Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: karmel / toffi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: karmel / toffi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Zotter Tanzania Cacao Safari / Tansania Kakao-Safari ciemna 70 % z kremem na bazie mlecznej czekolady oraz nugatem z orzechów nerkowca z kawałkami marakui, pieprzem grejpfrutowym, pieprzem timut i kawałkami migdałów w karmelu

Po Zotter Uganda Cacao Safari / Kakao-Safari straciłam nadzieję, że druga z tego duetu Safari będzie lepsza. Zwłaszcza, gdy zobaczyłam, że do orzechowej warstwy dodano marakuję. Po Vanini nie miałam ochoty na tabliczkę z marakują, a już jako dodatek do kremu nerkowcowego w ogóle mi się to nie widziało. Połączenie czekolady i narkowców jako nadzienie w wykonaniu Zottera było świetne w Zotter Boozy Chocolate Mousse, ale z kolei krem z mlecznej czekolady w Zotter Milk Choco Mousse bardzo mi nie podszedł. Nie wiedziałam więc, czego spodziewać się po dziś przedstawianej. Niestety miałam złe przeczucia. Mimo że z opisu dowiedziałam się, że krem zrobiono w niej z kakao od tanzańskiego producenta Kokoa Kamili. Pytanie, ile z tego poczuje się w kremie, i ogóle w takiej czekoladzie? To jednak nie jedyna ciekawostka, jaką zawierała. Drugą był dodatek pieprzu cumeo, zwanego też pieprzem grejpfrutowym. Ponoć ta niezwykła papryka z Himalajów ma intensywny smak grejpfruta, cytryny i limonki, co czyni ją lubianym składnikiem wśród szefów kuchni nagrodzonych gwiazdkami Michelin. A na tym pieprzu Zotter nie skończył. Dodał bowiem jeszcze timut, piakantny i cytrynowy pieprz. Ech, już na etapie czytania opisu odniosłam wrażenie, że strasznie dużo napchał do tej tabliczki. Nie rozumiem, po co. Gdybym ja chciała użyć jakiś ciekawy pieprz i pokazać go odbiorcom, na pewno nie mieszałabym go z drugim, podobnym.


Zotter Tanzania Cacao Safari / Tansania Kakao-Safari to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana (24%) kremem ganache na bazie mlecznej czekolady oraz (36%) praliną / nugatem z orzechów nerkowca z kawałkami marakui, pieprzem grejpfrutowym cumeo, pieprzem timut i kawałkami migdałów w karmelu ("brittle").

Po rozchyleniu papierka przywitał mnie złożony, ale raczej chaotyczny niż głęboki zapach. Spód pachniał bardziej pieprznie, a zarazem mocno owocowo: marakujowo-cytrusowo. Ogólnie w kompozycji wyraźnie czuć orzechy nerkowca i wiążącą się z nimi maślaność, ale też jakby migdałowy motyw samej czekolady. Ta o dziwo wydała mi się bardzo wycofana, lekko tylko dymna. Wierch tabliczki pachniał nieco mniej pikantnie, ale też marakujowo-nerkowcowo, choć nieco bardziej czekoladowo. Po przełamaniu z zaskoczeniem odnotowałam wzrost czekoladowości i nerkowców, nie marakui. Tę wtedy urozmaicił motyw słodko-goryczkowatego grejpfruta i jakby pieprzna ziołowość.

Tabliczka wydawała się twarda i masywna tylko do momentu przełamania. Wtedy ujawniała kruchość i mimo grubej warstwy ciemnej czekolady na wierzchu nie trzaskała. Krem czekoladowy wyglądał na bardziej tłusty, acz zbity i masywny, nugat zaś wydawał się suchawo-kruchy, ale i jemu nie brak tłustości. Urozmaiciły go lśniące drobinki koloru bursztynowego w ilości średniej.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, utrzymując zbitość tak długo, jak się dało. Mazistymi, tłustymi falami pokrywała podniebienie i odsłaniała wnętrze. Przy nim wydawała się ciężka. 
Krem czekoladowy starał się podpiąć pod czekoladowość. Był bowiem gęsty, maślano-śmietankowo czekoladowy i bardzo tłusty. Tłustszy niż czekolada, w dodatku w miękki sposób. Wykazywał niemal idealną gładkość.
Nugat był konkretny i zbity, ale zaraz zmieniał się w maziście-tłusta masę. Wydał mi się wręcz śliskawy, ale wrażenie to, jak i gładkość, rozbijały małe grudko-kawałki, napędzające soczystość.
Dodatki w nugacie wystąpiły pod postacią bardzo różną. Całkiem sporo uświadczyłam tam soczystych, rozpuszczających się, choć w porywach chrupkawo-trzeszczących, jakby trochę gumowy kleksów jakby soku i pyłku. One końcowo tworzyły jakby nieco gibkie smugi kremu. To marakuja. Było tam też trochę migdałów, z których rozpuszczał się na wodę karmel, by zostawić miękko-chrupkawe kawałeczki samych zbyt posiekanych. A także twarde kawałeczki i drobinki pieprzu.
Wszystko to trochę rozbijało poczucie tłustości, acz całość i tak jawiła się jako ciężkawa. Na koniec otłuszczała usta.

W smaku czekolada rozniosła paloną, wyrazistą gorzkość, nasuwającą na myśl dym i ciemny chleb, lekko osłodzone karmelem. Kontrastowo gorzkość, wręcz cierpkość, podkreślała owocowa nutka.
Jak się okazało gdy spróbowałam jej osobno, sama czekolada trochę przesiąkła marakują. Za mało, by z pewnością orzec, że to marakuja, ale wystarczająco, by "czymś pobrzmiewała".

Marakuja ze środka, choć czasem nieśmiało zaznaczyła swoją obecność, wcale się nie spieszyła, by rozbrzmieć a już na pewno by zawojować kompozycję. Puściła przodem czekoladowo-nugatowe wątki. Oto krem czekoladowy podkradał się pod czekoladę i powoli przemodelowywał jej smak.

Krem czekoladowy wkroczył poprzez trochę palony motyw. Osłabił jednak gorzkość, jako że sam był leciutko gorzki. Skojarzył mi się jednak z bazującym na śmietanie deserem, mousse'em lub bitą śmietanką kakaową. Był więc cierpki, nawet nieco truflowy, ale też słodki i mleczno-maślany.
Gdy spróbowałam kremu czekoladowego osobno, wydał mi się łagodniejszy, bardziej maślany.

Nugat dołączył poprzez maślaność, po chwili mieszając ją z motywem orzechów nerkowca. One znacząco umocniły mleczność wnętrza, a same wyszły zaskakująco jednoznaczne. W pewnej chwili poczułam się, jakby jadła jakiś deser, pudding, mousse nerkowcowo-kakaowy, w którym to właśnie nerkowce dominują.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz zaczęła nieco drapać w gardle. Jednocześnie coraz delikatniejsze kakao epizodycznie podkręcała delikatna, ale ciężka, pikantna pieprzność, wkraczająca wraz z zawoalowanym marakujowo-cytrusowym wątkiem. Oto odzywały się drobinki i drobinko-kleksy z nugatu. Kwaśność owoców wcale nie była bardzo wysoka, lecz na zasadzie kontrastu do maślano-mlecznego, słodko-gorzkiego otoczenia wydawała się nieco niedopasowana. Czuć w niej głównie marakuję, ale rozmytą odrobiną cytryny. Niegryziony pieprz wydawał się niewiele wnosić. Choć owocowa nuta była bardzo delikatna, z czasem owocowy motyw i słodycz (z którą szedł w parze) zagłuszał nerkowce. Słodycz nugatu z czasem bardzo wzrosła; także za sprawą nieco cukrowych punkcików (jak się okazało, rozpuszczającego się karmelu?). Tak, że aż robiło się trochę za drapiąco-słodko.
Ta część spróbowana osobno wydawała się wyraźniej marakujowa, a nerkowcowa nuta w niej nie wystraszyła się owoców.

Rozpuszczające się drobinki coraz bardziej rozmywały smak kremu czekoladowego i nerkowcowego nugatu, aż w końcu przerobiły je na lekko słodkawe, tłuste smakowo maślane tło. Punktowe przebłyski dziwnie niemal cukrowo słodkiej marakui, grejpfruta i niepalonego karmelu nakręcały się w swych przeciwnych klimatach i kłóciły się ze sobą. Raz po raz plątał się tam jakby cytrusowo-ziołowy pieprz, wzmagający poczucie drapania słodyczy.

