Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chocolarder. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chocolarder. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 lipca 2025

Chocolarder Femme Virunga Eastern Congo 75 % Dark Chocolate ciemna z Kongo

Po zjedzeniu Chocolarder Millot Farm Madagascar 80% pomyślałam, że kiedyś koniecznie kupię inne czekolady tej angielskiej marki. Gdy tylko nadarzyła się okazja, wybrałam o ulubionej zawartości z regionu, który bardzo lubię. Padło, że z kakao od spółdzielni farmerek Femmes de Virunga, którą cenię. Projekt ten uruchomiono w 2016, a jego celem było wspieranie kobiet pracujących przy kakao w tym niebezpiecznym rejonie Parku Narodowego Virunga. Z opisu na stronie producenta dziś przedstawianej czekolady dowiedziałam się, że od 2016 r. zasadzono ponad ćwierć miliona drzew kakaowca, a w spółdzielni pracuje ponad 1500 kobiet-rolników. A o samej czekoladzie napisali, że zrobiono ją z kakao, które fermentowało w koszach z liści bananowca i było suszone na słońcu.

Chocolarder Femme Virunga Eastern Congo 75% Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao Amelonado z Kongo, z regionu Virunga National Park.

Po otwarciu poczułam średnio mocny zapach ziemi, torfu z zaznaczoną wytrawnością strączków i grzybów, mieszających się z delikatnym, jasnym drewnem. Obok stanęła słodycz palona - nie tyle samego karmelu, co karmelizowanego... bekonu? Wprowadził specyficzną, wytrawną soczystość, mieszającą się z soczystością słodką i niewątpliwie owocową, ale niezbyt jednoznaczną. Na pewno czułam czerwone owoce i kwasek.

Tabliczka była bardzo twarda i donośnie trzaskała, wydając dźwięki jak krucha skała. Choć przekrój sugerował ziarnistość, w dotyku odebrałam ją jako potencjalnie kremową.
W ustach rozpływała się powoli i trochę leniwie, ale bez żadnego oporu. Zdawała się opływać smarem i zmieniać w gęsty, gibki krem. Odnotowałam lekką, pylistą chropowatość. Tłustość stała na niskim poziomie, a mimo że gęstość ani przez chwilę się nie zawahała, nie brakowało też soczystości. Pod koniec zaś pojawiało się pyliście-suchawe wrażenie.

W smaku przywitała mnie słodycz suszonych, złocistych fig, za którymi podążały słodkie suszone... chyba żurawiny. Nieco za słodkie, lekko tylko soczyste.

W tle zaznaczyło swoją obecność drewno: suche, jasnoszare. Wyobraziłam sobie powykręcane konary, zalegające gdzieś na słonecznym terenie i smagane wiatrem.

Słodycz rosła spokojnie, nie za mocno, ale konsekwentnie. Figi trafiły na maślaność, budując przez moment delikatny, wręcz trochę uroczy wątek, po czym na zasadzie kontrastu obudziło to gorzkość. Wtedy maślaność zaczęła znikać.

Gorzkość wkroczyła jako czarna, rozgrzana ziemia. Za nią zaznaczył się palony akcent, ale trzymał się w cieniu ziemi, torfu. Za nią zaś przemknęła mi jeszcze goryczka lekowa, białych leków... w które zmieniło się drewno?

Rozgrzanie to sprawiło, że mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz suszonych owoców zmieniła się w karmel. Maślaność częściowo zniknęła, ale trochę się jej schowało w karmelu właśnie. Przemknęły mi przez myśl jakieś maślane karmelowe ciastka, jednak nie utrzymały się za długo. Po chwili w głowie rozgościła mi się raczej rozgrzewająca, głęboka whisky o mocno karmelowym charakterze.

Gorzkość ziemi i odrobina drewna splotły się w herbatę. Myślałam o czarnej, ale nie tylko... mocnej, czerwonej pu-ehr? Zaprawionej odrobinkę whisky? A jednak pozbawionej mocarnej alkoholowości.

W torfie pojawiły się wtedy strączki i coś grzybowego. Podbudowały wytrawność, po czym zatonęły w ziemi. Leki i drewno zaraz zaskoczyły na bardziej herbaciano-ziołowy tor.

Po tych mocniejszych i wytrawniejszych partiach, słodycz podskoczyła nagle znacząco. Ponad karmelem i słodko-mocną whisky znów rozbrzmiały suszone owoce: przesłodzona żurawina, w której tylko tlił się kwasek, oraz suszone figi. Wraz ze słodyczą, polało się pieczenie w język jakby alkoholu (który pojawił się z opóźnieniem?).

Po zjedzeniu został posmak suszonych fig i suszonych żurawin, których słodycz przełamała niedookreślona ziołowość. Czułam też echo whisky o jakby ziemiście-drewnianym profilu. Sama ziemia i drewno bowiem na koniec wyszły niemal sugestywnie. Pobrzmiewała za to cierpkość za mocnej i chyba właśnie doprawionej karmelowo słodką whisky, herbaty.

Czekolada była bardzo smaczna i choć wydaje się, że miała niewiele nut, wyszły zachwycająco głęboko i dosadnie. Słodycz suszonych fig i żurawin, powoli przechodzące w karmel i karmelową whisky zaczynała i kończyła tę kompozycję. Przez większość czasu słodycz trzymała się na boku. Wtedy to ziemia z akcentami strączków i grzybów, torf oraz czarna herbata miały pełne pole do popisu. Akcent whisky i suchego drewna idealnie się z nimi łączyły. Dodały kompozycji powagi. Wydawała się taka... dystyngowana. 
A jednak nie jestem pewna, czy akurat te suszone owoce w zestawieniu z wytrawniejszymi akcentami ukrytymi w torfie jakoś tak bardzo-bardzo mnie porwały. Smakowały mi, ale nie rozkochały mnie w sobie.

Rozgrzana słońcem ziemia i konary drzew, mało słodka krówka z wiśniami, herbata jakie czułam w Original Beans Full-bodied Virunga Park Congo 70 % w pewnym sensie kojarzyły się z niektórymi nutami dziś przedstawianej.


ocena: 8/10
kupiłam: barandcocoa.com (za czyimś pośrednictwem)
cena: $11 (za 70g; około 45 zł; wyszło, że nie ja płaciłam)
kaloryczność: 543 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, surowy nierafinowany cukier

poniedziałek, 15 sierpnia 2022

Chocolarder Millot Farm Madagascar 80% ciemna z Madagaskaru

Powód sięgnięcia akurat po tę tabliczkę może wydać się trochę śmieszny. Otóż jedząc grejpfruta (wyjątkowo słodko-soczystego) tknęło mnie, że dawno nie jadłam porządnie cytrusowej czekolady z Madagaskaru. Naszło mnie na taką, a na liście posiadanych właśnie stamtąd miałam niewiele. Marki z Kornwalii (Anglia) Chocolarder nie znam zupełnie. Z tego, co wyczytałam, dla jej twórcy Mike'a Longmana liczy się etos pracy, przejrzystość. Dobre składniki, akcje na rzecz środowiska - podoba mi się to. Działa od 2012, wytwarzając czekolady od podstaw, doglądając każdego etapu produkcji, w standardzie, jaki go ponoć satysfakcjonuje. Kakao do tej tabliczki zakupił z plantacji The Millot Farm, którą założono w 1904 w dolinie Sambirano. Ma 15 km kwadratowych, na których spokojnie rośnie sobie kakao specyficznej odmiany Malagasy, pochodzące z Jawy (właśnie takie wybrał założyciel plantacji Lucien Millot; nie są to ziarna typowe dla Madagaskaru). Pracuje tam około 800 ludzi, a plantacja wspiera lokalne szkoły. W dodatku na kartoniku czekała kolejna ciekawostka: na plantacji Millot rosną też kwiaty ylang ylang, z których produkuje się olejek do słynnych perfum Chanel No. 5.

Chocolarder Millot Farm Madagascar 80% Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao trinitario odmiany Malagasy z Madagaskaru, z doliny Sambirano.
Kakao dojrzewało 32 dni, mielono je 28h, a całość konszowano 42h.

Po otwarciu poczułam średnio intensywny, ale wyraźny zapach wilgotnego, zbutwiałego drewna, mokrej ziemi i chodników zlanych deszczem. Splot był lekko gorzki, wsparty orzechami, a jednocześnie pikantnawy jak wonne, orientalne drewno... Które jednak też było jakby trochę... zasnute w miarę lekkim, kadzidlanym dymem? Za przyprawo-drzewami nieśmiało zarysowała się soczystość. Rozruszała się dopiero w trakcie degustacji, z czasem, eksponując ciemne i miękkie, niemal rozlazłe wiśnie. Gdy już udało mi się je uchwycić, doszukałam się w nich także pudrowego echa, które z kolei próbowała przełamać "cytrynka". 

Tabliczka swym wyglądem mnie zachwyciła - miała cudne "rzeźbienie" jakby była surową kłodą drewna. Bardzo twarda przy łamaniu trzaskała imponująco głośno, dając się poznać jako masywna i pełna. Przekrój wyglądał na nieco ziarnisty, ale na dotyk tak coś czułam, że będzie kremowa.
W ustach rozpływała się leniwie, jakby schodziło z niej trochę smaru, ale w zasadzie łatwo. Robiła to długo, mięknąc na bardzo gęsty, zwarty krem o chropowatej, pyłkowej strukturze. Była jedynie tłustawa, bo w dodatku poczucie to przełamywała ogromem soczystości, właśnie soczyście znikając. Chwilami pojawiał się nieco bardziej ziarnisty efekt.

W smaku pierwsza swoją obecność zgłosiła subtelna słodycz karmelu i miodu. Prędko jakby spłynęły, wsiąkły, zatonęły w drewnie.

Wydało mi się to soczyste - nasiąknięte, nasączone... najpierw pomyślałam o miodzie kwiatowym / owocowym lub z owocami i drewnie drzew owocowych, w których to te owoce - a dokładniej wiśnie - czuć. Od początku ich przebłyski były nie do przeoczenia.

"kora"
Drewno uderzyło swym smakiem, w wyobraźni tworząc obraz zawilgoconych, powykręcanych, ale jasnych konarów z jakiegoś... egzotycznego lasu w porze deszczowej? Gorzkość wyłoniła się stamtąd, niosąc więcej zbutwiałego drewna i ziemię. W jej gorzkości pojawiła się soczystość i trochę kwasku (wiśniowo-cytrynowego?). Myślałam o czarnej i wilgotnej, kryjącej pojedyncze orzechy włoskie. Może także migdały? Do tego... jakby trochę dymu... jakby ktoś próbował rozpalić zawilgocone drewno, coś tam częściowo się tliło i szła odrobinka dymu? Albo to dym... kadzidlany? Wyraźnie słodko-gorzki, nieco korzenny, coraz bardziej gorzki. Pomyślałam też o palonym drewnie wiśniowym (jakby aż owocami nasiąkniętym?).

Słodycz z początku pod wpływem goryczek i wilgoci zmieniła się w wyraziste i jednoznaczne rodzynki z kwaskawą nutką. Podkręcił je sok cytryny, jednak to właśnie rodzynki wiodły prym. Było ich mnóstwo, a swoim "kadzidlanym" wątkiem drewnu dopowiedziały wonny, korzenny motyw. Oddawał drewno sandałowe o ciepłym charakterze i nawet ostrości. Niby i ono było wilgotnawe... I... wilgotnawe było więcej suszonych owoców. Pomyślałam o kwaskawych morelach czerwonych, a z czasem też suszonych plastrach cytrusów (pomarańczy, cytryn). Minimalny kwasek wiązał się na stałe ze słodyczą. Wiśnie cały czas, z każdej strony także próbowały się przebić.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w ziemi, obok orzechowego motywu pojawił się wiśniowo-śliwkowy wypiek. Z kruchym spodem? Może doprawiony trochę korzennie. Słodycz ogólne leciutko wzrosła, a soczystość nabrała więcej powagi. Nagle wiśnie wskoczyły na pierwszy plan i rozgościły się tam w najlepsze. Słodkie, a jednocześnie cierpkie i intensywne... pomyślałam o owocach bardzo, bardzo miękkich. Przeszły w czerwone, wytrawne wino. Wciąż były wyczuwalne także jako one same, ale częściowo mieszające się z nim.

W tle pojawił się delikatny motyw śmietanki. Chwilowo próbował coś złagodzić, po czym wraz z wypiekiem jakoś się schował. Gorzkość trwała niezmącona.

Scena należała bowiem do wiśni i czerwonego, niemal pikantnego w korzenny sposób wina. Drewno gorzko-pikantne dołączyło do niego. Pomyślałam o ostro-goryczkowatym i jednocześnie soczystym kardamonie zielonym, cynamonie (cejlońskim? słodszym). Do głowy przyszły mi palone przyprawy, z nutką dymu. I w tym wszystkim była pewna wilgoć... Może wyszło to aż grzańcowo, z cytrynowym echem? Czysta ziemia też się dołożyła do zbudowania poważnej, szlachetnej gorzkości.

Po zjedzeniu został posmak ziemi i wina o pikantnym, korzennym tle i kwasku owoców, głównie wiśni (obok kwasku już trudnego do nazwania - cytrusowo-rodzynkowego?), ale też ogrom gorzkawo-korzennego drewna. Mimo ostrości, wszystko było zawilgocono-soczyste.

Całość wyszła bardzo ciekawie, ogrom zawilgoconych nut, zawilgocone drewno, drewno korzenne, mnóstwo wiśni, rodzynki - wszystko to było takie niespotykane! I jakie pyszne, oczywiście. Gorzko głęboko i dosadnie, ale nie tak bardzo, bardzo mocno; nie za kwaśno, mało słodko, a jednak nie mdło. Smak był bogaty i obrazowy. Zdziwiłam się trochę jej smakiem, ponieważ to bardzo nietypowy Madagaskar.
Bardzo mi się to spodobało, acz wolałabym jeszcze nieco dosadniejszą gorzkość.

Rodzynki i czerwone owoce (raczej czereśnie) czułam też w Amano Madagascar Sambirano Valley 70 %; wiśnie i drzewa w Chocolat Madagascar Organic Single Origin 85 %, ale chyba jeszcze tak wiśniowego i tak ciekawie drzewnego jak Chocolarder, Madagaskaru to nie jadłam.


ocena: 10/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £5.95 (za 70g)
kaloryczność: 567 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym do niej wrócić (gdyby była łatwiej dostępna)

Skład: ziarna kakao, nierafinowany cukier trzcinowy