Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Svitoch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Svitoch. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 grudnia 2024

Svitoch Author's Special Dark Chocolate with Salt ciemna 51 % z solą

W zasadzie nie mam pojęcia, dlaczego w ogóle na tę czekoladę się porwałam. Przecież i wiem, że popularne ukraińskie słodycze są kiepskie i... po prostu ta tabliczka nie wyglądała zbyt dobrze. W ogóle jednak, gdy znajomy przesłał zdjęcie z pytaniem, czy chcę, byłam pewna, że to 85% - i jeszcze pomyślałam, że tanie o wysokiej zawartości mogą wyjść naprawdę strasznie, ale... w dniu przed degustacją odkryłam jej zawartość kakao. Nie wiem więc, skąd mi się to wzięło - może zmyliła mnie gramatura na opakowaniu? Przed degustacją pocieszałam się, że w takim razie może to i lepiej, że nie próbowali rzucać się na wysoką zawartość, która by ich przerosła (cóż za suchar). Tu jednak mi się przypomniało, a opakowanie mnie w tym utwierdziło, że może być tak iż to... czekolada z solą? Gdy popatrzyłam w internecie, znalazłam też wariant czysty bez soli a 71% kakao (który swoją drogą kiedyś gdzieś mi mignął). Obstawiam, że mój umysł jakoś dziwnie połączył te wszystkie dane... I koniec końców skończyłam z tabliczką bardzo nie w moim typie. Marki należącej do Nestle, którą - aż musiałam sprawdzić - już miałam okazję poznać i jest na blogu. 

Svitoch Author's Special Dark Chocolate with Salt / Світоч Авторський Особливий з сіллю to ciemna czekolada o zawartości 51% kakao z solą.

Już w trakcie otwierania uderzył mnie tandetny zapach ciemnoczekoladowego plastiku, bardzo słodkiego za sprawą duszno-sztucznej waniliny. Cukier stanął dopiero za nią, choć i on nie oszczędzał sił. Cierpkość objawiła się jako stare drewno, cały drewniany skansen pełen dusznych chat. Moje myśli krążyły też wokół kakaowych, niby ciemnoczekoladowych polew na tanich słodyczach.

Tabliczka w dotyku była ulepkowata i sugerowała tłustość, ale przy łamaniu jeszcze porządnie trzaskała i dość głośno, dając się poznać jako twarda. Miała jednak w sobie coś ze... stwardniałej, kruchawej polewy?
W ustach rozpływała się dopiero po chwili (acz krótkiej), maziście. Wydawała się dziwnie, jakby margarynowo? - zagęszczona, ale miękka i zalepiająca. Wyszła gładko i tłusto w maślano-śmietankowy sposób. Miękła coraz bardziej, a i tak wydawała się oporna. Trochę też wręcz przytykała, a z czasem wykazywała lekką pylistość.

W smaku uderzyła mnie wanilina i cukier. Od razu wyszło ciężko, duszno i za słodko. Słodycz była bowiem wysoka i rosła bez oporów. Cukier i wanilina ścigały się - raz wydawało się, że trochę dominuje jedno, raz drugie.

Za słodyczą zaznaczyła się palona cierpkość. A palona nuta porwała się nawet na lekką gorzkość. Ta rosła, rosła i wydawało się, że zaraz dogoni słodycz, lecz nagle przestała. Pojawiło się stare, suche drewno. Podkreśliło je kakao w proszku i... coś niemal nieuchwytnego w tle. Może jakby drobna, drobniusieńka słonawa mgiełka? Kryła się jednak w... mlecznym akcencie?

Mimo że też cierpkawe, odtłuszczone kakao w proszku wpuściło do kompozycji łagodniejsze tony. Słodycz wciąż rosła, albo raczej umacniała się, a do niej dopłynęła wyraźna śmietankowa nuta. Nie uczyniła kompozycji mleczną - pomyślałam raczej o plastikowym kakao na wyrazistym mleku.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa cukier nieco zepchnął na dalszy plan wanilinę, jednak sztuczność cały czas czuć. Dobrała się też do lekkiej gorzkości, przez co cała czekoladowość tu wyszła bardzo tanio, plastikowo. Oczami wyobraźni zobaczyłam kiepski sos/syrop czekoladowy i tanie słodkości z mlecznym kremem w polewie kakaowej, udającej czekoladę. 

