Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jubileu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jubileu. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 listopada 2016

Jubileu Plus Noir Pepitas De Cacau Caramelizadas ciemna 70 % z karmelizowanymi ziarnami kakao

Ostatniego dnia pobytu w górach w październiku miałam wybrać się na Szpiglasowy Wierch, a przy okazji  chciałam zobaczyć, jak wygląda Wielka Siklawa po dwóch tygodniach, jakie minęły od mijania jej. Tak mało czasu, a w górach normalnie jak dwie różne pory roku! 
Niestety, pogoda była taka, że... Jakby to powiedzieć? Jedna, wielka biel. Mam na myśli trasę na Szpiglasowy. Wielka, śnieżna pustynia, która skojarzyła mi się z białą wersją Marsa (planety, moi drodzy; wiem, że pewnie przez tematykę bloga o czymś innym pomyśleliście). Co więcej, widać było, że nikt tam nie chodził, przez co nie byłam pewna, gdzie jest szlak. Przez to zahaczyłam o schronisko w Dolinie Pięciu Stawów i przy czekoladzie zastanowiłam się, co dalej. Zdecydowałam, że po prostu pójdę sobie nad Morskie Oko przez Świstówkę (1763 m n.p.m.). Tam było całkiem przyjemnie ciepło, a nad Morskim trafiłam na piękną niebieska aurę, ale.... Asfalt mnie wykończył. Na szczęście, mogłam pocieszyć się czekoladą!

Jubileu Plus Noir Pepitas De Cacau Caramelizadas to czekolada ciemna o zawartości 70 % kakao z karmelizowanymi ziarnami kakao.

Kiedy zobaczyłam ją w Biedronce, nie wahałam się ani chwili, bo ciemną z galaretkami limonka-chili wspominałam naprawdę dobrze. Chciałam kupić jeszcze z gruszkami i migdałami, ale w porę zorientowałam się, że to mleczna, a tu już do poziomu słodyczy nie miałam zaufania i jednak odłożyłam.
Zakupioną podobnie jak poprzednie Jubileu zabrałam w góry.

Po otwarciu poczułam naprawdę mocny, czysto kakaowy i tylko trochę osłodzony, zapach.

Przełamałam bardzo ciemną, wręcz czarną, tabliczkę, która miło trzasnęła i ujawniła wiele kawałków kakao: większych i mniejszych.

Kiedy spróbowałam, kawałek czekolady zaczął powoli się rozpuszczać w sposób raczej kremowy niż suchy, ale na pewno nie zbyt tłusty.

Smak był, podobnie jak zapach, wyraziście kakaowy oraz średnio podprażony, co przełożyło się na lekko orzechową nutkę. Gorzkość była tu wyraźna, ale uładzona minimalną słodyczą. Kojarzyła mi się trochę z przypieczonymi brzegami ciasta kakaowo-orzechowego.

Gorzki smak nie nasilał się nawet specjalnie przy karmelizowanych kawałkach kakao. No, może trochę, ale odebrałam to raczej tak, że kawałki te smakowały gorzko, ale tak bardziej kawowo z jakby jagodowym zacięciem, jednak nawet bez najmniejszego kwasku. Całe szczęście, że nie przesadzili z ich ilością, bo nie lubię, gdy twardego, chrupiącego dodatku jest więcej niż czekolady.

aparat w telefonie coś
z kolorami czekolady "zakombinował"
Gorzkość nie była tu silna, ale można powiedzieć, że "dowodziła" innymi smakami, choć raz jeszcze podkreślę, że na pewno nie wydałaby się zbyt drażniąca dla osób wolących łagodne smaki.

Po zniknięciu kawałka, w ustach pozostawał posmak kakaowy, nie czekoladowy.

Ogólnie ta czekolada była dobrze wyważona, chociaż na szczęście raczej gorzka, niż słodka. Była mocno kakaowa i pyszna, właśnie dzięki tej prostocie.


ocena: 9/10
kupiłam: Biedronka
cena: 4,99 zł
kaloryczność: 589 kcal / 100 g
czy znów kupię: jak je przecenią, to może kupię

Skład: miazga kakaowa, cukier, karmelizowane ziarna kakao 10 % (ziarna kakao, cukier), tłuszcz kakaowy, koncentrat masła, lecytyna sojowa, aromat waniliowy

czwartek, 7 lipca 2016

Imperial Jubileu Noir 70 % Orange & Basil ciemna z pomarańczą i bazylią (w formie galaretek)

Tę czekoladę kupiłam naprawdę dawno temu, nie patrząc szczególnie na skład. Przeleciałam wzrokiem wersji z limonką i chili i jako, że uznałam, że nie jest aż taki zły, wzięłam i tę. W domu patrzę... a tu małe zaskoczenie - same aromaty. Chciałam ją oddać komuś, ale z racji, że mój wyjazd w góry był dość spontaniczny (o czym pisałam tu), a tamta miło mnie zaskoczyła, postanowiłam dać jej szansę w drodze na Ornak.

Jubileu Noir fruits & flowers Orange & Basil to ciemna czekolada, o zawartości 70 % kakao, z pomarańczą i bazylią, a dokładniej galaretkami o smaku pomarańczy aromatyzowanymi bazylią. 
Ani pomarańczy, ani bazylii nie ma w składzie, co zostawię bez komentarza.

Po otwarciu odkryłam, że przebijające się cząstki powbijały się dziwacznie, podobnie jak przy poprzednio opisywanej. Trudno.
Zapach? Ten też może być opisany jako "trudno", bo oprócz całkiem smakowitej słodkawej ciemnej czekolady z wyraźnie zaznaczonym kakao, czułam lekki cytrusowo-pomarańczowy zapach rodem z galaretek i... ani trochę bazylii.

Przełamałam: to samo; dość twarda, ale bez trzasku. W ustach szybko ujawnia się jej tłustość, która jest głównie maślana i nie taka zła, jak mogłoby się wydawać. Jest kremowo; czekolada trzyma formę, nie zmienia się w paskudny ulepek, jak niektóre Lindt Excellence.
Od razu rozchodzi się wyrazisty, ale łagodny smak kakao. Nie ma tu ani większej głębi, ani goryczy, ani cienia kwasku. Jest przystępna dla każdego, przy wciąż stonowanej słodyczy.

Nie czuć aromatu pomarańczowego, aż do czasu, gdy czekolady robi się coraz mniej, a język natrafia na owocowe kawałki - galaretki.
Są zwarte, raczej miękkie, lekko ciągnące, minimalnie soczyste. Mają trochę cukrową konsystencję (ale nie wiem, czy to nie wina daty, bo do końca zostały niecałe dwa miesiące, chociaż... "limonki" były gładsze).

Wtedy też to nie aromat mnie zaatakował, a taki... kwaskowato-słodki cytrusowo-jabłkowy, ale głównie pseudo-pomarańczowy, smaczek cukrowych galaretek (jak te wszystkie cukierki galaretki w czekoladzie). Nie ma tu naturalnej pomarańczy, ale przesadzonego "naaromatyzowania" też nie.

Nie mogę nie porównać jej do bardzo słodkiej i z dużą ilością aromatu Mount momami Blutorange - o dziwo Jubileu wyszła lepiej. Ona jest po prostu bardziej galaretkowata, a nie udająca naturalną, chociaż nawet smak galaretek nie jest bardzo mocny. Nie przysłania czekolady, co mnie ucieszyło, bo za galaretkami specjalnie nie przepadam. To właściwie czekolada go przysłaniała
Biorąc pod uwagę cenę i konsystencję samej czekolady (nie kawałków owocowych), śmiało może konkurować z Lindt'em Excellence Orange.

Niestety (stety?) bazylii nie ma tu ani śladu. Z jednej strony szkoda, z drugiej... jakby miało być sztucznie i ewidentnie z aromatu - to ja dziękuję.

Ogół całkiem w porządku, jednak za brak pomarańczy i bazylii w składzie (co przełożyło się także na smak, bo myślę, że gdyby po prostu je dodać, byłoby czuć), ocenę obniżam.


ocena: 6/10
kupiłam: Biedronka
cena: 2.99 zł (chyba, wiem na pewno, że w promocji)
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kawałki pomarańczy aromatyzowanej bazylią i pomarańczą 12 % (puree z jabłek, włókno ananasowe, kwas cytrynowy, substancje żelujące: alginian sodu, węglan wapnia; aromat bazylii 0,46%, aromat pomarańczy 0,37%), tłuszcz kakaowy, masło skoncentrowane, lecytyna sojowa, aromat

niedziela, 26 czerwca 2016

Imperial Jubileu Noir 70 % Lime & Hot Pepper ciemna z limonką i chili (w formie galaretek)

Kolejny długi weekend zapowiadał się męczarnią w kolejkach u lekarzy (spokojnie, nic mi nie jest - sprawy rodzinne) i korkach stolicy. Czynniki niezależne ode mnie psują mi tak życie prawie od roku. Od lekarza wyszłam wcześniej, niż myślałam, poszłam coś zjeść  i postanowiłam, że mam wszystko gdzieś. Opatrzność kazała mi wcześniej wrzucić do bagażnika parę ważnych rzeczy, wiec mogłam śmiało zamiast do domu, jechać na południe...

Na początek coś dobrze znanego  - marudny Diablak, bo czemu by nie rozpocząć sezonu jak zwykle?  Z Przełęczy Krowiarki - nie trzeba dużo myśleć, wiadomo jak dojechać i gdzie iść, mimo że nie lubię wlec się z tłumem.

Do plecaka wrzuciłam czekoladę, której świetlanej przyszłości nie wróżyłam. Kupiłam ją razem z drugim smakiem i  zostawiłam w szufladzie na bardzo długo. Po wielu prawdziwych czekoladach miałam je komuś oddać (dlatego akurat miałam w samochodzie), ale... postanowiłam dać jej szansę, mimo że z tego, co się dowiedziałam, za Jubileu stoi portugalska firma Imperial, która w ofercie ma raczej bardzo zwyczajne słodycze, których skład nie zachwyca.
Otworzyłam ją na podejściu, bo do celebracji zdobycia szczytu się mimo wszystko nie nadaje. Trochę się zdziwiłam, bo owocowe kawałki dziwnie mi się w tę czekoladę powgniatały, ale cóż... Stało się.

Jubileu Noir fruits & flowers Lime & Hot Pepper to ciemna czekolada, o zawartości  70 % kakao, z limonką i chili, a dokładniej z galaretkami o smaku limonki i chili.

Pierwszym, co poczułam i co mnie w sumie zaskoczyło, był smakowity zapach kakao i słodyczy. Bałam się, że albo nie będzie zapachu w ogóle, albo będzie czekoladopodobny, a tu zaskoczenie. Może głębi nie uświadczyłam, ale zapowiadało się nieźle. Oprócz tego poczułam też cytrusowo-galaretkowaty zapach, który na szczęście nie walił chemią.

Przy przełamywaniu odkryłam, że jest dość twarda, mimo że nie trzaska. 
Ten brak dźwięku szybko wyjaśnił się przy rozpuszczaniu się kostki. Czekolada jest bowiem znacząco maślana, rozpuszcza się łatwo i bez większych zastrzeżeń i, co jest najlepsze, nie zmienia się w tłusty ulepek jak np. niektóre Lindty Excellence. 
Pierwszy kęs i... poczułam to samo, co w poprzednim akapicie. Smaczne połączenie kakao i słodyczy, przy czym to pierwsze było lekko gorzkawe, ale pozbawione mocniejszych elementów np. cierpkości i kwasku. Bez głębi, ale nie jest źle.

Słodycz jest dobrze trafiona; wydała mi się całkiem silna, ale na poziomie w pełni do przyjęcia. Nasilała się w momencie "odkrywania" kawałków galaretek, a wtedy pojawiał się także ich kwasek - jedyny, jakim raczy ta tabliczka. Smakują soczyście owocowo, ale w sposób o wiele bardziej galaretkowaty, niż naturalny, chociaż nie są sztuczne, a owocowe. Czuć tu głównie jabłko i cytrynę, chociaż i samą limonkę można wyłuskać, zwłaszcza przy rozgryzaniu. Na pewno są cytrusowe i trochę cukrowo-słodkie, jak to galaretki.
Cząstki te nazywam właśnie galaretkami, bo nie da się ich nazwać inaczej. Konsystencja to 100 % cukierków typu "galaretki w czekoladzie", takich trochę cukrowych. No, te tutaj są może minimalnie bardziej zwarto-soczyste. Kiedy je gryzłam lub trzymałam na języku, po pewnym czasie poczułam też lekką pikanterię. Był to moment, w którym czekolady robiło się coraz mniej i zostawały razem już do końca. Nie było to mocne chili-uderzenie, a właściwie akcent, ale na poziomie w miarę zadowalającym i nie do przegapienia.

Zostałam zaskoczona bardzo pozytywnie! Odbiór na pewno polepszyły okoliczności jedzenia jej, ale i bez tego: to prosta, smaczna czekolada z niezłym dodatkiem (jak ktoś lubi galaretki; ja - tak sobie) i, co najlepsze, z wyczuwalnym chili (mimo że nie od samego początku).


ocena: 8/10
kupiłam: Biedronka
cena: 2.99 zł (chyba, wiem na pewno, że w promocji)
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada 88% (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, masło skoncentrowane, lecytyna sojowa, aromat), kawałki limonki z chili 12% (cukier, jabłko, sok z limonki 18%, włókno ananasowe, kurkumina, kompleks miedziowy chlorofilu, alginian sodu, kwas cytrynowy, naturalny aromat limonki, fosforan dwuwapniowy, cytryniany potasu, ekstrakt z chili 0,03%)