piątek, 17 lipca 2020

Ritter Sport KakaoKlasse / Cocoa Selection Ghana 55 % Die Milde / Smooth ciemna mleczna 55 % z Ghany

Razu pewnego naszło mnie, żeby na uczelni zjeść jakąś bardzo słodką, ale ciemną czekoladę. Pomyślałam o tych wszystkich, za którymi w sumie nie przepadam, nazywanych przez ludzi "deserówkami". Osobiście nie uznaję takiego nazewnictwa - tak samo nie podoba mi się nazywanie czekolad "gorzkimi". Przecież czasem nawet 100 % kakao nie są gorzkie, a np. kwaśne. Z kolei 80 % potrafią być zaskakująco słodkie. "Deserowe", "gorzkie" - co to ma być? Mam własny podział. Nie ma mleka, czyli "ciemna" i już. Potem patrzę na procentową zawartość kakao. I życie staje się prostsze! W każdym razie uznałam, że to odpowiedni czas dla dzisiaj przedstawianej tabliczki, wchodzącej w nową linię (w momencie pisania) Ritter Sport. Trzy ciemne tabliczki z kakao z określonych krajów, różna zawartość kakao? Miodzio! Poczułam się jednak, jakby ktoś uderzył mnie w twarz, gdy dotarło do mnie, że ta, którą wzięłam za "ciemną o niskiej zawartości kakao" w istocie jest czekoladą o wysokiej zawartości kakao... bo jest czekoladą mleczną. Poczułam się trochę oszukana, ale w sumie wina była po mojej stronie, ponieważ nie doczytałam, co kupuję. Trudno. W sumie perspektywa zjedzenia mlecznej nieprzesłodznej też była miła.

Ritter Sport Kakao Klasse 55 % Die Milde aus Ghana mit Milch / Cocoa Selection Smooth from Ghana to ciemna mleczna czekolada o zawartości 55 % kakao z Ghany.

Po otwarciu poczułam mnóstwo mleka, pełnego, wyrazistego i naturalnego. Nie brakowało przy nim słodyczy, toteż od razu pomyślałam o kajmaku czy jakimś mleczno-miodowym toffi... Lekko słonawym toffi? Oczami wyobraźni zobaczyłam wieś z sianem rozgrzanym słońcem, mleko w bańkach oraz orzechy w miodzie. Z czasem zapach szedł w coraz bardziej orzechowym kierunku.

Zupełnie nie podobał mi się podział tabliczki: wysoka drobnica była niewygodna w jedzeniu, bo i na raz dziwnie taką kosteczkę do ust wsadzić, ale przegryzać na pół takie maleństwo też dziwnie. A i potem rozpuszczało się to jakoś... dziwnie, niewygodnie.
Przy łamaniu twarda tabliczka ładnie trzaskała ujawniając przekrój sugerujący, że jest bardzo zbita, gęsta i gładka.
W ustach potwierdziły się wszystkie te przymiotniki. Swoją niemal śliskawą gładkością przypominała kajmak lub toffi. Kojarzyła mi się z chłodnym, dopiero ocieplającym się masłem, choć nie była straszliwie tłusta. Długo zachowywała kształt i formę, niespecjalnie miękła. Powoli przeistaczała się w gęsty, zbity krem, coraz bardziej kojarzący się z tłustym i niewiarygodnie gęstym budyniem.

W smaku od pierwszego kęsa poczułam słodycz palonego toffi o wyrazistej, mleczno-maślanej bazie. Na myśl przyszedł mi miód, słodycz głębsza.

Głębię tę natychmiast wskazywała nutka cierpkawego kakao, zaznaczająca się na tyle.

Niemal równocześnie z nią po ustach rozlało się tsunami mleka. Mleko można by tu odmieniać przez wszystkie przypadki. Wyraziste i naturalne, zdawało się sowicie wymieszane z miodem. Z każdą chwilą wydawało się, iż mleka przybywa.

Cała ta szlachetność, paloność przejawiała się też jako subtelna gorzkość. Nie za mocna, a taka... orzechowa / orzechowo-siankowa. Orzechy tonęły w miodzie, ale... zaraz ich goryczka wzrosła. Podkreśliła palony motyw, który nagle podał mi... piernik. Zwykły, nie za mocno przyprawiony i może trochę suchawy, ale palono-miodowy i z mnóstwem orzechów. Jako że był dość suchy, ogrom mleka jak najbardziej do niego pasował. Starał się go sobie omotać.

Bliżej końca "piernik" wysunął na przód cierpkawość kakao i orzechową gorzkawość. Był to moment, w którym słodycz zupełnie wplotła się w poszczególne motywy, a mleczność wydała mi się nieskazitelnie czysta. Złagodziła kompozycję do pewnego stopnia, ugładziła ją i wymieszała się z nutką kakao. Oczami wyobraźni widziałam gęsty budyń z kożuchem na wierzchu, tak gęsty, że niema o zupełnie stałej konsystencji. Może nawet już deser pudding, wyglądający jak panna cotta (taki stojący na talerzyku).

Po wszystkim pozostał posmak mleka i cierpkości kakao, przełamanych palonym orzechowym motywem, solidnie dosłodzony w głęboki sposób. Słodycz zdawała się płynąć z poszczególnych nut. Najdłużej utrzymało się kakao.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie smakiem jak i po prostu... zaskoczyła wydźwiękiem. Bardzo mleczna czekolada. Właśnie pełne mleko czułam, nie śmietankę - to najbardziej mleczne mleko na jakie ostatnio w czekoladzie trafiłam. Obok tego całkiem zacnie przemodelowana słodycz (jakby wpleciona w mleczne nuty) i kakao, wyróżniające się na mlecznym tle, o orzechowym wydźwięku i niemałej cierpkości. Podobały mi się sugestie piernika. Ogółem mam jednak  zastrzeżenia w kwestii formy i konsystencji. Jak na mój gust była za zbita, taka jak chłodne masło. Brakowało jej cudownej gęstości i bagienkowości czekolad śmietankowych. Irytowały mnie te malutkie, a wysokie (niewygodne w jedzeniu) kostki.
To spokojna, wyważona czekolada, która potrzebuje czasu, by w pełni rozwinąć smak i kolejno przekazać wszystko, co kryła. Czuję jednak, że z 55 % kakao dałoby się wydobyć nieco więcej. Mimo to, była na tyle goryczkowata, o słodyczy tak wyważonej, że całą zjadłam sama, Mamy nie obdarowując (wiem, że jej by nie smakowała).


 ocena: 7/10
kupiłam: Allegro
cena: 4 zł
kaloryczność: 598 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku

7 komentarzy:

  1. Ta seria Ritter Sportów przykuła moją uwagę, ale jakoś nie miałem odwagi ich próbować - czekałem na Twoje recenzje. Tak przy okazji mam pytanie - czy masz jakieś rady odnośnie przechowywania czekolad i kupowania ich na zapas? Pamiętam, że kiedyś kupiłem Tesco Finest Sao Tome (jedna z moich ulubionych) i kiedy w końcu się do niej zabrałem miała już trochę białych wykwitów (cukru lub tłuszcz, w sumie nie wiem) co nie tylko popsuło efekty wizualny (w końcu do pewnego stopnia "jemy oczami"), ale też konsystencja trochę kulała. Nie zjadam czekolad w zastraszającym tempie, a chciałbym, żeby były w jak najlepszym stanie kiedy mam na nie ochotę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dziwię się, że nie miałeś odwagi, stąd od razu Cię ostrzegę - dwie pozostałe wydają się mieć sztucznie zawyżony procent kakao. Odebrałam je jako straszliwie mdłe i tłuszczowe. Recenzje nieprędko, ale już teraz zdradzę, że jedna z nich dostała 4, druga 5, więc nie polecam.

      W kwestii przechowywania to wiem, że to zabrzmi banalnie, ale po prostu suche i chłodne miejsca są najlepsze. U mnie jest to szafka w korytarzu, gdzie zawsze jest ciemno, najniższe półki, a więc przy samej podłodze. U mnie sprawdza się to do tego stopnia, że nawet mleczne nadziewane w lato w miarę dają radę tam przetrwać (aczkolwiek takich obecnie nie trzymam).

      Usuń
  2. Twój opis zapachu jest zachęcający. Gdyby nie fakt, że znam wynik spotkania z Ritterem deserowym, pewnie zechciałabym upolować tabliczkę. Zabawne małe i wysokie kostki podobają mi się. Wolę je od dużych z serii Mousse, bo tam nie da się podzielić czeko na pół. "Niewiarygodnie gęsty budyń" <3 Btw, dziś zjem budyń, bo za mną chodzi. Tyle że śmietankowy. Opis smaku znów ekstra, tyle że w moim odczuciu byłaby to po prostu za słodka deserówka. Ach te zwodnicze różnice gustów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrz, że to nie jest ciemna czekolada czy też Twoja "deserówka", a czekolada mleczna. Zabawne, że właśnie dwie pozostałe, ciemniejsze, odebrałam gorzej, bo tłuszczowo-słodkie i w gruncie rzeczy nijakie.

      Budyń śmietankowy? Nigdy nie myślałam o istnieniu czegoś takiego. Ja dzisiaj zabieram się za drugiego Mullera, ale niestety nie, bo za mną chodzi, a bo stoi, czeka i tym samym pogania, a tego nie lubię. Aa i dzisiaj zaliczyłam tegoroczne jedzenie malin. Jak dobrze, że nie tylko ja tak się zbieram, zbieram do zjedzenia czegoś i to trwa, i trwa... A nie jak wiele ludzi - mają ochotę, to idą i jedzą.

      Usuń
  3. Pamiętam, że w dzieciństwie bardzo lubiłam wszystkie czekolady Ritter Sport. Z czasem mój gust znacznie się zmienił, ale nadal uważam, że niektóre tabliczki tej firmy są całkiem niezłe i bez obaw sięgam po nie, gdy mam ochotę na czekoladę a nie mam dostępu do czegoś bardziej wymyślnego. Bardzo spodobało mi się to, że marka wypuściła tę serię single origin. Na spróbowanie kupiłam 74% kakao z Peru i byłam trochę rozczarowana, bo czekolada wydała mi się nijaka, ani wyraziście kakaowa ani gorzka ani słodka. Głównie czułam, że jest po prostu tłusta i to w sposób, który mi absolutnie nie odpowiadał. Finalnie nie jadłam jej osobno a skończyła w owsiankach, jaglankach i na omletach. Czekolady z tej serii o niższym % kakao raczej mnie nie interesują, ale może dam jeszcze jedną szansę 74% kakao z Peru, bo możliwe, że po prostu czasowo moje kubki smakowe gorzej pracowały. Z tego, co pamiętam, w tamtym czasie byłam dość zestresowana. W najgorszym wypadku czekolada znowu stanie się dodatkiem do śniadania, bo trochę szkoda mi rozpuszczać na owsiance rewelacyjne tabliczki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W dzieciństwie nigdy RS nie jadłam, bo po prostu ich nie było tam, gdzie mieszkałam. Pierwszy Kaufland mi wybudowali w podstawówce i może tam były, ale jak tak, to jako produkt tak drogi, że poza moim zasięgiem. Ach, co to były za czasy.
      Dwiema pozostałymi czekoladami, właśnie m.in. wspomnianą, jestem bardzo rozczarowana. Ta tłustość właśnie mnie dosłownie zabijała, że aż... też nie dałam rady jej zjeść! Czekolady jem tylko same, nie dodaję do niczego (owsiankę z czekoladę uznałabym za zanieczyszczoną, nie lubię takich) - tę oddałam ojcu. Ani to gorzkie, ani jakiekolwiek. Na pewno jej drugiej szansy nie dam. Swoją drogą, tak narzekałam, że aż Mama spróbowała, czy rzeczywiście taka tłusta ta czekolada. I, mimo że ona lubi tłuste rzeczy, przyznała mi rację, że to zła tłustość. Zdradzę, że wystawiłam 5/10, a druga (Nikaragua 64%) jeszcze gorsza.

      Usuń
    2. Skoro odebrałaś tę czekoladę podobnie jak ja, to znaczy, że rzeczywiście jest ona po prostu niesmaczna a fakt, że akurat gdy ją jadłam, przeżywałam stresujący czas, nie miał większego znaczenia. W takim razie nie dam jej drugiej szansy. Szkoda marnować pieniądze. Jak już jesteśmy w temacie pieniędzy, to pamiętam, że gdy byłam dzieckiem czekolady Ritter Sport rzeczywiście kosztowały bardzo dużo (jak na ówczesne standardy). Jednak myślę, że wtedy były warte swojej ceny, bo smakowały o wiele lepiej niż to, co powszechnie pojawiało się w sklepach. Może to, że smakowały mi bardziej niż inne tabliczki, było też kwestią sugestii rodziców, którzy zachwycali się tymi czekoladami, bo wychowali się w czasie stanu wojennego i wszystko, co zachodnie, wydawało się im lepsze. Jak widać takie myślenie utrzymywało się dość długo, bo nawet po roku 2000 i widzę, że niektórzy starsi ludzie nadal się ekscytują towarami z Niemiec. My czekolady Ritter Sport kupowaliśmy w Wohnen & Sparen - sklepie z niemieckimi różnościami. Nie wiem, czy ta sieć jeszcze istnieje. Hipermarkety typu Kaufland czy Carrefour pojawiły się późno także w moim mieście. Chyba byłam już wtedy w podstawówce, bo dobrze pamiętam, jak mieszkańcy przeżywali szał na "tak duży" sklep.

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.