Czekolada końcowo znaczyła jeszcze mniej, wydając się słodszą.

Gryzione na koniec drobinki okazały się w większości pieprzem o ostro-cytrusowym charakterze oraz mało migdałowymi, nijakimi migdałami. To raczej "coś orzechowawego", przy czym czasem coś cukrowo chrupało. Marakujowe drobinki w większości się porozpuszczały, ale gdy na koniec się jeszcze coś zaplątało, smakowało wyraźnie marakują, choć jakby wymieszaną z cukrem.

Po zjedzeniu został posmak marakui i pieprzu o trochę cytrusowym charakterze. Czułam cierpkość... jakby cytrusów, grejpfruta i trochę kakaowego dymu. Czekolada ciemna właśnie głównie jako dym ostała się na koniec, jakoś dziwnie odleciała. Oprócz tego czułam sporo maślaności, śmietankę i "coś orzechowego", ale niedookreślonego.

Czekolada mi nie podeszła przez chaotyczność i jakby bezsensowne zasładzanie. Niezbyt wyraziste punkciki marakujowo-pieprzne spłyciły delikatny krem mleczno czekoladowy i nerkowcowy nugat, sprowadzając je do roli tłustego tła. A w obu tych warstwach był potencjał. Marakuję i pieprz grejpfrutowy wkomponowałabym w większej ilości w ogóle w inne nadzienie, które by się lepiej z nimi łączyło. Początkowa obiecująco niska słodycz rozkręcała się do poziomu drapiąco przesadzonego, kwaśność była znikoma, a jednocześnie przeszkadzająca. Gorzkość trzymała się subtelnego poziomu, przez co czułam jej niedosyt. Wiele nut jakby chciało, a nie mogło.
Za dużo było mi tu zgrzytów. Nawet dobra ciemna czekolada w tej kompozycji nie mogła się odnaleźć. I ogólnie niby trudno tu wskazać coś, co by było bardzo złe, ale tak samo nie umiem niczego bardzo dobrego wypisać. Znudziłam się po 20 gramach i było mi poważnie za słodko.

Mama też nie dokończyła. Czekoladę opisała: "Ogólnie mi nie smakowała. Niby był w niej jakiś delikatny kwasek, a ja lubię kwaśność w nadzieniach, ale ten... był jakiś niefajny, niewyrazisty. Za mało go było, żeby wyraźnie poczuć, co to dokładnie było i by coś pozytywnego wniósł. Ogół z opisu wydawał się smaczny, z potencjałem, ale jak przyszło do jedzenia to jakieś to takie... niedookreślone, niesmaczne, że się nie chce jeść, ale bez żadnych skrajnych odczuć, mocno przeciętne, takie na 5/10".


ocena: 5/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 75g)
kaloryczność: 543 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, orzechy nerkowca 13%, mleko, pełne mleko w proszku, kawałki karmelizowanych migdałów "brittle" 2% (cukier, migdały, dekstroza, masło, pieprz grejpfrutowy, emulgator: lecytyna słonecznikowa), syrop z cukru inwertowanego, masło, syrop skrobiowy, słodka serwatka w proszku, liofilizowana marakuja 1% (maltodekstryna, koncentrat marakui), odtłuszczone mleko w proszku, cukier trzcinowy, emulgator: lecytyna sojowa; sól, pieprz, sproszkowana wanilia, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier)

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Perugina Fondente Extra Nero Mandorle Caramellate / Caramelized Almonds ciemna 48 % z kawałkami karmelizowanych migdałów

Mimo że jadłam tylko jedną ich tabliczkę, nie lubię marki Perugina. Acz dlatego że należy do Nestle, czuję się trochę usprawiedliwiona. Ogólnie nie lubię Nestle. Tę wzięłam podczas zakupów z ojcem, bo skoro on płacił, a ja zorientowałam się, że jakoś zostało mi za mało czekolad z orzechami w góry, trzeba korzystać. Ruszyła ze mną w Tatry w połowie listopada na szlak na Świnicę. Z Kuźnic poszłam do Murowańca, potem szlakiem żółtym i czarnym przez Dolinę Zieloną Gąsienicową. Na krętej, kamiennej drodze pod górę, gdy tylko weszłam już odpowiednio wysoko, gdy miałam doskonały widok na pozamarzane stawy, kiedy trafiłam na płaski kamień, mogący posłużyć mi za stolik, sięgnęłam do plecaka po czekoladę.

Perugina Fondente Extra Nero Mandorle Caramellate / Caramelized Almonds to ciemna czekolada o zawartości 48% kakao z siekanymi karmelizowanymi migdałami (8%).

Po otwarciu rozszedł się dosadnie słodki zapach, łączący cukier, wanilię, echo... nie tyle karmelu, co lekko opalanego cukru oraz marcepan. Karmelowy marcepan w lekko cierpkiej czekoladzie? Ta miała w sobie coś z likieru kakaowo-marcepanowego i kawy z mlekiem lub śmietanką. Oczywiście zacukrzonej. Migdały zaznaczyły się dopiero za tym wszystkim. Wyraźniej po podziale.

Tabliczka już w dotyku wydała mi się trochę tłusta. Przy łamaniu okazała się niezbyt twarda (choć też nie miękka), a trzaskała niby chrupko-krucho, ale bardzo cicho. Przekrój ujawnił mnóstwo małych kawałków migdałów.
W ustach czekolada rozpływała się średnio-szybkawo i łatwo. Miękła i roztaczała coraz to kolejne, maziste fale. Tłustość rozkręcała się, aż osiągnęła dość wysoki poziom. Baza była gładka, acz urozmaicona mnóstwem migdałów. Wydawało się jednak, że mazista czekolada uparcie stara się je w sobie chować. Stąd było trudno gryźć je wcześniej, obok. Raz czy drugi spróbowałam. Wtedy migdały były tylko trochę twardsze, ale wyraźnie bardziej kruche i jakby pokryte zawilgoconym cukrem. 
Kawałki migdałów wyłaniały się z czekolady po dłuższym czasie, przyspieszając jej rozpuszczanie się. Baza robiła się coraz bardziej maziście-plastycznie-luźną i rzadka, aż w końcu znikała zupełnie.
Potwierdziło się, że kawałki to prawdziwa drobnica, najeżająca czekoladę przesadnie. 
Z migdałów rozpuszczało się trochę cukrowej warstwy, jednak nie było jej za wiele. Stanowiła marginalny element.
Na koniec cały karmel pokrywający migdały rozpuścił się, a one dały się poznać jako średnio chrupiące-trzeszczące. Udawały zwyczajne, lekko podprażone migdały. Nieliczne pokrywały kawałeczki skórki.

W smaku od razu pokazała się wysoka słodycz, ale też delikatna cierpkość.

Słodycz opierała się na cukrze, jednak szybko pokazała się też wanilia. Przez moment zawisła gdzieś między wanilią a waniliną, lecz zaraz zaskoczyła na szlachetniejszy, waniliowy tor. Wyszła trochę dusznie, trochę syropowo, a do tego zakradła się do niej iluzja śmietanki.

Cierpkość i niska gorzkość zdawały się integralne ze słodyczą, a w dodatku i do nich dołączyła odrobinka śmietanki, przez co wyobraziłam sobie niedookreśloną, ciemno-mlecznawą, średnio półkową polewę... pokrywającą marcepan? Ten również musiał zawierać sporo cukru i wanilii.

Gdy spróbowałam trochę samej czekolady, nie wydawała się specjalnie przesiąknięta dodatkami, ale czułam w niej echo jakby słodko-marcepanowe, choć niekoniecznie jednoznacznie migdałowe. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam echo lekko palonego, wręcz tylko opalanego cukru. Jeszcze nie karmelu, ale jakby... Karmelowej Figurki Goplany, która udaje karmelowy marcepan? Wraz z tanią, cierpka polewą. Słodycz aż drapała w gardle, co czasem podkreślało nieoczywiste echo miodu, rozchodzące się od kawałków migdałów. Sporadycznie przychodziły mi do głowy migdały smażone w miodzie.

Gdy z ciekawości pogryzłam migdały wcześniej, serwowały właśnie motyw nie w pełni karmelowego pseudo karmelu i niewyrazistego migdała. Czekolada przy nich wydawała się bardziej zasładzająca. Wolałam zostawiać je na koniec.

