Uwielbiam Madagaskar. Nie dość, że żyją tam lemury, do których mam słabość, to jeszcze kakao stamtąd smakuje obłędnie. To właśnie za sprawą czekolad z Madagaskaru, Menakao, wkręciłam w czekolady plantacyjne. Gdy zobaczyłam jedną ze względnie nowszych tabliczek z kolei jednej z moich obecnie ulubionych marek, Chapon, z której opakowania wzywały mnie lemury, wiedziałam, że zaraz ją kupię. Kliknęłam w nią i... poczułam się, jakby wylano na mnie wiadro zimnej wody. Otóż ta to wyjątek słodzony słodzikiem. A ja nie cierpię słodzików. Ledwo przebolałam to, że Chapon zamiast cukru trzcinowego w 2024 roku zaczęli używać białego, a tu coś takiego. Bardzo chciałabym zjeść czekoladę tej marki z Madagaskaru słodzoną cukrem, ale niestety, takiej - gdy kupowałam dziś przedstawianą - nie było. Trochę powalczyłam ze sobą, czy kupić, czy nie, ale w końcu uznałam, że niech będzie... W sumie skoro nawet z cukrem białym wychodzą im takie cudeńka, może i ze słodzikiem miało nie być źle? Pocieszał mnie fakt, że zrobiono ją z kakao z plantacji Bertila Akessona. Co ciekawe, gdy zaczęłam przygotowywać tego posta, weszłam na stronę producenta i oto dostrzegłam ją, madagaskarską z cukrem, ale... o niej nie tym razem.
Chapon Madagascar Sucre de Bouleau to ciemna czekolada o zawartości 78% kakao z Madagaskaru, z doliny Sambirano, z plantacji Bejofo; słodzona słodzikiem: ksylitolem.
Po otwarciu poczułam niemalże tylko słodki zapach złożony z kwiatów, jakby miętowo-rześkiego wielokwiatowego miodu o bardziej słodko-neutralnym charakterze oraz bardzo, bardzo słodkich czereśni. Takich idealnie dojrzałych ze środka sezonu na nie. Za nimi zaznaczył się subtelny grejpfrut, ale jak i czereśnie pozbawiony kwaśności. Z czasem do głowy przyszły mi jeszcze maliny i poziomki do przesady polane miodem. W tle jednak... zaplątała się jakby wytrawność wina - koniecznie schłodzonego. To poczucie nakręcały rześkie rośliny: zielone liście i łodygi. A do tego czasem przemykał jakby wilgotny, zbożowy akcent chleba żytniego. Słodyczy zapachu nie zruszył nawet dość wyraźny motyw ziemi. Z kolei gorącej i suchej, z leciuteńkim echem kawy i... czegoś metalicznie cierpkiego?
Po zapachu nigdy bym nie zgadła, że to Madagaskar. Obstawiałabym Wenezuelę, góra 70%.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, jakby niezupełnie chętnie, acz nie mogę powiedzieć, że z oporem. Połączyła średnią tłustość i zbitość z wodnistością. Jakby opływała wodą, bazowo trzymając kształt i mięknąc w nieco budyniowy sposób. Wiązała się z tym niegładkość, w porywach wręcz szorstkość. Wodnistość z czasem przemieszała się z soczystością, która to próbowała ją maskować.
W smaku pierwsza zagrzmiała wysoka słodycz i czerwone owoce...? Dosłownie w pierwszych sekundach jakby nijaka słodycz wydawała się trochę odklejona... Acz trudno ją uchwycić. Zaraz bowiem polała się słodycz czerwonych owoców. Choć w pierwszej chwili wydawały się jakby występować osobno, zaraz słodkie, bardzo dojrzałe wielkie czereśnie wskoczyły na pierwszy plan, zajmując się słodyczą. Pomyślałam o tych najsłodszych odmianach...
A mimo to odnotowałam kwasek. W tle, niezwiązany z czereśniami, bo bardziej cytrusowy. Przez moment czułam cytrynę, ale ta zaraz zaczęła podporządkowywać się czereśniom i zmieniać w czerwone owoce... Czerwone porzeczki.
Jednocześnie za owocami pojawiła się nutka bardzo wilgotnego chleba żytniego (nie pełnoziarnistego, a takiego bardziej miękkiego, zwykłego). Wprowadził neutralniejszy motyw niesłodki (nie gorzki czy nawet bardzo wytrawny), dzięki czemu zaraz zaczęła rozwijać się wizja mocno czekoladowa wilgotnego ciasta, tortu. Czekoladowo-kawowego? O znikomej słodyczy i z nutką czerwonych owoców? Musiał być wytrawniejszy, lekko i szlachetnie gorzki.
Kwasek z czasem trochę się wycofał, pozostawiając sporo... rześkości? Ta jakby przejęła część soczystości i przemodelowała ją na motywy roślinnie-chłodne. Niewątpliwie też słodkie. Przeplatały się ze słodkimi białymi kwiatami, lecz to nie była tylko słodycz i świeżość kwiatów. Pomyślałam o mięcie i zielonych liściach, łodygach wręcz soczystych roślin.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa miałam wrażenie, jakby ten roślinny chłód starał się jak mógł, złagodzić dopiero rozwijającą się gorzkość. Na chwilę do mojej głowy zawitała myśl o chlebie żytnim z kremem czekoladowym typu Nutella, ale ze słodzikiem. Czekoladowo-...miętowym? Acz zaraz zniknął. Ciasto, tort wyklarowało się jako czekoladowy tort z konfiturą wiśniową i ze śmietanką (coś jak tort Sachera, ale niezupełnie?).
Moją uwagę przyciągnęła ta właśnie śmietankowość i pomyślałam o zimnej, ubijanej na gęsto, sztywno śmietanie. Tak chłodnej, że... aż mdławej?
Gorzkość nie odpuszczała. Wzrosła do średniego poziomu, serwując mi rozgrzaną, suchą ziemię. Akcent ziaren kawy starał się jej trzymać, ale trochę się gubił.
Po torcie czereśnie i czerwone porzeczki zrobiły się nieco bardziej winne i nieco kwaśniejsze. Acz bez alkoholu. Pomyślałam też o wiśniach... Ogólnie coraz bardziej mieszanych czerwonych owocach. Wróciły cytrusy, ale na tyle delikatne, że uległy czerwieni. Może to grejpfrut...? Cierpkawy, ale prawie z wyciętą kwaśnością. Kwaśność bowiem znowu zrobiła się zaskakująco niska. Mimo to, grejpfrutowi udało się pokazać odrobinkę wyraźniej (że można go zapisać bez znaku zapytania).
Za tym wszystkim odnotowałam jakby chłodno-słodką wodę... Wodę miętową? Wodę z miętą i cytryną? A także trochę zielonych roślin zlane deszczem? Tu znów wkroczyło trochę kwiatów. Próbowały nadać słodyczy charakteru, ale cały czas wymykała się jakby... czysta, prosta i dosadna słodycz.
Ziemi podpowiedziało to nieco metaliczne echo... Mokrego metalu, częściowo zakopanego w ziemi? Tylko że ziemia utwierdziła się co do gorącego wydźwięku - na zasadzie kontrastu podkreślała się z tym dziwnym wodnistym, słodkim chłodem.
Po zjedzeniu został posmak czereśni, wiśni i cytrusów o wiele mniej jasnych i oczywistych, a także ziemi z cierpko-goryczkowatym metalicznym echem. Metaliczność wydawała się wręcz gryząca, co podsycał jakby... nie do końca kwaśny kwasek (?). Wszystko to podlegało wysokiej, jakby czystej słodyczy, którą próbowały okiełznać akcenty kwiatów i niecharakternego miodu. W posmaku wyraźnie zdradził się ze swoją obecnością słodzik, bardzo psując wrażenie.
Czekolada jak na czekoladę ze słodzikiem wyszła zaskakująco dobrze. Przeszkadzały mi te chłodno-wodniste nuty jakby czystej słodyczy, która chwilami wiązała się z motywem świeżych zielonych liści, końcowo metaliczność, a także nie podobało mi się, że jakby stanęło to na drodze porządniejszemu rozwojowi gorzkości i kwaśności, ale na szczęście nuty czereśni, wiśni, czerwonych owoców, trochę cytrusów i gorącej ziemi z echem kawy dały radę nieźle się zaprezentować. Co prawda łagodził je niepełnoziarnisty chleb żytni, tort kakaowo-kawowy z czerwonymi owocami i ubitą śmietaną, trochę kwiatów i niezdecydowany miód, ale na brak charakteru narzekać nie można. Ogólnie miałam dziwne wrażenie, że ta słodycz nie zawsze zgrywa się z nutami kakao: trochę jakby tak mieć kwaśne owoce i do przesady czymś je posłodzić - wtedy będzie słodko, nie kwaśno, ale nie uczyni się tak owoców słodkim, a po prostu je dosłodzi. Zwłaszcza w trakcie jedzenia pod intensywnymi nutami kakao nie czuć jawnie słodziku, ale słodzikowość wylazła nieprzyjemnie w posmaku.
Ciekawe, że za nic nie zgadłabym zawartości kakao! Dałabym jakieś 73-73%.
ocena: 8/10
Skład: kakao, ksylitol (cukier brzozowy) 21%, tłuszcz kakaowy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.