Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: pralina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: pralina. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 lipca 2025

Zotter Cherry & Nut Waffle / Kirsch auf Nusswaffel mleczna 50 % z kremem wiśniowym i nugatem z orzechów laskowych z kawałkami wafelków oraz cienką warstwą białej czekolady

Ta czekolada w zasadzie nie budziła we mnie żadnych emocji. Dostałam, to się za nią po jakimś czasie wzięłam. Już z tego, czym była, jakoś niezbyt mi się widziała. Nie obstawiałam, by krem nugatowy pasował do wiśniowego. A w dodatku wafelki? W dodatku niedługo przed nią miałam do czynienia z wafelkowym nugatem w J.D. Gross Czekolada Mleczna Chrupiący Nugat i nie podszedł mi. 


Zotter Cherry & Nut Waffle / Kirsch auf Nusswaffel to ciemna mleczna czekolada o zawartości 50% kakao nadziewana kremem wiśniowym oraz nugatem / kremem / praliną z orzechów laskowych z kawałkami wafelków, przedzielonych cienką warstwą białej czekolady.

Po otwarciu średnio intensywny, acz wyraźny zapach lekko orzechowej, gorzkawej czekolady, mieszającej się z wyraźną nutą orzechów wkomponowanych w słodkie, karmelowo-nugatowe realia. Słodycz samej czekolady wydawała się niska i onieśmielona jej palono-chlebowym akcentem. Wyraźnie czuć też mleko i śmietankę, a bardzo w oddali subtelną soczystość wiśni - głównie, gdy zaciągałam się zapachem spodu. Po przełamaniu wiśnie nie nasiliły się jakoś szczególnie. Wzrosła za to mleczność i nugatowo-pudrowa słodycz. Orzechy w słodkim wydaniu grały wiodącą rolę.

Tabliczka nie wydawała się bardzo masywna, leczo okazała się zaskakująco twarda. Podczas łamania nawet zdrowo trzaskała niczym suche gałązki. Z kolei gdy przegryzałam się przez całość, słychać chrzęst, wydobywający się z nugatu.
Średnio gruba czekolada skrywała dwie warstwy kremów: bardziej miękkawy wiśniowy i wyglądający na sucho-kruchy nugatowy. Już jednak w dotyku czuć tłustość. Gdy przyjrzeć mu się uważnie, widać w nim jaśniejsze drobinki wafelków. Między kremami znalazła się bardzo gruba warstwa białej czekolady.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo i średnio wolno. Pokrywała podniebienie tłustymi smugami i trochę miękła, spójnie łącząc się z wnętrzem.
Krem orzechowy bardziej podpinał się pod czekoladę, początkowo idąc w zbito-maślanym, mazistym kierunku. Trochę miękł, wykazując wysoką, oleistą tłustość. Z czasem robił się coraz bardziej i bardziej oleisty, a także marginalnie pyłkowy. W nim zatopiono różnej wielkości wafelki, powoli wyłaniające się z dość szybko rozpływającej się warstwy. Minimalnie odciągały uwagę od tłustości.
Krem wiśniowy z kolei był rzadszy i o wiele bardziej plastycznie miękki. Choć soczysty, w nim też znalazła się tłustość - ale z kolei bardziej mleczna. W nim zaplątało się trochę mikroskopijnych skórek wiśni.
Warstwa białej czekolady wpisała się w tłustą miękkość ogółu. Była kremowo-gładka i jak wszystko inne mazista. Kremowością zbliżyła się do czekolady z wierzchu.
Kawałki wafelków wolałam zostawiać na koniec, a tylko na próbę raz czy dwa pogryzłam obok czekolady.
Na koniec czasem zostawało całkiem sporo mikroskopijnych i średnich kawałków wafelków. To one przełożyły się na kruszenie się nugatu - było ich bowiem mnóstwo. Powiedziałabym, że w większości je porządnie zmielono.
Mniejsze w większości były twarde i trzeszcząco-rzężące. Większe przejawiały dziwnie miękkawo-gumiaste, jakby zawilgocone na twardo (?) skłonności.

W smaku czekolada przywitała mnie lekką, paloną gorzkością, mieszającą się z łagodną, karmelową słodyczą i naturalnym mlekiem. Sama w sobie zdradzała orzechowy charakter i miała chlebowe echo.

Krem orzechowy z łatwością podczepił się pod orzechowe nuty i spójnie mieszał się z czekoladą, brzmiąc coraz odważniej. Krem wiśniowy początkowo też starał się dopasować - on jednak bardziej podkradał się pod mleczność. Dopiero potem przełamywał czekoladowo-orzechowy splot soczystym kwaskiem.

Krem nugatowy podniósł słodycz. Jawił się jako mocno maślano-mleczny, ale również wyraźnie orzechowy. Słodkie orzechy laskowe wydawały się mieszać z cukrem pudrem, niczym jakiś laskowy lukier, choć jego słodycz stała na średnim poziomie. Krem zdradzał też lekką karmelowość, rozchodzącą się od kawałków wafelków.
Z czasem jednak jego orzechowość jakby trochę się rozmywała, a on robił się bardziej oleisty. 
Spróbowany osobno faktycznie okazał się średnio słodki - jak na nugat powiedziałabym, że nawet mało słodki, jednak miał dosadnie słodki wydźwięk. Poza słodyczą jego smak wydawał się bowiem trochę rozmyty motywem oleju orzechowego.

Krem wiśniowy najpierw jakby też chciał przychylić się do mleczności i przejawiał pudrową słodycz, jednak po pewnym czasie ujawnił swoją soczyście kwaśną, wiśniową naturę. Kwaśność wzrosła za sprawą cytryny, a wiśnie pokazały się jako połączenie świeżych z takimi jakby z jogurtu. To skojarzenie umacniało śmietankowe otoczenie. Ta część była słodka, ale daleko za kwaśnością w sposób pudrowy - to ewidentnie narzucało słodkie, orzechowo-mleczne otoczenie.
Gdy spróbowałam go trochę osobno, wydawał się bardzo kwaśny wyraźnie za sprawą cytryny, ale choć słodki leciutko, to wciąż lekko - ale właśnie: lekko! - pudrowy.

Warstwa biała też dołożyła mleczności. Głównie jednak zdawała się odpowiadać za wzrost słodyczy. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa podkręciła lukrową nugatowość, nieco rozmywając laskowość oraz kwaśność wiśni i cytryny, a dyktując im pudrowy wydźwięk.

Z czasem wiśnie wsparte cytryną zdobyły się na ostatnie, kwaśniejsze przebłyski, po czym przycichły zupełnie, a orzechy ustąpiły trochę miejsca karmelowo-waflowemu motywowi.
Wyłaniające się kawałki najpierw podkręcały słodycz w trochę cukrowo-karmelowym kierunku, potem zaś coraz więcej wplatały po prostu pieczono-pszenne nuty.

Końcowo czekolada zrobiła się bardziej gorzka, nawet trochę palona ze względu na kontrast do kwasku, acz wciąż też mleczna. Jej słodycz jakby się trochę ukryła za nugatowo-śmietankową ze środka.

Gryzione na koniec wafelki wciąż zachowały sporo karmelowego tonu i wręcz cukrowej słodyczy, jednak o wiele więcej zaserwowały smaku średnio wypieczonego, pszennego. Większe okazały się nawet wyraźnie maślane. Tylko nieliczne, te naprawdę malusieńkie, kryły w sobie aluzję do kartonowości.

Po zjedzeniu został posmak średnio mocno wypieczonych, karmelowo-maślanych wafelków i kwaśno cytrynowy z echem wiśni oraz jakby lukru orzechowego. Czułam wyraźnie laskowce, ale w słodkich, nugatowych realiach z domieszką oleistości. Czekolada zaznaczyła się delikatną goryczką, a biała ze środka tylko jako znacząca słodycz.

Czekolada mnie nie przekonała w żadnym aspekcie. Nie podobało mi się, że nugat jawił się jako zrobiony z dużą ilością cukru pudru (tylko wrażenie) i oleju orzechowego, przez co był słodko-mdławy a przez kontrast do kwaśnych owoców nieprzyjemnie tłusty. Warstwa wiśniowa wyszła bardzo kwaśno od cytryn - to podkręcenie wiśni też mi się nie podobało. Kwasek niezbyt pasował do reszty. Przełamywał, ale nieszczególnie pasował. Biała warstwa ze środka starała się to harmonizować - jako tako jej szło, ale jednocześnie odbierała wszystkiemu przejrzystość. Wyszło to zbyt namieszane, że aż nijakie. Wafelki smakowo były ok, a choć trochę urozmaicały tłustą strukturę, to nie porwały... po prostu były.
To jakby kiepskie połączenie Zotter Amarena Cherry i Zotter Hazelnut. Mam wrażenie, jakby Zotterowi kończyły się pomysły i za bardzo kombinował. Wolałabym, by z dzisiejszej były dalej dwie czekolady, bo tak nie była ani mocno orzechowa, ani mocno wiśniowa, a i trochę nugatowa, i kwaśna, ale wciąż z pewnym niedookreśleniem.

Po jakiś 13 gramach miałam w głowie pytanie: "po co ja w ogóle to jem?". Bo właśnie... nie to, bym doszukała się w tabliczce czegoś bardzo złego, po prostu nie było w niej też elementu, dla którego chciałabym ją jeść. Reszta powędrowała do Mamy. Jej opinia: "No od razu pierwsze, co się rzuca, to że te warstwy w ogóle nie pasują do siebie. Oddzielnie byłyby z tego dwie dobre czekolady, a tak jakaś dziwna, namieszana... nie wiadomo jaka czekolada. Lubię kwaśność w słodyczach, ale kiedy jest uzasadniona. Ta tutaj nie pasowała. Po co tam ta cytryna... w nadzieniu wiśniowym to ja bym wiśnie chciała poczuć. A ten Zotter mam wrażenie, że wszystkie te nadzienia owocowe na jedną nutę robi: cytrynowo kwaśne. Do słodkiego nugatowego kremu nie pasowało. W ogóle nie wiem, czy owoce do nugatów pasują. Orzechowość jego trochę uciekała. Namieszane, wiele pracy włożone i mocno taka sobie czekolada wyszła. Tylko że z potencjałem. Smacznie było, gdy rozdzielałam te warstwy i jadłam osobno albo kiedy gryzłam, bo wafelki jakby narzucały gryzienie. A nie wiem, czy to o to chodzi w takich bardziej degustacyjnych czekoladach...".


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 22,49 zł (cena półkowa za 70 g - moja ważyła 75g; ja dostałam)
kaloryczność: 513 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, wafelkowe "brittle" / kawałki karmelizowanych wafelków 11% (mąka pszenna, cukier, masło, odtłuszczone mleko w proszku, ekstrakt słodu jęczmiennego w proszku, sól), orzechy laskowe 7%, pełne mleko w proszku, wiśnie 5%, odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat wiśniowy 3%, syrop cukru inwertowanego, liofilizowane wiśnie 2%, syrop skrobiowy, olej z orzechów laskowych 1%, lecytyna sojowa, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, lecytyna słonecznikowa, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), sproszkowana wanilia, olejek z gorzkich migdałów, kardamon, anyż gwiazdkowy, cynamon

środa, 16 kwietnia 2025

Zotter Honeysuckle + Lavender / Maibeeren + Lavendel ciemna 70 % z kremem z jagód kamczackich i białej czekolady oraz lawendowym nugatem z orzechów makadamia z kawałkami karmelu

Tym razem postanowiłam zacząć bardzo niestandardowo jak na mnie, bo od potencjalnie najlepszej czekolady nadziewanej, jaką otrzymałam z nowości Zottera. To była jedyna, na myśl o któej nieco zabłysły mi oczy. Marzyła mi się mocno kwiatowa czekolada, głównie dlatego, że nigdy nie załapałam się na lawendowo-laskowoorzechowego nadziewańca Zottera. Dziś prezentowana wydawała się nieco podobna. Żałowałam tylko, że w tym sezonie - 2024/25 - Josef i Julia Zotter coś uwzięli się na orzechy makadamia i do kompozycji to właśnie je dodali. A to akurat chyba jedyne orzechy, których nie lubię. Liczyłam jednak, że w tym przypadku zejdą na dalszy plan. Gdy jednak wczytałam się w opis i się zastanowiłam, trochę zgłupiałam. Pierwsze co, do głowy przyszedł mi wiciokrzew (honeysuckle). To kwiaty pachnące podobnie do róży (mam takie kadzidełka), ale gdy wpisałam "wiciokrzew owoce", Google wyświetlił mi informację, że nie są jadalne, a nawet mogą być trujące. Zotter w swoim opisie pisze, że chodzi o "honeyberry, znane równie jako honeysuckle"... "Honeyberry" zaś tłumaczy się jako jagodę kamczacką. I tu odkryłam, że wiciokrzew, a wiciokrzew jadalny to różne rośliny. Warto to mieć na uwadze. Ich kwiaty wyglądają podobnie, ale owoce nie. Te czerwone kuliste nie są jadalne, za to podłużne, koloru ciemnofioletowego owszem (i ponoć smakują miodem).


Zotter Honeysuckle + Lavender / Maibeeren + Lavendel to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana (30%) kremem z jagód kamczackich / wiciokrzewu i białej czekolady z cytryną oraz (30%) praliną / nugatem z orzechów makadamia z kawałkami karmelu i olejkiem lawendowym.

Po otwarciu, nachylając się nad spodem, poczułam intensywny zapach gorzkawo-palonej czekolady, niemal na równi zmieszanej z orzechowo-... wędzonkowym (?!) motywem. Za nim stanął jakby smażony, mocno maślany karmel. W oddali zaznaczyła się ziołowość lawendy. Gdy wąchałąm wierzch, czekolada dominowała, ale wtedy pojawił się motyw owocu. Po podziale i w trakcie jedzenia nasilił się zapach orzechów - bardzo tłustych, specyficznie delikatnych makadarmia, lawenda nieco mocniej się odezwała, a do owocowego - już nawet rozpoznawalnie "jagodowawego" (za niejednoznaczny na "jagodowy") - wątku doszła biała czekolada. Wyszło to i bardzo słodko, i wytrawnie zarazem.

Tabliczka wydała mi się masywna. Przy łamaniu trzaskała za sprawą grubych warstw twardej czekolady. Środek jednak nie był twardy. Nugat okazał się miękkawo-plastyczny i tłusty. Czekolada ze spodu wgniatała się w niego, gdy robiłam kęsa. Krem na wierzchu też był miękki, wilgotny i plastycznie-mazisty.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i maziście. Nadzienia szybko, acz nie błyskawicznie, wyłaniały się spod niej. 
Nugat próbował się pod nią podpiąć. Okazał się bowiem zbity i dość konkretny, ale jednocześnie miękki i bardzo, bardzo tłusty. Czuć w nim orzechową masywność. Wydał mi się gładki i wręcz śliskawy bazowo. Urozmaiciły go jednak małe i średnie kawałki karmelu. Ten w większości rozpuszczał się wraz z otoczeniem.
Krem owocowy z kolei przedstawił się niby jako gładki, ale z proszkowością w tle. Był plastyczny w zwarty, jakby nieco zżelowany sposób, a także miękko śmietankowy i soczysty. Z niego wyłaniały się skórki.
Kawałki karmelu w dużej mierze rozpuszczały się wraz z nugatem, więc na koniec nie było, co gryźć. Gdy spróbowałam je wydłubać, kawałki karmelu były kryształkowo trzeszcząco-skrzypiące, bardzo delikatne. Podobnie gdy w przypadku jednego kęsa pogryzłam karmelowe drobinki "obok czekolady i nadzień, w trakcie kiedy te się rozpuszczały, acz już pod koniec. 2 razy jednak wśród nich zaplątał się kryształek soli.
Skórki jagód w zasadzie niewiele wnosiły ze względu na cienkość i to, jak malutkie były. Po prostu je czuć. Trafiłam też na kilka pesteczek.

W smaku czekolada przywitała mnie paloną gorzkością, która raz po raz robiła aluzje do kawy, i stonowaną słodyczą palonego karmelu. Wydała mi się nieco dymna i sama w sobie leciutko orzechowa i soczysta.
Potwierdziło się to, gdy spróbowałam jej nieco osobno (zarówno z wierzchu, jak i spodu). Doszukałam się w niej podszeptów dżemowatych ciemnych owoców i wiśni, które jednak ewidentnie podkreślało nadzienie owocowe. Wierzch wydawał się nim lekko przesiąknięty. 

Wnętrze szybko dało o sobie znać, podbijając orzechowość czekolady, a także wprowadzając lekki kwasek jagód. Oba kremy dołożyły też trochę słodyczy, acz nie wydawały się mocno słodkie. Smakowo rozchodziły się mniej więcej równocześnie na równych prawach.

Nugat z dołu spójniej łączył się z czekoladą, za to nadzienie owocowe łatwiej zwracało na siebie uwagę bardziej dynamiczne, szybciej rozbrzmiewające z pełną mocą. Ogrom soczyście słodkich, lekko kwaskawych jagód podkręciła cytryna. Kwaśność jednak napotkała opór słodyczy śmietankowo-biało czekoladowej. To ona, słodycz, bardziej wzrosła. Ułożyło się to w wizję słodkich, jagodowych lodów śmietankowych z odrobinką lawendy (bo i ta z czasem się odezwała z nugatu).
Gdy spróbowałam krem owocowy osobno, skojarzył mi się z jagodową białą czekoladą. Z kwaskiem i soczystością, ale przede wszystkim o słodziutkim, uroczym wydźwięku.

Nugat też pewną mleczność w sobie krył. Połączył ją z maślanością. Był łagodnie, wręcz mdławo orzechowy i bardzo, bardzo maślany. Ta maślaność chwilami wydawała się wręcz nijaka. Jego słodycz oddawała subtelny, maślano-karmelkowy karmel i niewątpliwie była nugatowa. Chyba też lekko waniliowa. Z czasem wyłoniła się z niego lawenda, trochę podkreślająca orzechowość. Jawiła się jako wytrawniejszy, kwiatowo-goryczkowaty motyw, walczący o powagę kompozycji. Wyszła subtelnie, jako jeden z wielu elementów - za nią i lekka korzenność mi się przewinęła. Chwilami w zasadzie nawet da się o lawendzie zapomnieć.
Gdy spróbowałam nugatu osobno, zaskoczył mnie, jak delikatna była w nim nuta lawendy. W całości więc chyba mocno podkreśliła ją ciemna czekolada i jagody.

Z czasem, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, kremy mocno zmieszały się w jedno. Jagody i lawenda długo tworzyły zgrany duet, zarysowany na mleczno-maślanym, delikatnym tle. Przez chwilę dominowały. Dopóki czuć też orzechowość było zacnie, ale bliżej końca trochę tonęła w maślaności i śmietance. Nugat umożliwił białej czekoladzie umocnienie się. Krem jagodowy wówczas chylił się trochę w bardziej pudrowym, słodziaśnym kierunku, a na jaw wychodziło przerysowanie cytryną. Lawenda już nie pomogła - i ona jakoś się zgubiła.

Wyłaniały się wtedy dodatki: skórki niewiele wnosiły, ale karmel nawet niegryziony więcej. Karmel zapewnił palono-smażone, cukrowo-maślane przebłyski, ale nie śmiał się za bardzo wtrącać. Ten karmel wydawał mi się jakiś taki... smażono-karmelkowy? Ale mało znaczący. Może jednak to on tak przygłuszał orzechowość i lawendę? Ze dwa razy trafiłam na silnie słony punkt.

Końcowo czekolada wydała mi się bardziej cierpko-palona i gorzka, kontrastowo mało słodka.

Po zjedzeniu został posmak kwaskawych jagód i cytryn oraz tłusto-maślano-orzechowy, słodko nugatowy i lawendowy. W tle nad wszystkim czuwała ciemna, palono-dymna czekolada. Mimo że wszystko to było dość wytrawne, pojawiła się też odstająca, nieadekwatna słodycz. Trochę białoczekoladowo-pudrowa.

Czekolada wyszła w pewien sposób nawet ciekawie, ale nie do końca po mojemu. Nie podobało mi się, że nugat zrobiono dokładnie z delikatnych, mdłych makadamia, przez co z czasem orzechowość traciła znaczenie za bardzo. Maślaność i białoczekoladowość za to szalały w najlepsze. Owocowy krem, mimo soczystości i kwasku jagód, mógłby być mniej białoczekolady. Lawendy wolałabym więcej (nie pogardziłabym też jej kawałkami), za to karmel mi przeszkadzał. Z orzechami makadamia chwilami wchodził w dziwnie wędzonkowo-smażony tony. Czekolada ciemna, przy całej mojej miłości do niej, akurat do tych nadzień może nie była najlepszym wyborem. Mleczna ciemna chyba wyszłaby lepiej. Bo do takiej czekolady 70% to przydałoby się charakterniejsze wnętrze (bez białej czekolady, z nugatem np. z laskowców).
Niezła czekolada, ciekawostkowo można trochę zjeść, ale bez większych emocji. Tłustość, mdławość, a więc za mało charakterna orzechowość, jednak sporo tej białej czekolady i niedosyt lawendy sprawiły, że czekolada - choć myślałam, że zjem całą - zmęczyła mnie i (choć wiedziałam, że jest kompletnie nie w jej stylu) 33 g (z 77g) powędrowało do Mamy.
Co do oceny nie jestem przekonana. Wystawiam 7, myśląc, że no, niby czekolada była, czym miała być - ja jednak mam problem typu: po co robić nugat z makadamia, skoro z tych orzechów wychodzi nieprzyjemnie tłusto i nieorzechowo? Czuję jednak, że nie da się lepiej zrobić nugatu z orzechów makadamia... Chwilami serce mi podszeptywało wystawienie 6, ale nie chciałam w sumie ok, ale bez charakteru, czekolady skrzywdzić.

Mama opisała ją: "Ja tam niczego z tych tytułowych rzeczy nie czułam, na pewno ponazywać nie umiałam. Nawet mi ta czekolada z wierzchu nie smakowała. Środek też... ten nugat jakiś bez wyrazu, tłusty i tyle, taka gruda tłuszczu. Część owocowa no taka słodka, kwaskawa i tyle, powiedziałabym, że raczej porzeczkowa chyba. Lawendy i karmelu raczej nie czułam...".


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 22,49 zł (cena półkowa za 70 g - moja ważyła 77g; ja dostałam)
kaloryczność: 519 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, orzechy makadamia 7%, wiciokrzew jadalny / jagody kamczackie 6% , pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, syrop cukru inwertowanego, słodka serwatka w proszku, kawałki karmelu (surowy cukier trzcinowy, syrop glukozowy, masło, sól morska, emulgator: lecytyna sojowa), masło, mleko, syrop skrobiowy, cały cukier trzcinowy, koncentrat soku z cytryny, emulgator: lecytyna sojowa, sól, sproszkowana wanilia, cynamon, kardamon, sproszkowana fasola tonka, kolendra, olejek lawendowy 0,001%

piątek, 4 kwietnia 2025

Cote D'Or Wit / Blanc BonBonBloc Praline Noisette / Hazelnoot biała z nadzieniem pralinowym / nugatowym z orzechów laskowych

Taka czekolada marzyła mi się na początku mojej przygody z blogowaniem, kiedy to zobaczyłam coś podobnego na innym blogu z recenzjami słodyczy. Nie pamiętam, czy to nie była przypadkiem właśnie taka, tej marki. A może to był Lindt? Na pewno jednak była to tabliczka zza granicy. W 2015 zdarzało mi się jeszcze z ogromną przyjemnością zjadać białe czekolady. Gdy obecnie usłyszałam od ojca pytanie, czy chcę tę czekoladę, ze smutkiem pomyślałam, że szkoda, iż trafi ona do mnie dopiero teraz... Jak mogłoby być miło, gdyby było to parę lat temu... Teraz obstawiałam, że tylko spróbuję. A reszta może miała szanse u Mamy? Niestety, po Cote D'Or Melk BonBonBloc Vanille & Crispy Cacao wątpiłam w jej jakość.

(Côte d'Or) Cote D'Or Wit / Blanc BonBonBloc Praline Noisette / Hazelnoot to biała czekolada nadziewana (45%) kremem pralinowym / nugatowym z orzechów laskowych.

Po otwarciu poczułam słodki zapach mleka i ciasteczek orzechowo-zbożowych. Do głowy przyszło mi też mleko z płatkami orzechowo-czekoladowymi, które zabarwiło i zasłodziło się od nich. Choć słodycz była silna i miała waniliowo-wanilinowe zabarwienie, nie wyszła strasznie duszno, a zrozumiale.

Wielka tabliczka - czy raczej tablica - już w dotyku zdradzała tłustość. Masywność zawdzięczała ewidentnie tylko grubości, bo tak wydawała się skora do mięknięcia. Bardziej niż łamała się, to rwała.
Gdy robiłam kęsa, czekolada trochę kruchawo się łamała, nie wgniatając się w nadzienie. Szło ono po całości, a nie tylko wypełniało kostki - nie pożałowano go. W pierwszym kontakcie wydało mi się tłuste, ale zbite i masywne, wręcz twardawe, ale jednocześnie plastyczne.
W ustach gruba czekolada rozpływała się szybko, dając się poznać jako gładka, gęstawo-zbita i tłusta. Rozpuszczała się bez kremowości, acz nieco maziście i trochę wodniście.
Nadzienie podpięło się pod nią tłustością. Wprowadziło już pewną kremowość, ale bardzo oleistą i trochę lepką, a jednak wciąż z odrobinę wodnistym elementem. Było znacznie tłustsze w miękko-oleistym, trochę margarynowym kontekście - miękło już po chwili. Czuć w nim jednak masywność nugatu z orzechów, pewną pylistość, ale i tak chwilami wydawało się aż osobliwie śliskawe i końcowo zmieniało się w zawiesinę.
Wnętrze rozpuszczało się nieco szybciej od czekolady, która zostawała na koniec.

W smaku czekolada przywitała mnie mlekiem, do którego doszła rosnąca słodycz. Mleko nieco się umocniło, ale słodycz przybrała na mocy kilkakrotnie mocniej. Czuć w niej cukier, ale też waniliowo-wanilinowe zabarwienie. Z czasem wanilina wybijała się na przód. Mimo to, czekolada nie wyszła zbyt duszno czy ciężko. Zaplątała się w niej za to marginalna wodnistość, upodabniająca ją do białej polewy, nie czekolady. Nie przesiąkła nadzieniem, co sprawdziłam, jedząc jej trochę osobno.

Wnętrze smakowo wylało się spod czekolady po paru chwilach, najpierw ostrożnie, a dopiero zwracając na siebie uwagę.
Krem z czasem podkręcił jednak lekko maślaność czekolady, po czym przegonił ją. Znalazł się na pierwszym planie, acz czekolada wciąż pobrzmiewała. 
Nadzienie samo w sobie smakowało słodko i wyraźnie orzechowo. Słodycz grała z laskowcami na równych prawach, układając się w trochę czekoladowo-maślany, pralino-nugat. Mimo że także słodycz kremu była wysoka, środek nie wydał mi się przesłodzony, a słodki w punkt, zrozumiale.

Jednak mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa opływająca go czekolada dała efekt nugatu w przesłodzonym do granic możliwości mleku. Słodka w aż drapiący sposób, a mlecznie mdława, polewowa czekolada trochę tłumiła smak środka i podrzuciła skojarzenie z mlekiem zabarwionym przesłodzonymi, orzechowo-czekoladowymi płatkami. a ja pomyślałam też o orzechowo-zbożowych ciastkach w białej polewie. Nawet przemknęło echo skórek orzechów, wydobywające mleczną czekoladę. Niestety słodycz - dopowiadana przez wierzch - dopisała jej lekką plastikowość. W obie wizje zakradła się wodnistość.

Polewowa, ryzykownie wanilinowa czekolada słodyczą coraz bardziej przygłuszała nadzienie. Po wodnistości - gdy cukier prawie palił w gardło i język - odnotowałam coś niedookreślonego... Oleistość? To już przesądziło o tym, że czekolada jawiła się jako kiepska (nic jej już nie ratowało). Przez kumulację słodyczy, także czekolada wydała mi się jeszcze bardziej mdławo-wodnista, a tak to cukrowo-wanilinowa.

Po zjedzeniu został posmak praliny orzechowej z lekką metalicznością, oleiście-wodnistym echem i cukrowo-wanilinowym towarzystwem białej polewy - niby mlecznej, ale bez charakteru. Czułam się przesłodzona tak, że słodycz aż piekła w język i gardło.

Tabliczka w zasadzie powinna spełnić oczekiwania wielbicieli białych czekolad, nugatów i takich bardzo słodkich tworów, którzy nie liczą na zbyt wysoką jakość. Nie była najwyższych lotów, ale skrajnie niskich też nie. Biała czekolada wyszła trochę polewowo i za słodko, ale jeszcze nie rażąco. Nadzienie zaś miało potencjał ze względu na mocno orzechowo-pralinowy smak. Gdyby tak dopracowali jego jakość - mogłoby być naprawdę warte uwagi. Nawet nie było przesłodzone, ale całość owszem. Nadzieniu przydałaby się o wiele lepsza czekolada. Ocenę trochę naciągnęłam za pomysłowość. Ogólnie wyszła nieco lepiej niż Cote D'Or Melk BonBonBloc Vanille & Crispy Cacao za sprawą orzechowości środka.

Mimo że w sumie połączenie nugatu i białej czekolady z zamysłu tu doceniam, to jednak ta słodycz i jakość mnie zmogły. Ledwo zjadłam kostkę. Resztę oddałam Mamie - ona zjadła znacznie więcej, bo wszystko, co dostała. Opisała: "Ta czekolada wygląda przepięknie, bardzo ciekawie i... ciekawie smakuje. To nadzienie to jej największa, ogromna zaleta, bo bardzo dobre. Nugatowe, ale kojarzyło mi się trochę z takimi jakimiś wafelkami, batonami... No ciekawe, niespotykane i dobre. Szkoda tylko, że ta biała czekolada nie jest lepsza, zwłaszcza, że my ogólnie białych nie lubimy. Ta była trochę polewowa, ale przy tym nadzieniu jakoś przeszła. Ogólnie mogłaby jeszcze być mniej słodka, ale da się znieść".


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od ojca
cena: nie znam
kaloryczność: 573 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: pralina 29% (orzechy laskowe, cukier) cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, tłuszcz roślinny (palmowy, shea), serwatka w proszku, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, emulgatory (lecytyny sojowa, lecytyny), tłuszcz mleczny, aromaty

piątek, 12 lipca 2024

Schogetten Praline Noisettes mleczna z nadzieniem nugatowym / pralinowym

Chociaż na Sarnią Skałę weszłam zupełnie inaczej, niż zamierzałam, do wodospadu Siklawica, który chciałam zobaczyć i tak doszłam, bo wróciwszy na Czerwoną Przełęcz ruszyłam szeroką drogą na Polanę Strążyńską. Musiałam pilnować się, by nie iść za szybko, bo na czerwonej glinie łatwo o poślizgnięcie się. Z naprzeciwka szło sporo ludzi, więc utwierdziłam się, że wyruszenie z samego rana było świetnym pomysłem. Gdy zobaczyłam tabliczkę, wskazującą wodospad... minęła mnie jednak wycieczka. Wielka wycieczka. Postanowiłam chwilę poczekać, coś zjeść, aż wrócą, by nie pchać się w tłum. Nie chcę myśleć, co tam się dzieje w sezonie - jakby nie patrzeć 3 marca to jeszcze wciąż nie pora, kiedy popularne szlaki są wręcz oblegane... Warto było jednak chwilę poczekać, bo oprócz nas przy Siklawicy potem nie było prawie nikogo. Na spokojnie mogłam się więc zająć czekoladą, do której była trochę sceptyczna, bo nie lubię Schogetten. Pamiętałam jednak, że im też może coś się udać, bo to Ludwig, producent Kaufland Classic Weisse Schokolade, która zaskoczyła poziomem. Bardzo się więc ucieszyłam z takiego bonusa na trasie - sama bym bowiem nigdy tej czekolady nie kupiła i nawet nie pomyślałabym, by to zrobić czy by spróbować, jeśli pojawiłaby się np. u Mamy. A tak nadarzyła się okazja, a ja byłam w bardzo dobrym humorze (a wtedy jestem automatycznie mniej sceptyczna). W miłym towarzystwie i z miłym akompaniamentem szumiącego wodospadu.


Schogetten Praline Noisettes to mleczna czekolada nadziewana (46%) kremem nugatowym / pralinowym z orzechów laskowych; wyprodukowana przez Ludwig Czekolada / Ludwig Schokolade.

Po otwarciu poczułam cukrowy, nieco plastikowy zapach czekolady z waniliowym echem, za którą stał nugat z orzechów laskowych. Wszystko to było mleczne i niemal urocze, acz tak słodkie, że trudno mówić o smakowitości.

W dotyku kostki były trochę plastikowe. Całościowo wydawały się delikatne i potencjalnie miękkawe, jednak nie uginały się podczas robienia kęsa. Średnio grubą czekoladę dało się zdjąć z nadzienia - łamała się wtedy krucho (bez żadnego dźwięku!), zachowując kształt, ale i zdradzając miękkość. Nugat był masywny, zwarty, ale jednocześnie skłonny do mięknięcia.
W ustach całość rozpływała się w tempie umiarkowanie szybkim. Czekolada była gęstsza, ale też nie bardzo gęsta. Skojarzyła mi się z ciepłym masłem, do którego dołączono kremowość stopionej czekolady. Była lepkawa. Odsłaniała nugat, który podpinał się pod nią. Części rozpływały się w harmonii, ale czuć różnicę.
Nadzienie było bardziej miękko-plastyczne i tłuste oleiście. Nie wyszło jednak mocno oleiście, a bardziej oleiście-śmietankowo i tak gładko, że niemal śliskawo. Nadzienie także cechowała lepkawość (zbliżona do tej czekolady) i kremowość (niższa niż czekolady). Od tego jednak starała się odwrócić uwagę sugestia pylistości, która zawisła w tle - czekolada zdradziła ją dopiero z czasem. Udało się to, jako że nugat znikał minimalnie szybciej od czekolady.

W smaku czekolada  przywitała się słodko-mlecznym smakiem, który przez pierwszą sekundę czy dwie wydał mi się nieźle wyważony.

Cukier jednak szybko pognał do przodu i błyskawicznie zaznaczył swoją obecność w gardle jako lekkie drapanie. Stanął na pierwszym planie, acz mleka nie zagłuszył. Wsparła je śmietanka i subtelne echo wanilii w tle. Mimo to, czekolada otarła się o plastik.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odezwał się nugat. Podpiął się pod śmietankowość, więc dosłownie podkradł się do czekolady. Nagle orzechy laskowe wyłoniły się wyraźnie. Na moment zbliżyły się do pierwszego planu. Tam jednak cukier rządził się w najlepsze i nie zamierzał przestać. Także wnętrze było bowiem przesadnie słodkie. Dołożyło się do drapania w gardle. A jednak laskowce nie dały się stłamsić słodyczy. 

Z czasem orzechowa nuta osiadła w mleczno-śmietankowej i bardzo słodkiej toni. Waniliowe echo próbowało to uszlachetnić, ale wciąż odlegle raz po raz przemykało echo plastiku. Także nugat - spróbowany osobno - chylił się w tym kierunku.

Końcowo słodycz i mleczność zepchnęły orzechowość nugatu na dalszy plan (pewnie wraz z tym, jak nugat się rozpłynął). W słodyczy wanilia niestety kręciła z plastikiem.

Po zjedzeniu zostało przesłodzenie, ale też mocno mleczno-śmietankowy smak i akcent orzechów laskowych. Było mi za słodko, trochę drapało w gardle, ale nugatowy wątek nieco to tłumaczył. Platikowość zawahała się, ale raczej nieźle się ukryła. Już po kostce było mi tak słodko, że musiałam napić się wody.

Czekoladę mocno przesłodzono. Mimo to, wyszła bardzo mlecznie, trochę śmietankowo i wyraźnie orzechowo. Nugat z orzechów laskowych był przyjemnie naturalny, naprawdę dobrze zrobiony. Kremowa konsystencja, mięknięcie i nawet oleistość wnętrza nie wyszły odpychająco, a zwyczajnie. Całość mogłaby być więc rewelacyjna, gdyby nie tak przesadzona ilość cukru, która podszepnęła jej plastikowe echo. Choć nie rozkochała mnie w sobie, wykonanie doceniam. Można zjeść jej trochę z przyjemnością, zwłaszcza w górach. W warunkach domowych słodycz za szybko męczyła. Wydaje mi się, że w tej cenie taka czekolada to pozycja naprawdę godna polecenia (wszak nadziewane czekolady z dobrym składem to rzadkość). Słodycz poniekąd jest zrozumiała, bo nadziewana, nugatowa tabliczka to twór z zasady słodki. W zasadzie jest, czym ma być. Inna sprawa, że gdyby była mniej słodka, mogłaby i maksymalną ocenę dostać.
Przypomniała mi jedzoną w 2015 Ritter Sport Praline / Nugat, która była nieco mniej słodka, a nieco bardziej orzechowa, ale opisywana dzisiaj jest znacznie tańsza, stąd oceny takie same.

Resztę oddałam Mamie (bo przypadkiem na szlaku zgarnęłam do plecaka i o niej zapomnieliśmy). Mamy opinia: "Świetna. Intensywnie i jedynie naturalnie orzechowa, co rzadko się zdarza. Ten środek bardzo dobrze zrobiony, smaczny. Czekolada z wierzchu dobra, ale za słodka. Do takiego środka powinna być słodka trochę mniej, a wtedy całość byłaby idealna. A tak mimo że pyszna, to za słodka. Kumulacja słodyczy cukru i czegoś - wanilii? - co chyba miało uszlachetnić, wyszła za silna, ale tak, to bardzo dobra czekolada. Z charakterem. I to jeszcze w tej cenie, z dobrym składem!".


ocena: 8/10
kupiłam: poczęstowałam się (czy raczej "podkradłam")
cena: dopytałam "jakoś do 3 zł"
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga z orzechów laskowych (13%), mleko pełn w proszku, miazga kakaowa , mleko odtłuszczone w proszku, mleko pełne w proszku, serwatka słodka w proszku, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, ekstrakt wanilii, sól

wtorek, 20 września 2022

Halba Praline Orange Noir ciemna 60 % z nadzieniem pomarańczowym

O tę czekoladę Halby nie prosiłam (w sumie poprosiłam o dosłownie kilka; otrzymałam zaś mnóstwo, za co jestem wdzięczna - choćby z racji, że mogłam wieloma uszczęśliwić Mamę). Nawet o niej nie wiedziałam. A jednak gdy tylko dostrzegłam, ucieszyłam się. Wprawdzie skład nie mój, bo tyle masła sugerowało, że nadzienie będzie mi właśnie za maślane, ale tabliczka budziła pozytywne skojarzenia. Przypomniała mi się Ambiente (Natrajacali) Truffle Chocolate Negro Sabor Naranja, która podobała mi się bardzo, ponieważ czekolady pomarańczowe uważam za zacny wariant, ale nie cierpię kandyzowanej skórki pomarańczowej. A właśnie na niej zazwyczaj swą pomarańczowość opierają. Truflowo-czekoladowe, pomarańczowe nadzienie - to już zawsze wydawało mi się miłym tworem. Choć obecnie czekolady nadziewane nie są w moim typie, to jednak ta wydaje się na tyle niespotykana, że liczyłam na ciekawą, miłą degustację. Wydała mi się odpowiednia na późne popołudnie po zajęciach, jako coś niewymagającego, gdy już nie miałam mnóstwa godzin czasu do siedzenia nad czekoladą, jak lubię (i te "kilka godzin" u mnie nie jest nadużyciem).


Halba Praline Orange Noir to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao nadziewana kremem / praliną czekoladowo-pomarańczową na bazie masła z olejkiem pomarańczowym.

Rozrywając sreberko poczułam zapach olejku pomarańczowego, przywodzący na myśl wysoce słodki likier pomarańczowo-kakaowy. Goryczka i cierpkawość tych elementów zaznaczyły się bardzo subtelnie. Prawie zupełnie dominująca pomarańcza podrzuciła też sporo słodkiej soczystości. Po przełamaniu jednak wydało mi się to wygładzone i bardziej stonowane za sprawą istotnego udziału masła. Maślana słodycz wyszła nieco nugatowo-pomarańczowo. 

W dłoniach tabliczka wydawała się nieco tłusto-woskowa, a także dość twardawa. Przy łamaniu jednak twardą bym jej nie nazwała... Nie trzaskała, a wnętrze nieco się rwało, mimo że całość zachowała konkret, masywność. Nadziano ją konkretnym, zbito-maślanym kremem po całości.
Na oko był twardawo-zbity, ale tłusty. Przy odgryzaniu kawałka, wierzch masywnie się nieco w niego wciskał.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie raczej umiarkowanym. Cechowała ją tłustość i mazistość. Z czasem okazała się bardzo kremowa, gładka i gęstawa.
Nadzienie rozpływało się z nią w miarę integralnie. Dało się poznać właśnie jako bardzo maziste, kremowo-tłuste i dość masywne. Miało maślany, trochę śmietankowo-oleisty charakter. Wykazało się zwartą gibkością. Nie było jednak mocno zbite. Wyszło idealnie gładko, aż śliskawo. Znikało wodniście i oleiście, nieco szybciej od lepkawej czekolady.
Całościowo aż trochę otłuszczało to usta, a jednak na koniec zostawał też lekko pyliście-kakaowy efekt (czy nawet tylko efekcik), który starał się to tonować.

W smaku sama czekolada przywitała się całkiem wyrazistą gorzkawością, po czym nasunęła na nią słodycz. Rosła w kontekście cukrowym, wzmocniona słodką pomarańczą, którą znacząco przesiąkła. Wydała mi się z tego powodu cukrowo-likierowa. Z racji palono-cierpkawego echa, pomyślałam o smakowej kawie pomarańczowej, z echem procentów w tle. 

Z czasem całość jednak łagodniała. Czekolada przybrała na maślaności, ostała się już tylko gorzkawość drobniusieńka. Mimo to, subtelna cierpkość kakao pobrzmiewała w tle cały czas. Odnotowałam lekko orzechowy wątek, śmietankę, a wizja cukrowej kawy ze śmietanką w wariancie pomarańczowym nasilała się.

Pomarańczowa nuta wnętrza zaserwowała owoc soczyście-cukrowo słodki, a jednocześnie nieco goryczkowaty w olejkowym sensie. Znalazła się na pierwszym planie wraz z łagodną czekoladą. Niemal ją w pewnym momencie zagłuszyła. Szalała jako goryczkowato-słodki olejek i pomarańczowe twory, np. syrop / likier pomarańczowy na maślanym tle. Wyobraziłam sobie maślaną babeczkę z nadzieniem pomarańczowym, a w gardle poczułam lekkie drapanie. Wróciła myśl o śmietankowej kawie pomarańczowej, podanej do niej lub ewentualnie do... pomarańczowego nugatu.

Wraz z rozpływaniem się, maślaność nadzienia wyraźniej nieco wygłaskała słodycz. Ubrała ją w mocno maślano-nugatową otoczkę. W pewnym momencie, jakoś mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, słodka maślaność znalazła się na pierwszym planie. Maślano-słodka nuta cały czas tonowała też pomarańczę, tak że ta nie dominowała. Wątki te wydały mi się równie. Słodycz nie była już taka rażąca, nieco się rozmyła, ale wciąż całość i tak wydawała mi się nieco za słodka. Nadzienie, choć nie mocno cukrowe, było znacząco słodkie. Słodko-maślane. Doszukałam się jednak w nim też oleistego wątku.

Czekolada po tym wszystkim wydała mi się nieco spłycona, maślano-ulepkowa, a jednocześnie cierpkawa. Jej słodycz zaś cukrowa. Trochę drapała końcowo w gardle.

Po zjedzeniu został posmak soczyście cierpkiej pomarańczy. Wydawała się częściowo naturalnie słodko-goryczkowata, trochę soczysta, ale też olejkowa w nienapastliwy sposób. Lekka cierpkość kakao kryła się za nią. Słodycz jako cukrowość pobrzmiewała i trochę zdradziła swoją obecność także w gardle.

Całość to zgrana, delikatna, przystępna, a jednak wyrazista kompozycja. Mocna pomarańcza wyszła dość naturalnie, choć też pomarańczowo jak słodkości w tym wariancie; na szczęście nie zabiła czekolady. Z czasem bowiem łagodniała, mieszając się z maślanością - trochę jak pomarańczowy nugat. Czekolada sama w sobie była lekko przesłodzona, ale w porządku. Tabliczka, choć nieco za słodka, wyszła dobrze jakościowo. Bardzo maślanie, a jednak wciąż nie tak tłusto-tłusto smakowo. Konsystencja jak dla mnie zbyt maślana, specyficzna, a jednak też nie taka mocno negatywnie. Specyficzna przystępnie. Nad oceną się wahałam. Bardziej subiektywnie przyznałabym 8, ale biorąc pod uwagę, co z czekolad pomarańczowych jest na rynku, patrząc na wspomnianą już Ambiente (Natrajacali) Truffle Chocolate Negro Sabor Naranja oraz np. Lindta Lindor Orange, zasłużyła - tak obiektywniej - na więcej.
Całościowo zaskakująco wciągająca. Choć już 2 kostki mnie zatłuściły i było mi za słodko, zjadłam pół tabliczki. Wtedy już zrobiła się dla mnie problematyczna, już miałam dość, a na pomarańczowe nadzienie ochota została zaspokojona - by zostać z pozytywnym wspomnieniem, resztę oddałam Mamie (bo znam siebie i wiem, że to nie czekolada, do której chciałabym wrócić w ciągu najbliższych miesięcy od nasycenia się nią, a jedzenie na siłę czy zbyt długie trzymanie nie ma sensu). Opisała: "bardzo smaczna, czuć jakość. W ogóle ciekawa, dobra czekolada i pomarańczę wyraźnie czuć, ale jakoś to tak wyszło, że na za dużo nie miałam ochoty". Wypytywałam, dlaczego - bez przekonania (po mojej sugestii) winą obarczyła "chyba konsystencję, bo jakaś taka...". Potem co prawda rozwinęła, że ogólnie chyba robi się zupełnie "nieczekoladowa". Zgodziłyśmy się jednak, że to świetnie zrobiona tabliczka - w tej kategorii, jaką reprezentuje (a że nasze osobiste preferencje się z tym nie pokryły to inna sprawa).


ocena: 9/10
kupiłam: halba.ch (dostałam)
cena: nie znam
kaloryczność: 604 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, masło klarowane, olej kokosowy, lecytyna sojowa, olejek pomarańczowy 0,1%, aromat naturalny 

piątek, 19 sierpnia 2022

Halba Giandino Lait mleczna z nadzieniem migdałowym

Kiedyś chciałam móc zjeść, spróbować jak najwięcej czekolad. Obecnie do szczęścia potrzebne mi tylko czyste ciemne, jednak to w kwestii jedzenia. Do szczęścia potrzebuję także pisania. Stąd obecnie zdarza mi się próbować pewnych czekolad z przymrużeniem oka. Gdy np. dostałam sporo czekolad od Halby, marki szwajcarskie niedostępnej w Polsce, nie wątpiłam w ich jakość (bo dawno temu pokochałam Fair Dunkle Schweizer Bio-Schokolade 70 %), stwierdziłam, że zerknę, cóż to. W dodatku miło było wiedzieć, czym nieustannie zachwyca się Mama - to do niej trafiały prawie wszystkie te mleczne, co bardzo ją cieszyło. I tylko czekała na kolejne, i... zrobiła się przez nie coraz bardziej wymagająca co do dostępnych u nas słodyczy czekoladowych (ot, taka ciekawostka). Jakoś naturalne, oczywiste było dla mnie, że po orzechowych (zwykłej i bio) kolejną otworzoną po prostu musi być jeszcze jedna mleczna orzechowa tabliczka. Tym razem jednak z orzechami w innej formie, lecz w dniu degustacji zorientowałam się, że to nie "tabliczka nugatowa", a z kremem migdałowym. W składzie znalazłam jednak też laskowce, więc okazało się, iż to jeszcze lepszy wybór, myśląc "po którą mleczną sięgnąć", skoro na koniec została tabliczka z całymi migdałami. Ta więc zapewniała jeszcze ciekawsze przejście.


Halba Giandino Lait to mleczna czekolada (gianduja, czyli z miazgą z orzechów laskowych?) nadziewana kremem migdałowym (powiedziałabym, że migdałowo-śmietankowym).

Po otwarciu poczułam bardzo słodki, orzechowy zapach należący do mleczno-orzechowego kremu, zrównanego z wyrazistymi migdałami o marcepanowym, może lekko olejkowym charakterze. Był wyraźniejszy, gdy nachylałam się nad spodem. Wierzch wydał mi się bardziej laskowo orzechowy, ale w sumie... całość właśnie taka była - orzechowa i głęboko mleczna. Czułam pewne ciepło (prażoną nutę?), a wydźwięk dość poważny. Trochę nugatowy; po przełamaniu nasilił się aromat prażonych migdałów i orzechowo-mlecznego kremu. Słodki, ale nie banalny.

Jakby nieco lepkawa tabliczka w dotyku wydała mi się masywna, konkretna i potencjalnie twarda, jednak przy łamaniu, a dokładniej rwaniu, wyszło, jak bardzo się myliłam. Średniej grubości warstwa zwartej, ale delikatnej czekolady skrywała sporo miękkiego, mazistego nadzienia. Wyglądało na trochę lepkawe i oleiste. Wypełniało cały środek, a nie każdą kostkę osobno.
Przy robieniu kęsa czekolada nieco wgniatała się we wnętrze.
W ustach rozpływała się gęsto i miękko, w średnio-szybkawym tempie, odsłaniając spójne z nią nadzienie.
Ono rozpływało się znacznie szybciej. Było bardzo miękkie, aż rzadkawe. Okazało się niemal idealnie gładkie i kremowo-tłuste w oleiście-śmietankowy sposób. Na mój gust zdecydowanie za tłuste. Całość najpierw zalepiała usta, potem oklejała je oleistymi smugami i rzedła we właśnie oleistym sensie. Pod koniec rozpływania się kęsa nugat pokusił się o sugestię pylistości, po czym całość znikała rzadko wodniście-oleiście.

W smaku czekolada uderzyła słodyczą, podszytą nugatowym motywem. Szybko zalała usta ogromem mleka niemal zagęszczonego cukrem. Może z nutką wanilii? Wydała mi się giandujowata, więc obstawiam, że nie tylko przesiąkła nadzieniem, ale też sama zawierała orzechy laskowe.

Orzechy szybko zdradzały swoją obecność, harmonijnie łącząc się z wyraziście mleczną, z czasem nieco maślaną bazą, która zrobiła się przepotężnie słodka. 

Nugat okazał się... tworem ciekawym. Wyraźnie podpinał się pod czekoladę za sprawą cukru i mleka, wręcz śmietanki oraz orzechów, ale prędko odzywały się migdały. To one wyszły na pierwszy plan. Z jednej strony idealnie wpisały się w orzechową słodycz swoim naturalnie słodkawym smakiem. Raz czy dwa błysnęła nawet myśl o mleku / śmietance migdałowej. Z drugiej zaś nadały całości głębi i pewnej szlachetności. Zahaczyły o marcepan i nawet lekką goryczkę. Może olejek migdałowy?

Słodycz rosła, przez co mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa krem wydał mi się aż mdławy w smak, a słodki cukrowo. Na pewno jednak był głównie migdałowy (migdałowo-śmietankowy). Do tego doszła lekka oleistość, spłycająca smak... Maślano-śmietankowe fale przyniosły z czasem bardziej ogólnie orzechowy splot pralinowy (wciąż z udziałem migdałów oczywiście).
Zwłaszcza przy kęsach brzegowych, a więc tam, gdzie więcej czekolady, a nie prawie samo nadzienie, myślałam o produktach inspirowanych Kinder Bueno, a więc mocno orzechowych i błogo mlecznych, niemal śmietankowych. Nie odważyły się jednak wyjść przed migdały, które też zawładnęły częścią śmietanki, jawiąc się jako wyraźnie migdałowy, ale z nutą marcepanu, mleczny krem. 

Z czasem migdały przedstawiły się jako mocno prażone. Za ich sprawą kompozycja wyszła znacznie poważniej (nie typowo nugatowo czy np. tak "dziecięco") oraz ciepło. Wszystko z nutką czekolady oraz worem cukru.

Pod koniec właśnie bardziej o czekoladzie typu gianduja myślałam, wciąż słodkiej, ale już w sposób zwyczajny i bardziej męczący. Migdały również się jej trzymały. Niestety cukier drapał w gardle, aż odwracając uwagę od orzechowości.

Po zjedzeniu został posmak cukru, razem z drapaniem w gardle, ale także motyw prażonych migdałów i słodko-orzechowy jakby kremu orzechowo-marcepanowo-śmietankowego. Było za słodko, ale szlachetnie, w ciekawym stylu.

To bardzo niespotykana, interesująca kompozycja, zrobiona bardzo dobrze, jednak bardzo nie w moim typie. Ta słodycz była uzasadniona i zrozumiała, ale nie lubię takich smaków, jak się okazuje. Podobnie z miękkością - rozumiem, bo to ogólnie tabliczka giandujowata, z kremem, ale takie rwanie się i oleistość mnie odpychają. Doceniam wykonanie i jestem pełna podziwu, że mimo ogromu cukru, wyrazistość poszczególnych składników została zachowana. Mimo to, ta tłusta miękkość i słodycz były tak nie moje, że kostka to szczyt moich możliwości (by nie jeść na siłę, krzywiąc się). Bardzo odlegle (ale jednak) skojarzyła mi się z Schuetzli białą z nadzieniem migdałowo-śmietankowym.
Reszta powędrowała do Mamy, którą zachwyciła. Podsumowała: "Była taka mięciutka, że w sumie nie wiem, czy w moim stylu, ale ta była pozytywnie, ciekawie miękka. I jak cudownie migdały w niej czuć! I mleko, śmietankę... W dodatku tak śmiesznie, bo najpierw to raczej orzechy laskowe, a potem dopiero tak te migdały uderzyły. Czuć jakość, klasę po prostu. Co prawda mogłaby być mniej słodka, ale w sumie to była taka słodycz zrozumiała. Całość naprawdę niespotykana i pyszna." Zgodziłyśmy się z Mamą, że patrząc na to, czym ta tabliczka jest, trudno jej cokolwiek zarzucić.

Założyłabym się, że to czekolada z dodaną miazgą z orzechów (jak Halba Noisettes Milch Lait?), nie zaś czysta Halba Milch Lait. Czysta była wyraźniej waniliowa i nie miękka. 


ocena: 9/10
kupiłam: halba.ch (dostałam)
cena: nie znam
kaloryczność: 594 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, migdały 10%, pełne mleko w proszku, olej kokosowy, orzechy laskowe, odtłuszczone mleko w proszku, masło klarowane, pasta z orzechów laskowych, lecytyna sojowa, aromaty naturalne

środa, 3 sierpnia 2022

Zotter Plum & Hazelnut ciemna 100 % nadziewana kremem śliwkowym z rumem i nugatem / praliną z orzechów laskowych

Gdy tylko zobaczyłam tę czekoladę pomyślałam, że na pewno jest smaczna. Bez wczytywania się, bez większych przemyśleń. A jednak przeczucie, że musi być przepyszna, przyszło dopiero po zjedzeniu Date & Cashew i przeczytaniu, czym właściwie dzisiaj opisywana dokładnie jest. Wyglądała na propozycję analogiczną do podlinkowanej. Połączyła orzechy i owoce, które... chyba powinny zacnie się zgrać. 


Zotter Plum & Hazelnut / Pflaume & Haselnuss to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao nadziewana (40%) kremem śliwkowym, słodzonym syropem daktylowym i dodatkiem rumu oraz (20%) nugatem / praliną z orzechów laskowych.

Po rozchyleniu papierka poczułam intensywny zapach słodkich, suszonych śliwek i daktyli. Pomyślałam o śliwkach w czekoladzie i suszonych śliwkach o powidlanym charakterze. Miały palone, wyraziste i aż melasowe słodkie tło, gdzie zaznaczyła się odrobina alkoholu i orzechy. Doszukałam się nuty wilgotnego, ciemnego chleba na zakwasie ze śliwką i piernika. Kręciła się tam lekka ziemistość, dym, kawowa gorzkość. Wierzch wydał mi się łagodniejszy, bardziej czekoladowy i słodki daktylowo-karmelowo. Ten też była aż karmelowo-palonocukrowy (rumowy?). 
Po podziale wyraźniej rozbrzmiały kwaskawe, suszono-powidlane śliwki, podkręcone rumem oraz orzechy. Do głowy przyszła mi ciężko-słodka masa makowa dla dorosłych z ogromną ilością bakalii: śliwek i daktyli.

W dłoniach tabliczka wydała mi się konkretna, co potwierdziło się przy łamaniu. Trzaskała głośno za sprawą bardzo grubej warstwy czekolady, jednak ogół był dość ciężko-masywny. Aż zaskakująco. Nadzienia wprawdzie cechowała plastyczność, ale i wysoka, nieco ciągnąca zwartość, gęstość.
Śliwkowe (na dole) trochę się rwało, wyciskało. Było jakby lepko-mulistymi, mocno sprasowanymi kawałkami śliwek, zmienionych w wilgotny, gęsty, nieco śliskawo-żelowo-ciastowy krem. Bardzo się kleiło.
Nadzienie orzechowe, a więc nugat, wydawało się raczej suchawo-zbite. Może nawet kruche? A jednak też plastyczne, acz w bardziej grudkowy sposób.
W ustach całość, a już na pewno czekolada, rozpływała się bardzo powoli i maziście, zostawiając oleiste smugi na podniebieniu. Wyszła tłusto i ciężko, ale kremowo (chyba nie zgadłabym, że to setka).
Nieco szybciej wyciskało się nadzienie owocowe (ale znikało wolno!), nugat zaś rozpływał się spójniej z czekoladą, choć w zasadzie wszystko rozpływało się razem i mieszało ze sobą. Odebrałam to jako ciastowe i papkowate, a jednak wciąż czekoladowe.

Nugat mieszał się z czekoladą poprzez kremowość, mimo że sam nie był definicją kremowości. Dołożył za to trochę swojej tłustości, aczkolwiek sam bardzo tłusty nie był. A choć pyliście-pudrowy (mączny?), na pewno nie suchy. Miękł, chwilami rolował się na gumkowe grudki, potem zaskakiwał na bardziej kremowy tor, niczym gładka (bez kawałków orzechów) pasta z orzechów z pylistym efektem, łącząca suchość i oleistość, ale nie będąca ani suchą, ani oleistą.
Krem śliwkowy miękł prędko na soczystą papkę. Był mokro-lepki jak sprasowane, aż zżelowane, wilgotne suszone śliwki, a jednocześnie trochę ciastowy. Czuć w nim rozłażące się, wilgotne daktyle, ale przede wszystkim ogrom miękko-lepkich śliwek. Soczystość się dosłownie z niego wyciskała. Gdy tak to się rozpuszczało, wydawało się coraz bardziej powidlano-miękkie, ale też daktylowo ciastowe (acz w mniejszym stopniu). W zasadzie był sprasowanymi owocami, z kawałkami miękkich owoców... czy raczej: z kawałków. Na sam koniec pozostały co większe miękko-mokre, lepiące kawałki śliwek. 
W całości krył się lekko wysuszający efekt (od alkoholu i daktyli?).
Czekolada z wierzchu znikała nieco wolniej od wnętrza, otulając je i kończąc występ. Wszystko rozpływało się bardzo powoli, ale błogo.

W smaku czekolada zaczęła od roztoczenia gorzkiego dymu i mocno palonego akcentu, który skojarzył mi się trochę z kawą i z piernikiem ze śliwką. W porywach z chlebem ze śliwką? Pojawił się kwasek, soczystość - właśnie śliwkowa, trochę cytrusowa i ziemista. Zaraz także orzechy się zaznaczyły - chyba nieco nasiąkła nadzieniami; nie powiedziałabym, że to setka.

Kwasek prędko wzrósł. To odezwało się nadzienie śliwkowe. Było bardziej dynamiczne; uderzyło, po czym uspokajało się. Nugat natomiast wchodził spokojniej.

Krem śliwkowy prędko rozkręcił soczystość. Wyraźnie czułam słodko-kwaskawe śliwki suszone, które szybko przeszły w bardziej powidlany, poważny klimat. To splot palony, cierpkawy i podkreślony alkoholem. Jednocześnie niemal muląco słodki, aż lekko palono-cukrowy, rumowy. Ten też wpisał się w owocową nutę. Nie był na szczęście za mocny, ale rozgrzewał wyraźnie, z wolna ocieplając także gardło. Wmieszał się jednocześnie w piernikowy aspekt. Śliwki skojarzyły mi się z masą bakaliowo-makową, może trochę miodową, trochę melasową. W tle poczułam niemal piekąco słodkie daktyle. Tu jednak kwasek suszonych śliwek miał się nieźle i dbał, by słodycz całości się nie zagalopowała.
Zdziwiłam się więc, gdy kremu owocowego spróbowałam osobno - okazał się najpierw lekko kwaskawy, potem zaś bardzo, bardzo słodki od śliwek i daktyli - jak widać, to kontrast z nugatem i wyrazistą czekoladą tak zmobilizowały kwasek do działania.

Do korzenności i pewnej ciężkości dołożyły się orzechy laskowe. Okazały się trochę złudnie korzenne. Chwilami słodkawe, ale w bardziej naturalny sposób (niż klarownie nugatowy). Wyraźnie jednak otuliły je daktyle, osłabiając ich smak, a dokładając słodyczy. Nie zagłuszyły laskowców zupełnie, choć orzechy ogólnie wyszły bardzo subtelnie, chwilami nieco "smakowo sucho". Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nugat wydał mi się mdławy, a ogólna słodycz (trochę melasowa?) aż trochę męcząca, ale... w końcu orzechy znów wykazały się gorzkawością. 
Nadzienie orzechowe spróbowane osobno było słodkie, ale w normie - wyraźnie za to słodkie za sprawą daktyli (cukru daktylowego?). W połączeniu z owocowym był moment, że śliwki i ciepło alkoholu (na szczęście nie smak rumu sam w sobie) przygłuszały orzechy, ale te w końcu wybroniły się. Rum chyba nieco przygłuszał też smak daktyli (zostawiając słodycz). W dodatku ta część też nieco nasiąkła śliwkami.

Gdy alkohol zniknął prawie zupełnie, czekolada cały czas obecna w tle, wraz ze śliwkami przełożyła się na skojarzenie z cukierkami "śliwka w czekoladzie", a całość była trochę jak piernik śliwkowy w czekoladzie. Ciepła, korzenna, pikantnawa i gorzka od kakao i orzechów. Soczysta, a jednocześnie bardzo słodka.
Poszczególne części niezwykle harmonijnie współpracowały, uzupełniając się i przełamując.

Czekolada na końcu wydała mi się wręcz ziemista, gorzko dymna, a jednak też zaskakująco słodka. Słodka w sposób karmelowo-korzenny? Melasowy i... z odrobinką kakaowego kwasku, wzmocnionego śliwkami. Z orzechowym nadzieniem zaś wiązała się delikatniejszym, oleistym wątkiem.

Po zjedzeniu było, jakbym najadła się lepkich, słodko-kwaskawych suszonych śliwek i alkoholowych cukierków typu "śliwka w czekoladzie", zasładzając się nimi. Czułam też orzechy laskowe oraz piernikowość, przełamane cierpkim kakao. Pieczenie korzenno-alkoholowe nie męczyło.

Całość uważam za pyszną. Choć bardzo słodka, to w pełni zrozumiale. Mulące, słodkie śliwki (z echem daktyli) były jednocześnie przyjemnie kwaśne; piernikowe klimaty z odrobiną soczystości i alkoholu wyszły cudownie z orzechową nutą. A jednak wolałabym, by laskowce więcej wniosły (choć na ich brak nie mogę narzekać). Wprawdzie chwilami trochę się gubiły, ale na szczęście nie zupełnie. Miło, że czuć smak daktyli (a nie tylko ich słodycz), ale nie uważam, by śliwki potrzebowały ich wsparcia (same też by przecież były smakowite - może przejrzystsza kompozycja byłaby jeszcze lepsza?). Mocna, ziemiście-dymna i też piernikowa czekolada to strzał w dziesiątkę. Do tego wszystko było niewiarygodnie spójne, kremowo-maziste i naturalne. Szokująca harmonia, a także zacny pomysł na tak grubą warstwę czekolady na wierzchu (ta znikała najwolniej, a czekolada ze spodu najszybciej, dzięki czemu całość rozpoczynała się i kończyła się czekoladą).


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 492 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, suszone śliwki, orzechy laskowe, cukier daktylowy, tłuszcz kakaowy, rum, syrop daktylowy, olej z orzechów laskowych, lecytyna sojowa, cynamon, sproszkowana wanilia, sól 

niedziela, 1 maja 2022

Zotter Paranuss G.Nuss / Brazil Nut Whole Nuts Vegan ciemna 60 % nadziewana nugatem z z orzechów brazylijskich i kawałkami orzechów

Nie jestem fanką orzechów brazylijskich. Wiele orzechów lubię jeść osobno, a te giganty jakoś mnie nudzą; wydają mi się mdłe. Co innego, gdy czuję ich nuty w czystych ciemnych - te wychodzą ciekawie. A z kolei Zotter Brazil Nut with Pepper to jedna z moich ulubionych nadziewanych czekolad. Co do dzisiaj prezentowanej tabliczki nie byłam specjalnie przekonana. Nie wiem, czy tak obiektywnie takie otoczenie mi pasuje do brazylijskich, jednak... w czekoladach zdarzają się tak rzadko, że jak tyle średnio moich nabrałam (czyli większość serii G.Nuss), wzięłam i tę. Głupio byłoby mi pominąć dodatek tak rzadki, który... właśnie akurat chyba jako jedyne orzechy z serii został przyodziany w czekoladę ciemną. Tak swoją drogą, Zotter przypomniał mi, że orzechy brazylijskie nazywa się też amazońskimi migdałami.


Zotter Paranuss G.Nuss / Brazil Nut Whole Nuts Vegan to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao nadziewana nugatem / praliną z orzechów brazylijskich, czekolady i napoju ryżowego oraz z kawałkami orzechów brazylijskich.

Zapach był tak intensywny, że czułam go już przez papierek. To moc orzechów brazylijskich, ale nie tylko. Równie istotna była złudna nuta migdałów i fistaszków. Były wyraźnie słonawe i prażone. W tle pobrzmiewała roślinna rześkość, sugerująca raczej wegańską alternatywę mlecznej czekolady, coś ryżowego, przy czym doszukałam się akcentu oleistego masła orzechowego. Kompozycja była ogólnie bardzo słodka jak delikatniusi, jasny karmel.

Tabliczka była jedynie twardawa, mimo że wyglądała na konkretną i twardą. Trzaskała średnio głośno, ale dała się poznać jako masywna. Warstewka czekolady skrywała konkretny, twardawo-zbity nugat wypełniony sowicie kawałkami orzechów różnej wielkości. Był tłusty już w dotyku.
Czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, dość gęsto, kremowo. W porywach wykazywała proszkowość, pylistość. Leciutko obklejała podniebienie tłustymi falami, harmonijnie łącząc się z nadzieniem.
Okazało się podobne do niej, również kremowo-tłuste, ale bardziej miękkie i nieobklejające. Wydało mi się dziwnie "twardawo-miękkie". Nugat ciągle miękł i miękł w swej tłustości. Bardziej jak masło, rozpuszczające się śliskawo (a tym samym wydawał się gładszy od czekolady). Jakby tak.. dodano do niego oleju. Znikał i gdyby nie hamujące go dodatki, pewnie rozpuszczał by się bez echa. Orzechów dodano dużo, ale na szczęście nie zrobiły z tabliczki zlepka-ulepka; wciąż były dodatkiem. Wystąpiły pod postacią dużych i... mniej dużych kawałków; także ćwiartek, paru mniejszych.
To był nugat dość tabliczkowy, sycący, mięknący (nie stricte miękki, a jakby cały czas dopiero mięknący).
Orzechy okazały się kruche i chrupiące. Niektóre twardsze, inne mniej, niektóre wręcz soczyście miękkawe. Wszystkie jednak świeże i naturalnie tłuste. Stopień prażenia wydawał mi się różny. Część miała skórki.

W smaku czekolada była od początku bardzo słodka. Jak uderzyła delikatnym, jasnym karmelem, tak i potem nim zasładzała. Wyszła łagodnie w kwestii czekoladowości, a irytująco w słodyczy. Dała się poznać jako maślana i "pieczono-prażona", jakby trochę wafelkowa. Rozniosła prędko po ustach orzechowo-migdałową nutkę - musiała częściowo przesiąknąć nadzieniem, ale chyba i sama nieco orzechowo smakowała. Przejawiała lekką, paloną goryczkę, pod którą podpięło się nadzienie.

Nugat odzywał się prędko; sam był czekoladowy, więc szło mu to z łatwością. Wemknął się poprzez goryczkę, kierując ją na oleisty tor. Okazał się oczywiście również orzechowy, słodki i bardzo maślany. I to też... w złożonym sensie. Maślaność w dużej mierze płynęła z orzechowości. Wyraźnie czułam prażone orzechy, acz jakby mieszankę. Wydawał się zrobiony z mieszaniny orzechów: brazylijskich, ziemnych, migdałów. Chwilami... prażono-ciepłych, aż korzennie? Cynamonowych wyraźnie. Słodycz i olej bardzo je wymieszały, wygładziły i wplotły nutkę... ewidentnie ryżu. Może rześkiego ryżu jaśminowego? Kleiku ryżowego? A może nawet ryżu zrobionego na mleku... Z cynamonem na pewno. I to taką ilością (kasji), że aż gorzkawym.

Nugat jawił się jako istotnie nugatowy, słodki w cukrowo-karmelowy sposób... Jednak zaskakująco wyraźnie ryżowy i złudnie śmietankowy zarazem. Maślaność także umacniała się, ale potem...  smak wnętrza nieco się rozwadniał.

Nie musiałam rozgryzać orzechów, by je już poczuć. Przy odsłaniających się kawałkach orzechów (choć nie wszystkich) nasilała się nuta oleju i ogólnie roślinna. Podkreśliły ryżowość czekolady. Dziwnie umożliwiło to słodyczy zaskarbienie sobie jeszcze większej ilości uwagi.

Czekolada, bo trochę jej ostawało się jeszcze na koniec, smakowała głównie słodko i maślanie, acz z cierpkością kakao (podkreśloną cynamonem?).

Kiedy wszystko się już rozpłynęło, zabrałam się za rozgryzanie i podsysanie orzechów. Prażone różnie, a więc i konkretne, i delikatniejsze. Ewidentnie jednak czułam, że to orzechy brazylijskie, choć wyszły dość "migdałowato". Poszczególne były bardziej świeże (w porywach jakby "roślinnie oleiste"), niektóre przyjemnie gorzkawe od skórek. Czasem pojawiało się skojarzenie z ropą naftową (wiem, że to dziwne skojarzenie, ale nie jest ono negatywne; po prostu tak czasem o brazylijskich sobie myślę). Gdy gryzłam inne, wydawały mi się przeprażono-przesmażone w oleju, który pewnie się z nich wytoczył.

Po zjedzeniu został posmak ogólnie orzechowy (powiedziałabym, że brazylijskich i przeprażonych migdałów) i niemal cukrowo-karmelowe przesłodzenie. Czułam również nutkę jakiegoś "kleiku ryżowego" z oleistym akcentem. Wyszło to ciepło, trochę korzennie.

Całość do mnie nie przemówiła. Okropnie słodka, a do tego pobrzmiewająca olejem, tłusto. Wyszła jak ryżowa alternatywa mlecznego zacukrzacza, a nie ciemna czekolada. Orzechy brazylijskie były lepsze i gorsze, ale ogółem wyszły raczej na plus (w większości lepsze, tylko niektóre "dziwnie zajeżdżały"). Nuty roślinne, ryżu konkretnie (!) się przy nich wyeksponowały. Tłustość (i smaku, i konsystencji) też mi nie odpowiadała - ogólnie jednak czuć, że pochodziła od orzechów brazylijskich, więc aż tak się nie czepiam. Dziwna "twardo-mięknącość" dezorientowała.
Miała w sobie sporo z Labooko Rice dark, ale to nie ona. Zawartość kakao się nie zgadza (podlinkowana miała 50%), a choć dzisiaj opisywana zawierała go więcej, to i tak wyszła bardziej słodko-tłusto - w końcu czekolada w tabliczkach G.Nuss to tylko składowa.
Niemniej, cieszę się, że kupiłam i zjadłam, bo jednak orzechy brazylijskie w czekoladach czy jako nugat trafiają się rzadko, a to było ciekawe.


ocena: 7/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 594 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, orzechy brazylijskie 31%, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), lecytyna sojowa, sól, cynamon