Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chocolarder. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chocolarder. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 sierpnia 2026

(Chocolarder) Kindred Forest Bolivian 75 % Wild Beniano Cacao ciemna z Boliwii

Nie myślałam, że tak szybko wezmę się za tę czekoladę, ale przysłano mi ją z absurdalnie krótką datą, mimo że składając zamówienie poprosiłam o sprawdzenie dat i w razie czego kontakt, czy wysyłać. Zapewniono mnie, że z magazynów wszystko rusza świeże. Mimo że poprosiłam o staranne zapakowanie, otrzymałam kilka czekolad luźno wrzuconych do wielkiego pudla. Czyli podejście do klienta i realizacja zamówień nic się nie zmieniał i z Cocoa Runners nadal nie warto zamawiać. Szkoda, bo mają sporo ciekawych marek w ofercie. Londyńska Kindred Forest wydała mi się właśnie ciekawa, bo po prostu zupełnie mi nieznana. Została założona w 2022 roku przez Bena Nicksona i Katyę Gorską i ponoć jest czymś więcej, niż tylko marką: małą społecznością, którą łączy wizja zachowania bioróżnorodności i kultury lasów deszczowych. Nic dziwnego, skoro przygodę z kakao zaczęli od wielu podróży po właśnie lasach deszczowych Ameryki Łacińskiej i Azji. I, czytając o tym wszystkim na ich stronie, nagle trafiłam na niespodziankę: Kindred nie są twórcami czekolady! Oni współpracują z czekoladnikami i różnymi markami, zajmując się sprawami bardziej organizacyjnymi, czyli współpracują też ze społecznościami, aby stworzyć przejrzysty łańcuch dostaw, gwarantujący etyczne pozyskiwanie najwyższej jakości surowców, wspierając zarówno naturę, jak i kulturę. To mnie trochę rozczarowało, bo liczyłam na zapoznanie się z nową marka twórców czekolad. No cóż... W przypadku dziś prezentowanej tabliczki produkcją zajęło się Chocolarder, co z kolei okazało się niezłym pocieszeniem, bo ich 2 czekolady, które jadłam, były smaczne. I, co ciekawe, na swojej stronie Chocolarder pod swoim logo nie ma żadnej tabliczki z Boliwii. A kakao z tego kraju bardzo lubię. Dziś przedstawianą czekoladę zrobiono z ziaren z prowincji Beni, gdzie kakaowce rosną na wzniesieniach, które w porze deszczowej stają się wysepkami, na które można wtedy dostać się tylko łodzią. Ciekawie - choć przejadłam wiele czekolad z boliwijskiego kakao, pierwszy raz o tym przeczytałam. W dodatku, jak się okazało po rozłożeniu kartonika, trafiłam na specjalną edycję z grafiką z obrazem lokalnego twórcy - Waldo Urazayegua - z Urubicha, wioski w boliwijskiej Amazonii.

(Chocolarder) Kindred Forest Bolivian 75% Wild Beniano Cacao to ciemna czekolada o zawartości 75 % dzikiego kakao Beniano z Boliwii, z prowincji Beni; wyprodukowana przez Chocolarder dla Kindred Forest.

Po otwarciu poczułam harmonijny teoretycznie duet kawy i cytrusów. Praktycznie "duet" to ogromne uproszczenie, ponieważ na cytrusowy motyw złożyły się niezbyt kwaśne, raczej słodko-cierpkawe pomarańcze i pomelo, a kawa wystąpiła pod postacią średnio mocno palonych ziaren oraz ewidentnie mlecznej kawy zaparzonej. Do głowy przyszły mi jeszcze orzechy laskowe w czekoladzie i wytrawny krem laskowo orzechowo-kakaowo-kawowy. W nich plątał się motyw jakby prostej słodyczy. O harmonię i szlachetny wydźwięk dbała wyraźna, choć o łagodnym charakterze, jakby trochę wycofana słodycz kremu 100% z orzechów nerkowca i mglistej nutki jasnego ciasta orzechowo-biszkoptowego z kruszonką.

Bardzo twarda tabliczka przy łamaniu trzaskała krucho i głośno, trochę kojarząc się ze skałą. Mimo tego, że w dotyku była kremowo-tłusta, przekrój wygląda na ziarnisty. 
W ustach czekolada szybko zaczęła opływać jakby smarem, ogólnie rozpływając się w średnim tempie, a pod koniec przyspieszając znacząco. Robiła to bardzo ochoczo i trochę wodniście, mimo że bazowo zmieniała się w gęstą grudkę kremu. Kremowość była niezaprzeczalna, mimo wodnistości i pyliście-szorstkiego efektu. Tłustość za ich sprawą stanęła na średnio-wysokim poziomie. Na koniec, już po zniknięciu kawałka, tonowało ją szorstkawo-pyliste, wręcz suchawe wrażenie.

W smaku pierwsza rozeszła się słodycz. Odważniej rozbrzmiały słodkości z pogranicza amerykańskich "fudge" z mleka skondensowanego a polskich krówek, ale o nieco zredukowanej słodyczy.

Za nimi zaznaczyła się jakby owocowa rześkość. Niezupełnie po prostu owoce... Przez myśl przemknęły mi niemal nieuchwytne świeże figi i fioletowe winogrona, po czym, schowały się.

Szybko i mocno nasilała się słodycz krówkowa, ale w ramach wizji krówek podanych do kawy.

Odezwała się bowiem też gorzkość kawy właśnie. Początkowo subtelna, jako słodzona kawa z mlekiem. Zupełnie, jakby otrzymać taką z krówkami i kawałkiem ciasta i zacząć od raczenia się słodkościami. Słodycz rosła ostrożnie, ale dość dynamicznie zmieniała wydźwięk. Porzuciła krówki na rzecz jasnego bardzo wilgotnego biszkoptowego ciasta - może z maślanką? - z kruszonką.

Obok nasilała się gorzkość. Aromat zaparzonej kawy dopiero podbijał kompozycję. Nasilał się motyw palonych ziaren kawy. Takich palonych średnio mocno, w pewnym sensie... soczystych? Nie była to jednak czysta, silna gorzkość. Po głowie kręcił mi się też orzechowy krem kakaowo-kawowy - wytrawny, szlachetny, ale niezaprzeczalnie słodki oraz orzechy laskowe w ciemnej czekoladzie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zza kawy, z nieco mlecznego wątku, wyłoniły się orzechy nerkowca. Zupełnie zasłoniły krówkowy motyw. Ciasto, biszkopt jakoś tam starał się pobrzmiewać, więc przystały na biszkopt mocno orzechowy. Ale raczej z orzechów laskowych. Wystąpił on jako dodatek do orzechów nerkowca, które w sferze orzechowej dominowały, prezentując się jako pasta orzechowa 100%.

Orzechy zatrzymały wzrost słodyczy tak, że zatrzymała się na średnim poziomie, po czym zaczęły też nieco łagodzić kawę.

Przy tym złagodzeniu odnotowałam lekkie przebłyski owoców... cytrusów? Jakby walczących o trochę goryczki. Pomyślałam o słodko-cierpkich pomarańczach i pomelo, ale naprawdę trudno uchwytnych.

Owoce jednak też ani za mocno nie rozbrzmiały, ani za długo się nie utrzymały. Przeszły raczej w pewną rześkość, świeżość. Znowu pomyślałam o fioletowych winogronach, mieszających się z kwiatowym echem. Lekko pikantnawym? Może jednak tamto "coffee cake", ciasto biszkoptowe z kruszonką, było z odrobinką cynamonu?

I co słodsze, co delikatniejsze końcowo zatonęło w średnio mocnej, ale poważnej i wytrawnej gorzkiej nucie palonej. Należącej do ziaren kawy? Wciąż trzymającej się motywu ciasta i kremu?

Po zjedzeniu został posmak palonych ziaren kawy, wpisanej w słodką ciastowość, co przywodziło na myśl biszkoptowe, wilgotne jasne ciasto z ziarnami kawy i kruszonką. Możliwe, że ciasto z nerkowcami, bo i one, jako orzechowy, słodko-maślany akcent, zaznaczyły się. Czułam też rześkość świeżych fig, winogron i kwiatów, ale bardzo leciutką oraz cierpkość cytrusów.

Czekolada była smaczna, choć nie jakoś wybitnie porywająca. Bardzo żałuję, że rozpływała się tak szybko i nazbyt wodniście. Smakowi za to mam niewiele do zarzucenia: słodycz chwilami za bardzo uderzała i pobrzmiewała mi w niej taka... prostota, brak głębi. Ale tylko czasami. Słodycz, choć ogólnie średnia, sporo miała do powiedzenia. A jednak wizja biszkoptu z kruszonką, biszkoptu orzechowego, kremu orzechowego kakaowo-kawowego, słodzonej kawy z mlekiem, które to otaczały gorzkość palonych ziaren kawy, sporo orzechów nerkowca i akcenty rześkich fig i fioletowych winogron czy potem pomarańczy i pomelo ogólnie robiła dobre, przyjemne wrażenie, nie mogę powiedzieć. Wszystko to było bardzo harmonijne, spokojne. Właśnie "przyjemne" to słowo idealne.


ocena: 8/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £9.95 (49 zł za 70g)
kaloryczność: 546 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, nierafinowany cukier

wtorek, 1 lipca 2025

Chocolarder Femme Virunga Eastern Congo 75 % Dark Chocolate ciemna z Kongo

Po zjedzeniu Chocolarder Millot Farm Madagascar 80% pomyślałam, że kiedyś koniecznie kupię inne czekolady tej angielskiej marki. Gdy tylko nadarzyła się okazja, wybrałam o ulubionej zawartości z regionu, który bardzo lubię. Padło, że z kakao od spółdzielni farmerek Femmes de Virunga, którą cenię. Projekt ten uruchomiono w 2016, a jego celem było wspieranie kobiet pracujących przy kakao w tym niebezpiecznym rejonie Parku Narodowego Virunga. Z opisu na stronie producenta dziś przedstawianej czekolady dowiedziałam się, że od 2016 r. zasadzono ponad ćwierć miliona drzew kakaowca, a w spółdzielni pracuje ponad 1500 kobiet-rolników. A o samej czekoladzie napisali, że zrobiono ją z kakao, które fermentowało w koszach z liści bananowca i było suszone na słońcu.

Chocolarder Femme Virunga Eastern Congo 75% Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao Amelonado z Kongo, z regionu Virunga National Park.

Po otwarciu poczułam średnio mocny zapach ziemi, torfu z zaznaczoną wytrawnością strączków i grzybów, mieszających się z delikatnym, jasnym drewnem. Obok stanęła słodycz palona - nie tyle samego karmelu, co karmelizowanego... bekonu? Wprowadził specyficzną, wytrawną soczystość, mieszającą się z soczystością słodką i niewątpliwie owocową, ale niezbyt jednoznaczną. Na pewno czułam czerwone owoce i kwasek.

Tabliczka była bardzo twarda i donośnie trzaskała, wydając dźwięki jak krucha skała. Choć przekrój sugerował ziarnistość, w dotyku odebrałam ją jako potencjalnie kremową.
W ustach rozpływała się powoli i trochę leniwie, ale bez żadnego oporu. Zdawała się opływać smarem i zmieniać w gęsty, gibki krem. Odnotowałam lekką, pylistą chropowatość. Tłustość stała na niskim poziomie, a mimo że gęstość ani przez chwilę się nie zawahała, nie brakowało też soczystości. Pod koniec zaś pojawiało się pyliście-suchawe wrażenie.

W smaku przywitała mnie słodycz suszonych, złocistych fig, za którymi podążały słodkie suszone... chyba żurawiny. Nieco za słodkie, lekko tylko soczyste.

W tle zaznaczyło swoją obecność drewno: suche, jasnoszare. Wyobraziłam sobie powykręcane konary, zalegające gdzieś na słonecznym terenie i smagane wiatrem.

Słodycz rosła spokojnie, nie za mocno, ale konsekwentnie. Figi trafiły na maślaność, budując przez moment delikatny, wręcz trochę uroczy wątek, po czym na zasadzie kontrastu obudziło to gorzkość. Wtedy maślaność zaczęła znikać.

Gorzkość wkroczyła jako czarna, rozgrzana ziemia. Za nią zaznaczył się palony akcent, ale trzymał się w cieniu ziemi, torfu. Za nią zaś przemknęła mi jeszcze goryczka lekowa, białych leków... w które zmieniło się drewno?

Rozgrzanie to sprawiło, że mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz suszonych owoców zmieniła się w karmel. Maślaność częściowo zniknęła, ale trochę się jej schowało w karmelu właśnie. Przemknęły mi przez myśl jakieś maślane karmelowe ciastka, jednak nie utrzymały się za długo. Po chwili w głowie rozgościła mi się raczej rozgrzewająca, głęboka whisky o mocno karmelowym charakterze.

Gorzkość ziemi i odrobina drewna splotły się w herbatę. Myślałam o czarnej, ale nie tylko... mocnej, czerwonej pu-ehr? Zaprawionej odrobinkę whisky? A jednak pozbawionej mocarnej alkoholowości.

W torfie pojawiły się wtedy strączki i coś grzybowego. Podbudowały wytrawność, po czym zatonęły w ziemi. Leki i drewno zaraz zaskoczyły na bardziej herbaciano-ziołowy tor.

Po tych mocniejszych i wytrawniejszych partiach, słodycz podskoczyła nagle znacząco. Ponad karmelem i słodko-mocną whisky znów rozbrzmiały suszone owoce: przesłodzona żurawina, w której tylko tlił się kwasek, oraz suszone figi. Wraz ze słodyczą, polało się pieczenie w język jakby alkoholu (który pojawił się z opóźnieniem?).

Po zjedzeniu został posmak suszonych fig i suszonych żurawin, których słodycz przełamała niedookreślona ziołowość. Czułam też echo whisky o jakby ziemiście-drewnianym profilu. Sama ziemia i drewno bowiem na koniec wyszły niemal sugestywnie. Pobrzmiewała za to cierpkość za mocnej i chyba właśnie doprawionej karmelowo słodką whisky, herbaty.

Czekolada była bardzo smaczna i choć wydaje się, że miała niewiele nut, wyszły zachwycająco głęboko i dosadnie. Słodycz suszonych fig i żurawin, powoli przechodzące w karmel i karmelową whisky zaczynała i kończyła tę kompozycję. Przez większość czasu słodycz trzymała się na boku. Wtedy to ziemia z akcentami strączków i grzybów, torf oraz czarna herbata miały pełne pole do popisu. Akcent whisky i suchego drewna idealnie się z nimi łączyły. Dodały kompozycji powagi. Wydawała się taka... dystyngowana. 
A jednak nie jestem pewna, czy akurat te suszone owoce w zestawieniu z wytrawniejszymi akcentami ukrytymi w torfie jakoś tak bardzo-bardzo mnie porwały. Smakowały mi, ale nie rozkochały mnie w sobie.

Rozgrzana słońcem ziemia i konary drzew, mało słodka krówka z wiśniami, herbata jakie czułam w Original Beans Full-bodied Virunga Park Congo 70 % w pewnym sensie kojarzyły się z niektórymi nutami dziś przedstawianej.


ocena: 8/10
kupiłam: barandcocoa.com (za czyimś pośrednictwem)
cena: $11 (za 70g; około 45 zł; wyszło, że nie ja płaciłam)
kaloryczność: 543 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, surowy nierafinowany cukier

poniedziałek, 15 sierpnia 2022

Chocolarder Millot Farm Madagascar 80% ciemna z Madagaskaru

Powód sięgnięcia akurat po tę tabliczkę może wydać się trochę śmieszny. Otóż jedząc grejpfruta (wyjątkowo słodko-soczystego) tknęło mnie, że dawno nie jadłam porządnie cytrusowej czekolady z Madagaskaru. Naszło mnie na taką, a na liście posiadanych właśnie stamtąd miałam niewiele. Marki z Kornwalii (Anglia) Chocolarder nie znam zupełnie. Z tego, co wyczytałam, dla jej twórcy Mike'a Longmana liczy się etos pracy, przejrzystość. Dobre składniki, akcje na rzecz środowiska - podoba mi się to. Działa od 2012, wytwarzając czekolady od podstaw, doglądając każdego etapu produkcji, w standardzie, jaki go ponoć satysfakcjonuje. Kakao do tej tabliczki zakupił z plantacji The Millot Farm, którą założono w 1904 w dolinie Sambirano. Ma 15 km kwadratowych, na których spokojnie rośnie sobie kakao specyficznej odmiany Malagasy, pochodzące z Jawy (właśnie takie wybrał założyciel plantacji Lucien Millot; nie są to ziarna typowe dla Madagaskaru). Pracuje tam około 800 ludzi, a plantacja wspiera lokalne szkoły. W dodatku na kartoniku czekała kolejna ciekawostka: na plantacji Millot rosną też kwiaty ylang ylang, z których produkuje się olejek do słynnych perfum Chanel No. 5.

Chocolarder Millot Farm Madagascar 80% Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao trinitario odmiany Malagasy z Madagaskaru, z doliny Sambirano.
Kakao dojrzewało 32 dni, mielono je 28h, a całość konszowano 42h.

Po otwarciu poczułam średnio intensywny, ale wyraźny zapach wilgotnego, zbutwiałego drewna, mokrej ziemi i chodników zlanych deszczem. Splot był lekko gorzki, wsparty orzechami, a jednocześnie pikantnawy jak wonne, orientalne drewno... Które jednak też było jakby trochę... zasnute w miarę lekkim, kadzidlanym dymem? Za przyprawo-drzewami nieśmiało zarysowała się soczystość. Rozruszała się dopiero w trakcie degustacji, z czasem, eksponując ciemne i miękkie, niemal rozlazłe wiśnie. Gdy już udało mi się je uchwycić, doszukałam się w nich także pudrowego echa, które z kolei próbowała przełamać "cytrynka". 

Tabliczka swym wyglądem mnie zachwyciła - miała cudne "rzeźbienie" jakby była surową kłodą drewna. Bardzo twarda przy łamaniu trzaskała imponująco głośno, dając się poznać jako masywna i pełna. Przekrój wyglądał na nieco ziarnisty, ale na dotyk tak coś czułam, że będzie kremowa.
W ustach rozpływała się leniwie, jakby schodziło z niej trochę smaru, ale w zasadzie łatwo. Robiła to długo, mięknąc na bardzo gęsty, zwarty krem o chropowatej, pyłkowej strukturze. Była jedynie tłustawa, bo w dodatku poczucie to przełamywała ogromem soczystości, właśnie soczyście znikając. Chwilami pojawiał się nieco bardziej ziarnisty efekt.

W smaku pierwsza swoją obecność zgłosiła subtelna słodycz karmelu i miodu. Prędko jakby spłynęły, wsiąkły, zatonęły w drewnie.

Wydało mi się to soczyste - nasiąknięte, nasączone... najpierw pomyślałam o miodzie kwiatowym / owocowym lub z owocami i drewnie drzew owocowych, w których to te owoce - a dokładniej wiśnie - czuć. Od początku ich przebłyski były nie do przeoczenia.

"kora"
Drewno uderzyło swym smakiem, w wyobraźni tworząc obraz zawilgoconych, powykręcanych, ale jasnych konarów z jakiegoś... egzotycznego lasu w porze deszczowej? Gorzkość wyłoniła się stamtąd, niosąc więcej zbutwiałego drewna i ziemię. W jej gorzkości pojawiła się soczystość i trochę kwasku (wiśniowo-cytrynowego?). Myślałam o czarnej i wilgotnej, kryjącej pojedyncze orzechy włoskie. Może także migdały? Do tego... jakby trochę dymu... jakby ktoś próbował rozpalić zawilgocone drewno, coś tam częściowo się tliło i szła odrobinka dymu? Albo to dym... kadzidlany? Wyraźnie słodko-gorzki, nieco korzenny, coraz bardziej gorzki. Pomyślałam też o palonym drewnie wiśniowym (jakby aż owocami nasiąkniętym?).

Słodycz z początku pod wpływem goryczek i wilgoci zmieniła się w wyraziste i jednoznaczne rodzynki z kwaskawą nutką. Podkręcił je sok cytryny, jednak to właśnie rodzynki wiodły prym. Było ich mnóstwo, a swoim "kadzidlanym" wątkiem drewnu dopowiedziały wonny, korzenny motyw. Oddawał drewno sandałowe o ciepłym charakterze i nawet ostrości. Niby i ono było wilgotnawe... I... wilgotnawe było więcej suszonych owoców. Pomyślałam o kwaskawych morelach czerwonych, a z czasem też suszonych plastrach cytrusów (pomarańczy, cytryn). Minimalny kwasek wiązał się na stałe ze słodyczą. Wiśnie cały czas, z każdej strony także próbowały się przebić.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w ziemi, obok orzechowego motywu pojawił się wiśniowo-śliwkowy wypiek. Z kruchym spodem? Może doprawiony trochę korzennie. Słodycz ogólne leciutko wzrosła, a soczystość nabrała więcej powagi. Nagle wiśnie wskoczyły na pierwszy plan i rozgościły się tam w najlepsze. Słodkie, a jednocześnie cierpkie i intensywne... pomyślałam o owocach bardzo, bardzo miękkich. Przeszły w czerwone, wytrawne wino. Wciąż były wyczuwalne także jako one same, ale częściowo mieszające się z nim.

W tle pojawił się delikatny motyw śmietanki. Chwilowo próbował coś złagodzić, po czym wraz z wypiekiem jakoś się schował. Gorzkość trwała niezmącona.

Scena należała bowiem do wiśni i czerwonego, niemal pikantnego w korzenny sposób wina. Drewno gorzko-pikantne dołączyło do niego. Pomyślałam o ostro-goryczkowatym i jednocześnie soczystym kardamonie zielonym, cynamonie (cejlońskim? słodszym). Do głowy przyszły mi palone przyprawy, z nutką dymu. I w tym wszystkim była pewna wilgoć... Może wyszło to aż grzańcowo, z cytrynowym echem? Czysta ziemia też się dołożyła do zbudowania poważnej, szlachetnej gorzkości.

Po zjedzeniu został posmak ziemi i wina o pikantnym, korzennym tle i kwasku owoców, głównie wiśni (obok kwasku już trudnego do nazwania - cytrusowo-rodzynkowego?), ale też ogrom gorzkawo-korzennego drewna. Mimo ostrości, wszystko było zawilgocono-soczyste.

Całość wyszła bardzo ciekawie, ogrom zawilgoconych nut, zawilgocone drewno, drewno korzenne, mnóstwo wiśni, rodzynki - wszystko to było takie niespotykane! I jakie pyszne, oczywiście. Gorzko głęboko i dosadnie, ale nie tak bardzo, bardzo mocno; nie za kwaśno, mało słodko, a jednak nie mdło. Smak był bogaty i obrazowy. Zdziwiłam się trochę jej smakiem, ponieważ to bardzo nietypowy Madagaskar.
Bardzo mi się to spodobało, acz wolałabym jeszcze nieco dosadniejszą gorzkość.

Rodzynki i czerwone owoce (raczej czereśnie) czułam też w Amano Madagascar Sambirano Valley 70 %; wiśnie i drzewa w Chocolat Madagascar Organic Single Origin 85 %, ale chyba jeszcze tak wiśniowego i tak ciekawie drzewnego jak Chocolarder, Madagaskaru to nie jadłam.


ocena: 10/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £5.95 (za 70g)
kaloryczność: 567 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym do niej wrócić (gdyby była łatwiej dostępna)

Skład: ziarna kakao, nierafinowany cukier trzcinowy