Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sobieraj Chocolate. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sobieraj Chocolate. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 sierpnia 2024

Sobieraj Chocolate Czekolada Gorzka 100 % ciemna z Wybrzeża Kości Słoniowej

Marka Sobieraj może i ładnie wyglądała na pierwszy rzut oka, ale wszystko, co próbowałam okazało się porażką w moim odczuciu przez słodzik. Dzisiaj prezentowana czekolada to ostatnia nadzieja, bo zrobiono ją z samego kakao. Teoretycznie więc miałam dzięki niej poznać sam sposób obróbki kakao producenta, bez zaburzenia słodzidłem. A jednak czekolady tzw. setki nie do końca wpisują się w mój typ. Do tej jednak starałam się podejść bez uprzedzeń.

Sobieraj Chocolate Czekolada Gorzka 100 % to ciemna czekolada o zawartości 100% kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej (bez cukru).

Po otwarciu poczułam zapach palonych kaw - tak, w liczbie mnogiej, bo czułam i mocną czarną, w której przejawia się paloność ziaren, i łagodne od dużej ilości spienionego mleka latte. Za kawami zaznaczyły się średnio mocno wypieczone okrągłe i twarde biszkopty, acz pozbawione większości słodyczy. Całość wydawała się wręcz skąpa pod względem słodyczy, ale i ta się zaplątała. Zapach obiecywał paloną gorzkość, która też kryła lekką kwaśność mocno palonej kawy.

Tabliczka wydała mi się kremowa i nieco polewowa w dotyku. Przy łamaniu okazała się twarda jak kamień - trzaskała przy tym głośno, acz w jakby stłumiony, zawilgocony sposób.
W ustach rozpływała się powoli. Chwilę jakby się wahała, początkowo wydawała się pylista, a potem już serwowała mazistość i tłustość. Wtłoczyła je w kremowawą gładkawość, choć wciąż z wyczuwalną sugestią pylistości. Była dość ciężka. Długo zachowywała poczucie masywności, ale nie twardość. Jawiła się jako maziście gibka, kleiście-lepka i trochę oleista. Skojarzyła mi się z oleistym kremem czekoladowo-orzechowym. Dzięki pylistości, nie męczyła tłustością.

W smaku pierwsze pokazały się smoła i orzechy włoskie, wydające się główną osią kompozycji, acz prędko rozchodzące na wątki poboczne.

Smoła zasugerowała kwasek, przygotowała pod niego grunt. Zaprosiła odrobinę cytryny.

Orzechy włoskie pokazały się z bardzo świeżej strony - pomyślałam o młodych orzechach, wśród których jednak raz po raz zaplątywały się sztuki nieco sczerniałe, z gorzkimi skórkami. Gorzkość wzrosła za ich sprawą znacząco. Orzechy włoskie ogólnie na długo zdominowały całość.

Cytryna nie próbowała się jakoś za bardzo przebić, ale zapewniła jakby ciągłość kwaśności. Ta przybrała jakby ogrodowy klimat. Wyobraziłam sobie ogródek latem, gdzie rośnie rabarbar, ktoś wyciska sok z cytryny i... parzy kawę? Kwaśność zetknęła się z ziołami.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do gorzkości podkradła się maślaność, a w tle pojawiła się słodycz twardych biszkoptów jajecznych. Dość mocno przypieczonych. Orzechy włoskie zatraciły się prawie zupełnie. Oś kompozycji zmieniła się w cytrynową smołę i...

Kawę. Kawa przebiła się na pierwszy plan. Dodała mocno palonej nuty, jako że była to kawa czarna i mocna. Zaparzona na ziarnach, które zdradzają lekką kwaskawość. Słodkawe biszkopty i maślaność zaprosiły jednak jeszcze słodkawą latte. Dwie kompletnie odmienne kawy płynęły obok siebie. Latte próbowała przez chwilę nieco zepchnąć kwasek, ale niezbyt skutecznie.

