Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MixIt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MixIt. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 grudnia 2025

MixIt Creme Boule Pistachio Mio

Kiedy zobaczyłam dziś przedstawiane kulki, zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Już wcześniej widziałam w internecie zdjęcia nowości MixIt, jakie zawitały do Rossmannów: właśnie takich kulek w różnych smakach. Poprosiłam ojca, by przy okazji się za nimi rozejrzał, ale żadnych nie znalazł. Podczas pewnej wizyty w Auchan z ojcem, ja znalazłam dziś przedstawiane, czyli smak o istnieniu którego nie wiedziałam. I zarazem chyba najmniej ciekawy z oferty. Acz opis na stronie... cóż, zachęcali do spróbowania ze wszystkich sił: "O Sole Mio, Pistachio Mio! Masz zielone światło, aby spróbować nasze nowe Crème boule". Zachwalali, że dodali wysokiej jakości kakao Single Origin z Peru. Ciekawe, czy miało zapewnić jakieś nuty? 

MixIt Crème Boule Pistachio Mio to ciastko daktylowe z kakao nadziewane kremem pistacjowym.

Po otwarciu poczułam dominujący zapach daktyli o trochę ciężkawym charakterze. Udawały palony karmel, ale choć wyraźnie daktylowe, nie wyszły bardzo słodko. Obok znalazła się lekka ziemistość związana z cierpkawym kakao - to niby trzymało się tyłów, ale podszepnęło poważniejszy klimat. W oddali zarysowało się coś orzechowego - po podziale wyszło na jaw, że słodko-prażone pistacje. Pistacje wkomponowane w śmietankę, ale też nie w wydaniu bardzo słodkim.

Kulki w dotyku wydały mi się twarde i bardzo masywne. Niby suche, a jednak jakby obiecujące wilgotnienie. Pokrywała je odrobinka drobinek pistacji, a na spodzie jakiś biały pyłek. 
Do przekrajania trzeba było użyć siły. Kawałek grubej, wierzchniej warstwy dało się też odłamać, ale tu już zdradzały się potencjalne skłonności do mięknięcia. Konkretny i twardy wierzch skrywał bardzo miękki, mazisty i delikatny krem. Rzadki, ale nie płynny. Na szczęście był właśnie dość zwarty, więc nie wylewał się. Kremu nie pożałowano, ale nie wypełniał kulek w całości. Między nim, a otoczką wystąpiło trochę pustej przestrzeni.
Niestety jednak, gdy robiłam kęsa, wierzch wgniatał się w środek, a ten wyciskał się na zewnątrz. Niezgrane konsystencje przełożyły się na niezbyt czyste, komfortowe jedzenie.
W trakcie jedzenia wierzch początkowo jeszcze podtrzymywał swoją twardość, jednak po chwili odrobinę wilgotniał i rozchodził się. Nie miękł za bardzo, a i nasiąkał tylko trochę. Gdy go gryzłam, jawił się jako coraz mniej twardy i specyficznie skrzypiał, trzeszczał w twardo daktylowy sposób, jakby zmielono tam daktyle z twardymi skórkami. Gdy zaś pozwoliłam masie daktylowej się rozpuszczać, dała się poznać jako zawiesinowa. Rozchodziła się na grudki trochę jak gumka do mazania, a jednocześnie miała w sobie coś z twardej daktylowej papki.
Drobinki pistacji dały się poznać jako miękkie - nie wszystkie wymagały gryzienia, trochę tylko urozmaicały strukturę, zaznaczając się na języku.
Krem był znacznie rzadszy i tłusty w oleiście-śmietankowy sposób. Miał niemal gładką strukturę. Tylko gdy spróbowałam go osobno, wychwyciłam lekką pylistość. Znikał szybciej od otoczki.
Całość wyszła zaskakująco syto jak na taki drobiażdżek.

W smaku sama daktylowa otoczka przywitała się słodyczą, w której bez dwóch zdań czuć przede wszystkim daktyle. Suszone, bardzo słodkie daktyle, do których podkradło się echo palone, jakby trochę karmelowo-kawowe. Słodycz rosła w piekącym kontekście, lecz wyłaniające się zza niej echo kakao trochę to poskromiło. Dodało też nutę kakaowego ciasta-chlebka, które poszło w nieco chlebowym, poważniejszym kierunku. Kakao wpisało się w paloną nutę, raz po raz otarło się o trochę ziemistości czy mignęło leciutką, niemal czerwono owocową soczystość. Nadało daktylom poważniejszego, nie tak zabójczo słodkiego charakteru. Słodycz dopiero z czasem mocno wzrosła.

Drobinkom pistacji raz czy drugi udało się trochę zaznaczyć w smaku, ale w całości odegrały marginalną rolę. Wyszły słodko, lekko prażono i zapewniły wierzchowi harmonijne przejście do nadzienia.

Wierch spróbowany osobno był jedynie w porządku, nie robił wielkiego wrażenia - ot, chlebowy daktyl z odrobinką kakao.
Nadzienie spróbowane osobno też nie było szczególnie zachwycające... W zasadzie osobno w ogóle nie było smaczne. Czuć w nim olej i smakową tłustość, przechodzącą w oleiście-rybią nutę, co podyktowało mu trochę wytrawny charakter. Rozbrzmiewało to na równych prawach ze słodyczą i pistacjami. A te wyszły niby wyraźnie, słodko w naturalny sposób, ale... krem i tak jawił się jako mdławy. Słodycz lekko prażonych pistacji wzmocniono słodyczą... pralinkowego, trochę białoczekoladowego kremu? To skojarzenie wieńczył trochę nijaki akcent mleka.

Gdy jadłam warstwy razem, to, która dominowała, zależało od sposobu jedzenia. Podczas gryzienia zupełnie dominowała otoczka, szybko piekąco-zasładzając, mimo chlebowo-kakaowych nut, do których podłączyły się tłuszczowo-mdławo-pistacjowe nuty nadzienia.

W połączeniu, gdy pozwalałam się kęsowi swobodnie rozpuszczać, obie warstwy zyskiwały. Krem, gdy tylko się wyłonił, przez długi czas dominował (ale nie zupełnie). Z daktylowo-kakaowej toni nadzienie wydobyło motyw kakao i pewną soczystość. Lekko gorzkawe kakao przełamało więc ogólną słodycz, a to z kolei zaraz wykorzystały pistacje i na moment wyszły na pierwszy plan. Możliwe, że trochę pomogły tu drobinki - kierowały uwagę właśnie na słodkie, podprażone pistacje. Nuty mleczno-oleiste wciąż się ich trzymały, nadal było tam coś wytrawniejszego, ale intensywny duet daktyli i kakao starał się to zagłuszyć. Odrobina mleka kierowała pistacje w pralinkowo-słodziutką stronę. W dodatku, w zestawieniu z ciężkawym wierzchem, krem wydał mi się rześki, trochę jak mięta. To kolejny element, który trochę rozmywał pistacjowość. Z czasem zadziałał kontrast i środek wydawał się jeszcze bardziej pralinkowy, jeszcze słodszy, a wierzch charakternie palony, poważniejszy, wręcz ziemisty. I wszystko to wydało mi się uzupełniające się, zgrane w swej kontrastowości.

Jako że krem znikał szybciej, występ kończyła masa daktylowo-kakaowa. Słodycz już porządnie zaczęła piec w specyficzny, daktylowy sposób. Zrobiło się ciężko słodko. Cierpkość kakao wycofała się, ustępując twardym, suszonym daktylom.

Po zjedzeniu został słodki posmak daktyli wraz z ich trochę piekącym efektem, echo cierpkawego, suchego kakao oraz pistacji. Pistacji wpisanych w oleiście-mleczny, słodki motyw praliny. Do tego pobrzmiewała specyficzna rześkość, kojarząca mi się z miętą.

Kulki uważam za słodycz jako tako przemyślane, warte pochwały i spróbowania, ale nie za wszelką cenę i nie dla każdego. Mnie co prawda nie chwyciły, jednak to całkiem ciekawe maleństwa, gdy ktoś lubi te wszelkie pistacjowo-dubajskie klimaty. Niezły skład (co w przypadku takich wariantów to chyba rzadkość), smaczny efekt. Fakt, ja wolałabym lepszy skład (choćby żeby pistacje były na pierwszym miejscu składu nadzienia), ale ogólnie narzekać nie można. Słodycz przewidywalna, jeszcze bez tragedii. Smaki wyraziste i zgrane, jeśli je się razem, bez bawienia się i większego wczuwania w warstwy osobno.
Forma taka sobie - zbyt masywny wierzch do zbyt delikatnego, rzadkiego kremu mnie nie chwyciły, ale jakoś to pracowało.
Ogólnie to było trochę dziwne. Czy na plus, czy na minus zastanawiałam się podczas całego posiedzenia z kulką. Myślałam, że zjem obie, jednak skończywszy jedną, wiedziałam na pewno, że nie chcę drugiej. By zaspokoić ciekawość, jedna wystarczy.

Drugą kulkę oddałam Mamie. Mama opisała to tak: "nie smakuje mi to. Przede wszystkim dla mnie okropny ten wierzch, ale to pewnie dlatego, że daktylowy, a ja bardzo nie lubię daktyli. Do końca jednak nie umiałam nazwać, że to daktyle. Najpierw wydało mi się to kawowe, potem gorzkie jakby przypalone. Kakaowe? No może i kakaowe. A środek też niedobry. Nie rozpoznałam pistacji. Jakiś taki bez wyrazu. Tłusty, słodki i tyle, ale aż takich skrajnych skojarzeń wytrawnych to ja nie miałam. Struktura kompletnie niezgrana, ale to w tym czekoladkach i cukierkach często tak, że polewy są za ciężkie, za twarde."


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 6,79 zł (za 30g)
kaloryczność: 397 kcal / 100 g; sztuka 30g - 119 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: daktyle suszone 59,6%, krem pistacjowy 33,3% (tłuszcz roślinny: masło shea; cukier, pistacje 20%, mleko odtłuszczone w proszku, słodka serwatka w proszku, emulgator: lecytyna), kakao w proszku z niską zawartością tłuszczu 5,9%, pistacje mielone 1,2%

piątek, 20 stycznia 2023

krem MixIt Mixitella Almond and Peanut Butter

Wiem, że kremy orzechowe mogą wychodzić bardzo różnie, bo wszystko zależy od stopnia prażenia, przemielenia, więc jak już jakieś droższe kupuję, staram się wybierać ostrożnie. Dlatego Mixitelle mieszane najpierw zamówiłam tylko dwie, uznając, że ewentualnie kiedyś jeszcze od MixIt coś zamówię. I właściwie już po Mixitelli Brownie wiedziałam, że to zrobię. Po otwarciu Mixitelli Hazelnut and Peanut Butter poczułam, że muszę to zrobić jak najszybciej. Ogólnie zakochałam się w tych kremach, więc to, że je wycofali, uważam za absurd. Cieszę się, że zdążyłam wrócić do niektórych po kilka razy, ale na dzień publikacji niestety zostały tylko wspomnienia.

MixIt Mixitella Almond and Peanut Butter to "delikatny krem z migdałów i orzeszków ziemnych".

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu uderzył zapach prażonych migdałów z nutką soli, acz w  miodzie czy karmelu (aż pomyślałam o jakimiś festynie, pachnącym migdałami w miodzie / karmelu i precelkami, mimo że nigdy nie byłam na czymś takim, wizja z popkultury). Tło należało do subtelnych, dusznych i jakby wręcz surowych fistaszków. Po uporaniu się z olejem zapach ogólnie się wygładził, choć na intensywności nie stracił, a przybrał. Zmienił nieco charakter na delikatniejszy, echo słoności się rozmyło, a on zaczął sprawiać wrażenie bardziej karmelowo-miodowego. Krem w trakcie jedzenia pachniał bardziej (ale nie mocno) słodko.

Oleju wydzieliła się ogromna ilość, z czego zlałam prawie trzy łyżki, a resztę (około 1,5?) wymieszałam. Na wierzchu bardzo dokładnie, niżej niezbyt dokładnie (lubię sprawdzać sobie różną konsystencję, ale i leniwa jestem). Mieszanie było średnio trudne; miejscami pasta pozbijała się w grudki, ale w końcu udało mi się. Już na oko widać, że mikroskopijne kawalątki to żadne tam kawałki do gryzienia. Zaplątało się trochę skórek (mimo że pasta ponoć z łuskanych; mnie to jednak nie przeszkadza).
Wierzch był spodziewanie rzadszy niż reszta, ale całość można uznać za gęstą i ciągnącą. Krem był bardzo zwarty, ani trochę nie oleisty. Okazał się kremowo-maślany, z leciusieńkim jedynie efektem chropowatości. Nie był idealnie gładki, ale - ku mojemu zaskoczeniu - nawet drobinek w nim nie uświadczyłam. Był... niegładki, o! Raz po raz trafiałam jedynie na mikroskopijne... czy wręcz malusieńkie jak atomy, drobineczki, które w sumie można jakoś pociamkać, acz nie ma takiej potrzeby. Wydaje mi się, że to były skórki, wprowadzające specyficzną suchawość. Im głębiej, tym bardziej zwarty i suchszy (ale nigdy po prostu "suchy") był krem. Na samym dnie nieco suchawy, wciąż jednak kremowy i przyjemny.
W ustach rozpływał się w tempie umiarkowanym, zalepiając zupełnie. Całość była niegładka - wyczuwalnie chropowata, mimo że mocno przemielona. Zęby i podniebienie jakby powlekał gęsty kremo-smar, potem trochę rzednący. Przypominał klej, kleił się do zębów, by jakby przybrać na gęstości, a potem "łaskawie" odpuszczać, popisując się gęstą kremowością. Był sycący i jakby pełny; niby suchawy, co chowało tłustość, ale nie mogę nazwać go suchym (daleko mu do tego). Pod koniec rozpływania się porcji w ustach na języku ostawały się trzeszczące farfoclowe drobinki, kojarzące się nieco z marcepanem. Ciamkałam je sobie, acz gryzieniem w sumie nazwać tego nie można (było to jak gryzienie kremu, nie kawałków).
Moja ulubiona konsystencja to ta "dość dokładnie" przemieszana (po zlaniu części oleju), tak ze środka słoika.

Od pierwszej sekundy po ustach rozbrzmiewał intensywny smak fistaszków o duszno-słodkim charakterze. Miały delikatny, niemal surowy wydźwięk. Pomyślałam o maślanym nugacie, słodzonym odrobinką miodu.

Dość szybko odezwały się migdały, przerywając fistaszkom prażoną nutką. Weszły jako wątek nieco wytrawniejszy, jednak potem i one przystały na bardziej słodkawe klimaty. Pomyślałam o prażono-karmelizowanych migdałach, a potem migdałach w miodowo-karmelowej, niezwykle cieniutkiej, skorupce. Ta potem opadła, zniknęła, a migdały wydały mi się słodkawe znikomo, bardziej neutralne. Myśl o karmelowym nugacie z migdałów czasem w tle się jednak przewijała, bo chyba spodobała im się ta tonacja fistaszków.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji fistaszki i migdały w zasadzie zlały się w jedno. Było to trochę duszne, maślano-nugatowe i słodkawe, ale wcale nie ciężkie. Pasta wydała mi się aż surowawa, neutralna. Z pewną powagą? Odnotowałam nostalgiczny, trochę... marcepanowo-drzewny akcent? Ale marcepanu jakby prawie zupełnie niesłodkiego, czystego.

Z czasem to znów fistaszki zaczęły dominować. Wyprzedziły migdały jako surowawe fistaszki w skórkach, wniosły lekką gorzkawość i naturalną, maślaną słodycz. Wróciła myśl o delikatnym nugacie posłodzonym jasnym miodem.

Ciamkane kawalątki podbijały smak migdałów i fistaszków, czasem trochę prażenia, czasem gorzkawość skórek. Te momentami przejawiały jakby... smakową neutralną suchawość migdałów? Pomyślałam o drzewach.

Po zjedzeniu został posmak słodkawo-maślanych, niemal neutralnie mdławych (w pozytywnym sensie) fistaszków z echem prażono-podkarmelizowanych migdałów. Te zostawiły echo... niemal neutralnych migdałów i orzechów, chrupanych wśród drzew.

Całość smakowała mi, choć bardzo mnie zaskoczyła. Nie wpadłabym, że dominować będą fistaszki - w dodatku tak! Wydawało się, że to swoją słodkawą delikatnością górują nad prażonymi migdałami. Fistaszki kontrastowo wyszły aż jakby surowo. Słodycz jednych i drugich udawała odrobinkę miodu i karmelu, nabudowała też duszno-nostalgiczny klimat, co mnie zaintrygowało. Mimo słodyczy, wyszło spokojnie i wytrawnie. Nie tak delikatnie, jak wychodzą czyste pasty z arachidów, ani tak konkretnie jak z migdałów. Wyważony i uniwersalny krem, a zarazem najmniej charakterystyczny z całej trójki. Stąd smakował mi najmniej, ale wciąż smakował bardzo.


ocena: 8/10
kupiłam: mixit.pl
cena: 22,09 zł (za 250g)
kaloryczność: 594 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie (nawet gdyby nie wycofali)

Skład: migdały prażone łuskane 60%, orzeszki ziemne prażone łuskane 40%

PS A zostając w tematyce kremów orzechowych, zapraszam na smutną aktualizację (Sante) Auchan Peanut Paste Smooth 100 %, bo 16.01.2023 otworzyłam nowy słoik i... Sami przeczytajcie.

niedziela, 4 września 2022

krem MixIt Mixitella Cashew and Peanut Butter

Po Mixitelli PB & orzechy laskowe już wiedziałam, że cała seria będzie arcypyszna i pożałowałam, że kupiłam tylko dwa warianty. Wiedziałam jednak, że na dniach to zmienię, wolałam jednak najpierw wyjeść pasty, które już miałam. Najpierw założyłam, że dzisiaj opisywana będzie lepsza od mieszanki ziemnych z laskowymi, ale tamta okazała tak wybitna, że aż trudno mi było sobie wyobrazić lepszą. A jednak orzechy nerkowca to moje ulubione. Z tym że jako orzechy. Z mieszaną pastą mogło być różnie, bo zależy od tego, jak wyraźnie i w jakim kontekście co czuć. Czy możliwe, bym wolała mieszankę z laskowymi?

MixIt Mixitella Cashew and Peanut Butter to "delikatny krem z prażonych orzechów nerkowca i orzeszków ziemnych".

przed i po zlaniu/ogarnięciu oleju
Po otwarciu uderzył zapach naturalnie słodkawych orzechów nerkowca o delikatnym charakterze, z nieco naturalnie maślano-oleistym akcentem. Czułam minimalne prażenie, które należało raczej do fistaszków. Przy nich raz czy dwa mignęła mi iluzja soli, ale w zasadzie zaraz odchodziła w niepamięć na rzecz maślanych nerkowców, które przybrały na intensywności i głębi z czasem, w trakcie jedzenia, gdy uporałam się z wydzielonym olejem. Całość jawiła się jako mleczno-maślanie ciężkawa i nieco duszna, ale w apetycznym sensie.

Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju, z czego jakieś (niecałe?) dwie łyżki zlałam, a resztę (1-2 łyżki?) przemieszałam. Bardzo dokładnie do połowy słoika, resztę trochę byle jak, bo lubię sobie sprawdzać, jak prezentuje się różna konsystencja.
Krem okazał się zaskakująco gęsty i zwięzły, trochę ciągnący. Było w nim coś oleistego, ale w trakcie jedzenia ten element ukrywał się zupełnie, mimo że powlekało to-to oleiście zęby.
Pasta była się raczej gładka, w zasadzie prawie bez miazgowego efeku (określam tak występowanie mikroskopijnych drobinek). Tu niby drobinki się znalazły, ale w sumie nie... Dosłownie pojedyncze się zdarzały, acz jak się skupiłam, dałam radę wyróżnić miękko-twardsze (obstawiam nerkowce) i bardziej trzeszczące (fistaszki?). Krem był tak gęsty, że abstrahując od nich, dało się go trochę pociamkać.
Całość była tłusta w punkt, w sposób kremowy i ciężkawy, ale nie nazbyt ciężki. Zalepiała usta zaskakująco słabo, choć rozpływała się długo. Jeszcze jakby gęstniała, rozkręcała się w swojej sytości, a potem rzedła jak śmietankowo tłusty, ale zachowawczo... sernik? Masywna, pełna, a jednak nie przytykająca.
W całości widać ciemniejsze kropeczki, ale to nawet nie drobinki orzechów (dosłownie kropeczki).
Na spodzie masa oczywiście była nieco suchszo-gęstsza. Zaskoczyła mnie tym, że w zasadzie nie wydawała się tłusta, ale sucha też na pewno nie. Utrzymała pewne nasączenie tłuszczem, jak... spód sernika. Było w niej w dodatku coś gumiastego.
Moja ulubiona konsystencja tej pasty to zdecydowanie ta po zlaniu oleju i przemieszana w miarę dokładnie, tak mniej więcej w połowie słoika. Mimo gęstości, przemieszanie raczej nie sprawia kłopotów.

W smaku w pierwszej sekundzie uderzyły równocześnie wyrównane fistaszki i nerkowce. Wydały się wręcz jednością, co było trochę dziwne. Słodkawe, maślane...

I po chwili nerkowce wygrały, pozostawiając arachidy daleko w tle. Roztoczyły po ustach swoją delikatną, naturalną słodycz. Pojawiła się przy niej maślana naleciałość, niemal mleczny wątek. Słodyczy już nic nie hamowało - wzrosła i wyszła na przód. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji wydała mi się aż nierzeczywista, a jednak naturalna. Orzechy nerkowca musieli podprażyć minimalnie, bo chwilami wydawały się wręcz surowe.

Fistaszki z tła też były delikatne, prażone tak delikatnie, że aż surowawe. Dodały nerkowcom trochę wytrawniejszego, cięższego echa, ale i one uległy. Także zdecydowały się na naturalną słodycz. Pomyślałam o śmietankowo-maślanym serniku, może jakimś udziwnionym wegańskim. Maślane, słodkie nerkowce z czasem zasugerowały też naleśniki z serem. Za tymi optowała leciutka nuta oleju orzechowego, prażenie (przekładając się na myśl o tworze z patelni)...

Z czasem właśnie prażona nutka trochę wzrosła. Po naleśnikach wprowadziła cieplejszy aspekt, , który zasugerował leciusią goryczkę, ale... nie ośmieliła się wychynąć bardziej, by jakkolwiek zaburzyć błogi smaku nerkowców. Ten z czasem trochę stonował swoją słodycz. Wyobraziłam sobie nernik (sernik z nerkowców, kiedyś jadłam np. Nernik cytrynowy w Legal Cakes) na charakterniejszym, sowicie przypieczono-prażonym spodzie za który odpowiadały fistaszki. Dosłownie raz czy dwa na cały słoik zrobiły aluzję do szczypty soli, ale zaraz jakby się zawstydziły i podporządkowały orzechowemu sernikowi... pod koniec już nie aż tak nerkowcowemu. Wtedy chwilami (w zależności od łyżeczki) fistaszki tak napierały na nerkowce, że zrównywały się z nimi, czasem nawet próbując wyprzedzić.

Po zjedzeniu został dość wyważony posmak nerkowców i fistaszków, z drobną przewagą słodkawych pierwszych. Niby czuć lekkie prażenie, oleistość, ale zwłaszcza fistaszki wyszły wówczas aż surowawo. 

Całość uważam za przepyszną, aczkolwiek - mu mojemu zaskoczeniu - ciut mniej niż Mixitella PB & laskowe. Charakterniejsze laskowce w duecie z fistaszkami jakoś lepiej zagrały. Mimo to, to, jak naturalnie słodko przedstawiły się tu nerkowce, było cudowne i niespotykane. Ucieszyłam się, że delikatnie prażona nutka nie sugerowała soli (bo czasem potrafi). Skojarzenie z naleśnikami (od oleistości smakowej?) i sernikiem było bardzo ciekawe, a gęstość aż szokująca (mi się podobała).


ocena: 9/10
kupiłam: mixit.pl
cena: 23,19 zł za 250g
kaloryczność: 583 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie wykluczam

Skład: orzechy nerkowca prażone łuskane 60% , orzeszki ziemne prażone łuskane 40%

poniedziałek, 8 sierpnia 2022

krem MixIt Mixitella Hazelnut and Peanut Butter

Tak mi do głowy przyszło, że mogę sobie zrobić serię recenzji z "gładkim przejściem". Otóż po Basi Basi 100 % z fistaszków, a przed pastą 100 % z orzechów laskowych Deseo uznałam, że mogę zaprezentować mieszankę dwóch rodzajów orzechów. A też nie ukrywam, że mieszanki ciekawiły mnie, po tym jak zachwycająco wyszedł ten duet orzechów w Mixitelli Brownie.

MixIt Mixitella Hazelnut and Peanut Butter to "delikatny krem z orzechów laskowych i orzeszków ziemnych".

Po odkręceniu słoika poczułam intensywny zapach słodziutkich orzechów laskowych podprażonych i chyba właśnie dzięki temu kojarzących się lekko z orzechami w karmelu, czekoladzie... Może nawet trochę z korzennym nugatem? Były naturalnie słodkie, a ponadto wydawały się ciepłe. Mieszały się z delikatnymi, minimalnie podprażonymi i też słodkawymi fistaszkami. Te były ewidentnie na drugim miejscu za laskowcami, dokładając do tego "ciepła" pewnej dusznej ciężkawości.

przed i po zlaniu oleju
Oleju wydzieliło się sporo, z czego zlałam ponad dwie łyżki, a resztę za pierwszym razem niedokładnie przemieszałam do około połowy słoika (lubię sprawdzać różne konsystencje past; za drugim całość wymieszałam niedokładnie). Wierzch był nieco rzadszy niż reszta, którą to cechował kremowa rzadkawość (ale nie rzadkość!) aż do samego dna (gdzie jednak - spodziewanie - pasta była nieco gęstsza i bardziej zwarta). Krem jednak na pewno nie był lejący; ciągnął się za to i kleił co niemiara. Zwięzły, tłusty w kremowy sposób. Oleistość mimo takiej konsystencji była znikoma. W słoiku znalazło się sporo drobinek orzechów (i nawet trochę ciemniejszych skórek), nadających poczucia "miazgowości", takich nie do chrupania. Mimo to, chrzęszczące drobinki można było trochę pociamkać, co stanowiło urozmaicenie przyjemne i niewymagające.
Pasta błyskawicznie zupełnie zaklejała usta. Rozpływała się powoli, jakby chciała przylepić się do ust na wieki i nie odpuścić nigdy. Dała się wówczas poznać jako bardziej oleista, ale wciąż nie mocno. Nieco gęstniała, po czym sama z siebie rozrzedzała się trochę. W trakcie jedzenia kojarzyła się z gęsto-kremowymi, mocno topiącymi się lodami. Zakochałam się w konsystencji średnio przemieszanej (przypominam, że część oleju zlałam).
Wspomniane już drobinki do ciamkania nawet dzieliły się na nieco twardsze oraz wyraźnie bardziej miękkie, jak również trzeszczące niczym zmielone wiórki kokosowe. Stanowiły marginalny dodatek, ale cudnie przełamały zaklejanie i tłustość (nieodczuwalną, a jednak niewątpliwie występującą).
Im bliżej dna słoika, tym bardziej gęsta i sztywnawa (?) była pasta, aczkolwiek nie sucha. Może nieco bardziej suchawa, wciąż jednak przyjemnie kremowa. O dziwo odebrałam ją jako najmniej atrakcyjną, acz wciąż cudną.

W smaku natychmiast uderzyła zaskakująco intensywna słodycz orzechów laskowych subtelnie prażonych, które wydały mi się same w sobie lekko maślane, nugatowe. Prażona nutka zasugerowała karmel, a po chwili zaznaczała się leciutka goryczka skórek orzechów laskowych, tonąca jednak w laskowej słodyczy. Zasugerowała leciusio korzenno-czekoladowy nugat.

Po chwili dołączyły do tego również słodkawe fistaszki. Charakter miały delikatny, smak natomiast intensywny. 

I tak jednak arachidy puściły przodem orzechy laskowe. To one królowały. Z racji prażonej nutki i słodyczy, do głowy przyszło mi wyidealizowane Toffifee, potem jednak coś cieplejszego, może złudnie  korzennego i niewątpliwie słodziutkiego. Subtelna goryczka robiła raz po raz aluzje do czekolady, ale i ona tonęła w bezkresnej, naturalnie słodkawej laskowoorzechowości.

Wydaje mi się, że fistaszki nieco powstrzymały laskowce w przegięciu ze słodyczą. Mniej więcej w połowie rozpływania się masy w ustach arachidy zrównały się z orzechami laskowymi i... dodały nutę maślano-mleczną. Pomyślałam o kremie laskoowoorzechowo-czekoladowym, z echem kakao. Fistaszki wprowadziły lekko duszny motyw, pewną ciężkość... Chwilami zahaczały o nieco gorzkawo-surowe orzechy, po czym to neutralność laskowo-fistaszkowa wzrosła. Zaraz znów zrobiło się słodziuteńko, ale już o wiele bardziej "surowawo" niż prażono.

I właśnie poprzez słodziuteńkość wróciły orzechy laskowe. Lekko "czekoladowe", lekko... oleiste? Nutka oleju zawinęła się i znów wywołała nugat. Tylko że... gorzkawo czekoladowo-korzenny? Pojawiała się pod koniec i pobrzmiewała leciutko. Wyszła laskowoorzechowo, nie za mocno, acz w sposób nadający charakteru, kopa.

Po zjedzeniu został posmak głównie słodko-prażonych orzechów laskowych, ale z fistaszkami tuż-tuż za nimi. Mieszały się z gorzkawymi skórkami orzechów, otulając je też ciepłem... złudną korzennością i karmelem?

Całość bardzo, bardzo mi smakowała. Orzechy laskowe rządziły, a jednak fistaszkowe tło pozwoliło im na... snucie opowieści o wyidealizowanym Toffifee jedzonym w odwrotnej kolejności: chrupnięty prażony orzech, karmel, nugat i czekoladowe zwieńczenie. Wyraziste i słodziutkie orzechy laskowe nabrały poważniejszego, ciężkiego charakteru dzięki fistaszkom. Prażona nutka nadała ciepła, a słodycz cały czas szokowała, będąc tak czystą, naturalną i kojarzącą się z karmelem z racji prażenia. Do tego sugestia czekolady, mniam. Dobrze w Mixitelli Brownie wyczułam, że połączenie laskowców i fistaszków jest warte uwagi! Nie sądziłam jednak, że ten krem mnie aż tak zachwyci (zdecydowanie jeden z faworytów jedzonych w całym moim życiu).

Orzechy laskowe potrafią w pastach wychodzić gorzkawo - obstawiam, że na to wpływa obecność skórek. W Mixitelli wystąpiły orzechy łuskane (głównie, ale nie tylko, bo i skórki czułam), więc gorzkawość w tym smarowidle była subtelna, jak to tylko możliwe, a jednak dodająca charakteru i podsuwająca ciekawe skojarzenia z czekoladą. Myślę, że to fakt warty odnotowania przez tych, którzy goryczek w pastach czuć nie chcą - to coś idealnego dla nich. Wprawdzie Mama, która odrobineczkę spróbowała (oblizała łyżeczkę po tym, jak pomagała mi nałożyć połowę pasty do miseczki - chciałam połowę z podziałem pionowym, by mieć cały przekrój konsystencji), stwierdziła, że "zaleciała jej goryczką" i uznała, że raczej nie będzie próbować past innych niż fistaszkowa, bo boi się mocniejszej gorzkości, ale według mnie ta pasta gorzka nie była (miała jedynie takie epizody).

Wydaje mi się, że stonowanie potencjalnie zbyt lejącej konsystencji pasty laskowej fistaszkami, naturalne jej zagęszczenie, przez co efekt jest bardzo wyśrodkowany sprawiło, że to niezwykle uniwersalna pasta. Ta kojarząca się ze stopionymi lodami konsystencja to istny cud.
Pasta skradła moje serce już przy zdjęciach, kiedy to wylizałam łyżeczkę. Jedząc więcej, nie mogłam wyjść z podziwu, jak można zrobić coś tak pysznego.


ocena: 10/10
kupiłam: mixit.pl
cena: 23,19 zł (za 250g)
kaloryczność: 632 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak, gdyby nie wycofali (stale wracałam, póki nie wycofali)

Skład: orzechy laskowe prażone łuskane 60%, orzeszki ziemne prażone łuskane 40%

niedziela, 26 czerwca 2022

krem MixIt Mixitella Peanut Butter Dark Chocolate Uganda

Przy kremie MixIt Mixitella Brownie tknęło mnie: przecież tego typu kremy wychodzą podobnie do dziwnie mało lodowych lodów Syrenka, które pokochałam, a które niestety zniknęły z rynku. Zrobione z miazgi orzechowej, nie tyle topiące się, co ocieplające, były właśnie jak takie wymyślne, łączone pasty-smarowidła. Brownie miało jedną rażącą wadę: kryształki cukru. Wynikało to z dodatku cukru kokosowego (kupując byłam pewna, że będzie normalnie rozpuszczony). Nie wiem, czy miał podkręcać klimat zakalcowego brownie czy co... Mnie przeszkadzał. A jednak zachwycona niską słodyczą (w odniesieniu do np. lodów), zapragnęłam wariantu bez kryształków. Co prawda jedynie podobnego, ale co tam. Niestety czekała mnie niezbyt miła niespodzianka w postaci wytrąconych kulek starego tłuszczu na wierzchu, ale powywalałam je, a reszta kremu na szczęście nimi nie przesiąkła. Jako że to kwestia przechowywania i tego, że sklep w którym go kupiłam wysłał mi z krótką datą, tej kwestii nie biorę pod uwagę recenzując, bo to nie wina producenta i jakości (a wiadomo, że z naturalnymi kremami trzeba się dobrze obchodzić; mnie w dodatku, gdy wcześniej się z nimi kontaktowałam, pomyliły się miesiące - no comment).

MixIt Mixitella Peanut Butter Dark Chocolate Uganda to "krem z orzeszków ziemnych z ciemną czekoladą" (czekoladowe masło orzechowe z czekoladą o zawartości 80 % kakao z Ugandy).

Mój krem, jak wspomniałam, trafił do mnie w nienajlepszym stanie, bo z wydzielonymi kulkami i kuleczkami tłuszczu, ale powybierałam je z grubsza, a potem - po konsultacji z producentem, podążając za jego wytycznymi - słoik lekko ogrzałam, by się potencjalna reszta rozpuściła i przemieszała do gładszej konsystencji. Potem na długo zostawiłam w temperaturze pokojowej, by na pewno nie jeść lejącego kremu. Choć w pierwszej chwili źle to wyglądało, po tym wszystkim produkt wydał mi się normalny. Na zdjęciach głównie wersja sprzed tego całego procesu, bo nie wiedziałam, co z tego wyjdzie, a i wolałam mieć je porobione jak zawsze, po otwarciu, a potem już nie bawić się z telefonem za wiele (by nie wytłuścić, haha). Pojedynczych kulek, na jakie i tak trafiłam już na przestrzeni całego słoika nie mam zamiaru oceniać, bo to nie wina producenta.

Odkręciwszy, trafiłam na wyrazisty, lekko duszny zapach fistaszków o minimalnie prażonym, za to na pewno gorzkawym charakterze oraz gorzkiej od wysokiej zawartości kakao, czekolady. Ta wprowadziła subtelną, palono-karmelową słodycz. Z czasem jakby zachęciła do siebie orzechy, które zaczęły układać się w kakaowo-orzechowy motyw czegoś czekoladowego. W głowie błysnęła myśl: "zdrowy Snickers" jakikolwiek miałby to być twór (ciasto? baton?).

Na wierzchu wydzieliło się trochę oleju, pod którym w dodatku trafiłam na grudki tłuszczu. Pozbyłam się jednego i drugiego; oleju nie było bardzo dużo (tak około łychy?). Resztę wymieszałam niedokładnie, byle jak; mniej więcej do połowy słoika. Lubię sprawdzać różną konsystencję, więc tu liczyłam, że na dnie będzie bardzo gęsta.
Ogólnie krem okazał się gęsty, tylko troszeczkę ruchomy. Zwięzły, zwarty, ewidentnie zagęszczony od czekolady niczym topiona lub dopiero zastygająca. Wydawał się pełny, esencjonalny. Jego tłustość należała do orzechów, jednak ogólnie nie wydawała się wysoka z racji lekko pylistego echa kakao. Czułam minimalny efekt "miazgowy" (tak nazywam wyczuwalne zmielone orzeszki, ale tu na pewno nie drobinki, więc minimalny).
W ustach krem rozpływał się, jak na taki twór, bardzo powoli i gęsto. On dosłownie jeszcze na gęstości przybierał, zalepiając usta zupełnie i aż przytykając. To połączenie zalepiającego masła orzechowego i bardzo lepkiej czekolady. Okazał się zaskakująco gładki (jedynie leciusieńko "miazgowy") oraz lekko mulisty. (Kuleczek tłuszczu nie było na szczęście tak wiele.) Trochę gumiasty, trochę ciągnący... Do przytykania dokładał się też pyłek kakao pojawiający się na sam koniec i zostawiający wrażenie podsuszenia.
Tak jak myślałam, na samym dnie słoika smarowidło rzeczywiście było gęstsze i suchsze. Specjalnie takie zostawiłam, bo myślałam, że będzie bardziej w moim typie (zbyt wysoka tłustość kremów czasem mi przeszkadza), ale nie. Suchsze przytykało i wysuszało jeszcze bardziej, a i w smaku nie było tak cudnie czekoladowe, ale mniejsza o to. Lepiej, jak się zaleca, wymieszać - potwierdzam. Ogólnie bowiem, wcale nie wydaje się zbyt tłuste - to wrażenie w ogóle jakoś ucieka.

W smaku po ustach jako pierwsza rozeszła się fistaszkowa delikatność orzeszków podprażonych minimalnie. Uraczyły mnie swoją naturalną, leciutką słodyczą, dobrze wyczuwalną w czystych pastach orzechowych (100% z orzechów).

Nagle poczułam się, jakby płynęła bezpośrednio, prosto z czekolady. Jakbym jadła ciemną czekoladę o intensywnie fistaszkowej, masłoorzechowej nucie.

Pojawiła się gorzkość kakao, nakręcana lekko goryczkowatymi arachidami. Pomyślałam o mieszance orzeszków w skórkach i bez. Ciemna czekolada zaznaczyła swoją obecność, przez moment dominowała, a wraz z rozpływaniem się porcji w ustach, uwolniła subtelną słodycz.

Zachwycająco niska słodycz ciemnej czekolady wydała mi się lekko karmelowo-palona. Kiedy pasta zalepiła usta zupełnie, zmieszała się z naturalnie fistaszkową, trochę rosnąc. Ta właśnie orzeszkowa jeszcze się nasiliła i w pewnej chwili wydała mi się aż zaskakująco wysoka (pozytywnie, bo naturalnie). Pod wpływem nut karmelowej i palonej, w drugiej połowie rozpływania się porcji nadeszło skojarzenie z masłem orzechowym typu amerykańskiego ("peanut butter"). Tylko że w wersji słodkiej, nie słonej.

Cudnie gorzkie kakao zawalczyło znów o gorzkość orzeszków. Bliżej końca uderzyło, podkręciło ją - właśnie na zasadzie kontrastu do naturalnej i "karmelowawej" słodyczy. Za gorzkawymi, leciusio podprażonymi fistaszkami wciąż podążało słodko "peanut butterowe" echo. Nie odpuszczało. Przełożyło się właśnie na myśl o kakaowo-czekoladowym maśle orzechowym typu amerykańskiego.

Na końcówce kakaowy, gorzki i naturalnie orzechowy, palony smak znów zaczął dominować. Wówczas to jakby łagodność słodkiej 100%owej pasty z arachidów przejęła rolę tła, a mocno kakaowa, gorzka czekolada zajęła pierwszy plan. Raz po raz zahaczyła nawet o kakaowo-kawową (?) ziemistość. Słodycz łączyła jedno z drugim, ale też wkomponowała się w palono-poważniejszy i naturalny klimat.

Po zjedzeniu został mocno fistaszkowy posmak (wręcz czysto fistaszkowy) i pyliście kakaowy, przyjemnie gorzkawy, ale już ogólnie złagodzony. Jak po paście orzeszkowej 100% wymieszanej z sowitą ilością kakao, wraz z lekko pylistym wysuszeniem.

Nauczona doświadczeniem po Brownie, że te kremy niespecjalnie pasują do kwaskawego jogurtu naturalnego, trochę tego spróbowałam z serkiem naturalnym (Bieluch lekki - jak dla mnie jego 3% tłuszczu to idealna jego zawartość dla serka). Wyszło lepiej, bo serek miał delikatniejszy nabiałowy smak, a więc bazowo neutralny. Do tego gęstsza konsystencja sprawiła, że grudka kremu tak nie tonęła. Mieszać to trudno, a i taki sposób do mnie nie przemawia - lepiej sprawdzało się zagarnianie jednego z drugim. Nieźle wyeksponowała się na jego tle czekolada i kakao, nie "umleczniły się". Była gorzka, a jednak... delikatny serek jakby podkręcił jej słodycz, co dało efekt "serka o smaku deserowej czekolady" (nie lubię tego określenia, ale to miało taki wydźwięk). Arachidowość za to miała się świetnie. To znaczy... czuć posmak jakby naturalnie słodkawej pasty fistaszkowej, ale jakby obok i daleko za efektem serka kakaowego.
Po tym naszła mnie myśl, że ta Mixitella bardziej mi smakowała osobno, bo była bardziej czekoladowa w gorzki sposób, natomiast serki wolę z czystą pastą fistaszkową.
(Btw dzięki temu eksperymentowi uznałam, że obecnie chyba niemożliwym jest zrobienie serka / deseru czekoladowego tak, by mi smakował. Zawsze będzie za mało ciemnoczekoladowy, a za słodki, bo cukier mi zupełnie do nabiału nie pasuje. Stąd też po tym już wiem, że na blogu na pewno czekoladowy nabiał się już nie pojawi.)

Krem zrobił na mnie wrażenie, ale nie rozkochał mnie w sobie niestety. Czułam się, jakbym miała do czynienia po prostu z duetem masła orzechowego fistaszkowego i ciemnej czekolady, co jest smaczne, ale... tak bardzo subiektywnie wolę po prostu czystą pastę fistaszkową i czekoladę oddzielnie, jeśli mowa o powrotach. Taki krem z przyjemnością zjadłam, ale jako zakup raczej jednorazowy (dopuszczam też np. okazyjne kupienie świeższego w mitycznej przyszłości).
Tu właśnie chwilami (na początku zwłaszcza) wyszedł ciekawy efekt "czystej pasty 100% plus czekolady", potem iluzja bardziej masła orzechowego typu amerykańskiego (peanut butter) z czekoladą. Był zachwycająco mało słodki, a intensywnie kakaowo-ciemnoczekoladowy z jednocześnie klarownie wyczuwalną naturalną fistaszkowością. To oczywiście obiektywny plus, bo jest tym, co obiecuje nazwa.

I właśnie nie jest to coś, co mnie tak w pełni zachwyca, bo bardzo subiektywnie nie przemawiają do mnie czekoladowe masła orzechowe amerykańskie (a tu pojawiło się to skojarzenie, ale... powinno być, bo to obiecuje tytuł - teraz tylko podsumowuję swoje odczucia). Liczyłam, że wyjdzie podobniej do Brownie, tylko kryształków - co było naiwnością z mojej strony; wystarczyło pomyśleć po przeczytaniu składu. Osobiście chyba wolałabym, robiąc tego typu duet, do pasty 100% z fistaszków dosypać kakao, z pominięciem czekoladowej słodyczy, ale w sumie nie jestem pewna - po prostu brak mi doświadczenia w tego typu kremach.
Brownie był wspaniałą kompozycją z fistaszków, laskowców i czekolady - uznałabym wspomniany za smakowo lepszy, a jednak w nim przeszkadzały mi kryształki i jednak słodycz była wyższa. Na konsystencję wygrywa więc dzisiaj opisywany (pomijam wytrącone kulki).
Coś tak czuję, że gdyby połowę fistaszków z tego zastąpić laskowymi, byłabym zachwycona w pełni, a ocena najwyższa. Wtedy z ochotą bym do niego wróciła. Czuję, że do Ugandy (kakao z tego regionu miewa naturalnie ich nutę) właśnie laskowe by bardziej nie pasowały. A jednak w kategorii czekoladowych maseł orzechowych, w ciemno obstawiam, że trudno byłoby ten krem przebić.


ocena: 9/10
kupiłam: guiltfree.pl
cena: 24,29 zł za 250g
kaloryczność: 583 kcal / 100 g
czy kupię znów: raczej nie, ale gdybym dostała świeży czy mogła świeży w niskiej cenie zdobyć, to kiedyś może i tak?

Skład: 80% prażone orzechy ziemne, 20% ciemna czekolada o zawartości 80% kakao z Ugandy (kakao, cukier, częściowo odtłuszczone kakao w proszku, tłuszcz kakaowy, ekstrakt waniliowy)

piątek, 17 czerwca 2022

krem MixIt Mixitella Brownie

W 2021 roku odkryłam, że jakoś lody, które swego czasu zostały jedynymi słodyczami oprócz czekolad, na które od czasu do czasu mnie nachodziło, zaczęły wydawać się... coraz mniej tym, czego oczekiwałam. To znaczy: nie lubię zimnego jedzenia, a one właśnie - nawet takie już bardzo topiące się, jak je jadam - no jednak są zimne. W dodatku słodycz jest w nie wpisana - są, czym są, w końcu lody to słodycze. Przeszły mi i one. A czasem wciąż nachodziło mnie też na np. "połyżeczkowanie czegoś" na oglądaniu. I tu odkryłam, że niektóre pasto-kremy są bardziej w moim typie, niż myślałam. Nie dość, że nie zimne, wiele jedynie naturalnie słodkich, a w dodatku są o wiele bardziej podzielne od lodów w kubłach (a innych nie jadam). Nic, na czym łyżki by się wyginały. I tak się stało, że podczas comiesięcznych zakupów z ojcem, jego przyjazdów, zawsze mi jakiś krem wpada. Nie są to bowiem produkty, na które sama za często wydaję za duże kwoty (sama kupuję już te znane i lubiane), ale które przygarniam. Umówiliśmy się po tym, jak usiłował trafić w mój gust, władowując mnie w twory niezbyt moje, że po prostu będzie ze mną dokładnie konsultować wybór. I tak oto, że brownie to jedno z nielicznych ciast, jakie na przestrzeni lat lubiłam (i mimo nieciastowej osobowości, naprawdę dobre może i nadal mogłabym zjeść), trafił do mnie ten słoik (i nie tylko, bo tej marki skusił mnie też - nie wiem, czy nie bardziej, bo dziwny - suszony kozi ser, o którym pisałam na instagramie, acz wybierając myślałam, że jest liofilizowany). Poza tym... miałam niedosyt "czegoś browniowatego do łyżeczkowania" po lodach Gelatelli Vegan Brownie Love.

MixIt Mixitella Brownie to "delikatny krem z orzechów laskowych i orzeszków ziemnych z ciemną czekoladą", stylizowany na ciasto typu brownie.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach orzechów laskowych o wyraźnej, naturalniej goryczce i z nieco oleistym echem. Gorzkość podkreśliło i wzmocniło kakao, wplatające nutę nieprzesadnie, szlachetnie słodkiej czekolady ciemnej. Wydała się nieco duszna, przez co pomyślałam o cieście czekoladowym. Z czasem dobitniej odezwały się fistaszki, acz poprzez jakby nieco fasolową, też właśnie duszną nutę doprecyzowując ciasto jako "zdrowe brownie" (może właśnie z fasoli? przypomniał mi się baton Legal Cakes Brownie sprzed zmian). Jedząc myślałam o mocno orzechowym, wilgotnie-mulistym cieście czekoladowym. W zasadzie było w tym też coś, co mogłoby być burżuazyjną wariacją na temat nutellowo-ferrerowatego brownie dla dorosłych.

Za pierwszym razem po otwarciu czekała mnie "miła" niespodzianka w postaci naturalnie wydzielonego oleju, którego część zlałam (a nawet się oblałam; wyszło tego pewnie ponad łychę). Za pierwszym razem wymieszałam bardzo niedokładnie, byle jak, licząc w zasadzie, że konsystencja na dnie będzie dzięki temu przyjemnie gęsta (lubię w przypadku takich rzeczy sprawdzać, jak wychodzi w jedzeniu różna właśnie - od rzadszej po gęstszą). Ogólnie jednak smarowidło i tak było trochę płynne, choć nie rzadkie. Może nieco bardziej rzadko-oleiste na wierzchu, a właśnie gęstsze na dnie. Im bliżej dna, tym spodziewanie gęstsze było. Na samym dnie bardzo gęste.
Kolejne nabyte sztuki (ze znacznie dłuższym terminem ważności) były bardziej jednolite, na wierzchu wydzieliła się może niecała łyżeczka oleju i go już przemieszałam dokładniej. Tak, że żadnych grudek nie było, a tylko drobne kryształki, które pewnie po prostu "mają tam być".

Mimo jednak płynności, tego że się przelewało, smarowidło zachowało zwartość, zwięzłość. Widać zagęszczenie czekoladą. W słoiku znalazło się parę grudek czekolady / kakao i sporo kryształków. 
W ustach krem rozpływał się powoli, nieco gęstniejąc. Mocno, solidnie zalepiał i oblekał zęby, podniebienie, język. Wydawał się wkradać w każdy zakamarek w nieco ciastowo-papkowatym kontekście. Raz czy dwa mignęło skojarzenie z zakalcową / surową masą na ciasto brownie jeszcze z nierozmieszanym cukrem. To trochę ratowało sytuację.

W trakcie jedzenia krem dał się poznać jako bardzo pyliście-proszkowy, suchawy od kakao oraz muliście-tłustawy w nieco ciastowy sposób. Tłusty jak typowa średnio gęsta pasta z orzechów. Przy każdej łyżeczce początkowo odnotowywałam też "miazgowy" element, jednak szybko okazywało się, że to nie drobinki orzechów, a kryształki cukru. Chrupanie ich było paskudne, ale na szczęście względnie nieźle rozpuszczały się wraz z całą masą. Ten właśnie sposób, czyli pozwolenie kremowi na swobodne rozpływanie się, pracował najlepiej (cukrowość wtedy się kryła). Te kryształki bardzo, bardzo irytowały; odebrały sporą część przyjemności z jedzenia. Mimo wszystko, konsystencja zła nie była. Może tylko niezbyt funkcjonalna.* Całościowo ta proszkowa pylistość odwracała uwagę od tłustości, a pod koniec jedzenia nawet wysuszała, neutralizując tłustość, co uważam za ogromny plus.

W smaku pierwsza uderzała smakowita gorzkość, przepleciona słodyczą. Kakaowo-czekoladowy wątek zgłosił swoją obecność pierwszy, po czym przepuścił inne smaki.

Poprzez gorzkość weszły orzechy laskowe, eksponując w jej zakresie swoją naturalną, należącą do skórek. Wyrwały się niemal na przód, gdzie zaraz zmieszały się z pylistym, gorzkawym kakao. Było proste, acz smakowicie wyraziste. Szybko przyszło mi do głowy nieco ziemiste brownie zrobione m.in. na bazie orzechów.

W ciastowości pojawiła się lekka duszność, po czym wzrosła słodycz. Początkowo wyraźnie orzechowa, naturalna. Słodziutkie laskowce okazały się jednak podkręcone. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa raz i drugi błysnęła mi lekka, specyficzna, nieco rześka słodycz. Trochę karmelowa? Rozchodziła się od kryształków. Była zachwycająco niska i uwypuklająca tę naturalną, orzechową. Dodatkowo umożliwił to delikatniejszy motyw chyba odrobinki mleka i masła. Razem z konsystencją raz i drugi zasugerowało to masę na brownie. Do głosu doszły też fistaszki, pilnujące, by słodycz trzymała się konwencjonalnego ciasta typu brownie i ciemnej czekolady. 

Gorzkość zmieszana ze słodyczą serwowała bowiem wykwintną, delikatną ciemną czekoladę o sowitej ilości kakao. Orzechy nie dawały o sobie zapomnieć, bo i fistaszki nasiliły się. Razem z laskowymi cały czas grały na skojarzenie ze zdrowym ciastem zrobionym właśnie z orzechów (mąki orzechowej i/lub fasoli). Takie, do którego nie żałowano gorzkiej, bogatej w kakao czekolady.

Po zjedzeniu został posmak fistaszków otulonych gorzkawą, subtelnie (wręcz skąpo) słodką czekoladą. Do tego lekko pyłkowy, suchy motyw kakao, który to harmonijnie zgrał się z goryczką laskową. On przyjemnie także podsuszył usta, zerując poczucie tłustości.

Całość okazała się pysznym, orzechowo-ciastowym kremem czekoladowym w słoiku. W sumie efekt mnie nie zaskoczył całościowo, ale... pod względem gorzkości tak - ta zasługuje na uznanie. Podobnie przecudownie niska, ukryta za naturalną orzechową, słodycz. Krem byłby przecudowny i smakowo równie dobry jak Zotter Crema Choco / Schoko / Nuss + Schoko Extradark Vegan, jednak sprawę zawaliły kryształki pod względem struktury. W smaku cukru kokosowego było niewiele, bo jak pisałam, nie było to bardzo słodkie, ale ich obecność drażniła.
Smak tknął mnie, że już wiedziałam, że koniecznie muszę spróbować z jogurtem (ok, obstawiam, że bardziej niż naturalny, który akurat miałam kupiony, pasowałby grecki jak np. Piątnicy czy dobry naturalny serek). Zwłaszcza, że tygodniami chodził (acz już przestał) za mną dobry, wyraźnie gorzki czekoladowy deser.
Połączenie to niezbyt się sprawdziło, acz nie było złe. Nie do końca pracowało na strukturę, bo jak tylko chlapnęłam łychę kremu do jogurtu, ten zaczął tonąć, a z racji zwięzłości niespecjalnie chciał się z bazą przemieszać. Acz... tak tylko zagarniając jedno z drugim w sumie wyszło lepiej. Szkoda tylko, że gruda kremu tonie, mimo że do jogurtu dodałam tę rzadszą część. Za to kryształki cukru w zestawieniu z jogurtem wyszły wręcz podle; irytowały bardzo-bardzo.
Zagarniane z większą ilością kremu, smakowało to gorzkawo czekoladowo-orzechowo, ale tak zwyczajnie, "browniowatość" trochę uciekała. Z większą ilością jogurtu natomiast wcale wydawało się to po prostu czekoladowe, a kryształki cukru bardziej dawały się we znaki, kwaskawy jogurt dziwnie dosładzając (nie toleruję jogurtów z cukrem). Mnie słodycz do jogurtu nie pasuje, a on właśnie z kremu ją wydobył. Choć nie było to złe, wyszło łagodnie i zwyczajnie czekoladowo-kakaowo. Miałam wrażenie, jakby smarowidło i jogurt nieco walczyły ze sobą. 

Większość potraktowałam jako "masę kremo-ciastową do łyżeczkowania". Pomyślałam przy tym, choć to jedynie skojarzonko, nie skojarzenie, o lodach Syrenka na bazie orzechów, ale nie np. o wariancie Podwójna Czekolada, a Brownie (gdyby taki istniał).

*Ja go sobie łyżeczkuję, ale wiem, że niewiele osób stawia na takie rozwiązanie. Nie widzę zbyt wielu zastosowań dla tego kremu, bo nie przemawia do mnie perspektywa jedzenia go z czymś do gryzienia (choćby z waflem, naleśnikiem, gofrem) przez kryształki cukru. Z kolei z np. jogurtem, choć ok, też nie jest to do końca to. A do czegoś na ciepło? Wtedy kryształki może by się rozpuściły, ale obstawiam, że element ciastowości by uciekł.
Takich rzeczy na pieczywie nie lubię - do moich żytnich razowców nie pasuje nawet obiektywnie - czuję to! Chociaż tak nie próbowałam.
W moim przypadku to "produkt do łyżeczkowania" - jako taki spisuje się bardzo dobrze, tylko te kryształki... właśnie za nie nie przyznałam maksymalnej oceny. Krem zawsze jadam, czasem część kryształków "wydzióbując" mini widelczykiem.
Niestety, nim opublikowałam tę recenzję, MixIt wycofało Mixitelle, co było dla mnie ogromnym ciosem. Na szczęście zdążyłam kilka słoików przejeść.


ocena: 9/10
kupiłam: Allegro po raz pierwszy; kupowałam od mixit.pl
cena: przeważnie 32,49 zł, choć czyhałam na promocje; gdy dowiedziałam się, że wycofali, kupowałam, gdzie się dało za 32-34 zł
kaloryczność: 567 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak... kupowałam, dopóki były

Skład: orzechy laskowe 30%, orzeszki ziemne 30%, czekolada gorzka Uganda 10% (kakao, cukier, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy), odtłuszczone mleko w proszku, kakao, cukier kokosowy, masło klarowane