środa, 31 stycznia 2024

Letterpress Chocolate Private Reserve Ucayali 70 % Dark Chocolate ciemna z Peru

Dzisiaj przedstawiana czekolada bardzo mnie ciekawiła ze względu planu porównania jej z Beskid Peru Ukajali River 70 %. Zamawiając ją jednak, nie wiedziałam, że tak się to ułoży. Zawiesiłam na niej oko na dłużej, choćby z racji eleganckiego opakowania i nut, ale doczytałam, że to najlepiej sprzedająca się czekolada marki Letterpress. Po krótce: współpracujący z Letterpress ekspert od kakao Daniel O’Doherty wysyłał im różne próbki kakao, w 2015 m.in. z Ucayali. Tu zaznaczyli, że ten region nigdy nie słynął z dobrego kakao, ale tym razem wpadło im coś specjalnego. Gdy tylko ekipa z Letterpress uprażyła te ziarna, rozszedł się taki zachwyt, że zszokował wszystkich. Niestety problem był w tym, że ziarna pozyskano z kakaowców, których było tam niewiele. Marce udało się jednak nawiązać odpowiednie kontakty, biorąc udział w projekcie Conservation International (dbającego o warunki życia i poszanowanie prawa w regionach uprawy), by móc je kupować stale. A gdyby ten opis ktoś uznał za niewystarczający, na stronie poświęcili całą zakładkę swojej historii z kakao z Ucayali, którą można przeczytać tutaj
A na kartoniku też jest coś ciekawego do poczytania: że wzór na nim został zainspirowany wzorami strojów rdzennego plemienia Ucayali, Shipibo-Conibo.
W środku za to, coś co wywołało u mnie uśmiech: "Spróbuj szybko powiedzieć Ukayali Ukulele 10 razy". Nie próbowałam, acz pewnie bym się wyłożyła. Wolałam wreszcie spróbować czekoladę.

Letterpress Chocolate Private Reserve Ucayali 70 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Peru, z dorzecza rzeki Ucayali.

Po otwarciu poczułam zapach delikatnej kawy, mieszającej się ze słodyczą karmelu, przechodzącego wręcz w słodko-uroczą krówkę. Wplotła motyw mleczno-maślany. Karmel i kawę otoczył lekki dym. Pobrzmiewało też delikatne drewno i ziemia. Przy niej czułam grzyby i jakby świeżą... trawę? Trawę i zioła, których rześki wątek podkreślił anyż, wchodzący w skład mieszanki przypraw, w tym gałki muszkatołowej i kardamonu. Rześkość wiązała się też z nieśmiałą soczystością jabłek czerwonych i - nieco cięższą - duszonych wiśni. W tle przemknęła mi jakby nieco palona opona (co brzmi dziwnie, ale jakoś tak tu pasowało).

Bardzo twarda tabliczka wydała mi się w dotyku kremowo-pylista. Łamana, raczyła mnie głośnym i kruchym trzaskiem jakby tafli ze stwardniałego kremu.
W ustach rozpływała się powoli i bardzo gęsto, eksponując swoją aksamitną kremowość. Nieco miękła i pokrywała podniebienie, stając się lepkawo-maślaną, pełną masą.

W smaku pierwsza zaprezentowała się słodka krówka. Przedstawiła swoje maślane i śmietankowe elementy, przechodząc powoli w nieco palony karmel.

W tle przemknęły delikatne, białe kwiaty. Też słodkie, acz z lekką goryczką ucieranych płatków z niewielką ilością cukru. Pomyślałam o kruszonce i bardzo słodkich, czerwonych jabłkach. Częściowo wchodziły w skład szarlotki, z niemałą ilością przypraw korzennych, w tym cynamonu i... pieprzu?

W tym czasie paloność karmelu ośmieliła delikatną gorzkość. Należała do kawy, która skradła mleczno-śmietankowe akcenty krówce. Wyobraziłam sobie niemal białą kawę z subtelnie zaznaczoną paloną gorzkością.

Śmietankowa krówka i szarlotka, z kolei bardziej maślana, umocniły słodycz, acz ta nie pchała się na pierwszy plan. Gorzkość w zasadzie też nie - płynęły spokojnie, wyważone. Gorzkość jednak epizodycznie wyskakiwała za sprawą pieprznych pstryczków.

Za tym wszystkim przemknął grejpfrut - cytrusowość nie tyle kwaśna, choć może z drobnym kwaseczkiem zaznaczona, co goryczkowata.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa goryczka grejpfruta zetknęła się z przyprawami i bardzo wzrosła. Pomyślałam o gałce muszkatołowej i anyżu. Anyż otworzył drogę wonnym, niemal ostrym nutom lasu i traw. Myślałam o niskich roślinach z całą jego rześkością, ale też ziemi z zaznaczonymi pojedynczymi grzybami oraz drewnie. Ich moc, nawet pewną ciężkość, podkreśliła subtelna nuta pieprzu.

Owoce w tym czasie poszły w czysto słodkim kierunku, decydując się na jabłka i mieszankę, niezbyt jednoznaczną, słodkich czerwonych. Do głowy przyszedł mi bezalkoholowy grzaniec jabłkowy, trochę rozgrzewający gardło. Kwiaty zaznaczyły się mocniej, dbając o rześkość tych nut, acz jednocześnie podniosły słodycz. Także pieprz mógł być rześko cytrusowy. Delikatna kwaśność cytrusów, jakiś kwaśniejszy przebłysk w jabłkach czy wino... - przemykały w tle.

W tym czasie leśny wątek zaserwował mi drewno jasne... Jasne, jak i jasna, mleczna była wyczuwalna cały czas kawa. Odpowiadały za niską, ale znaczącą gorzkość.

Z oddali dobiegały goryczkowato-ciepłe przyprawy oraz kwasek... też jakby przypraw? Nieco cytrusowy, nieco drzewny... Odnotowałam drzewa iglaste, drewno właśnie iglaste, a z przypraw wyczułam rześkawy cynamon cejloński, koper włoski i anyż, wprowadzający rześkość. Nawet trochę chłodu? Zgrał się z leciutko rześko-pieprzną ziemią i podszytem leśnym.

Kwiaty i drewno końcowo jednak pochłonęły przyprawy, absorbując ich nieśmiałą ostrość. Słodycz to wykorzystała i prawie zadrapała w gardle.

Po zjedzeniu został posmak jasnego drewna i chyba drewna iglastego z echem ziemi. Czułam też kwaskawo-soczysty, słodki wątek grejpfruto-szarlotki ze sporą ilością anyżu, cynamonu i gałki, jawiących się jako elemnt korzennego... lasu?

Całość była bardzo smaczna i ciekawa. Krówkowo-karmelowy początek, trochę kwiatów i szarlotka nie zapowiadały lasu i przypraw, które z czasem do nich dołączyły. W dodatku w niezwykle pasującym kontekście. Jasna, mleczna kawa i jasne drewno, drewno iglaste były bardzo na miejscu. Mieszanka wyrazistych przypraw nie wyszła specjalnie ostro czy gorzko, bo i ogół nie był taki. Za słodki w sumie też, choć słodycz bardzo (dla mnie nieco za) się wyeksponowała. Rośliny leśne, ziemia nakręcały gałkę, anyż i inne. Te wyszły bardzo wyważone. Kwasek grejpfrutowo-ogólnie cytrusowy z kolei jakby bał się rozwinąć, ale wyłapałam iglastość. 

