niedziela, 12 lipca 2020

Domori Chacao Milk Chocolate 42 % mleczna z Wybrzeża Kości Słoniowej

Seria Chacao to efekt poszukiwań aromatycznego kakao w miejscu najmniej intuicyjnym, a potem pokazanie, że czekoladnik-artysta z każdym kakao sobie poradzi. Wybrzeże Kości Słoniowej kojarzy się raczej z masówką, z kakao pozbawionym ciekawych nut, a jednak ta linia stworzona została właśnie z tamtejszego forastino, ponoć bardzo rzadkiego. To jakaś hybryda brazylijskiego amelonado i gwinejskiego guaiana, kakao "przywrócone", czy też "odzyskane" (bo było na wymarciu i odratowali? czy coś takiego). Pochodzi od kooperatywy Scay. Uprawiają je w obszarze wiosek Toumodi, Oulaidon, Taabo i Lilebe, blisko brzegu.  Osobiście do tego regionu nic nie mam, a Morin Cote d'Ivoire Guemon Lait 48 % mi smakowała (bardziej niż jej siostra-setka). Przygodę z tym regionem od Domori zaczęłam od najkrótszej daty i bardzo się ucieszyłam, że to właśnie mleczna, bo inaczej miałabym problem czy zacząć od niej, czy od setki. Obie bowiem już na starcie są mniej moje niż dwie pozostałe ciemne.

Domori Chacao Bean-to-Bar Cioccolato Al Latte Bio / Organic Milk Chocolate 42 % to mleczna czekolada o zawartości 42 % kakao forastino z Wybrzeża Kości Słoniowej.

Co jak co, ale wygląd sreberka wyjątkowo mnie zachwycił - aż zachowałam je razem z opakowaniem.
Gdy tylko otworzyłam pięknie sreberko, wystrzelił zapach soczyście-słodkich owoców... suszonych, albo "zdrowego karmelu" z nich zrobionego. Przewodziły  soczyste, podsuszone, ale z zachowaną wilgocią daktyle: miękkie i zestawione ze słodziutkim, maślanym karmelem. Wszystko to postrzegałam jako mokrą, złotą papkę. Obok tego spokojnie płynęły lekko gorzkawe orzechy (włoskie i migdały?). Nachyliwszy się nad tabliczką po paru chwilach odnotowałam też wręcz nie tyle mleczną, co śmietankową nutę. Przyszło też skojarzenie ze słodką masą surowego ciasta: z mlekiem, jajami.

Przy łamaniu dość ciemna tabliczka była twarda i trzaskała głośno w... chrupki sposób. Wydawała się bardzo pełna i gęsta (także patrząc na przekrój), na co przełożyła się tłustość wyczuwalna już na dotyk.
W ustach czekolada rozpływała się bardzo powoli, ale bez oporu. Miękła, zalepiała i zmieniała się w gęsty, tłusty krem. Kojarzyła się z wszelkimi wymienianymi wcześniej gęsto-mlecznymi, wilgotnymi papkami. Pod względem struktury wydawała się mało, że aksamitna, już nawet trochę mięciutko-zamszowa.

W smaku, wgryzając się, poczułam leciuteńki kwasek suszonych, miękko-mokrych daktyli. Zaraz wyraźniej zagrały same daktyle, po czym zalało je mleko.

Przerobiło się to na toffi, ewidentnie maślane. Trochę gorzkawa nutka nadała mu palonego, a więc i częściowo karmelowego wydźwięku. Wydało mi się, że czuję odrobinkę soli, to jednak znów podkreśliło raczej maślane toffi.

Zaczął narastać subtelny, szlachetny charakter kompozycji. Poczułam orzechy, chyba gorzkawe włoskie i migdały. Delikatne, nieprażone. Może młodziutkie... że nawet z leciutkim kwaskiem?

I cała ta słodycz, kwasek niosący soczystą rześkość przywiódł na myśl słodką, gotowaną masę z jabłek. Z racji goryczki może lekko przypaloną? Lepiszcze i słodziuteńkie, wydawało się to nieco przyprawione wanilią i... nutą, której początkowo nie umiałam nazwać.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o surowej, waniliowo słodkiej masie na ciasto, masie jajecznej i waniliowych biszkoptach. Podeszło to pod moje wyobrażenie o koglu-moglu (nigdy nie jadłam), choć z racji szlachetności i sugestii kakao w tle pomyślałam też o goryczkowatym ajerkoniaku.

To znów podkreśliło słodką papkową owocowość. Daktyle i jabłka,w wydaniu niemal zasładzającym, a jednocześnie z odrobiną soczystości bliżej końca skojarzyły mi się z jakąś masą do ciasta i właśnie samym ciastem. Dosłownie widziałam, jak ktoś miesza składniki, dolewając do nich mleko. I wyszło z tego bliżej końca... Takie jakieś ciasto: biszkoptowy spód, gęsta, wilgotna owocowa masa wewnątrz i wszystko to czy zlepione toffi, czy posłodzone wanilią...

Posmak należał już bardziej do waniliowego toffi, słodkich tworów jajecznych, choć i słodkie daktyle ze swą soczystością się ostały. Czułam odrobinkę orzechowej goryczki, przekładającej się na raz, że przełamanie słodyczy, to dwa: tłustości, bo wprowadziła pewną suchawość. Goryczka orzechowa, a z czasem coraz wyraźniej kakaowa, pozostała na szokująco długi okres czasu po zjedzeniu.

Zaskoczył mnie tu wydźwięk słodyczy. Daktyle były przecudowne, potem to jak poprzez inne nuty mieszały się z jabłkami też wydaje się ok, ale właśnie te "inne nuty"... Budzą moje wątpliwości. Były ciekawe, ale niezbyt moje. Wanilia wciągnięta została przez ciastowo-jajeczny miks, a toffi i właśnie wysoka maślaność, nie zaś mleczność... nie są tym, co chcę czuć w ciemnych mlecznych czekoladach. Tak mi mało w niej kakao, a słodyczy i maślaności za dużo. Szkoda, że kakao nie odegrało większej roli, choć naprawdę nieźle wprowadziło owocową rześkość.
I tak mnie naszła myśl: jak ostatnio jedzona Ritter Sport Ghana 55 % Die Milde / Smooth (recenzja dopiero 17.07) była bardzo-bardzo mleczna, tak ta bardzo maślana (za sprawą tłuszczu kakaowego). I tak subiektywnie... przyjemność, jedynie częściową, dostarczyły mi podobną.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 17,88 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa

2 komentarze:

  1. Piękne zapachy. Jak byłam mała i "pomagałam" mamie piec ciasta, zawsze mogłam zjeść trochę surowego. Pachniało i smakowało cudownie. Gotowana maa z jabłek kojarzy mi się babcią, do której przyjeżdżałam na weekendy (to ona robiła mi tarte jabłka z cukrem, racuchy i masę innych rzeczy z jabłek). Smaki w tej czekoladzie, na dodatek mlecznej, są w 100% moje. Jadłabym (gdyby nie kosztowała 20 zł za 50 g :')).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak! Surowe ciasto, mm. Mimo wszelkich różnic gustów, Mama też je uwielbia i opowiadała mi parę razy, jak to swojej mamie zawsze podkradała miski i dokładnie "czyściła", mimo darcia się, jakie to niezdrowe itp.

      Nigdy specjalnie nie przepadałam za racuchami, bo smażone, ale ponoć po prostu już nie załapałam się na "lata świetności" babci i jej racuchów. Szkoda w sumie, może bym lubiła? Mam wrażenie, że prawdziwych to nawet na oczy nie widziałam, bo to, co funkcjonuje obecnie jako "racuchy" (myślę o gotowcach albo takich w internecie chyba udziwnianych) brzydko wygląda. A z opowieści Mamy wydają się obiektywnie fajne.

      Taak - te ceny. I potem się dziwisz, że czasowo rozwlekam degustacje, haha.

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.