piątek, 31 lipca 2026

krem GymBeam Hazelnut Butter / Masło z Orzechów Laskowych 100 %

Wybierając, jakie kremy chcę otrzymać od lubianej przeze mnie marki GymBeam, dziś przedstawiany był oczywistym wyborem. Bardzo lubię kremy 100% z orzechów laskowych i od dłuższego czasu są stałymi bywalcami mojej komody i lodówki. To, jednak, jak interesujący jest ten konkretny krem, wyszło na jaw dopiero jakoś dzień czy dwa przed jego degustacją. Na słoiku nie znalazłam żadnej wzmianki na temat prażenia orzechów i tknęło mnie, by zapytać. Otóż okazało się, że marka robi go z orzechów nieprażonych, surowych. Wow, z takim chyba jeszcze do czynienia nie miałam! A trzeba Wam wiedzieć, że normalnie - gdy mowa o samych orzechach - zdecydowanie wolę surowe niż prażone.

GymBeam Hazelnut Butter / Masło z Orzechów Laskowych to krem 100% z surowych orzechów laskowych.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu przywitały mnie naturalnie bardzo słodkie orzechy laskowe. Bez wątpienia były to świeże orzechy. Nie tylko świeże w sensie "nie prażone", ale bardzo, bardzo świeże, jakby tylko co zerwane i wyłuskane z łupinek. Celowały w wizję orzechów w dużej mierze bez skórek, acz ich akcent zaznaczył się nienachalnie w tle. W dużej mierze jednak odciągał od nich motyw niemal roślinny: łagodny i rześki.

Na wierzchu wydzieliło się bardzo dużo oleju. Zlałam jakieś 13 łyżeczek, a od razu wymieszałam 3-4 łyżeczki. Krem pod olejem bardzo wysechł i zrobił się dość twardy, ale mieszanie o dziwo nie było bardzo wymagające. Podeschnięta masa ochoczo przyjęła olej. Krem choć gęsty i przez pewien czas grudkowaty, wydał mi się miękki i uległy, więc po paru chwilach mieszania uzyskałam jednolitość. Widać, że nie był gładki, a upstrzony kropeczkami i drobinkami, potencjalnie bardzo miazgowy i oleisty. Ciągnął się, wykazując zwięzłość.
Od pierwszej sekundy w ustach gęsty krem jakby rozkręcał się, na gęstości jeszcze przybierając. Rozpływał się powoli, chwaląc się mocno miazgową konsystencją. Tłustość rozkręcała się, serwując nieco oleisty motyw, ale w końcu zatrzymała się na średnio-wysokawym poziomie, który nie przełożył się na ciężkość. Jego tłustość szła troszeczkę w kierunku kremów z orzechów włoskich i pekanów (jakby do laskowych ich trochę dodano). Całość wydała mi się miękka i w pewnym sensie aksamitna, choć na pewno nie gładka.
Pasta gryziona całościowo skrzypiała, trzeszczała w twardawo marcepanowym stylu.
Po zniknięciu masy, w ustach za każdym razem zostawało mnóstwo drobinek i kawałeczków. Gdy gryzłam je na koniec, po kremie, również w większości były skrzypiące-trzeszczące, a zarazem chrupkawe. Odebrałam je jako niemal soczyste, ale zarazem konkretne i sporadycznie twardawe.

W smaku od razu poczułam delikatną, niską, ale nie mdłą słodycz. Należała do świeżych, niemal soczystych orzechów laskowych. Takich tylko co zebranych i rozłupanych chwilę wcześniej.

Ich delikatna słodycz... przez chwilę czy dwie to w zasadzie jedynie mgliście słodkawy motyw. Słodycz zeszła na niski poziom, dopuściła do głosu motyw jakby roślinny - świeży niczym powietrze, gdy pada, niczym zmoczona deszczem leszczyna. Cała ta roślinność wypływała z orzechów i umacniała wizję surowych. Czasem bardzo subtelnie zdradzało swoją obecność echo skórek orzechów. Ale nie gorzkość.

Nagle słodycz podskoczyła. Zajęła średni poziom, bo choć wzrosła od początku, to jednak bardzo wysoka się nie stała. Czy to delikatna, czy już ta silniejsza, świetnie czuła się na pierwszym planie i dyrygowała innymi nutami.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach przywołała szlachetną, subtelną goryczką świeżych skórek surowych orzechów. Dodawała kremowi głębi, długo trzymając się z tyłu.

Jako że słodycz wzrosła znacząco, goryczka w zasadzie jawiła się jako nieistotna. Motyw skórek za to owszem. Nie była to typowa gorzkość, raczej wytrawność, przełamująca słodycz.
Skórki mieszając się ze słodyczą laskowców czasami robiła aluzje do pieczonego biszkoptu orzechowego - z tym, że osadzonego w surowych realiach (ma to sens?). Słodko-wytrawnego w taki naturalny, nienachalny sposób.

Gryzione drobinki orzechów kontynuowały naturalnie słodki, ale już zdecydowanie mniej, bo jedynie słodkawy, i świeży smak orzechów laskowych ze skórkami. Wśród drobinek skórki odegrały ważniejszą, choć nadal nie bardzo silną i nie gorzką, rolę.

Po zjedzeniu został posmak świeżych, słodkawych orzechów laskowych z leciutko zaznaczonymi skórkami. Zupełnie jakbym jadła młode, soczyste orzechy, wśród których tylko co jakiś czas zdarza się zaplątać jakiemuś w skórce. Wydawały się niespotykanie słodkie i miały w sobie coś lekko świeżo-roślinnego, co mnie kojarzyło się z mokrą od deszczu leszczyną.

Krem był nie dość, że przepyszny, to jeszcze niespotykany. Jedyny w swoim rodzaju. Jadłam wiele kremów, w których pojawiały się sugestie świeżych orzechów, tak lekko prażone były, ale to, jak jednoznacznie świeże orzechy czułam w tym, było... wow, niecodzienne. Przy okazji zaskoczyła mnie ich słodycz - rzadko trafiają mi się tak naturalnie słodkie laskowce. Wydaje mi się, że niegorzkie, ale jednak dobrze wyczuwalne skórki podkręciły słodycz na zasadzie kontrastu (i zakładam, że to, że ich nie prażono nie przyprawiło im goryczki). Akcent roślinny, aluzja do deszczu przyjemnie wieńczyły świeżość.
Konsystencja wydawała mi się też bardziej świeża, a zatem... oleiście-tłusta, jak kremy z najtłustszych orzechów. Wolałabym, by nie szła w tym kierunku, ale rozumiem, że wynika to z surowości orzechów (które zachowały cały tłuszcz).


ocena: 10/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 28,90 zł za 340g
kaloryczność: 628 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: orzechy laskowe 100%

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.