Na lekko mleczno-śmietankowym, z czasem bardziej maślanym tle, plastikowość tej kakałkowej nuty (bo nie mówimy o wysokojakościowym dobrym kakao) jeszcze bardziej jaskrawo wyszła. Cukier zadrapał w gardle i ogólnie aż rozgrzewał (?).

Gorzkość i cierpkość zdobyły się jeszcze na ostatni wyskok. Wyobraziłam sobie duszne, stare drewniane chaty w skansenie. Drewno na moment nakręciło się wraz z kakao w proszku, po czym goryczka i cierpkość prawie zupełnie odpłynęły.

Wróciła wanilina i w ostatniej chwili przechwyciła cierpkość. To już jednak nie była ani trochę przyjemna, kakaowa cierpkość, a cierpkość sztuczna - aromatów. Czekoladowego i waniliny, którą umocniło mleczne echo? Końcowo to aż gryzło w język, przemknęła - w tym gryzieniu - słonawa sugestia. A drapanie i rozgrzewanie słodyczy płynęło swoją drogą.

Po zjedzeniu został posmak starego drewna i mocno palonej... jakby prawie słonawej cierpkości? Ta mieszała się z cierpkością sztucznych aromatów, w tym plastikową ciemnawego czekolado-kakao oraz ciężkiej, napastliwej waniliny. Było mi za słodko, ale gorszy był ten ciężko-gryzący wydźwięk słodyczy, nie jej moc jako taka.

Czekolada była tanio-zła, choć obyło się bez traumy. Smakowała przede wszystkim tandetnie, bo plastikowo przez aromaty. Doczytałam, że to czekolada z solą - jak na czekoladę z dodatkiem soli, soli było w niej na tyle mało, że jej nie czuć, ale chyba dała radę popodkreślać co nieco. Niestety padło na sztuczność i słodycz. Wanilina rządziła się w kwestii słodyczy, a resztą zajęło się sztuczne kakao. Słodycz ogólnie była wysoka, a choć pojawiła się też gorzkość i cierpkość, jakoś nie wywalczyły za wiele. Nuta starego drewna i palona wyszły bez polotu. Mleczno-maślany wątek z kolei łagodził nie to, co trzeba, bo właśnie gorzkość, a nie słodycz czy sztuczność. Nie odpowiadała mi też dziwna, jakby na siłę zgęstniała, oporna konsystencja.

Mimo szczerych chęci, ta ciężkota kumulacji słodyczy i aromatów zmogła mnie i po 4 kostkach nie chciałam nawet myśleć o reszcie. A wiedziałam, że Mamie też nie posmakuje. I tak jej jednak dałam, po czym usłyszałam: "Nastawiłam się, że coś gorszego będzie. A tak to ona taka... całkiem zjadliwa, ale więcej niż 2 kostki nie dam rady. Słodka bo słodka, nie mocno gorzka, ale coś w niej jest, co przeszkadza. Wanilina, taka sztuczna słodycz to jedno, ale drugie... takie trudne do uchwycenia. Sól w niej jest? O, to może ona, że nie czuć jej, a tylko jakby wady podkreśla. I bardzo mi nie pasuje ta konsystencja... Taka... oporna".


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam
cena: nie znam
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, emulgatory: E322, E476; sól kuchenna 0,35%, aromat

środa, 9 czerwca 2021

Svitoch Exclusive 51 % Ginger & Lemon ciemna z imbirem i skórką cytrynową

Połączenie cytryny i imbiru zawsze wydawało mi się w porządku, jednak trafiwszy np. na Novi Nero Nero 70% Extra Bitter chocolate with lemon peels and ginger crystals jakoś się zraziłam. Nie to, że znielubiłam, ale zaczęłam być bardziej podejrzliwa i sceptyczna. Ostatnio też nawet w czekoladach z dodatkami zbyt niska zawartość kakao, a za duża cukru zaczęła mi przeszkadzać. Stąd w pierwszej chwili, po trzymaniu tej czekolady od Olgi z livingonmyown (dziękuję!) razem z Choceur Zitrone-Ingwer 55 % i Svitoch Exclusive 51 % Hazelnut & Peanut, wystraszyłam się. Wystraszyłam się, że chciała mi sprawić radość - i samym faktu podarowania czekolad niedostępnych w Polsce autentycznie już od razu sprawiła - a ja nie będę umiała się cieszyć z tych czekolad... I mimo że Choceur jakoś niezbyt mi podeszła, nestlowata Svitoch okazała się miłym zaskoczeniem. Stąd i obudziła się we mnie nadzieja, że może ostatnia czekolada też będzie w porządku - przecież to także Svitoch. Ok, to ci od Nestle, a Nestle nie lubię, ale... jak już zaskoczyłam na lepsze nastawienie, trudno było je zepsuć. Do tego stopnia pozytywnie się nastawiłam, że nawet mleko i serwatka w składzie widziały mi się jako plus - postanowiłam potraktować ją po prostu jako ciemną mleczną. Takiej z tym zestawieniem dodatków jeszcze nie jadłam - to raz. I dwa: ciemna mleczna to zawsze nie ciemna przesłodzona. Aż sama się dziwię, jak koniec końców zaintrygował mnie obiekt dzisiejszej recenzji.

Svitoch Exclusive Ginger & Lemon 51 % Dark Chocolate to ciemna (mleczna?) czekolada o zawartości 51 % kakao ze skórką cytrynową i imbirem; produkowana przez Nestle.

Rozchyliwszy sreberko poczułam splot cukru i imbiru-przyprawy. Ten w pierwszej chwili mignął mi mydlaną nutą, ale szybko zniknęła na rzecz ciepło-ostrej korzenności. Baza reprezentowała przesłodzoną, nieco budżetową czekoladę, przejawiająca nutę orzechów laskowych w wydaniu zimowo-korzennym, prażonym. Rozkręciły skojarzenie z imbirowymi ciastkami muśniętymi polewą kakaową, budżetową czekoladą o wytrawniejszej cierpkości (przypomniały mi się ciastka Tesco Finest Spicy Dark Chocolate Ginger Cookies). Niewątpliwie czuć aromaty (orzechowy i wanilinę - tę drugą zwłaszcza w trakcie jedzenia). Cierpkość otwierała drogę soczystości. Czułam w niej cytrusy, poprzez goryczkowatą skórkę mieszające się z bazą, a z imbirem soczystością właśnie. Dzięki temu pomyślałam o imbirze świeżym (korzeniu).

W dotyku tabliczka wydała mi się gładko-kremowa, ale niewątpliwie ciemnoczekoladowa. Przy łamaniu jedynie pykała, ale była twarda. Przekrój ujawnił mnóstwo dodatków. Przy robieniu kęsa skórka cytrynowa dała się poznać jako sucho-ciągnąca, odrobinę lepkawa. Po drobinkach imbiru zęby się zsuwały.
W ustach czekolada rozpływała się dość powoli i gęsto, stając się tłusto-ulepkowatym, miękkim budyniem. Zawierał pylistość i mnóstwo dodatków, szybko wyłaniających się. Chwilami wydawało mi się, że imbiru dodano więcej, niż wskazuje na to skład, ale to chyba przez smak. Kiepsko sprawdził się przy tym mój sposób zostawiania i rozgryzania dodatków na koniec, bo wtedy za bardzo palił imbir; z kolei tylko cytryna lepiej wychodziła... Stąd zajmowałam się nimi, gdy czekolada już prawie zniknęła, ale jeszcze była, "obok", próbując wybierać najpierw imbir.
Do czekolady dodano: początkowo sucho-twardawe, a z czasem upuszczające cukrowo-kandyzowaną otoczkę z wierzchu (rozpuszczającą się na pyłkowe-grudki i wodę) i nasiąkające skórki cytrynowe. Część wydawała się otoczką w 80 %, cytryną tylko w 20 %. Ogólnie jednak wyglądały na niemal białe, trochę przezroczyste. Na koniec robiły się miękkawo-jędrne i odlegle "świeżawe", chwilami niektóre dziwnie lepko-kartonowe (jak rozmiękły, rozmoczony?).
Imbir z kolei to kawałki ciemniejsze i na pewno twardsze,  niektóre bardzo twarde, a tylko niektóre twarde aż niepozytywnie. Niektóre udawały twardawe kawałki orzechów. Inne zaskoczyły mnie... włóknami.
W zasadzie nie odnotowałam zasady, czy któreś były większe. I imbir, i cytryna wystąpiły pod postacią sporych, średnich kawałków i drobnicy.

