Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: mleczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: mleczna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 września 2026

Chuao Chocolatier Signature Collection Milk Chocolate Bar Baconluxious with plant-based bacon mleczna 41 % z roślinnym bekonem, syropem klonowym i wędzoną solą morską

Ostatnimi czasy zauważyłam, że już kilka razy zdarzyło mi się przeczytać to, co przeczytać chciałam, a nie to, co realnie było napisane. Tak właśnie stało się z tą czekoladą. Zdecydowałam się ją zamówić, bo naprawdę uważam, że Amerykanie umieją łączyć czekoladę z mięsem. Tu też zarówno mleczne, jak i ciemne się sprawdzają, gdy się umiejętnie je zrobi. Marka Chuao ma zwariowane smaki, wiele z nich jest nie po mojemu z dodatkami poprzylepianymi do tabliczki, ale... pomyślałam, że mięso może w takiej formie się odnaleźć. Niestety, po otwarciu przesyłki zobaczyłam kompletnie zmiażdżone tabliczki. Ech. Było tak źle, że aż zwrócili pieniądze. Postanowiłam więc przez jakiś czas po prostu o niej nie myśleć. Postanowiłam, że wezmę ją w góry, jak już zrobi się cieplej, by nie odmrozić sobie rąk podczas układania czekolady do zdjęć. Wreszcie więc nadeszły cieplejsze dni, a ja zaczęłam planować wyprawę na Babią Górę od strony słowackiej. I wtedy czekała mnie wielka niespodzianka: to tabliczka z roślinnym "bekonem"! Od jakiegoś czasu od znajomego słyszałam pozytywne opinie, że właśnie różne wege zamienniki, które próbował, całkiem nieźle udawały mięso, więc zamiast wściekać się na siebie za zamówienie czegoś takiego, podeszłam raczej zaintrygowana. Fakt, jestem mięsożerna, ale cenię też po prostu smaczne różności i lubię ciekawostki.
Czekoladę wzięłam na niewymagającą trasę w Beskid Sądecki, bo wyżej akurat strach było jechać przez roztopy i lawiny. Akurat w towarzystwie kolegi, optymistycznie wyrażającego się o wege nibymięsach. Otworzyłam ją jakoś nietypowo, bo już prawie na zejściu, w okolicach Szałasów Jarzębackich, gdzie dotarłam z Hali Pisanej, na którą weszłam od strony Hali Łabowskiej. Potem już tylko przez błoto i wieś do Piwnicznej-Zdrój, skąd wystartowałam.

Chuao Chocolatier Signature Collection Milk Chocolate Bar Baconluxious with plant-based bacon to mleczna czekolada o zawartości 41% kakao z Wenezueli z wegańskim / roślinnym "bekonem", syropem klonowym i wędzoną solą morską.

Po otwarciu rozszedł się intensywnie wędzony zapach, poniekąd po prostu dymny, poniekąd należący do wędzonej papryki, ale też kojarzący się z bekonem albo jerky (amerykańskie suszone mięso) nią przyprawionymi. Czuć sól, ale też trochę karmelowej słodyczy wszystko to na tle czekolady raczej delikatnej, lecz wyraźnie mlecznej. Dałabym się nabrać, że to tabliczka z prawdziwym bekonem, ale mocno przyprawionym. Gdybym nie wiedziała, co wącham, powiedziałabym, że dodatek do mlecznej czekolady to wędzona papryka i sól.

Połamana czekolada wydawała się konkretna i tłusta. Na spodzie widać było też trochę zatopionego dodatku, ale przebijającego spod czekolady (a nie jak się spodziewałam w formie doklejonej "posypki").
Tam gdzie przyszło mi ją łamać, była dość twarda, ale nie trzaskała. Przekrój ujawnił średnią ilość raczej małych kawałków nibybekonu. Jak się jednak okazało, trudno zrobić kęsa, by nie trafić na dodatki.
Kawałków roślinnego bekonu dodano do niej średnio dużo, acz bardzo często na niego trafiałam, bo wystąpił pod postacią głównie bardzo małych kawałków i płatków. Tylko jeden czy dwa trafił się większy. Kęsy bez niego jednak też się zdarzały, choć niewiele. W nich jednak dodatkowo, odnotowywałam kryształki. Nie udało mi się więc zrobić kęsa samej czystej czekolady.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo i tłusto. Była maślana i gęsta, wysoce mazista. Miękła i rozpływała się w średnim tempie, końcowo jednak łatwo, rzadko znikając jak tłuste mleko. Dość szybko jej bazową gładkość zaburzały kryształki, cukrowo-piaszczyste drobinki oraz kawałki "bekonu", jako że wyłaniały się z niej. Przyspieszały jej rozpuszczanie się, a same potrafiły cukrowo zastukać o zęby. Wolałam zostawiać je na koniec. Dodawały czekoladzie lekkiej wodnistości, jako że miały otoczkę, trochę szklista warstwę cukro-karmelu i soli. Sól płatki karmelizowanego syropu klinowego wystąpiły też osobno.
Na próbę jednak pogryzłam dodatki też wcześniej. Wtedy były twarde, mocno chrupiąco-trzeszczące w cukrowy sposób. Wtedy to cukrowa otoczka, nie suche wnętrze dodatku, skupiała na sobie uwagę.
Na koniec, po czekoladzie, zostawały dodatki, a więc głównie roślinny bekon, ale sporadycznie też kryształki soli i cukru.
Kawałki roślinnego bekonu gryzione na koniec wciąż były trochę twarde, w porywach cukrowe, ale bardziej chrupiące jak suche, twarde i kruche kawałki ni ciastek, ni chrupek zbożowych. W nielicznych odnotowałam jakby włóknistą miękkawość, mogącą kojarzyć się z delikatnym suszonym mięsem (jerky). Na niektórych cukrowa otoczka zostawała i dalej przypominała cukier, acz bardziej ciasteczko-cukier.

W smaku czekolada przywitała mnie splotem mleka i wysokiej słodyczy. Choć najpierw wydała mi się cukrowa, po chwili zaczęła przechodzić w troszeczkę karmelową.

Nie w każdym kęsie tak samo szybko i wyraźnie wchodziła wędzona nuta. Często jednak zaznaczała się zaraz po słodyczy i spokojnie pobrzmiewała sobie w tle. Czasem dłużej trwało jej wkroczenie, czasem dość mocno przecinała słodycz nutą dymu wędzarniczego, a czasem wędzonej papryki.

Raz po raz po paru chwilach odzywała się sól. Wystarczyło, że na chwilę się wychyliła i już podkreślała trochę zarówno wędzenie, jak i mleko. Pomyślałam o wiejskim mleku, wspartym masłem. Te zgrały się z solą bardzo harmonijnie, nakręcając się. Przez pewien czas czekolada była więc naprawdę mocno mleczna. Maślaność też miała spory udział, ale trzymała się z boku.
Nawet w kęsach bez kawałków "bekonu" czuć wędzenie.

Z czasem cukrowość została zabarwiona oraz odrobinką wanilii oraz nutką syropu klonowego i karmelu. Czuć je w całej tabliczce, acz to od kawałków "bekonu" i kryształków rozchodziło się najwięcej szlachetniejszego wątku syropu klonowego. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kawałki roślinnego bekonu przyciągały uwagę motywem delikatnego karmelizowania w syropie klonowym, co szło w trochę cukrową stronę, solą oraz kolejną falą wędzenia. Dym wędzarniczy czasem wychodził niemal na przód i przynosił skojarzenie ze skwarkami. Wędzona papryka też się przewijała, acz z różnym nasileniem.

Gdy z ciekawości gryzłam dodatek wcześniej, słodycz i słoność uderzała, a drobinki pod jakby wręcz cukrem, autentycznie kojarzyły się trochę z przesadnie wędzonym i posłodzonym bekonem jerky. Sama czekolada jawiła się wtedy jako mocno mleczna, ale też przesłodzona do przesady i drapiąca w gardle.

Wraz z otoczką dodatku czasem w pewnym momencie bliżej końca dość często na chwilę robiło się bardzo słono. A mieszanka soli i cukru / syropu potrafiła sporadycznie za drapać w gardle. Nie zawsze, bo i nie zawsze było mocno słono; czasem po prostu słono. W dodatku nie była to po prostu słoność, a słoność wędzona, a dzięki temu nie aż tak strasznie jawna, chamska, a tylko trochę przesadzona. Ciekawa.

W tle czekolada na pewien nie za długi czas debiutu "bekonu" jakby odpadła. Potem jednak, gdy otoczka z nibybekonu się w dużej mierze rozpuściła, wracała poprzez słodycz.

Słodycz po natarciu dodatku utrzymała charakter syropu klonowego, ale i cukrowość się w niej objawiała. Nie była mocno przesadzona, ale po prostu słodycz robiła się prostsza i trochę zbliżała się do poziomu przesady, drapiąc w gardle. Mleko zaś wyszło bardzo osłabione, acz maślaność się utrzymała na niezmienionym poziomie.

