Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Bali. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Bali. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 sierpnia 2025

Standout Chocolate Indonesia Kerta Semaya Samaniya 2021 70 % ciemna z Bali (Indonezji)

Sporo tabliczek szwedzkiej marki Standout zjadłam w 2021, jednak od tamtego czasu nie było okazji, by jakieś niepróbowane zdobyć. Składając większe czekoladowe zamówienie, w którym dominowały tabliczki Zoto, zaczęłam rozglądać się, co jeszcze innych marek można by dołożyć. I wtedy mój wzrok przyciągnęło jaskrawe, jakże odmienne od tych mi znanych, opakowanie Standout. Zrobiłam szybkie rozeznanie: jak rozumiem, takie szaty graficzne otrzymują ich limitowane tabliczki. Dziś przedstawiana była właśnie limitowaną. Zrobiono ją z kakao od spółdzielni z Jembrany, Kerta Semaya Samaniya (KSS), której historia to opowieść o wytrwałości, cierpliwości i kreatywności, bo nie miała lekko z przebiciem się. Jednym z kluczowych filarów strategii KSS jest równość płci. Postanowili przeciwstawić się temu, że historycznie w takich gospodarstwach rolę kobiet ograniczano do pomocnic. Ruszyły szkole w uprawie kakao dla kobiet, co otworzyło drogę rolniczkom do tego, by mogły samodzielnie sprzedawać swoje kakao bezpośrednio do KSS (bez pośredników ciągnących kasę). Dobrze, że wspierają przedsiębiorcze kobiety. Pomyślałam, że z ogromną ochotą zjem coś od Standout z Indonezji.

Standout Chocolate Indonesia Kerta Semaya Samaniya 2021 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z wyspy Bali (z Indonezji), z regencji Jembrana; fermentacja ziaren trwała 6 dni w liściach bananowca w drewnianych skrzyniach, a suszenie "domowe" 6-8 dni; edycja limitowana.

Po otwarciu poczułam lekko kwaskawy zapach niedookreślonych czerwonych owoców i bananów, mieszających się z dosadną słodyczą a'la cukier kokosowy o mocno rześkim, karmelowym charakterze. Kwasek podkręciła marakuja, wpisująca się trochę w serek owocowy (acz jakby... wodniście wegański?) z marakują oraz trochę przywodzącą na myśl algi zieloną herbatę z marakują. Taki lekko glonowy wydźwięk herbaty wprowadził mokre od deszczu drzewa i glebę, wręcz błoto. Za tym wszystkim stanęły orzechy - niezbyt oczywiste.

Tabliczka w dotyku wydawała się zdradzać tłustość. Na pewno była bardzo twarda i dość głośno trzaskała przy łamaniu.
W ustach rozpływała się w tempie średnio-szybkim. Była maślano tłusta i zbito-gęsta, a jednocześnie lepkawa. Z czasem zmieniała się jakby w zbitą, konkretną i gładką masę sernika na zimo z serków homogenizowanych, do którego wkradła się wodnistość oraz drobna soczystość. Końcowo troszeczkę wysuszała niczym bardzo mocny, cukrowy alkohol.

W smaku pierwszą poczułam słodycz bardzo, bardzo rześką. Z jednej strony pojawiły się rześkie owoce, w których pierwsze mknęły melony, z drugiej zaś jakby rześko karmelowy cukier kokosowy.

Owoce szybciej rozłożyły swój wachlarz. Przy nieco wodnistym melonie pojawiły się też gruszki. Chyba mignęły mi jeszcze średnio dojrzałe banany. Słodycz rosła za ich sprawą, ale i wodnistość w nich pobrzmiewała. Podobnie zaraz zrobiło się z karmelowym motywem.

W oddali przemknęła niejasna nuta drzew i jakiś orzechów.

Po cukrze kokosowym przyszła woda kokosowa i żelowa kostka kokosowa nata de coco z kwaskawym echem.

Kwasek zatlił się także w owocach, by już po chwili rozbrzmieć wyraźnie jako zielona herbata z sokiem z marakui. Marakuja miała imperatywne zapędy, ale w sumie... wciąż pozwalała też melonom całkiem nieźle pobrzmiewać.

Zielona herbata wprowadziła gorzkość i cierpkość, po czym sama trochę osłabła. Narzuciła cukrowo-karmelowemu kokosowi trochę powagi, a ja pomyślałam o jakiejś kokosowej brandy i kokosowym rumie z echem kwasku. Orzechowe echo ponownie przemknęło w tle, jakby szukając sposobności na wzrost.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa herbata całkowicie przeszła jednak w drzewa, mokre od deszczu. Pomyślałam o takich, które deszcze znoszą od kilka dni i których pnie, konary wydają się kompletnie przesiąknięte wodą. Ich korzenie tonęły w mokrej glebie, błocie.

Ciężki, słodko-kwaskawy alkohol - kokosowy rum? - z kolei zaczął nasączać sobą... rodzynki? Wyjątkowo kwaśne i soczyste. To znów przypomniało o bardziej owocowej strefie, w której rządziła się marakuja (rządziła się w owocowej strefie, nie w całej kompozycji).

Marakuja osiadła w serku owocowym... A dokładniej w lekko wodnistej wegańskiej alternatywie serka zrobionej z kokosa. Kwasek wzbogacił się o czerwone owoce... Chyba poziomki, wśród których zaplątało się sporo biało-zielonych sztuk. Jednocześnie znów wzrosła słodycz i zmieniła trochę wydźwięk owoców z wodnistego na bardziej skondensowany. Spory udział miały tu banany, którym pomogły gruszki.

Owoce z czasem zmieniły się w sos do lodów z malin i poziomek ze sporą ilością marakui. Polano nim lody karmelowo-rumowe, bardzo słodkie i chyba urozmaicone kwasowatymi rodzynkami, nasączonymi alkoholem i z dodatkiem pojedynczych orzechów (włoskich?). Słodycz wyszła aż ciężko, jakby należała do jakiegoś mocnego alkoholu. A tego trzymało się kokosowe echo.

Po zjedzeniu został posmak ciężko alkoholowych, chyba rumowych, lodów ze słodyczą jakby cukru kokosowego o karmelowym wydźwięku z marakujowym sosem. Znalazły się tam już nieokreślone owoce czerwone. Słodycz wyważyła gleba, błoto i orzechy - w posmaku ewidentnie charakterne włoskie.

