niedziela, 28 lutego 2021

A. Morin Costa Rica Quetzal Noir 70 % ciemna z Kostaryki

Morin zdecydowanie jest jedną z moich ulubionych marek, a już na pewno taką, do której mam przeogromny sentyment. Co więcej, podoba mi się, że cały czas eksperymentują z nowymi regionami kakao oraz ulepszają swoje czekolady. W ich przypadku zmian nie postrzegam jako złe, acz na początku żal było mi dawnych opakowań. Obecnie jednak, gdy zdecydowanie spadła mi tolerancja na słodycz, zmianę cukru białego na trzcinowy uważam za najlepsze, co mogli zrobić! Postanowiłam więc zaopatrzyć się w czekolady, które mieli od dawna, ale nieco zmienili składy. Mogłam to wreszcie zrobić, bo asortyment już całkiem nieźle poznałam (a zawsze robię tak, że powroty to dopiero jak poznam interesującą mnie resztę). Zaczęłam od Kostaryki... sama nie wiem dlaczego. Bo to dość rzadki region? Bo data? Bo stara wersja miała dziwną strukturę i dziwny wydźwięk (ten akurat końcowo uznałam za dziwny-smakowity)? Zapraszam do przeczytania recenzji Morin Costa Rica noir 70 % z 2015.
Szukając za to co to "Quetzal" (obstawiałam region) w Google odkryłam coś pięknego - ptaka z Kostaryki: kwezal herbowy.

A.Morin Costa Rica Quetzal Noir 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Kostaryki. 

Gdy tylko rozerwałam sreberko, uniósł się nad nią soczysty zapach żywych drzew i pomarańczy, podkreślonych lekką goryczką skórek oraz słodkich, świeżych i w pełni dojrzałych żółtych owoców: śliwek, mango i moreli. Z czasem do głowy przyszła mi również cierpkawa, słodko-kwaśna miechunka, choć ogólnie kompozycja była dość słodka i szlachetna. Wyrazista, wytrawna baza nie była wprawdzie siekierą, ale miała w sobie pewien wilgotny mrok. Reprezentowała go ziemia i grzybowo-truflowe nuty, podkreślone cierpkością i nawet ostrością. Kryły się tam orzechy wręcz gnilne, a te z kolei... uprzyjemniały, łącząc z owocami, drzewa i fistaszki. Mocno, acz nie za mocno, podprażone i zmieszane z ciągnącym, solidnie palonym karmelem.

Twarda tabliczka trzaskała głośno; łamiąc czy robiąc kęsa odebrałam ją jako nieco kruchą, mimo że zarazem kremową.
W ustach potwierdziła się jej kremowość, ale tylko do pewnego stopnia. Gęsty, zbity kawałek nieco miękł, upuszczając z siebie soczyście-tłuste fale. Bazowo był jednak aż szorstki. Przypominało to mazisty, grudkowaty sernik z lejącym i scukrzonym karmelem lub miodem (również krystalizującym się) i oprószony kakaowym pyłkiem. Z czasem się wygładzał, jakby "warstwy" mieszały się i rozpływały. Mimo że za szorstkością stało kakao (taką lubię) w tym przypadku wyszło to cukrowo, niestety (a na pewno były to drobinki kakao - sprawdziłam, wyjmując z ust).

W smaku od pierwszych sekund po ustach rozchodziła się słodycz owoców z mandarynkami i mango na czele. Szybko okazało się, iż podąża dwutorowo.

Z owoców popłynęła wysoka, słodka soczystość. Dojrzałe mandarynki zaczęły mieszać się z charakterniejszymi pomarańczami, goryczką ich skórek i... leciutkim kwaskiem, który skojarzył mi się z jabłkami. Pojawiła się cierpkawość, a ja pomyślałam o miechunce (physalis) i całym egzotycznym miksie żółtych owoców. Cały czas podkręcały wilgoć, soczystość, ale nie walczyły o pierwszy plan.

Z drugiej strony wysoka słodycz zdecydowała się na karmel. Karmel mocno palono-pieczony... Który wmieszał się w coś niemal mlecznego (maślanego?). Oczami wyobraźni zobaczyłam sernik. Nie jakiś pierwszy lepszy jednak, a np. śmietankowo-twarogowo-fistaszkowy? Trochę na wegańską nutę? Orzechowe tony były w nim wyraźne, ale trudne do sprecyzowania, na pewno przyprawiono go jakoś szlachetnie... Miodem i wanilią?

Przypraw w tym wszystkim nie brak. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa miód i wanilia zaczęły mieszać się z jakimiś cieplejszymi... albo to sam miód tak się rozwinął. Pieczoność sernika zaś stworzyła bazę jako ciastowo-truflowy smak. Rozwinęła się wtedy też gorzkość. Po ustach rozeszła się charakterna ziemistość. Była głęboka, lekko ostrawa i... trochę jak krem / mousse kakaowo-czekoladowy z grzybowymi zapędami, a trochę niczym wilgotny, goryczkowaty spód do ciasta / sernika.
Oczami wyobraźni widziałam też nasączoną, czekoladowo-ciastową truflę. Przyprawy zrobiły się dość ostre i przywołały alkoholowe cukierki typu trufle oraz jakieś beczki z alkoholami. Konsystencja zaś dopominała się o scukrzony karmel i miód - wręcz przypalone. Myśli o opalanych beczkach na alkohol, które stały w chłodnej piwnicy cały czas krążyły mi po głowie.

Owoce, które na debiut powyższych oddaliły się, wróciły później, łącząc się z sernikiem i jego gorzkawo-mroczną stroną. Okazało się, że pełno w nim soczystych śliwek i moreli. Takich farfoclowatych, ale jędrnych i świeżych. Przy ich soczystości co do twarogowości sernika nie ma wątpliwości, aczkolwiek także teraz plątała się tam lekka fistaszkowość. Orzeszki świetnie łączyły delikatność z nutami ziemi i przypraw.

W posmaku pozostała bezkresna czekoladowość z goryczką podrasowaną ziemią i truflowością, fistaszkowo-przyprawioną pikanterią oraz soczystością owoców i sernika. Po zjedzeniu, mimo ogólnego poczucia słodyczy, w ustach dominowała palona gorzkość. Nie utrzymywało się to jednak zbyt długo.

Boski czekoladowy sernik z gorzko palonym spodem, fistaszkowo-karmelowymi nutami i soczystością owoców zamknięte w tabliczce. To nie mogło nie zachwycić... Nie tak bardzo owocowa, a mimo że słodka, to nie pozbawiona wręcz mrocznego charakteru.

Była bardzo podobna do swojej starej wersji, ale... na pierwsze zaciągnięcie się zapachem czuć wzrost jakości. Nowa przede wszystkim była mniej oleista, a jej smak poszedł w bardziej szlachetnym kierunku.
Mocno palony karmel, mocno pieczony sernik i ostrość miodu / przypraw genialnie łączyły się z truflowo-ciastowymi, aż przypalono-ciastowymi nutami. Owoce rewelacyjnie nadały soczystość, nie pchając się za bardzo (splot żółtych bardzo pasował). Wszystko to było w pewien sposób podobne do przypalonego ciasta, serka śmietankowego, lasu iglastego i kwaśnych owoców (mango,cytryna żurawina) starej wersji. Wtedy nazwałam to "nieudolnym ciastem"... Zmieniło się to w wymyślne ciasto.
Nowy Morin to Kostaryka w wydaniu na słodko, ale z nieporzuconą gorzką bazą. To mój smakowy ideał (prawie, bo mógłby być bardziej gorzki), ale niestety konsystencja mi się nie podobała. O tyle bardziej, że wiem, że marka potrafi zrobić zupełnie inną.

Palona gorzkość i kwaskawo-owocowe tony przypominały także La Nayę Costa Rica Maleku 72 %, ale nie było to do końca to (La Naya to więcej kwaśnych owoców), a przypalone ciasto Cacheta Costa Rica 71 % (ten znowu różnił się, że smakował kawą). Wanilia i cynamon, paloność i "okopcone drewno" przypominały boskiego Pralusa, ale i do niego ta czekolada nie była zbyt podobna przez truskawki i wytrawne wędzenie Pralusa.
Ze wszystkich linkowanych ta jest chyba najsłodsza i najmniej kwaśna.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 27 zł (za 100 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

sobota, 27 lutego 2021

Milka Alpine Milk mleczna

Jakiś czas temu pewnie sama siebie bym wyśmiała za tę recenzję, ale pisząc ten wstęp nie widzę niczego dziwnego w tym, że ta czekolada też zawitała na mojego bloga. Otóż nie jestem pewna, czy kiedykolwiek jadłam czystą Milkę - zawsze wydawała się za nudna i za słodka. Ostatnimi czasy ponoć Milka się zepsuła (zdanie m.in. Mamy), a skoro Terravita Classic Mleczna zrecenzowana została, konkurencja też mogła. Wprawdzie był moment, w którym chciałam oddać ją całą Mamie, nawet nie otwierając (dostałam ją w podzięce), ale uznałam, że jak już się trafiła, to spróbować nie zaszkodzi. Gorsze rzeczy po trochu się próbowało. Końcowo aż samą siebie zaskoczyłam, jak pozytywnie się nastawiłam przed otwarciem.


Milka Alpine Milk to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao.

Po otwarciu poczułam straszliwie słodki, cukrowy zapach wymieszany z wyrazistym mlekiem, które w połączeniu jednoznacznie kojarzyły się z mlecznymi czekoladkami. Miało to specyficzny, milkowo-plastikowy, sztucznawy (ale jeszcze nie sztuczny) motyw, jakby kryjący "czystość" cukru. Dla mnie nie było to przyjemne, ale rozumiem, że kogoś może kupić, bo było... urocze.

Tabliczka wydała mi się miękko-konkretna. Niby nawet pykała przy łamaniu, ale wydawało się, że zaraz zacznie się topić w dłoniach. Trochę się też jakby kruszyła.
W ustach rozpływała się zaskakująco powoli i gęsto. Zalepiała, tworząc kremową masę, aż przytykającą w gardle. Ogólnie była gładka i dość tłustawa, choć jakby kryła leciuteńką proszkowość.

W smaku od samego początku dominowała przesadzona słodycz czystego cukru. Dosłownie uderzyła mi do głowy, po czym spłynęła do gardła, drapiąc w nim już w pierwszych sekundach. Z minimalnym opóźnieniem w słodyczy znalazło się "coś".

Jednocześnie, acz wolniej, po ustach zaczął rozchodzić się wyrazisty smak mleka, który oczywiście ulegał słodyczy i podporządkowywał się jej, ale miał się względnie nieźle. Zmieszały się zupełnie. Mleczność okazała się naprawdę dość wyrazista, choć nie jak z głęboko mlecznej czekolady, a czekolady z nadzieniem mlecznym. Druga fala, tym razem nie samej cukrowości, a mleczności, jakby spłynęła do gardła mniej więcej w połowie, zmieniając drapanie w palenie.
Bardziej czekoladkowa, dzięcięco-urocza mieszanina w końcu zajechała plastikowo-polewową nutą. Nawet nie tyle, że sztucznie i chamsko tanią, a bardzo odlegle kojarzącą się z figurkami mlecznoczekoladopodobnymi (z cukru, z mlekiem).

Bliżej końca wyłapałam specyficzny posmak Milki, połączenie "orzechowości z czymś", bliżej nie do określenia, bo tłamszone przez tandetną cukrowość, jakby... orzech wymieszany z czymś sztucznym? Nie zaś sztuczny orzech. Chyba wreszcie udało mi się nazwać posmak Milki (jak ja go odbieram)!

Po małej ilości w gardle paliło od cukru, czułam cukrowego kaca, a w ustach posmak głównie cukru. Dopiero w tle, jakieś mgliste echo przypominało, że to urocza Milka i właśnie wreszcie jakoś sobie ten jej posmak nazwałam: "orzech z czymś sztucznym".

Jeśli mam być szczera, mam wrażenie, że czysta-czysta Milka to czysta słodycz. Smaki, w których jest ona zestawiona z czymś (choćby z orzechami w Mmmax Nuss & Nougat Creme), wydala mi się paradoksalnie bardziej milkowa. Odosobniona wyszła dziwnie. Aż zakrawała o cukrową, mleczną polewę czekoladkową... Znaczy... jakby ten jej milkowy posmak trochę o to zahaczał (nie, że waliła tym na kilometr). W Oreo 100 g po zmianach też mi jakaś "nie teges" się wydawała, więc muszę przyznać, że sprawa to dziwna.
Obstawiam, że po prostu czysta Milka jest kiepska, a zyskuje przy czymś. Czy ogółem się zepsuła? Pewnie jak wszystko - jak pisałam, nie kojarzę, czy czystą samą kiedyś jadłam świadomie, ale teraz... wydała mi się i tak mało milkowa w porównaniu do innych produktów marki.
Z takich czystych zasładzaczy wolałabym katować się Terravitą Classic mleczną, która była wyraźniej mleczna i waniliowa. Cukrowa do bólu, ale wolę to, niż dziwny motyw Milki.

Raptem po jednej kostce szczerze miałam dość cukru i autentycznie niesmaku... Plastiku.
Pod recenzję zmuszałam się do drugiej, ale w niej po prostu było coś nie tak. I wiem, że mogłabym się uporać bez problemu z całą przesłodzoną Terravitą PB, mlecznym Lindtem Whisky, ale tak słodka czysta, po prostu płaska czekolada jak Milka nie tylko nudzi, ale i męczy.
Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że z tej półki trudno pewnie o coś o wiele lepszego. Bo co, Alpen Gold, Goplana, Wedel? Lepsze na pewno są Terravita i Gross (ale ten chyba nie występuje jako samodzielna czysta mleczna czekolada).
Prawie cala powędrowała do Mamy. Jej w zasadzie smakowała, ale: "był w niej ten milkowy posmak, ale bardzo, bardzo w oddali. Nie tak, jak kiedyś, że od razu było czuć, że to Milka. Tutaj... smaczna była, ale ten posmak jakby zmieszany z czymś. I rzeczywiście, nawet mnie ten cukier powalił, już jak kończyłam. Z Wedlem dalej wygrywa.".


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, pasta z orzechów laskowych, aromat

czwartek, 25 lutego 2021

Cocoloco Chocolates Salted Caramel 43 % Venezuela mleczna z Wenezueli z solonym karmelem / toffi

Po rozczarowaniu, jakim okazały się nadziewane czekolady Chocoloco, uznałam, że lepiej im nie dokładać i nie czekać do upałów, a zjeść w warunkach... przynajmniej gdy o temperaturę chodzi to rozsądnych. Z każdą otwieraną nadziewaną autentycznie bałam się, co znajdę w środku. Także tę w takim razie zjadłam dość szybko po zakupieniu. Nie ukrywam, że od dawna chodziła za mną ciemna nadziewana karmelem, bo dawno takiej nie jadłam. Niestety, mimo że zamawiałam ciemną, przysłali mleczną i cóż... nie zapowiadało się na degustację w moim stylu. Przeczucie, że nadzienie i tym razem może okazać się tragedią nie pomagało. Było mi więc przykro już w momencie sięgania po czekoladę.

Cocoloco Chocolates Salted! Salted Caramel 43.5 % Venezuela to mleczna czekolada o zawartości 43,5 % kakao z Wenezueli nadziewana śmietankowo-maślanym karmelem z solą (ja powiedziałabym, że solonym toffi).

Po otwarciu poczułam mocno mleczny, niemal śmietankowy zapach o wyraźnie orzechowo-palonym zabarwieniu. Wydało mi się to naturalnie wiejskie, siankowe i słodkie w sposób karmelowy. Po podziale jednak sytuacja się skomplikowała, bo czułam raczej palone masło niż karmel. Snuła się w tym odrobinka soli podkreślająca wiejskość, naturę i mylnie podpowiadająca mleko inne, niż krowie.

Tabliczka była pęknięta, a pazłotko od środka całościowo minimalnie lepkawe; całość zaś wydała mi się nieco zawilgocona, co obudziło we mnie strach, co dalej. Przy podziale nie trzaskała mimo twardego spodu-denka, wykazując nawet skłonności do "łamliwego rwania się" (choć miękka w zasadzie nie była). Góra zachowywała się jak chrupko-łamiąca się polewa, która rozjeżdżała się w obrębie poszczególnych kostek, uwalniając nadzienie.
Karmel był gęsto-miękki i oblepiał wszystko. Nie ciągnął się jednak, ani się nie lał. Taka bardziej zastygła niż płynna forma zaskoczyła mnie pozytywnie.
To jednak i tak kolejna beznadziejnie nadziana tabliczka tej marki - karmel dodano do środka po całości, nie zważając na podział na kostki, a brzegowe części prawie w ogóle karmelu nie posiadały.
W ustach czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, niby kremowo, a trochę jak gładko-plastikowa polewa. Tłustość wydała mi się aż śliska. Obok niej odnotowałam lekką wodnistość, choć w końcu udało jej się nieco zgęstnieć i zalepić.
Karmel wyciskał się z niej niby łatwo, ale nie za szybko, po czym jakoś tam zalegał. I tak jednak znikał szybciej od niej. Był gęstawo-lepiszczy, choć wciąż miękki i minimalnie ciągnący. Przypominając w tym "karmel" z niektórych batonów. Wydał mi się lekko chropowato-grudkowaty, a jednak gładki i w porywach śliskawy. Potem zwróciłam też uwagę na śmietankowo-maślaną tłustość, ale nie męczyła mnie. Wręcz przeciwnie. Struktura nadzienia spodobała mi się. Niestety po nim czekolada zalegała jak plastikowo-lepka grudko-masa.

Już sama czekolada przywitała się mnóstwem cukru i wanilii. Była przecukrzona, że aż wydawała się zrobiona z cukru, mimo że plątał się w niej toffi-orzechowy motyw. Leciutko palony i wpisany w wysoką maślaność. Mleko zaznaczyło się dopiero za nim. Szybko zaczęło to drapać w gardle. Nawet części bez nadzienia miały posmak toffi, więc cały czas się zastanawiałam, czy sama czekolada nim smakowała, czy przesiąkła.

Nadzienie dopiero po chwili właśnie mleczność rozkręciło. Na fali śmietanki wniosło jeszcze więcej słodyczy, mimo że samo w sobie aż tak mocno słodkie nie było. Jego słodycz wydała mi się niecodziennie palono-waniliowa. Po paru chwilach (mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa) na moment nadzienie prawie zrównało się z czekoladą.
Wyraźniejsza zrobiła się maślaność, czułam bardziej palone masło, mało słodkie toffi, także mieszające się z cukrowością czekolady (chyba głównie od niej cały czas pochodziła słodycz) i nutą... takiej wiejskiej naturalności? Innego mleka? Raz po raz przeplatała to sól, w ilości małej, ale wyczuwalnej. Podkręcała łagodne, śmietankowo-maślane karmelo-toffi i orzechy. Niestety wszystko to tonęło w cukrze, który skutecznie zagłuszał to, co ciekawe.

Bliżej końca po wyeksponowaniu nadzienia, wróciła czekolada. Kontrastowo wyszła jeszcze bardziej cukrowo. Wydała mi się bardziej maślano-orzechowawa (za nijako na "orzechowa"), słodka do bólu i nieco nijaka, odlegle mleczna.

Po zjedzeniu zostało przesłodzenie, posmak wanilii i śmietankowo-maślany, wyraźnie solono-palony splot. Nie było to może czyste toffi, ale karmel też nie. Trochę nie wiadomo co, z pogranicza tego i... goryczka. Akurat to jednak nie było nieprzyjemne.

brzegowa prawie nienadziana
Całość zaskoczyła mnie. Przecukrzona, że aż niezjadliwa była sama czekolada. Nadzienie okazało się intrygujące. Bardzo naturalne, jakby domowe. Jak toffi tylko że... właśnie o niskiej słodyczy. Mimo to, czekolada dała radę je zacukrzyć. Szkoda, bo chciałabym móc mu się przyjrzeć. Wprawdzie z tyłu głowy dręczy mnie myśl, czy przy większej ilości nie zaczęłoby mi w nim coś przeszkadzać. Sól podkreślała naturalność, wiejskość i wcale autorytarnych zapędów nie miała, co mnie przekonało.
Niestety jednak forma uniemożliwiła mi w pełni cieszenie się z degustacji. Rozwalanie się irytowało, a rozmieszczenie nadzienia i jego skąpa ilość w stosunku do cukrowej czekolady to jakaś pomyłka. Jemu potrzeba lepszej otoczki!
Mimo że nie lubię toffi, to tutaj - bo właśnie karmelem tego za nic nie mogę nazwać - wydaje się naprawdę dobrze zrobione i ciekawe, jednak... niestety czekolada i jej cukrowość za bardzo cały czas dominowała. Przez to nawet połowy nie zjadłam; 13 kostek powędrowało do Mamy. Jej z kolei sama czekolada smakowała bardziej niż nadzienie: "ono jakieś dziwne, jestem do niego nastawiona bardziej na nie, niż na tak. No ale dobrze no... jadłam sobie, jadłam i nagle na wielką grudę soli raz trafiłam. To nie było fajne, wolę zwykłe nadziewane karmelowe Milki". I zgodziłyśmy się, że wykonanie, a więc rozmieszczenie nadzienia było beznadziejne w konsekwencji czego nawet żadna z nas nie umiała tabliczki całościowo ocenić. Uznałyśmy, że może i naciągane, jednorazowe 5 się należy.


ocena: 5/10
cena: 5 £ (zwrócili mi za pomyłkę)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: mleczna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, wanilia), nadzienie 20 % (śmietanka, ziarna wanilii, cukier puder, płynna glukoza, solone masło)

środa, 24 lutego 2021

Ambiente Czekolada 85 % ciemna

Po Ambiente średniej ciemnej 50,3% z solą i złej mlecznej z ciastkami nie łudziłam się, że dzisiaj prezentowana będzie smakowitym kąskiem, ale nieśmiało tliła się we mnie nadzieja, że... że może przynajmniej będzie to zjadliwe?

Ambiente Czekolada 85 % to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao, produkowana przez The Belgian Chocolate dla Aldi.

Gdy otworzyłam sreberko, poczułam raczej delikatny, ale dość mocno palony zapach orzechów laskowych, wchodzących w maślany, nie za słodki karmelo-nugat. Mimo pewnej łagodności, cierpkość kakao była łatwa do odnotowania. Całość ułożyła się więc w kompozycję bardzo przystępną.

W dotyku tabliczka wydawała się sucha i krucha, jednak przy łamaniu okazała się twarda prawie jak kamień. Trzaskała bardzo głośno.
W ustach rozpływała się powoli, początkowo trochę opornie-ciepłoplastelinowo. Potem jednak przypominała tłusto-maziste ciasto (brownie?): jakby miękła i wilgotniała, serwując trochę kremowej tłustości, przełamanej pylistością, ostającą się jako lekko wysuszający efekt na koniec. Mimo to, poczucia tłustości na ustach nie dało się przegapić.

W smaku od pierwszej chwili poczułam zdecydowaną gorzkość, która reprezentowała dość mocne palenie. Nie było jednak w niej nic ze spalenizny. Pomyślałam za to o dymie i zawilgoconym węglu. Gorzkość zrobiła się kawowa i właśnie w kawie pokazała się drobna cierpkość. Oczami wyobraźni zobaczyłam gęsto-lepkie, ciemne ciasto murzynkowato-browniowate. Cierpkość bowiem niewątpliwie w dużej mierze należała do kakao, takiego najzwyklejszego, a i maślaności nie brakło. Zaraz także drobny kwasek się zaznaczył; do głowy przyszedł mi popiół.

Kwasek plątał się nieśmiało, ale w końcu zdecydował się na coś cytrynowawego, trochę goryczkowatego jak skórka cytryny. Chwilę później pojawiła się też słodycz ciężkich owoców. Nie niosły orzeźwienia, wydały mi się pełne, gęste... Nazbyt wysuszone owoce, które straciły impet? Jak miękko-gąbczaste suszone, niezbyt wyraziste banany i jabłka. Po owocowej (acz obiektywnie wciąż minimalnie owocowej) chwili, w drugiej połowie rozpływania się kęsa słodycz zmieniła charakter na taką najzwyklejszą. Na szczęście utrzymała się na niskim poziomie.

Bliżej końca znów wzrosła paloność ziarnistej kawy, odległa cierpkość kawy z ekspresu, ale nie były mocne, bo po owocach umocniła się maślaność. Należała do ciasta - może ciemnego, trochę nieokreślonego. Była w dodatku jakby trochę orzechowo-nugatowa. Mieszała się z kawą, więc oczami wyobraźni zobaczyłam piankę - na kawie z ekspresu właśnie.

Po zjedzeniu pozostał cierpki posmak kakao i kawy z ekspresu, łagodzony nieco ciastową maślanością i prostą, ale niską słodyczą.

Kojarzyła się z Belgian Dark 72 %, ale była mniej słodka, co przy tej prostej, suchej (?) słodyczy wyszło na plus (w podlinkowanej podchodziła pod bezy). Też czułam gorzkość dymu, popiołu; odebrałam to tak ciastowo, ogólnie podobnie. Dzisiaj prezentowana okazała się jednak niewątpliwie bardziej cierpka, minimalnie kwaskawa, choć wciąż przystępna i w porządku. Niestety jednak dość... nudna. A mimo to na pewno smaczniejsza od 72 %. Do głowy przyszedł mi też Wedel 80 % - od tego to ta czekolada jest o wiele smaczniejsza.


ocena: 7/10
kupiłam: Aldi
cena: 4,99 zł
kaloryczność: 588 kcal / 100 g
czy kupię znów: w akcie desperacji może i mogłabym

Skład: miazga kakaowa, cukier, lecytyny, tłuszcz kakaowy

wtorek, 23 lutego 2021

baton Roshen TidBit Milk Chocolate & Cherry Brownie

Kiedy dostrzegłam trzy nowości na półce (o istnieniu jeszcze jednego smaku nie wiedziałam albo wszedł później), z których napis "brownie" aż do mnie krzyczał, a grafika przyciągała wzrok żywą czerwienią, seledynem czy żółcią, wiedziałam, że kupię choć jedną "małą tabliczkę". Gdy sięgnęłam po nie... okazały się nie do końca tym, za co je wzięłam. Nie wiem, dlaczego leżały w czekoladach - wprawdzie nalepka z tłumaczeniem informuje, że to czekolada, ale... ja bym raczej powiedziała, że bliżej temu do batona albo miniciasta. Było jednak już za późno, bo wizja plebejskiego tworu a'la nadziewańce Zottera w wariancie brownie z sosem wiśniowym do mnie przemówiła. I... jakoś umknął mojej uwadze fakt, że to bardzo, bardzo nielubiany Roshen (nie wiem, jak to możliwe! - może mi się jakoś papierek zagiął?). Na szczęście, w sklepie nie straciłam głowy na tyle, by nie zerknąć na skład i cenę. Po nich stwierdziłam, że nie ma co ryzykować i wzięłam tylko jeden smak, potencjalnie najbardziej w moim guście. Chociaż... też nie wiem, czy dobrze wybrałam, bo mimo że wiśnie to zdecydowanie jedne z moich ulubionych świeżych surowych owoców, to słodycze wiśniowe często przegrywają z cytrusowymi - mam na myśli efekt. Mało tego! Byłam pewna, że to czekolada ciemna, nie mleczna - ta druga ni jak mi do brownie nie pasuje.


Roshen TidBit Milk Chocolate & Cherry Brownie to oblany mleczną czekoladą (o zawartości 34% kakao) baton z biszkoptem kakaowym (13,8%) i galaretką o smaku wiśniowym (40%), stylizowany na wiśniowe brownie.

Od razu po otwarciu poczułam cukrowo-słodki zapach kojarzący się z ciastkami typu Delicje, a należący do galaretki wiśniowej i słodkiego, pszenicznego biszkoptu. Była to bombonierkowa kompozycja, skąpana w taniej, mlecznoczekoladowej polewie. Mimo że przesłodzone jak tylko się da, nie było to sztuczne czy odpychające.

Czekolada na tworze wydała mi się plastikowo-polewowa, ale nie miękka. Nawet lekko pykała i pękała przy łamaniu. Cechowała ją pewna miękkawość, wychodząca na jaw zwłaszcza przy podziale, kiedy lekko wgniatała się w miękką galaretkę. Jej spora ilość (pokaźna zwłaszcza na wierzchu) skrywała trochę kruszący się, suchawy biszkopt i zwarto-miękką galaretkę.
W trakcie jedzenia okazało się, że czekolada była tłusta i plastikowo-polewowa, ulepkowata. Rozpływała się w miarę szybko, a jednocześnie bez polotu, nieco opornie i niezbyt przyjemnie. Grubsza warstwa wierzchu zalegała przylepiona do galaretki dość długo. Maziście-tłusta, wydała się lekko i niepozytywnie proszkowo-szorstka. Suchy biszkopt miękł i nasiąkał, zmieniając się w gęsto-miękką, zapychającą papkę, która jednak znikała dość prędko. Galaretka z kolei okazała się tworem gęstym i początkowo twardawym, ale głównie gibkim i rozpuszczającym się bardzo powoli, choć jakby raczej łatwo. Całość bardzo kojarzyła się z ciastkami typu Delicje. Tylko że cierpiącymi na brak konsekwentności.

Czekolada w smaku to ogrom cukru, ale też wyraziste mleko. Niestety nie obyło się bez sztucznie-polewowej naleciałości, ale ta w całokształcie aż tak nie przeszkadzała. Maślano-mleczny smak wyszedł więc całkiem wyraziście i nie aż tak tanio. Dość długo dominował.

Galaretka odezwała się bardzo szybko, dołączając do czekolady bombonierkowo-słodziaśny, wiśniowy smak. Podbiła cukier i galaretkową cukierkowość. Wyszła sztucznie, ale nienapastliwie. Z czasem wprowadziła lekki "czerwony kwasek" i jeszcze więcej cukru. Smakowała przede wszystkim przesłodzoną galaretką wiśniową, ale też kojarzyła się z tanią bombonierką wiśniową. Bardzo słodziutką i "złudnie alkoholową za sprawą słodyczy" (wzięłam w cudzysłów, bo mimo że tak to odebrałam, w składzie alkohol autentycznie jest).

Taniość podkreślił biszkopt, ogólnie niewiele wnoszący. Sam w sobie był słodki, ale nie jakoś wyjątkowo. Nie powiedziałabym, że był specjalnie kakaowy, może delikatnie... Głównie zwyczajnie biszkoptowo-pszeniczny. Wydał mi się dość w tym mdławy, a im wilgotniejszy tym bardziej wpisujący się w czekoladę.

Po przebiciu się środka mleczna czekolada wyszła jeszcze bardziej tandetnie, jak figurka czekoladopodobna.

W posmaku zaś została cukierkowa sztuczność wiśni, ogólna cukrowość i posmak jak po jaffa cakes, czyli po prostu galaretkowo-biszkoptowy. Miałam też poczucie zatłuszczenia i zalepienia, a jednocześnie przypchania suchawą papką.

To tani, delicjowaty baton i tyle. Brownie? Nie powiedziałabym, chyba że na wygląd.
Resztę oddałam Mamie, sama zjadwszy... niewiele. Ponoć od początku do końca się zastanawiała, czy w ogóle jeść, ale w końcu zjadła, bo "taka ciekawostka, fajne to na raz, takie inne. I ta wiśnia słodka dobra, no biszkopt... ciekawe, tylko że galaretka jakaś dziwnie twarda, a czekolada mogłaby być lepsza, bo tak to między czekoladą, a polewą, no ale fajne. Na pewno lepsze niż Delicje Wedla, ale że brownie to nie powiedziałabym".


ocena: 4/10
kupiłam: Carrefour
cena: 1,99 zł (za 70g)
kaloryczność: 430 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna 45,6% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku 17%, miazga kakaowa, emulgatory: lecytyny sojowe, E476; aromat: wanilina), cukier, syrop glukozowy, pasteryzowana masa jajowa, mąka pszenna, substancja żelująca: pektyna, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 0,8%, substancje utrzymujące wilgoć (sorbitol, glicerol), olej palmowy, zagęszczony sok wiśniowy 0,4%, regulatory kwasowości (kwas mlekowy, kwas cytrynowy), alkohol etylowy, mieszanka emulgująca (skrobia pszenna, serwatka w proszku, emulgator E475, sól, substancje spulchniające: E450i, proszek do pieczenia), aromaty, barwnik (antocyjany), sól, proszek do pieczenia

poniedziałek, 22 lutego 2021

Lindt Excellence Dark 70 % Cocoa ciemna

Jak pisałam przy Lindt Excellence 65 % Cocoa Milk Chocolate, po latach postanowiłam wrócić też do 70 %, a więc klasyka. Niejednokrotnie dostawałam pytania, jakie czekolady mu dorównują, a które są tańsze. Sęk w tym, że na przestrzeni lat od jego zrecenzowania, odkryłam, że właściwie wiele czekolad i tańszych, i droższych jest równie dobra czy lepsza pod wieloma względami. I wystawiona mu 9 była mi solą w oku, bo nie byłam pewna, czy z czystym sumieniem nadal w moim odczuciu był czekoladą na tę ocenę.

Lindt Excellence Dark 70 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao.

Już rozrywając sreberko poczułam intensywny (chociaż nie tak intensywny jak w przypadku Excellence z dodatkami, a więc o niższej zawartości kakao), wytrawnie gorzki zapach o palono-kawowym, przystępnym charakterze. Przejawiał soczystość żywych drzew i żywicy. Osnuty był dość pewną siebie słodyczą o waniliowo-karmelowym i owocowym podszyciu. Pomyślałam nawet o odrobince przypraw i likierze.

Tabliczka była gładka, ale nie tłusta. Przy łamaniu trzaskała głośno i chrupko, okazując się twardą.
Lekko ziarnisty przekrój nie pasował do tego, jak zachowywała się w ustach: kremowo-tłusto i aksamitnie, gładko, acz nie idealnie. Rozpływała się pozytywnie powoli, zalepiająco (minimalnie w tym aż ulepkowato) i bez oporu. Miękła, zachowując formę z racji gęstości. Czekolada wydawała się pełna, ale nie ciężka.

W smaku od chwili wgryzienia się czuć dość mocne, ale nie przesadzone palenie. Dominowała stateczna gorzkość palonej kawy, która powoli rozchodziła się po ustach. Był to smak wyrazisty i intensywny, ale nie szarżujący.

Mieszał się ze słodyczą, która także szybko pojawiła się bez oporów. Weszła poprzez wanilię, serwując następnie waniliowo-cukrowy splot. Z racji paloności prędko pomyślałam o palonym cukrze, a więc karmelu, acz bardziej maślanym. Uchwyciłam też niemal owocową soczystość. Skumulowana słodycz podszepnęła morele i suszone śliwki kalifornijskie.
Do kawy zaś dodano odrobinę likieru i śmietanki. Słodycz za ich sprawą była odważna, ale nie zwyczajna i tylko odrobinkę za mocna. Na szczęście łączyła się z leciutką cierpkością. Waniliowo-karmelowy duet skojarzył mi się z wykwintnym wydaniem nadzień popularnych batonów (żadnego konkretnego), z ciągnącym karmelem (który równie dobrze mógłby być nazwany "toffi") i... nugatem?
Zaraz dołączyła do tego maślaność, mieszająca kawę ze słodzidłami i jeszcze dosadniej sugerując prażone orzechy w formie nugatów.

Do głowy przyszło mi wykwintniejsze kawowe ciasto murzynkowatego typu, przyprawione i wilgotne... Wilgotne albo i nieco soczyste jak... żywe drzewa z lasu iglastego po deszczu. Tym razem to tu wyłoniła się drobna soczystość. Przez moment pomyślałam o suszonych morelach i śliwkach kalifornijskich lub likierze morelowym, ewentualnie jakiejś morelowej warstewce we wspomnianym ciachu. Lekka cierpkość przyjemnie zawiązała sztamę ze słodyczą.

Właśnie one, waniliowo-soczysta słodycz i cierpkość kakao o kawowo-likierowych zapędach - harmonijne i wyważone - zostały w posmaku. Łączyła je paloność, ale i pewna rześkość lasu czy nawet odległych owoców.

Całość odebrałam bardzo podobnie jak lata temu. Znów ubolewam, że to 70 % nie jest bazą pod wszelkie Excellence z dodatkami (mają po 47-49%), bo ta jest przepyszna. Nie sposób jednak nie pomyśleć tu o konkurencji, np. Grossie 70 %. W nim również czułam paloną kawę i śmietankę oraz słodycz karmelu (bardziej karmelki). To, czym mnie Gross ujął, to własnie śmietanka, nie maślaność. Obie jak na tę zawartość bardzo słodkie, ale wciąż przyjemnie cierpko-gorzkawe. Morelowe tchnienie utwierdziło mnie w przekonaniu, że mimo nieco sztucznie zawyżonej ceny, Lindt zasługuje na 9.
To obecnie jednak z moich czekolad typu "do dojadania / zagryzania" - czyli takich, których zawsze mam zapas i dojadam, gdy np. degustuję jakąś o śmiesznie małej gramaturze lub jakaś mi nie smakuje. Inna z takich to wspominany Gross.


ocena: 9/10
kupiłam: Kaufland
cena: 5,99 zł (promocja)
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy kupię znów: w promocji tak

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, wanilia

niedziela, 21 lutego 2021

Chocolove xoxox Almonds & Sea Salt in Dark Chocolate 55 % ciemna z migdałami i solą morską

Nie lubię sytuacji, w których wkurzam się, bo np. dostałam coś zupełnie nie w moim guście, ale co "było blisko" czegoś fajnego; od kogoś, kto szczerze chciał dobrze. Doceniam wtedy i jestem wdzięczna, ale jednocześnie męczę się z uczuciem, że "mogło być tak pięknie"... Marka Chocolove xoxox nigdy mnie nie kręciła, a ich Ginger Crystallized in Dark Chocolate nieszczególnie mi podeszła. Z amerykańskich czekolad ze średniej wyższej półki wybrałabym jednak pewnie wiele innych. Z tej marki... raczej nie tę. Ani taka "mało ciemna" mi za bardzo się nie widziała, ani obecnie soli w czekoladzie potencjalnie cukrowo-ciemnej nie uznałam za atrakcyjną, ani te "mocno i sucho wyprażone" (tak zachwalane przez producenta) migdały mnie nie przemawiały. Wprawdzie odetchnęłam z ulgą, że nie muszę się obawiać smażonej nuty (która często pojawia się przy karmelizowanych po amerykański migdałach), ale... bałam się, że znów zatraci się sama migdałowość. Gdybym mogła ją zabrać w góry, pewnie też bym o wiele pozytywniej się nastawiła. Problem w tym, że ograniczenia związane z pandemią i data ważności uniemożliwiły mi to.

Chocolove xoxox Almonds & Sea Salt in Dark Chocolate 55 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 55 % kakao z prażonymi migdałami i solą morską.

Nie ukrywam, że opakowanie jest w pewien sposób ujmujące. Podoba mi się klimat związany z listami, choć prawie żadnych nie wysyłam. Wierszy, a już zwłaszcza poematów miłosnych nie lubię, ale to, że jak w przypadku każdej tabliczki jeden wydrukowali wewnątrz, też uważam za pomysłowe.

Gdy tylko rozchyliłam sreberko poczułam mocno prażono-pieczony motyw i niemal miodową słodycz, odlegle kojarzącą się z bakaliami. Bardzo wyraźnie wydobywały się z tego migdały, wpisując się w prażono-ciepły klimat. Zza ewidentnie silnej słodyczy o głos dopraszało się cierpkie kakao o kawowym zabarwieniu. Mimo że ciepła, kompozycja wydała mi się... wilgotna jak ciasto nasączone miodem.

Gładka na dotyk tabliczka była twarda i głośno trzaskała. Migdały łamały się wraz z nią - jakby nie mogły się doczekać, by pochwalić się swoją chrupkością. Dodano je pod postacią głównie połówek i ćwiartek, ale też mniejszych (także bardzo malutkich) kawałków. Wiele z nich miało skórki, co mnie bardzo ucieszyło.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i gładko, wręcz ślisko. Raczej kremowo, ale zmierzając trochę w plastikowym kierunku. Mimo że tłusta w sposób zbity i twardy, nie była ciężka. Nie zalepiała, a znikała z granicy smaru i wody.
Migdały wyszły twardo chrupiące. Chrupanie było przyjemne, choć przy dwóch-trzech wydały mi się zbyt twarde (to kwestia prażenia?). Od niektórych skórki odpadały z łatwością, co potem też dało ciekawy efekt. Rzeczywiście suchawe, ale na szczęście raczej niesoczyste i nietłuste niż suche jak pustynia. W zasadzie całkiem w porządku, choć nie pierwszej klasy.
Sól została dodana niezależnie od migdałów; rozpływała się integralnie z czekoladą i (ku mojej uciesze) na żaden jej większy kawałek nie trafiłam.
Podobała mi się ilość dodatków, bo nie miałam wrażenia, że najeżono nimi tabliczkę przesadnie. Urozmaicały przeciętną strukturę czekolady, a choć parę razy drobne kryształki soli chyba udało mi się wyczuć na dotyk językiem, to nie miałam wrażenia obcowania z nimi.

W smaku od początku czekolada zaszarżowała niemal miodową słodyczą. Okazała się bardzo słodka, w kolejnych sekundach wręcz cukrowa. Prędko jednak obudowane to zostało również intensywną nutą paloną. Pomyślałam o pieczono-palonym cieście... Miękkim i niemal mokrym od tłuszczu i miodu. O cieście makowym? Makowcu-roladzie? Z drożdżowo-maślaną częścią? Ze sporą ilością słodkich bakalii na pewno. Może w towarzystwie kawy?

Kawy... i bez wątpienia orzechów. Orzechy wypalono-wyprażone płynęły z samej czekolady, która bazowo stawała się coraz łagodniejsza, maślana. Zmieniła wydźwięk na bardzo orzechowo-migdałowy, trochę ciastowo-chlebowy... Jak piernik! I to taki leciutko cierpko-kakaowy, i jakby soczysty. O gorzkości jednak nie ma co mówić, bo mniej więcej od połowy rozpływania się kęsa, baza została umocniona maślaną nutą. Wtedy też zaczęła dawać o sobie znać sól. Dziwnie podkreślała cierpkawość. Połączyła ją z miodowo-cukrową słodyczą, uszlachetniła ją, dyktując trochę karmel.

Nie musiałam gryźć dodatków, by je poczuć.
Migdały smakowały mocno prażonymi migdałami. Wyszły bardzo intensywnie, bez problemu zrównywały się z czekoladą. Sól, jaka się między nimi i wręcz na nich pojawiała, podkreśliła także sam prażony wątek. Nie pożałowano jej. Uwypukliła miodowość, a potem chwilami robiło się dość słonawo. Dzięki jednak ogólnej migdałowości nie odstawała, a umiejętnie przełamywała przesłodzoną masę. Lekko podgryzane "na boku" migdały poprzez skórki dodawały gorzkawość.

Gdy bliżej końca zaczęłam zajmować się migdałami, sól już powoli znikała. Czekolada wydała mi się wtedy złagodzona, jeszcze bardziej maślana, mniej cierpko-gorzka.
Migdały rozgryzane na koniec oczywiście przodowały. Były to mocno wyprażone migdały z goryczkowatymi skórkami. Mimo że dobrze je czułam, miałam wrażenie, że chwilami samo prażenie było prawie tak mocne, co migdałowy smak. To zaś łączyło się z solą. Co ważne, na koniec zostało tylko echo słonawości, nie sól. Wyraźnie za to wszystkim zaopiekowała się cierpkawość kakao.

Po zjedzeniu czułam posmak migdałów, cierpkawo-kakaowy oraz czekoladowo-karmelowo miodowy i silne zacukrzenie. Odnotowałam też poczucie słoności, bez mocnego posmaku soli i dziwne wrażenie tłuszczowości bez żadnych warstw itp. na ustach.

Czekolada w zasadzie wyszła w porządku, choć mam mieszane uczucia. Wolałabym, by słodycz kończyła się na iluzorycznej miodowści. Wyrazista sól podkreśliła co nieco, ale... w tym cukrowość, a to mi się nie podobało. Mimo wszystko, dobrze, że była (nawet ilości chyba bym nie zmniejszyła). Prażenie migdałów... no też pewne rzeczy podkreśliło, ale koniec końców było mi obojętne, choć nie wiem, czy trochę nie wykroiło samej migdałowości z migdałów. A może i tak by takie były? Były dobre, ale trafiałam na lepsze.
Ogólna maślaność, tłusta struktura - nie dla mnie, ale też nie jakieś specjalnie nie odpychały. Ot, zwyczajnie w porządku.


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 533 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ciemna czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilia), migdały, sól morska

sobota, 20 lutego 2021

Cocoloco Giant 80 % Ugandan Dark Chocolate Buttons ciemna z Ugandy

Kakao z Ugandy przypadło mi do gustu dzięki swojej prostocie. W końcu... próbowałam je właśnie w wydaniu dość prostych czekolad, dobrych, ale nie z najwyższej półki. Chciałam mieć coś... innego w tym guście, zwyczajnie-smacznego, może nawet nudnego. Na to się pisałam. Patrząc na ofertę Chocoloco z bólem odnotowałam, że nie mają niektórych czekolad o danej zawartości jako tabliczki, a jako guziki. Z braku laku na jedne takie się zdecydowałam, bo pamiętałam, że kiedyś dostałam z Sekretów Czekolady setkę Menakao w takiej formie i też było spoko, mimo że oczywiście wolę tabliczki. Ich opakowania wyglądają prawie tak samo, różnią się jedynie kolorami wstążek (że też akurat w przypadku interesującej mnie zawartości i pochodzenia musiało paść na różowy...).
Dopiero już podczas przyglądania się opakowaniu tknęło mnie: czy to aby nie przypadkiem jakaś czekolada do pieczenia / roztapiania / fontann? Skład natychmiast wydał mi się podejrzany / pomylony, więc natychmiast skonsultowałam z producentem. Co usłyszałam? "Nasza czekolada 80 % zawiera trochę cukru, a składy są jak najbardziej prawdziwe, tylko że niekoniecznie pierwszy składnik na liście jest tym, którego w czekoladzie najwięcej". Potem przyznali mi rację i napisali, że poprawili, a wszędzie długo nadal widniało to samo... aż w końcu zmienili - jak widać, miazga miazdze nierówna. Ręce mi opadły; nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. Ludzie...

Cocoloco Giant 80 % Ugandan Dark Chocolate Buttons to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao forastero z Ugandy.

Po otwarciu trafiłam na wyrazisty, ale raczej spokojny zapach ziemi i przypalonego, wręcz odymionego ciasta. Oczami wyobraźni zobaczyłam jakieś kapcio-babki, ciasta cytrynowe z kwaskawymi masami... Bo właśnie całkiem sporo soczystości czułam: cytryny oraz czerwone... nie tylko owoce ogółem (powiedziałabym, że słodkie truskawki i wiśnie), ale też wyraźnie cytrusy (grejpfruty może?). W tle niepewnie przewijały się orzechy ziemne i brazylijskie.

Guziki ładnie nie wyglądały. Skojarzyły mi się z szarymi od tłuszczu, tandetnymi pseudo czekoladowymi monetami. Szarość jednak znikała po jednym przeciągnięciu palcem (producent tłumaczył, że "w paczce krążki po prostu ocierają się / obijają jeden o drugi").
W dotyku wydawały się polewowo-tłuste, przy łamaniu lekko pykały, jakby zapowiadały miękkawość. Obstawiam, że złożyły się na to rozmiar i cienkość, ale też sama konsystencja. Przy robieniu kęsa nie słychać chrupania; miałam za to wrażenie, że wgryzam się w taflę z twardego masła.
W ustach rozpływały się w średnim tempie, ale raczej szybko niż wolno i bez oporu. Miękły i gięły się, co zupełnie nie pasowało do tej zawartości kakao. Okazały się tłuste (w pierwszej chwili jak chłodne masło) i odrobinę zalepiająco-maziste jak pozornie gładko-tłuste ulepki. "Pozornie", bo z czasem wykazywały wysoką talkowość. Znikały przeistaczając się w lepko-tłustawą zawiesinę, pozostawiającą trzeszcząco-pylisty efekt.

Smak dobrze odzwierciedlał zapach, bo najpierw przedstawił się jako delikatnie wręcz słodziutki, maślany, trochę waniliowy, a dopiero potem nieśmiało kwaskawy i gorzkawy. To zaś przełożyło się na skojarzenie z ciastem cytrynowo-maślanym. Maślaność wydawała się lekko przykrywać większość nut.

Słodycz opływała cytrusy ze wszystkich stron i przenikała je. Pochodziła z nich i zabarwiała je. Czułam dojrzałe, słodkie pomarańcze i mieszaninę owoców czerwonych - wciąż cytrusowych (grejpfrut? pomarańcze czerwone?), ale i jako inne owoce. Te cechowała już wyraźniejsza słodycz, acz też pewien kwasek. W pewnej chwili wyraźniej poczułam cytryny, a zwłaszcza ich goryczkowate skórki.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa na mocy przybrała gorzkawość. Wyrazisty palony charakter podyktował ciastu trochę ciemniejszy kolor, przypalił je nieco i odymił, a sam podrzucił orzechy. Podprażone fistaszki, tłuste orzechy brazylijskie chwilowo wyszły na przód. Mieszała się z nimi ziemia i smak... tak palony, że aż zwęglony. Czułam węgiel. Czarny węgiel splatał się z czarną, wilgotnawą ziemią, serwując gorzkość, wciąż jednak w realiach przystępnych.

Potem orzechy zaczęły się zmieniać w tłuste masy. Orzeszki ziemne i brazylijskie jako... nie tyle miazga z nich, co coś maślano-nugatowego, może jak smarowidło orzechowo-czekoladowe, ale z nich. Zaraz też doszukałam się chyba laskowców, albo niejednoznacznego orzechowo-czekoladowego kremu. Nagle z kremu wyłoniła się przesadzona słodycz. Wciąż przejawiała się przez to ziemistość, lekka pikanteria i węgiel. Bliżej końca w niej umiejscowił się kwasek. Odkryłam tam słodko-podfermentowane czerwone owoce. Obstawiałabym przejrzałe wiśnie i truskawki. Ziemistość wyjątkowo zgrabnie związała je z orzechowymi nutami. Pomyślałam o jakimś cytrusowym cieście. Wszystko to jednak zakrywała maślaność i smakowa tłustość / mdławość oraz węgielne nuty.

W posmaku pozostały czerwone owoce i soczyste cytryny, a także mnóstwo orzechów w wydaniu przesadnie zasłodzonym w sposób prosty. Nie podobało mi się też, że było to jakby rozmyte maślanością smakową, bardzo złączoną z tą fizyczną, wyczuwalną na ustach. To jednak także całkiem nieźle ziemiście-węgielny smak. Ten drugi czynnik podkreśliła strukturalna talkowość.
Nie utrzymywał się specjalnie długo.

Całość wydawała mi się smaczna, ale bez życia. Mocne nuty utemperowano maślanością i słodyczą: za dużo tu ciastowości i tego, że orzechy wystąpiły jako kremy. Cytrusowość, wiśnio-truskawki i ziemistość, węgiel wydawały się głównymi nutami, ale popalić nie dały. Cały czas mówić można jedynie o gorzkawości, nie gorzkości. Konsystencja mi się nie podobała zupełnie - miękko-tłusto i talkowo? Ulepkowato? Nie dla mnie! W swej miękkości przypominała aż nadziewane Terravity 70 % (nadziewanym to jeszcze uchodzi). Dobrze jednak, że przynajmniej ta talkowość znalazła jakieś powiązanie z węglem, więc aż tak źle nie było.
Mimo że nie bardzo owocowa, była zdecydowanie najbardziej owocowa ze wszystkich jedzonych dotąd czekolad z Ugandy. Tamte (Tesco finest i Cachet) to mocniejsze orzechy (też jako kremy), miody, przyprawy... Cocoloco wyszła... prawie głęboko, ale właśnie z głębią stłumioną i zasłodzoną.
Nie podoba mi się także forma - wolałabym tabliczkę, ale w sumie... widziałam, co kupuję, stąd i połówka. Co innego, że 80 % kakao z Ugandy u nich po prostu jako tabliczka nie występuje, a uwierzę, że w innej formie mogłoby wyjść nieco lepiej - może do 7 by wyciągnęło?


ocena: 6.5/10
cena: 3,99 £ (za 130g)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład (z opakowania): cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, wanilia
Skład (ze strony): miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, wanilia

piątek, 19 lutego 2021

Lindt Lindor Orange mleczna z nadzieniem pomarańczowo-czekoladowym

Kulki Lindt Lindor jadłam chyba tylko raz czy dwa w życiu i zupełnie mi nie odpowiadała ani ich obleśna struktura, ani forma, ani kiepski według mnie smak. Czekolad z tej serii też nie uważam za warte uwagi, bo ani Lindor Hazelnut Milk Chocolate, ani Lindor Dark / Dunkle 60 % Stick mi nie smakowały. I mimo że forma bardziej czekoladowa niż kulki, to i tak do mnie nie przemówiła. Pewnego dnia dostrzegłam jednak względną nowość, której jakoś nie mogłam się oprzeć. Wyszła naprzeciw mojemu rozmyślaniu o tym, że nie rozumiem, dlaczego producenci tak rzadko łączą pomarańczę z mleczną czekoladą. Bardzo dobra Ambiente Truffle Chocolate Negro Sabor Naranja utwierdziła mnie w przekonaniu, że wszyscy tylko tracimy na nie niełączeniu ich. Według mnie pomarańcze pasują i do ciemnej, i do mlecznej. Dlatego mleczną pomarańczową Terravitę aż zamówiłam przez internet. Wzięło mnie więc na zrobienie porównania, jak to na różne sposoby mleczna czekolada może łączyć się z tym cytrusem.


Lindt Lindor Orange Milk Chocolate Bar / Stick to mleczna czekolada nadziewana czekoladowo-pomarańczowym kremem (40%); u mnie jako paluszek / batonik ważący 38 g.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie poczułam intensywną, trochę galaretkowatą, ale bardzo soczystą pomarańczę oraz silną słodycz tak wymieszaną z ogromem mleka i właśnie pomarańczą, że nie męczącą. Niestety jednak doszukałam się dość wyraźnej nuty margaryny. Za nią tliła się rześkość, mimo że pomarańcza ewidentnie pochodziła z aromatu. Nie była jednak w pełni sztuczna, nadawała odrobinkę mocniejszego charakteru w sumie uroczej czekoladzie.

Już w dotyku tłusty paluszek nawet nie raczył pyknąć przy łamaniu. Był delikatny, mimo grubej warstwy czekolady. Skrywała bowiem tłusto-maziste, pół-płynne nadzienie, na oko trochę się z nią zlewające.
W ustach czekolada rozpływała się błogo, w tempie umiarkowanym. Miękła i kremowo-gęsto zalepiała. Nadzienie wydobywało się z niej już po paru sekundach. Niemal mlecznie prędko wylewało się / wyciskało się z kostek, potem trochę pozlepiało resztę kostek. Zepsuło przyjemny efekt, bo było znacznie rzadsze w sposób oleiście-śmietankowo-płynny. Skojarzyło mi się z bardzo tłustym mlekiem, pozostawiającym maziste smugi, ewentualnie z roztopioną czekoladą, a gdy wziąć pod uwagę jakość... z zostawionymi na słońcu smarowidłami na chleb (typu Nutella). Znikało znacznie szybciej od samej czekolady, ale obrzydzić i dziwnie aż przytkać gardziel zdążyło szybko.

W smaku sama czekolada przywitała mnie ogromem cukru i mleka, splatającymi się w błogi duet. Wyszła uroczo, głęboko, lecz wciąż z odległym smaczkiem kakao. Dodatkowo podkreśliła je nutka pomarańczy, którą wierzch lekko nasiąkł.

Nadzienie podbiło smak mleka i kontynuowało przesłodzoną mlecznoczekoladowość, dodało "kakałkowość". Wraz z jego wyłanianiem się nasilała się także pomarańcza. Nagle w zasadzie uderzyła, chwilowo wyskakując ponad wszystko inne. Rześko-soczysta, a jednak goryczkowata jak skórka i galaretki, łączyła w sobie naturalną i olejek - nie była ani zbyt jednoznaczna, ani specjalnie intensywna. To jednak wyszło jak najbardziej na plus. Równie szybko jak weszła, tak potem rozeszła się po ustach i mniej więcej od połowy rozpływania się kęsa trwała jako delikatna, acz wyczuwalna nuta. Rysowała się na bezkreśnie cukrowym, ale wciąż mlecznym, niemal śmietankowym tle. Spłynęło to-to do gardła, drapiąc tam straszliwie. W pewnym momencie doszukałam się oleiście-margarynowej, nijako tłuszczowej nuty. Może była trochę maślana, trochę niesprecyzowana, jak... jakieś smarowidło czekoladowe? Na szczęście pomarańcza i cukier zagłuszały to skutecznie.

Bliżej końca zrobiło się straszliwie słodko, jednak po występie pomarańczy mleczność mlecznej czekolady wróciła ze zdwojoną siłą. Zyskała nawet pewien charakterek kakaowo-pomarańczowy. Mleko jako baza pod to wyjątkowo dobrze wyszło. Pod koniec cukier już drapał w gardle naprawdę nieznośnie, ale dzięki mleku i pomarańczy, było to do zniesienia.

Po zjedzeniu czułam przesłodzenie i zatłuszczenie, wręcz olej na ustach, a także posmak olejku pomarańczowego i cukrowo-mlecznej, ale smacznej czekolady. Sam posmak był w miarę w porządku, ale jego otoczka już nie. Olejek utrzymywał się też aż w końcu irytująco długo.

Całość wyszła w zasadzie nieźle. Miałam wrażenie, że pomarańcza przygłuszyła charakterystyczne wady tej serii, a więc oleistość, margarynowość i przecukrzenie. Może nie całkowicie, ale... Konsystencja mi nie odpowiadała, ale wolę go od wcześniej podlinkowanych; ten wariant wyszedł ciekawie. Dobrze, że zdecydowali się na krem z nutą, nie zaś kawałki czy coś, bo to już w ogóle bardzo obleśnie mogłoby wyjść. A tak... powiedzmy, że obleśność jedynie pobrzmiewała.
Ambiente Truffle Chocolate Negro Sabor Naranja wciąż według mnie wygrywa, ponieważ nie była taka miękko-płynna, a bardziej czekoladowa. Ambiente była nadziana bardzo gęstym czekoladowym kremem, w momencie gdy Lindor wydawała się... jakąś czeko-tubką.


ocena: 6/10
kupiłam: Kaufland
cena: 4,39 zł (za 38g)
kaloryczność: 612 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, oleje roślinne (kokosowy, palmowy), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, laktoza, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, masło klarowane, ekstrakt słodu jęczmiennego, olejek pomarańczowy 0,1%, aromat