Już w chwili robienia pierwszego kęsa uderzyła mnie wysoka słodycz cukru, prędko łagodzona wanilinowo sztuczną naleciałością i delikatną gorzkawością, prawie wytrawnością. Skojarzyło mi się to z czekoladowym likierem - czymś zasładzającym niemal natychmiast, ze sztucznym echem aromatu, ale też z zaznaczoną drobną cierpkością kakao.

Cierpkość ta, likierowość po chwili zaczęła nieco rozgrzewać. Odnotowałam soczystość, cierpkość czy nawet goryczkę, zmieszaną z cytrusowością. Po paru chwilach imbir wyraźnie dał o sobie znać. Oto przejął rozgrzewanie, serwując ciepły, korzenny smak. Był pikantny, ale jednocześnie specyficznie słodkawo-gorzkawy. Tak, smakował głównie świeżym imbirem i - jak to on - zalatywał delikatną mydlaną nutą, ale także imbirem-przyprawą w proszku. To przełożyło się na skojarzenie z imbirowymi ciastkami. Takimi... z połyskującym cukrem: bardzo, bardzo słodkimi. Trochę... piernikowymi? Może z podprażonymi orzechami laskowymi?

A przynajmniej z polewą kakaową rodem z korzennych pierników. Niestety budżetowych. Lekka gorzkawość zasugerowała zacukrzone, tanie kakałko zrobione na śmietance. Śmietankowość i maślane wybiegi podkreśliły wanilinę, jednak nie ugłaskały ogólnej słodyczy. To próbował zrobić imbir. Czasem nawet z niezłym skutkiem, a czasem skórka cytryny stawała mu na drodze,podbijając cukrowość. Czasem pomogła mu... sól. Jakoś w połowie rozpływania się kęsa między dodatkami przeważnie pojawiała się zaskakująco wyraźna nutka soli hamująca przesłodzenie. Wydobywała czekoladowość tak, że imbir jej nie zagłuszał. W paru kęsach jej nie było, więc miałam okazję utwierdzić się, że to dobry pomysł.

W drugiej połowie wyraźniej odezwała się cytryna, a właściwie jej "otoczka". Najpierw podwyższała cukrowość swoim słodko-kandyzowanym wierzchem. Był... słodko-żaden, mdły i dziwnie słodko-wodnisty. Następnie roztoczyła po ustach delikatnie cytrynowo-kartonowy smak, ale w dużej mierze wydawała się ze smaku wyprana. Co ciekawe, trochę tonowała słodycz samej czekolady.
Jak pisałam na początku, dodatki podgryzałam już w trakcie rozpływania się czekolady, a nie tylko na koniec (tak lepiej to wychodziło).

Po debiucie dodatków czekolada pełniła już tylko funkcję zasładzacza, powoli i marnie odzyskując palono-orzechowy, łagodnie gorzkawy smak. Bliżej końca wydała mi się bardziej śmietankowa i kakaowo-polewowa, budżetowa. Kojarzyła się z lekko orzechowym słodkim kakao na śmietance. Tu doszukałam się też sztucznych sugestii drażniącego aromatu: waniliny (i chyba orzechowego).

Dodatki gryzione na koniec zachowywały się różnie. Niektóre kawałki cytryny wyraźniej, ale wciąż minimalnie smakowały zacukrzoną do bólu, gorzkawą skórką, prawie w ogóle cytryną ogółem (nie były kwaśne), inne kartonem albo niczym, a imbir... czasami występował jako ciepło-pikantny szatan, chwilami te mniejsze kawałki też wyszły na tyle nijako, że nabrałabym się, że to karmelizowane orzechy. Te większe i średnie jednak, a więc większość, uderzały ostrością, paliły w język i gryzły. Zerowały też całą resztę, w tym... przesłodzenie.

Po zjedzeniu został posmak głównie imbiru, jego goryczka, ostrość i wręcz kwaskawość "poostrościowa", ogólna cierpkość, także kakao. Nie obyło się bez posmaku cukru, ale bardziej jako "cukru wanilinowego", który tylko trochę dokładał się do drapania w gardle. Za tym stała bowiem imbirowa pikanteria. Czułam też kwasek, ale powiązałabym go raczej z imbirem i budżetowym kakałkiem, aromatami niż cytryną... Czułam się jakbym wypiła przesłodzone kakao i zjadła jakieś cukrwo-imbirowe ciastka z orzechami w budżetowej polewie.

O tak, taniość, polewowość dawały się we znaki. Mimo że bardzo słodka, to jednak tak skomponowana, że nie była to wielka wada. Bardziej niż z przesłodzoną ciemną kojarzyła się ze śmietankową czy kakao na mleku. Dodatki w takiej formie (drobnica) nadały tabliczce efektu zlepka-ulepka, tym bardziej, że była znacząco tłusta. I do nich mam wielki żal. Otóż imbir swoją ostrością wiele tu trzymał w szachu (przesłodzenie, budżetowość, aromaty), ale wydaje mi się, że rządził się swoją silną ostrością za bardzo. A jednocześnie cieszę się, że dodali kawałki prawdziwego. Cytryna to jakaś pomyłka. Bardziej to kandyzowany cukier, niż skórka. Zaskoczyła mnie też sól... o dziwo pozytywnie.
Wyszła ogółem nieco gorzej Lindt Excellence Lemon with a Touch of Ginger, ale... to, którą wolałabym to zależy od dnia. I Lindt, i Choceur to przecukrzone ulepki, zaś Svitoch to ulepek, ale bardziej w tym wyważony. Całkiem ciekawy dzięki soli. Lindt był przyjemnie soczysty, mimo że mało cytrynowy; imbir zahaczał w nim o mydlaność. Svitoch z kolei wcale nie była soczysta, cytrynowa niespecjalnie; za to mocno, naturalnie imbirowa (aż za mocno, biorąc pod uwagę łagodne otoczenie). Zaś Choceur była zacnie imbirowa (korzennie), a cytryna wyszła zbyt podrasowana, aż drażniąca w tym. I tu dochodzimy do kwestii: takie sztuczne i napastliwe podrasowanie przeszkadza mi o wiele bardziej, niż przegięcie z naturalnym dodatkiem. Niestety i w Svitoch czuć aromaty, ale w takiej ilości, że mogą być.
W pierwszej chwili obstawiałam, że zjem pewnie kostkę czy dwie, resztę upchnę dla ojca, ale się wciągnęłam (żałuję mu tych kiepskich-ale-zjadliwych, z nieśmieciowym składem), nie każdy kęs niósł imbirowe palenie. Zjadliwa, mimo że daleka od ideału.


  ocena: 6/10
kupiłam: dostałam (dziękuję!)
cena: -
kaloryczność: 495 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier. miazga kakaowa, serwatka z mleka w proszku, tłuszcz kakaowy, tłuszcz kakaowy, kawałki skórki cytrynowe 3% (skórka cytryny, cukier, syrop glukozowy, dekstroza, regulator kwasowości: kwasek cytrynowy), pełne mleko w proszku, odtłuszczone kakao w proszku, kawałki imbiru, emulgatory (lecytyna słonecznikowa, E476), sól, aromaty

wtorek, 26 stycznia 2021

Svitoch Exclusive 51 % Hazelnut & Peanut ciemna 51 % z fistaszkami i orzechami laskowymi

