wtorek, 7 lipca 2026

Steiner & Kovarik Aluna Cokolada 55 % S Ruzi Kolumbie / Milk Chocolate 55 % with Rose ciemna mleczna z różą

Długo zastanawiałam się, czy tę czekoladę wziąć w góry, czy jednak przeznaczyć na nią którąś z domowych degustacji. W końcu uznałam, że lepiej będzie zjeść ją w domu - jeszcze w górach by mi ta róża za bardzo uciekała... Kto wie? Choć reszta, a więc niska zawartość kakao oraz, jak się okazało dopiero przy przygotowywaniu posta pod recenzję (przy zamawianiu róża tak zawróciła mi w głowie, że to mi jakoś umknęło), obecność mleka, nie wróżyły w pełni zachwycającej degustacji tworu bardzo głębokiego i poważnego. A jednak jakoś tak... coś mną pokierowało, by z czekoladą rodzinnej czekoladziarni Steiner & Kovarik, której pracownia mieści się w Pradze, zapoznać się w domu. Jej założycielka, Silvie Steinerová kontynuuje czeską tradycję, a w 2005 roku postanowiła wskrzesić jedną z najstarszych firm cukierniczych Nachfolger, której korzenie sięgają końca XIX wieku. Parę lat później, w 2011 roku, wraz z Petrem Kovaříkem założyła rodzinną firmę Steiner & Kovarik. Ja najpierw skusiłam się na tabliczkę, która oferuje ponoć "nowy wymiar zmysłowości" dzięki dodatkowi róży, a bazuje na kolumbijskim kakao z farmy Justiniana Suareze.

Steiner & Kovarik Aluna Cokolada 55 % S Ruzi Kolumbie / Milk Chocolate 55 % with Rose to ciemna mleczna czekolada o zawartości 55% kakao trinitario i Criollo z Kolumbii z różą. 

Po otwarciu poczułam dominujący zapach mleka pełnego i naturalnego, do którego dolatywał wyraźny zapach solonych i chyba karmelizowanych fistaszków. Karmelowa nuta poniekąd się z nimi wiązała, ale nie kończyła na tym. Czuć bowiem też specyficzny, rześkawo-ciężki i melasowy cukier kokosowy, a także jakby trochę po prostu palonego karmelu. Słodycz choć szlachetna i poważna, stanęła na pierwszym miejscu. Fistaszki zaś wprowadziły lekko łagodzący wątek masła orzechowego i po prostu maślany, zapewniający spójność z tłustym mlekiem. Czasem wydawało mi się, że w oddali przemyka akcent kawy, ale jakby w wydaniu kawowego kremu orzechowego. W zapachu róża się ukryła, choć jakiejś kwiatowej namiastki za cukrem kokosowym można się doszukać.

Dość ciemna, ale ewidentnie mleczna tabliczka w dotyku zdradzała tłustość, ale nie jakąś bardzo dającą się we znaki. Przy łamaniu wydawała trzaski, przypominające strzały, acz jej twardość nie kojarzyła się z ciemnymi czekoladami, a właśnie twardymi mlecznymi.
W ustach rozpływała się maziście i bardzo gęsto, niby trochę zmieniając się w lepki krem, ale też po części starając się zachować kształt. Była niemal idealnie gładka i bardzo tłusta w sposób maślany. Tylko chwilami zdradzała jakby ukrytą szorstkość. Po chwili otłuszczała usta i znikała jakoś tak rzadko. Na koniec zaś ściągała.

Odkąd tylko kawałek trafił do ust, zalał je smak naturalnego, pełnego mleka. Pomyślałam o tłustym wiejskim mleku, do którego zaraz podkradła się lekka cierpkość. Nad nimi zaś zawisła, niczym burzowa chmura, rześka słodycz.

Cierpkość należała do... czerwonego owocu? Kwasek, prawie soczystość zaznaczyły się, po czym wycofały.

Mleka w tym czasie zbierało się coraz więcej i więcej. Toż to całe mleczne tsunami! Mleka wiejskiego, któremu towarzyszy odrobinka masła i które osładza palony karmel.

Na moment pokazało się trochę... karmelizowanych fistaszków? Karmelowego masła orzechowego?

Słodycz zaznaczyła się szybko, ale rosnąć zaczęła dopiero po chwili. Niby powoli i nie tak mocno, ale bardzo zwracała uwagę na swój mocno palony charakter. Od razu przyszedł mi do głowy karmel palony do goryczki, a zaraz wręcz ciężka, słodka melasa.
Wśród nich zaplątała się rześkość - owocowy wątek zmienił się w jedynie rześkość, a ta przedstawiła się jako cukier kokosowy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do tłustego mleka, niczym takiego prosto od krowy, dołączyło jeszcze więcej masła i całość wydała mi się właśnie tak tłusta, że aż cierpka (?).