Z czasem karmelowy akcent zatracał się, zalewany kolejnymi falami cukru. Wanilia też trochę się w nich zatracała. Słodycz bardzo dawała się we znaki.

Nutka marcepanu była trudna do uchwycenia. Ogólnie czasem niegryzione migdały trochę dawały o sobie znać, ale bardzo, bardzo nieśmiało.

Przyszedł mi jednak do głowy syrop marcepanowo-kakaowy, a z czasem tylko kakaowy. I gdzieś w tle przewinęła się cierpkawo-palona kawa średniej jakości, co próbowała maskować przesadzona słodycz. Gorzkość była bardzo niska. Nie pomogła jej iluzoryczna śmietanka, jaka pobrzmiewała tu i tam. Końcowo jeszcze wsparła ją maślaność. Trochę jak... kakao zrobione z syropu kakaowego i kakao w proszku na śmietance?

Migdały gryzione na koniec były bardziej migdałowe. Motyw i tak lekkiego karmelizowania w ogóle odszedł w niepamięć, utrzymała się jedynie prażona nuta. Czasem tylko za leciały trochę słodko. 

Po zjedzeniu został zaskakująco wyrazisty posmak prażonych migdałów z drapiącą słodyczą, w której kryło się coś miodowego i złudnie karmelowo-"marcepanowego", a kojarzącego się z nadzieniem Figurki Karmelowej Goplany. Do tego czułam lekką cierpkość prostego kakao, wymieszanego ze śmietanką. Ogólnie czułam się bardzo zacukrzona i przesłodzona.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie, bo spodziewałam się, że będzie niesmaczna. A ona była niezła, nawet mimo przesłodzenia. Gdyby była mniej słodka, bardziej gorzka, w ogóle mogłaby być przyjemna. Niestety, przesłodzenie to nie jedyna jej wada. Dodano do niej za dużo za bardzo posiekanych migdałów, przez co chwilami jawiła się jako wręcz zlepek dodatków. Co do tych migdałów mam mieszane uczucia z powodu tego, jakie były. Miały być karmelizowane, a były karmelizowane minimalnie. To było dla mnie plusem, ale nie spełnia obietnicy z opakowania.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 16,99 zł (za 85 g)
kaloryczność: 545 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, karmelizowane siekane migdały 8% (migdały 6,3% w całości, cukier, dekstroza, miód), tłuszcz kakaowy, masło odwodnione, emulgator (lecytyny), naturalny aromat waniliowy

poniedziałek, 8 czerwca 2026

Vanini fondente 62% con granella di nocciole caramello e sale / dark chocolate 62% with chopped hazelnuts, caramel and salt ciemna z Peru z kawałkami orzechów laskowych, karmelem i solą

Solone orzechy laskowe? Z czymś takim w czekoladzie jeszcze się nie spotkałam. Fistaszki, migdały - te producenci solą ciągle, ale laskowe? Nie. Co innego, że uważam, że ich naprawdę nie ma sensu solić, bo to nie pasuje, no ale... Nie mogłam wiedzieć na pewno przed spróbowaniem. A markę Vanini kiedyś lubiłam (ale dawno nic od nich nie jadłam).
Za czekoladę wzięłam się na Świnickiej Przełęczy, na którą weszłam od Zielonego Stawu Gąsienicowego, idąc z Kościelca. Wspinając się w śniegu, cały czas zastanawiałam się, czy wchodzić na szczyt. Czasu było coraz mniej, a wiało coraz mocniej. Gdy w końcu Świnicę zasłoniły chmury i wyglądało na to, że będzie już tylko gorzej, pomyślałam, że nie ma sensu. Już na Świnickiej Przełęczy ledwo porobiłam zdjęcia czekoladzie bez straty kawałka. Było parę takich momentów, że musiałam łapać kostki. A na moje nieszczęście tabliczka była bardzo połamana.

Vanini fondente 62% con granella di nocciole caramello e sale / dark chocolate 62% with chopped hazelnuts, caramel and salt to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z posiekanymi orzechami laskowymi, karmelem i solą.

Po otwarciu poczułam zapach głównie znacząco palonej, ale nie mocno gorzkiej czekolady, mieszającej się z motywem wegańskiego budyniu orzechowego, z zaznaczonym w tle dodatkiem jakby cukierkowego karmelu. Orzechowość w zasadzie była trochę niejasna. Orzechy laskowe dało się rozpoznać, ale nie tak, bym miała się założyć i... wydawało się, że towarzyszą im fistaszki (może nawet trochę wyprzedzają?). Słodycz trochę sugerowała nugat, ze względu na gorzkawość, kakaowy. Po przełamania czy odgryzieniu kawałka czasem za to swoją obecność zdradzała sól.
Tabliczka na dotyk obiecywała kremowość, acz mimo twardości, podczas łamania trzaskała przeciętnie głośno, łącząc kruchą chrupkość z dźwiękiem suchych, łamanych gałęzi.
W przekroju zobaczyłam sporo średnich kawałków orzechów i głównie małych karmelu o niemal czarnym kolorze. Większość orzechów znalazła się bliżej spodu, karmel zaś przy wierzchu. Nie wiem, czy to przemyślane, czy tak wyszło. Szybko okazało się, że tak gęsto je rozmieszczono, że w zasadzie nie da się zrobić kęsa bez dodatków - by popróbować wszystkiego osobno, bawiłam się już w warunkach domowych z nożem i dobrym oświetleniem.
W ustach czekolada rozpływała się średnio wolno i bardzo maziście. Miękła, racząc mnie średnią tłustością i kremowością, którą z czasem zaczęły zaburzać wyłaniające się dodatki. Karmel w większości rozpuszczał się wraz z nią, dodając lekką wodnistość. Czekolada starała się jak najdłużej kryć dodatki, stąd gryzienie wcześniej bardzo mi nie odpowiadało. Z czasem w ustach zmieniało się to wszystko w przesadnie najeżony zlepek kawałków.
Na próbę raz czy dwa pogryzłam dodatki obok czekolady. O ile orzechy zawsze były takie same, tak karmel gryziony wcześniej... w ogóle wyraźnie był. Lekko skrzypiąco-skrzyliście chrupał. Potem w większości się rozpuszczał. Sól na szczęście też się rozpuszczała w większości.
Czekolada znikała maziście-wodniście i zostawało dużo kawałków, głównie orzechów.
Karmelu na koniec zostawało niewiele. Tak, że jakaś drobinkami czasem lekko skrzypnęła i tyle. 
Gryzione kawałki, kawałeczki i drobinki orzechów lekko chrupały z jakby skrzypiącym pogłosem. W większości były delikatne, tylko parę trafiło się twardszych.

W smaku najpierw przeważnie rozchodziła się słodycz. W przypadku niektórych kęsów czasem równo z nią zaznaczała się średnio silna nuta soli. Zaraz się rozchodziła i trochę wycofywała.

Do słodyczy dołączyła palona gorzkość. Wydawało się, że zacznie rosnąć, ale po lekkim wzroście, spoczęła na średnim poziomie.

W gorzkości poczułam trochę ziół. Cierpkich, właśnie gorzkawych... Acz zaraz zostały w tyle. Czasem ich cierpkość podkreślał subtelny akcent soli.

Słodycz bowiem rosła i skupiała na sobie większość uwagi. Miała w sobie coś lekko karmelowego, acz nie wyraźnie palonego, a także... orzechowego? Do głowy przyszły mi jakieś orzechowe placki, kombinowane pancake'i z masła orzechowego, może z dodatkiem kakao.

Gdy spróbowałam trochę samej czekolady, wydała mi się sama w sobie lekko orzechowa jak kakaowy nugat, a także mniej karmelowa i mniej słodka. Orzechami laskowymi mogła przesiąknąć trochę, ale orzechowa nuta chyba płynęła i z niej samej. Motyw karmelu za to na pewno rozchodził się od kawałków.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kawałki wyraźnie wyłaniały się z czekolady. Karmel jednak ogólnie bardzo podpinał się pod samą czekoladę. Kawałki orzechów wnosiły niewiele, bo lekki orzechowy akcent, którym podczepiały się pod bardziej kakaowo-nugatową nutę bazy, acz osłabiały słodycz.

Dodatki gryzione wcześniej, obok czekolady, były mało wyraziste. Trudno było określić, jakie orzechy tam dodano, a karmel jawił się jako bardziej cukrowo-cukierkowy, trochę sztuczny, prawie nie palony (drobna paloność ujawniła się tylko przy rozpuszczaniu?). Czekolada z kolei wydawała mi się słodsza i zarazem bardziej tanio gorzka w niemal plastikowy sposób.

Gdy spróbowałam samego karmelu (z trudem wydobytego i wydzielonego), wydawał się smakować cukrem, trochę wręcz cukierkowo, ale nieokreślono.
Orzechy zawsze smakowały tak samo, ale przy próbowaniu osobno utwierdziłam się, że w bazie czuć nugatowo-pancake'owy motyw niezależnie od nich.

Z czasem odnotowałam nugatowo-karmelową kawę. Nie zawsze tak samo nugatową czy karmelową - te smaki pojawiały się w różnych proporcjach, na pewno jednak kawę smakową. Jakby głównie to rozpuszczający karmel ją sugerował. A z kolei karmelowość karmelu chyba podkreślała odrobinka soli. 
Samego wyraźnie karmelowego smaku uświadczyłam w tej kompozycji w sumie niewiele.

Raz po raz przewijała się nie nachalna, ale wyraźna sól. Podkręcała słodycz i smak nieszczególnie palonego karmelu, a także znikomą soczystość.

Bardzo odlegle przemykała owocowo-cierpkawy motyw. Jakby jakiegoś cierpkiego cytrusa? Czasem przychodziła mi do głowy owocowa bombonierka, cytrusowo-czerwono owocowa? Taka, w której dodano też parę czekoladek z warstwą kakaowo-nugatową z pieczonych orzechów?

Ogólna orzechowość czasem rozmywała się pod naporem rosnącej słodyczy. Ta przynajmniej zachowała jakiś ambitniejszy wydźwięk. Już nawet niekoniecznie nugatu, ale... czegoś, nie cukru. Choć trochę niedookreślona, na szczęście w pozytywnym sensie.

Dodatki, głównie orzechy, gryzione na koniec były wyraźniejsze. Orzechy laskowe do rozpoznania. Łączyła je lekko prażona nuta i łagodna neutralność. Niektóre były bardziej słodkawe, inne lekko gorzkie. Bardzo harmonijnie wkraczały po lekko nugatowej bazie.
Śladowe resztki karmelu smakowały bardziej cukrowo-karmelowo, może nie mocno palono, a bardziej karmelkowo, ale bez dziwnej cukierkowości.
Na szczęście sól na koniec nie zostawała.

Po zjedzeniu zostawał posmak głównie dodatków, a więc lekko prażonych orzechów. Czasem czułam też sól, a przy niej echo sztucznego, cukierkowego karmelu. Czekolada, jako słodko-gorzkawy, lekko palony splot, robiła im za tło.

Tabliczka ogólnie tylko trochę wybiła się ponad przeciętność. Wiele w niej kwestii bym bardzo pozmieniała. Sól zbędna, ale nie jakoś szczególnie przeszkadzająca. Dodano jej na tyle mało, że "uszła w tłumie". Orzechy jako zbyt drobne, a przez to pozbawione charakteru nie zachwyciły, a niesatysfakcjonująco karmelowy, cukrowo-sztucznawy karmel był kiepski. Niby fajne było to, że rozpływał się wraz z czekoladą, ale mogli dodać lepiej zrobiony. Przynajmniej baza dobra, choć nie idealna. Kojarzyła mi się trochę z tabliczkami marki Tesco finest (np. Tesco finest Peruvian 70 % Dark Chocolate ciemna z Peru o cierpkiej słodyczy), które chyba właśnie Vanini robiło, tylko w wersji nieco "tańszej". W sumie pomysł, by zrobić czekoladę o niższej zawartości kakao, ale która nie jest okrutnie cukrowa, a trochę orzechowa, ciekawy.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 565 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, posiekane orzechy laskowe 7%, kawałki karmelu 7% (cukier, syrop glukozowy), pasta z orzechów laskowych, emulgator: lecytyna sojowa; sól 0,2%, ekstrakt waniliowy

poniedziałek, 30 marca 2026

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Noix de Cajou Dark Chocolate & Cashew Nuts ciemna 60 % z karmelizowanymi orzechami nerkowca

Nie podoba mi się dodatek karmelizowanych orzechów. Nie mówię, że są złe lub że zawsze źle wychodzą, ale często czuć w nich bardziej karmelizowanie i cukier niż to, jakie orzechy się pod tym kryją. W przypadku dziś przedstawianej bardzo żałowałam, że dodane orzechy poddano temu procesowi. Uważam, że nerkowce są za delikatne, by im to robić. A jednocześnie za pyszne, bym mogła przewinąć obojętnie znalezioną w internecie czekoladę Dolfina z nimi.
Licząc, że dobra baza i nerkowce stworzą zachwycający duet, czekolada ta była moją celebracją wejścia na Rohatkę / Prielom. Na przełęcz weszłam niebieskim szlakiem z punktu Pod Poľským hrebeňom, do którego to wcześniej zeszłam z samego Polskiego Grzebienia (szlakiem zielonym). Na Rohatkę na szczęście prawie nikt nie szedł, więc znalazło się tam miejsce akurat dla mnie i czekolady. W porywach trochę wiało, ale tego gorącego letniego dnia to, i cień, w jakim siedziałam na przełęczy, przywitałam z ogromną radością. Czy radość miała zwieńczyć czekolada?

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Noix de Cajou Dark Chocolate & Cashew Nuts to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao z kawałkami karmelizowanych orzechów nerkowca.

Po otwarciu poczułam słodko-gorzką, bardzo w tym wyważoną czekoladę. Trochę cukrowy likier karmelowo-kokosowy mieszał się z paloną, gorzką kawą. Za tym zaznaczył się orzechowy akcent, ale nie powiedziałabym, że to wyraźnie konkretnie nerkowce czuć... acz jakiś maślany kokosowo-nerkowcowy krem przyszedł mi do głowy. Była to jednak bardzo luźna myśl.

Tabliczka była dość twarda. Przy łamaniu trzaskała przeciętnie głośno, ujawniając w przekroju niewiele średniej wielkości kawałków orzechów.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i maślano kremowo. Była dość tłusta w maślany sposób i mazista, z czasem trochę zawiesinowa, ale gęsta. Pokrywała podniebienie smugami, z których to z czasem wyłaniały się kawałki orzechów. Przyspieszały rozpuszczanie się bazy, dodały trochę wodnistości, jako że niektóre posiadały cienką, szklista skorupkę, która także częściowo się rozpuszczała. Niektóre zaś były pozbawione tej otoczki. Okazało się też, że w czekoladzie pojawiły się nie tylko średnie, ale też sporo małych kawałków orzechów. Kęsy bez dodatku trafiały się, acz by zrobić taki kęs bez nich świadomie, musiałam gryźć uważnie.
Gdy z ciekawości parę kawałków nerkowców pogryzłam wcześniej, obok czekolady, były bardziej chrupiące w twardo-szklisty sposób.  Czekolada przy nich jednak szła w trochę ulepkowatym kierunku, więc wolałam zostawiać dodatek na koniec.
Orzechy gryzione po tym, jak czekolada już wodniście zniknęła, tylko częściowo miały jeszcze resztki karmelowej skorupki. Otoczka była subtelnie chrupiąca i szklista, ale delikatna. Orzechy na koniec dały się poznać jako typowo nerkowcowo miękkie. Trafiło mi się też trochę małych, cienkich kawałków jakby samego szkiełkowego, niesamowicie delikatnego, kruchego karmelu.

W smaku od początku czułam wyważone słodycz i gorzkość.

Gorzkość wydała mi się spokojniejsza, wyraźnie palona i lekko kawowa.

Słodyczy natomiast jakby trochę się spieszyło. Zaserwowała mi likier kakaowy, po chwili bardziej kakaowo-karmelowy. Zdawał się wlewać do łagodnej kawy i ją osładzać. A po chwili zaznaczyła się jeszcze wanilia.

Dodatki długo kryły się w bazie, lecz z czasem raz po raz podskakiwała za ich sprawa słodycz w nieco cukrowo-karmelowym kontekście.

Acz ogólnie słodycz nie potrzebowała tych podkręceń. Sama z siebie miarowo rosła. Wciąż trochę w likierowym kontekście, acz i wanilia coraz więcej miała do powiedzenia. Cukier czuć, acz na szczęście nie próbował dominować. Słodycz osiągnęła dość wysoki poziom, ale była do przyjęcia.

Kiedy spróbowałam trochę czekolady osobno, nie wydała mi się przesiąknięta dodatkiem. Jakby ze względu na wanilię, miała w sobie coś bardziej kokosowego niż orzechowego, a słodycz szła w kierunku likieru, który utrzymywał trochę karmelowy charakter. Niby karmelowy, ale nie tak łagodniusio karmelowy jak otoczka.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa paloną kawę załagodziła maślaność. Maślaność, która zasugerowała naturalny - i naturalnie słodki - krem kokosowo-orzechowy (pomyślałam o np. Orzechownia Miazga orzechowa o smaku Kokosowej Praliny). Może jednak... trochę dosłodzony wanilią? Choć sama nie rwała się na przód, to chyba ona podrzuciła skojarzenie z kokosem. Wizja ta nie od razu była wyrazista, bo przed nią wychodził znikomo palony karmel, bardziej jakby cukier karmelowy... Wręcz dziwnie cukierkowo słodziusi? Bardzo rzadko, ale jednak zdarzyło się, że przemknęła mi przy nim znikoma słoność. Jednak wraz z wyłanianiem się kawałków, wraz z tym, jak trochę znikała karmelowa otoczka, delikatnie przewijał się też akcent orzechów. Nerkowcowość jako taka jednak trochę się gubiła. Słodycz za to czasem aż lekko dawała o sobie znać w gardle, jednak nie można powiedzieć, by w nim drapała.

Gdy z ciekawości parę razy pogryzłam orzechy wcześniej, obok czekolady, podskakiwała słodycz leciutko karmelizowanego cukru, w zasadzie znikomo karmelowa, a po chwili dołączały do niej delikatne orzechy. Czasem nieokreślone, czasem lekko nerkowcowe. Czekolada wydawała się przy tym po prostu cukrowo-maślana, więc wolałam zostawiać je na koniec.

Palona kawa dosłownie na końcówce wydała mi się udawać jakąś wymyślną kawę z wanilią i orzechową nutką. Gorzko paloną, nawet trochę cierpką, a jednak z dodatkiem mleka. Słodycz likieru waniliowo-koksowo-karmelowego zrobiła mały krok w tył.

Gryzione na koniec nerkowce sporadycznie smakowały leciutko palonym karmelem, ale przede wszystkim bardzo wyraźnie sobą: naturalnie słodko-maślanymi orzechami nerkowca. Trafiły się jednak też takie, w których karmelizowanie czuć bardziej niż to, jaki orzech skarmelizowano, jednak tych było najmniej.

Po zjedzeniu został posmak palono cierpkawy, trochę kawowy i bardzo słodki. Tu czuć wanilię, lekko palony cukier, acz niekoniecznie mocny karmel. Cukier, który mieszał się z likierowością oraz naturalną słodyczą orzechów nerkowca. Te czasem utrzymywały się mocniej - wyraźnie, ale też bez rewelacji, czasem leciuteńko.

Czekolada była dobra, ale bez szału. Nerkowce okazały się subtelnym dodatkiem. Ja czułam ich ogromny niedosyt. Wolałabym więcej większych kawałków niż taką delikatną drobnicę. Dobrze, że nie były zbyt mocno karmelizowane. Tak cienka szklista otoczka ok, acz ten nieco cukrowy smak mi nie leżał. W ogóle bym z niej zrezygnowała. Sama baza zaś niezła, bo jak kawa ze słodkim likierem, trochę kokosowa, trochę jak maślano-orzechowy krem, ale trochę przesłodzona. Gdyby tak dodać do niej po prostu nerkowce, mogłoby to zachwycić...


ocena: 7/10
kupiłam: SmaczaJama.pl
cena: 16,90 (za 70g)
kaloryczność: 532 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, karmelizowane orzechy nerkowca 10% (orzechy nerkowca, cukier, karmel, sól), tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy

piątek, 30 stycznia 2026

(Netto) Premieur 70 % Kakao Czekolada Gorzka Z Kawałkami Karmelu i Solą Morską ciemna z karmelem

Po (Netto) Premieur 70 % Kakao Czekolada Gorzka Z Kandyzowaną Skórką Pomarańczową czułam, że dziś przedstawiana będzie smaczna. Wzięłam ją więc na trasę, na której zrobieniu bardzo mi zależało i na którą naprawdę długo jak na mnie musiałam poczekać. W końcu jednak dane mi było na nią ruszyć. Z Palenicy Białczańskiej poszłam do Doliny Pięciu Stawów Polskich, aby stamtąd wejść na Szpiglasowy Wierch. Zanim jednak znów miałam odwiedzić ten jeden z moich ulubionych szczytów, zatrzymałam się trochę przy jednym ze stawów, aby otworzyć i zrobić sesję zdjęciową czekoladzie. Właśnie przedstawianej.
 
(Netto) Premieur 70 % Kakao Czekolada Gorzka Z Kawałkami Karmelu i Solą Morską to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z kawałkami karmelu i solą morską; marki własnej Netto.

Po otwarciu poczułam paloną gorzkość czekolady, słodkiej w niskim stopniu. Gorzkość wydała mi się prosta w sposób ani pozytywny, ani negatywny. Czuć zwykłość białego cukru, ale wzbogaconego o wanilię i leciutki, łagodny karmel. Na tym etapie nie było takie oczywiste, że to tabliczka z karmelem, ale czuć go.

Tabliczka zdradzała obecność dodatków pojedynczymi prześwitami. Przy łamaniu była twarda niczym skala, a jej trzaski brzmiały głośno i imponująco. W przekroju pokazało się średnio dużo kawałków karmelu wielkości małej i średniej.
W ustach czekolada rozpływała się wolno. Trochę lepkawo i bardzo maziście. Wykazywała miękkość i aksamitną kremowość, a jej tłustość stała na średnim poziomie. Kawałki karmelu trochę poganiały ją z rozpuszczaniem się, same rozpuszczając się tylko częściowo. Wyłaniały się z czekoladowej mazi po jakimś czas. Niektóre wydawały się w niej osadzone do samego końca, dosłownie pojedyncze wypadały z niej i luźno turlały się po ustach. Niektóre rozpuszczały się wraz z czekoladą. Zrobienie kęsa, by nie trafić na karmel było bardzo trudno (w domu na próbę oddzieliłam z różnych stron kostki po trochu, by spróbować samej czekolady.). Sól pojawiała się co jakiś czas, nie tak często.
Wydawało się, że kawałków dodano dość sporo, acz na koniec w ustach zostawało nie za wiele, bo część się rozpuszczała. Wystąpiły małe kawałki oraz średnie i małe płatki. Pierwsze zostawały na koniec, drugie rozpuszczały się.
Wśród kawałków karmelu raz po raz zaplatał się kryształek soli. Czasem rozpuszczał się wraz z resztą, acz kilka razy został mi w ustach naprawdę duży kryształek doli (i, dla mnie, o kilka razy za dużo). Trafiały się kryształki soli wielkości kawałków karmelu.
Z ciekawości ze trzy raz pogryzłam kawałki obok czekolady. Wtedy były szliście chrupiące i twardawa, ale delikatne, rzadko bardzo twarde. Choć ogólnie nie uczyniły z czekolady zlepka-ulepka, wtedy obok wydawała się trochę ulepkowa, więc wolałam zostawiać karmel na koniec.
Kawałki karmelu gryzione na koniec nie porzuciły swej chrupkości, acz były nieco mniejsze, delikatniejsze i bardziej skrzypiące. Wciąż przypominały trochę szkło, a do tego spotkałam się z lepkością. Nie oblepiały jednak zębów męcząco.

W smaku czekolada zaczęła od roztoczenia palonej, dosadniej gorzkości, do której po chwili zaczęły docierać soczyste sugestie i słodycz.

Słodycz wpisała się w palony ton, chyląc się ku karmelowi, ale spory udział w niej ogółem miała też wanilia. Wkroczyła odważnie. Słodycz stanęła na średnim poziomie z aspiracjami do jeszcze lekkiego wzrostu.

Karmel ewidentnie jako oczywisty dodatek długo się nie ujawniał, ale baza nawet bez kawałków smakowała leciutko palonym karmelem. Nie wiem, czy przesiąkła, bo karmel-dodatek nie był szczególnie palony. Wiem za to, że czekolada spróbowana osobno wydawała się bardziej gorzka w palono kakaowo prosty sposób, a mniej soczysta. Soczystość podkręcała sól i karmel trochę też.

Karmel, by wkroczyć czasem potrzebował paru chwil, czasem zajmowało mu to dłużej. Raz czuć go mocniej, raz słabiej, ale w tle pobrzmiewał prawie cały czas. Nie zawsze jednak tak jawnie.

Raz po raz przemykało słonawe echo, ale rzadko kiedy czułam po prostu słoność. Ona rację podkręcała paloność ogółu i soczystość.

Soczyste wtrącenia umacniały się, przybierając na wyrazistości. Do głowy przyszły mi słodkie jeżyny ze słodko-kwaskawymi malinami.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa z czekoladowej toni wyraźnie wyłaniały się kawałki dodatku. Przełożyły się na lekki wzrost słodyczy do poziomu średnio-wysokiego, bliżej wysokiego niż średniego. Trochę też złagodziły paloną gorzkość.

Niegryziony karmel czuć dobrze. Nie był szczególnie palony. Raczej mleczny.
Czasem robiło się dość słono, ale raczej na chwilę. Sól jednak starała się wydobyć z karmelu palony charakter, a bazie przypominała o soczystości.
Gdy w kęsie akurat trafił się duży kryształek soli, czuć ją, jednak nie starała się zdominować reszty. Słoność z kwaskawym echem nasilała się, nasilała... I czasem przez wielkość kryształów było to aż za silne. Trochę soli dobrze odnajdowało się w tej kompozycji, ale niektóre kryształki przesadzały (i te wypluwałam).

Gdy na próbę pogryzłam karmel wcześniej, obok czekolady okazał się mocno mleczny, słodki i łagodny. Sam w sobie nie wydawał się szczególnie słony. Pobrzmiewała mi w nim za to lekka sztuczność, związana ze słodyczą.

Baza końcowo starała się jednak wrócić do silniejszej gorzkości, ale z tym było trudno. Gdy pojawiła się sól, kierowała uwagę raczej na soczystość niż gorzkość. A jednak przyszła mi do głowy rozpuszczaną w rondlu czekoladą z masłem, lekko przypalającą się masą czekoladową albo raczej... Trochę przypalony domowy mleczno-kakaowy karmel?

Karmel gryziony na koniec wyszedł słodko i mleczne, łagodnie. Był karmelowy i trochę sztuczny. Gdy zaś na koniec został kryształek soli, wypluwałam czym prędzej. Zdarzyło się to kilka razy; więcej, niż bym sobie życzyła (raz czy dwa mogę wybaczyć, ale to naprawdę było z... około 8 razy?).

Po zjedzeniu został posmak palonego, ale słodkiego i łagodnego karmelu oraz palono gorzkiej czekolady. Czasem czułam też jakby kwaskawa sól. Towarzyszyła czekoladzie Gorzkiej w palony sposób i dość soczystej niczym mieszanka słodko-cierpko-kwaskawych owoców leśnych.

Czekolada wyszła bardzo smacznie w prosty, niewymagający sposób. Przede wszystkim wyszła gorzko w palony sposób, a jej słodycz nie była przesadzona. Dobrą robotę zrobiła tu wanilia, a i nuta karmelu w samej bazie na plus. Soczyste akcenty podobały mi się, jednak do dodatków mam zastrzeżenia. Wolałabym nie trafiać na duże kryształki soli. Mniejsze, rozpuszczające się były w porządku. Karmel strukturę i formę miał przyjemną, ale żałuję, że nie był palony i pobrzmiewał trochę sztucznie. Gdyby tylko karmel i sól wykonano lepiej, byłoby doskonale. 
Zarówno w górach, jak i domu to była przyjemna degustacja, no tylko ta sól...


ocena: 9/10
kupiłam: ojciec kupił w Netto
cena: 10,99 zł
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kawałki karmelu 4% (cukier, syrop glukozowy, tłuszcz mleczny, sól, naturalny aromat, emulgator: lecytyny sojowe), sól 0,5%, emulgator: lecytyny sojowe; ekstrakt z wanilii

środa, 14 stycznia 2026

Niederegger Walnuss-Rum-Krokant Marzipan / Milk Chocolate filled with Walnut and Rum Croquant Marzipan mleczna z marcepanem z rumem oraz karmelizowanymi orzechami włoskimi i laskowymi

Czekolady nadziewane w ogóle nie robią już na mnie wrażenia, acz jaka jakaś ciekawa i smaczna, porządna się trafi, mogę raz na jakiś czas spróbować. Opakowanie dziś przedstawianej rzuciło mi się w oczy, bo szklanka zasugerowała whisky, a ja od razu wyobraziłam sobie ciemną czekoladę nadziana marcepanem z whisky i wielkimi kawałkami orzechów włoskich. Gdy przeczytałam opis, posmutniałam. A jednak jakoś miałam dziwnego laga, bo rzeczywistość nie dotarła do mnie tak, jak powinna, i gdy ojciec zaczął pospieszać, włożyłam ją do wózka. Fakt, że gdybym miała sama tyle na nią wydać, prawie na pewno bym odłożyła, ale no cóż. Może jednak i tak trafiło mi się coś ciekawego? Sama w to nie wierzyłam i otworzyłam, sceptycznie nastawiona. 

Niederegger Walnuss-Rum-Krokant Marzipan / Milk Chocolate filled with Walnut and Rum Croquant Marzipan to mleczna czekolada o zawartości 33% kakao nadziewana marcepanem z rumem i orzechowym krokantem, czyli karmelizowanymi orzechami włoskimi i laskowymi.

Po otwarciu uderzył mnie intensywny zapach alkoholu, w którym łatwo rozpoznać rum. Rum ciężko-słodki i, gdy zbliżałam się do tabliczki, aż trochę drapiący i duszący alkoholowością. Był mocny i dominujący. Marcepan migdałowy, orzechy włoskie i mleczna czekolada stały na równi, podporządkowując mu się. Słodycz zajęła wysoki poziom i zdradzała cukrowość, a jednocześnie wydawało się, że ma też rumowe pochodzenie. Wyszło to ryzykownie trochę zbyt cukrowo.

Tabliczka w dotyku wydawała się niby masywna, jednak i w pewien sposób delikatna. Łamała się twardo ze względu na grubą warstwę tłustej czekolady, ale i tak bez trzasku. Wydawała się trochę krucha. Sam marcepan był konkretny i zwarty, ale bardziej miękki, trochę wgniatający się. W dotyku wydał mi się wilgotnie-lepkawo-scukrzony. Widać w nim średnie i małe kawałki orzechów w karmelu, czy w zasadzie krokantu.
Czasem czekolada odskakiwała od nadzienia przy podziale. Nie podobało mi się takie rozwalanie się całości.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko, dając się poznać jako bardzo kremowa i maziście-lepka. Była tłusta w pełnomleczno-śmietankowy sposób, a także znikomo proszkowa. Mimo to udało jej się zbudować mazistą kremowość. Miękła, a marcepan starał się z nią spójnie mieszać. Czekolada jednak znikała szybciej, a w ustach zostawało mnóstwo drobinek, grudek marcepanu.
Grudkowy marcepan wykazywał średnią plastyczność. Niby dało się go formować i rolować, ale jawił się jako luźno-suchawy, mimo że nie mogę nazwać go po prostu suchym. Był średnio przemielony i miękki. Choć początkowo sprawiał wrażenie trochę podeschniętego, z czasem okazał się w miarę wilgotny, choć wciąż z suchawym wrażeniem.
Co jakiś czas z marcepanu wyłaniały się raczej drobne i trochę średniej wielkości kawałki krokantu, w których orzechy stanowiły znikomą część. Gdy wypadały z marcepanu, sporadycznie stukały o zęby. Kawałki to sporo twardawo-krucho-chrupiącej skorupki z cukru. Gryziona rzęziła, pozostawiona sama sobie trochę się rozpuszczała. Tylko na próbę ze dwa razy pogryzłam to wcześniej, obok reszty - wtedy dodatek wydawał się o wiele bardziej cukrowo-chrupiący6 i nieprzyjemny. Wolałam więc zostawiać go na koniec.
Krokant orzechowy gryziony na koniec zachował pewną twardą kruchość, "chrupiącość", ale już i orzechy odegrały nieco większą, acz i tak małą, rolę. Jedne i drugie były miękkawo-pochrupujące.

W smaku czasem, gdy robiąc kęsa trafiłam na orzecha włoskiego, to on zabłysnął pierwszy, po czym usunął się.

Czekolada przywitała mnie wysoką, cukrową słodyczą, do której po chwili dołączyło mleko. Słodycz pomknęła do przodu, dominując, ale przez parę sekund i mleko nie dawało za wygraną. Po chwili okazało się, że czekolada lekko przesiąkła nadzieniem - nutka rumu jeszcze podkreślała cukrowość, kierując ją w trochę tandetnym kierunku.
Kiedy spróbowałam trochę czekolady osobno, potwierdziło się: przesiąkła nadzieniem i osobno też nie wyszła dużo lepiej, choć mleko wyszło nieco wyraźniej.
Sporo zależało też, jaki kawałek akurat ugryzłam. W przypadku brzegowych, czekolada wspinała się na wyżyny i smakowała nieco bardziej mlecznie.

Marcepan bardzo szybko doszedł do głosu poprzez rum. Spod czekolady wypłynął jako sztucznie rumowa nuta, acz to było tylko złudzenie (w składzie nie ma aromatów), chyba podszepnięte przez nijako-zgłuszone migdały. Po chwili rum zaczął się nasilać i choć wciąż wydawał się przerysowany, niewątpliwie był... rumowy. Mocny, ciężkawy i zacukrzający, co nasiliła silna alkoholowość.

Migdały nie nadążały za nim. Marcepan okazał się trochę nazbyt migdałowo delikatny - rum zupełnie zdominował całość. Migdały jakoś jedynie pobrzmiewały. Chwilami miałam jednak wrażenie, że i w masie marcepanowej pobrzmiewa akcent orzechów włoskich... acz może to goryczka podszepnięta przez rum*? Słodycz w towarzystwie rumu czuła się pewniej. Także wnętrze szybko okazało się cukrowo słodkie. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, słodycz, a w zasadzie połączenie cukru i silnego rumu, aż drapało w gardle.

Z czasem rumowość przegnała czekoladę. Zrobiła z niej mleczne, nieprzyjemnie cukrowe tło pod swoją nachalną, przesadzoną rumowość, które to tło i tak znikało szybciej. I nie był to nawet taki mocny alkoholowy motyw, co przytłaczający, słodki smak rumu. Chwilami wydawał się wgryzać w język.

Wraz z wyłaniającymi się kawałkami krokantu słodycz jeszcze podskakiwała. Do rumu spójnie dołączał motyw trochę, ale w sumie łagodnie palonego cukru. Karmelizowanie przygłuszało nierozgryzane orzechy. Za to gdy na próbę pogryzłam ze dwa kawałki obok reszty, były po prostu cukrowe, nawet mniej karmelizowane.

Migdały końcowo trochę się nasiliły, ale i tak nie był to zbyt wyrazisty marcepan przez rum. Słodycz za to była wyrazista.

Gryzione na koniec, oddzielone od drobinek marcepanu, orzechy smakowały w porywach nieco bardziej orzechowo, ale wciąż trzymała się ich palona cukrowość. Czasem kawałeczki były zupełnie nijakie (to orzechy laskowe tak się zatracały), czasem lekko nijako-gorzkawe - bo właśnie goryczką wyróżniały się włoskie. Czasem czuć, że to one, ale przez rum wydawały się zbyt stłamszone.
Gdy zaś na koniec gryzłam i grudki marcepanu, i te kawałki dodatku, wszystko mieszało się w jedno: w łagodnie migdałowo-orzechowawy motyw, zgaszony przez rum.

Po zjedzeniu zostało przecukrzenie, które drapało wraz z rumem. Alkoholowość była dość silna, ale to nie ona, a smak, wydźwięk, charakter rumu męczył. Wyszedł jakoś tak... przerysowanie, mimo że realnie nie był sztuczny. Czekolada przez niego poszła w tandetną cukrowość, marcepan nie miał siły przebicia. Orzechy zagłuszono karmelizowaniem - o ile włoskie jeszcze się raz po raz dobijały do głosu, tak laskowe się zagubiły.

Tabliczka, choć nie w moim guście, bo jednak mleczna, miała potencjał, ale rum zawalił sprawę. Myślę, że inny alkohol (np. whisky?) i dodanie go mniej uratowałyby sytuację. A tak niestety całość wyszła smutno tanio, cukrowo, nijako gdy chodzi o marcepan i dodane orzechy, a dominująco, okrutnie rumowo. Nie chodzi o to, że rumowa czekolada smakowała rumem, a o to, że oprócz rumu wszystko inne było bez charakteru. Za bardzo się panoszył.
*Nie sądzę, że przy takim mocnym skarmelizowaniu, marcepan miałby jak przesiąknąć włoskimi.

Po 1,5 kostki odpadłam i oddałam Mamie. Jej opinia: "Ach, to marcepan z rumem?! A, to dobrze, bo już myślałam, że naprawdę wcale bardzo marcepan znielubiłam. Bo ten był jakiś niesmaczny, chyba właśnie przez ten rum. Ostatnio w ogóle zauważyłam, że rumowe słodycze wychodzą niesmacznie. Tak i ta czekolada też. Sama jakaś nieciekawa, przesiąknięta środkiem. Marcepan jakoś tak dziwnie się rozpadał, a w środku miał dziwne kulki. Powiedziałabym, że to jakieś chrupki z cukru, w których w ogóle orzechów nie czuć. I w sumie karmelu czy karmelizowania też nie za bardzo, a cukier. Kiepska, ale zjadłam, w sumie nie wiem, po co. Bo mi się coś słodkiego, cokolwiek chciało? Dałabym jej może 5...? Bo większość dzisiejszych słodyczy jest paskudna, a ona w sumie aż taka paskudna nie była. Chociaż przy tej cenie... może jednak 4?".


ocena: 3/10
kupiłam: Auchan
cena: 16,99 zł (za 110g)
kaloryczność: 541 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku pełne, miazga kakaowa, emulgator: lecytyna sojowa; ekstrakt waniliowy), migdały 25%, cukier, rum 2,4%, orzechy włoskie 2,1%, orzechy laskowe 1,8%, syrop cukru inwertowanego

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Zotter Waffle Brittle / Waffelkrokant ciemna mleczna 60 % z nugatem z orzechów laskowych z karmelizowanymi wafelkami

Czekolada Zotter Cherry & Nut Waffle / Kirsch auf Nusswaffel odkąd przeczytałam jej opis, jeszcze zanim spróbowałam, wydawała mi się zbyt namieszana i przeładowana. Degustacja utwierdziła mnie w tym przekonaniu. Po niej pomyślałam, że dziś przedstawianą sobie odpuszczę bez żalu, skoro do mnie nie dotarła. A jednak parę miesięcy później dostałam ją od dystrybutorki. Może bez ogromnych nadziei, ale jednak z lekkim optymizmem się za nią wzięłam. Może właśnie okrojenie pomogło i w tej nadzienie zaprezentuje się lepiej? Warstwa wiśniowa stopowała bowiem potencjał orzechowej.


Zotter Waffle Brittle / Waffelkrokant to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60% kakao nadziewana (42%) nugatem / praliną z orzechów laskowych z (14%) "brittle" wafelkowym, czyli karmelizowanymi wafelkami oraz cienką warstewką mlecznej czekolady o zawartości 40% na spodzie*.
*A przynajmniej tak jest w opisie.

Po otwarciu poczułam dominujący zapach orzechów laskowych, łączący w sobie orzechy karmelizowane oraz nugatowe. Mam na myśli charakternie palony karmel oraz mocno mleczno-maślany, słodki, ale nieprzesłodzony nugat. W jedno mieszał się z mleczną czekoladą, jednak zwłaszcza po przełamaniu wydawało mi się, że nie tą z wierzchu. Ta bowiem jawiła się jako motyw wytrawniejszy, trochę chlebowy, może złudnie marcepanowy, choć też nie brakowało jej pełnego, naturalnego mleka i stała obok. Jakby tak obok położono nugat z laskowców i mlecznej czekolady oraz charakterniejszą, bardziej kakaową mleczną czekoladę.

Tabliczka w dłoniach wydawała się masywna i ciężka, jednak niekoniecznie twarda. Poniekąd miała w sobie coś z twardości, ale nawet nie wiązało się to z trzaskiem. Nie trzaskała. Podczas łamania słychać za to chrzęst nadzienia. Wafelków w nugacie nie widać, lecz bardzo dobrze je słychać.
Trochę zaskoczyło mnie, że w przekroju nie widać warstewki jaśniejszej, tej mlecznej czekolady 40%, o której jest mowa w opisie oraz którą widać na zdjęciach producenta. W jednym miejscu wydawało mi się, że może na coś takiego trafiłam (i próbowałam to rozwarstwić nożem), ale... chyba moja czekolada była jednak bez tej warstewki.
Gdy robiłam kęsa, nadzienie wydawało się trochę delikatne i wtedy pod zębami też dobrze słychać chrzęst wafelków.
W ustach czekolada z wierzchu rozpływała się kremowo, w średnim tempie. Dała się poznać jako maziście-tłusta i ochoczo mięknąca. Jeśli była tam jakaś warstewka, to kompletnie nie czuć jej w strukturze.
Krem orzechowy także starał się wpisać w miękkość, ale wyszło mu to tylko częściowo. Był bowiem dość masywny, zbity i maślany. Czułam w nim oleistość, lekko pyłkowy efekt, choć ogólnie starał się pokazać jako bazowo gładki. Wszystko to jednak szybko odeszło w niepamięć, bo uwagę zaczęły przyciągać wyłaniające się wafelki. Nugat rozpływał się dość szybko.
Kawałków wafelków w nugacie zatopiono mnóstwo. Były tam malutkie, średnie i trochę większych.
Wafelki wolałam gryźć różnie, ale raczej na koniec, gdy wszystko już zniknęło, a tylko na próbę parę razy pogryzłam je szybciej, starając się robić to obok czekolady. Wtedy dodawały porządnego chrzęstu, były delikatne i krucho-chrupiące, w tym część w cukrowy sposób.
Wafelki gryzione na koniec częściowo zachowały chrupkość, ale większość zwilgotniała, zmiękła i zaczęła się częściowo rozpuszczać. Niektóre wyszły miękkawo, inne miękkawo-gumiasto, trochę jak "jadalny papier". Malutkim zdarzało się cukrowo rzęzić.

W smaku czekolada roztoczyła paloną gorzkość, do której powoli dołączyła także palona, karmelowa słodycz. Po chwili dopłynęło też pełne mleko, przechodzące w śmietankę. Czekolada wydała mi się lekko chlebowo-orzechowa sama z siebie, a nie tylko przesiąknięta nadzieniem (choć to pewnie też).
Spróbowana osobno jawiła się jako bardzo subtelnie gorzkawa, a tak to intensywnie mleczna i naturalnie orzechowa. W zestawieniu z nim, nadzienie podkreślało orzechowość i wydobywało gorzkość czekolady.
Czekoladę mleczną czuć cały czas, acz na większość degustacji wycofała się i pozwoliła prezentować się wnętrzu.

Z czasem mleczność i słodycz rosły. Może za sprawą zakamuflowanej warstwy mlecznej czekolady 40%, może po prostu za sprawą mieszania się czekolady z nadzieniem. Kakaowo palony akcent wierzchu jednak się nie zatracił. Po prostu obok wzrosła mleczność.

Nadzienie podchwyciło orzechowo-mleczne wątki. Przywitało się wyraźnie nugatowo słodkim motywem orzechów laskowych, po czym dodało jeszcze nutę maślaną. Choć było bardzo nugatowo, słodycz trzymała się średniego poziomu. Wiele do powiedzenia miał wątek prażonych orzechów laskowych. Wnętrze trochę kontynuowało też mleczno czekoladowy smak - jakby i do niego wtopiono mleczną czekoladę.

Kiedy spróbowałam osobno samego nadzienia, miałam wrażenie, iż faktycznie i w nim pojawia się nuta mlecznej czekolady... a w zasadzie mleczniusiej czekoladusi, wpisanej w głęboką, laskową nugatowość, która jednak po paru chwilach przegrywała z wafelkami. Jeśli nuta czekolady w nadzieniu nie była złudna, na pewno nie była to czekoladowość choć trochę gorzka.

Słodycz rosła za sprawą wyłaniających się z nugatu kawałków - były to cukrowo-karmelowe wtrącenia. W tym konkretnie karmelowych, cukrowych wafli - pomyślałam o waflach duńskich.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa z kremu wyłoniła się oleistość jakby oleju orzechowego. Laskowce z jednej strony wyszły jakoś rozmyto, z drugiej zaś motyw prażenia przybrał na sile - cukrowe wafelki nie pomogły samej laskowości, za to prażeniu-pieczeniu owszem. Z czasem jeszcze oleistość mieszała się z delikatną gorzkością, wydobywając ją z pobrzmiewającej w tle gorzkawej czekolady mlecznej. Ona, orzechowa oleistość i wafelki przez moment grały jakby przeciw laskowej nugatowości.... Mleczność nadzienia za to miała się dobrze i udało się się przywrócić smaczek orzechów laskowych (acz już osłabiony).

Coraz bardziej wyłaniająca się drobnica mocno rozkręciła słodycz palonego, karmelizowanego cukru. Za nią przemykały akcenty pieczone i pszenne. To a to trochę przygłuszało, a to na nowo podkręcało orzechowość. Ze dwa czy trzy razy wśród wafelków mignęło mi echo soli, podkreślające słodko-karmelowo-prażony motyw wafelków.

Wafelki gryzione obok czekolady przypominały po prostu trochę bardziej karmelowy cukier. Podnosiły słodycz i zagłuszały nuty i oleju, i orzechów laskowych (co miało więc plusy i minusy).

Czekolada po debiucie nadzienia z wafelkami wyszła jednak jeszcze bardziej gorzko, porządnie palono. Jej mleczność i słodycz wydawały się bardzo subtelne. Przypomniała sobie o niemal wytrawnej, chlebowej nucie.

Gryzione na koniec wafelki wciąż pobrzmiewały karmelem, trochę cukrem i były ogólnie znacząco słodkie, ale smakowały też wyraźnie lekko wypieczonymi wafelkami. Niektóre wydawały się bardziej maślane, wręcz lekko... wafelkowo-gofrowe? A przy nielicznych mignęła mi sugestia soli.

Po zjedzeniu został posmak łagodnych, cukrowo słodkich, trochę karmelowych wafelków, wkomponowanych w karmelowo-maślano-mleczne, nugatowe, ale nieprzesłodzone realia. Wafelki i mleko, karmel grały pierwsze skrzypce, orzechy znalazły się w tle, a czekoladowość prawie odeszła w zapomnienie.

Czekolada wyszła o wiele lepiej, bo bardziej przejrzyście niż Zotter Cherry & Nut Waffle / Kirsch auf Nusswaffel. Była zwyczajnie smaczna. Jednak i ona mnie w sobie nie rozkochała... To znaczy wśród dawnych Zotterów byłaby nudna, wśród nowych kiepskich jawi się jednak jako jedna z lepszych. Doceniam ją jako tabliczkę orzechowo-wafelkową, choć to nie w 100% moja bajka. Jak dla mnie wyszła trochę za słodko i nudno, a do tego ze strukturą, za jaką nie przepadam: do ciągłego gryzienia i to najlepiej wcześniej, bo potem wafelki robiły się mniej atrakcyjne. Podobało mi się, że całość nie była przesłodzona, mimo że mocno nugatowa, że czekolada na wierzchu miała gorzkawy charakterek, jednak do nadzienia niepotrzebnie wkradła się oleistość. Można było zrobić je lepiej (bardziej orzechowo-czekoladowo-mlecznie?).


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 22,49 zł (cena półkowa za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 552 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, orzechy laskowe 19%, miazga kakaowa, wafelkowe brittle (mąka pszenna, cukier, masło, odtłuszczone mleko w proszku, sproszkowany ekstrakt słodu jęczmiennego, sól), tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, olej z orzechów laskowych 2%, emulgator: lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, sól, sproszkowana wanilia, anyż gwiazdkowy, emulgator: lecytyna słonecznikowa