Czekolada wyszła intrygująco i smacznie, choć dla mnie nieco za słodko. Była bowiem bardzo dosadnie słodka (gdyby była mniej słodka, ocena byłaby maksymalna). Melony, gruszki, banany, serek "homogenizowany" kokosowy o owocowym smaku, lody z sosem z czerwonych owoców mimo kwaśności marakui i kwasku rodzynek to już było sporo słodyczy, a przecież jeszcze tyle czułam tu jakby cukru kokosowego, dosadnego, cukrowo słodkiego i jakby kokosowego rumu / brandy! Słodycz była więc bardzo złożona, ale co za tym idzie, wysoka. Kwasek był soczysty, ale nie tak imperatywny. Gorzkość wyraźna, ale średnio mocna. Zielona herbata, drzewa i błoto, końcówka orzechowa to bardzo przyjemny splot, ale niestety nie dominował. Podobało mi się, jak marakuja się w to wszystko wmieszała. Kokosowe nuty wody kokosowej, nata de coco, cukru kokosowego, wegańskiej kokosowej alternatywy kokosa i w końcu jakby kokosowa brandy i kokosowy rum - to dopiero coś niespotykanego! Zobaczyłam nuty producenta "azurec" to alkohol z kokosa - obstawiam, że właśnie to czułam, tylko nie znam tego, więc mi do głowy nie przyszło. To, jak obrazowa i jednoznaczna w swoim przekazie była, nawet mnie wydało się niecodzienne.

Karmel, drzewna herbata, banany, gruszki i czerwone owoce od razu przypomniały mi Beskid Chocolate Indonezja Bali Jembrana Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 %, mimo że wydźwięk miały różny.


ocena: 9/10
cena: €6.95 (za 50g; około 29 zł)
kaloryczność: 585 kcal / 100g
czy kupię znów: nie, ale zacnie byłoby do niej wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier

sobota, 7 września 2024

Beskid Chocolate Indonezja Bali Jembrana Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao ciemna z Indonezji

Zawsze, gdy dostanę paczkę od Beskid Chocolate, tabliczki muszą odleżeć swoje w komodzie, a ja dokładnie planuję, które kiedy zjeść. Przyjemności trzeba sobie dozować! Tym razem jednak szybko zabrałam się za jedną z otrzymanych. Powodem była chęć zestawienia jej w dość krótkim odstępie czasowym z Beskid Chocolate Indonezja Borneo Berau Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 %, którą to otrzymałam w poprzedniej przesyłce. A w dodatku jeszcze po Beskid Chocolate Indonezja Borneo Berau Czekolada Rzemieślnicza Mleczna 50 % nie mogłam przestać myśleć o dzisiaj przedstawianej czekoladzie. Uwielbiam robić różne zestawienia, a szczególnie porównywać, jak mają się do siebie poszczególne regiony danego kraju. Tym razem chodziło w ogóle o jeden z bardziej lubianych przeze mnie regionów pochodzenia kakao i o moją ukochaną markę - byłam więc w niebie! 


Beskid Chocolate Indonezja Bali Jembrana Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Indonezji, z wyspy Bali, z regionu Jembrana. 

Po otwarciu poczułam kwaskawy zapach jogurtu, mieszającego się z wysoką słodyczą karmelu, kwiatów i miodu; a dokładniej karmelu z miodu i kwiatowego miodu z leśnych kwiatów. Karmel wprowadził palony wątek, który z czasem przytoczył trochę palącego się drewna. Kwiaty mieszały się z rześką egzotyką i słodkimi owocami: bananem, liczi i winogronami czerwonymi / różowymi. Te splatały się z nadającym im lekkości kwaskiem niedookreślonych cytrusów i czerwonych owoców w oddali. Wszystko to podbiła wyrazista, wilgotna ziemia i konary, korzenie drzew ją porastające.

Tabliczka o wysokiej twardości trzaskała spodziewanie głośno i masywnie. 
W ustach rozpływała się kremowo i gęsto. Robiła to powoli, wykazując maślaność oraz narastającą soczystość. W pewnym momencie to dosłownie czysta soczystość. Znikała rzadko.

W smaku przywitało mnie mleczne tsunami, na które po chwili naciągnął lekki kwasek jogurtu.

Jogurtu, którego kwasek próbowano wyciszyć miodem? Poniekąd udanie, choć podwaliny pod więcej kwasku zostały.

Mleczność zaserwowała mi ciepłą owsiankę z bananami i gruszkami. Mleczną, słodką i bardzo owocową, przykrywającą trochę gorzkość, budującą w tym czasie fundament kompozycji. Owoce jednak też nie miały początkowo imperatywnych zapędów. Wydały mi się wręcz lekko hamowane mlekiem i... kwiatami? W gruszce ulokowała się odrobina kwasku, przywodząc na myśl gruszkę deserową.

W tle przemknęła nieoczywista nuta prażenia - prażonych orzechów? Karmelizowanych...? W miodzie?

Słodycz wzrosłą za sprawą karmelu i miodu. Miód dosłodził owsiankę, zajmując miejsce obok owoców, fundujących coraz więcej kwaskawych przebłysków. Czułam palony wątek, ale też kwiatowość miodu, a jednak nie wydawały się mieć tego samego pochodzenia. Najpierw wyraźnie czułam i karmel, i miód. Dopiero z czasem zaczęły się łączyć się w karmelizowany miód, karmel z miodu. Wszystko to miało ciepły klimat.

Gorzkość zawitała porządnie po tym debiucie słodyczy. Udało jej się już utworzyć mocny, stabilny grunt, po czym bardziej wyszła na przód, acz nie dominując, a kręcąc się wśród innych nut. Poczułam ziemię czarną i wilgotną. Może trochę coś bardziej drzewnego... Herbatę? 

Banan i gruszka nieco odłączyły się od słodyczy i mleczno-jogurtowego wątku, który przycichł. Wydały mi się niezbyt dojrzałe, cierpkawe. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa doleciała do nich soczysta kwaśność. Kwiaty starały się wciąż trochę je ukrywać, ale gdy zbierało się coraz więcej owoców czerwonych i owocowej egzotyki, poniekąd odpuściły. 

Poczułam czerwone / różowe winogrona z subtelnym kwaskiem, a w oddali trochę cytrusów. Po tym jednak kwaśność zaczęła ulegać słodyczy na powrót już zacnie dojrzałych bananów, gruszek, liczi i świeżych fig. W te owoce wpisały się kwiaty i rozgościły się tam na dobre.

...Acz nie tylko tam. Miód też je w sobie krył. Pomyślałam o miodzie z leśnych kwiatów i o samym lesie. Ziemię podbiły te słodkie, mleczne kontrastowe wątki. Oczami wyobraźni patrzyłam na masywne konary i korzenie porastające ziemię oraz trochę się z niej wyłaniające. Herbaciane, niejednoznaczne akcenty zmieniły się w drzewa i drewno palone. Cała paloność nagle osiadła w drewnie.

Słodkie i czerwone owoce przeszły w mocno owocowe, czerwone wino. Niby ciężkawe, wręcz pikantnawe, ale o lekkich nutach. Zniknęły cytrusy, a wróciła za to cierpkość owoców, lecz już nie wiadomo, których. Mieszała się z cierpką ziemią. Ziemią... leśną, kojarzącą się z leśną polanką z ostrawymi kwiatami? Chyba poczułam też pikanterię cynamonu.

Po zjedzeniu został posmak drewna, leśnych kwiatów i leśnej ziemi, osłodzonych leśnym, wręcz pikantnawym miodem. W tle utrzymywały się czerwone, owocowe wino oraz czerwone / różowe winogrona z lekkim kwaskiem, a także niejasny splot drzewno-jakiś. Herbaciano-orzechowy? Czułam wysoką, ryzykowną słodycz miodu, karmelu i miodo-karmelu, ale nie przesłodzenie.