Bardzo interesująca kompozycja, zupełnie inna niż Beskid pełen czerwonych owoców (ale raczej malin, wiśni), w tym grejpfruta, z nutami grzańca i drewna, kwiatów. Mech i rześkie przyprawy także miały inny wydźwięk. Nuty w zasadzie w pewien sposób dość podobne, ale ich obrobienie kompletnie inne. Letterpress wydała mi się bardziej uładzona, stonowana i w sumie ani gorzka, ani kwaśna, słodka wyraźnie, ale nie bardzo przesadnie. Beskid miał charakter i smakował mi bardziej.


ocena: 8/10
kupiłam: letterpresschocolate.com (przez osobę pośredniczącą)
cena: $18 (za 57g)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 29 stycznia 2024

Beskid Chocolate Peru Ukajali River Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao ciemna

Gdy myślałam o czekoladzie na dany dzień, w tym przypadku nie kierowałam się niczym szczególnym. Mój wzrok padł na nią, a chwilę później na... ten sam region, ale innej marki i już wiedziałam. Będzie zacne porównanie dwóch cenionych przeze mnie marek. Chodzi o dorzecze rzeki Ukajali, gdzie rosną bardzo aromatyczne odmiany kakao. Objęte jest ono projektem Arawak na rzecz zrównoważonych i ekologicznych upraw. Kilkuset rolników uprawia tam odmianę comun oraz kilka innych odmian gatunku trinitario (ICS-1, ICS-39, ICS-95, TSH-565). Chyba właśnie z nich jest ta tabliczka, acz na stronie wyczytałam tylko (albo aż) tyle.

 
Beskid Chocolate Peru Ukajali River Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Peru, z dorzecza rzeki Ucayali; czas konszowania min. 72 godzin.

Po otwarciu poczułam soczystość przeplecioną z korzennością. Cytryna i grejpfrut mieszały się z duszonymi wiśniami - chyba jeszcze ciepłymi, parującymi - oraz rozgrzewającym grzańcem. Ten splótł korzenność z owocami sporą ilością cynamonu, kozieradki, kardamonu i goździków. Ich ostrość przyciszyły drzewa, drewno i ziemia. Zaznaczyły gorzki charakter, ale nie wysoką gorzkość. Wszystko to wyszło tak ciepło, przywodząc na myśl wonny, delikatny mech. W tle przewinęła się też wizja śmietankowo-korzennego ciasta - może biszkoptu, przełożonego kremową warstwą? I przemknęło świeżo cięte drewno lub tylko co wykonane meble z drewna.

Tabliczka była twardo-masywna, a przy łamaniu trzaskała jak suche i grube gałęzie.
W ustach rozpływała się gęsto i wolno. Dała się poznać jako kremowo-mazista, z czasem bardziej lepka. Była maślano tłusta i soczysta, bardzo w tym wyważona. Długo zachowywała kształt, mimo że upuszczała coraz to kolejne fale czekoladowej mazi.

W smaku przywitała mnie słodycz truskawek i malin. Słodkich może lekko pudrowo? Jak liofilizowane i sproszkowane? A jednak soczystości im nie brakowało.

Pomyślałam o owocach lata, rosnących na krzaczkach, acz już gotowych do zbierania. Mieszało się z nimi ciepło jakby słońca. Pomyślałam też o słodko-ciepłym drewnie i kwiatach. Kwiaty zdawały się to drewno otulać.

Do truskawek i malin dołączyły duszone wiśnie, dokładające trochę cierpkości. Jeszcze ciepła i parująca masa nabrała poważniejszego charakteru, zmieniając się częściowo w grzane czerwone wino, acz bez mocno zaakcentowanego alkoholu. Grzaniec krył lekko drewnianą, gorzkawą nutę.

Słodycz rosła za sprawą owoców, wraz z ich soczystością. W pewnej chwili przemknęła mi galaretka cytrusowa, do słodyczy dodając kwasek. Lekki i rześki.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa drewno zmieniło się w drzewa. Sprowadziły moją uwagę na korzenie, które porastały ciemną ziemię. Korzenie, kora i gałęzie leżące na ziemi porastał mech. Niemal namacalnie mięciutki, wonny i jakby ciepły. A jednak rześkość, kwasek nie zatraciły się zupełnie - wplotły akcent tylko co ściętych drzew iglastych.

Ciepły aromat wzmocniły przyprawy. W tym czasie owoce czerwone w dużej mierze zmieniły klimat na cytrusowy. Dowodził grejpfrut, a tuż za nim była cytryna. Podniosły kwaśność, ale nie była ona bardzo mocna. Soczysta owszem. Za grejpfrutem, w oddali, wychwyciłam czerwone porzeczki.

Soczystość, rześkość owoców także w przyprawach wydobyła coś rześkiego - jakby rześkawo-kwiatowy cynamon cejloński i świeżą kozieradkę? Z kwiatowymi zapędami na pewno. Jednak po pewnym czasie przypraw korzennych zaczęło się zbierać tak dużo, że rześkość odleciała na tyły. Ciepło przypraw jedynie zbliżało się do ostrości. Goździki, cynamon zapewniły przede wszystkim ciepło (i cierpkość?), a kolendra i kardamon tchnęły lekką gorzkość. Zgrało się to z drewnem. Znów właśnie bardziej drewnem, nie drzewami. Pomyślałam o jasnym drewnie... I drewnie iglastym, bo z echem kwasku?

Przyprawy, wraz z cały czas kręcącą się wokół soczystą słodyczą, przełożyły się na myśl o nasączonym cytrusami korzennym biszkopcie, przełożonym śmietankową warstwą. Może owocowo-śmietankową. Kwiaty zaprezentowały się odważniej, przejmując od owoców sporą część słodyczy.

Właśnie kwiaty zharmonizowały owocowe wątki z korzennością i drewnem, zamykając je w mocno kwiatowym, słodkim czerwonym winie. Albo owocowej masie duszonej z winem, którego alkohol odparował, a nieco drapiąca w gardle słodycz została.

W posmaku został posmak soczystego, czerwonego grzańca oraz przypraw wręcz piekących jak goździki; trochę cynamonu, gorzkawego kardamonu i świeższego jak listki kolendry...? Czułam też ostrawe, ale i ciepłe kwiaty, które tonowało drewno... I akcent drzew z ziemią, bardzo subtelny.

Całość była bardzo smaczna i niezwykle intrygująca. Owoce, najpierw czerwone maliny, truskawki i duszone wiśnie, a potem grejpfrut i cytryna cudownie zgrały się za sprawą grzańca z przyprawami i drewnem. Podobało mi się, jak drzewa z nutą ziemi przechodzą w drewno. Kwiaty zapewniły harmonię i rześkość, której nie brakowało ani drewnu dzięki nucie mchu, ani przyprawom dzięki świeższym, bardziej rześkim (cynamon cejloński, świeża kozieradka). Nuty wydawać by się mogło skrajne - korzenne ciepło i soczyste owoce - a jednak cudnie zgrane jakby w jedno.

Beskid Chocolate The Best of Peru Cuzco Vraem & Chuncho też była owocowa za sprawą podobnych owoców, ale bardziej kwiatowo-śmietankowa. Coś było w nich podobnego, ale jednak ta owocowość dzisiaj opisywanej tak połączyła się z korzennością w jedno, że wydawała się niespotykana, inna zupełnie. Słodycz wspomnianej miała sporo z miodu i karmelu, a dzisiejszej bardziej z tych nut przypraw i owoców właśnie.


ocena: 10/10
kupiłam: Beskid Chocolate (dostałam)
cena: 23,90 zł (za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 440 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

niedziela, 28 stycznia 2024

Rózsavolgyi Csokolade Birds of Uganda 80% ciemna z Ugandy

Bardzo cenię węgierską markę Rózsavölgyi Csokoládé i co jakiś czas sprawdzam, czy nie wydali żadnych nowych tabliczek. Ta właśnie jest jedną z nowszych, będącą jednym z czynników, które zdecydowały, że to właśnie na stronie Chocoladeverkopers złożyłam większe zamówienie jesienią. Ta konkretnie tabliczka została zrobiona ze wschodniej części gór Rwenzori w Ugandzie, gdzie małe plantacje mające około 2-3 hektarów wielkości są zarządzane głównie przez kobiety. Marka podkreśliła w opisie tej tabliczki, że uważają siebie nie tylko za czekoladników bean-to-bar, ale też artystów. Co przypieczętowało piękne opakowanie. Tę czekoladę zrobiono częściowo w hołdzie dla ptaków z Ugandy (które widnieją na kartoniku), co wywołało mój uśmiech, jako że całkiem niedawno jadłam Feitoria Do Cacao – Zorzal 82%, też nawiązującą do ptaków danego regionu (konkretnie Dominikany). Rozbawił mnie obrazek z tyłu opakowania - ziarno kakao imieniem Erik z dymkiem-ciekawostką.

Rózsavölgyi Csokoládé Birds of Uganda Chocolate 80% to ciemna czekolada o zawartości 80% kakao (miazgi, tłuszczu, a także łupin i miąższu / pulpy) z Ugandy, z regionu pasma górskiego Rwenzori.

Po otwarciu poczułam zapach niemal wytrawnie chlebowego piernika z wiśniową warstwą... nie jedynie kwaśną, a specyficznie skwaśniałą. Za nią pojawiły się jeszcze kwaśne powidła chyba, ale niekoniecznie tylko ze śliwek oraz czarne porzeczki. Te wniosły w owocowej strefie nieco świeższy charakter. Owoce odpowiadały też za średnio wysoką słodycz, serwując słodki, mocno wypieczony chlebek bananowy. Jego słodycz zasugerowała też trochę czereśni, związanych z łagodnością kwiatów Zaś ciepło-prażony, pieczony motyw ośmielił prażone - wręcz słonawe? - fistaszki i orzechy brazylijskie. 

Tabliczka była bardzo twarda, a przy łamaniu trzaskała głośno, donośnie. Przywodziła na myśl skałę, acz z ukrytą kruchością (mimo że nie kruszyła się).
W ustach czekolada rozpływała się powoli i gęsto, przypominając zbity, masywny budyń. Nieco miękła, pokrywając podniebienie tłustawo-aksamitną mazią. Z czasem upuszczała też lekką soczystość jakiś nieco zagęszczonych soków, syropów z owoców. Końcowo lekko ściągała.

W smaku pierwsza przemknęła prażona nuta. Była tak szybka, że to, iż prażone były orzechy, okazało się jakby z lekkim opóźnieniem. Nim zdążyłam skupić na nich uwagę, przemknęła też słodycz, a w oddali niemal nieuchwytny kwasek - jakby czegoś skwaśniałego z czerwonych owoców?

Słodycz wydała mi się kwiatowa i w pewien sposób ciepła. Jak kwitnące w słońcu kwiaty?

Prażenie przedstawiło orzeszki ziemne i brazylijskie. Arachidy wydawały się tak mocno prażone, że jakby sugerujące sól? Przez moment razem z brazylijskimi były na pierwszym planie, aż osnuł je gorzki dym. Na krótki okres orzechy przycichły.

Słodycz wówczas polała się jako kompot wiśniowy. Zalał mi usta, dominując i łącząc słodycz z kwaskiem. Kompot wzmocnił syrop z wiśni i dżemowate nadzienia ciastek czy warstwa z jakiegoś ciasta. Musiały być zrobione głównie z wiśni, ale nie tylko, też z innych kwaskawych czerwonych owoców. Nieco skwaśniałych? Wyobraziłam sobie duszone owoce, głównie wiśnie. Ich kwaśność powoli się rozmywała.

Dym, chowający orzechy mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przytoczył mocno przypieczony i bardzo pieprzny piernik. Ten lekko zahaczał wręcz o przypieczono-chlebową wytrawność... jakby chleba z ziarnami? Piernik oprócz pieprzu roztaczał też nuty goździków i gałki muszkatołowej.

Goryczkowate przyprawy oraz ciepło ciasta sprawiły, że w owocowej strefie pojawiły się banany. Najpierw dojrzałe, słodkie, jako one same, a potem oddające słodki, mocno wypieczony chlebek bananowy. Za jego sprawą słodycz znacząco wzrosła. Przewinęła się też kwiatowa nuta... Czerwonym owocom i wiśniom podrzuciła słodsze czereśnie, a myśli znowu wróciły do syropu lub innego takiego produktu z owoców. Oczami wyobraźni zobaczyłam śmietankowo-wiśniowy budyń. Kwaśność niemal umknęła.

Wraz z natłokiem pieczonych nut, wróciły orzechy. Odnotowałam brazylijskie i mocniej prażone arachidowe. Łagodziły piernik jakby od środka. Ciastowość za ich sprawą uczyniła kompozycję delikatniejszą, bardziej maślano-orzechową.

Owoce, po tym jak przybrały na słodyczy, na łagodniejszym tle wyszły bardziej świeżo. Przekuła je cierpkość i nagle poczułam szokująco jednoznaczne czarne porzeczki. Przywróciły kwaśność, acz bardziej świeżo-soczystą. Pomyślałam o czarnych porzeczkach jeszcze na krzakach, za sprawą których wzrosła ogólna lekkość, świeżość. Pomogły też kwiaty.

Cierpkość... przemieszała się z piernikiem, niby delikatniejszym, acz wciąż wyczuwalnie pieprznym; dym także ją podchwycił i na końcówce sprowadził porzeczki do kompotu z czarnych porzeczek właśnie.

Po zjedzeniu został posmak kwiatowo-kompotowo słodki. Słodycz przeplotła się z kontrastowo kwaskawymi czarnymi porzeczkami, które zapewniły rześki wydźwięk. Do tego czułam sporo orzechowości, mocno wypieczony, dymnie gorzki akcent. Wyłapałam w tym orzechy brazylijskie.

Czekolada bardzo mi smakowała. Prażone fistaszki i orzechy brazylijskie przechodzące w pieprzno-chlebowy piernik, podkreślony dymem zacnie zgrał się z wiśniowym kompotem, przetworami z kwaśnych owoców oraz świeżymi, a następnie kompotowymi czarnymi porzeczkami na koniec. Mimo gorzkości i ostrości, pieczonych nut, było też rześko, chwilami kwiatowo. Kwiaty i syropowo-dżemowo-kompotowe akcenty przełożyły się na słodycz, mocno w pewnym momencie podniesioną przez bananowy chlebek.

Przypomniała mi korzenną, bananowo-kwiatowo słodką i kwaśną od czerwonych owoców Ethicoco Craft Chocolate 75 % Uganda Origin. Nie były jednak bardzo podobne, bo ona zdecydowała się na większą harmonię zapewnianą przez słodycz, dodając miód. Dziś opisywana choć słodka, była słodka zachowawczo, a pozwoliła zaszaleć kwaśniejszym akcentom oraz korzenność wyszła w niej... wytrawniej? Mocniej.


ocena: 10/10
cena: €6,95 (około 32 zł; za 70g)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

sobota, 27 stycznia 2024

(SuroVital) CoCoa KETO Raw Dark Keto Chocolate ciemna 60 % z Peru z olejek kokosowym

Gdy przyszło mi sięgnąć po dzisiaj prezentowaną czekoladę... już - stety-niestety - wiedziałam, czym jest dieta keto. W moim odczuciu? Czymś okropnym. Dieta tłuszczowa bez węglowodanów? Podziękuję. Kupując tę czekoladę pomyślałam, że po prostu z ciekawości zobaczę, czym jest czekolada keto jako że na pierwszy rzut oka nie wyglądała podejrzanie. Co prawda posłodzono ją erytrytolem, którego nie lubię, ale zamawiając uznałam, że dam szansę. Po (Surovital) CoCoa Keto Krem Kakaowy, który otrzymała gratis, dotarło do mnie, jak wielki błąd zrobiłam.


(SuroVital) CoCoa KETO Raw Dark Keto Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 60% surowego kakao z Peru ze sproszkowanym olejem MTC z kokosa, słodzona erytrytolem (bez cukru).

Po otwarciu poczułam mocno kokosowy zapach. To świeże, wręcz rześkie wiórki kokosowe i słodkawa w naturalny sposób miazga kokosowa, ale też przemykający olej kokosowy. Do głowy przyszło mi kokosowe cappuccino. Słodycz kokosa wzmocnił karmel, przechodzący w melasę. W oddali zaznaczyła się soczysta ziemia i odrobina dymu, wywołanego palono-melasową słodyczą. I jakby... karmelizowanym kokosem? Do tego odnotowałam kwaśność soku czy raczej napoju pomarańczowego.

Matowa tabliczka była twarda, ale wcale tak głośno nie trzaskała przy łamaniu. Wydawała raczej masywne chrupnięcia, a jej przekrój sugerował ziarnistość i proszkowość.
W ustach, po tym jak przez dwie-trzy sekundy nie działo się z nią nic, rozpływała się raczej w tempie umiarkowanym. Okazała się gładka, niemal śliskawa i bardzo oleista. Przypominała taflę zrobioną z oleju. Pokrywała podniebienie oleiście-wodnistą smugą i znikała jak woda; przyspieszała rozpuszczanie się dopiero pod koniec. Pozostawiała usta otłuszczone.

W smaku pierwsza rozbłysła słodycz. Wydała mi się wręcz dojmująca. Należała do karmelu i kokosa. Kokos tchnął rześkość, soczystość i po chwili pomyślałam o jakby karmelowym, karmelizowanym kokosie?

Słodycz zarysowała się... na początkowo mdłym tle. W końcu pojawił się tam... jakby piasek rozgrzany słońcem, który nieco rozgrzewa gardło i język oraz... zimne ognie? Olej kokosowy zaznaczył swoją obecność.

Przemknął kwasek. Najpierw wydał mi się cytrynowy, potem też lekko kokosowy, a następnie przez moment niedookreślony. Z czasem jednak wyklarowała się jakby siarka, coś niespożywczego... Co jednak z czasem utonęło w cytrynie. Cytrynie i soku pomarańczowym?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o nasączonej cytryną ziemi. Wyobraziłam sobie czarną, mulistą ziemię. Rozgościła się w niej lekka goryczka oleju kokosowego. Za sprawą ziemi gorzkość nagle rozkręciła się, dominując kompozycję. Wyszła ciężko - nie była to tylko gorzkość kakao. Ono jednak miało całkiem sporo do powiedzenia, wtłaczając jeszcze kwasek i cierpkość kakao surowego... Uładzonego smakiem wiórków kokosowych i... przechodzącego w jakby kokosowe cappuccino - nieco lurowate i... posłodzone wanilią?

Co jednak potem zeszło się z jakby wodnistą słodyczą. Mimo echa wody, była bardzo wysoka i aż przenikliwa. Do głowy przyszedł mi aloes. Po dłuższym czasie wyklarował się jej słodzikowy wydźwięk, wgryzający się też w goryczkę. Pomyślałam o okropnie i nijako słodkiej wodzie, przemieszanej z karmelem i syropem kokosowym. Może... miodem, ale... jakimś dziwnym, kokosowym? Roślinnie-rześkim?

Sucha, rozgrzana ziemia wróciła... nie była jednak już zbyt jednoznaczna, a z lekką naleciałością... korzenną? Sugestia ostrości połączyła ziemię czarną, mulistą z tą suchą jakby nieco cynamonową mgiełką. Znów trochę to przypiekło, wraz z przesadzoną, irytującą słodyczą, w język.

Po zjedzeniu został posmak oleju kokosowego, mdłych wiórków kokosowych i ziemi. Do tego czułam słodycz o niedookreślonym charakterze. Była wysoka, męcząca, ale jakaś wodnista z charakteru. Cierpkość i goryczka wydawały się przy niej bardzo dosadne.

Czekolada nie posmakowała mi, a konsystencja wydała mi się obrzydliwa. Śliska tabliczka z oleju była okropna. Smak... Miał i lepsze nuty, np. ziemię, ogólną kokosowość, ale też odpychające elementy takie jak za duża ilość oleju kokosowego i wodnista, a silna i irytująca, nijaka słodycz. I tak jednak smak był lepszy niż struktura.
Zjadłam 3 kostki - gdyby nie tłustość, oleistość może mogłabym więcej, ale i tak... poznałam, czym jest czekolada keto i wolałabym żyć w niewiedzy. Zdaję więc sobie sprawę, że jako produkt keto to pewnie jest względnie przeciętne, ale czekolada jak dla mnie - keto czy nie - ma przede wszystkim smakować.
Mama spróbowała tylko trochę i oddałyśmy ojcu. Podsumowała: "O smaku tej czekolady w zasadzie nawet nie ma co mówić. Taka po prostu zwyczajnie niesmaczna, nie budząca skrajnych emocji. Konsystencja za to okropna, wcale nie czekoladowa, a jakby tabliczka z oleju, aż dziwne, jak to zrobili. Ale jak to ma być keto - dieta tłuszczowa, tak? - , to może i zrozumiałe".


ocena: 5/10
kupiłam: octochocolate.pl
cena: 11,60 zł (za 40g)
kaloryczność: 521 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: nieprażone ziarno kakao, substancja słodząca: erytrytol, tłuszcz kakaowy, sproszkowany olej MCT z kokosa (olej MCT z kokosa 70%, błonnik z akacji 30%), sproszkowany miąższ kokosowy, wanilia Bourbon

czwartek, 25 stycznia 2024

Letterpress Chocolate Sao Tome Limited Edition 70 % Dark Chocolate ciemna z Wysp Świętego Tomasza i Książęcej

Bardzo lubię czekolady z Sao Tome, więc jako że to w dodatku limitowana edycja, musiałam ją wybrać podczas selekcji, co chcę ze strony Letterpress. Co w niej takiego ciekawego (oprócz potencjalnie genialnego smaku)? To ponoć pierwsza i jedyna w Stanach (wg producenta) czekolada z plantacji Satocao z São Tomé w Ameryce Północnej. Producent pochwalił się na stronie, że "musiał przewieźć ziarna samolotem" - na te słowa akurat zareagowałam ironicznym uśmiechem, a w głowie przemknęła mi myśl, że "a już myślałam, że piechotą". Kraj ten ma nie tylko ciekawą historię (ogromne skutki niewolnictwa, obecnie jedna z najbardziej stabilnych demokracji w Afryce), ale też warunki klimatyczne i glebę dla kakao. Niestety jednak to wciąż bardzo biedny kraj. Satocao działa od 2015 roku, zrzeszając około 400 farmerów z certyfikatem świadczącym o tym, że uprawa jest organiczna. Ponoć wyselekcjonowano tam małą ilość bardzo interesujących ziaren, z których Letterpress stworzyło blend, "niepowtarzalny" jak sami piszą.

Letterpress Chocolate Sao Tome Limited Edition 70 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Sao Tome (Wysp Świętego Tomasza i Książęcej).

Po otwarciu poczułam słodki zapach karmelu i bananów, jakby nieco sam w sobie się hamujący z racji palonego aspektu karmelu. Za nimi stała lekka gorzkość kawy, złagodzona drewnem i orzechami. Orzechy rysowały obraz fistaszków w czekoladowej toni... może cukierków czekoladowo-arachidowych? Z zaznaczonym akcentem kremu z orzeszków, trochę masłoorzechowego, trochę naturalniejszego. Banany wprowadziły też drobną soczystość, do której dołączyły wiśnie i czerwone morele. Te z kolei wydawały się nieco stopowane przez białe kwiaty.

Bardzo twarda tabliczka trzaskała głośno i krucho. Kojarzyła się ze stwardniałym, zgęstniałym kremem i nawet w dotyku pewną kremowość zdradzała. Przekrój z kolei sugerował ziarnistość.
W ustach rozpływała się powoli i aksamitnie gęsto. Okazała się niemal idealnie gładka. Miękła, stając się masywną, nieco maziście-lepką masą. Była maślano tłusta, bardzo kremowa i trochę soczysta.

W smaku pierwszy przemknął bananowy karmel; zdrowa, soczysta wersja zwykłego karmelu. Ten wątek jednak szybko rozszedł się na poszczególne nuty.

Poczułam palony karmel, jakby przygaszony kwiatami. Jego słodycz sama w sobie jakby też się powstrzymywała z racji palonego wydźwięku.

Banany odsunęły się od karmelu, budując słodko-soczysty motyw jakby nieco w tle. Czułam wyraziste, mocno dojrzałe owoce świeże, banany częściowo wchodziły w motyw czekoladowego chlebka bananowego. Słodycz rosła i umacniała się, ale robiła to powoli, spokojnie.

Na przodzie zaś rozbłysły czekoladowo-arachidowe cukierki. Rozkręciły słodycz, nadając jej dynamiki. Pomyślałam o kremie fistaszkowym i fistaszkach tonących w czekoladzie. Lekko prażone orzeszki same w sobie musiały być słodkie. Zaserwowały też nutę niemal maślanego kremu fistaszkowego i bardziej słodko-maślanego masła orzechowego.

Ożywiona słodycz podskoczyła, dodając jeszcze jasny miód. Pomyślałam o jakimś karmelowo smakującym miodzie lub karmelu zrobionym właśnie z miodu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do bananów doczłapały się czerwone morele. One też były bardzo słodkie, ale i z lekkim kwaskiem. Całość nie była jednak bardzo owocowa. Banany stworzyły wizję tostów z masłem orzechowym i bananem właśnie. Lekki kwasek jak już się jednak pojawił, tak w tle pobrzmiewał nieśmiało (nie zniknął zupełnie).

Maślaność zmieszała się też z karmelem. To bardzo słodki, maślany, choć wciąż palony karmel. Zapewnił złagodzenie, do którego dołączyły delikatne, acz gorzkie drzewa.

Wyobraziłam sobie złoto-żółte liście na drzewach jesienią. Wniosły lekkie ciepło, drobny korzenny akcent. Drewno i drzewa o delikatnej gorzkości umożliwiły po paru chwilach wkroczenie kawie. Kawa ośmieliła gorzkość i znacząco ją podniosła. Przystały na nią też fistaszki. Zwróciły bowiem uwagę na swoje gorzkawe skórki. Gorzkość chyba podkreśliła odrobina ziemi.

Gorzkość zmieszała się także z tostami, wywołując myśl o przypalonych tostach z bananami. Mnóstwem bardzo słodkich bananów. Arachidowość umknęła.

Wzrosła za to soczystość. Do czerwonych moreli, moreli ogółem, dołączyły cierpkawe wiśnie... Acz jako syrop wiśniowy z nutą kwiatów.

W posmaku zostały fistaszki i cierpkie, choć słodkie banany, ze słodyczą podkręconą karmelem i drapaniem miodu. Do tego pojawił się syrop z czerwonych owoców - może i wiśni, a także kawowo-drzewna gorzkość, podkręcona goryczką arachidowych skórek.

Całość była bardzo smaczna, jednak trochę... za bardzo tylko słodka. Nie mocno przesłodzona, a po prostu uboga w kwaśność czy delikatnie gorzka. Karmel, banany, niemal miód i trochę kwiatów w zasadzie nie szalały, choć w pewnym momencie słodycz bardzo podskoczyła, bo doszły do nich jeszcze czekoladowo-fistaszkowe cukierki. Arachidowość, drzewa i kawa były przyjemnie szlachetne, gorzkie. Tosty i przypalona nutka, ogólnie paloność karmelu też na plus. Przebłyski kwaśniejszych owoców takich jak czerwone morele i wiśnie jako syrop wiśniowy świetnie wpisały się w klimat. Wolałabym jednak silniejszą gorzkość - wtedy mogłabym się w tej czekoladzie zakochać.

Pomyślałam o Chapon Cacao Rare Sao Tome 75 % o nutach bananów, kwiatów, w tym konkretnie jaśminu i róży, kadzidlanych rodzynek i gorzkiej ziemi, drzew, piernika ostrego od przypraw korzennych. Była też bardzo słodka, leciutko tylko kwaśna, ale o wiele bardziej gorzka. Mimo głębokiej gorzkości, Letterpress wyszła głównie słodko.
Karmel, kwiaty, orzechy i morele przypomniały mi Zottera Labooko Sao Tome 75 %, który w zasadzie był zupełnie inny od obu. O wiele bardziej owocowy, a jednocześnie bardziej maślany. Pod względem smakowitości Letterpress znalazła się pomiędzy nimi.


ocena: 9/10
kupiłam: letterpresschocolate.com (przez osobę pośredniczącą)
cena: $19 (za 57g)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 24 stycznia 2024

krem BeRAW! Peanut Butter Coconut

Kojarzę, że istnieje marka słodyczy Ewy Chodakowskiej, ale co to tam dokładniej jest, nie interesuję się, ponieważ to produkty nie w moim typie. Ten krem kupiłam niespecjalnie ogarniając, że to właśnie jej produkt, ale mniejsza o to. Skusiły mnie słowa "be raw". Od razu wyobraziłam sobie krem z surowych fistaszków, jaki chciałabym spróbować, bo często bywają dla mnie prażone za mocno, przypominający KruKam Pasta orzechowa z kokosem. Nie wczytałam się w skład, bo to były zakupy z ojcem (i on płacił). Zapisując na liście datę, trafiłam na słowa "prażone orzeszki...", co wzbudziło we mnie sporo wątpliwości. Nie co do samego produktu, ale do założeń marki. Jeśli tak propaguje surową żywność, skąd nagle prażone orzeszki? W dodatku dotarło do mnie, że to nie mieszanka miazgi orzechowej i kokosowej, ale pewnie po prostu krem z arachidów z wiórkami, coś jak Nutura Masło orzechowe z dodatkiem kokosa. Niby w 2017 pomyślałam, że do czegoś takiego kiedyś wrócę, ale obecnie miałam w szafce tyle różnych kremów orzechowych, że gdyby pewnie nie pośpieszanie w sklepie, nie kupiłabym. Może więc ominęło by mnie coś pysznego?

BeRAW! Peanut Butter Coconut to krem orzechowy z wiórkami kokosowymi marki Purella.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam wyraziste, słodkie wiórki kokosowe, jakby lekko wyprażone, pokrywające... coś słodkiego, coś z kokosowo-maślano-śmietankowym kremem. Arachidy także wyraźnie się zaprezentowały, ale ewidentnie trzymały się tyłów. Wydały mi się minimalnie prażone, niemal nie prażone w ogóle. Kojarzyły się trochę z jasnym wafelkiem. Całość była delikatna i słodko-maślana, niemal urocza, acz nie bardzo, bardzo słodka. Raczej słodka zachowawczo i z pewną rześkością kokosa.

Na wierzchu wydzieliło się dużo oleju: zlałam około 3 łyżeczek, a wymieszałam 4,5 łyżeczki. Trochę się z tym namęczyłam, bo pod olejem była twardo-sucha, bardzo zbita i masywna masa. W końcu jednak udało mi się uzyskać względną jednolitość. Krem wyglądał wówczas na nie za tłusty, miejscami suchawy, jednak w trakcie jedzenia już nie - dał się poznać jako zwyczajnie jak to kremy fistaszkowe tłusty, mimo że... cały czas krył w sobie jakby sugestię suchawości.
Krem był gęsty i ciągnący, miejscami pozbijany w grudki. Wyglądał na na bazowo dość gładki, a także niewątpliwie pełny i całych, i posiekanych wiórków. 
W trakcie jedzenia okazał się bardzo gęsty, a kiedy rozpływał się powoli w ustach, wydawał się na chwilę gęstnieć. Zalepiał na długo, rozpływał się leniwie. Był maślano tłusty, jakby bardzo pełny i masywny, syty. Czuć w nim nie miazgowość, a proszowość oraz sporo dużych, acz raczej posiekanych wiórków kokosowych. Kawałków orzechów nie uświadczyłam. Pod koniec, gdy coraz więcej kokosa wyłaniało się z masy, krem nieco przyspieszał z rozpływaniem się, rzednąc znacząco. Gdy spróbowałam gryźć masę, wydawała się proszkowo skrzypieć.
Skrzypienie napędziły wiórki, choć w pierwszych chwilach przy gryzieniu aż zaskoczyły twardą chrupkością. Początkowo chrupkie, z czasem - gryzione porządnie - chrzęściły i trzeszczały, aż wreszcie sporadycznie soczyście skrzypiały. Były chrupko-soczyste, nie memłały się irytująco. Trzeba było nad nimi popracować trochę, ale nie zalegały w ustach denerwująco długo.

W smaku pierwsza rozbłysła słodycz - czy raczej słodziuteńkość - oraz przemknęły surowe orzeszki ziemne, które jednak zaraz zmieniły się w prażone minimalnie. Były delikatne, nieco naturalnie maślano-fasolkowe. To podkręciła wyrazista i już po chwili wszechobecna rześkość kokosa. Sprawiła, że pasta miała bardzo świeży charakter.

Kokos zmieszał się z delikatnymi fistaszkami, przekładając się na skojarzenie z kokosowym, mleczno-maślanym kremem i mlekiem kokosowym. Było słodko, ale zachowawczo. Kokos wydawał się niemal integralnie mieszać z orzeszkami - powiedziałabym, że są tam nie tylko wiórki, ale i miazga z kokosa, mleczko.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach arachidy lekkim prażeniem zasugerowały delikatny, jasny, mało wypieczony wafelek... Może jakieś kruche, delikatne ciastka? Kokosanki! Za ich sprawą słodycz drastycznie wzrosła. Acz maślano orzechowej bazy nie zagłuszyła.

Po debiucie kokosowych słodkości na pewien czas słabo prażone arachidy, podchwyciwszy świeżość kokosa, wspięły się na wyżyny. Tchnęły w kompozycję prawie surową, a'la fasolową wytrawność i... nieco poskromiły słodycz. Sprawiły, że wyhamowała i uspokoiła się, nieco osłabła.

Gryziony na koniec kokos kojarzył mi się z wymieszanymi podprażonymi i świeżymi wiórkami jakby prosto z jakiś waflowych pralinek kokosowych najwyższej jakości. Wiórki smakowały bardzo wyraźnie sobą. Kiedy je gryzłam, dominowały, a fistaszkowy posmak jedynie lekko pobrzmiewał.

Po zjedzeniu został posmak fistaszkowo-kokosowy. Te nuty były już bardzo wyrównane. Czułam przede wszystkim słodkawe wiórki i delikatnie prażone arachidy.

Krem zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. W pewnym momencie myślałam, że będzie to zwykła pasta fistaszkowa z wiórkami, jednak efekt był zupełnie inny. Wyszło to jak mieszanina arachidowości i wielopłaszczyznowego kokosa. Jakby mleczny krem kokosowy, miazga kokosowa, wiórki i świeżość świetnie zgrały się z orzeszkami, dyktując im a to surowy charakter, a to motyw lekko wypieczonego wafelka. Słodycz splotła się z neutralną wytrawnością. Krem bardzo intensywny w smaku, a jednak mimo słodyczy, to nią  nie szarżujący (jak potrafią niektóre kremy fistaszkowe lub kokosowe).
Wyszedł równie smacznie co KruKam Pasta orzechowa z kokosem, choć w dzisiaj przedstawianym trochę mi brakowało kawałeczków orzechów, którymi może pochwalić się Krukam - więc ja osobiście wolę podlinkowane. Nutura Masło orzechowe z dodatkiem kokosa z kolei było bardziej... no, jak masło orzechowe z wiórkami, więc trudno mi je porównać do opcji bardziej "miazgowo kokosowych". 


ocena: 9/10
kupiłam: Rossmann
cena: 14,99 zł (za 190g)
kaloryczność: 594 kcal / 100 g
czy znów kupię: raczej nie

Skład: orzechy arachidowe prażone 85%, wiórki kokosowe 15%

wtorek, 23 stycznia 2024

Chapon Cacao Rare Venezuela Rio Caribe 100 % ciemna z Wenezueli

Chyba mogę już powiedzieć, że setki mi przeszły. A jednak jeszcze tej jednej - już zakupionej i czekającej w szufladzie na swoją kolej - byłam szczerze ciekawa. To jedyna czekolada o zawartości 100% Chapon, marki, którą pokochałam. W dodatku nowość, więc jak i tak robiłam zamówienie, nie mogłam jej się oprzeć.

Chapon Cacao Rare Venezuela Rio Caribe 100 % to ciemna czekolada o zawartości 100% kakao (miazga + tłuszcz) z Wenezueli, ze stanu Sucre, z regionu miasta Rio Caribe.

Po otwarciu poczułam zapach drewna i przypraw korzennych, w tym słodko-goryczkowatego cynamonu. Polała się też kwaśność, niosąca wizję kwaśnej śmietany w drewnianej miseczce. Drewno przywiodło nieco grzybowo-torfowy akcent. Śmietana z kolei częściowo popłynęła w kierunku sernika śmietankowego, z rodzynkami i skórką pomarańczy. Pomyślałam o cytrynowym, cytrusowym serniku i serku brzoskwiniowym, wplatającym też słodycz. A ta z czasem wydała mi się dość - jak na setkę - wysoka, mocno kojarząca się z rodzynkami.

Tabliczka ewidentnie była bardzo twarda. Łamała się z trzaskiem, kojarzącym się ze skałą. Wydała mi się przy tym twardo-krucha.
W ustach rozpływała się powoli i leniwie. Była gęsta, dość ciężka i mazista. Cechowała ją maślano-oleista tłustość i lekka soczystość. Pod koniec pojawiła się taninowość.

W smaku pierwsza przemknęła słodycz, a zaraz po niej palona goryczka.

Palony, gorzki motyw rozgościł się, robiąc za tło i bazę. Był najistotniejszy w całej kompozycji, mimo statecznego charakteru. Przodem puścił dynamiczniejsze nuty, w tym kwasek, który szybko przykuł uwagę. Pomyślałam o kwaskawym serku i jogurtowo-śmietanowym serniku. Posłodzonym skąpo, za to z mnóstwem rodzynek i cierpko-goryczkowatej skórki pomarańczowej.

Rodzynki wyszły słodko-kwaśno, nawet dość soczyście. Z czasem odnotowałam w nich też lekką goryczkę.

Goryczką rodzynki z palonej strefy wydobyły drewno, otoczone nutami torfu. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa drewno wyszło na pierwszy plan, dodając gorzkości pewnego... szlachetnego złagodzenia. Drewno było to jasne i... nasiąknięte kwaskawo-soczystymi wyrobami z nabiału i owoców?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w drewnie pojawiła się lekko ostrawa goryczka. Cynamon? Za sprawą cynamonu ostrość wemknęła się też do sernika. W tym czasie trochę narosła jego kwaśność. Pikanteria dodatkowo podkreśliła jego soczysty wątek - wyobraziłam sobie sernik cytrynowy, z sokiem z cytryny.

Serek też wzbogacił się o owoce - najpierw pomyślałam o smaku "jabłko z cynamonem", lecz po chwili korzenne przyprawy bardziej się przemieszały i zaczęły słabnąć. Jabłko z kolei zmieniło się w brzoskwinię... Wywołując myśl o serku brzoskwiniowym z rodzynkami. Echo goryczki skórki pomarańczowej wciąż pobrzmiewało.

Drewno przypomniało sobie o palonej nucie. Wizja opalanych, drewnianych naczyń była niezwykle jednoznaczna. To drewniane miseczki ze śmietaną i drewniana taca z sernikiem. Na koniec przyprawy prawie się schowały, tak mieszając się z drewnem, że przywiodły na myśl drewno sandałowe, które wyciszyło kwasek.

Po zjedzeniu został posmak słodkich, orientalnych przypraw, zapewniających ciepło oraz kwaskawej ziemi. Ziemista goryczka, cierpkość mieszała się z cytrusowym sernikiem - i z sokiem z cytryny, i ze skórką pomarańczy - podanego na drewnianej tacy. W tle chyba znalazły się też słodko-kwaśne rodzynki.

Całość była smaczna i ciekawa. W charakter czekolady 100% wplotła trochę słodyczy sernika, serka i rodzynek, mieszając je z opalanym drewnem, drewnianymi naczyniami i orientalnymi przyprawami oraz odrobinką ziemi. Trochę brzoskwiń i jabłko z cynamonem mieszały się ze znaczącą kwaśnością soku z cytryny i skórki pomarańczy, pokazujących się jednak tylko jako element sernika. Region do rozpoznania, a mimo siekierowości, tabliczka wyszła w zasadzie przystępnie.

Duet cytryny i pomarańczy z rodzynkami przypomniał mi Chapon Venezuela 90%, ale czekolady były średnio podobne. Setka wyszła taka... uproszczona, pozbawiona wielu owoców.



ocena: 9/10
cena: 9,50 € (za 75g)
kaloryczność: 617 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy

niedziela, 21 stycznia 2024

Zotter Skyr - Rhubarb - Avocado mleczna 50% z kremem z awokado i mlecznej czekolady; galaretką rabarbarową i jogurtowym kremem ze skyru

Pojawienie się nowych na jesień 2023 czekolad nadziewanych Zottera nie wywołało u mnie palpitacji serca, ani w zasadzie nawet jego przyspieszenia. Bardzo to mnie ucieszyły jedynie Labooko, acz poczułam też smutek, że tylko 3 ciemne. Nadziewane przejrzałam trochę tylko zainteresowana, wybierając sobie parę z racji tego, że dostaję je za darmo w ramach współpracy. Gdybym miała kupować, nie wiem, czy kupiłabym np. obiekt dzisiejszej recenzji, od którego postanowiłam zacząć. Raczej nie. Z nowych tabliczek nadziewanych, które sobie wybrałam, ta chyba wydała mi się najbardziej ryzykowna. Otóż o ile kocham nabiał, w tym serki i jogurty, tak skyrów bardzo, bardzo nie lubię. Awokado kocham na kanapce i w sushi (w daniach wytrawnych ogólnie też mi pasuje), tak na słodko jakoś mi się nie widziało. Trochę się więc bałam, jak to wszystko może wyjść w czekoladzie, jednak było na tyle dziwne, że aż uznałam, że spróbuję. Trudno mi było bowiem to sobie wyobrazić.


Zotter Skyr - Rhubarb - Avocado / Skyr • Rhabarber • Avocado to mleczna czekolada o zawartości 50% kakao nadziewana 17% kremem "mousse'em" z awokado i mlecznej czekolady; 22% galaretką z rabarbaru, oddzieloną cienkimi warstewkami czekolady mlecznej, i 17% jogurtowym kremem ze skyru z wanilią i sokiem z cytryny.

Po otwarciu poczułam przede wszystkim słodką w nieco karmelowo-palony sposób czekoladę z wyraźnie mleczną bazą o delikatnie gorzkawym, kakaowo-orzechowym echu. Za nią polała się cytrynowa kwaśność, którą po przełamaniu wzmocniły inne owoce: rabarbar, ogólnie czerwone. Chyba też echo jogurtu oraz pewna kwiatowość. Wierzch pachniał nieco bardziej kwaśno-owocowo, może mlecznie-jogurtowo, spód zaś wykazywał wyższą czekoladowość, orzechowość, do której po przełamaniu doszło jeszcze migdałowe echo. Wydał mi się prażono-ciepły (trochę cynamonowy?).

Sama gruba czekolada może i lekko trzasnęła, ale całość dała się poznać jako delikatnie-miękkawa w dotyku i przy łamaniu. Galaretka nieco się ciągnęła i rwała, a kremy były rzadkie i maziście-miękkie, ale jednocześnie kremowe. Górne, a więc skyrowe, było rzadsze i nieco bardziej maziste, a krem z awokado i czekolady masywniejszy, choć też mazisty.
Galaretkę od nadzień oddzielały cieniutkie warstwy (dosłownie płatki) czekolady mlecznej.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo, w tempie umiarkowanym i dość tłusto, spójnie dopuszczając do głosu nadzienia. Jej warstwy ze środka chyba przełożyły się na większą spójność, acz nie były bardzo znaczące - ich funkcja chyba ograniczyła się do tego, by porządnie utrzymać podział (i nic nie rozmokło), co okazało się świetnym posunięciem.
Prędzej odezwało się tłustawe skyrowe, które szybko traciło na gęstości. Było bardzo miękkie i plastyczne jak ciepła plastelina, nieco maziste i lekko soczyste, a do tego minimalnie pudrowe. 
Soczystość bardzo nakręciła gibka i rzadka, soczysta i lepka galaretka, rozpływająca się razem z resztą. Ona w zasadzie zmieniała się w sok.
Krem na dole był niby roztrzepany, ale nie mousse'owaty. Wraz z całością wydawał się nieco masywniejszy od reszty nadzień, ale też miękko-mazisty i maślano-tłusty. Rozpływał się maslano-czekoladowo, najwolniej z nadzień. Był gładki, acz epizodycznie trafiały mi sie w nim malutkie, twardawe kawałki (jak się okazało - awokado).

W smaku czekolada przywitała się stonowaną, ale zdecydowaną słodyczą karmelu, do którego dołączyła maślaność i głęboka, naturalna mleczność. Kakao zaznaczyło swoją obecność subtelną gorzkością, wplatając orzechowo-prażony, ciepły wątek.

Nadzienia odezwały się bardzo szybko.

Pierwsza zwróciła na siebie uwagę kwaśna galaretka. Najpierw niejednoznaczna, a ogólnie owocowa, przy czym można po prostu wskazać czerwone owoce. Rabarbar wyłonił się po chwili i dominował, choć cytryna była tuż za nim. Soczysty rabarbar i cytryna mieszały się jednak z lekkim motywem typowym dla galaretek, jednak i tak wyszła ona zachwycająco naturalnie.

Skyrowe nadzienie poprzez mleczność podłączyło się pod czekoladę. Odznaczało się wysoką słodyczą, ale też kwaskiem, będącym fuzją cytryny (podkreślającej się nawzajem z cytryną z galaretki) i jogurtu. Odnotowałam w nim też śmietankowo-serkowy akcent; wyszło ogólnie nabiałowo (może i faktycznie skyrowo, acz w ciemno nie powiedziałabym, że to krem ze skyru). Soczystością zgrało się z galaretką.

Krem z awokado okazał się także słodki, ale pokusił się o wytrawność i prażony, bardziej stateczny klimat. Wydał mi się bardzo maślany, znacząco czekoladowy, mleczno-czekoladowy (przez co bardzo harmonijnie zgrał się z otoczeniem, a zwłaszcza z czekoladą z wierzchu) i specyficznie roślinnie-migdałowy, lekko orzechowy (czy raczej "orzechowawy"). Awokado czuć, ale nie tak wszem i wobec. Nie było zbyt oczywiste, a do wyłapania. Oczami wyobraźni patrzyłam na awokado odmiany hass. 

Z czasem wyrazistość galaretki nieco osłabła. Została przesadzona, denerwująca przez kontrast z kwaśnością, słodycz i motyw syropowo-galaretkowo-owocowy. Myślałam o owocach czerwonych, podsyconych cytryną, ale niczym konkretnym. Cytryna ogólnie się panoszyła, aż zagłuszając awokado-czekoladowy krem (może gdyby nie ona, awokado byłoby bardziej wyczuwalne?) oraz nabiałowość górnej wartsyw.

Po debiucie kwaśności, oba kremy wydały mi się bardziej słodko-mdłe. Utrzymała się mleczność i maślaność, a jogurtowo-serkowy wątek uciekał, chwilami tylko pobrzmiewając. Całościowo zrobiło się bardzo słodko, wyłoniła się wanilia, a ogólnie prawie cały czas wysoka soczysta kwaśność na samej końcówce prawie zniknęła.
Na koniec raz po raz został jakiś kawałeczek awokado - gryzione, serwowało swój zaskakująco wyrazisty smak, kojarzący się z niedojrzałym, ale właśnie wyrazistym w ten niedojrzały motyw, awokado.

W posmaku został kwasek cytryny i rabarbaru, wątek mleczno-jogurtowy oraz lekka orzechowość, powiedziałabym, że w dużej mierze związana z czekoladą. Raz po raz odnotowałam też wytrawność awokado, która zostawała zwłaszcza po kawałkach. Samą karmelowo słodką mleczną czekoladę także czułam. Akcent kakao także zaznaczył się poprzez lekką goryczkę i cierpkość.

Tabliczka ogólnie wydała mi się całkiem przyjemna. Słodka i soczyście kwaśna, może z małymi przegięciami, ale to wynagrodził ogólnie ciekawy wydźwięk. Naturalna galaretka przełamała tłustość nadzień, nie wyszło ciężko. Niestety jednak całość była taka "namieszana", dużo w niej wszystkiego, a w konsekwencji aż trudno wyłuskać te zasadnicze, tytułowe smaki, nawet podczas próowania wszystkiego osobno. Rabarbar czuć, skyr wyszedł raczej mlecznie-jogurtowo, awokado w zasadzie głównie skojarzeniowo. Tak dużo cytryny podkręcającej kwaśność rabarbaru i skyru aż je przygłuszyło właśnie cytrynowością. Delikatne awokado też się nieco kryło, acz "roślinnie-orzechowy" motyw i tak wyszedł ciekawie. Nie jestem też zupełnie przekonana, czy na pewno mleczna czekolada tu pasowała - chyba nawet obiektywnie ciemna zrobiłaby lepszą robotę. Ogólnie wyszła więc czekolada w sumie smaczna, ale nie specjalnie jednoznaczna i niezbyt w moim stylu. Bez skrajnych emocji, nawet zainteresowana, z przyjemnością zjadłam "mniejszą połowę", trochę więcej niż 1/3 (dokładniej 30g z 76g - tak, tabliczka miała wagę wyższą od zadeklarowanej), ale potem już mnie trochę znudziła - po prostu w czekoladach szukam czegoś innego.
Mamę czekolada zachwyciła: "Ta czekolada była wspaniała. Mleczna, słodka, ale nie przesadnie i cudownie kwaśna, taka soczysta. Sama czekolada na wierzchu słodko-mleczna, ale i gorzka, że dałabym jej tak z 60% kakao, jak nie więcej. Chyba słodycz kremów i kwaśność podkreśliły  tę gorzkość. Najlepsza w niej była właśnie ta galaretka, taka kwaśśśna, owocowa. Taka... ogólnie owocowa, nic konkretnego jak te wszystkie galaretki, tylko że naturalniejsza, ale może jak wiedziałam, że rabarbarowa, to i tak go trochę czułam. Za to tych innych składników nie, nawet próbując trochę osobno. Tej warstwy brązowej na dole nawet nie zauważyłam. Jak dla mnie za dużo tam wszystkiego i taka idealna czekolada to dla mnie mogłaby być z samą tą galaretką, po prostu mleczna z tym nadzieniem mleczno... no, mleczno-skyrowym powiedzmy. Jak jednak oceniać to rzeczywiście, z tytułem niezbyt zgrana, ale naprawdę bardzo smaczna".


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 18,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 509 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mleko pełne w proszku, koncentrat soku rabarbarowego 5%, skyr (serek śmietankowy chudy) 4%, syrop skrobiowy, awokado 4%, koncentrat soku cytrynowego, mleko, syrop cukru inwertowanego, odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat z wiśni, migdały, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), słodka serwatka w proszku, substancja żelująca: pektyna jabłkowa, sproszkowana wanilia, pełny cukier trzcinowy, sól, emulgator: lecytyna sojowa, cynamon, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), płatki róży

sobota, 20 stycznia 2024

B.J. Pawłowski Miody Polskie Miód gryczany

W zasadzie mogę obejść się bez miodu, acz raz do roku potrzebuję jakiegoś do mojej masy makowej i sporadycznie odrobinę do deseru stylizowanego na Snickersa, a konkretniej do "zdrowego karmelu", który robię. Mama miodu używa znacznie częściej i po niesmacznym Pszczelarza Kozackiego Miodzie spadziowym liściastym stwierdziłyśmy, że szarpniemy się na nieznany nam jeszcze wrzosowy. Potem jednak dotarło do nas, że w sumie takiego szlachetnego miodu szkoda na element zdrowego karmelu czy w jej przypadku słodzenie czegoś, w czym sama miodowość i tak się schowa. Poza tym poczytałyśmy o jego specyficznej strukturze i uznałyśmy, że dobrze jest mieć w domu jakiś zwyklejszy miód. A że jasnych nie lubimy, padło oczywiście na gryczany. Jako że ostatnio żaden nam zbytnio nie pasował, w Auchan znalazłam taki, którego jeszcze nigdy nie miałyśmy i celowo wzięłam mniejszy słoik. Padło na Miody Polskie rodzinnej pasieki z Kujaw. Na wypadek, gdyby i ten nie był najlepszy. 

B.J. Pawłowski Miody Polskie Miód gryczany to miód nektarowy gryczany z polskich pasiek, wyprodukowany przez Pasiekę Kujawską Apicom.

Po otwarciu poczułam słodki zapach kwiatów i jakby a'la gryczany (nie po prostu gryczany), z leciutką ostrością właśnie kwiatów i pola. Miód wydał mi się nawet aspirujący do szlachetnej goryczki, krył w sobie jakby ciepło-drewniane, drapiące echo. Czuć, że to miód ciemny, ale że akurat gryczany bym się nie upierała. Gryka tylko przewinęła się.

Miód częściowo się skrystalizował, zgęstniał. W tej formie wyszedł gęsto-lepko, kryształkowo, mimo że nie zmienił się w kamień. Wciąż się lał. Ja jednak wolałam go rozpuścić, wstawiając do rondla z wodą około 40-50 stopni. Postał tak dłuższy czas i przybrał postać płynną. Lany z łyżeczki tworzył stożki, a jego krople przypominały kulki, czyli wszystko w porządku.
W ustach utrzymywał się w miarę długo, był taki typowo miodowy, jakby pełny.

W smaku przywitały mnie kwiaty. Słodkie, ale nie aż tak szarżująco słodkie jak potrafią jasne wielokwiatowe miody. Pomyślałam o ukwieconym polu, łące... z echem pewnej ostrości. Ale czy gryki? Można się jej raczej tylko domyślać, mimo że czuć, iż to ewidentnie ciemny miód.

Zachowawcza jak na miód słodycz pozwoliła wyeksponować się nieco jakby słodko-drzewnej, drapiącej nutce. Nie była to ani ostrość, ani goryczka, ale wątek ciemnego miodu. Gdy się naprawdę skupiłam, doszukałam się echa gryki, tak jednak delikatnego, że to aż smutne.

A już w połowie rozpływania się w ustach, jak miód spływał do gardła, robiło się zwyczajniej kwiatowo słodko. Wciżż nie tak mocno, jak jest to w przypadku miodów jasnych, a tak... słodko ciemno miodowo. Gryka jednak uciekała.

W posmaku jakby charakterniejsze kwiaty może i gryki znów nieco wyraźniej się zaznaczyły, ale słodycz zdawała się napierać na nie ze wszystkich sił. W gardle drapało już po małej ilości.

Jak pisałam, mi ten miód był potrzebny głównie "do czegoś" i tak np. jako składnik mojego "zdrowego karmelu" sprawdził się dobrze.

Miód uważam za niezły i tyle. Ewidentnie ciemno miodowy i nie tak słodki jak pospolite miody wielokwiatowe. Miał lekki charakterek, ale nie był jakoś szczególnie gryczany. Biorąc pod uwagę przeciętną, nie porażająco wysoką cenę, uważam produkt za po prostu w porządku. Jakościowo i cenowy zbliżony do miodu Sądeckiego Bartnika dla Carrefoura (Carrefour Sądecki Bartnik Miód gryczany) czy dostępnego w Auchan spod logo Miodnej Krainy (Sądecki Bartnik) Miodna Kraina Miód Gryczany. Warto też odnotować, że pojawiający się w Lidlu (Sądecki Bartnik) Miód nektarowy Gryczany z tej samej sądeckiej pasieki, jest jakości niższej.

Mama oczywiście też miód ten jadła i podsumowała go: "On tak samo zadowalający jak te Sądeckiego Bartnika, co zawsze duże kupujemy. Słodki, ale czuć, że to miód ciemny. Gryczany niekoniecznie, ale ciemny po prostu, taki mniej słodki i lepszy niż te przeciętne czysto słodkie i nudne wielokwiatowe, co jak tańsze to nawet w jakąś kwaśność potrafią iść. Ten był po prostu w porządku. Na tostach i w ogóle w czymś wcale gryczaności nie czułam na pewno i mniej mi smakował, jak po prostu taki zwykły, przeciętny ciemny, a niedookreślony, miód".


ocena: 5/10 (nuty smakowe, jakość w odniesieniu do ceny)
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł (za 370g)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie