środa, 30 grudnia 2020

Domori Chacao Dark Chocolate 70 % ciemna z Wybrzeża Kości Słoniowej

Kiedyś czekolady Domori onieśmielały mnie, przeważnie zachwycały, acz nigdy nie były u mnie numerem jeden. Doceniam bogactwo nut i to, jak złożone są, jednak czasem wydają mi się zbyt szlachetnie-uładzone dla moich kubków smakowych. Jak jednak Domori chce, to potrafi... rozłożyć mnie na łopatki. Po mlecznej i setce z serii Chacao, nie wiedziałam, którą zostawić na koniec. Bałam się, że 85 % będzie złagodzona tłuszczem, a 70 % cukrem... Gdyby jednak żadna z nich miała nie być złagodzona, a biorąc pod uwagę, że region Wybrzeża Kości Słoniowej to nuty raczej proste... 85 % brzmiało jak mocny kop kakao, prawda? W dodatku kojarzyłam, że Domori Land Organic Costa D'Avorio 70 % jakoś mnie AŻ TAK nie porwała i zaczęłam się zastanawiać, czy z 70tką Chacao w ogóle będą się jakoś specjalnie różnić. Tak też uznałam, że może być najbardziej moja z serii i zgodnie z zasadą "najlepsze na koniec", najpierw poszła 70tka.

Domori Chacao Bean-to-Bar Cioccolato Fondente Bio / Organic Dark Chocolate 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao forastino z Wybrzeża Kości Słoniowej.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach soczystych, jędrnych jeżyn i wiśni, przechodzących trochę w strefę sosu / syropu z ciemnych owoców. Może trochę alkoholowo-nalewkowatego? Na tej samej płaszczyźnie rysował się obraz słodkiego miodu ściekającego po drzewie... i drewnie. Drewnie palonym? Palenie wydało mi się dość mocne, mocno powiązane  z kawą, ale też z pewną cierpkością... Drewnianych mebli? Kawa i meble chwilami dotykały czegoś delikatniejszego. Orzechów? Orzechów osnutych wanilią? Takich jako lepko-miękkie ciasto orzechowo-kawowe.

Ciemna tabliczka przy łamaniu trzaskała bardzo głośno z racji swej twardości. Wydała mi się nieco krucha.
W ustach rozpływała się bardzo powoli i idealnie kremowo. Mimo że lepka, zalepiała usta tylko trochę. Robiła się w nich aksamitna i miękka, dość plastyczna, ale zwarta. Mimo dość ziarnistego przekroju, odznaczała się gładkością. Sprawiała wrażenie lekko suchawej, na pewno nie tłustej, ale dość... ciężko-gęstej esencjonalnej, zwartej (?).

W smaku już robiąc kęsa poczułam słodycz i szlachetną cierpkość syropu jeżynowego. Bardzo słodki, a jednocześnie cierpki był ciemny i niemal alkoholowy. W jego toni znalazły się też wiśnie, podsycając drobniusieńki kwasek.

Zanim jednak owoce się rozkręciły, rozszedł się bazowy, palony smak. Tworzyły go głównie orzechy, palone i jak z przypalonego ciasta orzechowego, przyprawionego czymś słodkim i cierpko-drapiącym. Mignęła mi skórka ciemnego chleba... na miodzie i zakwasie? Zaraz w wyobraźni przeniosłam się do jakiegoś wnętrza z ciemnymi panelami, drewnianymi meblami...

Owoce uderzyły wtedy ze zdwojoną siłą. Przodowała wiśnia słodko-kwaśna, soczysta. Zaraz za nią podążała ciemna drobnica leśna; zdecydowanie jeżyny, ale i inne, trudne do nazwania... Porzeczki? Może i kwaśne węgierki się tam zaplątały. Soczystość lała się z każdej strony, zagłuszając syrop, przejmując jego słodycz i przemodelowując ją na surowo-świeżo owocową. Na sile nie straciła, ale zmienił się jej charakter.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa "zerknęłam" na meble... pokrytymi skórą? Zaraz straciłam nimi zainteresowanie, bo na drewnianym stole ktoś postawił kawę. Kawę mocno paloną, czarną, ale nie siekierę. Odlegle ciastowo-orzechowe wątki wydały mi się łagodzić sytuację maślanym i waniliowym akcentem. Drobny kwasek owoców i w tych tonach się przeplatał. Do głowy przyszło mi ciemne ciasto przełożone masą wiśniową: kwaśną, ale jednocześnie słodko przyprawioną. To specyficzna "podkwaszona" słodycz... Czerwonego wina, które ktoś w tym pokoju ukrywał, ale wiedziałam, że tam jest.

Bliżej końca wiśnie i jeżyny mieszały się z kawą, jednak ich goryczce i cierpkości na drodze stały drzewa i maślaność, pewna chlebowość niczym chleb z jasnym miodem i chleb z konfiturą wiśniową. Słodycz wydała mi się miodowo-drapiąca, ale nie wysoka. Niczym miodowo-owocowy albo też miodowo-waniliowy syrop.

W posmaku pozostały owoce kwaśno-cierpkawe, z lekko wyłaniającą się słodyczą wanilii oraz meble. Może też palone, poprzypalane gorzkie orzechy? Czułam wiśniowo-winną soczystość, zza której odważniej wychyliły się śliwki węgierki; soczystość nierozerwanie słodką i kwaśną. Zamkniętą w charakterze wina.

Czekolada ta była słodka, dość kwaśna w słodki sposób (?), jedynie subtelnie gorzka - zacnie w tym wyważona.
Ciastowo i kawowo smakowała także Domori Land Costa D'Avorio 70 %, jednak ogólnie zupełnie inaczej. Tamta wydawała się wytrawniejsza, serowa, chwilami wręcz warzywna. To były jednak czerwone warzywa, jak tu czerwone owoce, ale... o nie, dzisiaj prezentowana to zdecydowanie słodko-kwaśne owoce (wiśnie, jeżyny), także wino i... orzechowo-ciastowo-kawowo-meblowe, może trochę chlebowe wątki. W sumie wyszła zaskakująco owocowo. Chyba właśnie dzięki temu jej kwaśność na stałe zespojona ze słodyczą była tak przyjemna. W ogóle to wyszła zupełnie inaczej od reszty czekolad z tego regionu, jakie jadłam. Chociaż... o dziwo najbliżej było jej do wiśniowo-waniliowej, "przypalonej", kawowej Katy Exclusive Noir Cote d'Ivoire 74 % - tylko że oczywiście z o wiele wyższej półki.
Wino i wiśnie z Chacao 100%? A jakże! Tylko że złagodzone ciastem, co łączy ją z mleczną (acz tam jasne ciasto waniliowe; tu orzechowe, ciemne). Intrygująca fuzja.
Producent pisał o kokosie... może jeśli chodzi o kwasek kokosa? Ja bym jednak na to nie wpadła.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 17,88 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 565,5 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: miazga kakaowa cukier trzcinowy

wtorek, 29 grudnia 2020

Divine 38% Milk Chocolate with Toffee & Sea Salt mleczna z Ghany z toffi i solą morską

Czekolady z dodatkami lubię w dniach nietakbardzodegustacyjnych. Stawiam na ciekawe, ale takie, które wydają się smaczne. Mimo to, jest niewiele takich, które omijam szerokim łukiem i za nic nie chcę próbować. Wierzę bowiem, że wszystko można zrobić tak, by jakoś smakowało. Jednym jednak ze nienawidzonych dodatków jest specyficzne amerykańskie toffi, które zazwyczaj strasznie wali smażeniem. Po prostu go nienawidzę. Wiele osób nie rozumie, co ja mam do tego aż tak, ale... skrajnie go nie cierpię, i tyle. Byłam więc przerażona tą czekoladą, bo myślałam, że je zawiera... to bowiem prezent od osoby nieznającej mnie najlepiej, ale wiedzącej o blogu. No tak, jak już wysyłać coś z Ameryki, ewidentnie chciano mi pokazać coś tamtejszego i, według osoby wysyłającej, naprawdę smacznego. Jak pisałam, wiele osób nie rozumie, co ja mam do takiego toffi. A prawda jest taka, że po prostu wyjątkowo nienawidzę smażenia. Gdy jednak przysiadłam na spokojnie, by sprawdzić markę itp., dotarło do mnie, że to brytyjska firma, a do czekolady dodano toffi typu butterscotch, czyli jak tradycyjne holenderskie twarde maślane cukierki do ssania. To... też mi się nie podobało, ale uspokoiłam się.

Divine 38% Milk Chocolate with Toffee & Sea Salt to mleczna czekolada o zawartości 38 % kakao z Ghany z toffi i solą morską.

Po otwarciu poczułam niemal cukrową słodycz wymieszaną z mocno maślano-karmelkowym wątkiem toffi, za którym kryły się zaskakująco wyraźne orzechy laskowe.

W dotyku tabliczka wydała mi się tłusto-lepka i miękkawa, ale przy łamaniu okazało się, iż do miękkości jej daleko. Może nie trzaskała jako tabliczka, a jedynie trzeszczała za sprawą dodatków, ale była zwarta i twardawa.
W ustach rozpływała się łatwo i szybko, gładko-tłusto w sposób maślano-wodnisty. Mimo iż pozornie gęsta, pozostawała zbita i znikała na wodniste smugi. Spośród nich na język wypadały kawałki toffi. Epizodycznie wyłapywałam drobinki soli oraz trafiłam na dwa spore płatki soli. Te mniejsze rozpływały się szybko i spójnie z resztą, a cukierki...
Ugryzione i pogryzione szybko skrzypiały / trzeszczały, by następnie przylepić się do zębów i po jakimś czasie zniknąć lub po prostu się rozpływały, acz dłużej od czekolady. Nawet na koniec zostało coś do pochrupania - to się już tak do zębów nie lepiło. Obie opcje wydały mi się w porządku, ale zdecydowanie wolałam nr 2 (zostawianie na sam koniec).
Mimo to, nie sposób było nie trafić na nie zębem, np. odgryzając część kostki, ponieważ dodano ich bardzo dużo.

Gdy tylko zrobiłam pierwszy kęs, poczułam cukrową słodycz, zbombardowaną maślanością i maślanym toffi już w ciągu kolejnych sekund. Jako że akurat trafiłam zębem na kawałek dodatku, który przylepił mi się do jedynki, skojarzyło mi się to z Toffifee.

Po tym, jak słodycz uderzyła, nieco zelżała, a czekolada po ustach roztoczyła maślany smak. To była baza, odlegle mleczna i... z nutą orzechów laskowych. Pojawiła się mocno palona nuta. Orzechy uprażone i oblepione toffi - właśnie takich nutkę czułam. Przechodziła w goryczkę, zawieszając nad wszystkim sugestię gorzkawości i tonęła w słodkiej maślaności. Tę podkręciła sól. Uwypukliła słodycz, którą zaczęłam postrzegać jako jeszcze bardziej paloną. Pierwsze skojarzenie z Toffifee znowu zostało przywołane. Przywołała też posmak smażenia. W drugiej połowie rozpływania się kęsa albo jedynie pobrzmiewała jako echo słoności, by następnie tchnąć trochę rześkości, albo przecinała wszystko, serwując słonego pstryczka i podkreślając smażenie.

Następnie jednak słodycz aż zaczynała drapać w gardle, przez co o akcencie soli łatwo zapomnieć. Cukrowo-maślany duet nasilał się przy dodatku, choć ten wydał mi się głównie cukrowy, dopiero potem zaś cukierkowo... nibymaślany, ale w sumie nie do końca. Nie był to mocny smak; trochę tylko opalono-podsmażony.

Pod koniec czekolada wydała mi się wręcz ulepkowato, cukrowo-maślano delikatniusia. Zniknęły palono-smażone nuty, została cukrowość i słoność.

Cukierki "dopogryzane" po czekoladzie smakowały takimi cukrowymi, mdławymi maślanymi cuksami.

Po zniknięciu choćby najmniejszego kawałka został posmak orzechowego toffi, cukrowość drapiąca w gardle i posmak... cukrowych cukierków... maślano-mlecznych? Toffiowato-niedookreślonych. Czułam też, że wszystko to było podkreślone solą, ale soli nie czułam.

Całość wyszła porządnie, ale nudno i nie w moim guście. Trudno o znalezienie ogromnych wad, ale też o elementy zasługujące na pochwałę czy choćby takie, dla których chciałoby się poświecić jej więcej uwagi. Poprawnie zrobiona, tak zasłodzona, że nudna i tyle. Owszem, nuta laskowców była fajna, a toffi zaskakująco przystępne gdy chodzi o strukturę, ale to też nie rewelacja. Przeciętna, że na pewno bym jej nie kupiła, cieszyłam się, że mam komu większość (Mamie) oddać. Ten posmak smażenia w toffi wyjątkowo mi nie odpowiadał, tak samo jak maślana baza smakowa czekolady i taka struktura, szybkie znikanie. Po dwóch kostkach strasznie chciało mi się pić od soli i cukru, przez co nawet wąchać tej czekolady dalej mi się nie chciało. Mama odebrała ją lepiej, ale jej też nie porwała. Uznała ją za poprawną, przy czym: "te toffi to chyba najciekawsze, co w tej czekoladzie było. Całość nie za słodka i wcale nie taka słona".

Jako ciekawostkę Wam powiem, że mimo wszystko chyba wolałabym Pawełka, gdybym już miała zjeść coś z toffi, bo nie było w nim cienia smażenia.
Skojarzyła mi się z biedronkową Cachet mleczną z karmelem i solą - no, w Divine przynajmniej czuć sól oraz z Endangered Species 72 % Dark Chocolate with Hazelnut Toffee. Divine smakowała laskowcami bez nich w składzie; niestety też z nutą podsmażenia, choć nie powinno jej tam być (bo to butterscotch, a nie toffi amerykańskie). Na szczęście smażenie było o wiele delikatniejsze niż w Hershey's Nuggets Milk Chocolate with Toffee & Almonds.


 ocena: 6/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 565 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, toffi typu butterscotch  10% (cukier, syrop glukozowy, tłuszcz mleczny, sól), tłuszcz mleczny, sól morska, lecytyna słonecznikowa, wanilia

poniedziałek, 28 grudnia 2020

baton E.Wedel Pawełek Mleczny Toffi

Co jakiś czas od paru lat nachodziła mnie myśl, czy obecnie jeszcze jakiekolwiek szanse miałby u mnie Pawełek. Jako dziecko bardzo go lubiłam, ale wiadomo, wtedy kręciło mnie, jaki to on mocno alkoholowy (a przy tym smaczny) był. Obecnie jednak wielbicielką toffi nie jestem, rzadko kiedy odpowiadają mi mocno alkoholowe słodycze, batonów nie lubię, a o Wedlu... aż lepiej nie mówić. Po prostu go nie cierpię. Abstrakcyjnie chciałam do niego wrócić, Mamie na przestrzeni lat wciąż smakował, ale raz i drugi trafił się taki, przy którym usłyszałam, że chyba pogorszyli. Kupować nie miałam zamiaru, ale... Niespodzianka! Sam do mnie trafił. Jako gratis do paczki, którą wysłano mi z ogromnym opóźnieniem.


E. Wedel Pawełek Mleczny Toffi to "batonik z 50 % nadzieniem o smaku toffi w mlecznej czekoladzie" (z dodatkiem alkoholu); czekolada zawiera 29 % kakao.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, walnął mnie czysty spiryt. Alkohol ten, bardzo mocny, ewidentnie tani, mieszał się z cukrowo-śmietankowym toffi na tle cukrowej czekolady. Alkohol był silny, całość cukrowa, ale po pierwszym szoku też do odnotowania mleczna; w zasadzie plebejsko przyjemna.

Czekolada wydała mi się w dotyku tłusto-polewowa, jednak przy łamaniu lekko pykała.
Okazała się delikatna, łamiąca dopiero przy robieniu kęsa i dzieleniu. Szybko miękła w ustach, ale zalegała w nich długo. Rozpływała się opornie; straszliwie, wręcz ziarniście-proszkowo z efektami: tłustym i wodnistym. W zasadzie... znikała na nic.
Ujawniała miękkie, ciągnąco-lejące nadzienie. Błyskawicznie się spod niej wyciskało i rozpływało szybciej, ale też nie w sekundę. Cechowała je wręcz śliskość, mimo że chwilami także ono wydawało się lekko proszkowe, ale bardziej w kontekście scukrzenia. Było tłuste w sposób śmietankowy.

W smaku czekolada porażała cukrem. Była tania, kiepska, bliżej nieokreślona, ale raczej lekko tylko mlecznawa i nasiąknięta nadzieniem. Nie wyłapałam w niej specyficznej nuty mlecznej czekolady Wedla, jaką zawsze w niej czułam, ale obstawiam, że nadzienie ją zagłuszyło (to akurat dobrze, bo nienawidzę tej nuty).

Nadzienie uderzało bardzo szybko i już w ciągu kolejnej sekundy-dwóch dominowało, zagłuszając czekoladę. Natychmiast zaczynało drapać w gardle cukrem i rozgrzewało mocnym alkoholem, czystym spirytusem. Alkohol ścigał się z cukrem, aż w końcu splotły się ze sobą w gardle jako palenie. Wysoka słodycz mimo wszystko nie stanęła na drodze smakowi śmietankowego toffi. Było wyczuwalne, tak samo jak echo sztuczności, które wychwyciłam, kiedy to nieco alkohol osłabł. To toffi śmietankowe i całkiem, mimo wszystko, wyraziste.

Bliżej końca, gdy nadzienie już prawie zniknęło, czułam jeszcze wyższą cukrowość i sztuczność samej czekolady. Wydała mi się po tym wszystkim do bólu czekoladopodobna.

Po zjedzeniu został posmak mocnego alkoholu i słodyczy rodem ze spirytusowych bombonierek, nutka toffi i męcząca cukrowość. Przy tym wszystkim na jaw wypełzła bardzo wyraźnie sztuczność, dziwna cukierkowość.

Po kosteczce oddałam Mamie, bo... po prostu nie lubię obrywać. A tu dostałam po głowie i alkoholem, i cukrem, i prochem... jak z armaty. Mimo wszystko... nie mogę powiedzieć, by była to wyjątkowa paskuda. Wręcz przeciwnie! Jak na Wedla to... zadowalający, plebejski baton, w którym tytułowy smak czuć. A i wciąż było "spożywczo", a nie np. jak czysty alkohol etylowy. Gdybym akurat miała ochotę na coś mocno alkoholowego, może mogłabym zjeść więcej. Nie wiem jednak czy i tak całość, bo ogrom cukru i niemoja forma, jakość, bardzo mi obecnie przeszkadzały. Myślałam jednak, że będzie gorzej, serio.
Co ciekawe, Mamy też nie zachwycił. Owszem, smakował jej, ale stwierdziła, że: "jakiś inny niż kiedyś. Taki miękki i zalegający w ustach. Kiedyś to fajnie zawsze czekolada chrupnęła, a potem szybciutko się to rozpływało, a teraz dziwne takie. Sama czekolada nie smakuje tak dobrze, jak kiedyś, ale nadzienie dalej pyszne, mocno alkoholowe i toffi."


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 459 kcal / 100 g; baton 45g - 207 kcal
czy znów kupię: nie

czekolada mleczna 50% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, emulgatory: lecytyna sojowa i E 476; aromat), cukier, mleko zagęszczone słodzone, syrop glukozowy, spirytus 2,3%, tłuszcz palmowy, mleko pełne w proszku, serwatka w proszku, substancja utrzymująca wilgoć (inwertaza), aromaty, lecytyna sojowa

niedziela, 27 grudnia 2020

Novi Nero 70 % Extra bitter / Dark Chocolate with Cocoa Nibs ciemna z nibsami

Zanim zjadłam Novi Nero Ecuador 75 %, marka bardzo, bardzo mnie zainteresowała i nie mogłam o niej zapomnieć. Po podlinkowanej jednak trochę mi to przeszło. Może nie bez znaczenia był fakt, że moją szufladę zapełniło kilka tabliczek z dodatkami? Przygodę z nimi postanowiłam zacząć od zawierającej kawałki ziaren kakao, które zazwyczaj mi w tabliczkach tylko przeszkadzają, ale które czasem... potrafię tolerować czy nawet docenić wykonanie. Może nie to, bym się do nich przekonała, ale już nie wydawały się takie straszne. Mimo to, ryzykowny w moim odczuciu dodatek wolałam puścić przodem.

Novi Nero Nero 70 % Extra bitter / Dark Chocolate with Cocoa Nibs to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z kawałkami nibsów, czyli ziaren kakao, produkowana przez Elah Dufour.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam zapach waniliowego, jasnego biszkoptu i lodów śmietankowych. Nie bez znaczenia był ich chłód - odgrywał istotną rolę. W tle zaznaczył się też palony motyw sugerujący kawę. Czułam się, jakby wszystko to zostało mi podane w zacienionym miejscu; jakbym z oddali patrzyła na jezioro, od którego twarz chłodził mi letni wietrzyk.

Tabliczka w dotyku wydała mi się polewowo-śliska, ale była twarda i ładnie trzaskała, ujawniając mnóstwo średniej i małej wielkości kawałków kakao.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, raczej wolno niż szybko, lecz bez oporu. Miękła szybko, mimo że długo zachowywała kształt. Robiła się bowiem zlepkiem najeżonym dodatkiem, który sam w sobie był tłusty i znikający wodniście tłusto. Jak... polewa. Zupełnie nie podobała mi się ta struktura.
Na język niechętnie wypadały z tego kawałki kakao; ja zostawiałam je na koniec, dopiero wtedy rozgryzałam.
Drapały nieprzyjemnie podniebienie, ale nie pokaleczyły go do krwi. Okazały się lekko chrupiące, miękkawo-soczyste, dość świeże, mimo że jakby wypalone na krucho.
Uważam, że przesadzono z ich ilością przy tak cieniutkiej tabliczce, bo mimo że nie potworne, to i tak przeszkadzały.

W smaku czekolada od początku była gorzka jak dym. Utrzymywał się w oddali, w tle przez całą degustację. Po chwili dołączył do niego chodnikowy chłód i... znów przeniosłam się w cień, pod parasol. Czułam się, jakbym siedziała w jakimś kompleksie turystycznym, patrząc na jezioro, od którego wiał chłodny wiatr. Czyżbym właśnie zaczęła raczyć się gorzko kakaowymi lodami?

Tabliczka miała wydźwięk lodów, które po chwili zaserwowały mi skąpą słodycz. Lody zrobione na śmietance, delikatne i tłuste... Zaraz ich słodycz zaczęła się rozkręcać, a mi do głowy przyszedł biszkopt. Czyżby wszystko to dosłodzono wanilią? Zwiewne, słodkie przyprawy wpisały się w chłód i dym. Pomyślałam o lukrecji, ale nie pojawiła się żadna ostrość. W połowie rozpływania się kęsa wzrosły za to babkowo-biszkoptowe nuty.

Czułam, jakbym przepiła to wszystko kawą. Jej gorzkość zmieszała się z gorzkimi lodami kakaowymi. W niej też obracała się sugestia dymu. Czyżby była już jakaś chłodniejsza?

Paloność i dym rozchodziły się też od nibsów. Początkowo kawowo-kakaowe, rozgryzane bliżej końca i na koniec podkreślały smak dymu. Kilka z nich podrzuciło motyw piwa. Ciemnego, zimnego piwa.

Po zjedzeniu został posmak kawy, dymu i piwa. Czułam śmietankową tłustość lodów i ich chłodek. Chłodek ogółem. Na koniec może trochę bardziej słodzikowo-lukrecjowy. Pikantniejszy, bo wzmocniony piwem.

Całość przywodziła na myśl wakacje: zacieniony kompleks turystyczny z lodami i piwem, nie ciężki, ale poważniejszy - "dla dorosłych na urlopie". Biszkopto-babka mi niezbyt pasowała do tego wydźwięku, ale poprzez chłodek i lody śmietankowe, wanilię na smak... w zasadzie nie było zgrzytów. Do czasu rozgryzania nibsów. Wydały się dziwnie odstawać przez chociażby piwo. Spokojnie, spokojnie i nagle bum!
Czekolada była smaczna, ale niestety jej struktura zupełnie mi nie odpowiadała. Zjadłam 2/3, resztę oddałam ojcu, bojąc się o podniebienie, które znalazło się na granicy pokaleczenia do krwi. Na smak z ochotą zjadłabym całość. Nie było jednak przyjemnie jeść, będąc drapaną dodatkiem. Jednocześnie... nie mogę powiedzieć, by czekolada była zła.


ocena: 8/10
kupiłam: Bottega Del Gusto
cena: 13,50 zł (za 75g)
kaloryczność: 589 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, emulgatory, ekstrakt z wanilii

sobota, 26 grudnia 2020

Ritter Sport Marhaba Joghurt Honig Nuss mleczna z nadzieniem jogurtowym z miodem i orzechami laskowymi

Marzy mi się dobra czekolada jogurtowa. W kefirowej Naive zakochałam się i z chęcią zjadłabym tego typu jogurtową, ale... mam ochotę na nieprzesłodzoną nadzianą mocno jogurtowym kremem. Niestety, takich nie widziałam. Zotter Strawberry Yoghurt "Classic" to nie to... Nie mleczna z po prostu jogurtowym, nie jogurtowo-owocowym nadzieniem. Z desperacji więc sięgam po różne plebejskie z nadzieniami jogurtowymi licząc, że może od biedy chociaż częściowo mnie usatysfakcjonują. Te obecne stale (Milka Yoghurt, RS Joghurt) też w sumie bym spróbowała, ale że wiem, że cukier i tak mnie porazi i całych nie zjem, nie spieszno mi do tego. Milka Crispy Joghurt ogólnie niespecjalnie mi podeszła, ale to też, bo z chrupaczami. Przy limitkach, gdy pojawia się groźba, że niedługo znikną, jakoś łatwiej jest mi zmotywować się do zakupu. Jednak czy na dobrą sprawę ma on sens? Raczej nie, ale cóż zrobić... Nadzieja, że wreszcie jakaś gorsza mi posmakuje, jak widać matką głupich. A z nabyciem tej wiązała się ciekawa sytuacja. Mama chciała ją kupić i zapamiętała sobie, by polować na żółte opakowanie (mimo że jest sceptyczna do nadzień jogurtowych). Przez pomyłkę jednak kupiła białą z orzechami... Która bardzo jej smakowała dzięki "rewelacyjnym orzechom" (ja próbowałam ją już dawno i mi nie pasowała). To jednak sprawiło, że zdobycie tej uznała za punkt honoru. I w końcu jej się udało. Tym razem to ona tak się zapaliła, bo ja po Schogetten Yoghurt & Honey trochę się bałam.

Ritter Sport Marhaba Joghurt Honig Nuss to czekolada mleczna nadziewana jogurtowym kremem (32%) z kawałkami orzechów laskowych (7,5%) i chrupkami / kawałkami miodowymi (5%); edycja limitowana na lato 2020.

Po otwarciu czekolada przywitała mnie cukrowo słodkim, a zarazem mocno mlecznym zapachem z wyraźnym, palono-prażonym motywem orzechów i wafelków. Te podsunęły mi skojarzenie z lodami w waflu... Lodami jogurtowymi? Ten na pewno ujawnił się po przełamaniu. Doszukałam się pewnej rześkości, nawet kwasku, co nie zmieniło ulepkowatego charakteru, ale na pewną smakowitość się przełożyło. Miód ukrywał się, choć w trakcie degustacji (może trochę na siłę) doszukałam się go.

W dotyku tabliczka wydała mi się tłusto-delikatna, wykazywała miękkawość, choć w dłoniach się nie topiła.
Przy łamaniu prawie się rwała, a przy robieniu kęsa trochę się uginała.Mimo że czekolada to gruba warstwa, nadzienie odznaczało się tłustą miękkością, co nie mogło dać innego efektu. Dodatki w niej trzeszczały: były to spore, wyprażone kawałki orzechów bez skórek oraz drobinki lśniące jak żółtawe kryształki (miodowe chrupki). Dodano ich mnóstwo - była nimi tak najeżona, że mimo miękkości wyszła w sumie jak twór do chrupania.
W ustach całość błyskawicznie przybierała postać miękkiej, zalepiająco-zapychającej, tłustej masy.
Czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, gęsto i tłusto zalepiając. Zdradzała lekką proszkowość.
Nadzienie okazało się gładsze od niej i również tłuste, acz w bardziej rzadko-mleczno-oleistym kontekście. Było miękkie, znikało szybciej, ale jeszcze też gęstawo.
Wyłaniały się z niego dodatki w ilości sowitej: drobne kawałki orzechów i małe miodowe płatko-chrupki. O ile pierwsze delikatnie chrupały, były miękkawo-świeże (gdy chodzi o strukturę) i w porządku, tak te drugie szkliście chrupały trochę jak cukier, częściowo rozpływały się. Na szczęście nie przylepiały się do zębów. Żaden z dodatków nie zdobył mojej przychylności, acz przynajmniej odwracały uwagę od tłustości i miękkości ogółu.

Czekolada uderzyła przesadzoną słodyczą, którą szybko zalało wyraziste mleko. Było pełne i naturalne, choć zacukrzone do bólu. Przełykając ślinę miałam wrażenie, że cukier przełożył się także na gęstość i... na pewno przełożył się na drapanie w gardle.

Nadzienie kontynuowało zabójczą słodycz, ale zgrało się także z mlecznym smakiem. W zasadzie poniekąd wydawało się też naturalnie słodkie dzięki mleku. Podpinając się pod nie, tchnęło trochę lekkości. Poczułam delikatną rześkość, kwasek. Spróbowane osobno lub w częściach, gdzie czekolady i dodatków przypadło mniej, zaskoczyło mnie swoim w miarę wyczuwalnym kwaskiem. Zrobiło się trochę jogurtowo, choć bardzo słodko. W tle czułam nutkę nijakości, oleistości.

Od tej jednak odwracały uwagę dodatki, które już jakoś w połowie rozpływania się kęsa wylegały na język. Orzechy nierozgryzane, wnosiły jedynie echo siebie jako coś bardziej prażonego po prostu. Miód - owszem, wnosił więcej. Oczywiście podbijał słodycz, miodowego smaku raczej nie dodając. Raz po raz, skupiwszy się, poczułam jego delikatny akcent. Jasny, nieambitny i, jak i cukier, drapiący w gardle.
Orzechy trochę bardziej ciumkane i gryzione bliżej końca smakowały już bardzo wyraziście sobą. Tylko chwilami prażono-świeżawe, ewidentnie laskowe, a w większości tak prażone, że aż poprzypalane. Te drugie kojarzyły się z fistaszkami i waflami. Raz po raz trafiłam na gorzkawy kawałek.

Końcówka była już bardzo słodka, ale... wciąż mleczna, już bardziej orzechowa, przy czym wróciły skojarzenia z poprzypiekanymi za mocno wafelkami. W gardle drapała słodycz, czekolada na powrót zaczęła zagłuszać nadzienie, ale bliżej końca wydała mi się już mniej mleczna, a bardziej mleczno-maślano-orzechowawa, rozmyta.

Po zjedzeniu małej ilości pozostał tłuszcz na ustach i przesłodzenie jako mieszanka cukru z posmakiem czegoś (może i miodu). Motyw jogurtu zniknął, za to zostały orzechy... prażone tak, że właśnie bardziej ich prażoność niż one same w sobie.

Zjadłszy dwie kostki nie doszukałam się niczego, za co mogłabym ją zjechać, a jednocześnie nie znalazłam nic, co by sprawiło, że uznałabym ją za fajną. Miękko, chrupiąco, słodko, mlecznie i jakoś tam orzechowo - nuda. Brakowało mi wyrazistego jogurtu (gdybym nie wiedziała, że to nadzienie jogurtowe, mogłabym nie zgadnąć), brakowało mi miodu i... w sumie nawet laskowców (ich smaku), choć do tej kompozycji orzechy uważam za zbędne. Gdyby mi wpierali, że dodano fistaszki, wafelki czy cokolwiek innego, uwierzyłabym.
Z obiecanych smaków kompletnie nic nie dostałam. Na pewno więc wyszła smaczniej i lepiej jakościowo niż Schogetten Yoghurt & Honey, jednak RS nie dostała 6 za to, że z tytułowych smaków kluczowych brak.

Resztę oddałam Mamie. Jej smakowała, ale nawet ona przyznała, że już samą czekoladę przesłodzono i... że orzechy dodano niepotrzebnie, że tylko zagłuszają (w dodatku nie zgadła, że to laskowe przez to, jak mocno je uprażyli). "Miękka, tłusta w punkt. Nie lubię jogurtowych rzeczy, a ta była tak mało jogurtowa, że mi smakowała. Te takie chrupki fajne były, ale już prędzej obstawiałabym jakieś zbożowe czy nawet owocowe niż że to miód" - ekhem.
Uznałam, że definitywnie kończę zwłaszcza z nadziewanymi czekoladami tej marki; nie chcę mieć z nimi do czynienia. Jakaś nienadziewana, jak się ciekawa trafi...? To może jeszcze, ale ogólnie w mojej głowie marka jest już raczej skreślona, bo po prostu nie dla mnie.


 ocena: 5/10
kupiłam: Lidl (Mama kupiła)
cena: 4,99 zł (chyba)
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, olej palmowy, tłuszcz kakaowy, orzechy laskowe siekane, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka 5,5%, laktoza, miód 2,5%, odtłuszczone mleko w proszku, maltodekstryna, masło klarowane, śmietanka w proszku, lecytyna sojowa, środek zagęszczający: alginian sodu

piątek, 25 grudnia 2020

Oialla Beniano Bolivia 78% ciemna z Boliwii

Oialla to duńska marka, założona przez dwóch czekoladników w 2010 po tym, jak rozsmakowali się w kakao z boliwijskiej prowincji Beni oraz zapoznali się z Fruition. Duńskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wspiera ich przedsięwzięcie, ponieważ działają na rzecz ekologicznej żywności, ściśle współpracując z boliwijską kompanią Sumar. Współpraca ta zapewnia godziwe wynagrodzenie, wyższy standard życia i edukację rdzennej ludności wiejskiej w Boliwii. Gdy tak to wszystko czytałam, aż się uśmiechnęłam. Jak dobrze, że coraz więcej jest takich uczciwych marek, które utrzymują się latami. To jednak kwestia postępowania, a co z czekoladą? Pojęcia nie miałam, ale liczyłam na zacny kąsek, bo Boliwia to region, na jaki rzadko trafiam, a większość ciemnych stamtąd bardzo mi smakowała. Chciałam poznać to kakao dokładniej, tym bardziej, że jak widać kogoś aż zmotywowało, by całą markę stworzyć. I inspiracja Fruition do mnie przemówiła, nie ukrywam.

Oialla Organic Beniano Bolivia 78% to ciemna czekolada o zawartości 78 % kakao z Boliwii z departamentu Beni / Beniano.

Rozchylając sreberko, poczułam intensywną woń drzew, migdałów i fistaszków. Miały delikatny, nieprażony albo prażony minimalnie charakter. Pomyślałam przy nich także o patyczkach do lodów, bo ich klimat był dość orzeźwiający. Spory udział w kompozycji zajęła "gęsta" soczystość słodkiego mango i słodkich, czerwonych owoców np. czereśni, arbuza. Było w tym coś egzotycznego i nie do końca jak świeże, surowe owoce, a może... rześkie sorbety? Albo... pierogi z owocami? Jagodami? Posłodzonych miodem?

Przy łamaniu tabliczka wydawała się raczej delikatna, trzaskała lekko, ale to przez to, jak strasznie cienka była. Na dotyk, na oko wyglądała na tłustą i gęstą.
W ustach rozpływała się przyjemnie powoli. Miękła na gęsty, zalepiający krem, z czasem upuszczając soczystość jak konkretne, zwarte i jędrne owoce. Już po paru sekundach zdradziła swą wysoką, przytłaczającą tłustość. Była niczym masło. Cechowała ją idealna gładkość, wręcz śliskawość.

Gdy tylko kawałek wylądował w ustach, poczułam delikatną słodycz jasnego ciasta. Najpierw oczami wyobraźni zobaczyłam surową, jasną masę na ciasto, potem wyobraziłam sobie jakiś tłusty biszkopt miodowy i pierogi polane jasnym miodem. Wyszła ciastowo, ale nie do końca słodko-słodko.

Zaraz bowiem rozeszła się gorzkość migdałów i całego mnóstwa orzechów. Wzrosła, choć siekierą nie była. Na przód wypchnęły się fistaszki, by tam zrównać się z migdałami. Te podkreślała drzewno-drewniana nuta. Była delikatna, nieprażona. Charakteru jednak jej nie brakowało. Trafiłam w tej mieszaninie na... zawilgoconą tabakę? Albo fusy herbaty? Znów pomyślałam o wilgotnych patyczkach do lodów z zapachu i...

Pierogach. Widziałam je! Jasne pierogi, lepkie i mokrawe, nadziane... gęstymi, naturalnymi jagodami i czerwonymi owocami. Jagodowo-porzeczkowy splot przyniósł lekką cierpkość, nawet kwasek. To zaś było jakby tonowane poprzez polanie pierogów odrobinką jasnego, niewyrazistego miodu.
Owoce rozkręciły słodką soczystość ze swoistym przełamaniem. Pomyślałam o średnio dojrzałych, przeciętnych czereśniach i czymś bardziej egzotycznie-cytrusowym, trudnym do nazwania. Chyba mignęła mi specyficznie słodko-kwaśna limonka. Owocowy motyw pobrzmiewał, ale nie był głównym. Lekka kwaśność ustabilizowała się. Czyżby pierogi utonęły w śmietanie lub śmietanowym jogurcie?

Odważniej grały orzechy. Przeciągnęły cierpkość owoców na swoją stronę, co poszło w herbacianym kierunku. Migdały królowały, jakby trochę się podprażyły, acz także drzewa w drugiej połowie miały więcej do powiedzenia. Poczułam lekką pikanterię słodko-rozgrzewających korzennych przypraw, a po chwili trafiłam na  naturalną słodkawość i wręcz maślaność orzechów. Zmieniły się w jakieś orzechowe kremy lub lody na bazie śmietanki.
Ten bardzo, bardzo tłusty krem orzechowy... miodowa nuta... i dosłownie widziałam (wygooglowałam, bo na ciastach się nie znam; tego nie jadłam, ale wyobrażam sobie, że smakuje właśnie tak) miodownik. Przez moment miód szczypnął jeszcze pikanterią, zadrapał, ale zaraz rozszedł się, roztaczając słodycz. Jakbym jadła miękkie, jasne ciasto, z mnóstwem mdławo-tłustego kremu, jasnym miodem i orzechami. Bliżej końca zrobiło się aż tłusto-mdło, głównie maślano, a wyraziste migdały zaczęły pobrzmiewać marcepanem.

Po zjedzeniu pozostał posmak właśnie delikatnych, ale wyraźnych migdałów i orzechów oraz sugestia rześkości. Po głowie plątały mi się m.in. czereśnie, ale też wiele motywów nie do nazwania. Wróciła jagodowa cierpkość i nawet stonowana kwaśność cytrusów, ale też pszeniczna wytrawność. Było bardzo słodko w miodowym kontekście. Czułam się, jakbym naprawdę zjadła pierogi z owocami, ale też... masło-śmietanową masę, która niemiłosiernie otłuściła mi usta.

Wyszła jak o wiele tłustsza wersja Zottera Labooko Bolivia 90 %, podobne były w nich jagodowo-cytrusowe, drewniano-drzewne nuty, a także nabiał, ale właśnie - w Zotterze twaróg / jogurt, a Oialla to nabiał tłusty i za tłusty.
Cytrusowość, herbata i fistaszki pamiętałam z Georgii Ramon Bolivia Beniano Wild Beni 84%, która to była wyraźnie czerwonoporzeczkowa (Oialla to ogóle nuty owoców m.in. czerwonych)
Co ciekawe, wszystkie miały nuty "czegoś pszennego" z tej samej klasy, ale kompletnie inne: wafelki (Zotter), herbatniki maślane (GR) i w końcu masa na ciasto, pierogi dzisiejszej.

Była bardzo smaczna, ale jej strukturę uważam za odpychającą. Częściowo łączyła się ze smakiem, więc nie dala rady mnie w pełni zachwycić. Wyszła za łagodnie na tę zawartość. Tak właśnie słodko, tłusto... a jednak pewne aspekty były boskie i marzy mi się tabliczka z nimi, w której by się wyraźnie rozwinęły (zestawienie owoców, ale i nuta pierogów była interesująca; ileż bym też dała za mocniejsze surowe orzechy - bo zdarzają się jakoś rzadko).


 ocena: 8/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £7.95 (za 60g)
kaloryczność: 618 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 24 grudnia 2020

lody Ben&Jerry's Cinnamon Buns

Cinnamon Roll jadłam może ze dwa razy w życiu, w tym raz w Stanach, na miejscu. To miało swój klimat, jak mało co! Myślałam, że umrę - tak bardzo to nie dla mnie twór - a jednocześnie strasznie fajnie było "to poczuć". Takie poznanie jednak wystarczy mi na całe życie, nie ukrywam. Wracać nie chcę. Smak ten jednak... no, dopóki ma oddawać mocną cynamonowość, ma swój urok. Halo Top Cinnamon Roll były wprawdzie nienajlepsze, ale lody marki B&J's zdarzają się też smaczne. Gdy wczytałam się, czym dokładnie są dziś przedstawiane... dostrzegłam ogromny potencjał. Cynamonowy zakalec? Brzmiało obłędnie. Ok, zakalce w Cookie Dough akurat B&J's nie wyszły, ale te potencjalnie były za dobre, bym pozwoliła sobie je przegapić. Już wolałam się ewentualnie rozczarować.

Ben & Jerry's Cinnamon Buns to lody karmelowe z sosem cynamonowym (cynamonowo-kruszonkowym) 9 % i kawałkami cynamonowego "cookie dough", czyli surowego ciasta 10%; stylizowane na cinnamon rolls / buns.
 Opakowanie zawiera 500 ml / 453 g.

Gdy tylko otworzyłam pudełko, poczułam cynamon i słodko-mleczne lody. Łączyła to ciepła ciasteczkowość, pewne wypieczenie i nawet ostrość. Wraz z jedzeniem, a więc ocieplaniem się lodów, cynamon wyeksponował się naprawdę pięknie, intensywnie pikantnie, przynosząc skojarzenie z cynamonową bułeczką.

Masa sama w sobie była średnio twarda, a jednocześnie przyjemnie gęsta i kremowa. Wydała mi się odpowiednio tłusta w pełnomleczny sposób. Nie przejawiała rozwodnienia, rozpływała się w umiarkowanym tempie.
Masa przepleciona była gęstym sosem, a właściwie bardziej soso-masą. Było to gęste, lepiące i trochę ciągnące. Mimo że pyłkowe od cynamonu, trochę jakby mąki (?), "sos" wydał mi się lekko żelowy. Nie pożałowano tego, choć rozmieszczono nierównomiernie, bo albo długo nie było nic, albo trafiały się ogromne skupiska z paroma tylko "kręciołkami". Nie wiem, czy cynamon w całej masie lodowej pochodził właśnie z tego, czy dodano go niezależnie, bo był dosłownie wszędzie.
Trafiłam na mnóstwo walcowych kawałków ciasta. Były równe, średniej wielkości kawałki, ale i trochę jakby podmiażdżona drobnica. Początkowo twarde, wszystkie rozpływały się w ustach, dawały się gryźć. Miękły wtedy na gęstą, choć suchawo-pylistą (od cynamonu) masę ciastową, która chrupała i rzęziła od kryształków cukru i cynamonu. Nie było to surowe ciasto "cookie dough" idealne, a drobnoziarniste grudki ciasta, choć całkiem w porządku.

W smaku same lody wyszły wręcz śmietankowo, bardzo mlecznie. Nie czuć w nich rozwodnienia, ale bardzo wyrazistego karmelu też nie. Wysoka słodycz wprawdzie szybko dała o sobie znać; karmelem pobrzmiewała jedynie do pewnego stopnia. Znacząco nasiąkły cynamonem, który się w nie wmieszał (co nawet na zdjęciach widać). Wydawało mi się, że to on nadał słodyczy cieplejszego wydźwięku.

Sos był głównie cynamonowy, chwilami bardzo ostro-goryczkowaty, czasem nawet po prostu gorzki. Rozgrzewał, dominował nad masą lodową, ale także podnosił słodycz. Była cukrowa, ale cukier stał dopiero za cynamonem. Ten był mocny, naturalny i aż piekł w język.

Również cukrowe były zakalce, ale ich cukrowości towarzyszył też specyficzny ciastowy smak. Był trochę goryczkowato-kartonowy, trochę... melasowo-karmelowy? Ciepły, ale nie pieczony, a mącznie-surowociastowy właśnie. Na pewno czułam ostrość. Także w ciastkach wyraźnie czuć cynamon, choć w takich wyłożonych "obok", jak ociepliły się i zmiękły, nawet częściowo tam się topić zaczęły (bo zawilgocone od lodów), pobrzmiewała cola (sztuczny cynamon). Traciło to jednak na znaczeniu w ogólnej cynamonowości lodów.

Gdy wszystko się mieszało w trakcie jedzenia, robiło się bardzo pikantnie, bardzo słodko, ale także cynamonowo. Właściwie... nie mogę narzekać, bo głównie cynamonowo i to w naturalnym kontekście, a z echem coli. Czuć ostrość, chwilami niemal goryczkę, ale jednocześnie baza z czasem zaczęła mi wydawać coraz słodsza w sposób... nijaki. Do samego końca sprawiała wrażenie śmietankowej, karmel zaś sugerowała w porywach.

Bliżej końca uczty słodycz zaczęła mi doskwierać dość mocno, jednak smak tytułowy był w to wpisany. Bułkowo-cynamonowy klimat był świetny, a to, że w język i gardło korzenna ostrość aż paliły... w sumie też mi odpowiadało. Dziwne było uczucie takiego rozgrzania podczas jedzenia lodów.

Po zjedzeniu czułam pieczenie w gardle i na języku wywołane cynamonem, ale też cukrem. Kończąc jedzenie czułam, że aż mi serce przyspieszyło. Miałam wrażenie, że całość trochę otłuściła mi usta, choć do tego mógł przyłożyć się też lepki efekt dodatku. Mimo to, nie było tak źle, bo wciąż czułam naturalny, ostry cynamon.

Całość bardzo mi smakowała, mimo zbyt wysokiej słodyczy i echa coli. Zakalce wydały mi się lepsze niż w podstawowej wersji Cookie Dough. Obstawiam, że cynamon im pomógł. W tamtej smakowały po prostu jak niedopieczone ciastka z cukrem, a tu to jednak właśnie masa na ciasto cynamonowe. Podobało mi się, że i masa lodowa wyszła cynamonowo-śmietankowo, tylko z sugestią karmelu. Wyrazistszy wprowadziłby zamęt.

Uważam... że swojej ceny warte jednorazowo. Raczej do nich nie wrócę przez nią, ale cieszę się, że je kupiłam i mogłam zjeść.


ocena: 9/10
kupiłam: Carrefour
cena: 24,99 zł (za 500 ml)
kaloryczność: 273 kcal / 100 g; 247 kcal / 100 ml
czy kupię znów: mogłabym w promocji

Skład: śmietanka 26%, woda, cukier, zagęszczone mleko odtłuszczone, mąka pszenna, żółtko jaja, cukier brązowy, olej sojowy, masło, olej kokosowy, melasa, syrop glukozowy, cynamon, sól, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy, substancja spulchniająca (węglany sodu), stabilizatory (guma guar, karagen), regulator kwasowości (kwas cytrynowy), olej słonecznikowy.

środa, 23 grudnia 2020

Auchan Dark Chocolate Mousse ciemna 49 % z musem czekoladowym

Bardzo lubię mocno czekoladowe czekolady, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Kręcą mnie te nadziewane wszelkimi musami, kremami i sosami czekoladowymi. Wprawdzie czasem wychodzą tak, że człowiek się dziwi "jak można aż tak bardzo zepsuć coś tak w sumie prostego", ale... potem pojawia się niepozorna marka własna jak np. Gross Lidla, proponujący genialne mousse'y i... przepadam. Potem pozytywnie patrzę na analogiczne tabliczki innych marketów. Wprawdzie czekolady z samym czekoladowym mousse'em w Lidlu nigdy nie widziałam, ale w Auchan owszem. I ta mnie już bardzo zaciekawiła, bo akurat wykończyłam wszystkie mousse'owe Grossy i uznałam, że jeszcze coś takiego by się zjadło. Choć nie ukrywam, że trochę się bałam wizualnego podobieństwa z Das Exquisite Mouse au Chocolate z Rossmanna.

Auchan Dark Chocolate Mousse to ciemna czekolada o zawartości 49% kakao nadziewana kremem / mousse'em czekoladowym (40%).

Po otwarciu poczułam intensywną cukrową słodycz i cierpkość kakao, co przełożyło się na skojarzenie z likierem czy alkoholowym sosem / syropem ciemnoczekoladowym. Trochę w kontekście truflowym, trochę w niskobudżetowym. Zwłaszcza po podziale kostek zalatywało też tanim budżetowym kremem smarowidłem czekoladowo-orzechowym.

Wyglądająca na konkretną tablica wykazywała pewną delikatność, mimo że przy łamaniu zachęcająco trzaskała. Przy wgryzaniu się gruba warstwa czekolady też trzaskała, nie wginała się.
Krem nieco się giął, rwał... Wyglądał na dość plastyczny, ale nie jakoś bardzo. Przypominał "coś musowatego".

W ustach sama czekolada rozpływała się powoli, w sposób trochę plastikowy, ale z czasem bardziej chętnie i tłusto-kremowo. Wydała mi się dość... zachowawcza, ostrożnie gęstawa. Znikała na nieco rozrzedzoną gęstwinę, pozostawiając tłuste wykończenie
Odsłaniała, nie spiesząc się, wnętrze, które też było dość zwarte. Bardziej maziste i oleiste od czekolady, ale jednocześnie leciutkie. Jak zbita chmurka (brzmi jak oksymoron, ale pasuje).
Nadzienie okazało się tłuste i maziście-miękkie jak bardziej puszysta wersja kremu-smarowidła. Może nie było bardzo zwarto-zbite i ciężkie, ale do mousse'u mu daleko. To raczej lekko spulchniony, ciepłomargarynowo miękki krem z suchawym efektem pyliście trzeszczącego kakao pojawiającym się bliżej końca. Było w nim też coś z kremu z wafelka Eti Dare to Enjoy. Znikało szybciej od czekolady, trochę tłusto-wodniście, a jej kawałek jeszcze z oporem ostawał się. Całość dziwnie wręcz... jakby zapychała gardziel, przytykała tłustością i miękkością. Nie było jednak tragedii.

W smaku czekolada od początku serwowała za wysoką słodycz, która już po chwili paliła w gardle. Była jednak na tyle umiejętnie obudowana cierpkością kakao, że kojarzyła się trochę alkoholowo. Jak przesłodzony, truflowo alkoholowy soso-syrop kakaowy, który z czasem ujawniał coraz silniejszą tanią tłuszczowość, maślaność.

Mousse podkreślał właśnie tłuszczowość i budżetowość. Przypominał tłuszczowe smarowidła typu Nutella. Kakałkowo-tłuszczowy, bardzo słodki smak ze specyficzną nutą oleju po paru chwilach wydał mi się lekko orzechowy. Kakałko, jakie tu czułam było lekko gorzkawo-cierpkie, ale własnie jak taki krem. W pewnym momencie orzechy laskowe zrobiły się zaskakująco wyraźną nutą.
Mieszając się z czekoladą, nadzienie przywołało trufle, ale w wersji jedynie z sugestią alkoholu. Ogólnie chwilami zatracało smakową wyrazistość, bo strasznie słodko-tłuste, ale na bezsmak nie cierpiało.

Końcówka znów należała do czekolady, która kontrastowo do nadzienia wydała mi się nieco bardziej cierpka i gorzkawa. Wzrosła jednak także cukrowość. W gardle i w język trochę gryzła do pary ze sztucznawym motywem, kojarząc się odlegle z alkoholem.

W gardle czułam słodycz, usta męczyła tłustość, a w ustach... pozostał całkiem niezły posmak cierpko-gorzkawego kakao, trochę takiego zwyczajnie pylistego, ale niestety zestawiony z mocnym, cierpko-słodkim, tanim i tłuszczowym motywem orzechowo-kakaowego smarowidła. Gdy otrząsnęłam się po tej ilości cukru, czułam też olej / margarynę - tłuszczową taniość.

Nie wiem, na ile moje skojarzenie było trafione, ale jedząc tę czekoladę czułam się, jakbym jadła cukrową ciemną polewę wypełnioną mięciutką Nutellą zalaną alkoholem. Przy pierwszym podejściu zjadłam dwie kostki, przy czym pod koniec drugiej zaczęło mnie aż dziwnie przytykać i zemdliło mnie. Tak jak w Ritter Sport Mousse był w niej wciągająco-obrzydliwy element, ale w przypadku auchanowej łatwo, by obrzydliwość przeważyła. Niemniej, gdy wiedziałam, czego się spodziewać, przy drugim podejściu dałam radę to skończyć z bardzo umiarkowaną przyjemnością. A przy tym uwierzę, że może smakować, bo najzwyczajniej można się w plebejskość tego wciągnąć. Krem może nie był mousse'em, ale chmurkowe smarowidło komuś może odpowiadać. Cukrowość poraża, ale na szczęście oprócz niej coś tam czuć... Choć bez taniego efektu bym się obyła. Jej tania nuta kojarzyła mi się z ciemnymi czekoladami Roshen. Ciekawsza od Lindta Lindor Dark / Dunkle, lepsza od Das Exquisite Mouse au Chocolate, ale... specyficzna. Specyficzna w swej średniopółkowości. Jak właśnie gorsza jakościowo J.D.Gross Trufle 56 % bez elementu śmietankowego mousse'u Grossa.
Mama z ciekawości spróbowała kostkę (lubi trufle, a Nutelle jej niestraszne) i bardzo przypadło jej do gustu nadzienie, że aż kombinowała, jak by tu je wydobyć "spod tej grubej, okropnej ciemnej czekolady" (ale zjadła tylko kostkę, a gdy usłyszałam, że resztę wyrzuci albo odda ojcu, uznałam, że sama skończę jakiegoś gorszego dnia).


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 6,99 zł (za 150 g)
kaloryczność: 569 kcal / 100 g
czy kupię znów: w dużej promocji, jakby mi coś odbiło, w przypływie masochizmu może?

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, z nasion palmy olejowej), tłuszcz kakaowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, bezwodny tłuszcz mleczny, pasta z prażonych orzechów laskowych, serwatka w proszku, lecytyna słonecznikowa, aromaty

wtorek, 22 grudnia 2020

Cachet Dark Chocolate 60 % Cacao with Marzipan & Apricot ciemna z Tanzanii z morelami i marcepanem

Początkowo obstawiałam, że ten wariant będzie boski, bo uwielbiam suszone morele, zdarzają się rzadko w czekoladach, a tu jeszcze ciemna baza - no mniam. Ale! Owoce w Cachetach, okazało się, że wychodzą bardzo świeżo... I akurat, o ile byłam tym zachwycona w przypadku mango i kiwi, tak morele... świeże surowe nie są moimi ulubionymi. Zdecydowanie wolę suszone. Dalej! Marcepan... gdy pomyślałam o nim i o alkoholowym wydźwięku ciemnej Pecan & Fudge... pasowałby. Od razu przypomniała mi się też morelowo-orzechowa Cachet (i właśnie z laskowcami, a nie migdałami, jak to zazwyczaj łączą w tabliczkach tego typu). Byłabym prawie pewna, że będzie pysznie, ale jednak marcepan to "twór cukierniczy", a że "inny twór", czyli fudge / krówka w podlinkowanej i w Banana & Fudge okazała się porażką... trzymałam kciuki, by z tą było wszystko ok.

Cachet Dark Chocolate 60 % Cacao with Marzipan & Apricot to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Tanzanii z morelami i kawałkami marcepanu.

Rozrywając pazłotko, poczułam niezwykle intensywny, a przy tym w pełni naturalny zapach soczyście-słodkich moreli. Kojarzyły się z dżemami z niemal świeżych owoców oraz owocami tak lekko podsuszonymi, że aż soczyście-świeżawymi. Było w nich coś surowo-świeżego, ale palona czekoladowa baza to stopowała. Kryła w sobie delikatną gorzkość i cierpko-goryczkowaty poniuch likieru kakaowego, alkoholowy motyw nasączonego ciemnego ciasta... prawdopodobnie z morelami właśnie. Po przełamaniu tablicy powiedziałabym, że ciasta z masą marcepanową, bo i lekka nutka migdałów się w tym zaplątała.

W dotyku tablica wydała mi się lekko tłustawa. Obstawiałam też, że będzie trochę pylista.
Nie pomyliłam się, bo w ustach rozpływała się raczej powoli, ale chętnie i właśnie kremowo-tłusto, raczej gładko, ale z przełamującym to lekko pyłkowym efektem kakao.
Odsłaniała dodatki dopiero po pewnym czasie. Spore kawałki suszonych moreli oraz duże marcepanowe kostki / grudki mieściły się raczej w samych kostkach, "wierzchach".
Marcepan trochę rozpływał / rozchodził się wraz z czekoladą; on i morele nasiąkały, miękły. Od początku ich struktura odznaczała się świeżą zwartością, a gdy się nimi zajęłam bliżej końca, okazały się zachwycające. Morele były jędrne i odpowiednio miękkawe. Soczyste i porządne, jak dobrej jakości suszone morele, takie... po prostu suszone owoce, a nie jakieś farfoclowate dodatki. Marcepan z kolei rzęził, kulkował się i rozpływał. Był średnio przemielony i wilgotny w ustach, zaś wyłuskany osobno zdradzał swoją początkową suchawość i drobną mączność.

W smaku od początku czułam wyrazistą, odważnie paloną gorzkość, przywodzącą na myśl kawę i orzechy, chyba w wydaniu ciasta kawowego z orzechami. Orzechom wtórowała nutka migdałów, poprzez które przemykała iluzja alkoholu.

Wydał mi się słodki niczym cierpkawy likier kakaowy albo i coś miodowego. Półtorak? Nalewka miodowa? Albo... morelowy likier? Wszystkie te alkohole jednak spływały do tłustego, maślanego ciasta czekoladowego. To je tonowało, sprawiało, że postrzegałam je jako "alkohole bez procentów".

Morele prędko zaznaczyły swoją obecność, pobrzmiewając słodkim smakiem. Podrzuciły wątek słodkich w niemal miodowy sposób suszonych owoców, w tym ewidentnie samych siebie. Podpięły się pod palono-alkoholowy wydźwięk, podkreśliły migdały.

W połowie rozpływania się kęsa, gdy ich kawałki wylądowały na języku, zagrały pełnią smaku. Czułam świeżawe suszone morele, nutkę świeżawego dżemu morelowego i... można by tak tu odmieniać "morele" przez wszystkie przypadki. Do tej czekolady dodano tak zacne suszone morele, na jakie dawno nie trafiłam jako same suszone morele, więc byłam w szoku. W ich blasku kąpały się migdały.

Migdałowo-marcepanowy wątek rósł na znaczeniu z czasem, gdy kawałki tego dodatku zaczęły się rozpływać. Świetnie połączył likierowo-paloną czekoladę i owoce, przez parę chwil stojąc niemal na przedzie. Smakował przede wszystkim marcepanowo, nie migdałowo (jeśli to stwierdzenie ma sens), serwując wysoką słodycz cukru ze specyficzną poważną naleciałością goryczkowato-migdałową. Następnie utonął w słodko-palonych, orzechowywch falach.

Bliżej końca czułam słodkie owocowe suszki, miodowo-likierową słodycz i niemal drapanie słodyczy w gardle, ale jednocześnie rześkość moreli i... motyw słodkiego, wilgotnego ciasta czekoladowego.

Zostałam z posmakiem waśnie ciasta czekoladowego lub czekoladowo-kawowego, w którym nie oszczędzano na sypkim kakao w proszku i morelach. Czułam też marcepan, ale odlegle. Wydawał się delikatny, acz poważny.

Całość zakrawała o przesłodzenie choć w sposób... jak np. czasami jem suszone morele, które są akurat bardzo słodkie, to czuję, że mi za słodko, ale jednocześnie... nie jest to takie złe, bo jest naturalne. Intensywne i wyraziste smaki dodatków, których nie pożałowano, świetnie pasowały do bazy czekoladowej o przyjemnym, słodko-gorzkawym, łagodnym smaku, która mimo ich ilości też uwodziła samą sobą.


ocena: 9/10
kupiłam: kawa365.pl
cena: 14 zł (za 180 g)
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, morele 10%, kawałki marcepanu 10% (cukier, migdały, syrop glukozowy, stabilizator: sorbitol; kakao w proszku, humektant - inwertaza, zagęszczacz: alginian sodu; laktoza), naturalne aromaty, lecytyna sojowa

poniedziałek, 21 grudnia 2020

(Słodki Przystanek) Beskid Madagaskar Ambanja Superior BIO Dark 100 % ciemna z Madagaskaru

Niewielu markom ufam w kwestii wykonania czekolad o zawartości 100 % kakao, tak samo jak uważam, że niewiele regionów się nadaje na taką zawartość dla mnie. Ogólnie nie jest to moja ulubiona kategoria czekolad, ale... ale właśnie setki z Madagaskaru przeważnie bardzo mi smakują, a czekolady Beskidu... kocham. Szykowało się więc wspaniałe combo!

Beskid Madagaskar Ambanja Superior BIO Dark 100 % to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao z Madagaskaru z regionu Ambanja (północna część).

Rozchylając papierek poczułam intensywną ziemię i gorzkie nibsy, niemal słód, od którego to odpłynęło soczyście-piwne skojarzenie. Skojarzenie z piwem... mocnym, ale z owocową nutą. Pod ziemią kryły się bowiem goryczkowato-kwaśne, ledwo słodkie grejpfruty i inne cytrusy, w tym na pewno soczyście kwaśna cytryna. Kwach jednak stopowała rześka cierpkość, kojarząca się nieco z płatkami kwiatów... albo raczej masą / kremem z nich. Zapach zapowiadał siekierę.

W dotyku niemal czarna tabliczka wydała mi się ślisko-tłusta, a przy łamaniu nie tak twarda, jak mogłabym się spodziewać. Trzaskała ładnie, ujawniając gęsty przekrój z paroma pęcherzykami.
W ustach okazała się idealnie gładka i rzeczywiście zbita. Kojarzyła się z chłodnym masłem, do końca zachowującym mniej więcej swój kształt, acz po paru chwilach lepiła się jak gęsta smoła. Była odrobinę soczysta, rozpływała się w tempie umiarkowanym i koniec końców nie wyszła ciężko czy przytłaczająco. Wolałabym jednak nie tak tłustą i dziwnie znikającą.

Od pierwszych sekund czułam wyraziste, gorzkie orzechy. Orzechy ze skórkami, skórki orzechów... włoskich i ziemnych. Dominowały zdecydowanie te pierwsze. Jedne i drugie były lekko podprażone i tak orzechowo intensywne, jak to tylko możliwe. Były tłuste w specyficzny, orzechowy sposób.

Rozsypały się na gorzkawej ziemi. Ta okazała się goryczkowato-cierpkawa i bardzo odymiona, co tłustość osłabiało. Dym pochodził z wędzarni i palarni... trochę ciężko-wilgotny... soczysty? pomyślałam o soczystym słodzie i nibsach. Słód i ziemia przełożyły się na obraz ciemnego piwa, którego motyw przeplatał się z wędzonym.

Piwa o owocowych nutach lub z sokiem owocowym. Przez mocniejszą gorzkość przebił się bowiem kwaśny sok cytryny, który zaraz rozpłynął się w otoczeniu, pozostawiając na scenie grejpfruta. Lub... goryczkowate, grejpfrutowe piwo? W połowie rozpływania się kęsa wędzona nuta znalazła się na czele. Podkreśliła ją lekka pieprzno-korzenna ostrość. W drugiej połowie zaś cytrusy zaczęły znacząco rosnąć w siłę.
Nie były to jednak same grejpfruty i cytryny. Owocowa kwaśność szybko zrobiła się... zielona. Nagle, niemal jako wiodąca nuta, pokazało się kiwi. Przodowało przez parę sekund, by następnie zmiksować się z zielonym agrestem.

Zagarnęły do zabawy orzechy z początku, które przeszły (poprzez tłustość?) w strefę nabiału. To cierpko-kwaśny kefir i kwaskawy twaróg. Dużo, bardzo dużo twarogu. Nie było mocno kwachowato, a w dużej mierze neutralnie nabiałowo, śmietankowo. Działkowy agrest w twarogowym otoczeniu? O tak.

Śmietanka, twaróg były lepkie i gęste. Niczym smoła ciemna, goryczkowata i kwaskawa. Osnuwał je dym, starał się ukryć iluzoryczną słodycz, jaką przytoczyły, ale owocom najwidoczniej się spodobała. Doszukałam się w tym czegoś nadpsutego... twarogu? Ziemi? Zasypanych pieprzem dla niepoznaki?

Pod koniec nabiał i dym toczyły spór, gorzka ziemia i owoce zaś uknuły na boku odrobinkę... czegoś. Doszukałam się rześkości, ale podrasowanej cierpkością. Pomyślałam o płatkach kwiatów, takich zmiażdżonych, jakby jako jakaś masa (nadzienie do np. pączków / ciasta?). Było w nich coś gnilnego, wmieszały się w końcu w ziemię.

Ziemia, osnuta dymem oraz zalana grejpfrutem, agresto-kiwi i cytrynowym słodem zakończyła to wszystko, pomagając sobie mocnym motywem wędzenia i pojawiającą się znikąd pikanterią przypraw korzennych.

Została w posmaku wraz z wędzonym, wręcz piwnym charakterkiem i kwaskawym, bardziej złożonym motywem. Przełożył się na to miks owoców, ale raczej ich soczysta kwaśność, bo były zbyt różnorodne, by je w tym momencie połapać. Czułam też jakby orzechowo-gorzką tłustość. Włoskie i fistaszki stały się bardziej... olejem? To jednak znikało po pewnym czasie. Najdłużej (bardzo długo!) zostawała cytrusowa soczystość i dymna goryczka.

Czekolada okazała się przepyszna. Ziemia i wędzenie, dzięki piwu tylko dla dorosłych, połączyły się z przednią soczystością owoców (grejpfrut, cytryna, kiwi i agrest) oraz orzechami i nabiałem. Kwaśno-goryczkowato, niesłodko i siekierowo... Ciężkawo, ale w punkt.

To grejpfrut, tłuste orzechy i lepki twaróg znane z 80 %, ale bez słodszych nut karmelizowania czy korzennych przypraw. Wspomniana serwowała też inne owoce (czerwone), a także nie tyle ziemię i słód, co kawę, ale obstawiam, że to słodycz tak przemodelowała nuty.
To zupełnie inna setka niż kawowo-czerwonowocowy Zotter Labooko Madagascar 100 %. Bliżej jej do sadystyczno-siekierowej wersji o większej ilości nut Madecasse 100 % (podobne do słodu nibsy i nabiał). Było w niej też coś cytrusowo-nabiałowego i owocowo-kwiatowego, co w Menakao 100 % z 2019 roku, ale podlinkowana też była inna, delikatniejsza. Mocne wędzenie Beskidu można jakoś podciągnąć pod BBQ Menakao, tak na wydźwięk.

Całość była ciężka, siekierowa i wręcz trochę sadystyczna, ale o zacnym smaku. To przerażająca głębia, w której chce się utonąć, jak dobry horror, na którym człowiek chce się bać. To szatan podobny charakterem do Zottera Labooko Peru 100 %, ale o smaku Madagaskaru oczywiście.


ocena: 10/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 18,90 zł (za 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: tak

Skład: ziarno kakao