Całość była smaczna i ciekawa, choć dla mnie za słodka i za mało gorzka. Na plus jednak wyrazista ziemistość. Podobały mi się palono-drzewne i palono-karmelowe wtrącenia, jak również dynamika owoców. Banan i gruszka z owsianką z miodem, potem bardziej owoce same w sobie i to rozmaite (banany, czerwone winogrona i inne czerwone, liczi, świeże figi, cytrusy) zmieniały się adekwatnie do nut a to mleka i jogurtu, a to potem korzeni i ziemi. Końcówka owocowego wina przyjemnie to zwieńczyła, dodając powagi. Słodkiej, bo słodkiej, ale z pazurem.

Nuty karmelowo-kajmakowe, banoffee, migdały, kwiaty, liczi i egzotyka, a także gorzki dym, zielona herbata i zioła, końcowe piwo Beskid Chocolate Indonezja Borneo Berau Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % w zasadzie poniekąd przypominały w pewnym stopniu dzisiaj przedstawianą, ale czuć, że to inne regiony. Dzisiaj przedstawiana jawiła się jako bardziej leśno-mleczna i słodka za sprawą miodu. Była też bardziej kwaśna, ale nie bardziej gorzka.

Końcówka dzisiaj przedstawianej - pewna cierpkość i chyba cynamon od razu przypomniały mi cierpką i cynamonową końcówkę Beskid Chocolate Indonezja Borneo Berau Czekolada Rzemieślnicza Mleczna 50 %, acz ogółem nie zawierały zbyt wielu podobnych nut.

Bardzo miodowo-karmelowa i też trochę mleczno-orzechowa, o nutach bananów, winogron, wiśni z lekką cierpkością Prime Indonesia West Bali 70% miała w sobie coś podobnego do dziś przedstawianej. I też w niej gorzkości mi trochę brakowało. 


ocena: 9/10
kupiłam: Beskid Chocolate (dostałam)
cena: 25 zł (za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 464 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

piątek, 6 stycznia 2023

(Słodki Przystanek) Beskid Honey Indonesia Bali Jembrana Darkmilk 53% ciemna mleczna z Indonezji z miodem

Na tę tabliczkę skusiłam się tylko przez miłość do indonezyjskiego kakao i marki Beskid. I może jeszcze dlatego, że nie mogłam się pogodzić, iż z Indonezji mają tylko jedną czystą ciemną. Beskid Czekolada Ciemna Miodowa z Truskawkami sprawiła, że bardzo chciałabym porównać zwykłą czystą ciemną z Bali z czystą ciemną z Bali słodzoną miodem. Niestety to niemożliwe. Musiała mi wystarczyć mleczna.

Beskid Chocolate Honey Indonesia Bali Jembrana Darkmilk 53% to ciemna mleczna czekolada o zawartości 53 % kakao z wyspy Bali, z regencji Jembrana (Indonezja), słodzona miodem.
Czas konszowania to 72 godziny.

Po otwarciu poczułam fistaszki i migdały w miodzie. Lekko w nim wyprażone, acz tak, że miód się nie skarmelizował. Kompozycja wydała mi się maślana, choć i mleko, jak takie prosto ze wsi, czuć. Właśnie też jakby sianko, świeżość / rześkość pola czułam. Niemal... soczystość... w tej, w tle przemknęły czerwone owoce. Z czasem przyszła myśl o owocowym miodzie (np. wymieszanym z owocami), ale... kryło się tam coś jeszcze. Jakby słodycz-nie-słodycz trudna do uchwycenia, lekko "złudnie acetonowa", ale nie acetonowa... Wyobraziłam sobie kawowce zlane deszczem i zawilgoconą, świeżo-nieświeżą kawę. Coś mi tam nie grało.

Twarda i krucha tabliczka trzaskała średnio głośno, kojarząc się trochę z suchą i masywną krówką typu fudge. Brakowało jej takiej "pełni", masywności.
W ustach okazała się twardo-zbita, acz rozpływająca się ochoczo. Zachowywała kształt, rozpuszczając lepko-rzadkie fale. Wydała mi się nieco pylista, suchawa, a jednocześnie lekko tłusta jak mleko, w dodatku rozwodnione. Znikała w miarę "gładko", zostawiając poczucie jak po miodzie czy syropie klonowym (takie "gładko-lepkawe"?)

W smaku pierwsza rozeszła się słodycz bliżej nieokreślona. Była średnio mocna, ale odosobniona.

Nie długo jednak, bo szybo dołączyła do niej mocno maślana nuta. Maślaność okazała się bazą.

Wtedy to, polał się miód. Wyszedł na pierwszy plan i zawłaszczył sobie strefę słodyczy. Pomyślałam o jasnym, mieszanym wielokwiatowym miodzie... Słodkim, ale nie zabójczo.

Odnotowałam soczyste przebłyski, nawet drobny kwasek liofilizowanych truskawek. Z czasem rozmyły się nieco, przybrały na słodyczy. Wyobraziłam sobie gąbczaste, suszone truskawki, potem w słodyczy pojawił się pudrowy wątek. Ogółem rosła i owoce zatonęły w niej... Jakieś białe, delikatne kwiaty starały się ukryć ich wspomnienie. Rześkość jednak była nie do ruszenia. Epizodycznie powracała soczystość.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa po ustach rozpływało się także mleko. Wpływało na rześkiej, wiejskiej fali... Dało się poznać jako bardzo naturalne, mieszało się z masłem, jednak nie odważyło się wyjść przed nie.

Miód w tym czasie odsłonił migdały i fistaszki. Musiał pokrywać je jako jasna, słodka skorupka. Pomyślałam o batonach zlepionych miodem... Twardych, chrupiących. Migdały i fistaszki wydawały się lekko podprażone i przygłuszone jasnym miodem. Ten z czasem zaczął wydawać mi się coraz bardziej wodnisty. Słodki, ale nie mocno, a taki rozrzedzony, kiepski. Odnotowałam przy nim słodko-nijaki wątek. Wyobraziłam sobie kromkę sowicie posmarowaną masłem, na którym to jasny miód rozlewa się powoli. Był trochę jakby słodko-czysty, nie mocny, ale irytująco nieokreślony.

Pojawiła się też lekka gorzkość kakao, acz dosłownie na chwilę. Chyba spróbowała podkreślić orzechy, ale nie udało jej się. Soczysta nutka nie domagała... Wróciła myśl o zawilgoconych krzakach (już niekoniecznie kawy) z zapachu. Pomyślałam o mdłych, jakby rozwodnionych truskawkach (czasami jak latem za dużo pada, to owoce są takie bez smaku, wodniste), a potem już znowu głównie o wodnistym miodzie.

Ten na koniec zszedł się z silną maślanością.

Po zjedzeniu został posmak miodowo-soczysty, bardzo słodki i też słodki w sposób nijaki. Jakby słodyczy brakowało smaku. A jednak to nie wszystko, bo czułam też maślaność i bardzo delikatną mleczność. Snuła się lekka "czerwona soczystość", ale raczej nie owoce.

Całość mnie bardzo rozczarowała. Słodycz i maślaność zawłaszczyły sobie całą kompozycję. Mimo to, wcale nie było straszliwie słodko... Po prostu oprócz słodyczy ciężko o coś ciekawego, bo nawet mleczność wydała mi się epizodyczna, licha (nie mówiąc już o ogromnym niedosycie kakao, którego gorzkości nie uświadczyłam prawie wcale), ale... ta słodycz... nie była wyraziście miodowa. Ten motyw rozwodnienia wszystko psuł. Czyżby to maltodekstryna? Pojęcia nie mam, ale tak to wyszło, że nie miałam ochoty i niewiele zjadłam (jakieś 3 kostki). Chyba nie jadłam tak kiepskiej tabliczki tej marki.
Mama spróbowała i uznała, że jej nie chce, bo za gorzka.


ocena: 6/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 19,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao 53%, miód w proszku (maltodekstryna, miód), tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku

piątek, 23 grudnia 2022

Prime Indonesia West Bali 70 % ciemna z Indonezji

Po tym jak zachwyciła mnie w zasadzie zdobyta przypadkiem Prime 70 % Tocache, ze smutkiem pomyślałam, że pewnie już nie będę miała okazji wrócić do tej zacnej białoruskiej marki. A jednak zupełnie nieoczekiwanie Tomek Czajowy dał mi znać, że jego znajomy będzie miał okazje kupić na Białorusi czekolady i tym samym mogłam odkupić dwie tabliczki. Nie wiedziałabym, po którą sięgnąć najpierw, gdyby nie to, że dosłownie dzień wcześniej jadłam Georgia Ramon Bali Jembrana KSS Cooperative Trinitario 75% i uznałam, że miło będzie zestawić sobie spojrzenie Zachodu i Wschodu na ten sam region.

Prime chocolate bean-to-bar Indonesia West Bali 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Indonezji, zachodniej części wyspy Bali.

Natychmiast po otwarciu przywitały się prażone fistaszki, migdały, może też orzechy włoskie. Zwłaszcza pierwsze cechowało znaczące prażenie, acz i one wpisywały się w słodycz. To fistaszki w karmelu (prażone w nim? niespecjalnie jednak "karmelizowane") oraz ogólnie ich fuzja w postaci nugatu. Drugie wydawały się już mniej prażone. Znacząca słodycz kojarzyła się z miodem i karmelem. Owoce odezwały się dopiero z czasem, ale także ich nie brakowało. Pomyślałam o jasnych, zielonych i rześko-soczystych winogronach oraz trudnej do uchwycenia wiśni... W wydaniu nieco słodko-likierowym? Słodycz i w zasadzie całość kompozycji, winogrona i miód przede wszystkim, połączył zapach delikatnych, białych i żywych kwiatów. Nadały kompozycji wiosennego wydźwięku.

Lśniąca i gruba tabliczka była twarda w pełny, konkretny sposób. Trzaskała głośno, brzmiąc (zwłaszcza gdy kawałek odgryzałam) na chrupką.
W ustach potwierdziła swą pełnię. Była bardzo gęsta i kremowa. Esencjonalna, tłusto-soczyście rozpływała się w wolnym tempie. Zalepiała niczym gęsty i lepki, syty budyń. Pod koniec zdradzała lekką pyłkowość, szorstkość i trochę ściągała.

W smaku od pierwszej chwili czekolada wydała mi się wręcz słodziuteńka. Polał się miód, zakwitły kwiaty i odsłoniły znacznie soczystszy wątek słodkich, zielonych winogron i... gruszki? Owoce te wydały mi się rześkie i niemal tak zwiewne jak kwiaty. Patrzyłam na jakieś białe, na pewno żywe, które swoim charakterem idealnie uzupełniały się z miodem. I choć miodowa słodycz rosła, kwiaty z owocami zadbały też o nutkę zielonych roślinek, pokrytych wodą.

Smak miodu rósł i rósł, spiknął się z karmelem. Ten nie był palony mocno, ale wyraźnie. Mowa o karmelu raczej mlecznym, bo i nuta mleka się pojawiła. Wyobraziłam sobie nagle fistaszki taplające się w tej słodkiej, lepkiej masie. Fistaszki w miodzie, karmelu? Takim jednak raczej płynnym, nie że karmelizowane. Zupełnie, jakby wcześniej orzeszki lekko uprażyć, a potem wrzucić do miodu i karmelu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kompozycja zaczęła robić się coraz bardziej mleczna. Słodycz i subtelne orzechy zmieniały się w nugat, acz jeszcze nie całkiem (do głowy przyszło mi też coś takiego jak "mleko orzechowe", ale nie takie realne na bazie wody, a takie, które... nie istnieje, a byłoby po prostu mlekiem-płynem z orzechów analogicznie do np. płynu z kokosa.) W oddali pojawiło się ciepło słodkiego cynamonu (i innych przypraw?) oraz łagodna gorzkość.

Blisko niej, były też owoce - w oddali pokusiły się o dosłownie kwaseczek. Przykleił się do gruszek. Soczyste owoce były wszędzie, acz skupiły się głównie na słodyczy (nie porzucając rześkości). Z gruszki lał się sok, w którego to chwale przybył słodki, niemal miękki banan. Poczułam słodkie, żółte owoce egzotyczne, ale tak przemieszane, że oprócz wyrazistego banana stojącego na ich czele, trudno coś wyróżnić. Gdy mieszał się z gruszką, obok umacniała się mleczność, co przełożył się na nutę słodkiego, delikatnego jogurtu gruszkowo-bananowego. Kumulacja kwiatowo-miodowej i bananowej słodyczy aż zadrapała w gardle.

Mleczność, śmietanka wraz z lekką gorzkością wkręciły się w nugat. Czułam w nim fistaszki, ale też chyba migdały i orzechy włoskie. Jasne, bez skórek... Prażona nutka wydała mi się znikoma w tym momencie.
Mimo to, wyłapałam dosłownie echo dymu i... jakoś pomyślałam o "kadzidlanych rodzynkach".

Bliżej końca choć miodowość i ogólna słodycz była bardzo, bardzo wysoka, to jednak kwiaty nadały lekkości także nugatowi, Podkreśliły, jako żywe i wilgotne rośliny, właśnie rześkość owoców. Pod koniec odnotowałam winogrona bardziej cierpkawe - może nie tylko zielone, a też jasne różowe i nawet sugestię wiśni. Pod wpływem gorzkawości i ciepła mignęły wiśnie w likierze, ale błyskawicznie umknęły. Zasugerowały leciusi kwaseczek... gruszkom? Jakby skropiła je nieśmiało cytryna?

W posmaku został miodowo-mleczny nugat z lekko prażoną nutką i bezkresna soczystość splotu winogron, gruszek i bananów. Było przede wszystkim słodko, leciuteńko gorzkawo (choć może minimalnie cierpko).

Całość spodobała mi się ze względu na połączenie nut. Winogrona (choć akurat zielone są mi obojętne) z gruszkami i bananami wyszły przecudownie i ciekawie, a miodowy nugat świetnie dopasowały do nich kwiaty. Zapewniły niezwykłą spójność i zadbały, by nie zrobiło się za ciężko. Choć wolałabym nieco mniej słodyczy, nie mogę powiedzieć, by czekolada była za słodka (poziom raczej typowy dla dobrych 70%). Niestety, prawie brak gorzkości mnie smucił, brakowało mi jej. Gdyby więc była bardziej gorzka, że ocena byłaby maksymalna, a zachwyt pełny.

Miodowy nugat czułam również w GR Bali Jembrana Trinitario 75% , ale to, co najbardziej zwróciło moją uwagę to pewna kwiatowa rześkość, zmieszana z gruszką i kwaskiem. Przy gruszce w GR zaplątał się wyraźnie, tu natomiast też pewien kwaseczek z gruszkami się wiązał. Niecodzienne (czy gruszka w ogóle może być kwaśna? nawet niedojrzałe nie wydają mi się kwaśne, raczej nijakie), a ciekawe i smaczne. Obstawiam, że to może być nuta popularnego w Indonezji owocu - gujawy.
Też, to właśnie kwiaty łączyły poszczególne nuty w Krakakoa 85 % Pulukan Bali, choć podlinkowana była zupełnie inna (zawartość robi swoje; porządnie gorzka i kwaśna; bogata w przyprawy i pełna dymu).


ocena: 9/10
kupiłam: po znajomości
cena: 34,50 zł (za 70g)
kaloryczność: 563,3 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: ziarna kakao, nierafinowany cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

niedziela, 18 grudnia 2022

Georgia Ramon Bali Jembrana KSS Cooperative Trinitario 75 % Dark Chocolate ciemna z Bali (Indonezji)

Nie ukrywam, że jogurtowa GR bardzo mnie rozczarowała, bo choć mogłam obstawiać, że w tego typu tabliczce i tak poczuję niedosyt kakao, to jednak myślałam, że markę stać na więcej. Stąd wyszłam z założenia, że złe wspomnienie dobrze będzie szybko zatrzeć czystą ciemną. Z dwóch posiadanych wybrałam teoretycznie zwyklejszą... Choć region pochodzenia kakao, czyli Bali, wcale według mnie do zwykłych nie należy. GR zakupiło je od kooperatywy KSS.

Georgia Ramon Bali Jembrana KSS Cooperative Trinitario 75% Dunkle Schokolade / Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao trinitario (blend) z Bali (Indonezja), regionu (regencji) Jembrana.

Po otwarciu uderzyła mnie intensywna woń kwaśnej i świeżej wiśni, stykającej się z kwaskiem cytryny. Rozlewały się na orzechowo-drewnianym tle, przez które wyobraziłam sobie starą, grubą książkę oprawioną w skórę i leżącą na masywnym stole z drewna. Pojawiła się lekka pikanteria, którą przypisałabym przyprawom i... która wprowadzała lekką, pikantnawą, acz nie ostrą słodycz. Słodycz lekko drapiącą, lecz mimo to... zwiewną? Pomyślałam o kwiatach, a soczystość dopowiedziała delikatną gruszkę. Kwiaty łączyły rześkość-świeżość z przyprawami, bo żywe mieszały się z suszonymi.

Twarda tabliczka łamała się bardzo głośno, acz jej trzask przypominał raczej trzasko-pyknięcie.
W ustach utrzymywała przez pewien czas twardość, rozpływając się średnio długo. Była zbita, masywna, acz w końcu miękła. Wydała mi się zwarta, a do tego znacząco proszkowo-ziarnista. Nie była tłusta, ale sucha też nie. Lekko maślana, mazista, a z czasem też wysoce soczysta. Kiedy cecha ta mieszała się z szorstkością i wręcz piaszczystością, niestety przełożyło się to na przyspieszenie rozpuszczania. Znikała jednak jeszcze w miarę gęstawo.

W smaku pierwsza rozbłysła kwaśno-soczysta, świeża surowa wiśnia, po czym błyskawicznie przybrała na słodyczy. Pomyślałam o owocach idealnie dojrzałych w pełni sezonu, które zaraz zmieniły się w czereśnie. Czułam słodkie i charakterne czereśnie o niemal czarnym kolorze, twardym miąższu i ogromnym rozmiarze. Wystartowały porządnie, by w miarę degustacji nieco zelżeć, puścić przodem inne nuty.

W tle pojawiło się sporo kwiatów, coś łagodniejszego... i też słodkiego. To "coś" przyniosło książkę, trochę liści... Albo kwiatów bardziej suszonych. Choć w pierwszej chwili było to trudne do uchwycenia, potem zaklasyfikowałam to jako miodową maślaność orzechów.

Wzrosła gorzkość. Od subtelnej przeszła do siekierowej. Pomyślałam o czarnej ziemi, której zbierało się coraz więcej, acz tylko na moment. Oczami wyobraźni wróciłam do książki... starej i oprawionej w czarną skórę. To było aż w pewien sposób miękkie... Książka i ziemia wprowadziły drewno i orzechy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa na zasadzie kontrastu na gorzkim tle zarysowały się świeże, surowe i młode orzechy. Takie tylko co zerwane i wyłuskane. Dominowały włoskie... pozbawione skórek? Dołączyły do nich migdały.

Słodycz cały czas miała się dobrze. Od kwiatów przeszła do miodu. Ten rozlał się po ustach, znalazł się (na szczęście nie osamotniony) na pierwszym planie. To miód ciemnawy, charakterny i nieco pikantniejszy. Czułam w nim kwiaty, a te zasugerowały aż jakąś kwiatową nalewkę miodową. Owocowa mgiełka w tle trochę odpuściła, ale... jakby próbowała zasugerować taką z czarnego bzu?

Orzechy o delikatnym charakterze, ale intensywnym smaku przemieszały się ze słodyczą. Migdały zrównały się z włoskimi... Po głowie zaczęły mi krążyć jakieś orzechowe, słodkie masy, zlepione miodem... Jak jakiś miodowy turron albo... Nugat! Zrobiło się bardzo nugatowo-miodowo. Niemal widziałam nugat przyozdobiony suszonymi kwiatami.

Suszone kwiaty przypomniały kompozycji o cierpkości. Znów błysnęła myśl o czarnym bzie, który umożliwił zdecydowany powrót wiśniom i czereśniom. Były bardzo słodkie, ale i charakterne. Tak rześkie, że aż chwilami egzotyczne? Pomyślałam o granacie, a wszystko jakby jeszcze próbowała podkreślić cytryna. Kwasek niby był, ale jednak nie udało mu się wydostać spod miodowo-nugatowej słodyczy. Ta, wraz z kwiatami, zgodziła się natomiast na delikatniejszy owoc, a mianowicie na gruszkę. Taką trochę kwaskawą. Mimo to, pod koniec miód aż zbliżył się do lekkiego drapania (acz przesłodzić na szczęście nie przesłodził).

W posmaku czułam kwiaty i właśnie gruszki w miodzie. Jakby tak zrobić z nich papkę-krem... i zestawić z ziemistą tonią, w której skryła się wiśnia. Czułam jej cierpkość, poważniejszą nutę, wzbogaconą o stare książki i skórę, ale wszystko to też wiązało się ze słodyczą. Ta zatoczyła krąg, bo z tych nut wyłuskała orzechy i zamknęła je w miodzie jako nugat.

Całość bardzo mi smakowała. Zaskoczył mnie jej wydźwięk i obrazowe, niecodzienne nuty. Wiśnie i czereśnie, orzechy włoskie i migdały jako miodowy nugat okazały się cudowne. Mimo ogromu miodu i kwiatów, nugatowości nie było za słodko, bo w kompozycji sporo znalazło się ziemi. Podobał mi się akcent książek i gruszkowa rześkość. Przełożyło się to na nuty owoców, a nie mocno owocową kompozycję. Mimo wysokiej słodyczy, było też cudownie gorzko.
Zmieniłabym jedynie strukturę, by była gęstsza, rozpływała się dłużej.


ocena: 9/10
cena: 35 zł (cena półkowa za 50 g)
kaloryczność: 542 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, nierafinowany cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 17 listopada 2022

(Słodki Przystanek) Beskid Chocolate Czekolada Ciemna Miodowa z Truskawkami ciemna 73 % z Bali (Indonezji)

Miód, ten dobry, gryczany, lubiłam odkąd pamiętam. Lubiłam, bo obecnie nie wiem, czy lubię. Nie jest mi potrzebny do niczego i dawno już z prawdziwie dobrym nie miałam do czynienia. Przez to jednak, jak spadła mi tolerancja na słodycz, obstawiam, że już bym nawet najlepszego tak nie doceniła, nie chwytałby mnie. Czekolady z miodem też jakoś nie kuszą, bo jego słodycz mi do kakao nie pasuje. A jednak miodowe kompozycje (no ok, tylko ciemna) Beskidu zwróciły moją uwagę. Trochę żałowałam, że nie mieli czystej ciemnej słodzonej miodem, a nie cukrem, a jedynie wariant z truskawką, acz z drugiej strony... Może Beskid Chocolate Czekolada Ciemna 70 % tylko że z miodem i tak nie byłaby niczym, co by mnie w sobie rozkochało, więc urozmaicenie w postaci truskawek miało się sprawdzić? W sumie Beskidu z truskawkami jadłam tylko choinkę-lizaka Czekolada Mleczna Truskawka. Nie jest to moja forma dodatków, w ogóle obecnie dodatki nie są zbyt moje, ale w zasadzie truskawki i miód... Dopiero krótko przed degustacją dowiedziałam się, że do tej użyto specjalnego kakao, dobierając je po względem nut (ponoć dzikiego miodu). I dopiero zaczęłam żałować, że to nie czysta! Z racji dodatków i tak poszła na dzień zajęć, a trochę szkoda.

Beskid Chocolate Czekolada Ciemna Miodowa z Truskawkami to ciemna czekolada o zawartości 73 % kakao z wyspy Bali, regionu Jembrana (Indonezja) z truskawkami, słodzona miodem.
Czas konszowania to 72 godziny.

Po otwarciu poczułam średnio intensywny zapach miodu, zrównanego z dymem i kwiatami. Był poważny, gorzkawy i trochę kadzidlany. Czuć jakby ciepłe drewno, może "orientalne" sandałowe, z sucho-ciepłym wątkiem, który mieszał się z truskawkami. Swoją obecność zaznaczyły odważnie, emanując głównie od spodu, ale wydaje mi się, że nie tylko. Miały bowiem ogólnie leśnoowocowe wsparcie.

Lśniąca tabliczka była twarda i głośno trzaskająca. Wyglądała na idealnie gładką jak lustro, choć całościowo wydała mi się też trochę klejąca (mimo że nic się nie kleiło). Truskawki wlepiono w nią bardzo porządnie - przypadkiem w zasadzie nic nie odpadało. Część trochę się rwała wraz z czekoladą. Miały zgniatającą się pod naciskiem formę - w sumie typowo liofilizowaną.
Dodatki przy pierwszym kontakcie były sucho-miękkawe.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie szybko-umiarkowanym. Choć była bazowo zbita i masywna, trochę nieciężko maślana, opływała w rzadki, a do tego trochę śliskawo-wodnisty sposób. Zaskoczyła mnie, iż okazała się idealnie gładka. Czuć w niej pewną miodowość, którą z czasem zalewało soczyste tsunami. Mimo to była kremowa...wa? Spodziewanie pokrywała podniebienie smugami, niechętnie wypuszczając z siebie średnio drobną kostkę truskawek.
Dodatki okazały się sucho-pochrupujące, skrzypiące - gdy się je gryzło szybciej (czego nie robiłam, a tylko raz czy dwa dla spróbowania, jak to pracuje); tak to z łatwością nasiąkające i przeistaczające się w twardawo-miękkawe ("zawieszone pomiędzy tym"), jędrne kawałki... dość farfoclowate i niewątpliwie soczyste.
Zostawione na koniec truskawki trochę kojarzyły mi się z nieco bardziej zwartą wersją truskawek z kompotu.

W smaku pierwsza przywitała mnie smoła. Kwaskawo-gorzkawa, acz nie siekierowa, a względnie łagodna. Mieszała się z dymem... jakby wilgotnym, niosącym bardziej rześkie nuty. Kadzidlanym. Był słodki, nieco ostrawy, acz gorzkości się nie wyrzekł. Ta rozchodziła się konsekwentnie i spokojnie cały czas.

Słodycz zaznaczyła swoją obecność już po chwili; wcale nie jako jakaś bardzo mocna. Wyszła jednak nieco kontrastowo... w końcu miała wyraźnie miodowe pochodzenie. Pomyślałam o miodzie jasnym, ale wcale nie delikatnym, a bogatym w kwiatowość i nawet zioła. Odnotowałam lekką pikanterię. Miód chwilami nieco się zatracał, subtelnie tylko zaznaczał swoją obecność.

Kwasek czmychnął od niego i nagle przełożył się na jogurt. Jogurt naturalny z miodem i orzechami włoskimi. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość zrobiła się właśnie niczym orzechy w skórkach.

W tle prędko zaznaczyły swoją obecność truskawki i inne owoce. Nawet w częściach pozbawionych truskawek, truskawki czuć. Nie wiem, czy tak nimi nasiąkła, czy miała aż tak wyraziste ich nuty. Tak czy inaczej, kwaśno-słodkie truskawki dowodziły oddziałowi owoców leśnych: też raczej kwaskawych, czerwonych, ale również ciemniejszych, m.in. jeżyn. Do głowy przyszedł mi jogurt owocowy.... różne jogurty, różno owocowe, ale głównie truskawkowe. 

Oczywiście w kęsach z truskawkami (a im ich więcej, tym szybciej i wyraźniej), przebijały się prędko - już w połowie chwilami zrównywały się z czekoladą, by czasem w ogóle ją prześcignąć. Wnosiły soczysty kwasek suszono-liofilizowanych truskawek, a także truskawek niedojrzałych i... wydobyły nutę owoców dzikiej róży.

Kwasek przemykał poprzez poszczególne nuty, nie próbując się rządzić. Dobiegł do kwiatów i ziół, podkreślając na zasadzie kontrastu ich słodycz. Sam przybrał postać rześko-kwaskawej szałwii, a mnie uderzyła jeszcze większa owocowa fala. Głównie czerwone, dzikie... niby kwaśne, ale z jakby zamkniętą słodyczą wewnątrz. Porzeczki czerwone i czarne, wciąż z truskawkami. Delikatnie cytrusowy (konkretniej cytrynowy?) akcent podkreślał kwaśność.

Dymno-smolista nuta po owocowym debiucie wróciła, zagłuszając jogurt z orzechami. Czułam wyraźnie dym... który oprócz gorzkości przejawiał też słodsze zapędy. Pomyślałam o dymie kadzidlanym, który od kwiatów, ziół przejął rześkość, ale jednocześnie niósł ciepło... pikantne ciepło. Jakby przyprawione drewno, może i sandałowe... rozgrzane, palone... Gorzkie i ostrawe, acz... gubiące się za truskawkami, które pod koniec rozpływania się kęsa niemal zupełnie odciągały uwagę od czekolady.

Na końcówce słodki miód z ostrzejszym echem aż zadrapał w gardle, ale wcale nie było za słodko. Miód zalał wiele z nut, przemieszał się ze smołą i jogurtem, przysłaniając je nieco. Pomyślałam o niedojrzałych truskawkach polanych miodem, a gdy już zostały tylko one... znów czułam właśnie je. Kwaśne, słodkie i słodko-kwaśne (trafiały się różne) truskawki liofilizowane.

Po zjedzeniu został posmak głównie kwaśnych, liofilizowanych truskawek, ale też smoliście-dymna gorzkość zmieszana z kwaskiem, który z kolei miał też jogurtowe echo. Najdłużej utrzymywał się posmak miodu - bardzo naturalny i tak prawdziwy, jakbym jakiś czas wcześniej zjadła łyżeczkę miodu.

Całość była w sumie smaczna, nie powiem, jednak zupełnie mnie nie satysfakcjonowała. Nuty smoły, dymu, kadzidła, jogurtu z miodem i orzechami włoskimi oraz... miodu i owoców (?), płynące z czekolady wydawały się ciekawe i zacne, ale dodatki je zagłuszały. W opisie czekolady było, że to kakao ma nuty miodu i właśnie... jestem ciekawa, na ile on je podkręcał, a na ile przygłuszał. Kwestia owoców też dość nieodgadniona. Pozytywnie mnie jednak zaskoczyło, że czekolada była tak mało słodka, choć miód czuć. Truskawki do mnie nie przemówiły - nie moja forma, a ich kwaśność jakoś tak mi niezbyt tam pasowała. Ale... smak truskawek zdawał się być we wszystkim. Może więc jednak dodatek tak zgrał z nutami? A jednak kwaśność kawałków chwilami odciągała mi za bardzo uwagę od bazy. Nie podobała mi się struktura - ta chowająca się wodnistość, która pewnie wynikała z miodowości.

Cieszę się, że będę mogła wszystko to porównać z indonezyjską 80%, która dopiero przede mną, ale wolałabym ją porównywać z czystą miodową.
A jednak przypomniała mi się dymno-asfaltowa Krakakoa Bali 85%, w której też czułam kwiaty i zbliżone owoce. Co prawda Beskid to raczej delikatna smoła osnuta dymem, ale podobieństwa były. Wciąż jednak nie wiem, czy akurat do takiego kakao dałabym miód. Żeby rozsądzić, chyba musiałabym się porządnie wczuć w tabliczkę bez truskawek.
Długie kolejki publikacji pozwalają mi jednak na mały spoiler. Otóż oczywiście jestem już po degustacji Indonesia Java Criollo 80% i zdradzę, że... nuty kakao okazały się inne. To chyba jednak nie powinno dziwić, wszak zupełnie inne wyspy (indonezyjskie, ale inne).


ocena: 8/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 22,90 zł (za 100 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

ziarno kakaowca, miód w proszku, masło kakaowe, truskawki liofilizowane 2%, emulgator: lecytyna sojowa

wtorek, 31 grudnia 2019

Krakakoa 85 % Pulukan Bali ciemna

Jako ostatnią czystą Krakakoa wytypowałam tę o najwyższej zawartości kakao. W zasadzie nie mam nic do dodania, oprócz tego, że liczyłam, iż trafię na moc nut smakowych, nie zaś na tłuszcz. Jeśli o samo kakao chodzi, przed otwarciem i odkryciem opisu znalazłam tylko, że pochodzi z trudno dostępnego regionu Jembrana, gdzie aż roi się od szpaków balijskich (Bali Mynah). Właśnie przedstawiciel tego gatunku zdobi opakowanie.

Krakakoa 85 % Pulukan Bali to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao z Bali (jednej z wysp Indonezji), regionu Jembrana, okolic miasta Pulukan.

Po otwarciu poczułam delikatny (zarówno gdy chodzi o natężenie jak i charakter) zapach kwiatów (suszonych polnych? odległych róż w kolorze herbacianym? nienachalnych) i przypraw, dość ciężkich. Te wydały mi się wręcz lekko wytrawne, plątała się przy nich chlebowa nuta. Na myśl przyszła mi też herbata (to jednak luźne skojarzenia). Kryła się w tym też soczystość.... ale nie czysto owocowa, a jakby twarogowa (?), minimalnie cytrusowa. W trakcie jedzenia widziało mi się to jako ciemny chleb z chłodnym twarogiem, herbatą i przyprawami.

Przy łamaniu musiałam użyć sporo siły, gdyż tabliczka odznaczała się prawie kamienną twardością. Trzaskała bardzo głośno, w sposób ciężki... Wydała mi się chrupka.
W ustach rozpływała się powoli i dość opornie z racji silnej, zbitej tłustości. Przypominała twardawą plastelinę lub bardzo zwarty, gliniasty twaróg, który dopiero z czasem zlepiał usta i podniebienie. Bliżej końca miała skłonności do pylistych i ściągających efektów.

Już w trakcie robienia pierwszego kęsa poczułam gorzki dym, a tuż za nim gorzkawe przyprawy. W żadnym wypadku nie były jednak ostre. Odbijały w kierunku gorzkich, suchych orzechów. Te wprowadzały subtelną słodycz i lekką maślaność. Podczas degustacji przed oczami miałam ziarenka - na początku kardamonu. Podobne mu, lekko goryczkowate przyprawy, a i on sam zostały zaraz osnute dymem.

Z tego wyłaniała się cierpkość. Najpierw sugerująca coś mniej spożywczego, dymnego i ziemiście-asfaltowego. Pojawiła się kwasowość, która mniej więcej w połowie okazała się cierpko-słodką aronią, czarnymi porzeczkami i wiśniami. Ciemnymi owocami niezbyt dojrzałymi, ale już słodkimi. Trochę jakby... w towarzystwie suchych liści herbaty? Drzew? Sucho-gorzkich orzechów?

Nie, te aspekty prawie zupełnie przykryła nuta skórki cytryny: zarówno kwaśna, jak i goryczkowata. Druga połowa to właśnie znów goryczkowatość ziaren, tym razem jednak jako miks ziaren w ciemnym, wilgotnym chlebie na zakwasie. Na zakwas i ziarna zwracały uwagę owoce - one bardziej kierowały ruchem i wplatały słodycz, niż były istotne jako one same.

Kompozycji tej wilgotną bym jednak nie nazwała... Soczystość owoców była w pewien sposób ciężkawa. Bliżej końca skłaniała się nieco ku herbacie i kwiato-przyprawom, ale je wszystkie usadzał gorzki dym. Mimo to dostarczały trochę słodyczy, w momencie gdy chlebowy zakwas zmierzał do asfaltu i ziemi. Zamknąwszy oczy, widziałam dym i rozgrzany teren: asfalt biegnący przez czarną ziemię.

W posmaku pozostał dym i owoce (głównie cytryna i aronia), jak również wyrazistsze orzechy włoskie i mocne, lecz już nie tylko gorzkie, ale słodkawe w kwiatowy sposób (?) przyprawy, które to właśnie jako zwieńczenie wyeksponowały się tak, że aż mnie zaskoczyły.

Całość bardzo, bardzo mi smakowała, choć na drodze do zupełnego uniesienia i zachwytu objawiającego się jako 10/10 stanęła tłusta konsystencja (i za słaby zapach, acz na to mogłabym przymknąć oko).
Podobało mi się to, jak wystąpiły w niej poszczególne smaki. Odważna i wyrazista gorzkość nie była siekierą, ale i do takich delikatnie-przystępnych nie da się jej zaliczyć; nie za mocna kwasowość pokazała się w różnych aspektach, a nie tak czysto jako ona sama. Niska słodycz wydała mi się jedynie przemycana przez owoce i kwiato-przyprawy. Nienachalna, a konkretna.

Z Bali przypomina mi się jedynie znacznie słodsza Akesson's 75 % Trinitario Bali Sukrama Farms. Różnią je przede wszystkim owoce (w Akesson's syrop malinowy i rodzynki), ale i kwestie natężenia / przedstawienia. Moja ukochana Akesson's to kwiatowe przyprawy, cierpkość bzu i ziół (Krakakoa aronii, wiśni i dymu / popiołu) oraz drzewa, nie zaś "krakakoawata" przyprawo-herbata. Obie suszkowate i dosadne w przekazie.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 18 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 640 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

środa, 27 lipca 2016

Akesson's 75 % Trinitario Bali Sukrama Farms ciemna z Indonezji

Po rewelacyjnej czekoladzie mlecznej z solą Akesson's z kakao z Bali, czyli jednej z indonezyjskich wysp, nie musiałam długo myśleć nad tym, którą wybrać na kolejne spotkanie z tą marką. Bali (czyli jedna z indonezyjskich wysp) wydała mi się pomijanym przeze mnie (oczywiście nie celowo) w czekoladach regionem, a że mleczna mnie zachwyciła... przed ciemną w moich oczach malowała się świetlana przyszłość.

Akesson's 75 % Trinitario Bali Sukrama Farms to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao gatunku trinitario, pochodzącego z indonezyjskiej wyspy Bali, a dokładniej z plantacji Sukrama Farms.
W 2014 zdobyła nagrodę Great Taste, a w 2015 zgarnęła srebro w Akademii Czekolady. Muszę przyznać, że tak wyróżniona tabliczka trochę mnie onieśmieliła, chociaż po Domori coraz pewniej podchodzę do czekolad tej jakości.

Wyjęłam ze skromnej, czarnej tekturki zapakowaną w folię tabliczkę o głęboko brązowym kolorze z minimalnie szaro-fioletowym przebłyskiem. Już na starcie bardzo mi się spodobała, a po rozerwaniu ostatniego zabezpieczenia...
zakochałam się. Poczułam niezwykle silny, z początku wręcz mało czekoladowy, w pełni słodko kwiatowy zapach jaśminu i bzu. Im dłużej wąchałam czekoladę, tym wyczuwałam więcej, czyli słodkie nuty perfum i przypraw, trochę kwitnących drzew... ogólnie można powiedzieć, że piękny bukiet!
Żeby nie było za słodko, pojawiała się też ziemista woń wskazująca na solidną zawartość kakao.

Przy łamaniu usłyszałam zdecydowane chrupnięcie, czekolada była przecież twarda i masywna. 

Już od pierwszego kęsa rozpuszczała się kremowo, choć nie była zbyt tłusta. Bardziej mazista i odrobinkę śliska jak Pralus Bresil 75 %, ale w o wiele mniejszym stopniu.

W ustach rozeszła się słodycz, początkowo trochę przytłumiona przez prażoną nutkę. Po chwili nasiliła się, zrobiła się minimalnie owocowa, a z tego przytłumienia smaczek wyszedł na trochę przyprawiony, trochę ziołowy tor, aż w końcu stał się po prostu ziołowo-apteczny. Poczułam smak syropu malinowego o dość naturalnym smaku. Pojawiły się kwiaty, trochę przytłaczające, które szybko zmieniły się w odrobinę kwaskowate owoce. 

Nagle poczułam się, jakbym tylko co wgryzła się w mango. Soczyste i już słodkawe, jednak wciąż dość zwarte i z lekkim kwaskiem. Zrobiło się bardzo soczyście i orzeźwiająco. Właśnie w tych klimatach oscylowała słodycz.

W tym momencie na scenę wkroczyło trochę goryczki o drzewnym wyrazie. Pojawił się tu orzechowy motyw, który zaczął łączyć się z nieco szybciej rozwijającą się głęboką słodyczą. Przewijająca się od początku gorzkość nabrała mocniejszego wyrazu, co paradoksalnie podsyciło owocową słodycz, a w końcu dało to efekt słodkich i soczystych rodzynek. Żadnych tam suszków, a porządnych, jędrnych owoców.

Od rodzynek rozeszła się lekka goryczka, kawałek zaczął zanikać. Po raz ostatni pojawił się słodkawy smak, a potem nadeszła łagodna gorzkość i pozostała jeszcze chwilę. W ustach szybko pozostała jedynie leciutka suchość.

Ta czekolada jest niezwykle aromatyczna, obłędnie kwiatowa, a w smaku mocno ziołowa (jakby przyprawiona?), początkowo kojarząca się z syropem malinowym, a potem przechodząca w drzewne gorzkawe nuty oraz owocowe smaki, przejawiające się w mango i rodzynkach. Intrygujące połączenie.
Okazała się inna od reszty próbowanych czekolad z Indonezji, chociaż... mango i drewno wystąpiło także w Morinie (co prawda z Jawy), a malinowe (ale w sumie owocowe, a nie syropowe) nuty miała tabliczka Manufaktury Czekolad (z Jawy). Niee, Akesson's to zupełnie inna bajka.


ocena: 9/10
cena: 25 zł (za ok. 60g)
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: kakao (min. 75 %), cukier trzcinowy, czysty tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa