Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: alkohol. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: alkohol. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 czerwca 2026

Zotter Elderflower / Marzipan / Mint // Holunderbluten / Marzipan / Minze mleczna 50 % z marcepanem z białym winem, grappą i brandy oraz kremem z białej czekolady, cytryny, syropem z kwiatów czarnego bzu i miętą

To, że Zotter robi czekolady z czasem naprawdę dziwnymi, rzadkimi składnikami, wiadomo nie od dziś. Tak samo jak to, że lubi w swoich nadziewańcach mieszać bardzo wiele elementów. Do tego z roku na rok robię się coraz bardziej sceptyczna, bo z kolei ja stawiam na przejrzystość smaków. W pierwszej chwili dziś przedstawiana tabliczka bardzo mnie zainteresowała. Mięta, czarny bez? Jedno i drugie kiedyś w zotterowskich kompozycjach już się pojawiało - bardzo dobrze wspominam tabliczki z nimi. Niestety jednak, jak wczytałam się w opis dziś przedstawianej na krótko przed degustacją, zwątpiłam, że będzie udana. Tyle wszystkiego, cytryna, różne alkohole... Już czytając, poczułam się trochę przytłoczona. W dodatku pierwszy raz przeczytałam o istnieniu czegoś takiego jak brandy z wytłoczyn winogron. Nie brzmiało zachęcająco, ale uznałam, że może... Może jest jakaś nadzieja dla tej kompozycji? Chyba że chodziło o grappę...? Opisy na stronie i na opakowanie, a do tego skład nie rozjaśniły mi tego, czy chodzi o to samo, czy nie.

 
Zotter Elderflower / Marzipan / Mint // Holunderblüten / Marzipan / Minze to mleczna czekolada o zawartości 50% kakao nadziewana (24%) migdałowym marcepanem z białym winem, grappą i brandy z wytłoczyn z winogron oraz (36%) kremem na bazie białej czekolady, białej cytrynowej czekolady / kuwertury z sokiem z cytryny, syropem z kwiatów czarnego bzu i miętą.

Po otwarciu poczułam zapach mocno mlecznej, a jednocześnie wyraźnie gorzkawej, nieprzesłodzonej czekolady, mieszającej się na równych prawach z mocno alkoholowym marcepanem. Pomyślałam o splocie brandy, białego wina i grappy; z dominacją brandy. Dopuściły do głosu niemal cukrową ciężkość, mimo że zapach ogólnie nie był bardzo słodki. Acz słodyczy mu nie brak, bo tę podchwycił motyw cytrynowego sorbetu i kremu biało czekoladowo-migdałowego. Doszukałam się jeszcze echa kwiatów, które odrobinę nasiliło się po połamaniu i w trakcie jedzenia. Wtedy też mleko i śmietanka przybrały na znaczeniu, dołączając do marcepanu i czekolady. Stworzyły zgodne trio.
Zawiodłam się, że mięta i czarny bez w zasadzie się ukryły. A to na nie liczyłam najbardziej.

Tabliczka była niby konkretna, ale miała w sobie pewną delikatność. Gruba warstwa czekolady prawie nie trzaskała, acz jakiś lekko kruchy dźwięk z siebie wydawała. Nieco wgniatała się w bardzo miękkie i plastyczne dwie warstwy nadzień: wilgotny, grudkowaty i plastyczny marcepan na wierzchu oraz też maziście-plastyczny, tłustawy krem na dole z widocznymi kropeczkami.
W ustach czekolada rozpływała w średnim tempie, utrzymując zbitość dość długo, mimo wysokiej tłustości i gładkiej kremowości. Przypominała trochę chłodne masło i smugami pokrywała podniebienie.
Marcepan wyciskał się spód niej po paru chwilach, dość szybko. Druga warstwa rozpływała się spójnie z czekoladą, podpinając się pod jej kremowość.
Wszystko z czasem zmieniało się w średnio plastycznie-luźną, raczej jedynie gęstawą i miękką masę. 
Marcepan, skory do rolowania się,  z łatwością rozchodził się na grudki. Wykazywał średnią wilgotność i robił się coraz bardziej rozlazło-luźny. Zostawał najdłużej.
Krem rozpływał się w zgodzie z czekoladą, choć trochę od niej szybciej, jako że łatwo rzedł. Sam zawarł w sobie tłustą kremowość czekolady, ale raczej mocno śmietankowej białej. Potwierdziła się mazista plastyczność kremu. Pojawiła się w nim też lekka pylistość.
Na koniec zostawały nieliczne grudki marcepanu. Trochę trzeszczały i skrzypiały kiedy je gryzłam.

W smaku czekolada od początku zaserwowała mi wyraziste mleko i średnio silną słodycz karmelu. Mleko chyliło się wręcz ku śmietance, do której dolatywała leciutka, cierpka gorzkość i nieco orzechowy motyw.
Czekolada była wyczuwalna niemal cały czas, choć gdy nadzienia się bardziej rozkręcały, oddawała im pierwszy plan.
Kiedy spróbowałam jej trochę osobno, okazało się, że trochę przesiąkła alkoholami.

Wnętrze przedzierało się motywem mocnego alkoholu. Do głowy przyszła mi brandy i owocowa, cukrowo-kwaskawa nalewka, przechodząca ni wino, ni winiacz, raczej białe. Uderzyły, po czym trochę się uspokoiły.

Krem dolny nieinwazyjnie podkręcał mleczność kompozycji, podszepnął śmietankę, choć nie wkraczał do akcji jawnie.
To marcepan wyraźniej i szybciej dawał o sobie znać, roztaczając alkoholowość. Specyficznie marcepanowo ciężkawe migdały trzymały z niemal cukrową, choć soczystą brandy... acz jakby chamsko mocną, bardziej jak grappa.

Drugi krem też odezwał się poprzez alkohol. Wydał mi się mocny, wręcz dosadny i... zielono winogronowy. W pierwszej chwili wyraźnie poczułam grappę, ale gdy smak kremu się rozchodził, on też skojarzył mi się z białym winem, ale bardzo mocnym, kwaskawym i kwiatowym zarazem. Ze względu na silny mleczno-śmietankowy motyw przemknął mi przez myśl likier śmietankowy. Nie szczędził słodyczy. W tej odnotowałam biało czekoladową ciężkość i pomyślałam o kremie i/lub lodach białoczekoladowych. Z nutą... sorbetu cytrynowego? Cytryna, w niezbyt kwaśnym wydaniu, przemknęła w tle.
W kwiatowej nucie doszukałam się sugestii likieru albo likierowego syropu z kwiatów, no, powiedzmy, że czarnego bzu - tak jednak słabej, że gdybym nie wiedziała, mogłabym na to nie wpaść. Zbieranina alkoholu aż trochę gryzła w język. Ten efekt pomógł wzrosnąć słodyczy. Ta warstwa była bardzo słodka, aż trochę nazbyt drapiąca.
Wydawała się coraz cięższa wraz ze wzrostem cytryny i jej zaskakująco niskiego kwasku. Cytryna już dłużej nie czekała, wyłoniła się... i osłabła. Z czasem w rześkości, jaką podszepnęła, doszukałam się jakby syropu miętowego, ale tak delikatnego, że można by to przeoczyć.
Krem spróbowany osobno smakował głównie białą czekoladą, zielonymi winogronami i winogronową, dosadnie alkoholową grappą i likierowym akcentem a'la kwiatowym. W zestawieniu z marcepanem wydawał się bardziej namieszany gdy chodzi o alkohole i niejasny. Cytrynowa nuta i wtedy pokazywała się tylko epizodycznie.

W marcepanie brandy swoją mocą w alkoholowości dominowała, choć zza niej wychylało się też jakby kwaskawe, dosadne białe wino, które pożyczyło moc brandy i grappy. Słodycz marcepanu stanęła na średnim poziomie, choć ten cukrowy elementu alkoholu i to, jak rozgrzewał gardło sprawiał, że bardziej zwracałam na nią uwagę.
Marcepan spróbowany osobno był faktycznie mocno alkoholowy, ale powiedziałabym, że opierał się na wzmocnionej (?) brandy. Nuty białego wina podkreślała druga warstwa. Migdały jednak też bardzo wyraźnie się w nim zaprezentowały.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa warstwy bardzo się mieszały, że aż trudno jakieś konkrety wychwytywać i nazywać. Było dosadnie alkoholowo i niemal zasładzająco. Alkohol grzał w gardło i język, a słodycz się pod to podczepiała. Biała czekolada i marcepan, ogrom różnych alkoholi o charakterze soczystym, a zarazem ciężkim aż przytłaczały. Wiele słabszych nut zwyczajnie się zatracała.
Jako że dolny krem znikał szybciej, to smak marcepanu utrzymywał się dłużej. Po tym wszystkim wydał mi się nieco bardziej migdałowy - jako że alkohole już się trochę rozeszły.

Czekolada pobrzmiewała cały czas, ale końcowo odważyła się i zabrzmiała wyraźniej. Dołączyła do marcepanu. Po słodyczy wnętrza wydała mi się nieco bardziej wytrawnie-gorzka, choć wciąż też mleczna.

Gryzione na koniec drobinki marcepanu smakowały wyraźnie słodkim, wciąż trochę alkoholowym marcepanem.

Po zjedzeniu czułam się, jakby opiła się najrozmaitszych alkoholu: brandy, grappy, białego wina, likieru winogronowo-kwiatowego, likieru śmietankowego i zagryzła je alkoholowym marcepanem. Do tego zaznaczyły się kwiaty czarnego bzu, ale też jako likier. Czułam rześkość, ale nic wyraźniejszego. Biało czekoladowa słodycz i ciężkość mieszała się ze sporą ilością mleka i akcentem cytrusowym lodów lub kremu. Czekoladowa goryczka trochę to wszystko ratowała.

Czekolada nie przekonała mnie do siebie. Przytłoczyła mnie mnóstwem różnych alkoholi. Rozumiem, że można lubić alkoholowe słodycze, ale nie widzę sensu pchania do jednej tabliczki różnych, niebanalnych trunków. Przeszkadzały sobie nawzajem i zagłuszyły co delikatniejsze nuty. Nawet trudno określić, co było w której warstwie, co czym przesiąkło itd. Obstawiam, że... Marcepan był z winem i brandy, a krem z grappą, ale nie jestem pewna. Marcepan i biało czekoladowość dolnego kremu czuć dobrze, acz nie tworzyły zbyt smakowitej pary. Śmietankowość też jakoś z tymi soczystymi alkoholami mi nie leżała. Akcent niezbyt kwaśnej cytryny wydawał się onieśmielony ich oraz alkoholową ciężkością. Czułam ogromny niedosyt czarnego bzu i mięty, które prawie w ogóle się zagubiły. Naprawdę nie rozumiem, po co pchać tyle różnych składników, które tylko zagłuszają tytułowe...
Mleczna czekolada... po prostu była. Sama w sobie dobra, a jednak w kompozycji każda inna byłaby tak samo... ot, po prostu.

Nie była zła, ale dobra też nie. W moim odczuciu nie było w niej niczego, dla czego warto byłoby ją jeść. Po zjedzeniu 11 g, które mnie trochę zmęczyły (!) resztę oddałam Mamie. Ona odpisała tabliczkę w sposób następujący: "Niesmaczna, nawet nie umiem nazwać, co ja tam czułam, nawet tych niesmacznych rzeczy ponazywać. Z tego całego opisu niewiele. No, czułam marcepan, ale potem nawet on jakoś się zatracił. Alkohol czułam, ale nie jakiś konkretny. Całość taka namieszana, nieokreślona".


 ocena: 5/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, marcepan 21% (migdały, cukier, syrop z cukru inwertowanego), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, ekstrakt z kwiatu bzu czarnego 7% (surowy cukier trzcinowy, woda, kwiat bzu czarnego, pomarańcza, cytryna, koncentrat soku z cytryny), odtłuszczone mleko w proszku, syrop z cukru inwertowanego, białe wino 2% (zawiera siarczany), syrop skrobiowy, słodka serwatka w proszku, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), koncentrat soku z cytryny, cukier trzcinowy pełny, grappa, mięta 0,1%, sól, sproszkowana wanilia, emulgator: lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa; cynamon

środa, 18 czerwca 2025

Zotter Mango Chili ciemna mleczna 60 % z kremem z mango, nugatu z orzechów nerkowca z cytryną oraz czekoladowym kremem z chili i brandy

Uwielbiałam wegańską Zotter Chilli Bird's Eye z 2016, ale i zmieniona wersja od 2018 Zotter Chilli Bird's Eye mi smakowała. Mniej, bo mniej, ale jednak. Łączenie chili z owocami też było przyjemne, ale nie aż tak. Stąd gdy jesienią 2024 Zotter wycofał wspomniane, zrobiło mi się bardzo smutno. Ok, do tej czekoladowej z Bird's Eye nie wracałam już lata, ale lubiłam mieć możliwość. Czułam, że dziś przedstawiana mnie rozczaruje. Chociaż... Może nie bez powodu w orientalnej kuchni, różnych curry i chińszczyźnie łączą mango z pikantnymi przyprawami? Nimi właśnie - łączącymi mango i sól - zainspirował się Zotter. Może ja miałam się zdziwić?


Zotter Mango Chili to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60% kakao nadziewana kremem ("ganaszem") z mango, nugatu / praliny z orzechów nerkowca z cytryną oraz kremem ("ganaszem") czekoladowym z czekolady ciemnej i mlecznej z chili Bird's Eye i brandy z cukru trzcinowego.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach mocnego alkoholu i czekolady, przedstawiających się jako silnie cukrowo-karmelowa brandy oraz karmelowo-mleczna i wręcz orzechowa czekolada. Kakao zaznaczyło się, acz miało ewidentnie truflowy charakter. Kiedy wąchałam wierzch, przemknęła pewna soczystość, ale nie obiecanych owoców, a bardziej... wiśniowa? Dopiero po przełamaniu o wiele wyraźniej wyłoniła się kwaskawo-soczysta cytryna z mango, które robiło jej za tło. Tło bardzo znaczące. I tak jednak owoce były nieco podporządkowane alkoholowo-czekoladowemu wątkowi. Wydawało się, że są silne, ale tylko dlatego, że brandy na to pozwoliła.

Tabliczka w dotyku niby była masywna, ale nie wydawała się bardzo konkretna. Przy łamaniu wyszła na jaw także twardość. Usłyszałam chrupko-kruchy, masywny trzask. Czekolada trochę się kruszyła. Nadzienia wyglądały na zbite i konkretne, nie tłuste, ale na pewno i nie suche.
W środku były dwie warstwy. Ta z mango stanowiła większość (co na pierwszy rzut oka nie było takie oczywiste). Wyglądała na nietłustą i bardzo zbito-zwartą. Czekoladowa też wyglądała na zbitą, ale już tłustszą.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, kremowo-tłusto. Była mazista i spójnie mieszała się z nadzieniami. Te, także maziście, już po chwili się spod niej wyłaniały.
Nadzienie z mango wydało mi się poniekąd masywne w orzechowy sposób, ale jednocześnie niemal owocowo śliskie. Poczucie to nasilała jego idealna gładkość. Było zwięzłe i zbite, a jednak rozpuszczające się ochoczo. Nie spiesząc się jednak.
Czekoladowe cechowała wyższa tłustość i mazistość bardziej maślano-czekoladowa. Teoretycznie było gładkie, jednak dość często trafiałam na drobinki. Dwie nieopatrznie rozgryzłam i okazało się to chili.
Gdy nadzienie owocowe mieszało się z maślanym czekoladowym kremem, całość wydawała się nieprzyjemnie tłusta.
Kremy rozpuszczały się mniej więcej równo, acz szybciej znikało czekoladowe. Najdłużej zostawało nadzienie żółte wraz z odrobinką czekolady z wierzchu.

W smaku czekolada rozpoczęła występ od lekko karmelowej słodyczy, do której zaraz doszła łagodna gorzkość. Podążało za nią mleko i orzechowe echo. Nieco przesiąkła alkoholowo truflowo-owocowym środkiem.

Nadzienia po paru sekundach łagodnie dały o sobie znać delikatną soczystością, obietnicą kwasku oraz echem ostrości. Potem czekolada dalej się rozchodziła i... nagle szybko, jaskrawo wybiły się spod czekolady. Walczyły o dominację - kwaśne owocowe z czasem wyrywało się na przód. 

Ja jednak najpierw jakoś bardziej zwracałam uwagę na nadzienie czekoladowe, które fundowało alkoholowego kopa. Owocowe wyłaniało się zza tego.

Nagle słodycz i mleczność samej czekolady wydała mi się mocniejsza z racji kontrastu do czekoladowego kremu. Ten odznaczał się szlachetnie alkoholowo-truflowym charakterem i gorzkością kakao, przechodzącą w ziemistość. Szybko chili dało o sobie znać, wyglądając z oddali i zaczynając rozgrzewać gardło. A potem... krem wydał mi się bardziej truflowo-mleczny. Usta rozgrzewał alkohol o cukrowo-słodkim charakterze, ale i owocowa część zdążyła się w tym czasie porządnie rozwinąć. Gdy już to zrobiła, dopiero pieczenie chili w gardle drastycznie się nasiliło. Brandy w smaku dowodziła przez pewien czas i dopiero po dłuższej chwili dopuściła do siebie smak ostrego chili. Chyba też lekką soczystość... czerwonych owoców? Związanej z kwaśnością.
Kiedy spróbowałam czekoladowego kremu osobno, wydał mi się bardziej maślany niż mleczny. W połączeniu z drugim jawił się jako "ten wytrawniejszy", a przy próbowaniu osobno, z zaskoczeniem i w nim trafiłam na cytrynową kwaśność.

Poprzez tę soczystość całkiem spójnie mieszało się z warstwą z mango. Ta przełamała ostrość kwaśnością cytryny. Dopiero daleko za nią odzywało się słodsze mango. Mango, choć czuć w miarę wyraźnie, zdawało się przytłoczone cytryną i alkoholem, który w tym czasie trochę stracił na jednoznaczności. Soczysta kwaśność owoców mieszała się w dodatku z echem... jogurtu? Orzechowość, maślaność w tym kremie też wystąpiły, acz w ogóle trochę zanikały. Słodycz stała na średnim poziomie, acz wydawało mi się, że brandy ją umocniło.
Nadzienie żółte spróbowane osobno bardziej jednoznacznie smakowało mango, jawiło się jako słodsze i łagodniejsze. Nerkowców dało się doszukać. Wciąż było kwaśne od cytryny, ale nie aż tak, jak w połączeniu z  resztą.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa alkolowość warstwy czekoladowej zaczęła nieco słabnąć. Została pikanteria i trochę lepiej wyłonił się wreszcie smak chili. Jeszcze podkręcił kwaśną soczystość owocowego kremu. Ten zrobił się bardzo cytrynowo kwaśny i chwilami wychodził na pierwszy plan. Za owocami warstwy zaczęły się mieszać w mleczno-maślany, jogurtowy splot i przyszła mi do głowy jakaś orientalna, kwaśno-soczysta i jednocześnie ostra, słodkawa potrawa. Wszystko się mieszało i robiło się mało przejrzyste, trochę niedookreślone, przez co w moim odczuciu intensywnie-nijakie.
Gdy trafiła się jakaś drobinka i akurat ją rozgryzłam, piekła prawie odrętwiając język.

Czekolada mleczna pobrzmiewała w tle. Końcowo pozwoliła sobie na wyższą słodycz i mleczność. Znów zadziałał kontrast - tym razem czyniąc ją wręcz uroczą. Chili zaczęło szaleć właśnie na końcówce jako zbyt mocne palenie języka i w gardle. Sam w sobie smak chili zatonął w słodko-kwaśnych nutach, zostawiając właśnie samą ostrość.

Po zjedzeniu w ustach został mocno, ale niejasno alkoholowy motyw i chili, a dokładniej jego pieczeniem w gardle oraz wysokiej, truflowej słodyczy. Smak chili wydawał się rozmyty. To, że w czekoladzie było brandy, zaniknęło, tylko moc alkoholowości czuć. Wszystko to rozgrzewało splotem ostrości i słodyczy. Na zasadzie kontrastu zaznaczyły się też kwaskowato-słodkawe owoce. Bardziej cytryna, ale i mango jako echo czuć. 

Czekolada niby nie była zła, ale mnie nie przekonała. Dobra, bezpieczna czekolada gorzkawo-mleczna oddała pole do popisu środkowi. A ten był intensywny, ale w negatywnym sensie. Bombardował mnóstwem smaków, ale nie tym, czym by się chciało. Kwaśna cytryna mieszała się z mocną brandy i dopiero dopuszczała do siebie bardzo ostre chili. Mango próbowało za tym nadążyć. Splot niby ciekawy, ale nie podoba mi się to podkręcanie cytryną. W dodatku nadzienia mieszając się, wyszły odpychająco tłusto. Ta kwaśność i owocowość nie pasowała do maślanego kremu czekoladowego. Chyba miało się to przełamywać i uzupełniać...? A kłóciło się i na dłuższą metę okazało się... nudne? Najlepiej wypadły w ogóle brzegowe części, gdzie czekolada hamowała imperatywne zapędy środka.

Zjadłam około 1/3 tabliczki (26g z 72g), więc 46g oddałam Mamie (mimo że nie lubi chili). Co do oceny się wahałam - aż podpytałam Mamę, bo już w końcu nie byłam pewna - a może jednak powinnam dać jej 6? Bo może chcę wystawić 5 tylko dlatego, że się zirytowałam, że wycofano dwie dobre czekolady, łącząc je w to coś?

Opinia Mamy: "Nie smakowała mi, mimo że lubię w słodyczach i owocową kwaśność, i alkohol. Ta była dziwna, najpierw mocno alkoholowa, aż ordynarna, a potem tylko cytrynowa. Kwaśna, a na koniec chili ostre zostawało. Bardzo niefajnie to wyszło, nie zgrywało się. I mango nie czuć. Zotter namieszał, namieszał i mu g... wyszło. Ja bym jej 5 wystawiła".

Odniosłam wrażenie, że to połączenie Zotter Mango PREDAZotter Chilli Bird's Eye z 2018-2020. Każda z osobna była smaczna, bo głęboka i wyrazista w zasadnicze smaki. Połączenie natomiast wydało mi się przeładowane, przekombinowane, a przez to rozmyte. Wszystkiego było pełno, wszystko było mocne, a jednocześnie w końcu już trudno o intensywność czegoś konkretnego. Uciekło to, za co je chwaliłam, czyli intensywny smak mango pierwszej oraz głębia połączenia chili i czekolady (bo w dziś przedstawianej trochę jakby odstawało) z drugiej. Zostało brandy i chili z cytryną z echem mango. Trochę nie to miało być...


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 22,49 zł (cena półkowa za 70 g - moja ważyła 72g; ja dostałam)
kaloryczność: 504 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, mleko, przecier z mango (4%), syrop cukru inwertowanego, suszone mango (3%), syrop skrobiowy, odtłuszczony jogurt w proszku, brandy z cukru trzcinowego, orzechy nerkowca, koncentrat soku cytrynowego, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), odtłuszczone mleko w proszku, emulgator: lecytyna sojowa; słodka serwatka w proszku, sól, kurkuma, sproszkowana wanilia, chilli „Bird's eye” (0,02%), cały cukier trzcinowy

piątek, 28 lutego 2025

Henry Lambertz Eierlikor Dark Chocolate with eggnog truffle filling ciemna 50 % z kremem truflowym z likierem jajecznym

Choć u nas w domu to Mama, nie ja, ma hopla na punkcie słodyczy adwokatowych, zabajone itd., to gdy dostałam serię 3 tabliczek Henry Lambertz z nadzieniami alkoholowymi, założyłam, że dziś przedstawiana będzie najlepsza. Stąd decyzja o zostawieniu jej na koniec. Jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że to nie moja bajka i większość i tak trafi do Mamy. Trzymałam tylko kciuki, by okazała się na tyle adwokatowo zadowalająca, by jej posmakowała. I może przy okazji, ciekawostkowo, także trochę dla mnie?

Henry Lambertz Eierlikor Zartbitter Schokolade mit Eierlikor Truffelfullung / Dark Chocolate with eggnog truffle filling to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao z (35%) truflowym nadzieniem na bazie likieru jajecznego / advocata.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach adwokata, zasładzającego w ciężki sposób, mieszającego się z przecukrzoną ciemną czekoladą. Dominował, ale jej nie zagłuszył zupełnie. Ułożyły się ze sobą tak, że czuć, iż zarówno sam advocat, jak i czekolada zostały przesłodzone. Zwłaszcza przy podziale i już w trakcie jedzenia, odważyła się nutka śmietankowa, osadzona w likierowej słodyczy.

Tabliczka w dotyku wydała mi się polewowa. Przy łamaniu też kojarzyła się z twardą polewą, średnio głośno, ale bardzo chrupko trzaskając. Kostki wyglądały na zrobione z warstwowej, chrupkiej polewy. Nadziano je średnio-małą ilością mazistego i lepkiego kremu, wykazującego plastyczność. Nie dość, że warstwa czekolady była bardzo gruba, to na dnie każdej kostki tworzyła wypukłość. Przy odgryzaniu kawałka łamała się i wgniatała w miękkie nadzienie.
W ustach czekolada rozpływała się maziście i tłusto w maślany sposób. Wydała mi się ulepkowa, prawie trochę oporna, acz jednocześnie kremowo-gęsta. Rozpuszczała się szybkawo, po chwili ujawniając nadzienie.
Wnętrze dopasowało się do niej. Też rozpływało się dość szybko i było maziste, ale inaczej. Odznaczało się wyższą tłustością. Zmieniało się w maślano-śmietankową, trochę maślaną zawiesinę. Odebrałam je jako trochę śliskawo-gładkie, mimo że znalazła się w nim też lekka pylistość.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz ciemnej czekolady, która kojarzyła się z likierem i syropem kakaowym. Krem niemal błyskawicznie zdradził swoją obecność. W czekoladzie z czasem pojawiła się śmietankowa sugestia, a ja zarejestrowałam, że lekko przesiąkła nadzieniem nawet w miejscach, gdzie go nie dotykało. Gorzkość o palonym zabarwieniu odezwała się po chwili. Mimo drobnej cierpkości, całość jawiła się jako bardzo cukrowa.

Nadzienie rozbrzmiało się już po chwili, umacniając likierowy wydźwięk czekolady, ale dokładając do niego likier jajeczny, którego alkoholowość była już realna. Kiedy rozlało się po ustach, wychodziło na pierwszy plan. Advocat dominował; alkoholowość była wyrazista, ale nie uderzała do głowy. Advocatowy krem był bardzo słodki w zrozumiały sposób. Zarysował się na śmietankowym tle, a po chwili w słodyczy przemknęła lekka sztucznawość. Zaraz jednak zniknęła na rzecz wszechobecnej jajecznej alkoholowości.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz i alkohol rozgrzewały w gardle. Likier jajeczny sprawił, że sama czekolada wydała mi się nieco bardziej cierpka i gorzkawa. Może kawowa? A zarazem polewowa, ale o dziwo nie gryzło się to z likierem jajecznym.

Alkohol z czasem słabł, ale nie znikał, a ja w nadzieniu odnotowałam maślaność i bardziej zwróciłam uwagę na jego śmietankowy aspekt. Jego silna słodycz wciąż jednak wydawała się zrozumiała. Mimo że nie było mocno, chamsko alkoholowe, im nadzienie bardziej znikało, tym mocniej spłycona wydawała się czekolada - właśnie chyba przez alkoholowość. Końcowo przypominała cukrową, trochę gorzkawo kakaową i maślaną polewę.

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodkiego, śmietankowego ajerkoniaka i ogólne przesłodzenie. Czułam cukrowość, wzmocnioną alkoholem w gardle. Nutka czekolady niby wyszła cierpko-gorzkawo, palono, ale w sposób polewowy i trochę tandetny. Także ona dołożyła się do przesłodzenia.

Tabliczka byłaby w zasadzie dobra, ale mam zastrzeżenia. Kremu pożałowano, a sama czekolada była mocno średnio-kiepskawa. Nadzienie było intensywne, że jeszcze ją spłyciło, ale samo w sobie też wydawało się przytłoczone. Dobrze oddawało advocata, ale to za mało, bym miała tę czekoladę ogólnie chwalić. Ogół był przesłodzony. O ile słodycz wnętrza rozumiem, tak czekolady nie, tak samo jak jej polewowość. W sumie... Ku mojemu zaskoczeniu odkryłam, że akurat takiemu nadzieniu nie przeszkadzała i całkiem nieźle to współgrało, jednak i tak wolałabym lepszą czekoladę. Do likieru jajecznego warto byłoby dać coś stonowanego. Nie lubię wystawiać połówek, ale tu musiałam, bo choć tabliczka wyszła lepiej od Henry Lambertz Cream Liqueur Dark Chocolate with cream liqueur with Irish whiskey, to jednak nie czuję tej 7, którą najpierw chciałam jej wystawić. Henry Lambertz Piña Colada Milk Chocolate with Pina Colada truffle filling dostała 7, bo ogólnie patrzyłam na nią przychylniej z tego powodu, że zaoferowała coś ciekawego, łącząc pina coladę z mleczną czekoladą (a nie jak zawsze wszyscy z białą).

Połowa to było moje maksimum, resztę z przyjemnością oddałam Mamie. Jej opinia trochę mnie zaskoczyła: "Mi w ogóle ta czekolada nie smakowała. Napaliłam się na to nadzienie, a ono było takie trochę bez wyrazu. Niby ajerkoniakowe, ale jakieś mdłe nawet jak same wyjadałam. Bo czekolada to taka jak denko w czekoladkach, kiepsko ciemno-polewowa".


ocena: 6,5/10
kupiłam: dostałam od ojca
cena: nie znam
kaloryczność: 524 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, 17,5% likier jajeczny (zawiera barwnik: beta-karoten), tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, mleko w proszku odtłuszczone, syrop glukozowy, emulgator: lecytyny z soi; substancja żelująca: agar; naturalny aromat

poniedziałek, 10 lutego 2025

Henry Lambertz Cream Liqueur Dark Chocolate with cream liqueur with Irish whiskey ciemna 50 % z kremem truflowym z likierem śmietankowym z whiskey

Kiedyś lubiłam dobre czekolady z alkoholowymi nadzieniami - do takich przyzwyczaił mnie Zotter, ale też nigdy nie gardziłam Lindtami z kostkami, wyglądającymi jak kapsułko-beczułki. Tabliczki Lambertz, gdy moją uwagę na nie zwrócił ojciec, skojarzyły mi się z połączeniem tego. Fakt, gdy doszedł głos rozsądku i wspomnienie kiepskawych Henry Lambertz Lebkuchen Zartbitter; + Henry Lambertz Zimtsterne Vollmilch i to, że obecnie tak mi się gust pozmieniał, poczułam, że te nowe mogą być zwyczajnie nie dla mnie. A jednak pomyślałam, że najwyżej Mama zje - może okażą się dla niej? Ona ciągle ma słabość do alkoholowych słodyczy, mimo że słabość nie łączy się z częstym jedzeniem - też bowiem zauważa pogarszanie się wszystkiego, a sama robi się o wiele bardziej wymagająca. Dziś prezentowana czekolada wydawała mi się bardziej w jej guście, niż moim. Czym jest irish cream, w zasadzie ciągle zapominam i muszę na nowo szukać w Google. Samo irish cream to likier na bazie śmietanki i whisky. Dopiero po dodaniu go do kawy powstaje irish coffee. Hm, no, wciąż to było bardziej w Mamy typie niż moim (choć gdy czekoladę dostałam, myślałam, że wnętrze będzie kawowo-alkoholowe - mój błąd).

Henry Lambertz Cream Liqueur Zartbitter Schokolade mit Sahnelikor mit Irischem Whiskey / Dark Chocolate with cream liqueur with Irish whiskey to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao nadziewana (35%) kremem truflowym z likierem śmietankowym, "uszlachetnionym" irlandzką whiskey.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach likieru śmietankowo-cappuccinowego z nieco poważniejszym echem mocnego alkoholu. Po podziale i w trakcie jedzenia whisky rzeczywiście przychodziła do głowy. Alkohol wpisał się w ciężką, cukrową słodycz. Istotny element stanowiła jednak też sama czekolada o palono-kawowym i nieco likierowo-syropowym wydźwięku oraz palonej gorzkości. Jej splot wraz ze śmietanką robił też pojedyncze aluzje do kawy i kokosa. Ogół jawił się dość czekoladkowo.

Polewowa tabliczka była twarda, acz przy łamaniu trzaskała średnio głośno w chrupki, właśnie w polewowy sposób. Czekolada stanowiła grubą warstwę i przy podziale wgniatała się w znacznie delikatniejsze nadzienie. Każdą kostkę wypełniała średnia ilość kremu o tłusto-mazistej, plastycznej strukturze. Był lepki i zbito-rzadkawy.
W ustach czekolada rozpływała się w średnio-szybkim tempie, wykazując maślaną tłustość i mazistość. Wydała mi się ulepkowata, mimo że kremowa i gęsta.
Nadzienie szybko wyłaniało się spod niej i cały czas wydawało się trochę przytoczone grubą czekoladą. Cechowała je miękkość i rzadkawość, a do tego wysoka, maślano-śmietankowa tłustość i zawiesinowość. Było mazisto-maziające się i wręcz śliskawo gładkie. Łatwo rzedło jeszcze bardziej i znikało znacznie szybciej od masywnej czekolady, która zostawała na koniec.

Występ zaczynała czekolada. W smaku od początku była bardzo słodka i już sama w sobie nieco likierowo-syropowa. Co więcej, ewidentnie przesiąkła nadzieniem, nawet gdy chodzi o części kostek, które go nie dotykały. Ogólnie kryła w sobie śmietankowe echo. Po chwili w ustach rozeszła się też palona gorzkość. Rosła dosadnie, pomagając sobie cierpkością. Nic sobie nie robiła ze słodyczy, która szybko też dosłownie podskoczyła, eksponując cukrowy charakter.

Nadzienie szybko się odezwało jako śmietankowy likier o wysokiej słodyczy. Bardzo śmietankowy. Gdy wycisnęło się spod czekolady, skupiło na sobie sporo uwagi, ale czekolada cały czas miała bardzo dużo do powiedzenia. Na pewien czas jednak oddała spore pole do popisu środka - jakby stojąc na straży tego, co się wyrabia.
Słodycz środka zahaczyła o cukrowość, co wzmocniło echo mocnego alkoholu. Dzięki temu jednak mimo że było bardzo słodko, nie męczyło to przesłodzeniem. Whisky raz po raz faktycznie przychodziła do głowy, acz w moim umyśle powstał obraz likieru śmietankowo-cappuccinowego. Przy czym kawę to raczej sugerowała czekolada z wierzchu. Słodycz czekolady nakręcała się ze środkiem wnętrza.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa alkoholowość wraz ze słodyczą aż nieco rozgrzewała, mimo że alkohol nie był straszliwie mocny. Po prostu miał dosadny charakter. Powaga whisky mieszała się jednak ze słodziutkim likierem coraz bardziej śmietankowym, co wyszło aż mdło-tłusto. Czekolada przy tym kremie robiła aluzje do niewyrazistej kawy.

Wraz z  tym, jak nadzienie znikało, czekolada bardziej wracała do gry aż w końcu dominowała. Mimo to, jego smak pobrzmiewał dość długo. Po jednak tak intensywnym, słodko-alkoholowym kremie, wydawała się spłycona i bardziej polewowa. Obok cukrowej i wysokiej, że końcowo już trochę męczącej słodyczy jednak, na zasadzie kontrastu do bardzo śmietankowego nadzienia, bardziej zaakcentowała się palona gorzkość. Miała jednak bardziej tandetno-czekoladkowy ton. Podszepnęło go echo whisky. 

Po zjedzeniu został posmak słodkiego likieru śmietankowego z aluzją do cappuccino, a na pewno z tłustą śmietanką, wzmocnionego odrobiną whisky oraz palono-cukrowej, polewowej czekolady. Słodycz i mocny alkohol aż zaznaczyły się na języku.

Całość była zrobiona tak sobie, bo dużo grubej czekolady przytłaczało nadzienie, a przez jego intensywny charakter, końcowo czekolada wydawała się gorsza. Sama w sobie była przeciętna i bazowa, więc taka jej ilość to trochę za dużo. Od czekolady z nadzieniem oczekuje się raczej dużo nadzienia. A to... było w sumie oddające tytuł - czuć śmietankowy likier, dużo śmietanki i poważniejszy alkohol, a jednocześnie nic chamskiego i zbyt zacukrzającego, mimo wysokiej słodyczy. Smak nadzienia był dobrze wyważony. Ogół więc wyszedł pozytywnie, ale nie porywająco, bo z wieloma kwestiami do poprawy. A jednak no to zwyczajnie nie moja bajka. Zjadłam połowę, ale potem słodycz, tłusta śmietanka, alkoholowość i forma przestały sprawiać mi jakąkolwiek przyjemność, ale rozumiem, że czekolada komuś może smakować bardziej. Dziś opisywana jednak była nudno-niezła, w momencie gdy Henry Lambertz Piña Colada Milk Chocolate with Pina Colada truffle filling wygrała z nią tym, że była niespotykana.

Połowę oddałam już Mamie, ale jej w ogóle nie podeszła i resztka trafiła do ojca. Opisała ją: "Sama czekolada okropna, taka jak polewa z czekoladek, której nie chce się jeść, co środkowi tylko przeszkadza. Tu jednak i środek mi nie podszedł. W ogóle to go jakoś mało, że aż się gubił. A efekt... jakby takie lekko alkoholowe masło".


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od ojca
cena: nie znam
kaloryczność: 525 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa,17,5% likier śmietankowy z 0,1% irlandzkiej whiskey ( zawiera mleko), tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, syrop glukozowy, mleko w proszku pełne, mleko w proszku odtłuszczone, emulgator: lecytyny z soi; substancja żelująca: agar; naturalny aromat

środa, 15 stycznia 2025

Henry Lambertz Piña Colada Milk Chocolate with Pina Colada truffle filling mleczna z kremem Pina Colada

Przy Fin Carre Limited Edition Enjoy Chilled Type Mango Passion Fruit Hola Amigos wspomniałam, że ojciec raz przywiózł mi całe mnóstwo czekolad. Jedną od razu mu wcisnęłam z powrotem, nawet nie otwierając, ale... coś tam wzięłam nawet lekko zaciekawiona. Z marką dziś przedstawianej tabliczki miałam już do czynienia - kojarzyłam, że Henry Lambertz Lebkuchen Zartbitter i Zimtsterne Vollmilch mi i Mamie niezbyt przypadły do gustu, ale pomyślałam, że nadziewanych alkoholowych ciemnych mogę spróbować, bo dawno żadnych tego typu nie jadłam. Z tym że... wpadła mi też mleczna. Co prawda w nielubianym wariancie pina colada, ale z kolei... o tyle ciekawa, że mleczna, a nie biała (dalej nie rozumiem, dlaczego wszyscy uparli się łączyć kokosa z ananasem właśnie w białej czekoladzie). 

Henry Lambertz Piña Colada Vollmilch Schokolade mit Pina Colada Truffelfullung / Milk Chocolate with Pina Colada truffle filling to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao nadziewana (35%) kremem truflowym z likierem o smaku Pina Colada.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach pina colady: ananas i kokos splatały się na likierowej scenie. Alkohol zaznaczył się wyraźnie, lecz choć miał dość ciężkawy charakter, nie napastliwie, a wręcz subtelnie. Mieszał się ze sporą ilością cukru i mleczną czekoladą. Czuć ją bardzo dobrze zza drinka, z którym to poprzez śmietankowo-mleczny ton i słodycz bardzo spójnie się połączyła. Był to przyjemny, mimo że przesłodzony, zapach.

W dotyku czekolada była dość tłusta i już sugestywnie lepkawa. Nie topiła się, ale ciągle miałam wrażenie, że zaraz zacznie. Nie była specjalnie masywna, ale delikatna w sumie też nie. Przy łamaniu wykazywała kruchość, ale nie trzaskała.
Nadzienie wyglądające jak grudkowaty, lepki i dość gęsty żel całkiem porządnie wypełniało wszystkie beczółko-kapsułki. Czekolada jednak stanowiła większość, to pewne, bo robiła za bardzo grubą warstwę.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, trochę lepiąco i miękko. Początkowo próbowała zachować kształt, ale zaraz odpuszczała. Była tłusta w śmietankowo-maślany sposób, a także niegładko-chropowata ze względu na proszkowość.
Nadzienie wyłaniało się z niej po pewnym czasie. Wyszło lekko grudkowato, trochę jak połączenie budyniu z kisielem. Jednocześnie robiła słabe aluzje do marcepanu, ale z kolei bez realnych grudek czy drobinek. Wnętrze cały czas wykazywało pewną lepkość. Było średnio gęste i zupełnie nie zbite, ale też nie rzadkie. To gęstawy, trochę śmietankowy żel. Chwilami było w nim coś śliskawego. Znikał szybciej niż czekolada. Ta na koniec niby traciła gęstość i znikała rzadko, ale do końca czuć jej masywność. 
Rzednące i znikające nadzienie wydawało się trochę przytłoczone czekoladą, acz w zasadzie zgrane z nią. Gdy tak miękły razem, trochę przytykały.

W smaku czekolada przywitała cukrową słodyczą, do której szybko doleciało intensywne mleko. I tak jednak wydawało się nieco spłycone... Prze słodycz i przez echo nadzienia, którym znacząco przesiąkła. Mleczność poszła w śmietankowym kierunku, ale nie pomogło to ogółowi przez wątek aromatu kokosowego, za którym jak cień pobrzmiewał aromat ananasa. Przez to czekolada chyliła się ku tandecie, ale jeszcze udało jej się jakoś obronić. Była wyczuwalna w zasadzie cały czas, choć w punkcie kulminacyjnym, gdy nadzienie rozbrzmiało pełnią smaku, bardzo w tle.

Nadzienie samo w sobie dało o sobie znać prędko. Krem także był bardzo słodki, ale nie w tak czysto cukrowy sposób, a bardziej likierowo. Pierwszy pokazał się lekko soczysty ananas, a zaraz potem mocno likierowy, słodki kokos. Bardzo łatwo o myśl o pina coladzie. Ananas próbował pokazać się z naturalniejszej strony jako sok anansowy, ale czuć wyraźnie, że jego likierowy charakter podkręcono aromatem (choć to nie była napastliwa sztuczność). Owocowość nadzienia trochę rozmyła śmietanka, a alkohol dodał temu nieco powagi, nawet ciężkości, ale nie narzucał się. Ananas i kokos były bardzo wyważone.
Czekolada trzymała się z tyłu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz - kumulacja czekolady i wnętrza - drapała w gardle. Ananas poszedł w nieco cukierkowym kierunku - przy tym poziomie cukrowości, krem robił się troszeczkę bardziej sztuczny, ale wciąż nie jakoś rażąco. Tu wszedł kokosowy likier, raz czy drugi wychylający się nawet przed ananasa, przygłuszając jego cukierkowość.
Alkohol choć nie był chamski, wydał mi się dosadny, a przez to jak rozgrzewał gardło, słodycz wydawała się jeszcze bardziej mocarna.

Z czasem nadzienie zaczęło tonąć w cukrowo-mlecznej, czekoladowej toni. Echo likieru ananasowo-kokosowego i pewna cukierkowość ostały się, ale dopiero za cukrowo-plastikowawą czekoladą. Końcowo czekolada jawiła się jako dosłownie czysty cukier z mlekiem. Zrobiła się plastikowa - chyba alkohol ją tak trochę spłycił.

Po zjedzeniu został posmak cukrowo słodkiej czekolady wraz z drapaniem w gardle i cukierkowość związana z nadzieniem. Dołożył się do tego alkohol - ewidentnie likier. To za jego sprawą czuć i ananasa, i kokosa. Były czysto likierowe. Za likierem pojawiły się aromaty, cukierkowość.

Czekoladę uważam za w miarę dobrze zrobioną, mimo że nie była zbyt w moim typie. 4 kostki jako ciekawostkę zjadłam (przy 4 poczułam, że jeszcze trochę, a to już zmęczy, bo i tak czułam się trochę zbyt przysłodzona). Połączenie mlecznej czekolady i pina colady pasowało - mleczność czekolady dobrze współgrała ze śmietankowym wnętrzem. Kokos i ananas były dobrze wyczuwalne, procenty też się odnalazły - a jednocześnie nic z tego nie było zbyt napastliwe. Pochwalić muszę to, jak zgrane i harmonijne wyszły. Niestety, wszystko było okrutnie słodkie. I z wkradającą się sztucznawą cukierkowością. Kolejnym moim zarzutem jest to, że jednak czekolada - ciężka i gruba - przytłoczyła jedynie gęstawe nadzienie. Jak się robi czekoladę nadziewaną, to co jak co, ale nadzienia żałować nie można (tym bardziej, że czekolada była cukrowa i dodatkowo spłycona przez alkohol, to nie było to coś, co chciało by się czuć na 1. planie).

Resztę oddałam Mamie, która powiedziała: "No, ta czekolada jest dokładne tym, czym ma być! Co prawda nadzienia w niej mało, ale w sumie nie wiem, czy było aż tak pyszne, bym pragnęła go więcej. Z drugiej strony sama czekolada też taka po prostu ok. Na pewno jednak właśnie mleczna bardzo pasuje do kremu pina colada. Faktycznie, można zjeść jako ciekawostkę, bo już samo to, że jest, czym ma być i niezły skład, to w dzisiejszych czasach rzadkość".


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od ojca
cena: nie znam
kaloryczność: 520 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, 17,5% likier śmietankowy o smaku Piña Colada (zawiera mleko), mleko w proszku pełne, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, syrop glukozowy, mleko w proszku odtłuszczone, emulgator: lecytyny z soi; substancja żelująca: agar; naturalny aromat

czwartek, 9 maja 2024

Zotter Utopia Wine & Fruit / Obst mleczna 50% z kremem śmietankowym z białym winem oraz kremem jabłkowo-gruszkowym z miodem

W zasadzie owocowe nadziewane czekolady mleczne można krótko zaklasyfikować jako "nie dla mnie", ale zdarzają się wyjątki. Gdy mogę dostać jakiegoś dziwnego, ciekawego Zottera za darmo, w przypadku niektórych kompozycji włącza mi się tryb "dlaczego nie?". Ten był w sumie w miarę ciekawy - z racji nadzienia z jabłek i gruszek, które bardzo rzadko występują w czekoladach. W ogóle właśnie opis nadzienia na stronie był bardzo ciekawy, sympatyczny. Wg Zottera idealnie odzwierciedla symbiozę wina i owoców w jego winiarni, gdzie winogrona na wino rosną w cieniu drzewek owocowych w systemie mieszanym (ponoć najlepszym). Podobnie w tej tabliczce winny krem znalazł się pod kremem z owoców. Interesująca inspiracja.


Zotter Utopia Wine & Fruit / Obst to ciemna mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao nadziewana śmietankowym kremem "ganache" z białym winem Souvignier gris i grappą oraz kremem z jabłek, suszonych gruszek i miodu.

Po otwarciu poczułam bardzo mocny i słodki zapach alkoholu, dyktującego ciężki klimat kompozycji. Pomyślałam o białym, owocowo słodkim winie i grappie. Mieszały się ze słodyczą
miodu oraz słodką, wyraźnie mleczna czekoladą o nieco chlebowo-orzechowym charakterze. Spód wydawał się nieco bardziej owocowy i słodko-ciężko-alkoholowy. Choć nasiliło się to po przełamaniu, wtedy ujawniła się też wyrazista śmietankowość. Wpisała się w ciężkość słodkiego alkoholu, który dominował.

Tabliczka była niby konkretna, ale miała w sobie coś z delikatności. Łamana nie trzaskała, mimo że nie była miękka. Sama czekolada łamała się krucho, ale wnętrze było miękkie i ewidentnie delikatne. Obie warstwy odznaczały się plastycznością.
Nadzienie dolne, winne, wyszło bardziej maziście-tłusto. Wyglądało na rzadkie. Górne wydawało się zżelowano-dżemowatym, średnio zbitym kremem z grudkami, pojedynczymi kawałeczkami owoców.
W ustach całość rozpuszczała się w szybkawo-umiarkowanym tempie.
Czekolada rozpływała się kremowo i maziście. Dała się poznać jako gęsta i tłusto maślana. 
Nadzienia szybko do niej dołączyły z racji swojej miękkości. Winne okazało się mocno śmietankowe i maziste, bardzo miękkie i wręcz rzadkie. Znikało najszybciej, z czasem wydając się, mimo gładkości,  trochę pudrowym.
Krem owocowy przypominał połączenie trochę zżelowanego dżemu i soczystego, grudkowatego marcepanu z owoców zamiast migdałów. Wydał mi się rozlazły i bardzo, bardzo plastyczny, gibki. Nie rozpuszczał się jednak tak szybko. W ogóle to bardziej się.. rozchodził.
Na koniec zostawało sporo trzeszcząco-skrzypiących drobinek (mieszanka mikroskopijnych skórek i jakby zmielonych wiórków kokosowych?) i pojedyncze, soczyste i jędrne, wciąż jakby zżelowane kawałki owocowe. To trochę malutkich farfocli i trochę większych żelkowatych kawałków o wyższej soczystości (obstawiam jabłka). Do tego kawałki jędrne i ze skórkami (rodzynki?) i o niższej soczystości, z wyczuwalnymi rzężącymi kuleczkami (gruszki). Gryzione to wszystko było raczej miękkie. Sporadycznie zaplątało się coś trzeszczącego (też soczystego).
Żaden z kawałków nie zaprezentował się jako gąbczaste, suszone owoce, czego można by się spodziewać. Za to, co mnie chyba nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę moje "szczęście" - trafił mi się kawałek łuski od jabłka.

W smaku czekolada przywitała mnie karmelową słodyczą i mleczno-maślanym smakiem. Wydała mi się kryć niemal wiejską nutkę, siankowo-orzechowy akcent. Chlebowy akcent już chciał się zaznaczyć, gdy do gry weszły nadzienia.

Alkohol odezwał się bardzo szybko - miałam wrażenie, że czekolada nim lekko przesiąkła. Winny krem podłączał się pod czekoladę konsekwentnie, natomiast owocowe przeszywało ją i bardziej zwracało na siebie uwagę motywem soku jabłkowego.

Krem winny okazał się bardzo słodki. Wydał mi się nieco biało czekoladowy i mocno śmietankowy. Rozgrzewał alkoholem i cukrem. Także w nim pojawiły się soczyste akcenty, ale nie samych owoców, a rześkiego, owocowego białego wina. Alkohol wydał mi się zaskakująco mocny i podkręcił słodycz. Rozgrzał gardło już w ciągu paru sekund. Przewinęła się winogronowa nuta, a ja pomyślałam o grappie. Podpięła się pod kwasek drugiej warstwy, acz winny krem spróbowany osobno okazał się sam w sobie też lekko kwaskawy.

Krem owocowy wplótł w całość trochę kwaśności. Pomyślałam o soku jabłkowym, mieszającym się z kwaskawymi jabłkami, wkomponowanymi w słodką, przecierową masę. Wyobraziłam sobie masę z pieczonych jabłek i gruszek, zalanych miodem. Tego nie pożałowano, acz wydaje mi się, że pod miodem i tu kryła się alkoholowa nuta (nie wykluczam, że warstwa przesiąkła drugą). Wyszło to jak połączenie dżemu jabłkowego z dodatkiem słodkich gruszek i przecieru-musu owocowego (zwłaszcza, gdy spróbowałam osobno, to skojarzenie było mocne). Przewinęły mi się tam jeszcze rodzynki i... jeszcze coś nieuchwytnego. Ten krem dołożył się do rosnącej słodyczy całości, a jego kwasek delikatnie przeplatał całość. W pewnej chwili, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, okazał się podkręcony cytryną. Chyba też przewijała się tam nuta czerwonych owoców.

Mimo kwaśności, gdy miód z dżemowatej warstwy i alkohol z drugiej się połączyły, zrobiło się zdecydowanie za słodko. Drapało i rozgrzewało, a wszystko pod wpływem tych mocnych czynników nieco się spłyciło. Słodycz zrobiła się ciężka i zaczęła męczyć. Kremy połączyły się, że ich owocowość była nierozerwalna i trochę już niedookreślona, choć jabłka akurat czuć cały czas. Słodycz i alkoholowość nakręciły się nawzajem.

Gryzione kawałki owoców w dużej mierze były słodkie w sposób bardzo soczysty, ale dzięki nim czasem wracał też kwasek. Czułam wyraźnie słodko-dżemowate, chwilami kwaskawe, a chwilami wyraźnie suszone, ale soczyste jabłka. Do tego kwaskawe wtrącenia niedookreślone, chyba m.in. rodzynek, a także sporadycznie słodkie, delikatne gruszki.

Po zjedzeniu został posmak mocnego alkoholu o słodko-owocowym smaku, rozgrzanie nim wywołane, a wzmocnione słodyczą oraz sporo owoców. Czułam kwaśno-słodkie jabłka, gruszki, ale i mnóstwo innych. Kwasek był niejednoznaczny. Słodycz zwieńczył miód i białoczekoladowo-śmietankowy, może nawet lekko kokosowy wątek.

Całość zupełnie mnie nie przekonała, mimo że potencjał w niej czuć. Dżemowata warstwa z jabłek i gruszek była bardzo przyjemna. Mimo miodowej słodyczy, nie brakowało w niej soczystego kwasku. Specyficzna, dżemowato-żelowata struktura zacnie wyszła. Takie coś połączone z "białym kremem" mogłoby robić za alternatywę dla typowych nadziewanych czekolad, ale... właśnie ten biały krem za bardzo się rządził. Wyszedł za ciężko do drugiej, ciekawszej warstwy. Ogrom alkoholu, słodycz - to wszystko zaczynało z łatwością męczyć. Gdyby ten krem zrobić delikatniejszym, bardziej bazowym, kompozycja mogłaby zachwycać. A tak wyszła z potencjałem, a spłycona.

Z 72g zjadłam 33g i tyle wystarczyło, by nacieszyć się ciekawostkowością jabłkowej warstwy i bez emocji resztę oddałam Mamie. Opisała czekoladę tak: "Sama czekolada na wierzchu dobra, ale jakaś za słodka do tego wnętrza mi się wydawała. Górne nadzienie z jabłek i gruszek bardzo, bardzo ciekawe, ma ogromny potencjał, ale jego efekt zepsuła cała reszta. Ten biały krem stłamsił ten owocowy. Mocny alkoholowo, białe wino i coś jeszcze czuć, takie to intensywne, słodkie i aż niepotrzebnie. Za bardzo uwagę przyciąga, a to ta owocowa warstwa powinna stanowić sedno tabliczki. Przekombinowane, za bardzo złożone. Z czasem tam nawet coś jakby piernikowego poczułam, co może i fajne było, ale za dużo tego wszystkiego i w końcu za słodko się trochę robi. Dostawałam od Ciebie lepsze Zottery, bo ten po prostu niezły był".


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 18,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 469 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, suszone jabłka (11%), mleko pełne w proszku, syrop cukru inwertowanego, miód, sok jabłkowy (4%), suszone gruszki (3%), rodzynki, odtłuszczone mleko w proszku, białe wino (2%: zawiera siarczany), masło, grappa, syrop skrobiowy, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), koncentrat soku cytrynowego, suszone maliny, słodka serwatka w proszku, verjuice – sok z zielonych winogron, suszona żurawina, proszek kokosowy (pasta kokosowa, mleko kokosowe, mąka kokosowa), napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), emulgator: lecytyna sojowa; sól, sproszkowana wanilia, chipsy kokosowe, pełny cukier trzcinowy, cynamon, ziele angielskie, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), emulgator: lecytyna słonecznikowa

piątek, 29 marca 2024

Lindt Pflaume mit fruchtigem Pflaumenwasser mleczna ze śliwowicą

Mleczne czekolady dawno już mi przeszły. Alkoholowe w większości też, jak i zwykłe słodycze czy alkohol sam w sobie. Prawie we wszystkim można jednak znaleźć wyjątki potwierdzające reguły. W tym przypadku chodzi o pewną specyficzną cukierniczą rzecz - cukrowe szkiełko, występujące czasem w alkoholowych słodyczach, m.in. w serii mlecznych czekolad z alkoholami Lindta. Rok czy dwa lata temu Mama bardzo się z nią polubiła, choć ku jej zaskoczeniu owocowe nie zrobiły na niej największego wrażenia. Zgadzamy się, że najlepiej wyszły Whisky (moja faworytka) i Cognac (jej faworytka). Jako że czasem lubię robić serie recenzenckie lub np. poznawać właśnie jakieś całe serie, gdy tylko zobaczyłam tę tabliczkę podczas zakupów z ojcem (czyli pierwszy raz w życiu stacjonarnie), wzięłam.

Lindt Pflaume mit fruchtigem Pflaumenwasser to mleczna czekolada nadziewana (33%) sokiem śliwkowym ze śliwowicą oraz z warstwą "szkiełka" z cukru.

Po rozerwaniu sreberka uderzył intensywnie słodki zapach czekolady bazującej na pełnym mleku. Zahaczała o cukrowość, lecz i wanilii w jej słodyczy było sporo. Przechodziła w nieco wanilinowy ton, ale nie przeszkadzająco. W oddali zaznaczyło się ciepło, jakby prażony akcent oraz soczyście-kwaśne śliwki i alkohol o cukrowo-likierowym charakterze. Mógł to być likier śliwkowy, ale niekoniecznie. Gdy wąchałam kostkę rozwaloną (tę do zdjęć), zahaczał o spirytusowość, kojarząc się ze śliwkową nalewką. Wzrosła ordynarność (lecz zapach nie był nieprzyjemny), która częściowo pochłonęła śliwki.

Tabliczka wydała mi się delikatna. Przy łamaniu lekko trzaskała, pykała, dając się poznać jako nieco krucha. Na szczęście trzymała się linii podziału, że nic z niej nie wypływało.
Wewnątrz każdej kostki było sporo likieru śliwkowego, który od grubej warstwy czekolady oddzielało pokaźne, cukrowe szkło. 
Ja najpierw obgryzałam płaskie brzegi każdej kostki, by na koniec włożyć do ust "kapsułkę". 
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym. Miękła ochoczo, po czym gęsto zalepiała usta. Była kremowo-tłusta i pełna. Częściowo z czasem zaczynała odsłaniać cukrową warstwę w środku. W pewnej chwili, mniej więcej w połowie rozpływania się, "kapsułka" pękała, a po ustach rozlewał się płyn. 
Warstwa cukrowego "szkła" wtedy dała się poznać jako szliście chrupka i delikatna. Rozpuszczała się wraz z resztą, ale - niepodgryzana - zostawała najdłużej. Gryziona rzęziła i chrupała lekko. Jej grubość była trafiona - na tyle sowita, by się nią nacieszyć, ale nie zbyt gruba, by zmęczyć.
Płyn był jakby nieco zagęszczoną od cukru, lepkawą wodą. Po kostce spływało to-to powoli.

W smaku pierwsza przywitała mnie bardzo, aż nieco drapiąco słodka czekolada. Dała się poznać jako leciutko waniliowo-wanilinowa i do granic możliwości mleczna.
Poziom mleczności był bardzo wysoki, mleko zahaczało wręcz o śmietankę. W tle pojawiła się delikatna, ciepła nuta, kojarząca się z prażonymi orzechami. Wtórowała im słodycz, zahaczająca o cukrowość. Miała wręcz uroczo-dziecięcy charakter.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kawałka z "kapsułką", czekolada odsłaniała miejscowo "szkiełko". Cukrowa warstwa smakowała specyficznie alkoholowym cukrem. Niewiele wnosiła, ale nie była bez znaczenia.

Jeszcze kiedy kostka była w ustach cała, smak słodko-kwaskawego soku śliwkowego i alkohol zdradzały swoją obecność.

Gdy "kapsułka" pękła, po ustach rozlał się bardzo, bardzo słodki alkohol. Zawartość procentów wydała mi się znacznie wyższa niż mają likiery, ale nie była ordynarna. Dosadna owszem. Na jego fali rozeszły się soczyste kwaśno-słodkie śliwki. Pomyślałam o węgierkach świeżych, ale też podsuszonych, a wciąż soczystych, i utopionych w lekko spirytusowym alkoholu. Wystąpiły też trochę obok alkoholu, choć w dużej mierze łączyły się z nim w jedno. Do głowy przyszła mi śliwkowa nalewka. Ta zaszczypała w język i rozgrzała gardło. Słodycz wzrosła drastycznie całościowo, co nakierowało alkohol na wino śliwkowe i może likier śliwkowy (nigdy takiego samego w sobie nie piłam). Śliwkowość, a już na pewno kwasek, trochę się rozmyła w procentach, ale pobrzmiewała do końca, aż płyn zniknął.

Czekolada po debiucie alkoholu wydała mi się jeszcze słodsza, bardziej cukrowa. Na szczęście wciąż była też głęboko mleczna - jej mleczny, ciepły charakter osłabł tylko minimalnie. Echo alkoholu utrzmywało się długo.
Kęsy bez "kapsułek", a więc samej czekolady, którymi przedzielałam sobie kapsułki, pozwalały poczuć mleczną pełnię słodkiej czekolady - nie traciła w zestawieniu z alkoholem.

Szkiełko gryzione po czekoladzie serwowało jakby zgaszony smak cukru, przesiąkniętego alkoholem. Nie był ordynarny. 
Całość końcowo jednak nieco zacukrzała, choć jeszcze nie odpychająco.

Po zjedzeniu został posmak przecukrzonego alkoholu z nutą kwaskawych śliwek, a także cukrowo-waniliowej czekolady. Mleczność była wciąż wyczuwalna bardzo dobrze. Jakby śliwki ją zmotywowały? Procenty lekko gryzły język.

Czekoladę uważam za bardzo udaną. Taka słodka, mocno mleczna czekolada pasowała do słodkiego, śliwkowego alkoholu. Był dość mocny, i choć przesłodzony, smakował śliwkami. Powiedziałabym, że to śliwkowa nalewka z nutą likieru. Same śliwki przyjemnie czuć też nieco jakby obok alkoholowości. Czuć ich lekki kwasek. Nie był jednak pierwszoplanowy, podobnie jak i smak śliwek. Grzecznie podporządkował się mlecznej czekoladzie. Nie wyszło to tanio, acz dosadnie. Struktura udana - uwielbiam tę serię za zacne "alkoholowe szkiełko".
To najlepsza z owocowych tabliczek, równie dobra co Cognac. W moim odczuciu jednak Whisky i tak wyszła najlepiej - acz to pewnie dlatego, że zwyczajnie owocowe alkohole nie są w moim stylu. Myślę jednak, że wielbicieli takich zachwyci o wiele bardziej.
4 kostki powędrowały do Mamy, jako że ona uwielbia tę serię. Jej również smakowała. Stwierdziła: "Bardzo smaczna i z cudownym szkiełkiem. Niby wiedziałam, że ona ze śliwowicą, ale śliwek za wiele nie czułam, a po prostu wyrazisty alkohol, dobrze łączący się z pyszną czekoladą. U mnie w rankingu też jest na drugim* miejscu."
U Mamy na pierwszym jest Cognac, na drugim Whisky i dzisiaj prezentowana, a na trzecim z likierami owocowymi (wiśnia, gruszka, morela).


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 13,98 zł
kaloryczność: 480 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym się nią kiedyś poczęstować

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, miazga kakaowa, śliwowica 4,4%, laktoza, syrop z cukru inwertowanego, odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat soku śliwkowego 1,2%, lecytyna sojowa, substancja zagęszczająca: guma arabska, ekstrakt słodu jęczmiennego, aromat