Kwasek z ziołami przeszedł w jakąś trawę cytrusową i kwaśne, niedookreślone zioła. Maślaność, choć nie wysoka, na zasadzie kontrastu podbiła kwasek. Wyłonił się, wciąż miał w sobie sporo z cytryny, ale natłok paloności pokierował go końcowo znów ku smole.

Latte jednak chyba udało się kwasek nieco... poskromić? Zamknąć w kawowe realia? Tak, kwasek schował się w mocno palonej kawie. Latte przemieszała się z biszkoptami, łagodząc i osładzając wszystko, a goryczka kawy czarnej jakoś jakby odpuściła. Zostawiła tylko paloność.

Po zjedzeniu został posmak cierpkawo-kwaskawej czarnej kawy i wypieczonych, słodkawych biszkoptów oraz kwaskowato-goryczkowatych ziół.

Całość wyszła spodziewanie ciężko, jak to setka, ale nie siekierowo. Była lekko słodkawa, chwilami maślana. Nuty biszkoptów i latte łagodziły znaczącą gorzkość. Ta w połowie była przepyszna - reprezentowała orzechy włoskie, jednak potem poszła w kierunku palonej kawy i samej paloności - ta była mi za silna. Aż przepalona. Smoła, cytryna i kwaśne zioła zapewniły kwaśność też raczej dość ciężką, ale nie męczącą. Mimo ciężkości i maślaności, było w tym coś... rześkiego? Jak ciężkie zioła i mocna kawa pita na świeżym powietrzu w ogródku. Czekolada miała parę plusów, ale ogólnie niezbyt mi leżała. Co nie znaczy, że nie doceniam.

Pomyślałam o nutach Sobieraj Chocolate Czekolada Deserowa, czyli o jasnym biszkopt, słodkościach kawowych i orzechowo-miętowych i tak myślę, myślę, że czuć, że zrobiono je z tego samego kakao, tylko że właśnie tamtą niepotrzebnie zepsuł słodzik, dodając mrożącej pikanterii i nieprzyjemnej słodyczy, słodzikowości. Jak na setkę niby w porządku, ale bez tego czegoś. Czuję jednak, że Sobierajowi mogłyby wychodzić czekolady 70-85%, gdyby słodził je cukrem trzcinowym.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od sobierajchocolate.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 23 zł za tabliczkę 70g
kaloryczność: nie znam
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa

niedziela, 30 czerwca 2024

Sobieraj Chocolate Czekolada Deserowa ciemna 60 % z Wybrzeża Kości Słoniowej

Smutne, że po dwóch małych czekoladkach, które wpadły mi dodatkowo do czekolad, o które poprosiłam w ramach współpracy z producentem Sobieraj, w zasadzie miałam już dość. Zrobiłam przerwę, by jakoś uszły złe wspomnienia i postanowiłam przysiąść do jednej z dwóch otrzymanych tabliczek z czystą głową. Nie było to jednak łatwe - a szkoda, bo marka nie wygląda tak źle na pierwszy rzut oka.

Sobieraj Chocolate Czekolada Deserowa to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej, słodzona słodzikiem ksylitolem fińskim (bez cukru).

Po otwarciu poczułam wyrazisty, gorzki zapach dymu na równi zmieszany ze słodką, chłodną miętą. Wyobraziłam sobie jej świeże, zielone listki, a także chyba trochę innych roślin, ziół w porannej, chłodnej scenerii. Czułam też sporo maślaności, sugerującej raczej jasny biszkopt. "Raczej", bo i nutka kawy się przy nim zaznaczyła. Nie jednak samej kawy, a czegoś kawowego. To jednak chyba nie biszkopt był kawowy... A jakiś jogurt lub serek?
Tabliczka wyglądała na polewową, a w dłoniach zaskoczyła ciężarem. Przy łamaniu trzaskała średnio głośno, ale dosadnie, jakby była wyjątkowo gęsta, wręcz skondensowana.
W ustach mimo że najpierw czekolada jakby chwilę się wahała, ogólnie rozpływała się łatwo, w tempie umiarkowanie-wolnym. Acz w zasadzie jakby tylko z wierzchu. Niemal do końca zachowywała kształt i pewną twardawość. Nie była jednak oporna. Szybko dała się poznać jako wodnista i szorstka, ziarnista, a bliżej końca ziarnistość zmieniła się w pylistość. Choć zbita i syta, nie była czekoladowo gęsta.

W smaku pierwsza przywitała mnie średnia, ale jakby odosobniona słodycz o niesprecyzowanym charakterze. Zaraz dołączyła do niej roślinna świeżość, rześkość. Wyobraziłam sobie chłodny poranek i zielone listki pokryte rosą. Listki mięty!

Słodycz podłapała miętowy klimat, dzięki czemu ta wyszła na pierwszy plan. Wydała mi się chłodząca i coraz odważniej słodka. W tle przewinęło się trochę kwiatów.

Z lekkim opóźnieniem odezwała się też gorzkość. Od razu startowała z w miarę wysokiego poziomu. Zaserwowała dym, cały czas spokojnie rosnąc. Zajęła pierwszy plan, a słodycz nieco przed nią pierzchła. 

Poczułam paloną nutę, a także przebłysk jakiś... kawowych słodkości? I gorzkawe orzechy... Włoskie? Zaraz mieszały się jednak z łagodniejszymi - laskowymi. Te zaś ułożyły się w krem orzechowo-kakaowy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do głowy przyszły mi miętowo-orzechowe czekoladki w ciemnej polewie. Mimo miętowej słodyczy, w której zdradziło się już ewidentnie słodzikowe pochodzenie, doszukałam się akcentu konwencjonalnie cukrowej słodyczy. Ta ogólnie wzrosła i otarła się o przesadę. Słodycz zrobiła się wręcz ostra. Mrożąca? Mięta na pewien czas się schowała, pozwalając działać słodzikowi i jakby cukrowi.

Orzechowe, w porywach tylko miętowe słodkości mieszały się z kawowymi, które jeszcze kontynuowały gorzkość, ale też traciły na znaczeniu.

Gorzkość zatonęła w chłodnej, słodzikowej słodyczy, która do ogółu dodała trochę wodnistości, rozrzedzając smak i spłycając go, a także tchnęła maślaność. Ta nagle się pokazała i szybko wzrosła. Przy tych łagodniejszych wątkach, mięta zdecydowała się na powrót.

Do głowy przyszedł mi bardzo maślany biszkopt. Jasny, lekko wypieczony, ale z kawowym echem. To jednak znowu nie była kawa, a słodki, kawowy nabiał, np. jogurt lub serek? Wyjęty prosto z lodówki, a więc chłodny, o spłyconym smaku.

Końcowo mięta na słodzikowo-cukrowej, chłodnej fali znów weszła na pierwszy plan, zostawiając goryczkę w oddali. Ziołowość nie miała siły przebicia, ale gdzieś się kryła. Raz po raz na język wtrącała jakby mrożącą pikanterię. Mieszała się z cierpkawą, ciemną niby czekoladową polewą, która przewinęła się wśród motywu słodkości.

Po zjedzeniu został posmak jakby miętowego, białego cukru oraz dymu. Ten był gorzki, cierpkawy, ale mocno złagodzony maślanym biszkoptem i akcentem cierpkawej polewy kakaowej. Na języku zaznaczyło się dziwne, cierpkie szczypanie - jakby przemrożenie, pikanteria.

Całość choć zaskoczyła przyjemnie wysoką, znaczącą gorzkością, to i tak nie wyszła dobrze. Mimo dymu i miętowej nuty, była denerwująco słodzikowa. Słodzik w smaku nie tylko mocno to osłodził, ale dodał też chłodno-wodnistego elementu, który spłycał kompozycję. Bardzo dużo tu słodyczy o takim... dotkliwym charakterze. Jasny biszkopt i słodkości kawowe, orzechowo-miętowe nie były złe, ale sprawiły, że całość wyszła słodko-łagodna, a gorzkość się w nich za bardzo zatracała. Nie podobała mi się dziwna, mrożąca pikanteria. Na plus jednak, że smakowo, choć dosadnie słodka, wydawała się mieć więcej niż 60%.
Strukturę uważam za to za jednoznacznie okropną. Wodniście-ziarnista, potem pylista i cały czas z wodnistym elementem za nic mi nie odpowiadała. Była bardzo nieczekoladowa.
Uwierzę jednak, że dla osób przyzwyczajonych do słodzików, nie wyda się tak zła. Rozumiem w końcu, że niektórzy zwyczajnie cukru jeść nie mogą. 
Mimo szczerych chęci, bo wiedziałam, że Mamie za nic nie podejdzie, nie zmogłam całej. To mrożące gryzienie, struktura i słodzikowość za bardzo mnie zmęczyły, że już 30 g nie zjadłam.

Resztę oddałam Mamie, ale i ona nie zmogła. Podsumowała: "Okropna ta czekolada, nie da się w niej niczego dobrego znaleźć. Dziwnie gorzka nie jak czekolada, a jakieś lekarstwo okropne, struktura też beznadziejna. Jakbym nie mogła jeść cukru i miała taką czekoladę jeść albo nic, to już wolałabym głodna siedzieć". Resztę oddałyśmy ojcu.


ocena: 3/10
kupiłam: dostałam od sobierajchocolate.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 23 zł za tabliczkę 70g
kaloryczność: nie znam
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa min. 60%, tłuszcz kakaowy, ksylitol

wtorek, 9 kwietnia 2024

Sobieraj Chocolate Czekolada Ciemna Mleczna 45 % kokosowa wegańska

Jak wspomniałam przy Sobieraj Chocolate Czekolada z Miętą drugim otrzymanych serduszkiem była propozycja znacznie mniej w moim typie, bo "mleczna" wegańska. Uwielbiam pasty 100% kokosowe, mleczko kokosowe gości w mojej kuchni, a dania indyjskie z nim bardzo lubię, jednak w czekoladach kokos jakoś według mnie zwyczajnie nie wychodzi. A do słodzików jestem bardzo sceptyczna, więc nie spodziewałam się zachwytów. Acz tak siląc się na obiektywność, propozycja może i ciekawa, pod warunkiem, że miałaby wyjść.

Sobieraj Chocolate Czekolada Ciemna Mleczna to ciemna wegańska "mleczna" kokosowa czekolada o zawartości 45 % kakao z miazgą / pastą 100% z kokosa; słodzona słodzikiem ksylitolem, u mnie jako miniaturka, czyli czekoladka "serduszko", ważące 6g.

Zapach od razu jednoznacznie skojarzył mi się z masą, blokiem czekoladowym ze zmielonymi herbatnikami i wiórkami kokosowymi. Miał nieco tani, domowy charakter. Jego słodycz była średnio wysoka, ale jej wydźwięk był specyficznie wyrazisty w chłodny, rześki sposób. Nie wyszła jednak jawnie słoldzikowo. Wiórki i bardziej ogólna, mleczna kokosowość starały się to zdominować, ale był wyczuwalny i kokos, i to wszystko inne prawie na równych prawach, acz chwilami rzeczywiście z dominacją mleczka kokosowego. Gorzkość wydała mi się również średnio mocna, ale intensywna. Oddawała ziemię i zawarła w sobie paloną nutę. Zaznaczyła się w niej cierpkość, mieszająca się z olejem kokosowym.

Serduszko w dotyku wydało mi się trochę plastikowe, a także twarde i masywne. Doznałam jednak szoku przy odgryzaniu kawałka, bo zęby dosłownie zjechały mi po zbitej, nie miękkiej, ale i nie twardej masie (bliżej jej jednak do miękkości). Raz po raz zatrzeszczała w kryształkowy sposób. Wydała mi się strasznie tłusta i polewowo-wodnista.
W ustach ta czekolada za nic nie kojarzyła się z czekoladą, a z masą czekoladową. Było to bardzo ciężkie i tłuste, niczym masa z tłuszczu i proszku. Nie do końca miękkie, ale i nietwarde. To było jak jakiś konkretny, minimalnie lepkawy, ziarnisty zlepek z twardą wodą. Czuć proszek, drobinki i kawałki wiórków kokosa, a także wręcz śliskość tłustości. Osobliwe i odpychające.
Na koniec w ustach zostawały kawałki przemielonych wiórków kokosowych. Gryzione trzeszczały i skrzypiały dość soczyście. Niektóre były masywniejsze, prawie chrupkie i ewidentnie twardsze. Nie memłały się, a znikały dość szybko.

W smaku przywitała mnie kokosowa słodycz, która po chwili została wzmocniona inną, niedookreśloną. Wzrosła, wykazując rześkość i drobną jakby kokosową soczystość.

W słodyczy zaplątał się chłód, acz doleciała do niego także gorzkość, kierująca myśli ku zimnej, zbitej i czarnej ziemi. Musiała być to ziemia wilgotna, może przemarznięta po zimie. Gorzkość zaszarżowała, acz nie była siekierą, zaraz się opamiętała. Kakaową rozbijała i łagodziła drobna goryczka oleju kokosowego.

Gorzkość kakao walczyło jednak o siebie, zaraz przytaczając wizję przypalonej, domowo-taniej polewy czekoladowo-kakaowej. W nucie spalenizny odnotowałam jakby metaliczną nutę przypalonej blachy, a potem też maślaność takowej masy.

Kokos po chwili płynął już na wielu płaszczyznach, a maślaność mu pomogła. Łączył słodycz z cierpką goryczką. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przedstawił się jako wyraźnie śmietanka i mleczko kokosowe, z zawartą w nich lekką jakby mdławą tłustością smakową. Kokos był słodki w łagodny sposób, jednak obok niego słodycz rosła znacząco.

I oddzieliła się od niego - poczułam wyraźnie słodzik. W nim ulokowała się rześkość, do której dołączyła jakby słodko-ziołowa cierpkość. Pomyślałam o mięcie, eukaliptusie itp. Także ona wydawała się spłycać smak kakao, a dziwnie podkreślać olej kokosowy. 

Bliżej końca kompozycja przedstawiła się jako zdrowa wersja budżetowego, domowego bloku, masy czekoladowej z przemielonymi maślanymi herbatnikami i wiórkami. I tu pojawiła się przypalona polewa kakaowo-czekoladowa. Smak słodkich wiórków kokosowych i miazgi kokosowej 100% próbował się przebić, ale tonął w reszcie. Nieco nakręcał się od kawałków kokosa.

Tło jednak... Było tłuste, goryczkowate i słodkie... Chwilami słodzik próbował udawać słodycz konwencjonalną, ale rześkość i chłód stały mu na drodze. Mimo wyrazistości poszczególnych nut, wydawało się to kryć lekką wodnistość.

Kawałki kokosa, wiórków na koniec wyszły wyraźnie kokosowo - słodkawo, świeżo.

Po zjedzeniu został posmak goryczkowatego oleju kokosowego, mieszającego się z palono-ziemistą gorzkością kakao oraz kokosa bardziej mleczkowo-wiórkowego. Ten wyszedł słodko, choć słodycz należała głównie do zimnego, jakby wodnistego, a strasznie słodkiego, słodzika. 

Czekoladkę uważam za złą. Tragiczna, nieczekoladowa struktura tłustego zlepa z proszku była obrzydliwa, a smak kojarzący się z tanim, ale zdrowym blokiem czekoladowym i przypaloną polewą czekoladową nie uratował sytuacji. Gorzkość kakao podbita olejem kokosowym oraz zimny słodzik zdominowały kompozycję. Kakao miało niewiele do powiedzenia, a mleczko, śmietanka i wiórki kokosowe nie znalazły przyjemnej płaszczyzny do popisu. Myślę, że jak na "mleczną" czekoladę wegańską, smakowo jeszcze nie było tak zupełnie najstraszliwiej - w strukturze jednak nie umiem się nawet na siłę niczego pozytywnego doszukać.
Mimo że to takie maleństwo, dosłownie gryza zostawiłam Mamie, chcąc jej pokazać paskudę. Mama podzieliła moje zdanie: "Jakie to było okropne, takie małe, a tak odpychające. W ogóle z czekoladą się nie kojarzyło. Tłusty zlep, w smaku jakby udawał ciemną czekoladę, a gorzki był jakoś dziwne. Ziołowa, lekowa gorycz i jakby z chwastami, co to ktoś przy drodze nazbierał. Słodzikowe to... I okropne. Nie wiem, po co to jeść. Jakby ktoś nie mógł cukru i mleka, to już lepiej nic niż to coś. A konsystencja oblech". Mama jak ja nie cierpi słodzików, ale ona i mleczka kokosowego nie lubi (w przeciwieństwie do mnie).
Nie jesteśmy docelowymi odbiorczyniami, ale żadna z nas nie umie powiedzieć, kto niby miałby celem tego czegoś być.


ocena: 2/10
kupiłam: dostałam od sobierajchocolate.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 23 zł za tabliczkę 70g
kaloryczność: nie znam
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa 45%, pasta kokosowa / miąższ z kokosa 28,5%, tłuszcz kakaowy, ksylitol
fiński

środa, 27 marca 2024

Sobieraj Chocolate Czekolada z Miętą ciemna 60 % z miętą

Czasem zupełnie przypadkiem trafiam w internecie na małe czekoladziarnie, małych producentów lub sklepy, a czasem sama losowi trochę pomagam i przeglądam zakątki internetu, w których takowe można znaleźć. Szczerze mówiąc, już nie pamiętam, jak to było z Sobieraj Chocolate. To producent czekolady z Wrocławia. Pamiętam dobrze, że do pana Pawła Sobieraja, którego to właśnie są autorskie, ręcznie robione tabliczki, napisałam na Instagramie, pytając, czy zgodzi się wysłać wskazane przeze mnie tabliczki do testów. Odpowiedź była pozytywna, a to, co znalazłam w paczce nawet bardzo. Pan Paweł dołożył bowiem jeszcze dwie miniaturki w formie serduszek. Testy postanowiłam zacząć, sama nie wiem dlaczego, akurat od dziś przedstawianej.

Sobieraj Chocolate Czekolada z Miętą to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao z miętą liofilizowaną oraz bio olejkiem miętowym; słodzona słodzikiem ksylitolem, u mnie jako miniaturka, czyli czekoladka "serduszko", ważące 6g.

Po otwarciu uderzył mnie intensywny, chłodny czy wręcz zimny zapach mięty o olejkowym charakterze. Kojarzyła się trochę z cukrowymi, miętowymi laskami na Gwiazdkę oraz cukrowymi, białymi nadzieniami o smaku miętowym z czekoladek. Sama czekolada zaznaczyła się lekko w tle jako akcent syropu kakaowego. Chyba czułam też jakby orzechową łagodność, nieco paloną nutkę. Całość była rześko-chłodząco słodka, mimo złudnej cukrowości.

Czekoladka w dotyku wydała mi się tłustawa, potencjalnie bardzo kremowa. Mięta na niej to suchymi, spore kawałki listków. Część odpadała, ale i tak dużo zostało na spodzie.
Przy odgryzaniu kęsa trzeszczała i skrzypiała w kryształkowy sposób.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, trochę maziście. Od razu dała się poznać jako zbita i wodnista. Rozpuszczała się właśnie na wodnistą zawiesinę. Dała się przy tym poznać jako proszkowo-ziarnista, z wyczuwalną kryształkowością, kojarzącą się z cukrem.
Posiekane kawałki mięty początkowe były suche, z czasem nasiąkały i miękły - kojarzyły się trochę z naciągającymi listkami-fusami herbat ziołowych.

W smaku pierwsza po ustach przemknęła gorycz. Pomyślałam o mocnych, suszonych ziołach, które zaraz zaczęło otaczać kakao. Złagodziło je, gorycz zmieniając w gorzkość.

Odnotowałam paloną nutkę, choć kakao cały czas wydawało się jedynie dopowiadać coś gorzkości ziół. Te poszły w chłodnym, wręcz zimnym kierunku. Mięta bardzo szybko dała o sobie znać jako olejek miętowy. Zahaczyła o mentol, ale zaraz wróciła na bardziej spożywczy tor.

Słodycz bowiem rosła błyskawiczne. Pokierowała miętę w kierunku gwiazdkowych cukrowych lasek w wariancie miętowym. Pomyślałam też o białych nadzieniach miętowych, które opierają się na cukrze, różnych czekoladek i czekolad. Słodycz przez większość czasu udawała taką najzwyklejszą, biało cukrową.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mięta wydała mi się niemal lodowo zimna. Całość była rześka i rześkość w pewien sposób aż zagłuszyła czekoladowość. Odnotowałam nieco słodzikowy chłód. Wydał mi się nieco... roślinny? Zgrał się z ziołową goryczą.

Ziołowa gorycz, gorzkość była wyczuwalna cały czas, acz z czasem już nie sprawiała wrażenia tak wysokiej. Pod wpływem słodyczy, kakaowa nutka poszła w stronę syropu kakaowego. Czułam też maślano-orzechowy, łagodniejszy motyw. On pozwolił szaleć olejkowej mięcie. Przemknęła też myśl o aromatyzowanej, miętowej kawie.

Odpadające od czekolady kawałki mięty nieco podkręcały jej smak, ale w obliczu tej imperatywnej mięty olejkowej, wyszły nieco mdło. Gdy trochę nasiąkły, nieudolnie walczyły o bardziej ziołowo-naturalny wydźwięk. Mięta mimo ogólnego przesłodzenia, kryła w sobie też leciuteńką goryczkę.

Kawałki mięty gryzione na koniec wciąż wydawały się średnio intensywne, acz ewidentnie czuć, że to mięta. Powiedziałabym, że pieprzowa, taka gorzkawo-charakterniejsza. W obliczu zimnej słodyczy jednak jakoś niewiele miała do powiedzenia.

Po zjedzeniu czułam odświeżenie ust od chłodnej mięty. Do tego stopnia mocne, że aż nie kojarzyło się z czekoladą z miętą. Mięta olejkowa, bardzo słodka i goryczkowata, rządziła. Przełożyła się na wręcz olejkowy niesmak. Słodycz była denerwująca, rześko-chłodna, ale i tak drapiąca. Kojarzyła się z tą białego cukru. Czekolada jako kakaowo-syropowa nutka jedynie pobrzmiewała.

Całość bardzo mi nie odpowiadała. Od okropnej, wodniście-proszkowej, nieco ulepkowatej konsystencji po smak, który olejkową miętą dosłownie atakował. Czekolada wydawała się jedynie nośnikiem, nie miała za wiele do powiedzenia. Poziom słodyczy za wysoki, acz wyszła zwyczajnie jakby cukrowo, nie była chamsko słodzikowa. A jednak to pewnie m.in. słodzik nadał aż tak zimny charakter. Całość wyszła właśnie nazbyt chłodząco-odświeżająco, jak na czekoladę. Liofilizowana mięta w obliczu tego też się nie sprawdziła.


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam od sobierajchocolate.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 23 zł za tabliczkę 70g
kaloryczność: nie znam
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa 60%, tłuszcz kakaowy, ksylitol fiński, mięta liofilizowana w zmiennych proporcjach, olejek miętowy 0,2%