkera na blogu mieć, ale nie był moim "must buy"... Do czasu. Do czasu pojawienia się limitek. Tę flachę po prostu musiałam mieć, bo kocham Grę o Tron. Obawiając się jednak, że to głównie etykietki są ważne (a nie smak), kupiłam jeden wariant, rezygnując z inspirowanego lodem.
A niepełnoletni niestety muszą zrezygnować z dzisiejszego wpisu, ja zaś muszę właśnie wszystkich poniżej lat 18 wyprosić, ponieważ wpis ten przeznaczony jest wyłącznie dla osób dorosłych (18+).

Johnnie Walker Game Of Thrones Limited Edition A Song of Fire Blended Scotch Whisky to szkocka whisky (blend) z torfowanych (suszonych) słodów destylarni Caol Ila w Islay; butelkowana na poziomie 40,8% ABV; inspirowana smokami Targaryenów z Gry o Tron.

Po otwarciu poczułam dość wysoką słodycz niemal drapiącego w nosie miodu czy bardziej "drzewnego" syropu klonowego, ewidentnie podszytego alkoholem mocnym i drapiącym, ale nie ordynarnym. Wyłapałam lekko soczystą nutę owoców, którą jednak przykrył miód nieco zmieszany z przyprawami korzennymi. W trakcie picia soczysta nutka owoców nasiliła się. Wskazałabym pomarańcze i jabłka. 

Whisky przelana do szklanki wydała mi się pozytywnie gęstawa, konkretna, minimalnie lepka.

W smaku od początku czułam wysoką, jakby lekko odymioną drzewną nutą, słodycz. Pomyślałam o aż goryczkowatym karmelu... Karmelizowany miodzie? Może korzennym? Ciepłym, rozgrzewającym i pikantnym. Pojawiły się ciastka korzenne z melasą, może... "drzewno-karmelowym" syropem klonowym... Wciąż z nutą drewna / drzew... Na tyle jednak łagodnych, że z czasem po głowie chodziło mi raczej zboże.

Wtedy także bukiet przypraw się rozwinął. Poczułam pikanterię cynamonu, gałki muszkatołowej, trochę pieprzu... może też chili. Słodycz z ciastek przekierowała moje myśli na masę makową z bakaliami, suszonymi owocami, lepką od miodu, przyprawioną na ostro (przyprawiana masa to moje wyobrażenie) i aż rozgrzewającą... Bo chyba podrasowaną alkoholem?
Mimo to, w trakcie picia nie mogłam pozbyć się wrażenia soczystości... soczystości skrywanej w cieple przypraw. Wyobraziłam sobie pomarańcze ponabijane główkami goździków, sok z pomarańczy wyciskany do słodkiej, korzennej masy. A mowa tu o pomarańczach dojrzałych w gorącym słońcu. W tle chyba mignęło mi raz po raz jabłko (?).

Alkoholowość sama w sobie ujawniała się z czasem oczywiście dość mocno jako właśnie pomieszanie z tym rozgrzewaniem przypraw i jakby słońca. Razem paliły w gardle, dając iście smoczy efekt. Pomyślałam o drewnie leżącym na pikantnej, nieco pleśniowej ziemi, torfie. Z wierzchu jednak też muśniętej słońcem i słodkiej.

Po wypiciu czułam alkoholowo-korzenne rozgrzanie, rzeczywiście ogrom przypraw ciepłych i drzewno-słodkich, niemal karmelowo-korzennych akcentów. W tle zaś tańczyła nieuchwytna soczystość. Po przełknięciu myślałam o niej jako o dość lekkiej, trochę wodnistej.