Na początku sierpnia, tuż przed falą straszliwych upałów, przyszła do mnie paczka od Olgi z livingonmyown, która dostarczyła mi różnych emocji. Strach, rozbawienie, szczęście, znowu strach, szczęście, nadzieja, rozczarowanie, końcowe zadowolenie zarówno otrzymania paczki, jak i... otrzymanych rzeczy. Bardzo rozczuliła mnie przesłaniem także napoczętej w opakowaniu - zbieram je i są dla mnie bardzo ważne. Zupełnie nieświadomie trafiła akurat z wariantami, które świetnie mi się wpasowały do porównania, ale... Ale. Mam strasznie długą kolejkę wpisów, więc gęba na kłódkę. Spróbowane szybciej paradoksalnie opublikuję za parę miesięcy, a przodem postanowiłam puścić tę, ażeby móc opublikować ją razem z Olgą (zapraszam na recenzję). I... bo nie miałam z czym porównywać. Może dlatego, że nigdy nie trafiłam na to połączenie orzechów w czystej czekoladzie? W ogóle... chyba nie trafiłam na czystą ciemną z fistaszkami. Przy składzie jednak znowu zaskoczenie... Ciemna... mlecznawa? Biorąc pod uwagę, jak niewiele składników mlecznych w niej było, aż miałam problem z nazewnictwem. Nie dość więc, że atrakcyjny smak dostałam, to jeszcze... czekolada to z Ukrainy, marki należącej do Nestle. Ok, za Nestle nie przepadam, ale kto, jak nie Nestle stoi za Orion Mistrovska Edice 68 % z morelami i chili czy 68 % z truskawkami i solą. Mimo że słodycze z Ukrainy źle mi się kojarzą, czynnik "zza granicy" (czyt. w Polsce sama nie kupię) sprawił, że ta ciekawiła, i to bardzo.

Svitoch Exclusive Hazelnut & Peanut 51 % Dark Chocolate to ciemna (mleczna?) czekolada o zawartości 51 % kakao z kawałkami fistaszków i orzechów laskowych; produkowana przez Nestle.

Po rozchyleniu papierka poczułam wysoce słodki, intensywny zapach czekoladowo-orzechowych cukierków typu Michałki / Michaszki, a więc mocno fistaszkowy. Leciutka wytrawność kakao i jego cierpkość zaznaczyły się, choć przypominały bardziej właśnie nadziewane cukierki czekoladowe, także trochę Ferrero Rocher, orzechowe trufle itp. Poczułam nawet lekko śmietankowo-maślany motyw. Całość wyszła przyjemnie i przystępnie, mimo cukrowego aspektu.

W dotyku tabliczka wydała mi się dość ulepkowa, tłusto-sucha.
Łamała się z lekkim trzaskiem i trochę się kruszyła, ujawniając w przekroju sporo średniej wielkości kawałków orzechów bez skórek.W sumie trudno o kęs bez kawałeczka, ale da się to zrobić.
W ustach czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, raczej wolno, zmieniając się w bardzo miękką i gęstawą masę, przypominającą tłusty budyń. Wydała mi się aż ulepkowa w tym i próbująca być aksamitną.
Powoli odsłaniające się orzechy były bez skórek, bez żadnego karmelu itp. Gryzione "obok" czy bliżej końca przyjemnie chrupały, wykazując krucho-suchy element tych prażonych.
Ciekawostka: Degustując długo i uważnie (jak zwykle), odkryłam, że fistaszki (jaśniejsze) były twardsze, konkretniejsze, a laskowe (minimalnie ciemniejsze) świeższo-soczystsze. Oczywiście gdy gryzie się je na raz, nie wyciągając z ust, trudno byłoby o postawienie tego wniosku.

W smaku od samego początku uderzyła mnie wysoką cukrowością, którą zaraz oplotła delikatna, gorzkawa baza. Pomyślałam o cukierkach czekoladowych nadziewanych czekoladowym, śmietankowo-maślanym kremem (o smaku czekoladowym lub czekoladowo-orzechowym).

Maślaność okazała się bardzo istotna, ale zaraz dołączyła do niej lekko śmietankowa i orzechowa nuta. Czekolada trzymała się nieco wytrawniejszego klimatu i choć trudno w jej przypadku mówić o gorzkości, lekką cierpkość czułam. Skojarzyła mi się z kakaowo-orzechowym kremem (typu Nutella? Albo zrobionym z Ferrero Rocher). Rozwinęła się w palonoym kierunku, a mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zaleciała mi goryczką... bliżej nieokreśloną. Aromatu orzechowego?

W pierwszej chwili nie mogłam jej rozszyfrować przez cały czas rosnącą, intensywną słodycz. To były jednak raczej orzechy laskowe, w dużej mierze przynajmniej. Cukrowość wydała mi się bezkompromisowa, ale przejawiała też wanilinowo sztucznawe skłonności. Bardzo szybko zaczęła drapać w gardle. Doszła do tego nuta orzechowo-orzeszkowa, podkręcająca skojarzenie z czekoladkami nadziewanymi. Wydała mi się lekko sztuczna, trochę tania, ale też trochę za sprawą przesiąknięcia dodatkami.

Gdy kawałki dodatków zaczęły wyłaniać się spod czekolady, wyraźniej poczułam smak orzechów (nie musiałam ich rozgryzać). W tym momencie dominowały fistaszki, podkreślone lekkim prażeniem, ale i laskowce nie pozostały bierne. Przełamywały nieco przesłodzenie i jednoznacznie nakierowywały myśli na wyidealizowane Michałki. Intensywne arachidy zacnie mieszały się z delikatniejszymi laskowymi. Czekoladowo-orzechowe cukierki były motywem przewodnim tej tabliczki. Wydaje mi się, że nutę orzechów laskowych podkręcono aromatem, a fistaszki radziły sobie same.

Mimo wszystko w drugiej połowie rozpływania się kęsa wciąż mordowała cukrowość, a lekka cierpkawość i gorzkawość im bliżej końca, tym wytrawniejsze jedynie w czekoladkowo-cukierkowym kontekście się robiły. Odebrałam to jako bardzo utemperowane.

Na koniec, gdy czekolada już prawie zniknęła oraz gdy już to zrobiła, zajęłam się kawałkami orzechów. Oczywiście w zależności od tego, które gryzłam, akurat je jakoś tam czułam, ale laskowe odegrały mniejszą rolę tak ogółem. Fistaszki również nie były wyjątkowo wyraziste, ale ich smaku własnego nie mogę im odmówić. Okazały się naturalne, łagodne i smaczne.
Niektóre orzechy były delikatnie gorzkawe, co jednak wyszło pozytywnie.

Fistaszki, ogólna orzechowość została w posmaku wraz z przecukrzeniem i tanio-sztucznawą nutą, wpisaną w "ciemną czekoladkowość". Po zjedzeniu zostałam z... michałkowym posmakiem, podrasowanym trochę sztucznie cierpko-orzechową metalicznością. I choć cukrowość męczyła już po dwóch-trzech kostkach, orzeszki jakoś tak ją tonowały, że spokojnie byłam w stanie robić kolejne gryzy. Niestety, po zjedzeniu większej ilości i cukier, i aromaty aż trochę gryzły w język i po prostu męczyły.

Całość widziała mi się jako w miarę smaczna. Czekoladkowa w smaku niczym cukierki / pralinki nadziewane. Powiedziałabym że to fistaszkowo-czekoladowe Michałki na ferreroro-nuttelowym, orzechowo-kakaowym tle. Podobało mi się to o tyle, że to fajne warianty smakowe, lubię ich nuty, ale słodycze, które jako one same mi nie smakują. Zdecydowanie przesłodzone, nieźle orzechowe (delikatna sztuczność nie przeszkadzała) i... w sumie wciąż odpowiednio kakaowe. Konsystencja poprawna w zasadzie, choć mnie ta miękkawość, i siekane orzechy specjalnie nie leżały. Z ochotą wzięłabym ją w góry, w domowych warunkach trochę nudziła, ale zjadłam całą otrzymaną (8 z 10 kostek). Po tym, co zjadłam, zdecydowanie się zasłodziłam, jednak było to na tyle tylko ok, że wolałam taką opcję, niż fundować to sobie innego dnia znowu (czekolada dobra, by spróbować, a nie, by do niej wracać). Czekoladę... nawet po zjedzeniu jakoś trudno zaklasyfikować. Na pewno była w porządku. Ocenę chyba trochę podciągam za ciekawe zestawienie orzechów.


 ocena: 7/10
kupiłam: dostałam (dziękuję!)
cena: -
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, serwatka w proszku, tłuszcz kakaowy, orzeszki ziemne 6%, pełne mleko w proszku, orzechy laskowe 2%, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, emulgatory (lecytyna słonecznikowa, E476), sól, aromaty