W maślaności chyba wciąż kryło się trochę arachidów, a na zasadzie kontrastu... wróciło trochę kwasku. Z jednej strony mógł to być kwasek kokosa (?), z drugiej jakby coś cytrusowo-egzotycznie owocowego, ale nic konkretnego.

Przy całej tej tłustości i ciężkości słodkiej melasy, do tej odrobiny rześkości podkradł się wątek kwiatów. Nie róży. W zasadzie na tyle wątły, że można by zapomnieć, że to czekolada z różanym ekstraktem. Kwiatowość... chyba podkręcała odrobinka wanilii. Niestety, wszystko zdominował cukier kokosowy.

"Wszystko" - dosłownie, nie tylko nuty słodkie. Z czasem i mleko przy nim wydawało się nieco osłabione, a gorzkość... gorzkość to jakby głównie ten karmel i melasa do gorzkości palone. Gorzkość jako taka nie domagała. Z czasem w goryczkowatych skłonnościach melasy doszukałam się odrobinę czarnej ziemi. Ziemi... suchej? Z ogrodu w pełnym słońcu? W nim też mogły rosnąć jakieś pojedyncze krzaki, może i róży, ale bardzo nieoczywistej.

Spod melasowego cukru kokosowego aż trudno się podoszukiwać reszty nut. Mimo że nie było znowuż jakoś szczególnie słodko... Po prostu wydźwiękiem tak przyciągał uwagę. Piekł w język, ale nie tyle samą słodyczą, a niemal korzennie-ziemistą pikanterią. A może... to lekka gorzkość czekolady próbowała się przebić? Nawet jeśli, to wrażenie było takie, że cukier kokosowy ją pochłonął.

Po zjedzeniu został posmak masła, wraz z tłustym wrażeniem na ustach oraz niemal gryzący w język motyw rześko-ciężkiego, specyficznego cukru kokosowego. Nie było jednak tak bardzo jednoznacznie słodko. Czuć melasę paloną do goryczki, która poprzez cierpkość miesza się z echem ziemi i ogródka... z krzewami, ale nie tyle kwiatowymi co... z owocami? Jakby cierpkiej, egzotycznej mieszanki cytrusowych owoców z czerwonymi.

Czekolada bardzo mnie rozczarowała, bo prawie nie czuć w niej róży. Może trochę róży zaplątało się na setnym planie... Aż trudno powiedzieć przez tak imperatywny cukier kokosowy i jego rześko-gryzący, ciężko melasowy smak. Echo fistaszków, owocowe przebłyski i odrobinka ziemi nie miały jak się rozwinąć. Trudno uchwytny owocowy kwasek przez swą niejednoznaczność niczego pozytywnego nie wniósł. Nawet mleko nie zawsze było tak samo intensywne, czasem jakby nieco dawało za wygraną. Maślaność ją wspierała, ale znów - to nie jest nuta, którą bym się zachwycała. Ogół był trochę cierpki, ale gorzkość stała na niskim poziomie. Słodycz... nie mogę powiedzieć, by była bardzo wysoka, ale okrutnie dominująca przez wydźwięk, że przytłoczyła i resztę nut, i mnie.
Jadłam kawałek po kawałku aż w końcu miałam dość tego, że co ciekawsze i charakterne przysłania dominujący cukier kokosowy, że robi się tak pełnomlecznie-maślanie tłusto i resztę chciałam oddać Mamie. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że zjadłam jedynie 5g (a wydawało się znacznie więcej!).

W pierwszej chwili resztę chciałam oddać Mamie, ale uznałyśmy, że tylko spróbuje, a resztę będę miała do ciast, a dokładniej do ciasta pomarańczowego z kremem z mlecznej czekolady.
Po spróbowaniu Mama opisała ją: "Taka niezbyt mleczna, powiedziałabym, że raczej tak z 70% kakao. I trochę gorzka, i trochę kwaśna, ale w taki nieokreślony, nieznany mi sposób. Że aż trudno to jakoś opisać. Róży jednak nie czułam".


ocena: 5/10
kupiłam: Allegro
cena: 33,45 zł (za 70g)
kaloryczność: 609 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowe, cukier kokosowy, mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, ekstrakt z róży (etanol, naturalny aromat różany, gliceryna, olejek różany), naturalny aromat waniliowy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.