Całość wydała mi się w porządku, smaczna, acz bardzo i głównie słodka. Ciepła, korzenna, ale... ciepła jak słońce, nie zaś ostra. Doszukałam się owoców, które mnie trochę zaskoczyły. Nastawiłam się na dym, którego z kolei... było zdecydowanie za mało. Delikatne drewno mieszało się ze zbożem i tańczyły w słońcu. Miła, cieplusia kompozycja, ale nie wiem, czy oddająca ziejące ogniem smoki i charakter, na jaki liczyłam. Bardzo poprawna. Myślę, że miała wyjść przystępnie (uniwersalnie?), bo i tak ludzie o bardzo różnych gustach kupią "raz dla etykietki", a nie żeby wracać. Trochę szkoda.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
kaloryczność: 227 kcal / 100 ml; porcja (30ml / 10g alkoholu) 68 - kcal
cena: 124,99 zł (za 500ml)
czy kupię znów: nie

Dodatek z dnia: 26.03.2025
Jako że obecnie nie piję, drogie (z mojego punktu widzenia, w którym alkohol to kompletny zbytek), duże butelki whisky postanowiłam jakoś wykorzystać do różnych przepisów.
Raz robiłam sos czekoladowy (o którym więcej pisałam na instagramie) z Jackiem Daniel'sem; drugi raz postanowiłam sięgnąć po whisky Johnnie Walker Game Of Thrones Limited Edition A Song of Fire.
Walker okazał się zbyt imperatywny. Zajął pierwszy plan i chyba część drugiego, spychając truflową kakaowość i resztę na dalszy plan. W sosie czuć było przede wszystkim whisky. Wyszedł mocno alkoholowo i słodko, nie współgrał z resztą składników sosu, a zagłuszył je. Fakt, że sos wciąż miał truflowy charakter, ale... to było raczej jak sos whisky z domieszką truflowości. Do takich rzeczy o wiele lepiej sprawdza się Jack Daniels.

Dodatek z dnia: 16.10.2025
Raz potrzebowałam do przepisu na zupę z pieczonych kasztanów i ciecierzycy trochę koniaku, który postanowiłam zamienić na whisky, bo whisky miałam aż dwie, a koniaku wcale. Wybrałam gorszą, czyli tu prezentowaną. Więcej o przepisie pisałam tu, na Instagramie.
Dodałam ze dwie łyżki i jakież było moje zdziwienie, kiedy ta whisky wyszła w tym daniu.... Świetnie. Uszła alkoholowość, a został wyrazisty charakter, smak. Ten idealnie wpisał się we wręcz nugatowa słodycz zupy-kremu, ale nie przesłodził. Whisky wydobyła głębię z połączenia pieczonych kasztanów, ciecierzycy i mleka, a także ciekawie zgrało się z ciepłem gałki muszkatołowej.
O ile w sosie czekoladowym się nie sprawdza, tak w mniej słodkich, ale wciąż słodkich daniach, owszem.

Dodatek z: 04.2026
Opracowując ciasto bez pieczenia a'la Zotter Boozy Chocolate Mousse (pisałam o tym nieco więcej na Instagramie), stwierdziłam, że z dwóch posiadanych whisky będę korzystać z nieco gorszej, słodszej. Postawiłam więc na tę i nim osiągnęłam proporcje idealne, trochę zajęło. Dosłownie 2 mililitry potrafiły sprawić, że masa-krem albo za bardzo uderzały do głowy i przytłaczały resztę smaków, albo były niesatysfakcjonująco pobrzmiewające. Gdy jednak wreszcie utrafiłam ze złotymi proporcjami, efekt wyszedł obłędnie. Whisky ta dodaje więc ciastu trochę szlachetnej słodyczy, więc cukru trzcinowego dodaję tylko odrobinkę. Piecze w język, rozgrzewa gardło, ale nakręca się z wytrawną czekoladowością, tworząc z nią efekt cukierków typu trufle (np. Klasyczne Odry) w wersji wyidealizowanej, z wyższej półki. Podobnie - gdy się nie przesadzi - nie zagłusza nerkowców, mimo swojej mocy. A co z konsystencją? Nie ma się czego bać. Jak się okazało, duże ilości whisky dodane do tej masy nie tylko jej nie rozrzedzają, ale jeszcze jakby lekko zagęszczają. Ciasto i tak cudownie zastyga i robi się konkretne, masywne, a zarazem cudownie maziste w czekoladowy sposób. Trochę jak syty krem zrobiony z cukierków typu trufle i mniej tłuste ganache z czekolad Zottera (które czasem z tłustością przeginają).

piątek, 23 lipca 2021

whiskey Jack Daniel's (+18)

Dość dawno uznałam, że ta recenzja po prostu musi się na blogu znaleźć. Skoro Jim, którego pod koniec aż męczyłam plując sobie w brodę, że skusiła mnie szklanka... A powinnam trzymać się swojego "przystępnego Jacka" (uważam, że jest stosunkowo niezły, a i często są na niego promocje - to taki Lindt wśród whisky: nie jest to najwyższa półka, cena czasem podbijana logiem, czasem adekwatna, a smak prosty i przyjemny). I cóż... nawet specjalnie do zdjęć użyłam swojej starej szklanki do whisky, bo obecnie pijam z jimowej wysokiej, ale tu... jeszcze by mi się chłopy pogryzły.
Daniels to przedstawicielka Tennessee whiskey, czyli filtrowana przez ponad 3-metrową warstwę klonowego węgla drzewnego. Ta akurat przez okres około 10 dni, a potem leżakująca od czterech do sześciu lat w ręcznie robionych dębowych beczkach.

A teraz wybaczcie, nie gryźcie, młodzi czytelnicy, ale muszę Was wyprosić, gdyż wpis ten przeznaczony jest tylko dla osób pełnoletnich, które ukończyły 18 rok życia (18+). Wszystkich za to zapraszam już jutro.

Jack Daniel's Old No.7 to zawierająca 40 % vol. whiskey (whisky) destylowana w Lynchburg w stanie Tennessee (USA) przez firmę Brown-Forman; u mnie w butelce 500 ml.

Dość gęstawo-oleisty, pozostawiający smugi na ściankach szklanki płyn, wydał mi się zacnie miedziany. Przy piciu również sprawiał wrażenie dość gęstego, a także wręcz oblepiającego usta słodką warstewką. Pewnie dlatego niektórzy piją Jacka z lodem, bo nie robi się wtedy nijaka woda, ale ja trzymałam się swojego sposobu i temperatury pokojowej.

Alkoholowość już w słodkim zapachu zwróciła na siebie uwagę. Prosta i dosadna, a jednak nie chamska. Wyczuwalna słodycz wydała mi się ciężka, bo mimo że głównie waniliowa, to podrasowana dymem i drzewami.

Smak to kontynuacja zapachu. Alkoholowość uderzała, po czym rozchodziła się jako fala drzewno-odymionej słodyczy. Oczami wyobraźni widziałam drzewa i żywe, i te już suche, z grubą korą, jak również... suche laski wanilii. Alkohol rozgrzewający gardło wydawał się wręcz... słodko-lepiący, przez co pomyślałam o miodzie. Wanilia wyszła tu palono-odymiana, chwilowo dość ciężka, a zaraz przywodząca na myśl... waniliowo-miodowy krem. Rzadkawy i soczysty? Z rześką nutą owoców - również bardzo słodkich. Zasładzało to, dawało kopa, ale bez ordynarności.

Z czasem wróciły drzewa i dym. Pomyślałam o drzewach liściastych, może jakiś orzechowych... krzewach? Ich żywych gałęziach i zebranych już chrupiących dobrodziejstwach.

Posmak, jaki pozostał to zasłodzenie, ale przełamane poważniejszymi nutami: drzewną i odymioną. Wędzona / palona wanilia, karmelizowany miód o leciutkiej goryczce? Otuliły orzechy, które skojarzyły mi się z takimi iluzorycznie korzennymi. Koniec końców Jack okazał się zaskakująco gorzkawy i poważny.

Całość wydała mi się prosta i przyjemna, gdy ma się ochotę na niewymagające zasłodzenie bez wykręcenia twarzy i z zachowaną powagą. Całkiem przyjemnie drzewno-dymny splot wniósł wiele dobra.

W porządku łączy się z lodem (kiedyś sprawdzałam), ale to już nie dla mnie, bo wolę temperaturę pokojową. Nadmienię, że też kiedyś lubiłam np. w bliskim okresie czasu z czekoladą śmietankową o zwiększonej zawartości kakao. Tak mi ta dymna słodycz fajnie się łączyła z ze śmietankowym zasłodzeniem; jedno i drugie z dozą szlachetności.
Osobiście zdecydowanie wolę Jacka Danielsa od Jima Beama za tę powagę, charakterek drewna i dymu (Jim wydaje mi się czystą słodyczą z lichym, zbożowym smakiem), ale poziom - tak obiektywnie - uważam za w miarę równy.

Aktualizacja z dnia: 08.12.2025
Jack Daniel's do sosu kakaowego z żółtka, mleka, kakao, cukru trzcinowego, masła i 2 łyżek alkoholu (o którym więcej pisałam tu na instagramie) sprawdził się świetnie. Lekko podkreślił szlachetną, karmelową słodycz i wplótł motyw poważnego, ciężkawego alkoholu, był wyczuwalny, ale jednocześnie nie wychylał się za mocno zza kakao. Nadał całości czekoladowo-truflowego charakteru. W czymś takim sprawdza się znacznie lepiej niż Johnnie Walker Game Of Thrones Limited Edition A Song of Fire.
Zarówno w kakaowym twarożku z kawałki domowych ciastek a'la Oreo (pisałam o nich tu, na Instagramie), jak i czystym z migdałami. Sos w towarzystwie migdałów raz po raz robił aluzje do marcepan, zaś z gorzko-słodkimi ciastkami, nasączając je, wydawał się bardziej alkoholowy. W obu przypadkach bardzo mi to smakowało.


ocena: 8,5/10
kupiłam: Lidl
cena: 64,95 zł (za 500ml)
czy kupię znów: tak

piątek, 9 lipca 2021

piwo Manufaktura Piwna Piwo na miodzie gryczanym [18 LAT+]

Lubię dobre piwo rzemieślnicze, ale nie pijam go zbyt często, bo... rzadko ogólnie pijam smakowe rzeczy i szkoda mi na nie pieniędzy. Jako jednak że i miód gryczany lubię, temu nie zamierzałam darować, choć w jego "rzemieślnicze dobro" nieco wątpiłam. Miód to jeden z wielu produktów, których po prostu nie jem, bo nie mam kiedy i z czym. A lubię! Piwo na miodzie było więc idealne na zachciankę jednorazową. Chociaż mając ogląd na to, co "marka potrafi" po Piwie na miodzie z maliną Manufaktury Piwnej musiało trochę czasu minąć, bym sięgnęła po swoje. I jeszcze niestety jestem zmuszona swoją stałą śpiewkę z tego typu wpisów przytoczyć:
Jest to wpis przeznaczony wyłącznie dla osób pełnoletnich,  dorosłych (+18). 

Manufaktura Piwna Piwo na miodzie gryczanym to ciemny lager (piwo ciemne, niefiltrowane, pasteryzowane) z dodatkiem miodu gryczanego i gryki browaru Jabłonowo, zawierające 5,2% alkoholu.

Nienawidzę zimnego jedzenia i picia, więc większość wypiłam w temperaturze pokojowej, acz najpierw schłodziłam, wystawiłam na godzinę poza lodówkę i początkowo spróbowałam takie lekko-leciutko schłodzone. Przyznam, że minimalne schłodzenie w moim odczuciu jest gorsze od temperatury pokojowej - ona wydaje się wręcz doskonała dla tego piwa.

Po otwarciu rozniósł się bardzo słodki zapach miodu, jedynie z piwnym tłem. Czuć drobną goryczkę, to fakt, więc nie jakieś tam popłuczyny, ale ogół nie nastroił mnie pozytywnie. Mimo że w dodatku byłam w stanie sprecyzować, że to miód gryczany (albo wbiłam sobie do głowy, że mam czuć gryczany), bałam się, że wyjdzie za słodko.

Piwo przelane do szklanki ucieszyło szybko tworzącą się wysoką pianką, ale... czar zaraz prysł niczym mydlana bańka, bo niestety częściowo bardzo szybko znikała. Sama ciecz o kolorze bardzo ciemnym (ale wciąż brązowym, chwilami - pod światło - aż z miodowym przebłyskiem) wydała mi się lepko-gęstawa, acz nie oleista czy ciężka. Ogół był leciutko, odpowiednio do wariantu nagazowany.

W smaku od samego początku wyraźnie czuć miód. Wystartował wysoką słodyczą, wręcz słodziuteńkością, a potem nagle... przybrał na głębi, nie zaś na wysokości słodyczy samej w sobie. Poczułam smak naturalnego miodu gryczanego. Słodycz błyskawicznie uszlachetniła się, rozeszła, ustępując część miejsca goryczce. Ta skojarzyła mi się z karmelem z miodu, mocno opalanego i bez dwóch zdań gryczanego.
Samo piwo wyszło dzięki temu ciemnawo-poważniej. Jego alkoholowość przyjemnie zeszła się z cierpkością, drapaniem miodu. To tak... leciutko ogrzało gardło. Owszem, w słodkawym stylu, ale wcale nie "słodziaśnie".
Po przełknięciu w ustach znów dominował goryczkowaty, szlachetny miód gryczany i gryka podkreślone słodem, jakby większość "piwności" nieco spychając.
Po wypiciu czułam posmak miodu gryczanego, goryczki i piwa... goryczkowato-charakternego.

Całość zaskoczyła mnie pozytywnie. Mimo pierwszego, słodziaśnego wrażenia, wcale nie było tak słodko, za to bogato w grykę i miód gryczany (nie czuć "kaszy gryczanej" - to moja ulubiona, ale nie pasowałaby w tej butelce). W ciemno powiedziałabym, że to naprawdę niezłe rzemieślnicze. A że nabyte w markecie - ciii.
Mamie dałam trochę spróbować i była w szoku, jak wyraźnie czuć miód gryczany (uwielbia go, jada na śniadanie bardzo często), ale ogół jej nie podszedł, bo: "no, oprócz tego pyszniutkiego miodu to to takie piwsko mocne jest, a ja wolę swoje Reddsy-soczki". Jej opinia jak dla mnie potwierdza to, jak zacnie wyszło. Miodowo i z charakterem.


 ocena: 9/10
kupiłam: Kaufland
cena: 4,49 zł (za 500 ml)
czy kupię znów: tak

Skład: woda, słody jęczmienne, gryka, miód gryczany 4%, chmiel, aromat, drożdże browarnicze

Aktualizacja z marca 2021: Od napisania recenzji (wpis czekał w kolejce do publikacji), piwo zmienili. I to niestety na gorsze. Może nieznacznie, ale obecna wersja wydała mi się słodsza w prosty sposób, a mniej charakternie gryczana. W składzie jak widzę "gryka" zmieniona została na "płatki gryczane" - czyżby o to chodziło? Nie wiem więc, pod jaką postacią dodawali ją wcześniej, faktycznie jednak jak kiedyś jadłam płatki gryczane to w porównaniu np. do kaszy gryczanej były jakieś "mało gryczane" (prawie jak płatki owsiane górskie zestawione z mdłymi otrębami).
A może to mój gust...? Może już taka gazowaność i jednak słodycz nawet w przypadku piwa mi nie odpowiada? Nie wykluczam.
Słyszałam też głosy, że na Biedrę idą gorsze partie - nie wiem, ile w tym prawdy, więc to raczej pytanie do Was. Ktoś coś wie na ten temat?