Gryzione na koniec kawałki dodatku przeważnie były już pozbawione cukrowo-słonej otoczki. Wtedy smakowały mieszanką kartonu, ciasteczek karmelowych i chrupek zbożowych z suchymi skwarkami tak wysmażonymi / wypieczonymi, że aż zapominającymi o mięsnym smaku. Nie udało im się udawać bekonu, czuć, że to nie bekon czy suszona wieprzowina (pork jerky).
Kilka razy została też jakby sama cukrowo-klonowa skorupka bez "bekonu"; jawiące się jako klonowo słodkie płatki. Parę razy z kolei został kryształek soli, oczywiście słony, ale wciąż w wędzonej otoczce. 

Po zjedzeniu został posmak wędzono-słony, z wędzoną papryką w to wpisaną. Czułam też wysoką słodycz cukru i klonową. Wszystko wpisane w znów znaczącą mleczność, maślaność. Ostał się motyw ciasteczkowo-zbożowo-kartonowy.

Czekolada mnie nie chwyciła, ale nie mogę powiedzieć, by była niesmaczna. Na pewno interesująca. Dobra, mocno mleczna baza dobrze wyszła z tymi dymno-wędzonkowymi nutami i solą. Choć wolałabym, by soli było mniej. Rozumiem jednak, że coś musiało napędzać skojarzenie z bekonem. Choć za słodka, nie chamsko cukrowa, a uszlachetniona syropem klonowym. Nutka wędzonej papryki była dziwna, ale też się wpasowała. Acz nie wiem, skąd się wzięła. A jednak nie podobał mi się tak wędzony smak przy w sumie nijakiej niebekonowej drobnicy. Początkowo nieźle udawała bekon, ale na koniec wychodziło na jaw, że nie ma z nim wiele wspólnego. To wszystko świetnie by pasowało z mięsnym dodatkiem, ale z czymś a'la chrupki zbożowe niekoniecznie. Mnie w dodatku nie pasowała jej konsystencja: wyszła według mnie za bardzo tym wszystkim najeżona, za dużo było w niej kryształków, a sam tak twardy, niebekonowy nibybekon po prostu mi się nie podobał. Wątpię, że posmakowałaby fanom bekonu, jednak tym, którzy lubią słone i ciekawe dodatki w czekoladach oraz lubią, jak im ciągle coś chrupie, jak najbardziej.

Muszę przyznać, że na tyle dziwna, że ciekawostkowo można się wciągnąć, ale nie w większej ilości. Przynajmniej nie w moim przypadku. Trochę w górach - spoko, część co została w domu do zweryfikowania, spoko, ale i tu, i tu po paru kostkach czułam się już przesłodzona i przesolona, więc jakieś 34 g oddałam, nie zmogłam.

Poczęstowany w górach kolega powiedział, że czuje "mleczną czekoladę z wędzoną papryką". Zdziwił się, gdy mu powiedziałam, że jest z roślinnym bekonem.

Mama, której przypadła moja resztka powiedziała zaś: "ja nie rozumiem, po co i dla kogo takie czekolady robić. Według mnie to by była dobra mleczna, gdyby nie ta wędzona sól i bekon. Wtedy byłaby zjadliwa. Spoza tego wydzierała bardzo przyzwoita czekolada. Te dodatki jednak ją zepsuły, w ogóle mi się nie podobały. Ale trzeba jej przyznać, że bekon, boczek, wędzonkę było czuć, to mnie zdziwiło. W sensie, że jakby to naprawdę był boczek w smaku. Ale to w trakcie jedzenia, nie gdy gryzłam te... chrupki. Spróbowałam trochę i mi wystarczy, reszty nie chcę".


ocena: 6/10
kupiłam: iHerb
cena: 20,66 zł (za 80g; promocja)
kaloryczność: 525 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mleczna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko, kakao, lecytyna słonecznikowa, naturalna wanilia), cukier klonowy, roślinny bekon (teksturowane białko roślinne: mąka sojowa, barwnik karmelowy; olej sojowy, sól, naturalny aromat), wędzona sól morska, naturalny aromat klonowy (klon, olej rzepakowy)

niedziela, 30 sierpnia 2026

Zotter Edelnougat in Zitrone / Fine Praline with Lemon biała cytrynowa z kremem z nugatu z orzechów nerkowca i makadamia oraz mlecznej czekolady z cienką warstwą czekolady białej

Tę czekoladę dostałam razem z innymi nowościami Zottera. Sama pewnie bym się nią nie zainteresowałam przez to, że białe nadziewane to zupełnie coś nie w moim stylu, a w dodatku nie przemawia do mnie opieranie kompozycji na zbyt dużych kontrastach. A ta właśnie taką mi się wydawała z opisu. W ogóle ostatnio mam wrażenie, że Zotter przesadnie pcha wszędzie, czy jest to zasadne czy nie, cytrynę. Hm... W dodatku nadzienie zrobiono tu z nerkowców i makadamia. Kocham nerkowce, ale makadamia to jedyne orzechy, których nie lubię. Super. Po dziś przedstawiana czekoladę sięgnęłam bez przekonania, zakładając, że większość pójdzie dla Mamy, która bardzo lubi np. karmelową Wedla.


 Zotter Edelnougat in Zitrone / Fine Praline with Lemon to biała czekolada cytrynowa  nadziewana (60%) kremem na bazie praliny / nugatu z orzechów nerkowca i makadamia oraz mlecznej czekolady z cienką warstwą czekolady białej.

Po otwarciu rozszedł się słodki zapach krówkowo-karmelowy, mieszający się z naturalnie słodko-maślanymi nerkowcami i biszkoptowo-ciasteczkowym wątkiem. Czuć wanilię i trochę śmietanki, a także pewne ciepło. Dopiero za tym wszystkim w tle zaznaczyła się kwaskawa i zarazem słodko pudrowa cytryna. Zdziwiłam się, jak dobrze czuć nerkowce jeszcze przed przełamaniem. Później nasiliły się na fali lekko nugatowej, która dołączyła do biszkoptów i ciasteczek.

Tabliczka w dotyku wydawała się masywna i nie można odmówić jej twardości. Czekolada w dotyku wydała mi się pyliście-sucha i zarazem tłustawa, tylko czekająca, kiedy będzie mogła się rozpływać, a jednocześnie również konkretna. Przy łamaniu również zetknęłam się z twardością, a taką kruchością.
Zwłaszcza ze względu na środek, który wyglądał na suchy i kruchy. Autentycznie się kruszył, a czekolada łatwo od niego odskakiwała. Okazał się twardy i zbity, a w dotyku trochę tłusto-pylisty.
Pod nią znalazła się cieniutka warstewka czekolady białej, której w zasadzie nie sposób oddzielić od cytrynowo-karmelowej - można ją jedynie nożem skroić w czekoladowe opiłki.

W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, przedstawiając się jako maślano tłusta i kremowa. Odnotowałam w niej leciutką proszkowość.
Czekolada maziście pokrywała podniebienie i spójnie mieszała się z nadzieniem. Trudno było wykryć, w którym momencie do czekolady z wierzchu dołączyła cienka warstewka białej, też tłustej, spod niej. Wydaje mi się, że ta zwykła biała była gładsza.
Nadzienie podtrzymało mazistość i tłustość, ale wpisało je w inne realia. Było bardzo tłuste, ale w masywniejszy sposób, w którym obok maślanośći czuć tłustość orzechową i jakby zagęszczenie czekoladą.
Nadzienie i czekolady mieszały się w za tłustą, zbitą, ale coraz bardziej miękko-kremową masę.

W smaku czekolada przywitała się lekko krówkowo-karmelowym mlekiem skondensowanym, obok których zaznaczył się lekki kwasek. Wytoczyła śmietankę i silną maślaność, wydała mi się lekko ciepła i nagle wszystko to przeszyła silniejsza kwaśność. Dopiero po chwili okazała się cytrynowa. W zestawieniu ze słodkimi wątkami cytryna wydała mi się nieprzyjemnie przerysowana. Jej soczystość zupełnie nie pasowała do otoczenia.

Czekolada cytrynowa spróbowana osobno wydała mi się jeszcze bardziej cytrynowa, ale w sumie nie aż tak przerysowana. Po prostu jakby niezgrabna w swej krówkowości i kwaśno-soczystej cytrynowości. Wyszła też mniej mleczne.

Po paru chwilach zaczęła nasilać się słodycz, a czekolada zaczęła upuszczać motyw trochę mleczny, ale kojarzący się z jogurtem. Biała czekolada spod cytrynowej łagodziła kwaśność mlecznością i kolejną dawką słodyczy. Zapewniła też gładkie wejście nugatowi swą lekką maślanością.

Biała spróbowana osobno okazała się bardzo bazowa, ale bardziej śmietankowa niż np. maślana.

Poprzez mleczność i maślaność weszło nadzienie. Wprowadziło do kompozycji delikatny motyw orzechów nerkowca, a gdy mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwaśność w dużej mierze odpuściła, orzechowość przywołała do siebie biszkoptowo-ciasteczkowy motyw. Słodycz nugatu choć silna, nie wyszła przesadzona, mimo że kontrastowy początek straszył, że taka się zrobi. Nerkowce przedstawiły się jako jakiś krem nerkowcowy słodki od wanilii, trochę ciasteczkowo-maślany.
Orzechy makadamia trudno było rozpoznać w tym wszystkim, ale nerkowce dobrze sobie poradziły.

Choć kwaśność, po debiucie kremu, wycofywała się w dużej mierze, cały czas trochę pobrzmiewała, co było denerwujące jak rzęsa siedząca w oku.

Nugat spróbowany osobno wydał mi się... pyszny. Bardziej czytelny, jeśli o orzechy chodzi. Nerkowce w ogóle okazały się w nim intensywne, a otulający je motyw biszkopcików, ciasteczek i wanilii idealnie zgrany. Do tego poczułam nutkę czekolady i odrobinkę cynamonu. Powiedziałabym, że ta raczej łagodna mleczna i cynamon pewnym ciepłem wieńczyły wizję masy ciasteczkowo-nerkowcowej, jaką udawał nugat. Makadamia wciąż nie były specjalnie wyraziste, ale chyba dołożyły się do tej ciasteczkowo-maślanej słodyczy.

Z czasem, chyba gdy się już przyzwyczaiłam do słodyczy, znowu zaczęła doskwierać mi kwaśność... Niby konwencjonalnie cytrynowa, a jednocześnie kojarząca się z cytrynową gumą rozpuszczalną.

Po zjedzeniu został przerysowany motyw cytryny, robiącej aluzje do gumy do żucia i kwasku cytrynowego. Dopiero za nią stanął smakowity motyw kremu nerkowcowo-ciasteczkowego oraz krówkowa słodycz czekolady białej jakby karmelowej.

Czekolada wydała mi się... durna. Otóż pyszne nadzienie nerkowcowe, w którym przewijało się skojarzenie z waniliowymi biszkoptami i ciasteczkami (co od razu skojarzyło mi się z boskim kremem Eko Gram The Real Cashew Paste 2023-2025) oraz subtelna nutka czekolady zasłużyło na 10, a czekolada biała karmelowa (?) o smaku krówek mogłaby świetnie z nim współgrać, ale... nie. Zotter musiał dodać do czekolady cytrynę, która wszystko psuła tak, że jeść się odechciewało. Cytryna w tej kompozycji wyszła nieprzyjemnie kwachowato i kontarstowo, mimo że nie dominowała. Dobrze, że czekolada z wierzchu odskakiwała, ale z drugiej strony jedzenie samego takiego nugatu też nie jest wymarzoną opcją. Najlepiej jeść tą tabliczkę dzieląc... co do mnie nie przemawia. Całość bardzo mnie zasmuciła, bo potencjał w niej tkwił ogromny, taki nawet na 10, a zepsuto to w naprawdę głupi sposób. Rozumiem, że Zotter chciał pewnie przełamać słodycz, ale to zwyczajnie nie wyszło.
Bardzo trudno mi ją ocenić, bo krem uzależniał i z ochotą jadłabym go i jadła, ale gdy pojawiał się przy nim kwasek, krzywiłam się. Zjadłam więc jedynie 10g i resztę oddałam Mamie.

Opinia Mamy: "O, rany! Jak można tak głupio zepsuć taką czekoladę?! Przecież to byłoby świetne, nawet 10/10, gdyby nie ta cytryna. Ta cytryna w samym wierzchu kompletnie wszystko zepsuła. Środek przepyszny, ale na tyle tłusty i jednak nadzieniowy, że dziwnie go jeść samego, on potrzebuje czekolady. I to dobrej karmelowej, a nie cytrynowo kwaśnej. Wielka szkoda, taki potencjał zmarnowany... Aż serce boli". I nie dojadła, bo choć lubi kwaśność w słodyczach, to tam, gdzie ona pasuje (a tu obie orzekłyśmy zgodnie, że bardzo nie pasowała.) i w dodatku, jak sama przyznała, ona z Zotterami ma na starcie problem, bo dla niej "czekolada musi mieć kostki".


ocena: 6/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 76g)
kaloryczność: 565 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy 24%, orzechy nerkowca 12%, orzechy makadamia 8%, odtłuszczone mleko w proszku, pełne mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, proszek cytrynowy (3%: koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), masło, miazga kakaowa, cukier trzcinowy, emulgator: lecytyna sojowa; sól, sproszkowana wanilia, cynamon, kardamon, sproszkowane nasiona tonka, kolendra

PS A jeśli komuś mało Zottera, zapraszam na aktualizację Zotter Labooko Tanzania 75%.

czwartek, 27 sierpnia 2026

E. Wedel Mleczna o smaku Pawełka Toffi z nadzieniem o smaku toffi

Mam mieszane uczucia do wydawania tego samego produktu w różnych formach, jako batony, i jako czekolady. Z jednej strony to po prostu powielanie, przez co wydaje się, że jest coraz więcej różnych słodkości, a tak naprawdę na półkach jest jedno i to samo, z drugiej nie każdy lubi formę batona czy tabliczki czekolady. Obecnie wręcz mnie odrzuca od zacukrzonych czekoladowych batonów z kiepskimi składami. Co zabawne, dopuszczam spróbowanie wybranych w formie czekolady. Choć po zmianach na gorsze wiele lat temu przestałam lubić okropne obecnie batony Wedla, czekolada E. Wedel Czekolada Bajeczny zaskoczyła mnie całkiem pozytywnie jak na coś takiego. Jako dzieciak lubiłam batony E.Wedel Pawełek Mleczny Toffi, ale zrobiły się okrutnie spirytusowe. Mama je uwielbiała. Długo były jej nr 1, więc gdy natknęłam się na taką tabliczkę, od razu do niej zadzwoniłam, czy chce. Chciała, mimo że pamiętała, że baton się pogorszył.


E. Wedel Mleczna o smaku Pawełka Toffi to czekolada mleczna o zawartości 29% kakao z nadzieniem (42%) o smaku toffi, nawiązującym do batona Wedla Pawełek Toffi.

Po otwarciu poraził mnie zapach mlecznej wręcz cukrolady, nie czekolady i spirytusowego toffi. Rozbrzmiewały na równo, zacukrzając już na tym etapie. Mocny, tani alkohol trochę maskował akcent waniliny, który nieśmiało wyłaniał się z przesłodzonej, nieambitnej czekolady.

Czekolada zdradzała tłustość już w dotyku. Wyglądała na miękki, plastikowy ulepek. Wydawało mi się, że zaraz zacznie rozpuszczać się w dłoniach, ale nie. Przy łamaniu nawet trochę się kruszyła. Okazała się bardzo trudna w podziale. Nie trzymała się ładnych linii, kostki nie łamały się równo. Przy podziale wyłaniało się nadzienie. Ku mojemu zaskoczeniu bardzo różniące się od tego z batona.
Każdą kostkę wypełniała średnia ilość miękkiego, ciągnącego, ale nie lejącego, tłustego nadzienia. Wyglądało na kremowe i wykazywało zwartość, lecz przy przegryzaniu się przez kostkę i tak się z niej wyciskało.
W ustach czekolada rozpływała się dość szybko, tłusto zalepiając usta. Miękła, serwując mi silną proszkość. Szła w coraz bardziej ulepkowatym kierunku.
Po paru chwilach czekolada rozchodziła się, pękała, ujawniając wnętrze.
Nadzienie było tłustsze od czekolady, w sposób śmietankowy, przez co wręcz śliskie, a jednak nie gładkie; miałam wrażenie, że jest nie tylko proszkowe, ale też jakby lekko scukrzone. Dało się poznać jako klejące, a do tego dziwnie gumiaste. To ostatnie bardzo odróżniało je od nadzienia batona. Rozpuszczało się dość szybko, ale wolniej niż to z batona, bardziej kremowo.
Czekolada i krem mieszały się w lepką, miękką maź.

W smaku czekolada uderzyła przesadzoną słodyczą, na którą złożył się głównie cukier. Towarzyszyła mu ciężka, duszna wanilina, ale w zaskakując (jak na Wedla) małej ilości. Mleko odezwało się bardzo nieśmiało. Brakowało mu siły przebicia.

Za to nadzienie szybko dało o sobie znać, dodając jeszcze więcej cukrowej słodyczy i nutkę alkoholu. 
Gdy nadzienie wyłaniało się spod czekolady, w zasadzie dominowało, a cukrowa czekolada robiła mu za tło (nie dała się zagłuszyć zupełnie). Jego natychmiast drapiącą w gardle słodycz podkręcał ordynarny alkohol. Ku mojemu zaskoczeniu jednak wcale nie aż taki mocny. Ot, trochę taniego spirytus, ale raczej kapka niż cała flacha. Został uładzony... aromatami? Po pierwszej szarży zrobił trochę miejsca jakby aromatowi masła i śmietanki, a po paru chwilach też mleku skondensowanego, które ze słodyczą ułożyła się w kajmako-toffi.

Mniej więcej w połowie rozpływania się się kęsa wydało mi się zaskakująco wyraziste i zgrane z alkoholem, który nie porzucił taniego wydźwięku, ale bardzo zelżał, więc było to bardziej przystępne. Niestety jednak jakby ujawniał sztuczność nadzienia. W jego słodyczy z czasem w ogóle czułam coś cukierkowego, dziwnego (syrop?).

Gdy spróbowałam samego kremu, wydał mi się bezlitośnie zasładzający, ale właśnie sztucznie, nie zwyczajnie cukrowo. Utwierdziłam się też, że nadzienie czekolady było o wiele mniej alkoholowe niż nadzienie batona - ze szkodą dla odbioru, bo bez ogromu spirytusu lepiej czuć inne wady.

Za zasładzająco-sztucznym nadzieniem czekolada wydała mi się bardziej sztuczna, plastikowa i cukrowa. Wręcz czekoladopodobna.

Czekolada spróbowana osobno jawiła się trochę lepiej, mniej plastikowo, ale i tak wciąż czuć jej smakową, plastikową taniość. Mleko miało jednak wtedy więcej do powiedzenia. Tam, gdzie stykała się z nadzieniem, znacząco przesiąkła nim. W samą czekoladę mogłam się jednak wczuć w miejscach, gdzie kostki się łączyły i w przypadku "ramki".
 
Po zjedzeniu został posmak nieprzyjemnie sztucznej słodyczy, ale nie waniliny, a jakby takie... cukierkowej (?), motyw ordynarnego alkoholu, ale nie w dużej ilości. Czułam też okrutną słodycz inną, niż ta cukierkowa: łącząca kajmak i waniliowo-plastikową czekoladę.

Tabliczka była bardzo niesmaczna. Kiepska, okrutnie cukrowa czekolada oraz jeszcze gorsze, sztucznie słodkie, sztuczne, toffi-kajmakowe nadzienie z nutką taniego alkoholu. Fakt, smakowało toffi, ale bardzo sztucznym. Mniejsza niż w batonie ilość alkoholu ujawniła to, jak wiele złego mogą zrobić syrop glukozowy i aromaty. Smakowo więc efekt poniżej średniości i jakiś taki... mało Pawełkowy. Bliżej temu do po prostu czekolady z nadzieniem toffi (dobra konkurentka dla okropnych Milka Caramel Cream / Toffee Cream / Caramel). Struktura mi nie odpowiadała, bo takie rozwalanie się czekolady, łamanie się bez ładu i składu to wielki minus w przypadku nadziewanej, gdzie chciało by się, by każda kostka stanowiła jakąś czystą całość. Mam mieszane uczucia co do zmiany konsystencji Pawełkowego nadzienia. Z jednej strony - było inne niż w batonach, więc to nie jest do końca Pawełek w formie czekolady, ale z drugiej - przy takim rozwalaniu się tabliczki to kremowe nadzienie lepiej się sprawdziło, bo jednak trzymało się w kostce. Batonowe wypłynęłoby. To w zasadzie rozsądne posunięcie, więc jakiś plus udało mi się znaleźć - i chyba tylko za to wystawiłam jednak 3, nie 2. 

Dałam radę zjeść najmniejszą, krzywo ułamaną, a więc niecałą kostkę, czyli jakieś 7 g, po czym czułam potrzebę przepłukania ust herbatą i resztę oddałam Mamie.

Opinia Mamy: "A mnie smakowała! Chociaż nie powiedziałabym, że to czekolada Pawełkowa. Z batonem Pawełkiem się niezbyt kojarzyła. To była taka po prostu bardziej toffi czekolada. A ja lubię te wszelkie toffi nadziewane. Słodka, sama czekolada dobra i nadzienie smaczne. Nie mocno alkoholowe, ale takie dokładnie jak nadzienie toffi powinno smakować. Jak jadłam to ogólnie super, ale po zjedzeniu odczułam taki nieprzyjemny sztuczny posmako-niesmak. Szkoda więc, że ma zły skład, ale i tak ja bym jej o wiele wyższą ocenę wystawiła.".


ocena: 3/10
kupiłam: Żabka
cena: 9,30 zł
kaloryczność: 498 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, łuszcz mleczny, emulgatory: lecytyna sojowa i E476; aromat), cukier, mleko zagęszczone słodzone (mleko, cukier), tłuszcz roślinny palmowy, syrop glukozowy, pełne mleko w proszku, serwatka w proszku, alkohol etylowy 1,7%, substancja utrzymująca wilgoć: inwertaza; aromaty, lecytyna sojowa

piątek, 21 sierpnia 2026

Zotter Forest Miracle - Blackberry & Hazelnut / Waldwunder - Brombeer & Haselnuss ciemna mleczna 50 % z kremem jeżynowym z cytryną i nugatem z orzechów laskowych z olejkiem świerkowym

Sięgnięcie właśnie po tę tabliczkę, nie wiązało się z ochotą czy ciekawością, a po prostu uznałam, że orzechowym nadziewanym nowościom przyznałam pierwszeństwo ze względu na trwałość. A co z ochotą? Mimo że bardzo lubię i jeżyny, i orzechy laskowe, nie byłam przekonana do ich połączenia. W dodatku olej świerkowy? Nie wiedziałam, z czym go zjeść. Uwielbiam leśne nuty! Ale że taki olejek w czekoladzie...? Nie wiedziałam, czego się spodziewać.


Zotter Forest Miracle - Blackberry & Hazelnut / Waldwunder - Brombeer & Haselnuss to ciemna mleczna czekolada kasztanowa o zawartości 50 % kakao nadziewana (40%) kremem "ganache" jeżynowym z cytryną i (21%) praliną / nugatem z orzechów laskowych z olejkiem ze świerku.

Po otwarciu rozszedł się wyrazisty zapach słodko-orzechowej mlecznej czekolady oraz owoców: kwaskawo-cierpkich, pudrowo słodkich ciemnych owoców leśnych w towarzystwie również pudrowo słodkiej, a jednocześnie kwaśnej cytryny. Mleko przechodziło w śmietankę, a znaczący wątek maślany w harmonii podłączał pod nie orzechy. Pieczone kasztany też przyszły mi do głowy, a w dodatku czasem przemykało mi coś jakby żywicznego i leśno-kwaskawego. Gdy wąchałam spód, wydał mi się nieco kwaśniejszy, choć nie koniecznie bardziej owocowy. Ogólnie jednak zapach był bardzo wyrównany - nie zmieniło się to po przełamaniu.

Tabliczka w dłoniach wydawała się niezbyt masywna, a sama czekolada dziwnie suchawo-tłusta. Mimo że nie była miękka, przy łamaniu nie trzaskała. Średnio gruba warstwa czekolady czasem trochę odpryskiwała, a czasem trochę wgniatała się w nadzienie owocowe. Całość wydała mi się trochę krucha, mimo plastyczności grubszego (owocowego) kremu.
Jakież w ogóle było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam przekrój. Otóż u mnie warstwy były odwrotnie niż na stronie Zottera: owocowa część na górze, orzechowa na dole.
Wewnątrz znalazły się właśnie dwie warstwy: nieco konkretniejszy, wyglądający na sucho-kruchy, ale realnie tłusty nugat oraz miękki i plastyczny, acz dość zbity krem owocowy.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, maziście i kremowo, choć jakby trochę niezbyt chętnie. Miękła i mieszała się z nadzieniami.
Te rozpływały się równo, ale ze względu na proporcje. Owocowe zniknęło by szybciej, gdyby nie to, że stanowiło większość.
Krem owocowy szybko miękł, zmieniając się w śmietankowo tłustą masę, z której z czasem wypłynęła jeszcze soczystość. Miało w sobie coś z chmurkowego mousse'u, ale to potem umknęło, bo nadzienie zaczynało trochę gumowo się kulkować.
Krem orzechowy podczepiał się pod czekoladę. Był gęsty i maślany. Początkowo bardziej zbity, potem jednak coraz luźniejszy. Na jego tłustość złożyły się nie tylko orzechy i masło, ale też olej, który już sprawił, że zrobiło się za tłusto.

W smaku czekolada roztoczyła średnio wysoką, ale szybko rosnącą, słodycz karmelu, mieszkającą się z pełnym mlekiem. Z lekkim odciąganiem swoją obecność zaznaczyło kakao, ale nie goryczka. Jej miejsce zajął delikatny wątek kasztanów, przypominających niejednoznaczne pieczone orzechy. Pieczone kasztany były jednak jako tako do rozpoznania.

Czekolada spróbowana osobno wydawała się wyraźniej kasztanowa niż orzechowa. Nie powiedziałabym, że jakoś szczególnie przesiąkła orzechową warstwą. Owocami na pewno nie. Osobno jednak wydała mi się nieco za słodka, wręcz drapiąca w gardle.
Jej wysoka słodycz jednak sprawdziła się w zapewnianiu harmonii z nadzieniami, gdyż powstrzymywała kwaśność przed za silnym wzrostem i trochę upraszczała smak nugatu do właśnie nugatowego. Chociaż... sama z kolei przy wnętrzu robiła się mniej kasztanowa, a trochę mydlana.

Nadzienia bardzo szybko dawały o sobie znać. Orzechowe powoli podłączało się pod czekoladę. Początkowo, przez parę sekund owocowe także nie odstawało. Jedynie w chwili przegryzania się przez całość na przód wysuwało cytrynowy kwasek, po czym jednak na chwilę go cofało.

Krem owocowy podchwycił mleczny motyw, przedstawiając się jako shake / koktajl mleczno-owocowy. Kwasek, po pierwszym wyskoku, ruszył z małym opóźnieniem, ale jak już ruszył, prędko się rozkręcał. Nie była to jednak bardzo wysoka kwachowatość, a kwaśność cały czas trochę otulona nieco pudrową słodyczą. Przodowała w niej cytryna, a kwaśno-cierpkie jeżyny zdawały się jedynie składową mieszaniny ciemnych leśnych owoców (w tym porzeczek?). Cały czas przewijała się wśród nich kwaśna cytryna. Przy nich jeżyny zrobiły się słodsze w pudrowym kontekście. Pomyślałam o jakimś pudrowo słodkim, mlecznym budyniu ciemno owocowym, w porywach wyraźniej cierpko jeżynowym.

Krem owocowy spróbowany osobno potwierdził swoją kwaśną cytrynowość i pudrową słodycz. Nawet wtedy nie był taki jednoznacznie jeżynowy, a bardziej ciemno-leśno owocowy. Gdy jednak spróbowałam go samego, na pomyślałam jeszcze o owocowej białej czekoladzie (np. z linii Labooko fruit) - też właśnie niezbyt jednoznacznej kwestii owoców.

W zestawieniu z kwaśno owocowym kremem, nugat kiepsko radził sobie z porządnym przebiciem się.
Nugat podkręcił orzechowy charakter czekolady, bo i on oczywiście odznaczał się orzechowym smakiem. Co ciekawe, zdawał się skupiać w sobie mleczność, jakby podkradł ją czekoladzie. W zestawieniu z resztą trudno jednak było uchwycić konkretnie laskowce. Orzechy zaserwował w nugatowo osłodzony, mocno mleczno-maślany sposób. Z czasem, choć ogólnie nie była bardzo jednoznaczna, orzechowość zaczęła wydawać mi się trochę mydlana i... rozmyta oleistym wątkiem oraz... korzenną goryczką? W zestawieniu z drugą warstwą to prawie zupełnie zatracało się w kwaśno-cierpkich owocach.

Kiedy spróbowałam nugatu osobno, orzechy laskowe wyraźniej się w nim zaprezentowały, acz nadal wydawały się trochę rozmyte innymi, maślanością i... nutą oleistą, choć lekko drzewną, trochę żywiczną, która jednak właśnie wraz z cynamonem trochę rozmywała motyw orzechów laskowych.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa krem owocowy robił się bardziej cytrynowo kwaśny. Soczyście kwaśna cytryna niemal zupełnie zdominowała motyw owoców ciemno-leśnych, już na pewno bez niczego konkretnego. Owocowa warstwa prawie zupełnie zagłuszyła też wątek nugatu. Zezwoliła jednak na olejkowo- kwaskawe, złudnie iglaste echo - niemal nieuchwytne, ale przychodzące na myśl, gdy warstwy mieszały się ze sobą (luźna myśl zasugerowana tym, że wiedziałam o obecności olejku świerkowego?).

Czekolada w tle uległa mydlano-nugatowej orzechowości. W zestawieniu z nadzieniami, kasztanowość uciekała zupełnie.

Po zjedzeniu został bardzo słodki posmak pudrowych owoców ciemnych, leśnych, w tym jeżyn i iluzji czarnych porzeczek oraz kwaśnej cytryny. Czuć orzechowość, ale raczej ogólną niż jakąś konkretną, a do tego - ku mojemu zdziwieniu - wróciły kasztany. Na języku czułam dziwną oleistość, a ogólnie też lekkie przesłodzenie, mimo kwaśności.

Czekolada wyszła przeciętnie niby w porządku, ale z wieloma ale. Jak dla mnie za bardzo nijako-nieokreślono. Nie podobało mi się to, jak bardzo cytryny zasłoniły jeżyny. Te wyszły jako mieszanka owoców ciemnych, leśnych. Podobnie orzechy laskowe wystąpiły jako ogólna orzechowość, nugatowość. Olejek świerkowy w tej warstwie nie wniósł jakoś porywającego leśnego klimatu, a pobrzmiewał... trochę nie wiadomo czym. Kasztanowa nuta mlecznej czekolady była do wychwycenia, ale w całości też nie była specjalnie wyrazista. Sama w sobie wyszła całkiem smacznie, słodko-mlecznie, ale nie jakoś szczególnie ciekawie. Słodycz, olejek i aż trudno powiedzieć co dokładniej, ale coś kierowało nieowocowe wątki w mydlanym kierunku. To mi przeszkadzało. Niedookreśloność też. Całość więc odebrałam jako nazbyt namieszaną. Bez kolosalnych wad, ale też bez czegoś, za co mogłabym pochwalić i dlaczego warto byłoby to jeść. Za sam smak, gdyby to miała być po prostu mleczna owocowo-orzechowa czekolada, mogłaby zdobyć 5, ale obietnica leśnego klimatu czy nawet tytułowych orzechów laskowych i jeżyn, nie została najlepiej spełniona.
Po raptem 11 g czułam się tą niedookreślonością i słodko-mydlanymi nutami, które usilnie próbowała przysłonić kwaśność zmęczona i przytłoczona i resztę oddałam Mamie.

Mama jednak swojej części nie skończyła, stwierdzając: "No ja tu czułam tylko kwasek cytrynowy. Zupełnie wszystko zdominowała cytryna i choć lubię kwasek w słodyczach to nie taki. Tyle tam napchano, taki opis długi, a czuć tylko kwaśną cytrynę. Niesmacznie to wyszło".


ocena: 4/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 75g)
kaloryczność: 544 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
 
Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, orzechy laskowe 8%, miazga kakaowa, mleko, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, sproszkowane kasztany 3%, koncentrat jeżynowy 3%, liofilizowane jeżyny 3%, syrop z cukru inwertowanego, przecier jeżynowy 2%, syrop skrobiowy, masło, emulgator: lecytyna sojowa, sól, cukier trzcinowy pełnoziarnisty, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), sproszkowana wanilia, koncentrat soku z cytryny, emulgator: lecytyna słonecznikowa, olejek świerkowy 0,01%, cynamon

środa, 12 sierpnia 2026

DM Bio Vollmilch Schokolade Zartschmelzend mleczna 37 %

Nie jem mlecznych czekolad, bo zwyczajnie nie lubię, nie sprawia mi to przyjemności i nie widzę celu w jedzeniu czegoś tak nie kakaowego, nudzą mnie. Acz umiem docenić dobrą i potrafię przyznać, że są połączenia, w których sprawdzają się najlepiej. Choć np. w brownie w moim odczuciu nie ma miejsca dla czekolady mlecznej, w moim cieście, które nazwałam sobie Pomarańczową Delicją, krem musi być mleczno czekoladowy. Ciemna za bardzo przytłacza pomarańczowość. Nie robię tego jednak jakoś szczególnie dużo, więc na razie jeszcze miałam jakieś czekolady do tego. Dziś przedstawianą jednak dostałam od ojca, którego jakiś czas temu zapytałam, czy nie rzuciła mu się w oczy Goplana Śmietankowa, nie mleczna. Swoją drogą, chyba ją wycofali. Mleczna Goplana ze względu na swój mocno orzechowy (od aromatu) charakter nie nadawała się, więc szukałam czegoś innego, tańszego od Meybona Feine Vollmilch Schokolade Tanzania 45 % Kakao / Fine Milk Chocolate 45 % Cacao, by nie zbankrutować. Pewnego razu ojciec przywiózł mi tę (chyba poprosiłam go o nią jeszcze przed Meyboną?). Pamiętałam bowiem, że DM Bio Vollmilch Schokolade - Ganze Nus była dobra.

DM Bio Vollmilch Schokolade Zartschmelzend to mleczna czekolada o zawartości 37% kakao, marki własnej Drogerii DM.

Po otwarciu zagrzmiał intensywny zapach mocno maślanego, lekko solonego toffi i szklistego karmelu. Też mocno maślanego jednocześnie. Wyobraziłam sobie od razu miękkie cukierki toffi z lepkim nadzieniem kakaowym (coś jak Goplana Toffino Choco czy Wawel Tofflars) i lśniący, chrupiący karmel. Wiązały się z poczuciem ciepła. Ogrom masła i karmelu mieszały się z pełnym, jakby naturalnym, wiejskim mlekiem oraz echem orzechów. Też łagodnych, naturalnie słodkawych i maślanych orzechów nerkowca, może z dodatkiem pojedynczych laskowych bez skórek.

Wysoce tłusta tabliczka odznaczała się pewną twardością, konkretem, mimo że nie trzaskała podczas łamania. Trochę się za to kruszyła.
W ustach czekolada miękła i rozpływała się w tempie średnim, w sposób mazisty, zachowując jednak zbitość. Choć była gęsto kremowa i aksamitna, nie potrafię nazwać jej gładką ze względu na marginalną proszkowość. Ratowało to trochę od bardzo wysokiej tłustości masła.

W smaku czekolada wręcz zaszarżowała mocno mleczno-maślanym toffi. Toffi o słodyczy o dziwo tylko średnio silnej, nie wysokiej, które zahaczało niemal o krówkę. Krówkę szlachetniejszą, pozbawioną zacukrzającego aspektu.

Po chwili podkreślił je palony, choć też maślany karmel. Wyobraziłam sobie szklisty, chrupiący karmel, a po chwili jeszcze jednak znów twór bardziej miękki: karmelowe cukierki z nadzieniem czekoladowym, w którym bardzo delikatnie zaznaczyła się odrobińcia-odrobineczka kakao. Nie jednak gorzkość.

Gdzieś za nimi przemknął mi nieco orzechowy akcent. Taki niedookreślony, ogólnie orzechowy, ale nadający całości głębi i wpisujący się w karmelowość. Wyobraziłam sobie orzechy karmelizowane, otulone chrupkawo-lepką warstwą lekko solonego ni toffi, ni karemlu. Jakbym na siłę miała wskazać jakieś orzechy, były by to naturalnie maślane nerkowce, może z dodatkiem laskowych. 

Mleko trochę czekało, by zająć znaczącą pozycję do mniej więcej połowy rozpływania się kęsa. Wydawało się bardzo naturalne, wiejskie. Wraz z poczuciem ciepła, jakie biło od toffi i karmelu utworzyło sielski, wiejski klimat.

Słodycz wzrosła i z czasem zaczęła wydawać się ryzykowna. Mleczność jednak tak podeszła maślaność, że jakby trochę odeszły od tych toffi, krówek i karmelu, a wystąpiły osobno, sprawiając, że słodycz skierowała się na przystępniejszy tor. Wysoki, ale zrozumiały dla mlecznej czekolady.

Mleko trochę zabarwiło się toffi, maślaność w sumie... również. Acz to właśnie ona, maślaność, dominowała na końcówce. Jako jakiś maślano-mleczny pudding w wariancie toffi-krówkowym. Ten słodyczą znów łypał ku przesadzie.

Po zjedzeniu został posmak bardziej budyniu toffi-krówkowego ze znaczącym motywem maślanym, ale też wyraźnie mlecznym. Pojawiło się też echo kakaowo-orzechowe. Nie gorzkie, ale nadające głębię i szlachetność. Odnotowałam też to, że jakby słodkie ciepło trochę zaznaczyło się w gardle.

Czekolada wyszła bardzo dobrze, choć nie przekonała mnie aż tak wysoka maślaność kosztem mleczności. Wolałabym, by zamiast aż tak dominować nad mlekiem, stało z nim na równych prawach. I ta tłustość masła też mnie trochę już przytłoczyła (w DM Bio Vollmilch Schokolade - Ganze Nus sprawę ratowały orzechy). A jednak wyrazisty smak maślanego toffi, toffi lekko solonego i podkreślonego karmelem oraz nadzieniem czekoladowym prosto z cukierków karmelowych, przechodzące w toffi-krówkowy budyń, wszystko to oczywiście z mlekiem wyszły naprawdę zacnie. Tym bardziej, że choć w pewnym momencie były ryzykownie słodkie, ogół jawi się jako odpowiednio słodki, nieprzesłodzony. Nutka orzechowo-kakaowa wypisanym nadała szlachetnej głębi, a jednak nie były zbyt wyraziste, by zburzyć klimat toffi.
Nawet ja zjadłam trochę z przyjemnością, choć mleczne czekolady nie sprawiają mi obecnie przyjemności. Jakieś 1,5 kostki mi jednak wystarczyło, bo czułam przesyt tej słodyczy.

Resztę użyłam do kremu do ciasta.
Krem z tą czekoladą bardzo zgęstniał, po jakiejś godzinie czy dwóch zastygł aż nieco przesadnie, że do reszty dodałam trochę ciepłego mleka, by wyłożyć resztę na drugą połowę wypieku. A i tak dałam odrobinkę mniej masła, a więcej serka Philadelphia Light.
Smak wyszedł zachwycająco. To był prawdziwie mleczno czekoladowy krem! Czuć mleko, maślaność takowej, a w dodatku charakter konkretnie tej czekolady. Skojarzenie z kakaowo-czekoladowym nadzieniem wypływającym z miękkich karmelków cały czas było obecne. Odrobina kakao, które daję do kremu właśnie ten motyw uwypukliła. Ogólnie czekolada ta w tym kremie wyszła na tyle intensywnie czekoladowo, że uznałam, że dodam mniej niż zwykle kakao, by nie zaburzyć smaku czekolady DM. To było dobre posunięcie. 
Ogólnie to, jak ta czekolada wychodzi w kremie sprawiło, że dałam jej te 0,5 punktu więcej niż chciałam po zjedzeniu trochę osobno.


ocena: 9,5/10
kupiłam: ojciec mi kupił w Drogerii DM
cena: nie znam
kaloryczność: 573 kcal / 100 g
czy znów kupię: pewnie jeszcze o nią poproszę

Skład: nierafinowany cukier trzcinowy, 26% pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa

czwartek, 6 sierpnia 2026

Witor's Harry Potter Chocolate Frogs Snack - Snack Cioccorane mleczna z kremem mlecznym i ciastkami kakaowymi

Odkąd dostałam te czekoladki od ojca, nie bardzo wiedziałam, co z nimi zrobić. Nie łudziłam się, że będą smaczne, więc było mi przykro, że dają logo HP na czymś takim. W dodatku żałowałam, że trafiły do mnie teraz, kiedy ogólnie nie lubię już takich słodyczy, a nie parę lat temu, kiedy cieszyły mnie takie klimaty i kiedy lubiłam ówczesną nowość, Milkę Oreo 100 g (2015), a która po paru latach (w 2018) się zepsuła.
Szkoda było mi poświęcać na ten twór dnia w domu, który mogłabym przeznaczyć na pyszną czekoladę degustacyjną. W góry? Właśnie że w górach czekolady nadziewane się nie sprawdzają. Uważam je za delikatne, boję się, że się rozcisną, latem popłyną. Jako że była zima, to ostatnie odpadało. I dlatego też zaczęłam rozważać, czy by nie zabrać tych czekoladek w góry. W końcu uznałam, że mogę zrobić wyjątek. Może nawet miałam się na trochę w nie wciągnąć sentymentalnie? Na jakiś krótszy szlak, nawet gdyby miały być porażką, nie powinno to być problemem. Stanęło na tym, że czekolada ruszyła ze mną w Beskid Sądecki, z Barcic przez Pod Garbem na Makowicę. Jako że to zalesiony szczyt bez widoków, opakowanie otworzyłam parędziesiąt metrów za szczytem, na polance, z której jakieś szczyty w oddali, za chmurami było widać.


Witor's Harry Potter Chocolate Frogs Snack - Snack Cioccorane to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao nadziewana mlecznym kremem z kakaowymi ciasteczkami, w formie małych batoników / czekoladek; na licencji Warner Bros.
Opakowanie zawiera 8 sztuk po 25g.

Po otwarciu rozszedł się nieprzyjemnie plastikowy i cukrowo słodki, a zarazem mocno mleczny zapach, który od razu kojarzył się z czekoladkami dla dzieci, w których pod przesłodzoną czekoladą kryje się równie przesłodzone nadzienie mleczne. Takie, w którym jest za dużo waniliny. Gdy wąchałam spód, mogłam z łatwością stwierdzić też obecność mleka w proszku. Kakaowe ciastka prawie się ukrywały. Czegoś można było się doszukać, skupiając się na wąchaniu spodu, a po przełamaniu ewidentnie lekko zaznaczały swoją obecność.

Oddzielnie pakowane w papierki czekoladki były o wiele cieńsze i szersze niż czekoladki Kinder Chocolate, ale zbliżonej długości.
Zdziwiła mnie skąpa ilość jasnej czekolady mlecznej na spodzie. Tam aż przebijało się mleczne nadzienie z ciasteczkami.
W dotyku czekoladki zdradzały tłustość, plastikowość i wydawały się delikatne. Miałam wrażenie, że zaraz zaczną topić się w palcach. Przy łamaniu nie trzaskały, gdyż były wręcz miękkawe. Mimo to sprawiały wrażenie nieco... kruchych?
Nadzienie stanowiło dość grubą warstwę względem bardzo cienkiej czekolady. Urozmaicały je małe, średnie i całkiem spore kawałki kakaowych ciastek. Jak potwierdziło się w trakcie jedzenia, dodano ich mało i to głównie w wypukłych żabach (tam osiadły średniej i sporej wielkości kawałki). Zdarzało się sporo kęsów bez nich lub z malutkimi ciasteczkami (wokół żabek).
W ustach czekolada rozpływała się niby sprawnie, ale jakby trochę ociągając się. Była mazista i trochę oleiście-kremowo tłusta. Miękła w zasadzie natychmiast i zaraz ujawniała wnętrze.
Krem rozpływał się spójnie z czekoladą. Miękł jeszcze bardziej i łatwiej od niej, wykazując też znacznie silniejszą, jeszcze bardziej oleista tłustość. Był idealnie gładki (nie licząc kawałków ciastek).
Tłustość trochę przełamywały kawałki ciastek, które wyłaniały się z czasem. Ciastka wystąpiły w formie małych i średnich kawałków. Dodano ich nie za wiele, raczej średnią ilość, miejscami zaś mało, dosłownie pojedyncze kawałeczki. Początkowo krótko były twarde i suche. Poniekąd nasiąkały i rozpuszczały się, ale całkiem sporo zostawało ich też na koniec.
Gryzione wcześniej były bardziej chrupiące, konkretne, ale nie bardzo twarde.
Ja wolałam zostawiać ciastka na koniec. Wtedy były nieco delikatniejsze, wciąż trochę rzężąco-chrupiące, ale zarazem pod naporem zębów rozchodzące się na ciasteczkowy pyłek.

W smaku czekolada najpierw uderzyła przede wszystkim plastikiem, a zaraz jeszcze cukrową, wysoką słodyczą. Wraz z plastikiem utworzyły dominujący, mocny, zgrany duet. Plastikowy motyw podkręcała pobrzmiewająca wanilina.

Po chwili ruszyło też wyraziste mleko, które prawie doścignęło słodki plastik. Musiało się jednak jakoś podzielić miejscem ze słodyczą i plastikową nutą, więc nie udało mu się z nimi wygrać. A one bardzo szybko w dodatku aż drapały w gardle.

Czekolada spróbowana osobno okazała się nie dość, że okrutnie przesłodzona, to też plastikowa w stopniu wręcz przerażającym, czyli to nadzienie tak podkreślało mleko.

Czasem kakaowe ciastka dość szybko zaznaczały swoją obecność lekką cierpkością.

Motyw mleka rozkręciło nadzienie. Wydawało się wręcz śmietankowe, mimo że zaraz i ono okazało się przesadnie, męcząco przesłodzone. Okazało się jeszcze bardziej niż czekolada wanilinowe, a jednak... trochę rozgoniło plastikowy wydźwięk. Przybrało wręcz uroczy wydźwięk, typowy dla czekoladek dla dzieci.

Nadzienie spróbowane osobno natychmiast zaczynało drapać w gardle, zasładzając zupełnie. Wtedy też wyraźnie czułam motyw słodzonego mleka skondensowanego z tubki.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa krem również, jak czekolada, zaczął wydawać się coraz bardziej tani, ale nie jakoś tragicznie. Zahaczał bowiem także trochę o przecukrzone mleczko z tubki. Wtedy jednak ciastka odgrywały coraz ważniejszą rolę. Nie musiałam ich rozgryźć, by je poczuć. Wplotły delikatnie cierpki, trochę przypalony motyw.

Ogólnie kakaowe ciastka troch odciągały uwagę od cukrowości i tandety. Te jednak, choć przygłuszone, nie dawały o sobie zapomnieć.

Gdy z ciekawości raz czy drugi pogryzłam ciastka wcześniej, obok czekolady i kremu, nie wyszły szczególnie wyraźniej. Brakowało im siły przebicia, acz czuć ich kakaowo-przypalony smak.

Im jednak kremu i czekolady było mniej, ciastka wyłaniały się coraz bardziej, znaczyły coraz więcej i więcej. Rozbijały porażającą słodycz.

Gdy gryzłam ciastka, już trochę porozpuszczane, więc w zasadzie ciastka przechodzące w ciasteczkowy pyłek, na koniec okazały się bardziej wyraziste. One także były słodkie, nie jednak mocno. Dominowała w nich gorzkość kakao i przypalenia. Czasem przemykała mi w nich delikatna jakby słonawość. W ciemno powiedziałabym, że to nie Oreo, a coś bardziej... idącego w stronę oreowatych chrupek zbożowych?

Po zjedzeniu został posmak goryczkowatych, przypalonych ciastek z czarnym kakao oraz przesłodzenie w tanim stylu. Dusznego cukru i jakby mlecznie naaromatyzowanego plastiku. Czułam przesłodzenie w dużej mierze na poziomie gardła, w ustach trochę odpuściło dzięki ciastkom. Na ustach zaś czułam otłuszczenie.

Czekoladki były niskiej jakości, gdy chodzi o samą czekoladę i nadzienie. Plastikowa taniość i przecukrzenie wyszły tak, że w moim odczuciu bez sensu to jeść. Jedyne co, to ciastka okazały się przyjemnie i wyraźnie je czuć, acz też nie były idealne. Takie... jakby to były ciastka a'la Oreo zalatujące chrupkami zbożowymi. Plus, że nie miały problemy z przebiciem się przez bazę swym goryczkowatym, kakaowym smakiem. I tak jednak nie pomogło to w odbiorze. Ciastek było o wiele za mało - szkoda, że zatopiono je głównie po środku, w miejscu żabek i sporo kęsów było bez nich.

Zjadłam prawie jedną czekoladkę (w górach i trochę w domu) i to było moje maksimum. Zasłodziła i zatłuściła mnie kompletnie.

Mimo swej taniości, całość wyszła lepiej od Milki 100 g wersji od 2018 ze względu na wyraźnie wyczuwalne kakaowe ciastka a'la Oreo i mocno mleczny smak nadzienia, za czym pewnie stoi więcej mleka w składzie.
Niestety jej plastikowość i za mała ilość ciastek nie pozwoliły mi na wystawienie wyższej oceny. W zasadzie to przeciętne słodycze, ale uznałam, że muszę tę - powiedzmy czekoladę w formie czekoladek - jakoś wyróżnić, że jest lepsza od Milki. Myślę więc, że u fanów Milki Oreo ma większe szanse niż u mnie. Mnie trochę trudno to ocenić, bo zwyczajnie nie jestem grupą docelową. Obecnie nie lubię słodkich nadziewańców, a czekoladki dla dzieci tym bardziej mnie nie kręcą.

Resztę oddałam Mamie. Jej czekoladki bardzo smakowały. Dawno temu w 2015, jak ja, lubiła Milkę Oreo. O dziś prezentowanej powiedziała: "Taka zwykła, bardzo smaczna czekolada. Mocno mleczna, dużo jeszcze bardziej mlecznego nadzienia, a ciastka czuć wyraźnie. Mnie nie przeszkadzało, że nie dodano ich więcej, bo nie lubię Oreo, a te to powiedziałabym, że właśnie Oreo. Czekoladki słodkie, zwykłe, ale ja nie powiedziałabym, że jakieś tanie czy plastikowe. Ja bym im dała więcej niż 6".


ocena: 6/10
kupiłam: ojciec kupił w Dealz
cena: 12 zł (za 200g; jak wyżej, ale sprawdziłam)
kaloryczność: 563 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcze roślinne (olej kokosowy, olej z palmy kernel, palmowy w zmiennych proporcjach), odtłuszczone mleko w proszku 10%, tłuszcz kakaowy, kawałki ciastek 8,4% (mąka ryżowa, cukier, skrobia kukurydziana, olej palmowy, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu w proszku 0,9%: kakao, regulator kwasowości węglany sodu, węglany potasu; syrop glukozowy, sól, substancja zagęszczająca: guma guar; substancje spulchniające: węglany amonu, węglany sodu; aromaty), pełne mleko w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, miazga kakaowa, serwatka z mleka w proszku, emulgator: lecytyna sojowa; aromaty

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Zotter Tanzania Cacao Safari / Tansania Kakao-Safari ciemna 70 % z kremem na bazie mlecznej czekolady oraz nugatem z orzechów nerkowca z kawałkami marakui, pieprzem grejpfrutowym, pieprzem timut i kawałkami migdałów w karmelu

Po Zotter Uganda Cacao Safari / Kakao-Safari straciłam nadzieję, że druga z tego duetu Safari będzie lepsza. Zwłaszcza, gdy zobaczyłam, że do orzechowej warstwy dodano marakuję. Po Vanini nie miałam ochoty na tabliczkę z marakują, a już jako dodatek do kremu nerkowcowego w ogóle mi się to nie widziało. Połączenie czekolady i narkowców jako nadzienie w wykonaniu Zottera było świetne w Zotter Boozy Chocolate Mousse, ale z kolei krem z mlecznej czekolady w Zotter Milk Choco Mousse bardzo mi nie podszedł. Nie wiedziałam więc, czego spodziewać się po dziś przedstawianej. Niestety miałam złe przeczucia. Mimo że z opisu dowiedziałam się, że krem zrobiono w niej z kakao od tanzańskiego producenta Kokoa Kamili. Pytanie, ile z tego poczuje się w kremie, i ogóle w takiej czekoladzie? To jednak nie jedyna ciekawostka, jaką zawierała. Drugą był dodatek pieprzu cumeo, zwanego też pieprzem grejpfrutowym. Ponoć ta niezwykła papryka z Himalajów ma intensywny smak grejpfruta, cytryny i limonki, co czyni ją lubianym składnikiem wśród szefów kuchni nagrodzonych gwiazdkami Michelin. A na tym pieprzu Zotter nie skończył. Dodał bowiem jeszcze timut, piakantny i cytrynowy pieprz. Ech, już na etapie czytania opisu odniosłam wrażenie, że strasznie dużo napchał do tej tabliczki. Nie rozumiem, po co. Gdybym ja chciała użyć jakiś ciekawy pieprz i pokazać go odbiorcom, na pewno nie mieszałabym go z drugim, podobnym.


Zotter Tanzania Cacao Safari / Tansania Kakao-Safari to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana (24%) kremem ganache na bazie mlecznej czekolady oraz (36%) praliną / nugatem z orzechów nerkowca z kawałkami marakui, pieprzem grejpfrutowym cumeo, pieprzem timut i kawałkami migdałów w karmelu ("brittle").

Po rozchyleniu papierka przywitał mnie złożony, ale raczej chaotyczny niż głęboki zapach. Spód pachniał bardziej pieprznie, a zarazem mocno owocowo: marakujowo-cytrusowo. Ogólnie w kompozycji wyraźnie czuć orzechy nerkowca i wiążącą się z nimi maślaność, ale też jakby migdałowy motyw samej czekolady. Ta o dziwo wydała mi się bardzo wycofana, lekko tylko dymna. Wierch tabliczki pachniał nieco mniej pikantnie, ale też marakujowo-nerkowcowo, choć nieco bardziej czekoladowo. Po przełamaniu z zaskoczeniem odnotowałam wzrost czekoladowości i nerkowców, nie marakui. Tę wtedy urozmaicił motyw słodko-goryczkowatego grejpfruta i jakby pieprzna ziołowość.

Tabliczka wydawała się twarda i masywna tylko do momentu przełamania. Wtedy ujawniała kruchość i mimo grubej warstwy ciemnej czekolady na wierzchu nie trzaskała. Krem czekoladowy wyglądał na bardziej tłusty, acz zbity i masywny, nugat zaś wydawał się suchawo-kruchy, ale i jemu nie brak tłustości. Urozmaiciły go lśniące drobinki koloru bursztynowego w ilości średniej.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, utrzymując zbitość tak długo, jak się dało. Mazistymi, tłustymi falami pokrywała podniebienie i odsłaniała wnętrze. Przy nim wydawała się ciężka. 
Krem czekoladowy starał się podpiąć pod czekoladowość. Był bowiem gęsty, maślano-śmietankowo czekoladowy i bardzo tłusty. Tłustszy niż czekolada, w dodatku w miękki sposób. Wykazywał niemal idealną gładkość.
Nugat był konkretny i zbity, ale zaraz zmieniał się w maziście-tłusta masę. Wydał mi się wręcz śliskawy, ale wrażenie to, jak i gładkość, rozbijały małe grudko-kawałki, napędzające soczystość.
Dodatki w nugacie wystąpiły pod postacią bardzo różną. Całkiem sporo uświadczyłam tam soczystych, rozpuszczających się, choć w porywach chrupkawo-trzeszczących, jakby trochę gumowy kleksów jakby soku i pyłku. One końcowo tworzyły jakby nieco gibkie smugi kremu. To marakuja. Było tam też trochę migdałów, z których rozpuszczał się na wodę karmel, by zostawić miękko-chrupkawe kawałeczki samych zbyt posiekanych. A także twarde kawałeczki i drobinki pieprzu.
Wszystko to trochę rozbijało poczucie tłustości, acz całość i tak jawiła się jako ciężkawa. Na koniec otłuszczała usta.

W smaku czekolada rozniosła paloną, wyrazistą gorzkość, nasuwającą na myśl dym i ciemny chleb, lekko osłodzone karmelem. Kontrastowo gorzkość, wręcz cierpkość, podkreślała owocowa nutka.
Jak się okazało gdy spróbowałam jej osobno, sama czekolada trochę przesiąkła marakują. Za mało, by z pewnością orzec, że to marakuja, ale wystarczająco, by "czymś pobrzmiewała".

Marakuja ze środka, choć czasem nieśmiało zaznaczyła swoją obecność, wcale się nie spieszyła, by rozbrzmieć a już na pewno by zawojować kompozycję. Puściła przodem czekoladowo-nugatowe wątki. Oto krem czekoladowy podkradał się pod czekoladę i powoli przemodelowywał jej smak.

Krem czekoladowy wkroczył poprzez trochę palony motyw. Osłabił jednak gorzkość, jako że sam był leciutko gorzki. Skojarzył mi się jednak z bazującym na śmietanie deserem, mousse'em lub bitą śmietanką kakaową. Był więc cierpki, nawet nieco truflowy, ale też słodki i mleczno-maślany.
Gdy spróbowałam kremu czekoladowego osobno, wydał mi się łagodniejszy, bardziej maślany.

Nugat dołączył poprzez maślaność, po chwili mieszając ją z motywem orzechów nerkowca. One znacząco umocniły mleczność wnętrza, a same wyszły zaskakująco jednoznaczne. W pewnej chwili poczułam się, jakby jadła jakiś deser, pudding, mousse nerkowcowo-kakaowy, w którym to właśnie nerkowce dominują.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz zaczęła nieco drapać w gardle. Jednocześnie coraz delikatniejsze kakao epizodycznie podkręcała delikatna, ale ciężka, pikantna pieprzność, wkraczająca wraz z zawoalowanym marakujowo-cytrusowym wątkiem. Oto odzywały się drobinki i drobinko-kleksy z nugatu. Kwaśność owoców wcale nie była bardzo wysoka, lecz na zasadzie kontrastu do maślano-mlecznego, słodko-gorzkiego otoczenia wydawała się nieco niedopasowana. Czuć w niej głównie marakuję, ale rozmytą odrobiną cytryny. Niegryziony pieprz wydawał się niewiele wnosić. Choć owocowa nuta była bardzo delikatna, z czasem owocowy motyw i słodycz (z którą szedł w parze) zagłuszał nerkowce. Słodycz nugatu z czasem bardzo wzrosła; także za sprawą nieco cukrowych punkcików (jak się okazało, rozpuszczającego się karmelu?). Tak, że aż robiło się trochę za drapiąco-słodko.
Ta część spróbowana osobno wydawała się wyraźniej marakujowa, a nerkowcowa nuta w niej nie wystraszyła się owoców.

Rozpuszczające się drobinki coraz bardziej rozmywały smak kremu czekoladowego i nerkowcowego nugatu, aż w końcu przerobiły je na lekko słodkawe, tłuste smakowo maślane tło. Punktowe przebłyski dziwnie niemal cukrowo słodkiej marakui, grejpfruta i niepalonego karmelu nakręcały się w swych przeciwnych klimatach i kłóciły się ze sobą. Raz po raz plątał się tam jakby cytrusowo-ziołowy pieprz, wzmagający poczucie drapania słodyczy.

Czekolada końcowo znaczyła jeszcze mniej, wydając się słodszą.

Gryzione na koniec drobinki okazały się w większości pieprzem o ostro-cytrusowym charakterze oraz mało migdałowymi, nijakimi migdałami. To raczej "coś orzechowawego", przy czym czasem coś cukrowo chrupało. Marakujowe drobinki w większości się porozpuszczały, ale gdy na koniec się jeszcze coś zaplątało, smakowało wyraźnie marakują, choć jakby wymieszaną z cukrem.

Po zjedzeniu został posmak marakui i pieprzu o trochę cytrusowym charakterze. Czułam cierpkość... jakby cytrusów, grejpfruta i trochę kakaowego dymu. Czekolada ciemna właśnie głównie jako dym ostała się na koniec, jakoś dziwnie odleciała. Oprócz tego czułam sporo maślaności, śmietankę i "coś orzechowego", ale niedookreślonego.

Czekolada mi nie podeszła przez chaotyczność i jakby bezsensowne zasładzanie. Niezbyt wyraziste punkciki marakujowo-pieprzne spłyciły delikatny krem mleczno czekoladowy i nerkowcowy nugat, sprowadzając je do roli tłustego tła. A w obu tych warstwach był potencjał. Marakuję i pieprz grejpfrutowy wkomponowałabym w większej ilości w ogóle w inne nadzienie, które by się lepiej z nimi łączyło. Początkowa obiecująco niska słodycz rozkręcała się do poziomu drapiąco przesadzonego, kwaśność była znikoma, a jednocześnie przeszkadzająca. Gorzkość trzymała się subtelnego poziomu, przez co czułam jej niedosyt. Wiele nut jakby chciało, a nie mogło.
Za dużo było mi tu zgrzytów. Nawet dobra ciemna czekolada w tej kompozycji nie mogła się odnaleźć. I ogólnie niby trudno tu wskazać coś, co by było bardzo złe, ale tak samo nie umiem niczego bardzo dobrego wypisać. Znudziłam się po 20 gramach i było mi poważnie za słodko.

Mama też nie dokończyła. Czekoladę opisała: "Ogólnie mi nie smakowała. Niby był w niej jakiś delikatny kwasek, a ja lubię kwaśność w nadzieniach, ale ten... był jakiś niefajny, niewyrazisty. Za mało go było, żeby wyraźnie poczuć, co to dokładnie było i by coś pozytywnego wniósł. Ogół z opisu wydawał się smaczny, z potencjałem, ale jak przyszło do jedzenia to jakieś to takie... niedookreślone, niesmaczne, że się nie chce jeść, ale bez żadnych skrajnych odczuć, mocno przeciętne, takie na 5/10".


ocena: 5/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 75g)
kaloryczność: 543 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, orzechy nerkowca 13%, mleko, pełne mleko w proszku, kawałki karmelizowanych migdałów "brittle" 2% (cukier, migdały, dekstroza, masło, pieprz grejpfrutowy, emulgator: lecytyna słonecznikowa), syrop z cukru inwertowanego, masło, syrop skrobiowy, słodka serwatka w proszku, liofilizowana marakuja 1% (maltodekstryna, koncentrat marakui), odtłuszczone mleko w proszku, cukier trzcinowy, emulgator: lecytyna sojowa; sól, pieprz, sproszkowana wanilia, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier)