wtorek, 8 grudnia 2020

(Słodki Przystanek) Beskid Wenezuela 70 % ciemna z Wenezueli

Ziarna kakao z Wenezueli są bardzo cenione. Osobiście jednak za nimi aż tak nie latam - nawet nie wiem, dlaczego, skoro wiele czekolad stamtąd powaliło mnie na kolana. Jedną z takich była Beskid Wenezuela Chuao 90 %, więc bardzo ucieszyły mnie nowości tej marki: czekolady o różnej zawartości kakao z tego kraju właśnie. Patrząc, co nowego trafiło do moich słodyczowych zbiorów, zaczęłam od ciemnej z podstawową zawartością, że tak powiem. Mało tego, nawet 70 % od Beskidu już jadłam, ale z plantacji Valdiviezo.

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Wenezuela 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Wenezueli z regionu miasta Caicara del Orinoco.
Czas konszowania to 48 godzin.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, ruszył wyścig drzew podrasowanych soczyście podwędzonymi i ziemistymi tonami, słodyczy róż i ogromu innych kwiatów, duetu ciemnych, słodkich i chrupiących winogron oraz równie ciemnych śliwek. Ostatnim zawodnikiem było słodko-soczyste połączenie słodkich pomidorów (malinowych, czekoladowych itp.) i słodkiej papryki (może właśnie też podwędzonej?). Wydźwięk był słodziuteńki, z wytrawną bazą, zaskakująco w tym harmonijny, acz przekorny. W trakcie degustacji doszukałam się jeszcze nieśmiałego, słodziuteńkiego karmelu.

Ciemna tabliczka okazała się twarda i trzaskająca głośno. Już przekrój miała zbity.
W ustach również zbitość podtrzymała, choć nie była bardzo tłusta. Wyszła jednak dość ciężko, esencjonalnie. Rozpływała się leniwie i pozostawiała po sobie lepiące smugi, soczystość, acz zachowywała formę kawałka. Rozchodziła się na krem, ale w miękki krem się nie zmieniała. Była gładka, jednak trafiłam na parę drobinek kakao.

Od chwili odgryzienia kawałka czułam, jak nad wysoką słodyczą zawisła odymiono-palona, może tytoniowa gorzkość. Najpierw jednak wyrwał się karmel, zaraz jednak ponad nim znalazły się intensywne, niemal czarne winogrona granatowe o słodyczy silnej, ale rześkiej. Mieszały się z kwiatami, także słodkimi. Karmel był lekko palony oraz niemal śmietankowy, cierpkość więc nie pojawiła się, za to... niektóre skórki były kwaskawe. Winogrona dogoniły ciemne, słodko-kwaśne i trochę cierpkie śliwki.

Odrobinę wolniej, ale konsekwentnie po ustach rozchodziła się gorzkość. Wpisując się w rześkość, soczystą cierpkość (bo właśnie i dym był lekko cierpkawy) i kwiatowość, weszła dzięki palono-herbacianym fusom, by po paru chwilach rozlać kawę. Kawę... czarną, ale nie mocną, a soczystą i rześką. Jej ziarna wydały mi się lekko podwędzone, pełne ziemiście-torfowych nut. Podkreślała to pewna nibsowość, na którą trafiałam raz po raz. W ziarnach poddymienie-podwędzenie odnalazło się znakomicie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość kawy i ziemi zaadoptowały orzechy. Wciąż gorzkawe, jakby nieco przykurzono-starawe, wdeptane w ziemię i jej kwaśniejsze, mocniejsze tony, zabrzmiały mocarnie, by po chwili nieco złagodnieć. Od nich rozchodził się nabiałowy smaczek maślanki czy jogurtu gęstego i kremowego, o leciutkim, cierpkim kwasku.

Na wierzch znów wypłynęły owoce. Od śliwkowej kwaśności rozeszły się nienachalne cytrusy. To m.in. cytryna, ale i słodsza pomarańcza. Ta druga zaserwowała mi swój cały przekrój: od słodkiego soku i miąższu po goryczkowatą skórkę. Tu mignął także grejpfrut. Słodycz jednak wręcz kłębiła się i kumulowała, że aż pomyślałam o mandarynkach. Obok nich z kolei umacniała się kwaśność cytryny, która wyszła soczyście i cudownie.

Ze skórką mieszało się lekkie dymne podwędzenie, wytrawność. Czerwony cytrus zasugerował podwędzane słodkawe warzywa (papryka, słodko-kwaskawe pomidory), ale szybko przykryły je inne nuty. Kwasek zrobił się wyraźnie cierpkawy. Połączyło to owoce z innymi aspektami. Słodkie pomarańcze przywołały karmel, który wydał mi się dziwnie zgaszony, rześki. Maślany... albo bardziej śmietankowy... Po chwili zaskoczyło. Czułam ewidentnie cierpki jogurt - grecki? Był z delikatnym, owocowym wsadem, to pewne. Cytrusowym, ale... cytrusowo-kwiatowym? Oczami wyobraźni zobaczyłam ukwiecone drzewa i... właśnie. Drzewa i kwiaty.

Końcówka zrobiła się bardziej kwiatowa, niemal różana i esencjonalnie słodka. Powróciły winogrona, już teraz i różowawe, i granatowe (niejednoznaczna mieszanka) oraz rozmyte śliwki, więcej cytrusów. Było bardziej słodko, a karmel na pewno maślano-śmietankowy. Czy wręcz... śmietanowy? Z zalążkiem kwasku i dymu.

Końcowa kwaśność znów na wierzch wydobyła kawę. Czułam jej wilgotne, soczyste fuso-ziarna oraz kwaskawo-owocowy charakter, jaki przybrała. Jakby cytrusowo-winogronową ucztę wśród kwiatów i drzew ktoś właśnie kawą zakończył.

W posmaku pozostała ona: kawa ziemista i soczysta, ale także dym, słodziutkie winogrona; lekko zaznaczyły się cytrusy, związane kwiatami z bardziej podwędzanymi, wciąż soczystymi orzechami, kawą i drzewami.

Całość była wprost przepyszna. Ta wenezuelska kawa... cudownie się w niej przeplatała. Kwiatowo-winogronowe, śliwkowe tony harmonijnie zmieniały się z cytrusami (cytryny, pomarańcze), drzewa i podwędzenie bez problemu do nich dołączyły. Miałam wrażenie, jakby wszystkie nuty łączyła... kawa właśnie. Kawa i nieodłączny dym. Było jednak nie tak bardzo gorzko, a soczyście kwaśno i słodko. Kwaśność tylko i wyłącznie smakowita (owoce, jogurt) dodatkowo została uładzona słodyczą i innymi, neutralniejszymi wątkami.
Kwiaty, "moje" winogrona i kawa wystarczą do pełni szczęścia. Podwędzenie, cytrusy w zacnym wydaniu i fusiasta ziemistość to dodatkowe, cudne bonusy, więc oceny innej być nie może.

To smakowite skojarzenia z cytrusową i drzewno-kawową Beskid Venezuela 70 %, która była bardziej maślankowa, a z owoców zdecydowała się na dżemy morelowe i ogółem wydała mi się mniej soczysta, a bardziej ciepła (bo i całkiem sporo w niej przypraw korzennych), ale dzisiaj opisywanej znacznie bliżej było do śliwkowo-kawowej, pomarańczowej i podwędzanej Idilio Origins 1er Criollo Cru Barlovento.
Jakoś rozminęła się ze znacznie słodszą (w kontekście suszonych owoców, np. daktyli i rodzynek), morelowo-niemal mleczną Idilio Origins 5nto Cooperativa Amazonas 72 % właśnie znad Orinoko. Łączyła je jednak kawa i pewna wytrawność.
Skórkowo-karmelowa, sernikowa i bardzo cytrusowo-pomarańczowa była też Beskid Wenezuela Chuao 90 %, przy której to z kolei dobrze czuć podobieństwo sposobu wyrobu.


ocena: 10/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 16,90 zł (za 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: tak

Skład: ziarna kakao, nierafinowany cukier trzcinowy

2 komentarze:

  1. Nieee, już zapach nie. Ziemia, pomidory, papryka? Takie rzeczy w czekoladzie brzmią dla mnie przewsrtęrnie. Tytoniowa gorycz i kwaśność w smaku? Cytrusy, a do nich wędzenia i torfy? Nie dla mnie takie uroki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem zapach wydaje mi się średnio przyjemny przy robieniu zdjęć. Potem jednak jakoś "zaskakuje" na czekoladowość i wydaje się piękny i smakowity w czekoladowy, wykwintny sposób.

      Kwaśność owoców i jogurtu jest zła? Wędzenie i torf leciutko tylko tliły się przy kawowym uderzeniu i zacności ziaren kawy... Mam wrażenie, że czasem wyłapiesz jakieś pojedyncze słówka, przy których w dodatku piszę "może", "trochę" - i już psują Ci obraz całości. To było tak pyszne, że nie wyobrażam sobie, jak mogłoby kogokolwiek nie zachwycić.

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.