ocena: 7/10
kupiłam: Biedronka
cena: 3,49 zł (za 500 ml)
czy kupię znów: wątpię

Skład: woda, słody jęczmienne, płatki gryczane, miód gryczany 4%, chmiel, aromat, drożdże browarnicze

środa, 26 maja 2021

wino Wine Maker's Pride Malbec Mendoza

Nie lubię nazw typu "Pyszne", "Dobre", "Smaczniusie" itd. Im bardziej producent zachwala swój produkt, robi to nachalnie, tym bardziej robię się sceptyczna. Nazwa marki wina, obiektu dzisiejszej recenzji, też mi nie podeszła, acz szczerze to uzmysłowiłam to sobie dopiero w domu. Duma winiarzy, co? Skojarzyło mi się z Pride of Poland i tym, co zrobiono stadninie koni w Janowie... Katastrofa? Oj, zły początek. Miałam nadzieję, że wino to katastrofą się nie okaże. Czy sprawdzi się porzekadło "nadzieja matką głupich"? O tym niestety przekonają się jedynie pełnoletni, ponieważ w świetle prawa jestem zmuszona to zrobić.
Wypraszam wszystkich niepełnoletnich, ponieważ wpis ten jest przeznaczony jedynie dla osób dorosłych, które ukończyły 18. rok życia. 
A już jutro zapraszam wszystkich.

Wine Maker's Pride Malbec Mendoza to czerwone wino wytrawne ze szczepu Malbec z Argentyny z regionu Mendoza; rocznik 2017; zawartość alkoholu to 13.5%.

Po otwarciu poczułam zapach czarnych porzeczek oraz muląco słodkich i jednocześnie cierpkawych, niejednoznacznych czerwonych owoców pestkowych. Podszyty był chłodną powagą, która skojarzyła mi się z nocą na świeżym powietrzu pod gwieździstym niebem. Zaciągając się, czułam świeżą, wilgotną ziemię. Pijąc i wsadzając nos do kieliszka, a także już po prostu przy nim siedząc, wyłapałam słodsze tony wiśni, porzeczkowych dżemów... kwaśno-cierpkich, a jednocześnie słodkich, przyprawionych i nieprzyzwoicie cierpkawo-soczystych. Dziwny to był wydźwięk. Chłodnie dostojny, ale z sugestią rozgrzewania (przypraw i alkoholu?).

Bardzo ciemne wino wyglądało na ciężkawe i pełne, ale nie mocno gęste. Pijąc je nie miałam wrażenia, że jest w jakikolwiek ciężkie, a w pierwszej chwili nawet dość wodniste w owocowy sposób. Jak sok z wodnistych owoców?

Na początku poczułam smak lekki: słodko-cierpkich, bardzo dojrzałych czarnych porzeczek zestawionych ze słodyczą winogron raczej jasnych, aż nieco mdławych. Taka "mdława lekkość" przy wielu łykach zaskakiwała mnie każdorazowo. W końcu zaczęłam ją odbierać jako wodniście melonową.

Owoce tchnęły soczystość, ale specyficzną, taką winogronowo-wodnistą. Porzeczki próbowały nadać jej nieco esencjonalności i ściągnęły nieco. Za nimi zaznaczył się szlachetny, beczkowo-ziemisty motyw, na którego tle wyraźniej rozszedł się smak czarnych porzeczek, śliwek i wiśni. Pestkowców, które dosłownie się wysysa, oddzielając miąższ od pestek. Niektóre wydały mi się aż podsuszone, starawe... Cała ta mieszanina z czasem wydała mi się zaskakująco słodka. Dołączyły do nich - także pestkowe - winogrona jasne, a tamte zmieniły się w dżemy i konfitury. Wydały mi się przyprawione w nieco korzennym stylu, ewentualnie dodane do korzennej masy bakaliowo-makowej.

Bliżej końca obok tego odezwał się kwasek owoców, a język przypiekła pikanteria. Korzenna ostrość zadała mi pieprzowo-kardamonowego przyjacielskiego kuksańca, by następnie trochę rozgrzać jakby duetem chili i alkoholu, spływającego do gardła. Do ziemiście-beczkowej, chłodno-soczystej bazy dołączyła więc pikanteria. Wydawały się jednak nieprzychylne sobie. Szły obok siebie, ale... ale nie ze sobą.

To nie wiśniowo-czarnoporzeczkowe dżemy i konfitury były mocno korzennie przyprawione. Pikantne przyprawy mknęły obok nich. Na zasadzie kontrastu rozgrzewające gardło i piekące, aż chwilami przywodzące na myśl ziemię.

Po wypiciu wrócił posmak przypraw i ostrych pestek (?); bardziej pestek niż owoców oraz cierpkość wiśni i średnio dojrzałych winogron. Czułam taninowe ściągnięcie, jak również przyprawiono-owocowe przytkanie (zamulenie?).

Całość wyszła niby nie źle (nie "nieźle"). Jednocześnie owocowo-soczyście, ale wciąż w realiach poważnych i cierpkich. Zaskoczyło mnie jednak, że nie było aż tak kwaśno-cierpkie, jak się spodziewałam. To wytrawność bardziej "przyprawiona". Miałam jednak problem z tym, jak dwoisty był smak: słodziutkie owoce, a kwasek owoców i poważniejsze nuty obok.

Wino najbardziej smakowało mi oczywiście w temperaturze pokojowej. Wtedy było bardziej esencjonalnie owocowe (czarne porzeczki, wiśnie) i ziemiście-przyprawione, trochę marmoladowe, w momencie gdy lekko schłodzone to głównie wodniste, a następnie kwaskawe owoce, a potem korzenne rozgrzanie z ewidentnym podziałem na dwa etapy - brakowało w nim harmonii i "jedności". Wraz z tym, jak je piłam, coraz bardziej dawała mi się we znaki ta mdławość (czy wodnistość - jak nazwała to bardzo trafnie Mama).

Na kieliszek namówiłam Mamę, która wytrawnych win nie lubi. Stwierdziła, że zupełnie jej nie przeszkadzała "ta jego wytrawność; było w sumie dobre, na pewno interesujące. Takie dziwne, bo owocowo-delikatne, wodniste, a jakby obok mocniejsze, wytrawne właśnie". Nie umiała wprawdzie połapać poszczególnych nut, ale mówiła to z nieśmiałym uśmiechem, przyznając, że i jej taka ciekawa"dwoistość" chyba jednak przechyliła się bardziej na "nie". Obie wolałybyśmy większe zgranie. Ja także wyższą wytrawność. Ta była... porównywalna do niektórych win półwytrawnych (półsłodkich? nie wiem, aż tak to chyba nie). Gdyby było półwytrawne, mogłoby w sumie nawet 8 zdobyć.


 ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena:35,99 zł (za 750ml)
czy kupię znów: nie

wtorek, 11 maja 2021

piwo Manufaktura Piwna Piwo na miodzie z maliną [18 LAT+]

Ze słodyczami i czekoladami dawno już udało mi się osiągnąć stan komfortu, w którym to ilość posiadanych słodyczy innych niż czekolady nie przekracza 2 (lodów nie liczę, bo "zamrażarkowe" produkty u mnie rządzą się swoimi prawami), a i z czekolad mam tylko kilka mniej moich, a większość to ciemne - potencjalnie takie, które są smaczne lub bardzo smaczne. W kwestii alkoholu - kupuję, co lubię, już nie w głowie mi opcje "kompromisowe" pode mnie i Mamę. Za dużo zachodu, za mało przyjemności. Co więc robi dzisiaj opisywany produkt tutaj? Otóż kupiłyśmy sobie po jednym, ale... to Mamie okazało się za ciężkie i postanowiłam spróbować na groźbę, że wyleje do zlewu. A tak... zawsze mogłam sobie wyrobić opinię o piwach na miodzie na przykładzie dwóch, nie jednego.

I niestety, niektórzy tylko tą opowiastką muszą się zadowolić, a ja zmuszona jestem wyprosić osoby niepełnoletnie, poniżej lat 18, bo jest to wpis przeznaczony wyłącznie dla osób dorosłych (+18). 

Manufaktura Piwna Piwo na miodzie z maliną to malinowo-miodowy lager browaru Jabłonowo, zawierające 4,7% alkoholu.

Jako że Mama jak już ma coś pić, to tylko schłodzone, miałam okazję spróbować tego piwa i schłodzonego, i teoretycznie schłodzonego (trzymanego w lodówce, ale wyjętego poza lodówkę na... dość długo przed wypiciem) oraz już ocieplonego (do temp. około pokojowej). Według mnie najlepsza opcja to "teoretycznie schłodzone", acz to jeden z nielicznych przypadków, w których wolałam schłodzone mocniej od ocieplonego (ta opcja była nie do wypicia w ogóle).

Piwo przelane do szklanki leciutko buzowało, pianka prawie się nie pojawiła, choć jej resztki pozostawały na szklance... trochę. Wydawało się rzadkie, a jednocześnie mętne; przy piciu także klejące. Kolor starych malin też do mnie nie przemawiał.

Wąchając, czy to z butelki, czy pchając nos do szklanki czułam dosłownie słodziuteńko miodzikowy zapach jasnego miodu wielokwiatowego i miodu malinowego, a więc w moim odczuciu drapiąco słodkiego i dziecięcego, gdy o klimat chodzi. Jak na piwo, było zdecydowanie za słodko i ulepkowato. Brakowało mi w tym... piwa.

Smak z kolei to... "lagerek" słodziutki i delikatny. Uderzyło wysoką słodyczą, błyskawicznie spływającą do gardła jako motyw "dziecięco-miodzikowy", czym szybko tam zadrapał.

W ustach z kolei rozszedł się smak delikatnie piwny, podkręcony kwaskiem, a jednocześnie niekwaśny. Piwo wydało mi się nieśmiałe i wyprane z jakiejkolwiek goryczki czy kwaśności słodu. Bardzo przeciętne i przyćmione irytującą słodyczą. Alkoholowość prawie zupełnie się ukryła, a ten lichy, tani smak gryzł się z nachalną nutą miodu.

Pozostawiło cukierkowo-ulepkowaty posmak malin w cukierkowym wydaniu. W gardle drapało od miodu, a piwo... piwo pobrzmiewało echem nudnym i tandetnym.
Całość wyszła ulepkowato, a jednocześnie wcale nie jak jakiś rześki soczek, bez szlachetności miodu. Sztucznie i tanio - to najlepiej je określa. Jednocześnie jako lager samo w sobie... po prostu było. Twór, który niby można w siebie wlać, ale... można i wylać do zlewu.
Zupełnie nie moja bajka, bo ani to piwo (ja poproszę stouta lub portera!), ani "piwny soczek" (bo jak ktoś chce soczek, to jakikolwiek Redd's lepszy). Kolejna opcja pseudo kompromisowa, która nie zadowoli nikogo (zlewu nie pytałam, czy mu smakowało).


 ocena: 4/10
kupiłam: Mama kupiła w Kauflandzie
cena: 4,49 zł (Mama płaciła; za 500 ml)
czy kupię znów: nie

Skład: woda, słód jęczmienny, słód pszeniczny, miód wielokwiatowy 3,4%, zagęszczony sok owocowy 1,4%, chmiel, regulator kwasowości: kwas cytrynowy; aromaty