Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lody: alkohol. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lody: alkohol. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 listopada 2022

lody Haagen-Dazs Irish Whiskey & Chocolate Waffle

Te lody były ostatnimi lodami, jakie kupiłam. 
Wydaje mi się, że teraz mogą minąć miesiące lub lata, gdy na jakieś się zdecyduję. A jednak już i te kupowałam z echem w głowie, że lody to już nie moja bajka. Tych jednak jakoś nie mogłam nie wziąć z racji tego, że to limitowany i niespotykany smak, a alkoholowe lody... w zasadzie nie miałam zdania. Wydawały mi się czymś dziwnym. Wprawdzie bałam się efektu podobnego do okropnych Bailey's (Coffee Delight lub Chocolate Secret), ale uznałam, że zaryzykuję. Wafelki w HD Caramel Cone były ok, Haagenom w miarę ufałam, więc kupiłam. Nie tyle z ciekawości, co przekornej ciekawskości.
Wariant rumowy z solonym karmelem natomiast jakoś obrzydzał mnie na półce, więc nie miałam problemu, który wybrać.

Haagen-Dazs Irish Whiskey & Chocolate Waffle to karmelowe lody z sosem z whisky i (2,2%) wafelkami w czekoladzie (1,1%); z linii Cosy Cocktail.
Zawierają mniej niż 0,5% alkoholu.
Pudło zawiera za 400g/460ml.

Po otwarciu poczułam słodki zapach toffi, pokazującego pazurki za sprawą lekkiej nuty alkoholu. W jej kwestii czuć, że to "jakiś lepszy", także słodki. Całość wyszła mocno śmietankowo, trochę mlecznie jak mleko z tubki skondensowane / kajmak w karmelowo-toffi wariancie dla dorosłych. W trakcie jedzenia, a więc po zruszeniu masy, gdy doszła już do siebie, dołączył do tego palono-gorzkawy motyw (ni kakaowy, ni kawowy), a szlachetny, karmelowy alkohol się nasilił.

Masa lodowa była konkretna, pełna i masywna. Topiła się powoli i gęsto - czuć, że bazę stanowiła śmietanka. Wyszła tłustawo, ale odpowiednio, nie ciężko.
Sosu nie pożałowano, ale i nie przesadzono z jego ilością. Był czymś pomiędzy średnio zbitą masą, a sosem, nie lał się. Trochę się ciągnął, cechowała go lepkość. Miejscami, gdy lody bardziej się topiły, nieco mieszał się z masą lodową.
Wafelków w czekoladzie dodano mnóstwo - to kawałki głównie wielkości mniej więcej 1 cm kwadratowego, acz znalazły się też mniejsze oraz spore jakby zbitki mniejszych (a'la crunchy oblane czekoladą). Większość szczelnie pokrywała dość gruba warstwa czekolady (rozwalone może ze dwa się trafiły). Dzięki temu zachowały chrupkość. Oblegająca je czekolada to gruba warstwa tłustej i kremowej polewy, właśnie chyba nie do końca czekolady, ale... to pracowało, nie wystąpił bowiem efekt kamieniolady. W pudle znalazły się też kawałki bardzo malutkie, które były w zasadzie prawie samą czekoladą.
W trakcie jedzenia lody cieszyły kremowością, sos natomiast chwilami wydawał się tłusto-śliskawy, mazisty, ale nie zły. Miejscami nieco rozrzedzał lody, przyspieszał tym samym nieznacznie ich topienie się. Wafelki szybko dochodziły do siebie. Jedzone okazały się bardziej ciastkowe, niż wafelkowe. Kojarzyły się z krucho-twardymi, ciężkimi herbatnikami. Masywne i konkretne, były pozytywnie twarde niczym jak już wafle, to duńskie, podobnie też trochę cukrowawo-kryształkowe. Wlepiały się w zęby. Rozpływały się całkiem przyjemnie, na gęstą, ciastową papkę, wraz z kremową czekoladą.
Muszę przyznać, że całość była zgrana, a ilość wszystkiego przemyślana. Przyjemnie wszystko to współgrało.

Sama masa lodowa była bardzo słodka w sposób niemal uroczy. Skojarzyła mi się z mlekiem z tubki o smaku karmelowym. Wyraźnie czuć w niej słodką śmietankę, za sprawą której szybko przywołała śmietankowe toffi i... kajmak? Miejscami z echem alkoholu, bo musiała lekko przesiąknąć sosem. Okazała się łagodna, z wyraźnie wyczuwalną śmietankową bazą. Z czasem, a już zwłaszcza po zagarnięciu dodatków, słodycz masy rosła. Chwilami wydawała się przesadzona, acz ogólnie rażąca nie była (a po prostu adekwatna do wariantu).

Sos znacząco podnosił słodycz. Reprezentował bardzo, bardzo słodkie i maślane toffi. Dopiero z czasem przewijała się w nim bardziej palona nutka, rzeczywiście idąca w bardziej karmelowym kierunku. Jej powagę, szlachetność podkreślił nienachalny, ale wyraźny alkohol. Chwilami wyłapywałam w nim goryczkę. Paloną i aż złudnie kawową? Ta myśl nachodziła mnie zwłaszcza, gdy sos zagarniałam po wafelkach z czekoladą. To, że karmel wymieszano z whisky było jasne - szlachetność alkoholu nie zatraciła się ani na chwilę. Epizodycznie potrafiła nawet, wraz ze słodyczą, rozgrzać nieco gardło i język.

Wafelki w czekoladzie smakowały gorzko i to nie tylko za sprawą czekolady. Ta oczywiście była palono-gorzka od kakao, subtelnie słodka, ale... wnętrze tego dodatku też było gorzkie. "Wafle" smakowały goryczką niemal spalenizny. Palony cukier mieszał się w nich z krakersowo-herbatnikowym wątkiem pszennego ciastka, ale znów trafiłam także na skojarzenie z waflami duńskimi. Mimo że głównie ciastkowo-gorzkie, przejawiały też tę specyficzną cukrowość tychże wafli.
Chrupacze te bardzo zacnie przełamywały słodycz reszty, a i uwypukliły karmelowo-alkoholowy aspekt sosu.

Po waflach i bazie... sos nie zawsze był jawnie alkoholowy. Czasem jawił się bardziej jako "toffi ze złudnie likierową nutą", a czasem uderzał mocnym, dobrym alkoholem i cukrem. Zależało od zagęszczenia / przemieszania z lodami. Na pewno jednak doskonale do nich pasował, nadając im charakteru.
Całość epizodycznie zalatywała irish cream, ale... mnie i skojarzenie z "lodową interpretacją Pawełka Toffi" nachodziło. Sos chwilami osiągał pułap przesłodzenia, słodycz i alkohol aż ogrzewały gardło. Potem baza wydawała się nieco mdława... A wafelki z czekoladą zawracały to na tor poważniejszy, palony. Końcowo, mimo słodziuteńkości toffi, klimat był wytrawniejszy, poważniejszy.

Po zjedzeniu zostało przesłodzenie z pewnym rozgrzaniem języka, oczywiście wywołane też alkoholem, co czuć. Czuć też, że to nie byle jaki alkohol, a dobry. Czy whisky? Nie wiem, czy bym zgadła. Karmelowość, choć łagodna, również wyczuwalna, acz w likierowym wydaniu.

Całość zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Dobre lody... śmietankowo-karmelowe? Bardziej toffi? Mimo że dla mnie zdecydowanie za słodkie, to jakościowo nie mam im nic do zarzucenia, a i słodycz rozumiem. Dodatki stworzono idealnie - nic bym w nich nie zmieniła. Nienachalnie, ale wyraźnie alkoholowy sos, mało waflowe, konkretne i charakterne waflo-ciastka okazały się strzałem w dziesiątkę.
Tak, już i dobre lody to nie moja bajka, ale to, że te są warte uwagi osób, które lubią lody, nie podlega wątpliwościom.


ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: 16,99 zł (za 400g/460ml - chyba promocja)
kaloryczność: 280 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: śmietana (32%), mleko skondensowane o obniżonej zawartości laktozy, woda, cukier, mleko skondensowane słodzone, syrop glukozowy, żółtko jaja, tłuszcz kakaowy, mąka pszenna, irlandzka whiskey (0,8%), olej kokosowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, miazga kakaowa, masło, sól, jajka, ekstrakt kawowy, naturalny aromat, skrobia kukurydziana, substancja zagęszczająca (pektyny), naturalny aromat waniliowy 

czwartek, 7 stycznia 2021

lody Bailey's Chocolate Secret Ice Cream

Po Bailey's Coffee Delight Ice Cream bałam się drugiego smaku. A właściwie... może nawet nie bałam się, co byłam prawie pewna, że okażą się niesmaczne i nie miałam ochoty nawet ich otwierać. Był jednak problem, co z nimi zrobić, ponieważ lodów czekoladowych czy z sosem czekoladowym Mama nie lubi. Próbowałam też samą siebie przegadać, że co, jak jednak okażą się smaczne? Słabo to działało, ale w końcu uznałam, że otworzę je czym prędzej, by mieć z głowy.

Bailey's Chocolate Secret Ice Cream with the Taste of Bailey's to śmietankowe lody "z preparatem o smaku likierowym (4%) i śmietankowe lody o smaku waniliowe z sosem czekoladowym (13%)". Opakowanie zawiera 500 ml / 400 g.

Po otwarciu pudła poczułam słodko-likierowy zapach z zaznaczonym żulowym alkoholem i sztucznością, a także czekoladowo-kakaowym akcentem w tle. Rysował się na wysoce słodkim tle bardzo śmietankowych lodów.

Lody, mimo że gęste i tłusto-kremowe jak to lody na śmietance, okazały się dziwnie miękko-spulchnione. Łatwo je nakładać, rozpływały się powoli i w zasadzie ich specyfikę czuć dopiero w trakcie jedzenia. Otóż były jak... oklapła, zamrożona bita śmietanka, a więc jeszcze dość puszyste, a przy tym straszliwie tłuste. Otłuszczały usta, a mimo pozornej lekkości, mnie wydały się ciężkie i tym właśnie męczyły. Tłustość, która nie tylko otłuszczała usta, ale zawierała jakby pewien poślizg... obrzydzała.
Lody składały się z dwóch części, co wyglądało na kiepskie wymieszanie: biała i beżowa. W ciemniejszej masie było parę gęstszych fragmentów, grudek - obstawiam, że to preparat likierowy.
Całość przeplatał sos. Był gęsty, zwarty i gładki. Był niczym... jakaś sosowa masa, w której rzadkawość jedynie się kryje. Rozmieszczono go średnio równomiernie, mieszał się z lodami, gdy te zaczynały się już bardziej topić. Przekopawszy się trochę przez pudło odkryłam, że wewnątrz przy ściankach były jakieś wielkie skupiska tego czegoś, co przy tym smaku uważam taką kumulację za minus.

W smaku sama baza lodowa przywitała się śmietanką i sztucznością. Słodycz była dopiero później, ale do niskich nie należała. Wyraźnie zaznaczyła się w niej sztucznie-likierowa nuta, nakręcana przez grudki preparatu. Te cechowała wysoka słodycz i w pierwszej chwili (każdorazowo) smak likieru bez alkoholu, a z chemią. Dopiero po pewnym czasie alkoholowość z nich dawała o sobie znać wyraźniej.

Czysto biała część wydała mi się nijaka, przesłodzona i śmietankowo-tłuszczowa, przy czym jej słodycz cechowało sztuczne echo. Nic konkretnego, a tłusta nijakość i tak ją wyprzedzała. Ta część podporządkowała się nieco wyrazistszej, zwłaszcza gdy już się przemieszały, lub gdy spróbowałam ją po wyrazistym sosie.

Nie była to jednak pozytywna wyrazistość. Sos czekoladowy smakował bowiem tanio. Uderzył alkoholem, a właściwie... spirytusem, takim... czystym, mało spożywczym, a następnie dorzucił do tego cierpkawo-cukrowy kakaowy motyw. Chemia goniła w tym taniochę i tandetę.

Po paskudnym sosie lody wydawały się jeszcze sztuczniejsze i nijakie. Myślę, że lepsze przemieszanie, przewinięcie ich sosem, a nie wielkie skupiska wyszłoby na dobre.

A tak? Po zjedzeniu małej ilości w ustach pozostawał posmak sztucznych aromatów likierowych i taniego spirytusu, wraz z obleśną tłuszczowością na ustach.

Całość była tragiczna. Słodko-tłuste, niewyraziste lody zabarwione sztucznym likierem i wymieszane z podle tanim, sztucznie-spirytusowym, pseudoczekoladowym sosem były po prostu bardzo niesmaczne, a ich struktura... obrzydzająca jak mało co innego. Jak zleżała, oklapnięta i zamrożona bita śmietanka, otłuszczająca niemiłosiernie usta. To było tak tłuste, że potem fizycznie miałam problem z dopłukaniem (zawsze płuczę naczynia przed zasadniczym myciem) miseczki i łyżek.
Po wyjątkowo malutkiej ilości uznałam, że za nic w świecie nie chcę mieć z nimi do czynienia, więc reszta powędrowała do Mamy. Ona dała  radę tylko ok. 1/3; resztę wyrzuciłyśmy. "Ta sama masa lodowa jakaś taka nijaka, żadna, czasami tylko tak bardziej alkoholowo i sztucznie się robiło, a jakby o smaku jakimkolwiek to zapomnieli. Jak wszystko sobie jak Monte wymieszałam, to da się zjeść, ale jak sam ten sos spróbowałam... no, ohydny, wali jak taki mocny spiryt, niespożywczy w dodatku, gorzki, tani" - zagarnęła większe łyżeczki poszczególnych części i aż jej twarz wykrzywiło - "Nie, jednak całościowo paskudne... i ta masa". Potem myjąc naczynia jeszcze dodała: "Fu, a jakie tłuste... jedząc to tak się nie czuło, ale tłustość rękami aż czuć. No, były ciężkie, tak dziwnie... Jak na bitej śmietance, to czy one nie powinny być lekkie?". I Mama nie zorientowała się nawet, że były dwa rodzaje bazy, w tym jedna z preparatem (pewnie te jej "bardziej alkoholowo się robiło").
Ech, jakie to one powinny być... można by długo pisać.
Nie myślałam, że kupując tak w miarę rozsądnie lody (patrzę na składy i wnioskuję, czy na pewno mi posmakują, bo lubię niestety drogie i duże) trafię na godną konkurencję dla chyba najgorszych lodów, jakie w życiu jadłam: Zielona Budka Happy Twist śmietanka-mango-marakuja.


ocena: 1/10
kupiłam: Lidl
cena: 14,99 zł / 500 ml
kaloryczność: 254 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 37% bita śmietanka, mleko odtłuszczone, cukier, woda, glukoza, żółtko jaja, mleko w proszku odtłuszczone, fruktoza, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, 04% alkohol etylowy, miazga kakaowa, białka mleka, tłuszcz kakaowy, emulgatory: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, lecytyna sojowa, stabilizatory: mączka chleba świętojańskiego, guma guar; ekstrakt waniliowy, regulator kwasowości: cytryniany sodu, barwnik: karmel siarczynowy, substancja utrzymująca wilgoć: glicerol; aromaty

PS A dla tych, którym czekolady nigdy dość (jak dla mnie) zapraszam do malutkiej (dosłownie!) aktualizacji mlecznej Domori, a właściwie... dopisku-przemyśleń dotyczących neapolitanki.

wtorek, 24 listopada 2020

lody Bailey's Coffee Delight Ice Cream

Alkoholowe słodycze lubię tylko te dobrze wykonane, przy czym moje "dobrze" rozumiem przez odpowiednie dla mnie proporcje. A z tymi mam tak, że chodzi mi o to, by alkohol był wyczuwalny, ale by niczego nie zagłuszał. Do kawowych z kolei ogólnie zrobiłam się bardzo sceptyczna. Lodów kawowych chyba po prostu nie lubię (wniosek po 5-składnikowych kawowych Marletto), bo jakoś kawa z mlekiem nie łączy się dobrze w moim postrzeganiu. To, że pojawiają się u mnie te lody jest więc... dziwne. W sklepie jednak musiałam podjąć szybką decyzję, ponieważ trafiłam na oba smaki tych po jednym pudełku, a jakiś człowiek też się wokół nich kręcił i skład czytał. Wykorzystałam więc okazję, gdy na chwilę je odłożył i wzięłam. Przy kasie mówiłam sobie, że po prostu czekoladowe będą moje, a kawowe Mamy (nie wiem, czy bardziej kocha słodycze kawowe, czy alkoholowe), ale... bloggerska ciekawość jak zwykle wygrała. Przy przepisywaniu opisów (z niemieckiego oryginału na opakowaniu) tych lodów pojawiły się kolejne wątpliwości - a może nie podchodzą mi po prostu czyste kawowe? A takie z wieloma ciekawostkami odbiorę lepiej?  I doszedł kolejny aspekt: słodyczowych śmietników (gdzie jest za dużo wszystkiego) też nie lubię. Dobrze, że przynajmniej ciekawe rzeczy lubię.

Bailey's Coffee Delight Ice Cream with the Taste of Bailey's to śmietankowe lody "z preparatem o smaku likierowym (4%) i śmietankowe lody z sosem kawowym (10%) i wiórkami prażonej kawy (1,5%)". Opakowanie zawiera 500 ml / 400 g.

Po otwarciu zapach był delikatny, ale niewątpliwie czuć zarówno kawę, nutkę likieru i śmietankową bazę. Z czasem nasiliła się kawa i prosta alkoholowość. Już nie byłam taka pewna, czy to konkretnie słodki likier kawowy; to raczej mieszanka spirytusu i słodkiej kawy.

Gęsta masa lodowa była wprawdzie kremowa i tłusta jak to nierozwodnione lody na śmietance, ale jednocześnie miękka i współpracująca przy "wiosłowaniu" łyżką / łyżeczką. Wydała mi się... puszysto-spulchniona, miejscami bardziej, a miejscami gęstsza i jakby topiąca się z lekkim opóźnieniem. Był lekki podział na część białą i beżową (nie np. pół na pół, a "w cętki bez ładu i składu"), jednak szybko mieszały się ze sobą. Obstawiam, że średnio przemieszali po prostu ten preparat z lodami śmietankowymi, stąd taki efekt.
Gdy przyszło do jedzenia, ta tłustość bitej śmietanki natychmiast zatłuszczała usta, męcząc tym samym. Mimo że nie ciężkie, lody wyszły o wiele za tłusto.
Sosu dali średnią ilość. Początkowo wydał mi się gęsto-żelowy, ale szybko wykazywał wodnistość, topiąc się. Był minimalnie zagęszczony i gładki.
Zaskoczyło mnie jednak, jak dużo było wiórków i kawałeczków ziaren kawy. Mam do nich mieszane uczucia (mieszane, gdy tłumaczę sobie "logikę producenta", ale bardziej negatywne patrząc mocno subiektywnie), bo początkowo większość była chrupko-miękkawa jak orzechy, ale z czasem dziwnie wilgotniejąca. Kawowe fusy robiły się... niby miękkawe, a twardawe. Taki względnie twardawy dodatek w puszystych lodach odstawał i przeszkadzał.

Sama masa lodowa wyszła wyraźnie śmietankowo-tłusto ("tłusto w smaku") i delikatnie słodko. Fragmenty ewidentnie białe wyszły trochę mdławo, acz trochę nasiąkły kawowo-alkoholowym posmakiem. Nie było wielkiej różnicy między masą (masami?) lodową. Chwilami czułam po prostu jakby "lody łagodniejsze, a chwilami lody wyrazistsze".
Ta część beżowa, w którą wmieszali preparat*, już wyraźniej jakby mleczną kawą smakowała, ale to nie wszystko. Pobrzmiewała sztucznie, w pierwszej chwili likierowo, ale bez alkoholu, a dopiero z czasem bardziej autentycznie słodko likierowo. Nie był to jednak mocny, czysto kawowy likier, a taki niedoprecyzowany. W masie trafiłam na beżowe, gęste grudki, które podkreśliły trochę smak sztucznego, słodko-kawowego likieru*.
Ogółem baza lodowa wyszła dość mdławo i nie pomógł nawet fakt, że słodycz znalazła się na przyjemnie niskim poziomie.

Dodatkowo obniżył ją sos, którym cała masa była przepleciona, choć... nierównomiernie. Nie wydaje mi się, by było go specjalnie dużo, ale wystarczyło, by poczuć jego smak. Był... niczym esencjonalne, gorzkie espresso. Niestety jednak z cukrem i o likierowo-sztucznym posmaku. Doszukałam się w nim też smakowej wodnistości.

Kawałki kawy mocno podkreślały kawowy smak, dając gorzko kawowe pstryczki. W większości okazały się zaskakująco intensywnie palono-gorzkie, niektóre jednak (te mniejsze) wydawały się wyprane ze smaku. Gdy gryzłam je szybciej, a nie dopiero gdy zagarnięta łyżeczka masy rozpłynęła się w ustach, też (przez zmrożenie) nikły. Na szczęście jednak nie były kwaśne. Zostające przy zębach niestety przełożyły się na to, że po zjedzeniu jakiejś tam ich części, sama masa lodowa wydawała się jeszcze bardziej nijaka.

Po zjedzeniu pozostał posmak lodów śmietankowych i likierowo-kawowej sztuczności, jak również posmak samych fuso-ziaren kawy.

Całość wyszła więc jak... strasznie tłusta i delikatna w smaku śmietanka ze sztucznnym likierem i epizodycznym posmakiem gorzkiej kawy. Nie było za słodko, ale... delikatnie, mimo mocnego smaku i kawy, i jednak wyczuwalnego alkoholu. I znów: nie chodzi tu o alkoholowe uderzenie, a o smak, posmak. W tym niestety było sztuczne echo (jakby nie mogli dać po prostu likieru... a tak pewnie aromat likieru + spirytus).

Lody uważam za... generalnie znośne jakościowo, ale dziwnie skonstruowane, że smakowo nic fajnego w nich nie znalazłam. Tak łagodna, śmietankowa baza z posmakiem kawy i gorzko-wodnisty sos, gorzkie kawałki fuso-kawy wyszły zbyt kontrastowo. Odstawały, nie było pewnej spójności. Likier z kolei... wyszedł dziwnie sztucznie. Było mało tego smaku, choć alkohol niewątpliwie czuć; alkoholem-likierem jednak to nie uderzyło i... stąd może taki efekt? Z czasem drobinki kawy wydawały się coraz bardziej rozmiękłe, przez co też denerwowały.
Liczyłam, że przypominać będą lody Jacobs Latte Macchiato, ale nie. W tych za bardzo narzucał się pseudolikierowy motyw i niska kawowość samej masy, a najeżenie fusami (wolałabym, by zrobili np. masę kawową, dodali kawę rozpuszczalną czy coś).
Zjadłam trochę pod recenzję, bo ogół mocno mi nie pasował. Większość powędrowała do Mamy. Mimo że nie złe, to nudzące i męczące. Najpierw myślałam, że może wydziwiam, bo mam problem z tłustymi rzeczami, kawowe i alkoholowe rzeczy rzadko mnie satysfakcjonują, no, ale... Okazało się, że nie tylko ja miałam z nimi tu problem.
Mama kocha słodycze kawowe i likierowe, a te lody... jej nie smakowały. Uznała je za strasznie tłuste, "w smaku jakieś nijakie, czyste lody... Tylko ten sos kawowy dobry. Ale z kolei te ziarna kawy, tak? Nie wiadomo, co z nimi robić, czy łykać, czy wypluwać, bo gryźć niefajnie. Likier miałam czuć? No, na koniec może tak został, ale i ten straszny tłuszcz na ustach aż." Niestety, lodami nakarmiłyśmy kibel... Tak... pominęły pewien etap w życiu produktów spożywczych.

*Z opisu wynika, że same lody nie są kawowe, ale w smaku takie się wydawały - mogli dodać różne aromaty, albo... przesiąkły od sosu?
Wprawdzie też potem doczytałam, że Bailey's to likier na bazie śmietanki, ale... nie czarujmy się, że widząc to logo, liczymy głównie na śmietankę - a i ona fajnie w tych lodach nie wyszła (to tak, jak można lubić bitą śmietankę w deserach z nią, ale niekoniecznie kupuje się tą wyciskaną w sprayu, by jeść ją na śniadanie, obiad i kolację).


ocena: 4/10
kupiłam: Lidl
cena: 14,99 zł / 500 ml
kaloryczność: 255 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 37 % bita śmietanka, odtłuszczone mleko, cukier, woda, żółtko jaja, odtłuszczone mleko w proszku, wiórki prażonej kawy, syrop glukozowy, płynny ekstrakt kawy, 0,4% alkohol etylowy, syrop cukru cukru skarmelizowanego, białka mleka, emulgator: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych; skrobia modyfikowana, stabilizatory: mączka chleba świętojanskiego, guma guar; regulator kwasowości, cytryniany sodu, wodorotlenek sodu; barwnik: karmel siarczynowy; aromaty

czwartek, 26 maja 2016

Zotter Walnuts with Marzipan mleczna 50 % z kremem z orzechów włoskich z ich skarmelizowanymi kawałkami oraz marcepanem z rumem

Czasem nachodzi mnie myśl, że jakiego bym połączenia w kuchni nie wymyśliła, Josef Zotter pewnie już dawno na to wpadł. Oferta Zottera to w końcu zwariowane smaki, kunsztownie połączone. Jest jednak taka kategoria tabliczek, z której w każdym moim zamówieniu zawsze musi znaleźć się przynajmniej jedna. Mówię tu oczywiście o klasycznych, prostych (ale na pewno nie zwyczajnych) wariantach.


Zotter Walnuts with Marzipan to mleczna czekolada o zawartości 50 % z kremem z orzechów włoskich z ich prażonymi i skarmelizowanymi kawałkami oraz marcepanem z rumem.

Po rozchyleniu złotka poczułam smakowity zapach, kojarzący mi się z chłodnymi, zimowymi wieczorami, kiedy to męczyłam się z wyłuskiwaniem orzechów włoskich ze skorupek, a gdzieś w tle unosił się zapach marcepanu i grzańca, zrobionego z rumem. Wszystko to było otulone przez słodki, subtelny aromat czekolady.
Ależ to na mnie podziałało! 

Ciemna (jak na mleczną) czekolada szybko znalazła się w moich dłoniach i lekko trzasnęła. Z dwuwarstwowego nadzienia doszedł mnie wzmocniony zapach marcepanu i orzechów włoskich, a ja... tradycyjnie odłamałam kawałek samej dość grubej warstwy czekolady.



Kremowo tłustawa i bardzo mleczna.

Wydała mi się nieco bardziej mleczna, niż Zotter Nicaragua 50 % czy Ecuador 50 %, a przy tym mniej kakaowa i delikatniejsza, ale wciąż bardzo smaczna i wręcz idealna jako rama kompozycji.
Wreszcie przegryzłam się przez całość. Czekolada zaczęła się błogo rozpuszczać, teraz wydała mi się odrobinkę orzechowa, z silniejszą goryczką. Czyżby orzechy...? Nie.

Marcepan je wyprzedził, "wypełzając" powoli spod czekolady. Jak się okazało, był miękki, dość plastyczny.
Myślałam, że będzie bardziej zbity, ale nie. Bardzo wilgotny, wręcz mokry, nie miał prawa taki być. Wyraziście migdałowy, minimalnie słodki i skąpany w jakby lekko przyprawionym rumie wydał mi się doskonały. Alkohol idealnie podkreślił smak marcepanu samego w sobie, nie wychylając się za bardzo swoim smakiem.

Po chwili do głosu doszła także dolna część - krem z orzechów włoskich (z ich kawałkami). Ten już był bardziej zbity, o konsystencji tłusto-kremowej, ale nie do końca gładkiej, bo pełnej chrupiących kawałków orzechów. Przy nim nasiliła się ogólna orzechowość (wiadomo) i słodka mleczność, jednak w tym momencie to ten zasadniczy smak wybił się ponad wszystko.

Orzechy włoskie, moi drodzy. Najprawdziwsze, najnaturalniejsze i najcharakterniejsze. Ich pełny smak, wzmocniony przez lekko podprażoną nutkę.
Gdy gryzłam małe kawałki, dochodziła także silniejsza słodycz - czuć, że zostały skarmelizowane i świetnie to wyszło.

Całość idealnie wchodzi w smak subtelnej mlecznej czekolady, końcówka degustacji jest lekko słodkawa (zjadając całą tabliczkę doszłam do wniosku, że słodycz jest tu niezwykle znikoma)  i bardzo orzechowo-migdałowa.
Widać, że postawiono tu na jednoznaczność i siłę smaków.
Jeszcze nie jadłam czekolady, w której tak świetnie wyszłyby orzechy włoskie (moje ulubione). Cudo.


ocena: 10/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 553 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: cukier trzcinowy, marcepan 20% (migdały, cukier trzcinowy, cukier inwertowany), tłuszcz kakaowy, orzechy włoskie 12%, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, rum, syrop glukozowo-fruktozowy, masło, soja w proszku (soja, maltodekstryna, syrop kukurydziany), sól kuchenna, ziarna wanilii, lecytyna sojowa, anyż.

środa, 5 sierpnia 2015

lody na patyku Magnum with Marc de Champagne

Pomieszało mi się wszystko przez te zmiany czasu, ileś godzin w tył, w przód i no cóż... Macie dziś dwie recenzje, tak wyszło. :P
Nie lubię odpustowych rzeczy. Po prostu: nie. Irytują mnie błyszczące się stroje (nawet na sylwestra), jaskrawe opakowania (nawet, jeśli zawierają coś pysznego). To jeden z powodów, dla których dzisiaj recenzowanego loda omijałam szerokim łukiem. Nawet nie zastanawiałam się, czy jest smaczny, czy nie. Jednak, jeśli prowadzi się bloga z recenzjami, a dodatkowo ma się schorzenie seriowego recenzowania, to tak już jest, że sięga się po coś, czego normalnie by się nie kupiło... A nie, chwila. I tak bym kupiła i zeżarła. 

Magnum with Marc de Champagne, czyli lody z sosem Marc de Champagne w mlecznej czekoladzie, pokrytą srebrną polewą. Brzmi to po części obiecująco, po części tajemniczo, jednak po wspaniałych chwilach z Magnum Gold, stwierdziłam, że srebrny Magnum może być równie interesujący.


Kiedy z hologramicznego opakowania wydobyłam Magnuma, zobaczyłam całkiem sporego loda koloru sino-srebrnego na patyku. Błyszczał się trochę, ale wydał mi się bardziej siny niczym topielec, niż srebrny jak srebrzystobiały metal. Nie wiem, za kogo mnie uznacie, ale zachęciło mnie to jeszcze bardziej do spróbowania owej polewy.

Odgryzłam spory kawał i pozwoliłam mu się rozpuszczać, trzymając go tą srebrną stroną na języku. Czułam, że się rozpuszcza, ale smaku nie byłam w stanie określić. W końcu pojawiła się słodycz i dobrze znana, słodka mleczna czekolada z Magnuma. Niby była znajoma, ale jakaś taka inna. Dam sobie rękę uciąć, że to przez te srebrne coś została zaburzona. Nie mniej jednak, przyjemnie się słuchało chrupania grubaśnej polewy i zjadłam ją z ochotą do samego końca.
Moim oczom ukazał się w końcu biały lód z beżowymi kreseczkami sosu. 
Sama biała masa była w smaku śmietankowa i lekko słodka. Bardzo zbita, gęsta i gładka. W pewnym momencie na przód wybiła się tłustość. Zwykłe, smaczne, śmietankowe lody, aczkolwiek za tłuste.

Sos... zacznę od tego, że było go bardzo mało i w sumie jego smak zlewał się z samymi lodami, co dodatkowo go osłabiało. Był słodki i odrobinę alkoholowy. Taki tam szampan, a czy to był akurat marc z Szampanii, czy taniocha z osiedlowego monopolowego, nawet nie byłam w stanie określić z racji tego, że był to tylko posmak. Bardzo delikatny i ulotny.

Jako, że nie przepadam za zwykłymi lodami śmietankowymi, liczyłam, że ich smak będzie zdominowany właśnie przez wino musujące. Coś takiego miejsca nie miało, niestety. Dodatek alkoholu w lodach bardzo mnie zaciekawił, ale ja jestem zdania, że albo, jeśli coś jest charakterystycznym dodatkiem danego produktu, to powinno to być silnie wyczuwalne i nie do pomylenia z niczym innym. Tutaj ten szampan niby był, ale mogło to być równie dobrze cokolwiek innego, np. toffi. Zdecydowanie zbyt mało intensywne w smaku. 
Czekolada... tak samo - niby była w porządku, ale jej smak nie był pełny i głęboki, jak w klasyku, a bardzo osłabiony.
Całość była trochę nijaka, ale nie mogę powiedzieć, że niesmaczna. Zjadłam z przyjemnością, ale mogło być o wiele lepiej. 


ocena: 6/10
kupiłam: Tesco
cena: 3.89 zł
kaloryczność: 300 kcal / 100 g, 260 kcal / 100 ml, lód (100 ml / 86 g) - 260 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: odtworzone odtłuszczone mleko, cukier, tłuszcz roślinny, woda, masło kakaowe, miazga kakaowa, preparat serwatkowy, syrop glukozowy, mleko pełne w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, tłuszcz mleczny, Marc de Chmpagne (0,8%), fruktoza, emulgatory (E 471, lecytyny sojowe, E 476) stabilizatory (E 410, E 412, E 407), barwniki (E 171, E 153), syrop cukru karmelizowanego, aromaty

niedziela, 14 czerwca 2015

lody Italiamo Gelato al gusto di Crema Fiorentina o smaku likieru migdałowego z ciastkami amaretti

Kiedyś marzyło mi się wyjechanie do Rzymu, chciałam nauczyć się włoskiego. Widziałam siebie wśród tych wszystkich Włoszek w lekkich, jesiennych kurteczkach i ogromnych okularach przeciwsłonecznych. Miałam wiele planów, a skończyło się na serwowaniu sobie lasagne raz na jakiś czas. Ogólnie jakiś tam sentyment do tego kraju pozostał, ale teraz mnie już nie fascynuje, kuchnię włoską nawet lubię, chociaż nie kojarzę jej z np. pizzą, której nie jadam. Wszystko to jednak przyczyniło się do tego, że tygodnia włoskiego w Lidlu ominąć nie mogłam. Jedyne, co sobie kupiłam to były pesto i różne pasty, oraz... opakowanie lodów, które były tą jedną nieplanowaną rzeczą, ponieważ nie widziałam jej wcześniej w gazetce, a zaciekawiła mnie dość mocno.

Lody Italiamo Gelato al gusto di Crema Fiorentina, czyli o smaku likieru migdałowego z ciasteczkami amaretti. 
Ciasteczka amaretti to migdałowe, kruche ciastka z likierem amaretto, które wręcz uwielbiam (chociaż tych lidlowych nie kupiłam), w formie lodów skutecznie przyciągnęły mnie do siebie bardziej, niż wersja kawowa. Kawowe lody można kupić zawsze, a takie... no cóż, przynajmniej ja je widzę po raz pierwszy.
200-gramowe (250 ml) opakowanie wydało mi się dziwne pod względem wielkości, ani to zjeść na raz, ani zostawiać "na potem".

Kiedy uniosłam wieczko, zobaczyłam beżowe lody, na których wierzchu znalazło się bardzo, bardzo dużo malutkich ciasteczek. Po bokach widać było także odrobinę sosu, o którym na opakowaniu nic nie napisano. Zapachniało przyjemnie, tak likierowo-ciasteczkowo. 
Próbowanie zaczęłam od samych ciasteczek. W pierwszej chwili wydały mi się chrupkie, jednak szybko zorientowałam się, że tak naprawdę były bardzo wilgotne, co mimo wszystko zadziałało na mnie bardzo pozytywnie. Delikatne i wilgotne, nie zaś rozpapłane i ohydnie mokre. Co się tyczy smaku, pierwszym co poczułam, był lekko gorzkawy posmak dobrze wypieczonych ciastek. W tych maleństwach znalazło się także wieeele słodyczy i, na szczęście, smaku migdałów, ale także alkoholowej nuty. Gdyby nie były aż tak słodkie, byłyby lepsze, ale i tak nie narzekam. W pewnym momencie poczułam się jakby cukier chrzęścił mi pod zębami, co już według mnie zasługuje na wielki minus.
Z lodami traciły większość z tego i były po prostu słodkie, więc zjadłam je najpierw, oddzielnie.
Kolejną rzeczą, nałożoną na łyżeczkę, był sos. Tylko po bokach w ilości całkiem sporej; do środka odchodziły jego wstążki i w samym centrum opakowania - znikały kompletnie. Miał w sobie coś maślano-karmelowego. Nie był to jednak palony, słonawy karmel, a taki po prostu straszliwie słodki sos. Dało się w nim wyczuć także słodkawy posmak likieru.
Wreszcie przeszłam do samych lodów, ładując do ust ogromną porcję. Dwóch rzeczy jestem pewna: były bardzo zimne i bardzo, bardzo słodkie. Po tym pierwszym kontakcie, przyszedł czas na debiut likierowego smaku, który skojarzył mi się z deserem zabaglione, zrobionego z żółtek, cukru i likieru. To było to! Te trzy rzeczy, może tylko w innej kolejności, bo niestety na pierwszym miejscu był cukier. Tak, lody te są wręcz przesłodzone, co jednak nie zmienia faktu, że naprawdę smaczne. Gdyby dać tak o pół kilo cukru mniej - byłyby pyszne. Tym bardziej, że to wszystko było podkreślone przez delikatny smak migdałów. 
W tle, kiedy się porządnie wczułam, znalazła się także mleczność, którą, gdyby zjeść lody bardzo szybko, można by nawet pominąć, nie wyczuć. Lody są gładkie, jak na mój gust odrobinę za tłuste i miękkie, mimo, że dość gęste. Konsystencja właściwie taka jaką lubię, gdyby tak ten tłuszcz wykluczyć.

Z bólem serca stwierdzam, że są przecukrzone. To ich największa wada. Słodkie lody, ze słodkim sosem i słodkimi ciastkami. Nie był to co prawda cukier w cukrze w czystej postaci, bo smak całkiem przyjemny (pomijając nadmierną słodycz), ale pewnie dyskomfort w postaci zamulenia jest. Nie zjadłam na raz, podzieliłam na dwa. Gdybym zjadła na raz, pewnie by już zasłodziło mnie totalnie.

Ciekawią mnie dwa pozostałe smaki - kawowy i cytrynowy, chociaż pewnie nie znalazłabym w nich goryczki i kwaśności.


ocena: 7/10
kupiłam: Lidl
cena: 3.99 zł
kaloryczność: 191 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie