Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GymBeam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GymBeam. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 września 2026

krem GymBeam Almond Butter + Coconut + White Chocolate / Masło migdałowe z kokosem i białą czekoladą

Do dziś przedstawianego kremu miałam bardzo mieszane uczucia. Jak zwykle: podobało mi się połączenie kokosa i migdałów, bo obiecywało efekt pyszny i... naturalnie słodki. Stąd nie rozumiem i nigdy nie pojmę, dlaczego różne marki go zawsze uparcie dosładzają czy to cukrem, czy białą czekoladą. To już zawsze grozi przesłodzeniem. I sprawia, że do takich wariantów jestem sceptyczna. Dziś opisywanego, mimo że wiem, że marka Gym Beam potrafi zrobić przepyszne pasty i dlatego weszłam z nią we współpracę, sama bym nie kupiła. Za duże ryzyko przesłodzenia. Skoro jednak pojawiła się okazja otrzymania kremu, postanowiłam dać szansę. A może miało to być przesłodzenie w dobrym stylu?

GymBeam Almond Butter + Coconut + White Chocolate  / Masło migdałowe z kokosem i białą czekoladą to krem z surowych blanszowanych migdałów i kokosa z białą czekoladą.

Po otwarciu poczułam zapach przede wszystkim kokosa, dokładniej wiórków kokosowych o naturalnej słodyczy. Był to zapach łagodny i zaskakująco naturalny. Trochę kojarzył się z Orzechownia Miazga orzechowa o smaku Kokosowej Praliny, ale w wersji biało migdałowej (nie nerkowcowej). Nie wydawało się, by kokos był tu jakoś szczególnie mocno dosłodzony, a tylko troszeczkę. Białą czekoladę na tym etapie jako element dodany trudno rozpoznać, acz czuć, że krem dosłodzono (nie jednak bardzo). Można by się nabrać, że to słodki kokos ze wsparciem delikatnych płatków migdałowych ją tak tylko sugerują.

Na wierzchu olej prawie się nie wydzielił, a krem wyglądał na zastygły jak polewa z czekolady i twardy, a tylko pokryty znikomą warstwą oleju. Tak cienką, że nie było, co zlewać, ale dodającą temu... wilgotny połysk? Wystarczyło jednak tylko tknąć łyżeczką, by okazał się wilgotny i wręcz luźny.
Podczas mieszania krem nie wykazywał najmniejszego oporu. Okazał się średnio gęsty, jakby złożony z grudkowej masy z przewagą kokosa oraz oleju. Ciągnął się i już na tym etapie dał się poznać jako niegładki i potencjalnie nawet niekoniecznie kremowy. Wydawał się oleiście tłusty.
Widać w nim pojedyncze ciemne kropeczki, a także mnóstwo przemielonych wiórków.
Gdy jadłam, krem od razu wydał mi się luźny. Chwilowo zalepiał usta i jakby szybko gęstniał, aż nieco przytykał, po czym nagle łatwo się rozpływał, rzednąc i zapominając o zalepianiu czy gęstości. Przypominał wtedy trochę nadto rozrzedzony kokosowy marcepan z motywem proszkowym, który to efekt z czasem krył się wśród wiórków. Krem był rzadkawy, ale w specyficzny sposób, i oleiście tłusty. Zmieniał się w zawiesinę z jakby nieco rozwodnionego oleju i średnio przemielonych, siekanych kawałków i wiórków kokosa z dodatkiem mąki migdałowej. Migdały tu jakby nie chciały za bardzo stworzyć integralnej masy z kokosem, który dużo miał w sobie z miazgi i oleju kokosowego. Mimo to krem nie był po prostu lejąco-rzadki. Półpłynny i nawet dość zwarty, ale właśnie... rzednący. Czekoladowa kremowość wydała się mi w nim marginalna.
A gdy krem zniknął dość rzadko, w ustach zostawał posiekany, wiórkowy kokos i pojedyncze kawałeczki migdałów. Zarówno cała masa gryziona trzeszczała i skrzypiała, jak gryzione na koniec drobinki i kawałki trzeszczały i skrzypiały. Trochę jednak inaczej. Masa wydawała się trzeszcząca w pylistym kontekście, a pozostałości na koniec trzeszczały i skrzypiały głównie za sprawą wiórków kokosowych, ale z marcepanowym echem.
To, co zostało można było gryźć i gryźć. Dominował siekany kokos, wiórki o chrupko-soczystej strukturze, który wyszedł masywnie. Pojedyncze kawałki migdałów były małe, ale i one wpisały się w to poczucie konkretu, mimo że twarde nie były.
Krem pozostawiał po sobie wrażenie otłuszczonych ust.

W smaku pierwsza na przód wyskoczyła słodycz. Silna, bo złożona z intensywnej, naturalnej słodyczy kokosa oraz nieco cukrowa. Ta druga pomknęła do gardła, acz nagle jakby straciła zapał.

Kokos dał się poznać jako wiórki kokosowe o naturalnej, imperatywnej słodyczy. Bez trudu zajęły pierwszy plan, przybierając tam na kremowości. Łatwo o myśl o naturalnym, choć słodkim kremie kokosowym i wafelku kokosowym, konkretniej o wyidealizowanej Princessie. Cukrowość podporządkowała się kokosowi i choć ogólnie było bardzo słodko, wydawało się, iż wycofała się w pośpiechu.

Do kokosa po paru chwilach dołączyły delikatne migdały, najpierw podczepiając się pod motyw wafelka, a potem podmieniając go. Przewinęła się myśl o Raffello, ale długo się nie utrzymała. Na myśl przyszły mi płatki migdałowe, migdały blanszowane. One też dołożyły się do słodyczy, ale już jej nie wzmacniając, a przekierowując na jeszcze bardziej naturalny tor.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach wiórkowy kokos i płatki migdałów zrównały się. Migdały, delikatne w wydźwięku, ale nie w smaku, na tym nie zatrzymały się i po paru chwilach to one wyszły na przód. Niczym szlachetny krem z naturalnie słodkich migdałów, krem leciuteńko... domowo marcepanowy? Mąka migdałowa?

Do tych nut dochodziła też słodycz, już ta dodana. I tak pomyślałam o batonie z blanszowanych migdałów zmielonych na mąkę w białej, czekoladzie; jakimś zdrowszym cieście bez pieczenia z migdałów i kokosa też właśnie dosłodzonych białą czekoladą. Jawnie cukrową, maślaną, ale nie zasładzającą zbyt okrutnie na smak.

Jedynie w gardle biała czekolada z poczuciem drapania się za bardzo zaznaczała. W kompozycji smakowej była podległa migdałom i kokosowi. Z których to na końcówce, wraz z tym jak wiórki zaczęły przeważać nad resztą masy, wiórkowy kokos znów dominował.

Gryzione na koniec kawałki okazały się głównie kokosem. Smakowały właśnie słodkimi w naturalny sposób wiórkami. Były intensywne, pełne smaku, toteż bez trudu tonowały smakową słodycz białej czekolady. Czasem wśród nich zaplątał się subtelny akcent migdałów bez skórek.

Po zjedzeniu został posmak wiórków kokosowych i płatków migdałowych, złączonych naturalną słodyczą i swoistą łagodnością. Trochę cukrowa słodycz stanęła za nimi, ale jakby lękała się bardziej narzucać i udanie trzymała tyłów i tylko w gardle pozwoliła sobie lekko się zaznaczyć jako drapanie.

Całość wyszła smacznie, aż się zdziwiłam. Podobało mi się to, jak schowała się słodycz "dodana". Biała czekolada przez większość czasu była bardzo nieoczywista. Można by się nabrać, że całość była słodka tylko za sprawą naturalnego smaku wiórkowego kokosa i blanszowanych migdałów, a dokładniej płatków migdałowych. Myślę, że wystarczyłyby - gdyby nie dodano białej czekolady albo dodano jej mniej, nie drapała by w gardle. A ten efekt akurat oczywiście mi się nie podobał. Zdecydowanie mogłoby więc być odrobinkę mniej słodko, ale obiektywnie krem na pewno do przesłodzonych nie należał.
Łatwo rzednąca, zawiesinowa i tłusta konsystencja mnie nie chwyciła, ale tragedii nie było. Wolałabym coś bardziej kremowego, jednak przy tej oleistej tłustości dobrze, że było tak wiele wiórków i drobinek, wymuszających ciągłe gryzienie.

Raz porcję z przyjemnością zjadłam po prostu łyżeczką (czyli jak zawsze), ale nie był to wymarzony deser, bo jednak ta konsystencja jakoś tak... niezbyt nadawała się do takiego jedzenia. Raz, drugi, ok, ale nie więcej. Stąd zaczęłam kombinować i oczywistym wyborem wydało mi się dodanie kremu do twarożku z migdałami: większością blanszowanych (bo założyłam, że będą pasować wydźwiękiem) oraz dodatkiem tych w skórkach. W takim wydaniu wady konsystencji się ukryły i krem dobrze pasował. Smakowo... był mniej słodki, ale nadal wyczuwalnie "dosłodzony" (to stwierdzenie, nie zarzut). Z migdałami blanszowanymi po prostu jako tako współgrał, natomiast z migdałami w skórkach zagrał bardzo dobrze, bo to połączenie umacniało skojarzenie z Raffello. Za to sama twarożkowa baza podkreślała w kremie mleczność, więc sprawiał wrażenie bardziej słodko-mlecznego niż białoczekoladowego. Udany słodki posiłek, ale też nie chwycił mnie tak bardzo, bym chciała do niego wracać.

Konsystencja przeważyła o tym, że wystawiłam mu niższą ocenę niż Grizly Krem migdałowy z białą czekoladą i kokosem. I w podlinkowanym bardziej odpowiadał mi charakter migdałów w skórkach, acz trudno te kremy porównywać, bo tamten był po prostu o wiele bardziej migdałowy, kokos robił tylko za dodatek. Dzisiaj przedstawiany to duet migdałów - w dodatku blanszowanych - i kokosa.
Na pewno w każdym aspekcie wyszedł lepiej niż przesłodzony i zbyt lejący Vilgain Sweet Nuts Coconut Almond czy tragicznie kryształkowo cukrowy Sticky Blenders Kokos.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 27,90 zł za 340g
kaloryczność: 657 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: migdały łuskane 40%, kokos 40%, biała czekolada 20% (cukier, masło kakaowe, mleko w proszku, lecytyna sojowa E322)

piątek, 31 lipca 2026

krem GymBeam Hazelnut Butter / Masło z Orzechów Laskowych 100 %

Wybierając, jakie kremy chcę otrzymać od lubianej przeze mnie marki GymBeam, dziś przedstawiany był oczywistym wyborem. Bardzo lubię kremy 100% z orzechów laskowych i od dłuższego czasu są stałymi bywalcami mojej komody i lodówki. To, jednak, jak interesujący jest ten konkretny krem, wyszło na jaw dopiero jakoś dzień czy dwa przed jego degustacją. Na słoiku nie znalazłam żadnej wzmianki na temat prażenia orzechów i tknęło mnie, by zapytać. Otóż okazało się, że marka robi go z orzechów nieprażonych, surowych. Wow, z takim chyba jeszcze do czynienia nie miałam! A trzeba Wam wiedzieć, że normalnie - gdy mowa o samych orzechach - zdecydowanie wolę surowe niż prażone.

GymBeam Hazelnut Butter / Masło z Orzechów Laskowych to krem 100% z surowych orzechów laskowych.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu przywitały mnie naturalnie bardzo słodkie orzechy laskowe. Bez wątpienia były to świeże orzechy. Nie tylko świeże w sensie "nie prażone", ale bardzo, bardzo świeże, jakby tylko co zerwane i wyłuskane z łupinek. Celowały w wizję orzechów w dużej mierze bez skórek, acz ich akcent zaznaczył się nienachalnie w tle. W dużej mierze jednak odciągał od nich motyw niemal roślinny: łagodny i rześki.

Na wierzchu wydzieliło się bardzo dużo oleju.
Od razu wymieszałam 3-4 łyżeczki. Po otwarciu zlałam 13 łyżeczek, z czego potem w miarę jak jadłam, dolewałam po trochu i tak wróciło 6 łyżeczek (lubię móc kontrolować konsystencję). Upraszczając: z ogólnie wydzielonych 66g oleju na cały słój wymieszałam 38g.

. Krem pod olejem bardzo wysechł i zrobił się dość twardy, ale mieszanie o dziwo nie było bardzo wymagające. Podeschnięta masa ochoczo przyjęła olej. Krem choć gęsty i przez pewien czas grudkowaty, wydał mi się miękki i uległy, więc po paru chwilach mieszania uzyskałam jednolitość. Widać, że nie był gładki, a upstrzony kropeczkami i drobinkami, potencjalnie bardzo miazgowy i oleisty. Ciągnął się, wykazując zwięzłość.
Od pierwszej sekundy w ustach gęsty krem jakby rozkręcał się, na gęstości jeszcze przybierając. Rozpływał się powoli, chwaląc się mocno miazgową konsystencją. Tłustość rozkręcała się, serwując nieco oleisty motyw, ale w końcu zatrzymała się na średnio-wysokawym poziomie, który nie przełożył się na ciężkość. Jego tłustość szła troszeczkę w kierunku kremów z orzechów włoskich i pekanów (jakby do laskowych ich trochę dodano). Całość wydała mi się miękka i w pewnym sensie aksamitna, choć na pewno nie gładka.
Pasta gryziona całościowo skrzypiała, trzeszczała w twardawo marcepanowym stylu.
Po zniknięciu masy, w ustach za każdym razem zostawało mnóstwo drobinek i kawałeczków. Gdy gryzłam je na koniec, po kremie, również w większości były skrzypiące-trzeszczące, a zarazem chrupkawe. Odebrałam je jako niemal soczyste, ale zarazem konkretne i sporadycznie twardawe.

W smaku od razu poczułam delikatną, niską, ale nie mdłą słodycz. Należała do świeżych, niemal soczystych orzechów laskowych. Takich tylko co zebranych i rozłupanych chwilę wcześniej.

Ich delikatna słodycz... przez chwilę czy dwie to w zasadzie jedynie mgliście słodkawy motyw. Słodycz zeszła na niski poziom, dopuściła do głosu motyw jakby roślinny - świeży niczym powietrze, gdy pada, niczym zmoczona deszczem leszczyna. Cała ta roślinność wypływała z orzechów i umacniała wizję surowych. Czasem bardzo subtelnie zdradzało swoją obecność echo skórek orzechów. Ale nie gorzkość.

Nagle słodycz podskoczyła. Zajęła średni poziom, bo choć wzrosła od początku, to jednak bardzo wysoka się nie stała. Czy to delikatna, czy już ta silniejsza, świetnie czuła się na pierwszym planie i dyrygowała innymi nutami.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach przywołała szlachetną, subtelną goryczką świeżych skórek surowych orzechów. Dodawała kremowi głębi, długo trzymając się z tyłu.

Jako że słodycz wzrosła znacząco, goryczka w zasadzie jawiła się jako nieistotna. Motyw skórek za to owszem. Nie była to typowa gorzkość, raczej wytrawność, przełamująca słodycz.
Skórki mieszając się ze słodyczą laskowców czasami robiła aluzje do pieczonego biszkoptu orzechowego - z tym, że osadzonego w surowych realiach (ma to sens?). Słodko-wytrawnego w taki naturalny, nienachalny sposób.

Gryzione drobinki orzechów kontynuowały naturalnie słodki, ale już zdecydowanie mniej, bo jedynie słodkawy, i świeży smak orzechów laskowych ze skórkami. Wśród drobinek skórki odegrały ważniejszą, choć nadal nie bardzo silną i nie gorzką, rolę.

Po zjedzeniu został posmak świeżych, słodkawych orzechów laskowych z leciutko zaznaczonymi skórkami. Zupełnie jakbym jadła młode, soczyste orzechy, wśród których tylko co jakiś czas zdarza się zaplątać jakiemuś w skórce. Wydawały się niespotykanie słodkie i miały w sobie coś lekko świeżo-roślinnego, co mnie kojarzyło się z mokrą od deszczu leszczyną.

Krem był nie dość, że przepyszny, to jeszcze niespotykany. Jedyny w swoim rodzaju. Jadłam wiele kremów, w których pojawiały się sugestie świeżych orzechów, tak lekko prażone były, ale to, jak jednoznacznie świeże orzechy czułam w tym, było... wow, niecodzienne. Przy okazji zaskoczyła mnie ich słodycz - rzadko trafiają mi się tak naturalnie słodkie laskowce. Wydaje mi się, że niegorzkie, ale jednak dobrze wyczuwalne skórki podkręciły słodycz na zasadzie kontrastu (i zakładam, że to, że ich nie prażono nie przyprawiło im goryczki). Akcent roślinny, aluzja do deszczu przyjemnie wieńczyły świeżość.
Konsystencja wydawała mi się też bardziej świeża, a zatem... oleiście-tłusta, jak kremy z najtłustszych orzechów. Wolałabym, by nie szła w tym kierunku, ale rozumiem, że wynika to z surowości orzechów (które zachowały cały tłuszcz).


ocena: 10/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 28,90 zł za 340g
kaloryczność: 628 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: orzechy laskowe 100%

piątek, 10 lipca 2026

krem GymBeam Hazelnut Butter + Protein + Cocoa / Białkowa Pasta z Orzechów Laskowych

Jestem bardzo sceptyczna do produktów białkowych. W zasadzie do wszystkich zachwalanych jako 
funkcjonalne... Sama nie kupiłabym kremu czekoladowego proteinowego, który miałby w składzie podejrzane składniki, po których nie wiem, czego się spodziewać. Tak było właśnie z białkiem WPC. To kompletnie nie moja kategoria produktów. A jednak... lubię naturalne kremy orzechowe czekoladowe. Markę GymBeam bardzo polubiłam i weszłam z nimi we współpracę. Uznałam, że w jej ramach mogę dać szansę produktowi potencjalnie nie w moim typie. "Potencjalnie", bo na dobrą sprawę, wiedziałam, że GymBeam umieją zrobić naprawdę dobry krem. Założyłam więc, że może i białkowy wyda mi się udany.

GymBeam Hazelnut Butter + Protein + Cocoa  / Białkowa Pasta z Orzechów Laskowych to kakaowy krem z orzechów laskowych z białkiem GymBeam WPI, czyli izolatem białka serwatkowego.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu poczułam się, jakbym wąchała wafelki z kremem kakaowym, który miał szarawo-jasnobrązowy kolor i oddzielał od siebie blade, lekko wypieczone warstwy waflowe. Jeśli był oblany czekoladą, to tylko delikatnie po bokach. Taką słodką, niby cierpkawo kakaową, ale nie gorzką. Po chwili pomyślałam, że mógł to być wafelek z kremem kakaowo-orzechowym, bo orzechy laskowe zaprezentowały się całkiem przyzwoicie. Czuć naturalnie słodkawe prażone laskowce, ale niestety trzymało się ich metaliczne, sztuczne echo.

Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju. Zlałam jakieś 6,5 łyżeczki, a wymieszałam łyżeczkę.
Mieszanie nie było trudne, bo mimo wysokiej gęstości, krem cechowała miękkość. Wyglądał na zwięzły, ale nie zbity. Widać w nim też sporo drobinek i kropeczek skórek, które obiecywały miazgowy efekt.
W ustach krem od razu przedstawił się jako miękki i... aksamitny, ale tylko początkowo. Był masywny, gęsty, wręcz przytykający. Trochę oblepiał zęby, mimo że nie gryzłam. Wydawało się, że jeszcze gęstniał, po czym rozpływał się w średnim tempie. Raczył mnie wtedy efektem miazgowym, a także średnią tłustością. Szybko się jednak okazało, że to dziwna miazgowość. Nie wynikała bowiem tylko z drobinek orzechów. Krem powoli zmieniał się w zawiesinę drobinek orzechów oraz miękkich, lepkich kulek-zbitek proszku. Czuć w nim też proszkowość, która próbowała chować się w miazgowym efekcie. Miał w sobie też sporo z mleka w proszku, rozpuszczającego się w lepkim stylu oraz trochę ze trochę scukrzonego miodu.
Na koniec w ustach zostawały w dużej mierze drobinki orzechów, ale często też te drobinki zlepki proszku. Gryzione wydawały się miękko-gumiaste i wciąż lepkie.
Gryzione na koniec kawałki cechowała chrupkawość i delikatność. Były delikatne, mimo że wymagały ciamkania.
Zostawił po sobie trochę wręcz ściągające (od proszku? słodziku?) wrażenie.

W smaku od razu rozbrzmiała słodycz, kierująca moje myśli ku nieco przesłodzonemu wafelkowi. Przemknęła sztuczna... wanilina?... a potem umocniła się wizja wafelka z bladymi, słabo wypieczonymi warstwami waflowymi, poprzekładanymi jasnobrązowym, szarawym kremem kakaowym. Kremem zdecydowanie przesłodzonym i niegorzkim.

Wafelka uczepiła się sztuczność, kierująca go w tanim kierunku. Kakao zdobyło się na trochę cierpkości, sugerując, że może wafelek oblano po bokach... nie tyle czekoladą, co polewą kakaową.

Zaraz jednak do gry dołączyły orzechy. Dołożyły się do słodyczy, podrzucając jeszcze skojarzenie z niezbyt udaną podróbką Kinder Bueno. W tle zaznaczył się mleczny motyw... Niezupełnie jednak mleko. Bardziej coś z mlekiem w proszku.

Orzechy laskowe cały czas wiązały się ze słodyczą, ale po paru chwilach zmieniły jej wydźwięk za sprawą swej autentyczności. Wysoka słodycz w dużej mierze przeszła w naturalnie orzechową, acz... im więcej jadłam, tym bardziej i szybciej zaznaczał swą obecność słodzik. Prażone orzechy laskowe nie próżnowały, starały się jak mogły wyjść na prowadzenie. Acz nie udawało im się.

Niestety, dość długo i ich trzymało się sztucznawo-metaliczne echo. Cały czas czułam przesłodzonego, taniego wafelka, ale już bardziej kakaowo-orzechowego. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji słodycz przestała na trochę rosnąć rosnąć. Orzechy laskowe walczyły o dominację, ale trudno było skupiać się tylko na nich.

Słodycz na nowo zaczęła rosnąć, tym razem za sprawą słodziku.

Wafelkowy, przesłodzony motyw zaczął przejawiać coraz bardziej mleczne skłonności. Do głowy przyszły mi... kakaowo-orzechowe płatki śniadaniowe, które zdążyły zabarwiły już i zasłodziły mleko. Mleko po płatkach ze sztuczną słodyczą i niegorzkim, ale takim "komercyjnym" kakaowym smakiem przeszkadzały laskowcom.

Słodycz słodziku nagle wyrwała się na przód. Zrobiło się zdecydowanie za słodko i aż mało orzechowo. Słodycz podchwyciła metaliczność i dodała do niej chłód. Słodzikowy motyw zmieszał się z lichym kakao i orzechami, które z czasem wydały mi się zrezygnowane. Słodzikowość i jakby mdło kakaowy, słodzikowy krem z jakiś bezcukrowych wafelków zakończył kompozycję, aż wgryzając się w język.

Na koniec w ustach zostawały jeszcze dziwne kawałki i drobinki. Gryzione smakowały jak mleko w proszku ze sztucznie miodowym cukrem i orzechowo. Dominowało to pierwsze, mimo że drobinek nieorzechowych było mniej. Orzechy po prostu nie miały siły przebicia. Ich lekko prażony smak po tym wszystkim wydawał się bardzo zgaszony utrzymującym się motywem słodziku.

Po zjedzeniu został okropny posmak słodziku, który zdawał się aż wgryzać w język, sztucznego kremu kakaowo-orzechowego prosto z tanich wafelków, może też podróbek Kinder Bueno oraz motyw mleka po przesłodzonych płatkach kakaowych. Orzechy laskowe, nie za mocno prażone, znalazły się dopiero za tym wszystkim.

Krem bardzo mnie rozczarował. Liczyłam się z proszkowością i nutą tego izolatu, ale myślałam, że pójdzie bardziej w jakieś mleczno-mączne klimaty jak np. Vilgain Cheat Spread Choco Bar, a nie że to będzie białko tak mocno smakowe i słodkie od słodziku. O smaku tanich wafelków z kremem kakaowo-orzechowym, o smaku przesłodzonych kakaowo-orzechowych płatkach śniadaniowych zabarwiających mleko oraz mocno słodzikowe. Bardzo nie moje klimaty, a w dodatku jeszcze słodzik. W trakcie jedzenia jeszcze pół biedy, ale posmak był okrutnie słodzikowy. Orzechy, które stanowiły bazę kremu, się przed tym wszystkim chowały.
Mimo że za moją uwielbianą miazgowością kryła się proszkowość, konsystencja jeszcze nie była tragiczna. Myślę, że ta proszkowość jest zrozumiała.
Mimo szczerych chęci 96 gramów to moje maks, a i to się dziwię, że aż tyle zjadłam (akurat byłam trochę głodna). Resztę oddałam Mamie.

Opinia Mamy: "Okropny ten krem. Samego to na pewno nie da się jeść. Aż w nim orzechów prawie nie czuć przez ten słodzik i... yy, proteinę? Ale głównie słodzik wszystko popsuł. Bez niego chyba byłoby jeszcze w miarę, mogłoby być. A to było paskudnie słodzikowe, aż nieorzechowe. A w dodatku nie podobało mi się, jak ten krem oklejał zęby, przylepiał się do nich denerwująco, tak... proszkowo? Myślałam, na czym to by można jeść, by jakoś się dało... Na tostach z serem żółtym i dżemem był bardziej zjadliwy. Trochę wycofał się ten słodzik i... proteinowość? A sam krem na tostach poszedł w kierunku orzechowo-kakaowych, tanich wafelków. Też niesmacznych, ale nie aż tak słodzikowych przynajmniej. Ale nawet z tostami nie mam zamiaru go męczyć".
Niestety więc wyrzuciłyśmy.

Szkoda, że gdy sprawdzałam, co to za krem na stronie przed tym, jak o niego poprosiłam, nie dotarło do mnie, że w tym białku jest nie tylko białko, aromat i kakao, a właśnie też jeszcze ten słodzik. Gdyby nie on, myślę, że kremowi spokojnie dałabym 6. A kto wie, czy nie 7? Zależy, w jakim kierunku poszedł by smak.

Co do smaku... na pewno nie jest to krem, mogący przekonać do białkowych rzeczy. Jak ktoś ma do czynienia z takimi słodzikowymi białkami na co dzień, możliwe, że lepiej odbierze ten krem niż ja. Myślę jednak, że dodanie słodziku było strzałem w kolano. Samo białko mogłoby lepiej zagrać, a właśnie ten słodzik pokierował wszystko w obrzydliwym kierunku. Gdyby jeszcze dodano go znacznie mnie... a to niestety, zdominował krem. Nawet nie to, że tak go przesłodził, ale okropnie denerwował wydźwiękiem.
Poza tym... każdemu zdarzy się wpadka, więc mimo wszystko ten krem wybaczam i nie tracę wiary w kolejne (ale już na pewno nie białkowe!).


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 35,90 zł za 340g
kaloryczność: 626 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe 80%, białko GymBeam WPI 20% (izolat białka serwatkowego, odtłuszczone kakao w proszku 4%, aromat, barwnik: karmel amoniakalny; substancja słodząca: sukraloza; emulgator: lecytyna słonecznikowa)

sobota, 13 czerwca 2026

krem GymBeam Pecan Butter / Masło z Orzechów Pekan 100 %

Choć przejadłam w życiu naprawdę sporo kremów orzechowych, z orzechów pekan 100% jadłam tylko Maslove Pekan 100 % Zmielony Pieczony. Niestety jednak przez jego formę, konsystencję nie mogłam się wczuć w smak tak, jak bym chciała. Zlepek kawałków orzechów do gryzienia? Niee, wolę kremowe kremy. A jednak sama jakoś nie szukałam, gdzie by tu zakupić inny z pekanów, ze względu na wysoką cenę, a jednak wątpliwy efekt. Wszak to bardzo tłuste orzechy i wiedziałam, że kremy z takich niekoniecznie muszą być zachwycające, co pokazały mi kremy z orzechów włoskich (na razie w kolejce do publikacji), jednych z dwóch moich najukochańszych orzechów. Gdy jednak zaczęłam współpracę z GymBeam, dziś przedstawiany był jednym z pierwszych słoików, o jakie poprosiłam. Opis ("Pokochasz jego delikatnie słodki, maślany smak, który z pewnością przekona każdego fana masła orzechowego") zachęcał. 

GymBeam Pecan Butter / Masło z Orzechów Pekan to krem 100% z surowych orzechów pekan.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam zapach surowych orzechów pekan z wyraźnym motywem niegorzkich skórek. Wyobraziłam sobie całe orzechy o naturalnej lekkiej słodyczy i wysokiej tłustości, aż trzeszczące pod naciskiem zębów, nie chrupiące. Po zlaniu oleju do kompozycji dołączyła jeszcze subtelna goryczka, kojarząca się bardziej z orzechami włoskimi.

Na wierzchu wydzieliła się bardzo duża ilość oleju, z czego zlałam jakieś 77g, czyli 19 łyżeczek (jak zawsze do słoiczka, na wypadek, gdyby trzeba było dolać więcej), a wymieszałam niecałe dwie łyżeczki. Co ciekawe, najpierw wydzieliło się jakieś 72g, nałożyłam sobie porcję, wstawiłam do lodówki. Kiedy przyszła pora na dokończenie kremu, wtedy na wierzchu znowu wydzielił się olej - te kolejne gramy. Zaskoczyło mnie to, bo zazwyczaj kremy orzechowe raczej podsychają i wtedy dolewam ze słoiczka odpowiednią ilość.
Krem wyglądał interesująco, bo pod warstwą oleju, patrząc przez słoik, wyglądał na dwukolorowy: beżowy z ciemnobrązowymi, niemal czarnymi zawijasami. Po przemieszaniu zrobił się ciemny, w odcieniu pekanowych skórek.
Mieszając ze zdziwieniem odkryłam, że wyglądało, iż z kremu nie uciekł żaden olej, bo nadal był bardzo tłusty. Mieszał się łatwo, bo ogólnie mimo konkretu, był tłustą, lepko-plaskającą masą.  Wydawało się, że olej aż się z niego cały czas wyciskał. Krem wyglądał na trochę jakby papkowato-ciastowy, ale też miazgowy, usiany mnóstwem drobinek i malutkich kawałków, a także skórek.
Jedzony przedstawił się jako tłusty, już trochę ciężko-przytykająco tłusty, ale nie tak okrutnie tłusty, jak można by się obawiać. Choć wyraźnie czuć oleistość, nie wydawała się jego najistotniejszą cechą. Rozpływał się w tempie średnim, na pewien czas jakby gęstniejąc, po czym jednak rozchodził się na coś, przypominającego bardzo tłustą, ciastowatą papkę i tłustą zawiesinę z drobinkami. Znalazł się w nim ogrom malutkich kawałków i drobinek, a więc uwielbiany przeze mnie efekt miazgowy, a także dosłownie parę większych kawałków. Trochę odciągał uwagę od tłustości.
Gryziony krem wyszedł całościowo chrupko.
Gryzione po zniknięciu bazy drobinki i kawałeczki były całkiem angażujące. Niektóre bardziej trzeszczące, inne masywniej chrupiące.
Po zjedzeniu pasta zostawiała sucho-cierpkie wrażenie.

W smaku najpierw rozbrzmiała wysoka, intensywna słodycz, należąca do orzechów pekan o maślanym charakterze. Tłustość dała o sobie znać w smaku.

Słodycz wydała mi się bardzo dynamiczna. Czasem wyskakiwała ponad wszystko na poziom tak wysoki, jakby pasta była lekko dosłodzona. Słodycz ogólnie rosła, jakby jej się spieszyło, po czym... Zatrzymała się. Czasem w oddali zaznaczała się ledwo uchwytna goryczka. I... zaraz zniknęła?

Słodycz robiła się bardziej zachowawcza. Maślaność zaczęła ją coraz bardziej tonować, rozbijać. Sama nasilała się, utwierdzając mnie w przekonaniu, że orzechów nie prażono. W głowie siedziały mi cały surowe orzechy pekan, co jeszcze wzmacniało smakowo tłusty wydźwięk kremu. Ewidentnie wraz ze skórkami.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach goryczka trochę wracała. Czasem bardziej, czasem słabiej. Miałam wrażenie, że wiąże się z wyłaniającymi się z masy kawałeczkami. Nie wydawała się należeć do skórek, które jawiły się tu bardziej jako neutralne. Goryczka zerkała raczej w stronę orzechów włoskich.

Słodycz, choć już stonowana, trochę przyciszona, wciąż była obecna. Gorzkawość nasilała się pod jej przyzwoleniem. Czasem zaskakiwała na bardziej neutralnie-skórkowy tor... A chwilami pekany ze skórkami uparcie mieszały się z jakby echem goryczkowatego oleju z orzechów włoskich.

Gryzione na koniec kawałeczki orzechów pekan chwilami wydawały się jakby lekko podprażone. W większości jednak surowe, tylko przy niektórych zagarnięciach tak się ze mnie naigrywały. Kawałeczki połączyły w sobie słodycz z neutralnymi skórkami pekanów oraz goryczkę o różnym nasileniu. I w różnych proporcjach.

Po zjedzeniu został posmak gorzko-oleisty. Powiedziałabym, że mieszanki orzechów włoskich i pekan w skórkach. Pekany na koniec wywalczyły trochę maślanej słodyczy, wpisując ją w wizję surowych orzechów. Posmak wskazywał na krem i olej z orzechów, czuć, że to nie orzechy sobie chrupałam. Nie był zbyt przyjemny.

Krem wydał mi się ciekawy i smaczny, choć też mnie w sobie nie rozkochał. Podobał mi się surowy charakter orzechów. Zaskoczyła mnie początkowa wysoka słodycz i to, że w zasadzie trwała do końca. Gorzkość okazała się niska, czasem udawała orzechy włoskie, ale w negatywnym sensie, bo wyszła orzechowo oleiście - to trochę mi nie podeszło, ale też nie było złe. Jako że mieszała się z naturalną, maślaną słodyczą, nie męczyła, a współpracowała z resztą nut. Orzechy pekan całkiem nieźle wyszły jako krem, ale wolę je jednak po prostu, jako orzechy.
Konsystencja miała wady tylko te wynikające z natury kremu z pekanów, włoskich i tego typu orzechów. Gdy chodzi o wykonanie kremu, zrobili go w najlepszej możliwej opcji, czyli kremowo-miazgowej. Z drobinkami, ale nie kawałkami jak kremy typu "crunchy".

Choć zmogła mnie papkowata, tłustość i nie podobała mi się oleista goryczka, nie sądzę, by można było lepiej zrobić krem z orzechów pekan. Jasne, sama wolę jeść łyżeczką kremy z innych orzechów, od tego w zasadzie nawet wiele kremów, którym wystawiłam np. 8, ale to wybitny krem 100% z pekanów.


ocena: 10/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 40,90 zł za 340g
kaloryczność: 732 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy pekan 100%

piątek, 8 maja 2026

krem GymBeam Almond Butter / Masło migdałowe 100 %

Od jakiegoś czasu myślałam o zamówieniu jakiś kremów GymBeam, więc nawet trudno opisać moje zdziwienie, gdy marka napisała do mnie z propozycją współpracy. Bardzo się ucieszyłam, bo kilka już jadłam i były naprawdę smaczne. Spodobało mi się podejście firmy, atmosfera. Sama wybrałam, jakie produkty i kiedy chcę otrzymać do testów, stąd liczyłam, że to będzie bardzo miła przygoda. Od którego zacząć? A tu o dziwo nie miałam najmniejszego problemu, bo po prostu chodził za mną krem 100% z migdałów. Chciałam jakiś większy słoik takowego, bo po głowie chodziło mi parę rzeczy, które chciałam z nim zrobić (co u mnie nie jest takie typowe, ponieważ przeważnie kremy orzechowe jem po prostu łyżeczką). I do tych wymysłów potrzebny mi był właśnie bardziej "ciemny" migdałowy krem, nie z migdałów blanszowanych, ale z kolei nie za ciemny. A dziś przedstawiany dokładnie tak wyglądał. Na marginesie dodam jeszcze, że wszystkie słoiki, które otrzymałam w 2026 urzekły mnie zabezpieczeniem, a więc sreberkiem z języczkiem, który jest może detalem, ale niesamowicie ułatwiającym życie - wreszcie kremy, w których sreberko to można łatwo i czysto po prostu zerwać!

GymBeam Almond Butter / Masło migdałowe to krem 100% z prażonych migdałów.

przed i po uporaniu się z olejem
Po zerwaniu zabezpieczającego sreberka rozszedł się wyrazisty zapach migdałów średnio mocno prażonych z dodatkiem soli. Udawały trochę precelki... Wypieczone, lekko posolone, ale też pokryte miodem. Słodycz bowiem także się zaznaczyła, a nasiliła po uporaniu z olejem. Wtedy słoność przeszła jedynie w echo.

Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju, z czego zlałam trochę więcej niż 3 łyżeczki.
Od razu wymieszałam jedynie to, co mocno przemieszało się na wierzchu już z samą pastą, czyli jakieś niecałe 0,5 łyżeczki.
Olej zawsze zlewam do słoiczka i w przypadku większych słoików ewentualnie później dolewam. W tym przypadku ogólnie (to jeszcze do aktualizacji, bo kremu jeszcze nie skończyłam).

Mieszanie było w miarę łatwe i poszło szybko, mimo że krem na dole podsechł i mocno zgęstniał. Nie był strasznie suchy czy kamiennie twardy, ale suchawy i bardzo konkretny, gęsty i zbity. Chętnie jednak przyjmował olej i łatwo było uzyskać jednolitą konsystencję. Grudki suchszej pasty prędko przybierały postać pasty idealnie kremowej. Od razu widać, że tłustość stała na wysokim poziomie, a masę urozmaicało całe mnóstwo drobinek, w tym skórek migdałów.
W trakcie jedzenia potwierdziła się gęstość, przy czym chwilowo jeszcze jakby rosła, i masywność kremu. Po chwili dał się poznać jako tłusty i syty. Czuć konkretną, sytą maślaność, jak i leciuteńką, słabszą oleistość w tle. Mimo tłustości, czasem zaznaczało się jakby suchawe echo (pozytywnie tonujące tłustość). Pasta zalepiała usta zupełnie, po czym rozpływał się powoli. Eksponowały się wówczas drobinki, tworzące miazgowy efekt. Całość odebrałam jako bardzo kremową i aksamitną.
Gdy pasta zniknęła, w ustach zostawały drobinki i kawałeczki. Niby subtelne, ale do gryzienia, ciamkania. Były głównie leciutko chrupkawe, a trochę mniej skórek trzeszczących.

W smaku pierwszą poczułam słodycz o bardzo łagodnym charakterze. Miała naturalny, migdałowy charakter, a po chwili zrobiło się wręcz maślano. Bardzo maślano, cały czas w migdałowym ujęciu. Słodycz rosła, acz tak, że krem ogólnie można nazwać średnio słodkim.
Słodycz i maślaność nakręcały się nawzajem, aż w końcu w harmonii stały się jednym.

Prażenie podkradło się subtelnie, kojarząc się trochę z precelkami. Mocno wypieczonymi, trochę wytrawnymi, ale bez soli, a... z miodem. Słodycz robiła do niego aluzje, acz od pojawienia się precelkowej nutki prawie już nie rosła.

Pieczony motyw przeszedł w wyraźne prażenie. Przybierało na znaczeniu, dając się poznać jako średnio-silne. Ciągnęło za sobą słodycz, ale ta przed silniejszym wzrostem miała duże opory.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach do głowy przyszły mi maślane, słodkie bułeczki migdałowe, będące efektem splecionej słodyczy i maślaności. Bułeczki raczej drożdżowe, z przypieczonym kruchawym wierzchem, a łagodne i puchate wewnątrz. Słodycz zrobiła się wysoka i... przez chwilę czułam wręcz "słodziuteńkość", słodycz o uroczym wydźwięku, po czym zreflektowała się. Maślaność ją stonowała (przy jej pełnej zgodzie), kierując słodziutką bułeczkę w stronę jedynie słodkawej brioszki. Zdecydowanie ostrożniejszej w kwestii słodyczy. Za to posmarowanej masłem.

Maślaność ta przy okazji wyciszyła też prażenie, które po swoim debiucie znacząco słabło.

Jego miejsce, a także precelkowy akcent, zajął wytrawniejszy motyw migdałowych skórek.  Wyłaniał się z czasem coraz bardziej, ale nie zawojowywał tej łagodnej, słodkawo-maślanej kompozycji. Jedynie przecinał słodycz i rozganiał prażenie. I to właśnie o wytrawność, nie gorzkość dbał. Skórkowy akcent stanowił jedynie dodatek.

Gdy krem zniknął, a ja zajęłam się drobinkami, które nakręcały motyw prażonych migdałów oraz ich skórek. Tu już czasem przemknęła prawie goryczka.

Po zjedzeniu został posmak migdałów prażonych znikomo, których prażenie stonowały porządnie wypieczone z wierzchu maślane bułeczki, z echem wypieczonych precelków. Oczywiście wszystko to w migdałowych ramach. Było prażono, trochę skórkowo, ale przede wszystkim łagodnie maślano. Nie za słodko, ale i nie mocno wytrawnie.

Krem bardzo mi przypadł do gustu, bo miał charakter, a nie był ani za słodki, ani za wytrawny. Harmonijny, spokojny, ale właśnie pełen po prostu migdałowego smaku. Znaczące prażenie zatrzymało się w ostatnim punkcie, jaki uważam za przyjemny: jeszcze trochę i byłoby za silne. Takie jednak ok. Poszło w ciekawe skojarzenia z precelkami i sowicie wypieczonymi maślanymi bułeczkami. Ogół właśnie wyszedł tak maślano bułeczkowo, oczywiście w migdałowym kontekście.

To najlepszy krem z nieblanszowanych migdałów, jaki jadłam. Smaczniejszy i ciekawszy niż (Sante) Auchan Pasta z prażonych migdałów 100 %, który robił aluzje do smażenia. Przebił nawet Grizly Krem migdałowy 100% w tubce, bo ten GymBeam był gęstszy i konkretniejszy.

Do jedzenia tak osobno jego mniej charakterystyczny smak niż Ekogram The Real Almond Paste, a jednak nie brak głębi przypasował mi bardziej. Nie był bowiem "podstawowy", a wyrazisty, ale jakby... Łagodniejszy w swej wyrazistości.

Czułam, że świetnie będzie współpracował z innymi elementami, ale nie będzie zbyt uległy w kompozycjach, więc zrobiłam sobie na parę testów.

Krem był pyszny także w twarożku, jednym z moich ulubionych z migdałami i domową konfiturą z płatków róż ucieranych z cukrem trzcinowym. Acz trochę się zdziwiłam, bo w twarożku okazał się... trochę za łagodny. Nie jednak zupełnie łagodny czy mdły, o nie! Był wyrazisty, ale z resztą dodatków stał na równi, mieszał się z nimi w różnych proporcjach: zależy, jak zgarnęłam widelczykiem czy jak duży, jakiego migdała kawałek się trafił. Krem podkreślały migdały w skórkach. Blanszowane z kolei jeszcze łagodziły. Całościowo przy twarożku odnotowywałam czasem echo precelków, ale bardziej kojarzyło się to trochę drożdżówkowo, więc specyficzne nutki kremu nie uciekły. Twaróg w zasadzie podkręcał myśli o drożdżowce z twarożkiem. Róża też podsyciła motyw "skórki" drożdżówki. 
Twarożek był pyszny, ale z Ekogram The Real Almond Paste wychodzi lepszy, bo bardziej wyrazisty z tyloma dodatkami jednak lepiej wychodzi, rozdając karty.


ocena: 10/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 24,90 zł za 340g
kaloryczność: 647 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: prażone migdały

czwartek, 28 grudnia 2023

krem GymBeam Cashew Butter Cinnamon Rolls Masło z orzechów nerkowca z białą czekoladą i cynamonem

Zdarzyło mi się jeść cinnamon roll, słodkie bułeczki z cynamonowym wsadem "zakrętasem", wyglądające jak ślimaczki i w sumie podoba mi się pomysł, zamysł tego wypieku (mimo że jestem osobą nieciastową). Wiem jednak, że obecnie byłby dla mnie zabójczo słodki i wolę się nie zbliżać. Stylizacji czy słodyczy tym inspirowanych trochę pojadłam, wychodziły lepiej lub gorzej, ale teraz zrobiłam się bardziej sceptyczna. Mimo to, GymBeam zaufałam, jako że krem Cashew Butter + Chocolate + Banana był pyszny, mimo że bardzo słodki, a GymBeam Triple Nut Butter / Potrójne Masło Orzechowe po prostu pyszne bez żadnych "ale" i "mimo". Co prawda trochę bałam się duetu cynamonu i białej czekolady, bo bardzo go nie lubię (cynamon zaś uwielbiam), ale to uzmysłowiłam sobie już słoik posiadając. Na moje nieszczęście niedługo przed wzięciem się za obiekt dzisiejszej recenzji, przypomniał mi się okropny krem Sticky Blenders Migdał Ciasteczka Korzenne - też zrobiony przez uwielbianą markę i z podobnymi dodatkami.

GymBeam Cashew Butter Cinnamon Rolls to krem z prażonych orzechów nerkowca z białą czekoladą i cynamonem, stylizowany na bułeczki cynamonowe "cinnamon rolls".

Po otwarciu poczułam zapach zaskakująco nie tak mocny, jak się spodziewałam. Niewątpliwie był jednak wyraźny - dominował wręcz gorzkawy cynamon, wmieszany w wysoce maślaną, aż ciężko-mdlącą białą czekoladę, co w połączeniu wyszło nieco rzygowinowo. Nerkowców jako takich raczej nie czuć - wpisały się w słodką maślaność i pewne orzechowe ciepło (z racji prażonego aspektu?).

Krem zaskoczył mnie też tym, że nie było ani kropelki oleju do zlania. Okazał się wilgotny i masywnie miękki. Był gęsty i nieco ciągnący, nie wyglądał na zbyt tłusty (ale to tylko złudzenie). Przy kontakcie z łyżeczką plaskał i kojarzył się trochę z wilgotnym ciastem. Widać w nim kropeczki cynamonu i trochę niewiele większych od nich drobinek orzechów.
Podczas jedzenia potwierdził swoją wilgotną, kremową ciastowość. Nie brakowało mu maślanej, miękkiej tłustości. Był bardzo, bardzo tłusty, do czego dołożyła się tłusta czekoladowość. W trakcie jedzenia dał się poznać właśnie jako gęsty, jakby pełny, ale też miękki. Zalepiał i rozpływał się średnio długo, nieco lepko-maziście. Czuć zagęszczenie tłustą czekoladą oraz proszkowość czy nawet lekką ziarnistość. Za nią stał cynamon, choć i pojedyncze drobinki orzechów się trafiały. Nie wymagały gryzienia. Ja jednak nie mogłam się powstrzymać przez podgryzaniem "resztek", a więc cynamonu i znikomych drobinek orzechów na koniec.

W smaku pierwsza rozbrzmiała wysoka słodycz i, z dosłownie sekundowym opóźnieniem, ostry cynamon.

Słodycz przedstawiła się jako biało czekoladowa, ze znaczącym maślanym wątkiem. Był podkręcony nieśmiałymi orzechami, które początkowo jakby bały się zza niej wyjrzeć, a jednak nieco ją hamowały. I tak jednak słodycz zaczęła leniwie rosnąć, pomagając sobie jeszcze wanilią. Faktycznie przewinęła się wątła myśl o maślanych bułeczkach cynamonowych.

Cynamon bowiem też działał prężnie. Było go tak dużo, że do pikanterii dość szybko dołączyła goryczka. Wyszedł ciepło i wydaje mi się, że właśnie to ciepło podkreśliło trochę prażony akcent.

Albo go ośmieliło? Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach orzechy nerkowca odezwały się nieco wyraźniej, choć też nie jakoś szczególnie wyraziście. Wtapiały się trochę w maślaność białej czekolady, bo same w sobie były naturalnie słodkie. W pewnym momencie wychodziły bardziej jednoznacznie, choć nie trwało to zbyt długo.

Natłok maślaności i słodycz z ogólnym poczuciem ciepła oraz pikantnie-gorzkim cynamonem z czasem przełożyły się na wyraźną wizję jeszcze ciepłych, maślanych bułeczek cynamonowych. Pomyślałam o takich pokrytych ciężko-słodkim lukrem...

Który to lukier był nieco mleczny i duszno biało czekoladowy, a mieszając się z gorzkawym cynamonem, raz czy drugi zaleciał trochę rzygowinowym akcentem. Cynamon pod koniec aż gryzł ostrością w język, na którym to jego drobinki były coraz wyraźniej wyczuwalne.

Zrobiło się bardzo ciężko od słodkiej maślaności, choć nie było to piekielne przecukrzenie. Pikantne, rozgrzewające gryzienie uwypukliło poczucie, odbiór słodyczy, a nerkowce w tym wszystkim aż się zatraciły. Rozgryzane drobinki cynamonu przypiekały język porządnie (co mi się nie podobało).

Po zjedzeniu został piekący posmak cynamonu o gorzkawym charakterze, co w duecie z ciężko-maślaną białą czekoladą przełożyło się na nieco rzygowinowy motyw. Czułam jednak też lekko prażone, delikatne i słodko-maślane orzechy. Że to były nerkowce, w zasadzie łatwo zapomnieć. Za to o myśl o duszno-ciężkiej, nieco za słodkiej bułeczce z przesadzoną ilością cynamonu już łatwiej. Taką ilością, od której język piecze. A jako że za pierwszym razem przesadziłam z ilością (do miseczki do łyżeczkowania nałożyłam sobie około połowę), aż mi nieco zdrętwiał. Ogólnie też czułam się kremem zatłuszczona.

Całość miała potencjał, ale na potencjale się kończy. Ewidentnie przesadzili z cynamonem (i piszę to jako osoba, która jak nim coś doprawia, sypie naprawdę dużo; wyliczyłam po procentach - wyszło, że na słoik dodali 3 łyżeczki), który poszedł aż w gorzkość, która z ciężko-duszną białą czekoladą zahaczała o rzygowinową nutę. Do tego za bardzo piekł w język. Sama biała czekolada, choć słodka wręcz ryzykownie i ciężka, wyszła całkiem nieźle ograna przez nerkowce. Niestety jednak one w obliczu kumulacji słodyczy i pikanterii gorzkiego cynamonu, zatracały się. Pobrzmiewały, ale niesatysfakcjonująco. Poszły jakoś w maślaność (dla mnie za mocną). Maślaność i ciepło kremu chyba pasowały do tytułu, inspiracji produktu, acz tej nerkowcowości bardzo mi żal. Krem w trakcie jedzenia w końcu zaczął mnie męczyć.
Miękka, a jednak masywna i gęsta konsystencja byłaby w porządku, gdyby tłustość znalazła nerkowcowe uzasadnienie w smaku. Tak pozostawiona tłustość dawała się we znaki.
Cóż... udana stylizacja, ale mniej udany krem nerkowcowy. Nie pomyślałam, że tak to może wyjść przed zakupem. Szkoda. Nie jednak mogę zjechać go tak zupełnie. 

Wiedziałam, że i w Mamy stylu nie jest, więc jako że nie chciałam jej męczyć kolejnym niechcianym kremem (to ogólnie nie są produkty w jej stylu), pomyślałam, że nim resztę oddam jej, spróbuję go zjeść z czymś. Inspiracją był deser, który często sobie robię: jogurt z cynamonem, kremem 100% z fistaszków i rodzynkami (kocham go).

Do jogurtu typu greckiego Piątnicy dodałam łychę (ok. 40g) tego kremu, 40g rodzynek i 20g nerkowców.
Wyszłam z założenia, że nerkowce powinny podkreślić nerkowcowość kremu, a rodzynki... jakoś tak mi pasowały do cynamonowych bułeczek "ślimaczków" aka cinnamon rolls.
Całe otoczenie, a więc jogurt, rodzynki i orzechy na pewno nieco poskromiły pikanterię, choć ta i tak chwilami zaznaczała się na języku. Wyszła jednak o wiele bardziej przystępna. Niestety jednak cynamon w takiej formie nie zgrał się z resztą deseru tak dobrze, jak bym chciała (jogurt wymieszany z cynamonem jest nie do pobicia!). Nerkowce chyba minimalnie podkreśliły nerkowcowość kremu, a rodzynki odrobinę przyciszyły białoczekoladowy charakter. Słodycz kremu jednak wciąż była wysoka, chwilami wydawała mi się jeszcze bardziej wyeksponowana, choć nie zasładzająca, a przemieszana z maślano-jogurtową resztą. Jogurt nieźle ją przywołał do poziomu. Również dość słodkie, tylko w porywach kwaskawe rodzynki, świetnie za to umocniły skojarzenie z bułeczkami cynamonowymi.
Krem faktycznie sprawił, że deser miał klimat cinnamon rolls. Dodał słodycz, cynamon, maślaność - wszystko, co takie bułeczki zawierają. Nieźle połączył się z rodzynkami, a nerkowce ot, były. Jego nerkowcowość i tak się zatracała. Maślaność za to (niestety) miała się dobrze. Ilość cynamonu już aż tak nie raziła, ale nie nie zgrał się z jogurtem specjalnie - mi przeszkadzało, że właśnie cynamon był w kremie orzechowym, przez co orzechowość kremu nie była tu tak wyrazista, jak lubię. Chyba dodałam go nieco za dużo, bo i tak pod koniec zaczął mnie trochę męczyć słodyczą i cynamonem przy jednoczesnym niedomaganiu orzechów (w przypadku kremu fistaszkowego dodanego tak do jogurtu 40 g - czy nawet ciut więcej - jak najbardziej mi odpowiada).
Deser podrasowany nerkowcami, utwierdził mnie w przekonaniu, że to bardziej krem a'la cinnamon roll, niż krem nerkowcowy w takim wariancie smakowym. Chyba wybrali nerkowce jako bazę właśnie ze względu na ich delikatność, licząc się z tym, że to nie orzechowość będzie najważniejsza. Szkoda, bo ja właśnie przede wszystkim orzechowości oczekuję od kremów orzechowych.

Reszta powędrowała do Mamy. Najpierw spróbowała jeść go łyżeczką, potem z kruchymi ciastkami maślanymi z Kauflandu oraz ze swoim ciastem biszkoptowym.
Krem opisała: "Nie pachnie ładnie, a zajeżdża taką tanią płytą meblową; pilśniową. Ja bym nie powiedziała, że aż rzygowinowo... Bardzo tłusty, jakby taka gruda masła. W smaku podobnie, jakby wymieszali masło z cynamonem. Trochę słodko, orzechów specjalnie nie czuć, a przede wszystkim maślaność, że do jedzenia osobno to w zasadzie nic ciekawego i... rzeczywiście, jak sam jadłam, to czuć trochę te rzygi. Z ciastkami lepiej, a najlepiej sprawdziło się z moim biszkoptowym ciastem-bułką, które upiekłam. Odkryłam, że ten krem naprawdę sam w sobie przypominał taką maślano-cynamonową bułeczkę trochę, ale właśnie na tej bułce-cieście to już w ogóle. I w takim wydaniu mi smakował".


ocena: 6/10
kupiłam: gymbeam.pl
cena: 28,90 zł za 340g
kaloryczność: 543 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy nerkowca 75%, biała czekolada 20% (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, serwatka w proszku, laktoza, emulgatory: lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu; ekstrakt waniliowy), cynamon 5%

poniedziałek, 6 listopada 2023

GymBeam Triple Nut Butter / Potrójne Masło Orzechowe z fistaszków, nerkowców i migdałów

GymBeam nie jest marką dla mnie, bo nie przepadam za sportami i produkty, suplementy dla sportowców kompletnie mnie nie interesują, jednak... mają też małą kategorię, którą przejrzałam z zapałem. Ostrożnie zdecydowałam się na krem kuszący, ale i ryzykowny, GymBeam Cashew Butter + Chocolate + Banana. Jako że okazał się pyszny, zamówiłam za jakiś czas jeszcze jeden słoik i dobrałam dwa inne. Zamierzałam w końcu wziąć ich pasty pod lupę. 

GymBeam Triple Nut Butter / Potrójne Masło Orzechowe to krem 100% z orzechów prażonych: arachidowych (40%), nerkowca (35%) i migdałów.

Po odkręceniu poczułam intensywny zapach prażonych i jakby leciutko solonych fistaszków, którym towarzyszyły karmelizowane w miodzie, chyba też ze szczyptą soli, migdały. Jedne i drugie otulała maślaność nerkowców, zapewniając kompozycji raczej łagodny charakter. Wszystko to było głównie słodkie, średnio mocno prażone i umiejętnie przełamane sugestią soli (której realnie nie było). Po uporaniu się z olejem, przemieszaniu i w trakcie jedzenia słonawy aspekt uciekał prawie zupełnie na rzecz prażenia.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliła się spora ilość oleju, z czego zlałam 4,5 łyżki, a 1,5 łyżki (z czego 1 od razu*) wymieszałam, co było średnio trudne.
*Zawsze zlewam olej do słoiczka, by potem w razie czego odpowiednia ilość dodać i wymieszać.
Krem w zasadzie nie był bardzo suchy, a podeschnięty jedynie bliżej dna. Gdy mieszałam go wraz z olejem, niespecjalnie chciało się to połączyć do jednolitości - musiałam się uporać z masywnymi grudkami, ale w końcu mi uległy. Pasta była bardzo, bardzo gęsta i konkretna. Tłusta w sposób pełny, ale też jakby olej nieco się z niej wyciskał. Już gołym okiem widać też mnóstwo drobinek i skórek.
W trakcie jedzenia potwierdziła się jego gęstość. W ustach jeszcze jakby gęstniał, rozpływając się bardzo powoli i zalepiając konkretnie. Czuć w nim miazgowy element, na który złożyły się niewymagające gryzienia drobinki orzechów. Krem był tłusty w pełny, masywny sposób. Połączył w sobie orzechową maślaność i lekką oleistość, a jednak... w tle jakby czaiła się sugestia suchawości... czy raczej pylistości? Zaklejał usta, nieco przytykał, racząc jakby nieco miękko-gumiastą kremowością. Był ciężki, ale nie w negatywnym sensie.
Po rozpuszczeniu się masy, zostawały jeszcze malutkie kawałeczki, których w większości przypadków w zasadzie nie trzeba było gryźć. Ja to jednak, niby od niechcenia, robiłam. Były różne, ale w większości sprężyście-chrupkie, inne trzeszczące. Skrzypiały / trzeszczały głównie skórki orzechów. Parę trafiło się bardziej twardych, kilka bardziej chrupiących fistaszków i parę ewidentnie miękkich w nerkowcowy sposób.

W smaku przywitały mnie bardzo słodkie w naturalny sposób fistaszki. Ich charakter wydał mi się wręcz "słodziuteńki". Były lekko prażone, dzięki czemu spójne z resztą.

Orzechy nerkowca podkradły się właśnie poprzez tę nutkę prażenia i osnuły fistaszki maślanością. Nadały kompozycji łagodny klimat, rozchodząc się bardzo wyraźnie. Mimo to, dominowały arachidy. Nerkowce były tuż za nimi. Zawróciły jednak słodycz na po prostu słodki, nie "słodziuteńki" i uroczy tor.

Z czasem, też jakby za sprawą prażenia pojawiły się migdały. Wyobraziłam sobie prażone w miodzie, przez moment nawet mignęły raz po raz solą, ale jednak nie zdecydowały się na nią.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach arachidy podchwyciły wizję budowaną przez migdały. Też jakby pokryły się miodowym karmelem. Prażenie wydawało się wręcz ciepłe. Arachidy, choć dominowały, dopuszczały do głosu też kolejno nerkowce i migdały. O ile nerkowce całą kompozycję osnuły maślano-słodką otoczką, tak migdały... jedynie podrzuciły parę nut.

Dodały też pewnej powagi, zasugerowały goryczkę. I ewidentnie podkreśliły skórki. Bliżej końca zwróciłam uwagę, wraz z mocniejszym wyleganiem kawałeczków i drobinek na język, na skórki fistaszków i migdałów. Wówczas nastąpił arachidowy kop. Skórki wydobyły z prażenia motyw masła orzechowego typu amerykańskiego (typowego "peanut butter"), a więc słodkiego, ale z echem soli. Prażono-maślane, już nie takie delikatniusio-słodziusie fistaszki zdominowały wszystko inne zupełnie na sam koniec, gdy krem znikał z ust.

Gryzione i ciamkane od niechcenia drobinki smakowały sobą, kontynuując smak bazy. Były prztyczkami - w zależności od tego, co się trafiło - fistaszków, migdałów i nerkowców. Gdy się zebrały, trudno rozróżnić jedne od drugich. Podprażone arachidy chyba najbardziej i w tej części degustacji się wyróżniały, acz nie jakoś nad wyraz bardzo. Trafiłam na dosłownie kilka większych kawałeczków nerkowców i... one z kolei wydały mi się maślano-słodziuteńkie, a mniej (od fistaszków) prażone. 

Po zjedzeniu został posmak prażonych orzeszków arachidowych, przywodzący na myśl - choć już odlegle - masło orzechowe amerykańskie i prażonych w karmelu migdałów. Orzechy nerkowca czułam jako słodką maślaność, tonującą poprzednie.

Całość wyszła przepysznie i rozkochała mnie w sobie już od pierwszego oblizania łyżeczki. Choć po zapachu spodziewałam się mocniej prażonej pasty (co mnie trochę wystraszyło), była prażona średnio mocno, w zasadzie w punkt. Mimo że dominowały fistaszki, orzechy nerkowca swoją łagodzącą maślanością odegrały bardzo ważną rolę, a migdały mimo że wyczuwalne najsłabiej, wplotły bardzo ciekawe akcenty. Zdawało się, że to one pewne motywy podrzucają. Bardzo ciekawe zestawienie orzechów - podkreślały się wzajemnie, wcale nie zagłuszając. Także gęsta, miazgowa konsystencja była niemal doskonała (choć trochę trudna do porządnego przemieszania przez to, że miała tendencję do zbijania się w grudki).

Ta pasta przypomniała mi Mixitelle: MixIt Mixitella Almond and Peanut Butter i MixIt Mixitella Cashew and Peanut Butter. Połączyła je, jakby podkradając, co najlepsze. GymBeam wyszła jednak nieco mocniej prażona - jak dla mnie mogłaby może być ciut mniej, ale i tak była przepyszna.


ocena: 10/10
kupiłam: gymbeam.pl
cena: 27,90 zł za 340g
kaloryczność: 606 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: prażone orzeszki ziemne 40%, prażone orzechy nerkowca 35%, prażone migdały 25%